Konkurs!!!

Kochani, kochani! Nadciąga długo wyczekiwany konkurs! To znaczy mam nadzieję, że czekaliście, bo ja na pewno nie mogłam się doczekać.

Dzisiejsze pytanie dotyczy Tamalugi, czegoś, o czym nie wiecie (chyba), więc będzie zgadywanka. Na odpowiedzi czekam do 23 sierpnia.

Spośród osób, które trafią, wylosuję jednego zwycięzcę. Losowanie, jak zwykle, odbędzie się „na antenie” 😀 , czyli w formie video. Tak, jak i prawidłowa odpowiedź.

W ciągu tygodnia od wyłonienia szczęśliwego zwycięzcy – wyślę nagrodę niespodziankę, a raczej paczkę pełną niespodzianek. Fajnych.

Dum, dum, dum, dum, dum:

Znajomi mówią o Tamaludze, że jest turecko – greckim dzieckiem. Dlaczego?

  1. Tańczy Greka Zorbę, kręcąc się przy tym jak turecki derwisz.
  2. Jej ulubiony zestaw to oliwki popijane ayranem.
  3. Nauczyła się jednego słowa po turecku i jednego po grecku.

Życzę wszystkim powodzenia!

Reklamy

Schudnąć w pięć sekund i dobrze wyglądać na zdjęciu

W lokalnej księgarence pojawił się regał „Uwolnić książkę”. Zachwyciliśmy się, wespół z Tomaszem, chociaż Tomasz mój z tych nieczytających raczej, więc trochę zdziwił mnie jego entuzjazm. Stał tak dobrą chwilę wpatrując się w regał z zachwytem. Zezowałam na niego z ukosa, a na usta cisnęło mi się zapytanie. Cisnęło mi się wiele zapytań, ale Tomasz mój bywa nieodgadniony, jako te księgi w tym regale, zatem przemilczałam.

– Piękne – wyraził swoje uznanie i miał już uczynić w-tył-zwrot, gdy wskazałam na żółtą okładkę. Przyjrzał się, pomacał, wydobył i niemal padł na kolana, niemal posikawszy się uprzednio. Dobrze, że wszystko tylko „niemal”.

„Star Wars” z zapiskami George’a Lucasa, wydanie z siedemdziesiątego któregoś. Tomaszowa Biblia. Papirus dla fanatyków Gwiezdnych Wojen.

Ucałował mnie serdecznie ze łzami w oczach, po czym przebiegł przed kasą, krzycząc do pani Izy „Uwolniłem książkę! Uwolniłem książkę!” Pacnęłam go lekko, lecz stanowczo. Pani Iza zawyła ze śmiechu.

Opuszczona w godzinie próby, pozostałam sama przed regałem. Gdy oczy zaczynały łzawić nieznacznie, pani Iza szepnęła z przejęciem:

„Najlepsze mam w koszu pod ladą”

Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Tylko, że miałam na to mniej więcej 5 minut, dokładnie tyle, ile zajmie siedzącej przez księgarnią Tamaludze zjedzenie dwóch gałek loda.

Wyszłam z bitwy zwycięsko. Z czterema tytułami. Tamaluga też zwycięsko: ostatnimi czasy udaje jej się nie pobrudzić ubrań lodami i innymi takimi.

Z nieokrzesanego łobuza przeistacza się czasami w damę. Aż łzy się cisną. Dobrze, że tylko czasami.

………………..

Wspomniałam wyżej, że Tomasz bywa nieodgadniony. Nooo, zdarza mu się. Na szczęście bywa też przewidywalny, dużo bardziej niż pogoda w TVN Meteo.

– Przytyłam – rzucam mimochodem.

Tomasz milczy dyplomatycznie. (Przypuszczam, że czuje się jak bohater reklamy piwa, który ma dylemat co odpowiedzieć partnerce, bo czego by nie powiedział może zostać źle odebrane, ale na szczęście jest pewny co do wyboru piwa).

To się chyba nazywa konflikt tragiczny.

– Przytyłam – powtarzam z naciskiem.

Tomasz wzdycha, skupiając się na prostej czynności zaparzenia kawy. Spoko, nie jestem na tym punkcie przewrażliwiona, więc nie mam mu za złe. W tym momencie jestem realistką i wiem, że moje nad-kilogramy nie uszły jego uwadze.

W końcu decyduje się zabrać głos:

– Wystarczy, że nie będziesz podjadać w nocy…

– Masz rację – mówię po namyśle. – To oznacza brak tak zwanego współżycia, bo zawsze „po” jestem głodna…

5, 4, 3, 2…

– Ale ty wcale nie przytyłaś! Wyglądasz fantastycznie!

 

Tamaluga jest niezwykle kreatywna. Ostatnio w pożyteczny sposób zaplanowała mi popołudnie. Wychodzimy ze sklepu na zielony skwerek, z którego wystaje tabliczka z przekreślonym psem.

– Co będziemy teraz robić? – pytam Tamalugę.

– Mozie popsiątamy kupy z tlawy, cio?

………………..

Myję naczynia, Tamaluga wchodzi do kuchni.

– Zlób „Iiiiiiiii”!

– Iiiiiiii

I pstryka mi zdjęcie. Potem pokazuje, ale jest wyraźnie niezadowolona z efektu.

– Za ciemne – przyznaję.

– Tak, ciemne.

Szuka w telefonie poprzednich zdjęć, w końcu znajduje takie, które robiła mi kilka dni wcześniej, też przy zmywaniu naczyń, ale to jest lepiej oświetlone.

Pokazuje mi, mówiąc z pretensją:

– O! Właśnie tak maś wyglądać!

AMADEUSZ

„Amadeusz”, 1984, reż. Milos Forman.

Dzisiaj nie będzie żadnej nowości, ani nawet filmu obejrzanego w ostatnich kilku latach. Wszystko przez konkurs na Filmwebie. Udziału nie wzięłam (między innymi dlatego, że nie dysponuję Mastercard), ale sam temat konkursu cofnął mnie do przeszłości, a na gębie pojawił się błogi banan.

„Jaki film sprawił, że pokochałeś kino?”

Pomyślcie, to wcale nie jest łatwe pytanie. Czy ktoś potrafi wymienić ten jeden, jedyny film, spośród tak wielu ulubionych? No i co decyduje o tym, że jest taki super; gatunek, reżyser, aktorzy, klimat, wspomnienie i tak dalej, a może wszystko na raz?

Gdy ktoś pyta mnie o ulubiony film, mimo że lubię ich naprawdę wiele, zawsze pierwszy przychodzi mi na myśl „Amadeusz”. Zanim przejdę do samego filmu, zacznę od tego, że zrobił na mnie ogromne wrażenie, i że przez całą noc nie spałam, i że zakochałam się w odtwórcy głównej roli.

I że długo czekaliśmy na ten film, aż wreszcie udało nam się go wypożyczyć, na nieco zjechanej kasecie VHS, z nieco naderwaną nalepką.

I że miałam wtedy z 10 czy 11 lat (do Polski dotarł z opóźnieniem), i że oglądałam go z mamą i babcią, siedząc w wygodnym fotelu. Bo to też ma niebagatelne znaczenie. Tak, to był właśnie ten klimat.

Muzyka Mozarta nie była mi obca. Jako wychowanka teatru znałam już wcześniej kilka arii i tytułów oper. Jednak wtedy czułam się jak bym odkrywała go na nowo. Zakochałam się w tym filmie, i bolałam nad faktem, że nie mogę podzielić się tym z koleżankami. Nie zrozumiałyby, a ja stałabym się dziwadłem jakimś, no.

Jednym słowem: ten film to arcydzieło. Dramat, sensacja, komedia, kryminał z elementami horroru, nastrój i autentyczność. Niesamowicie niesamowity Tom Hulce w roli Amadeusza. Charyzmatyczny, zabawny, uparty i bezczelny. Podobno Mozart właśnie taki był. Druga świetna kreacja to Salieri (F. Murray Abraham), podobno jego zabójca. Podobno – stąd wątek kryminalny. Reżyser to jeden z moich ulubionych reżyserów, więc nie wyobrażam sobie, żeby kto inny, niż Forman mógł się za to zabrać.

Tego filmu nie można obejrzeć jednym okiem, trzeba na niego mieć czas. Zwłaszcza, że trwa prawie 3 godziny. O muzyce chyba nie muszę  pisać – bo jest to oczywiście muzyka Mozarta, idealnie dobrana do poszczególnych scen, budująca napięcie i będąca osobnym bohaterem.

Ten film powinien zobaczyć każdy. I ten, kto lubi Mozarta, i ten, komu z nim nie po drodze. Gwarantuję, że po seansie go pokocha. I jego śmiech – zaraźliwy i nie do podrobienia. Bo to nie jest historia, daty i fakty, ale niesamowita opowieść o talencie, rywalizacji, chorej zawiści prowadzącej do zbrodni, złych i dobrych wyborach. Nikt nie jest wyłącznie czarną i wyłącznie białą postacią, dlatego wszystko jest takie realne i bardzo wciągające.

To jest potężna dawka emocji. Potężna. Od śmiechu, przez szok, po płacz i tak dalej.

Jeśli ktoś jeszcze nie widział, bardzo proszę żeby obejrzał. Bardzo proszę.

WRÓCĘ PO CIEBIE

 

Wrócę po ciebie. Tak, ja też wróciłam do Musso po przerwie. Mało tego – do książki, którą już raz czytałam, z dziesięć lat temu. Muszę przyznać, że mój odbiór nieco się zmienił. W sumie dziwne, bo przecież po raz pierwszy czytałam ją jako dorosła już osoba. Jaki z tego morał? Ano taki, że kształtują nas wszystkie etapy życia, te ważne i mniej ważne. Ale ja mądra jestem, chyba dam sobie lajka na końcu. Dobra, dosyć tych dyrdymałów. Przechodzę do sedna.

Co mi się zmieniło w tym odbiorze? Chyba przejadła mi się trochę jego ckliwość, wyłapałam też kilka fragmentów nieco, hmm, infantylnych. Nie, żeby włączył mi się cynizm, ale facet najwyraźniej przeżył jakiś zawód miłosny, albo jest wyjątkiem wśród wymarłych romantyków. No fajnie, fajnie, bo każdy lubi od czasu do czasu nieco romantyzmu w swoim życiu. Tylko, że kluczem jest „od czasu do czasu”. Niezwykle łatwo w tej sferze o przesadę i kicz. Musso póki co – spoko, ale balansuje na krawędzi.

Książka jest wciągająca, bo temat oryginalny i jego ujęcie też nietypowe. Skakanie po scenach, wątkach i czasoprzestrzeniach zazwyczaj mi nie przeszkadza. Zazwyczaj. Tutaj chyba tego trochę w nadmiarze. Muszę jednak przyznać, że trudno się pogubić, bo w chwilach zwątpienia jesteśmy prowadzeni za rąsię.

Zaczęłam od trochę gorszych stron, ale przecież książkę polecam. Na recenzje niepolecanych książek zwyczajnie szkoda mi czasu (chociaż, gdy czytam na innych blogach, to takie niepolecanie też się przydaje). „Wrócę po ciebie” to ckliwy tytuł, którym nie trzeba się sugerować. Czyta się ją całkiem przyjemnie, no i ma głębię. Filozoficzną głębię. Nie trzeba nawet nurkować zbyt głęboko, żeby się jej doszukać. Starcie ciemnoskórego taksówkarza z azjatyckim chirurgiem. Starcie Karmy z Przeznaczeniem, gdzie obie strony wysuwają logiczne argumenty. Skłania do refleksji. Tak samo jak to, czy postawienie wszystkiego na jedną kartę, podjęcie najważniejszej decyzji w jedną sekundę jest skrajną głupotą, czy odwagą. Czy w ogóle możliwe jest całkowite odcięcie się od przeszłości, czy nie jest tak, że ta przeszłość i tak kiedyś nas dopadnie.

Główny bohater Ethan tak właśnie czyni. Nagle, w obcym mieście, dokonuje wyboru i znika, pozostawiając zdezorientowanych przyjaciół w samym sercu Nowego Jorku. Czy była to słuszna decyzja zależy od tego, czego się od życia oczekuje. Jeśli sławy i pieniędzy – to był strzał w dziesiątkę. Ale w praniu wyjdzie, że są na świecie ważniejsze wartości, i chwała Bogu. Potem następuje lawina zdarzeń, trochę dynamicznej akcji, trochę nostalgii, trochę „Dnia Świstaka”. Przeżywanie tego samego dnia, gdy nie można do końca zmienić biegu wydarzeń musi być cholernie frustrujące. Może tylko bardziej skomplikować i tak już skomplikowane życie. Ale ponoć nieważne jak się zaczyna – ważne jak się kończy, a końcówka wymiata.

Zakład pracy chronionej

Uwielbiam ludzi pozytywnie zakręconych (jak chociażby tata jednej z zaprzyjaźnionych blogerek). Chociaż ich czyny mogą mieć opłakane skutki, to bezustannie wywołują u mnie  uśmiech, a często śmiech nawet.

To są właśnie ludzie, z którymi nie można się nudzić.

Opowiem wam o moim byłym szefie, i przy okazji kilku zabawnych sytuacjach z tamtej pracy, póki jeszcze pamiętam.

Pan Kazio prowadził małą firmę P ze swoją żoną Ela, i to ona była naszą bezpośrednią szefową. Pan Kazio za to często do nas wpadał, starał się być pod ręką, gdy trzeba było coś wynieść, przynieść, dokupić. Było to dosyć trudne, bo sam miał jeszcze inną własną działalność (do dziś zachodzę w głowę jak mu się w ogóle udawało prowadzić jakąkolwiek działalność). Jego wizyty zawsze mnie cieszyły, gdyż szef był pogodnym, przezabawnym, pozytywnie zakręconym niepoprawnym optymistą. Jak wspomniałam, służył nam pomocą i nazwałabym go Złotą Rączką, gdyby nie fakt, że zazwyczaj psuł to, za co się zabierał. Ale był przy tym taki uroczy i zabawny, że nie raz płakaliśmy ze śmiechu. Jego żonie nie zawsze było do śmiechu, często się irytowała, i ja ją poniekąd rozumiałam. W praktyce firma była na jej głowie, czas naglił, zamówienia czekały, a pan Kazio z głową w obłokach.

Do firmy P trafiłam przez przypadek i miała to być praca na chwilę, a zostałam na kilka lat, bo opierała się na zdolnościach manualnych, a ja to uwielbiam. Przede wszystkim jednak zostałam tam dla ludzi i pozytywnej atmosfery, co zawsze było i będzie dla mnie ważniejsze od zarobków.

W pracy używaliśmy różnych kolorów farb, ale bazą do każdej z nich była oczywiście biała, i tej białej nigdy nie mogło nam zabraknąć.

Pewnego dnia szykowaliśmy naprawdę duże zamówienie, w dodatku „na wczoraj”. Pomimo luźnej pogawędki dało się odczuć napięcie i presję czasu. Napięcie sięgnęło zenitu, gdy około 15 okazało się, że biała farba zmierza ku nieuchronnemu końcowi. Potrzebowaliśmy niewiele, po prostu tyle, żeby zamknąć serię. Pani Ela starając się nie wpaść w panikę, zadzwoniła do męża. Pan Kazio przyjechał najszybciej jak mógł, i z nakazem zakupienia Jednej Puszki Białej Farby, wyruszył do sklepu. Pan Kazio wiedział jak ważna jest biała farba, i że każdy kolor można zastąpić innym, tylko nie ten. Pan Kazio wiedział też, jak ważny jest to kontrahent i jak ważne jest zamówienie. Pan Kazio wiedział więc wszystko.

Co mogło pójść nie tak?

Do sklepu było 10 minut autem, więc gdy po godzinie nadal go nie było, stało się jasne, że coś jednak poszło nie tak. Biała skończyła się na amen, pracownicy bębnili palcami w stoliki, pani Ela spacerowała od ściany do ściany. Krótko przed 17, czyli przed końcem pracy, pojawił się uradowany  pan Kazio. Trudno, najwyżej zostaniemy po godzinach. Najważniejsze, że…

– Co ty kupiłeś?! – głos pani Eli był spokojny, bo nie wierzyła w to co widzi.

– No, farbę…

– Miałeś kupić Jedną Puszkę Białej Farby, a to są, Boże dodaj mi sił, dwie puszki czarnej…

Pan Kazio niezwykle z siebie dumny, uśmiechnął się z wyższością. Po minie było widać, że ma asa w rękawie nie zawaha się go użyć:

– Była w promocji.

……………..

Któregoś razu zaciął się zamek w drzwiach w jednym pokoju. Drzwi otwierały się na zewnątrz, czyli w stronę korytarza. Coś tam się w nich wypaczyło, bo nie dało się ich domknąć żeby przekręcić klucz w zamku. Napieraliśmy na nie z całych sił, podczas gdy pani Ela manewrowała kluczem na wszystkie sposoby. Po kilku minutach byliśmy wyczerpani, sfrustrowani, bo każdy chciał już iść do domu. Wtedy raźnym krokiem nadszedł pan Kazio. Przyjrzał się naszym wysiłkom, pokręcił z dezaprobatą głową i stwierdził, że „co się nie da, jak się da”, a także, że „on to zrobi”.

Obadał dokładnie drzwi z zewnątrz, wymacał, opukał, a potem wszedł do pokoju i obadał od wewnątrz. Wreszcie, będąc w środku, zaczął z całej siły ciągnąć klamkę krzycząc, żebyśmy dopychali drzwi z korytarza.  Przekręcił ręką zamek i zamek się zamknął. Tadaaam!

Pan Kazio był wniebowzięty.

– Mówiłem, że to zrobię?! Mówiłem?!

– Owszem, mówiłeś – potwierdziła pani Ela. – A jak teraz wyjdziesz geniuszu?

………………….

Mieliśmy jeszcze jedną przygodę z drzwiami, chociaż nie będącą już udziałem pana Kazia.

Na nasz korytarz wchodziło się bezpośrednio ze schodów, co sprawiało, że czasami wpadały do nas osoby niepożądane. Na przykład kontrola z ZUSu, a wierzcie mi – do ukrycia  Ukraińców w jedynym pustym pokoju naprawdę potrzeba trochę więcej czasu.

Szefowa postanowiła wstawić więc drzwi, choćby prowizoryczne. Powstało więc coś na kształt stelażu, taka drewniana rama oddzielająca schody od korytarza. W tym miejscu stanęły drzwi, ale pozostał pusty metr kwadratowy, który wypełniono grubymi ściankami styropianu. Wszystko to, wbrew pozorom, było mocne i stabilne. Z boku zamontowaliśmy też dzwonek, który zazwyczaj nie działał.

Drzwi otwierały się w mało komfortowy sposób dla wchodzącego, bo w stronę schodów, co zmuszało do zejścia kilka stopni w dół. Drzwi były obite skóropodobnym materiałem, no i nie miały zamka, bo i po co? Były tylko takim straszakiem na nieproszonych gości. Opóźnieniem ZUSowskiej pielgrzymki, zyskaniem cennych minut do ukrycia Wasyla i Aloszy.

Pewnego dnia, do pracującego ze mną w pokoju Mareczka, przyszła w odwiedziny jego narzeczona. Dziewczę próbowało dzwonić, ale dzwonek był zepsuty. Próbowało pukać, ale… próbowaliście kiedyś zapukać w skórzane drzwi?

Tak, więc, siedzimy sobie z Mareczkiem i Jackiem nad robotą, słuchamy radyjka, rozmawiamy. Z korytarza zaczynają dochodzić jakieś dziwne dźwięki, ale cały budynek pełen jest dziwnych dźwięków, głównie z powodu starych rur. Po pewnym czasie dźwięki zaczynają się nasilać, jakieś przytłumione wołanie pomocy(?), jakieś odgłosy walki(?) Po jakimś czasie otwierają się drzwi do naszego pokoju i wchodzi Basia. Ma podarty rękaw, guz na czole i cała jest w styropianie.

Okazało się, że próbowała otworzyć drzwi, ale nie w tę stronę. Do głowy jej nie przyszło, żeby spróbować w drugą. W końcu poddała się i przebiła przez styropian, zahaczając głową o drewnianą ramę, rozdzierając bluzkę o wystające gwoździe. To była ekstremalna przeprawa blondynki, na czworaka, przez grube płaty styropianu. Widok musiał być bezcenny. Na szczęście ten, gdy stanęła w drzwiach też nas zadowolił.

Mareczek zachował zimną krew. My z Jackiem nie byliśmy tak powściągliwi. Mieliśmy jednak na tyle taktu, żeby posikać się ze śmiechu po wyjściu z pokoju.

Takich historyjek z pracy mam więcej, także jeśli kto zainteresowany…

Szewc bez butów piszczy

Czy jest na sali szewc?

Umierający przedstawiciel szanowanego zawodu? To jest, chciałam powiedzieć: szanowany przedstawiciel umierającego zawodu?

Nie taki, jaki ci w utworzonych na sztukę punktach, którzy parają się jedynie wymianą fleków, a każda inna czynność jest dla nich „się nie da”. Niczym krawcowe, o których już kiedyś pisałam, dla których zwężenie czy skrócenie jest krawieckim Mont Everestem. Panowie w szewskich kitlach patrzą znad grubych szkieł jak na idiotkę, na mnie, i na każdego, kto życzy sobie naprawy obuwia, zamiast zakupić nowe. Są tam przez zasiedzenie i sami już nie pamiętają po co.

A ja zakochałam się w tych butach i nie chcę nowych. Rzadko tak mam, ale gdy już mam, to mam. Nadałam im nawet imiona: Klementynka Prawa i Klementynka Lewa, tylko nigdy nie wiem, która na którą stopę. Bo z tego, co wiem, przy butach ma to jednak znaczenie.

Zrozumielibyście moje uczucie, gdybyście wiedzieli jaką drogę przebyły, by do mnie trafić (z Anglii przez Stany. Można?) i jak długo na nie czekałam, na te cudeńka, ręcznie robione w małym londyńskim warsztaciku (hmm), drobnymi paluszkami lokalnych staruszek – rzemieślniczek (hmm hmm).

Okazały się trochę za ciasne, więc na pchlim targu nabyłam przedmiot, uroczo zwany „kopytem rozciągającym” i rozciągnęłam je do pożądanego stanu. Wreszcie były idealne i wygodne.

Piękne w swej prostocie, małe dzieła sztuki, nierozumiane przez innych. Oliwia na ich widok wykrzyknęła „Boże, co to?!”, a Wiktoria opluła się herbatą. Bolałam nie nad tym, jak odmienne mamy gusta, ale nad tym, że ja mam gust, a one to w ogóle się nie znają. Przechrzciły Klementynę Prawą i Klementynę Lewą, nadając im jedną, ogólną nazwę „Robale”.

No, może trochę z boku, faktycznie, ale to z powodu traktorowej podeszwy. Poza tym, czyż wielcy konstruktorzy tego świata nie wzorowali się na budowie owadów?

Pierwszego dnia odpadły ozdobne rzemyki przy kwiatach, co świadczy tylko o ręcznej robocie. Albo właśnie przeciwnie. Nieważne. Były idealne…

A teraz w jednej z Klementyn pękła guma w podeszwie i trochę rozerwał się materiał z tyłu. Bo Klementyny solidne są, lecz delikatne.

Nie powinnam była ich forsować.

Nie powinnam była w nich chodzić!

……….

Ostatnio odkryłam coś niepokojącego, mianowicie: nie umiem piszczeć. Kurde, no, myślałam, że każdy umie. Jest to niepokojące w istocie, gdyż w razie zagrożenia nie wydam z siebie pożądanego dźwięku, a co za tym idzie – nikt mi nie pomoże. Upewniwszy się, że jestem sama, podjęłam kilka prób żałosnych. Coś tam z siebie wydałam, taki jakiś skrzek. No, takie skrzeko – chrząknięcie, że sama bym sobie nie pomogła, a co dopiero inni. Inni to mogliby się, co najwyżej, wystraszyć.

Nie pamiętam, czy od zawsze nie umiem piszczeć, czy z wiekiem zatraciłam tę umiejętność wraz z instynktem samozachowawczym.

Jeszcze nie wiem, co z tym faktem zrobię. Może faktycznie powinnam jeszcze poćwiczyć, ale ściany u nas cienkie i martwię się o sąsiadów.

Cierpię, bo nie mogę nawet zapiszczeć z zachwytu. Na przykład widząc idealne buty.

Idealne buty…

CZY JEST NA SALI SZEWC???!!!

Tamaluga ma problem ze snem :)

Chyba tylko ja tak potrafię – wygnieść ubrania z niegniotącego się materiału. W dodatku nie nosząc, tylko trzymając w szafie. Mało tego, nie da się im przywrócić poprzedniego stanu. A Bóg mi świadkiem – próbowałam. Odkopałam nawet przedmiot, którego nazwy nie wymienię, przeniosłam go na inny specjalny plejs, który pierwej musiałam rozłożyć. Podłączyłam to to do kontaktu i, powstrzymując torsje, przejechałam po owym ubraniu. I nic. A dwa razy sprawdzałam, czy robię to właściwą stroną i czy, na przykład, nie pod prąd. Jestem zdecydowanie antybohaterem w moim domu.

………….

Kotek w dyżurnym telefonie, zainstalowany dla Tamalugi przez Wiktorię wymaga karmienia, wysadzenia na kibelek, zabawienia i snu.  Kotek jest tak przemyślany, żeby nie zabierał dziecku całego dnia – szybko się męczy i długo regeneruje. Tamaluga kładzie go spać i zajmuje się czymś innym. Początkowo z nudów włączała mu lampkę i wyłączała, włączała i wyłączała, przez co kotek zapadał w sen i zaraz zrywał się nieprzytomny. Wywoływało to u Tamalugi niekontrolowany chichot, a ja zastanawiałam się, czy znęcanie się nad wirtualnym zwierzęciem też podlega karze. Na szczęście szybko jej przeszło i czasami, gdy akurat nie ma nic do roboty, przygląda mu się, gdy śpi. Za każdym razem odkrywa coś nowego. Na przykład to, że kotek miewa sny, pojawiające się w chmurce nad jego głową.

– Co on lobi?

– Śni.

– Śłucham?

– Śni mu się coś. To jest sen.

– Sen? Co to jest sen?

Nooo i teraz jak to wytłumaczyć dziecku?

– A tobie nigdy nic się nie śni? – pytam.

Tamaluga pokazuje palcem nad głową i mówi:

– Nie, zobac! Psecies ja nie mam chmulki!

 

………………..

Pierwsze zebranie organizacyjne w przedszkolu już za nami. To znaczy za mną, bo Tomasz miał dojechać i nie dojechał, więc za karę, przy pytaniu „W jaki sposób możesz pomóc w przedszkolu” – zaznaczyłam za niego „prace remontowe”. Zresztą nie powinni pytać, co ty możesz zrobić dla przedszkola, tylko co przedszkole może zrobić dla ciebie. A może dużo, Bóg mi świadkiem…

Póki co, Tamaluga wkracza w przedszkolny etap słuchając piosenek przedszkolaka. Fajne są. Moje dziewczyny też je lubiły. Większość z nich znałam z dzieciństwa, np. „Jadą dzieci drogą”, „Cztery słonie”, „Słoneczko rozchmurz buzię” i takie tam. Śpiewano mi je w domu, bo telewizję zdominowała wtedy Majka Jeżowska. Jej piosenki były bardzo melodyjne i wpadające w ucho, ale często brakowało w nich czegoś dosyć istotnego, mianowicie sensu.

Widać, nie dla wszystkich dzieci wybór między mamą a wikingiem, albo między mamą a kotem był taki oczywisty. I dlaczego ta mama ciągle płakała?

Pamiętacie jakieś piosenki z dzieciństwa?

Tamaluga postawiła na polskie proste piosenki motywujące:

… oraz anglojęzyczne, ale o wyjątkowo łatwym tekście (wymagające jednak jakiejś tam choreografii):

Baśnie, niestety, ryją berety

Niniejszy wpis dedykuję Aksini.

Ja nie wiem, jak ja przetrwałam dzieciństwo bez szwanku. No, dobra, ze szwankiem, ale jak przetrwałam? Wiersze – makabreski z „Księgi Nonsensu” – biblii mojego dzieciństwa nie zdołałyby mnie sponiewierać psychicznie. Nawet wziąwszy pod uwagę, że nie były to wiersze dla dzieci.

Jedyne, co mogło doprowadzić dziecko do zaburzeń psychicznych, w tym nerwicy, lęków, fobii i depresji były baśnie. Może jeszcze muzyka techno, ale wtedy nikt jej nie znał.

Baśnie braci Grimm, Charles’a Perrault, czy Andersena – zwłaszcza Andersena to było jakieś kosmiczne nieporozumienie.

„Mała syrenka”, pokazywała, że dziewczyna nie musi być szczególnie lotna, żeby oczarować faceta. Wystarczy, że ma na nogi, włosy i cycki. Nie musi nawet mówić. Ideał faceta: cycata zgrabna i bez głosu. Ostatecznie ta baśń jakoś się tam broni, bo klientka marnie kończy. Po upojnej nocy, facet po prostu nie ma z nią o czym gadać, więc ona rzuca się w morze. Utopić się nie może, bo wciąż jest syreną poniekąd, zatem zamienia się w jakieś tam bąble i sinice.

„Królowa śniegu”, nie do końca zrozumiała postać o skłonnościach pedofilskich. Jej relacja z Kajem nigdy nie została wyjaśniona. Po cholerę jej pryszczaty nastolatek na dworze?

„Sinobrody” to typowy szef mafii. Szemrane interesy, brudne pieniądze, morderstwa wyglądające na wypadki.

Potem już tylko krew, rzeźnia i jatka.

„Krzesiwo” – masakra na rodzinie królewskiej dokonana przez psy.

„Szyjka od butelki” – patologia bez 500 plus. Można?

„Umarłe dziecko” – … Wyobrażacie sobie, że czytacie dziecku na dobranoc baśń o takim tytule?!

 

Myślałam, że coś się od tamtej pory zmieniło.

No, coś tam się zmieniło. Dzisiaj baśnie są łagodniejsze, wręcz terapeutyczne, poprawne politycznie i antyrasistowskie. Niestety, wiele z nich jest pisanych językiem kompletnie niezrozumiałym dla dziecka, albo nieskładne stylistycznie, albo z błędami.

Po pierdyliardzie beznadziejnych, żeby nie powiedzieć kretyńskich książek, kupiłam Tamaludze książeczkę z popularnymi wierszami i rymowankami. Znałam je wszystkie, co mogło pójść nie tak? Znałam je wszystkie, ale dopiero teraz włos zjeżył mi się na głowie. Przeczytałam je, bowiem, ze zrozumieniem. Nie, co ja gadam? Z jakim zrozumieniem? Czegoś takiego nie da się zrozumieć. Po prostu się wczytałam.

Żałuję, że nie zrobiłam tego zanim przeczytałam je Tamaludze, bo szok jaki przeżyłam w trakcie i próby zastąpienia rymów własnymi, były nie lada wyzwaniem.

„Przyszła mama, kotka zbiła, a skorupki wyrzuciła”.

Nosz kurwa. Jak to zbiła???!!! I ja mam coś takiego przeczytać dziecku?! Wrażliwej Tamaludze, która wie, że nie wolno krzywdzić zwierząt?

„Miała baba koguta, wsadziła go do buta, miała baba indora, wsadziła go do wora.”

WTF?! Kolejny przykład znęcania się nad zwierzętami, bo nad zasadnością samego czynu nie będę się wypowiadać. Może miała już demencję.

„My się go boimy, na palcach chodzimy – jak się zbudzi to nas zje!”

Bez komentarza.

„Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła”.

Ja sama miałam lęki po tej bajce. I na nic zdało się wyjaśnienie w ostatniej zwrotce, że król był z cukru, paź z piernika, a królewna z marcepana. Zwłaszcza, że pojęcia nie miałam, co to marcepan. Przez dwie pierwsze długie zwrotki (moja mama śpiewała podwójnie) zdążyłam się zżyć z bohaterami, więc nie mogłam pogodzić się z ich bezsensowną, tragiczną i męczeńską śmiercią.

Jak widać w dziecięcej literaturze wszyscy się biją, znęcają nad sobą i zjadają żywcem.

Lub też, są niesprawni umysłowo:

„Ele mele zjedz morele,

Bango, bango wcinaj mango”

Czy też

„Ence pence, cztery ręce,

Idzie sobie smok w sukience”

No, to ostatnie niesie chyba ze sobą jakieś przesłanie.

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wywód, życząc wszystkim miłej i bezkrwawej niedzieli.

 

22 LIPCA

 

 

 

 

 

 

 

Reżyseria i scenariusz: Paul Greengrass, /Islandia, Norwegia, USA/ 2018

 

Powróciwszy z urlopu rzuciłam się w wir pracy pisanej, i po kilku dniach musiałam zrobić sobie przerwę. Poszukiwałam czegoś, co odmóżdża i relaksuje, i oczywiście trafiłam na coś zupełnie przeciwnego. Czasami lubię obejrzeć jakiś dramat, ale zdecydowanie jestem zbyt wrażliwa, żeby przyglądać się ludzkim tragediom, a co dopiero się przy nich relaksować. No, ale jeśli już zaczęłam…

To nie jest film na romantyczny wieczór we dwoje, ani taki, który można śledzić jednym okiem, gdy po pokoju biega rozsadzana energią Tamaluga. Do tego filmu trzeba się skupić i mieć odpowiedni nastrój.

O wydarzeniach, które rozegrały się 22 lipca 2011 roku, na norweskiej wyspie Utoya, wiedzą chyba wszyscy. W masakrze zgotowanej przez Breivika zginęło 77 osób, głównie nastolatków, a ponad 200 zostało rannych.

Film opowiada o tamtych wydarzeniach, dość wiernie przedstawiając samą  masakrę, ale – na szczęście – poświęcając jej zaledwie kilka minut, z ponad dwugodzinnego filmu. Cała reszta skupia się na losach ofiar, polityce, procesie i postaci samego Breivika. Dowiedziałam się wielu rzeczy, o których nie miałam pojęcia.

Film ukazuje przede wszystkim norweskie prawo karne, tak niedoskonałe w swojej doskonałości. Widz przeżywa wiele emocji, spośród których frustracja wysuwa się na prowadzenie. Wiedzieliście, że morderca podczas przesłuchania zajadał się pizzą, pił coca-colę, zachowywał się swobodnie, wręcz nonszalancko i uśmiechał się do wszystkich? Wiedzieliście, że w pewnej chwili przerwał przesłuchanie i zażądał opatrzenia palca, tłumacząc, że skaleczył się odłamkiem czyjejś czaszki?

Albo o tym, że gdy wszedł na salę sądową przywitał wszystkich gestem „heil Hitler (czy też salutem rzymskim, bo jeśli już wybielać, to do końca)?

Nie sposób uniknąć skojarzenia z ostatnimi wydarzeniami w Polsce, gdy wybuchła afera wokół aresztowania mordercy 10 letniej dziewczynki. Za szybko go zaskoczyli, niepotrzebnie skuli, nie pozwolili się odziać, i tak dalej… Przy Breiviku pełna kulturka: Dzień dobry, proszę pana, pan pozwoli…

Anders Behring Breivik pewny siebie i dumny ze swoich czynów, ten sam, który z procesu zrobił farsę, a w mowie obronnej wygłosił pseudo patriotyczny manifest. Dla przeciwwagi – rodziny ofiar i chłopak, który na zawsze pozostanie fizycznym i psychicznym kaleką. Marna to przeciwwaga? Być może, ale film niesie pozytywne przesłanie. Wybieram życie, mówią ci, którzy ocaleli. Rodzina i przyjaciele to wsparcie, jakiego Breivik nigdy nie miał i mieć nie będzie. Próżno tłumaczyć jego czyny trudnym dzieciństwem, bo przecież miał wybór. Każdy ma wybór.

Co do strony technicznej… Jestem mile zaskoczona aktorskimi kreacjami, zwłaszcza Jonasa Stranda Gravila w roli ofiary i Andersa Danielsena Lie, grającego Breivika. Właściwie nie ma się co dziwić, bo Greengrass jest świetnym reżyserem, znanym chociażby z „Ultimatum Borne’a”, czy uwielbianego przeze mnie „Lotu 93”.

Fajnym zabiegiem są wiadomości z radia i telewizji, uzupełniające ogólny przekaz i urywane w połowie zdania. Film może momentami dłużyć się nieco, ale naprawdę warto obejrzeć go do końca.