Zbuntowane brwi, zbuntowany jeremiasz

Moje brwi chyba mają ze sobą jakiś konflikt. Nie chcą ze sobą współpracować podczas różnych zabiegów. Zawsze jedna jest bardziej. A druga… No, cóż. Druga mniej. Muszę je przywoływać do porządku, przypominać, że gramy w jednej drużynie pod nazwą „Zajebisty wygląd”. Chyba mi niedowierzają, słusznie, zresztą, no ale mogłyby się trochę bardziej postarać.

Mieszka u nas bezużyteczny Jeremiasz. Może nie dokładnie u nas, raczej za oknem Oliwii sobie dynda. Od sierpnia. Wtedy był jeszcze mały, a teraz jest już spory. Pytałam ją czy mam go usunąć, ale stwierdziła, że jej nie przeszkadza, a w ogóle to już nadała mu imię i głupio byłoby teraz go tak sprayem potraktować. Widziałam już różne dziwne rzeczy w przyrodzie, ale Jeremiasz jest ewenementem. Może ze trzy razy zrobił pajęczynę, i jakąś taką koślawą, z trzech nitek, na odwal się. Przez większość czasu buja się wisząc głową w dół, serio, naprawdę mam wrażenie, że sam się wprowadza w stan bujania. Przez te dwa miesiące widziałam w jego sieci tylko jedną muchę owocówkę. Ja nie wiem, jak to możliwe, że on jeszcze żyje. A śpi w takich pozycjach, że cały zwinięty jest w kłębek, i tylko jedna z ośmiu kończyn sterczy w pionie. Powiedziałam ostatnio Oliwii, że ten Jeremiasz to bezużyteczny jest, bo nawet muchy nie umie złapać. Oliwia zawołała w stronę otwartego okna: „Jeremi, nie słuchaj jej. Ty jesteś bardzo użyteczny.” No, i jak on ma być normalny, skoro się napatrzył na naszą rodzinę?

Gdy tak go obserwuję, to myślę sobie, że wśród zwierząt jest jak wśród ludzi. Nie wszyscy ludzie dobrze się uczą, są zdolni i utalentowani, trafiają się jednostki na bakier. Wśród zwierząt musi być tak samo. Na pewno jakiś kangur nie umie samodzielnie wskoczyć do torby, na pewno jakiemuś ptakowi nie chce się nauczyć latać, na pewno jakiś pająk nie ma zdolności do tkania sieci. I ogólnie ma na wszystko wyje*ane. No, życie.

Przy okazji, jak długo żyją krzyżaki? Wie ktoś?

No, dobra. Miałam napisać o pewnym, podjętym przeze mnie przedsięwzięciu, związanym z przedszkolem. A więc, napisałam wiersz na rozpoczęcie przedszkola, z podziałem na role, i tak spodobał się mamom, że nagrały kwestie dzieci, a moja zdolna córka (nie, nie Tamaluga!) zgrała to w super filmik. Ja wybrałam otoczkę i muzykę. Poniżej, dla zainteresowanych, wklejam tekst. Jeśli ktoś chce zobaczyć jak wyszedł filmik, to niech daje znać, a ja wyślę mailem.

No to na koniec jeszcze:

Robimy z Tamalugą proste łamigłówki po angielsku. Na koniec pytam ją: „No, to jak będzie „szczęśliwy samolot”? Tamaluga: „Eeeee…” Ja podsuwam jej: „Happy…?” Tamaluga: „Happy birthday to you, happy birthday to you, Twoje urodziny świętujeeeemyyyy… Wszędzie niskie ceny!”

Wiersz:

Narrator: W środku lasu, na polanie,

dzisiaj wielkie zamieszanie.

Dzięcioł: Mam nowiny! Mam nowiny!

Sroka: Co tam? Jeż ma urodziny?

Jeż: Coś ty! Z tego, co pamiętam,

miałem urodziny w święta…

Zając: Jacy wszyscy wypoczęci,

opaleni, uśmiechnięci…

Sowa: Oczywiście, mój zającu,

wygrzewałam się na słońcu…

Mrówka: Ja z kolei, pani Sowo,

miałam pracę sezonową…

Motyl: A ja, a ja, grałem za to,

na konsoli, całe lato!

Wilk: A my z bratem, z klocków Lego…

Kuna: Dobra, dobra. Dość już tego!

Dzięcioł: Czy już wszyscy się zebrali,

i ci duzi, i ci mali?

Żaba (patrzy w telefon): Ślimak pisze, że jest w drodze.

Biegnie tu na jednej nodze!

Zając: No, więc, co tam? Mów, Dzięciole!

Dzięcioł: Dziś zaczyna się… PRZEDSZKOLE!

Sarenka: Ale czy to pewna sprawa?

Mysz: Tak, szumiała o tym trawa.

Niedźwiedź: I szeptały o tym drzewa.

Wilk: I skowronek o tym śpiewał.

Motyl: Szybko się wiadomość niesie…

Lis: Czy już wszyscy wiedzą w lesie?

Łoś: Chyba wszyscy, mam nadzieję…

Kret (niedosłyszy): O co chodzi? Co się dzieje?

Nic nie słyszę, nie rozumiem,

Jakby co, to nic nie umiem!

Borsuk: Wiem, powtarzasz nam to w kółko…

          A czy ktoś powiedział Pszczółkom?

          Biedronka: Oczywiście! Daję głowę,

         że już Pszczółki są gotowe!

         W końcu od nich się zaczęło…

         Ślimak: Jestem. Coś mnie ominęło?

         Lis: O przedszkolu rozmawiamy,

         dziś tam Pszczółki posyłamy.

         Łoś: A ostatnio mi mówiły,

        że już bardzo się stęskniły.

        Żółw: I życzenia złożyć warto,

         pani Asi, z panią Martą!

        Kuna: One mają zalet wiele,

        bo to są Królowe Pszczele…

       Wilk: „Pszczele Mamy” brzmi inaczej…

       Świerszcz: Chyba Ciocie, ciocie raczej!

Wiewiórka: Obie nasze ciocie, przecież,

to najlepsze ciocie w świecie!

Ślimak: Szybko, szybko! Co jest z wami?

Już, biegnijmy z życzeniami!

Żaba: „Szybko, szybko” – nie wytrzymam!

i to właśnie mówi ślimak!

Żółw: Czego można Paniom życzyć?

Mysz: Oczywiście, że słodyczy!

Świerszcz: Trampoliny do skakania,

i ślizgawki do ślizgania!

Sroka: Waty, liści, paru piór…

Ryś: Nie słyszałem większych bzdur!

Liście, wata… ty żartujesz?

Sroka: Bez nich gniazda nie zbudujesz!

Ryś: Jasne! Marzą obie Panie,

by na drzewie mieć mieszkanie!

Sarenka: Nie, tu chodzi o życzenia:

Zdrowia i marzeń spełnienia.

Niedźwiedź: Dużo szczęścia i radości

i do Pszczółek cierpliwości…

Pszczółka: Dziś życzenia im składamy,

No, bo bardzo je kochamy!

Na ratunek

To kolejna pozycja Sophie Hannah, którą ostatnio pokochałam. Kurde, no, nie lubię książek w których krzywdzone są dzieci, i szczerze mówiąc, gdybym wiedziała, że tak będzie to pewnie bym po nią nie sięgnęła. Ale stało się, a że książki Hannah czyta się jednym tchem, to nie mogłam tak po prostu rozstać się z nią bez syndromu odstawienia.

Jeśli cichym przesłaniem fabuły jest niechęć do macierzyństwa, to ja tego nie kupuję… A ostatnio o tym głośno, niestety. Nie dalej jak tydzień temu obejrzałam w TV reportaż o matkach, które żałują że są matkami. Na bazie ich zwierzeń powstała inna książka, więc okazuje się że jest ich całkiem sporo. Przeraża mnie to. Serio. Nawet jeśli owe panie deklarują miłość do dziecka i próbują udowodnić, że niechęć do bycia matką nie ma nic wspólnego z niechęcią do dziecka. Really, k*rwa, really? Nie mieści mi się w głowie, że można „żałować macierzyństwa”, a co dopiero „żałować macierzyństwa, jednocześnie kochając dziecko”! Może jestem jakaś dziwna, ale dla mnie to nie ma sensu. Rozumiem, że bywa się zmęczonym, sfrustrowanym, że człowiek (matka) jest tylko człowiekiem, ale żeby żałować, że się tą matką zostało? Nie mam siły się nad tym rozwodzić, bo to, niestety, temat rzeka. Wracam więc do fabuły.

Sally Thorning jest szczęśliwą mężatką i matką dwójki maluchów. I tu rodzi się pytanie: czy na pewno szczęśliwą, skoro szuka pocieszenia w ramionach innego? Czy naprawdę musiało stać się nieszczęście, żeby zrozumiała, że jednym miejscem na świecie, w którym chciałaby się znaleźć jest jej dom.

Sally jest przekonana, że ktoś śledzi ją od kilku tygodni, a gdy nagle wpada pod autobus – że ktoś ją pod niego wepchnął. Nie ma świadków, nie ma dowodów, a w telewizji pokazują zamordowaną kobietę, wyglądającą niemal dokładnie jak Sally… Kobieta zginęła razem z córką, więc Sally zaczyna obawiać się nie tylko o własne życie, ale też o życie swoich dzieci. Śledztwo policji naprowadza na kolejne szokujące tropy, a finał niesamowicie zaskakuje.  Polecam, ofkorz.

puszczona z torbami, nie pomoże tabletka

Zacięłam się w palec. Niby nic wielkiego, ale odbieram to bardzo osobiście. Zaciął mnie jeden z moich ulubionych noży, pupilek, niemal. I stało się to podczas czynności, którą, jestem tego pewna, przypisano mi z urzędu i skwapliwie odnotowano przy moim nazwisku, mianowicie: mycie naczyń. Tak jak obywatelom kraju muzułmańskiego wpisuje się obligatoryjnie w dowód – religia: islam, tak mnie wpisano zapewne – hobby: mycie naczyń. Ale wracając do noża, jak on mógł mi to zrobić? Troszczę się o te moje sztućce, o moją małą trzódkę. Nie wyróżniam nikogo, nie obrażam, myję sprawiedliwie. Chociaż pchają się wszystkie naraz, ja im cierpliwie tłumaczę, że nie, że teraz widelec, bo dłużej leży w zlewie, na przykład.

Tomasz, z kolei, oparzył się w palce. Mocno się oparzył. Przez pół godziny trzymał między palcami wkład lodowy do zamrażarki. Gdy wchodził pod prysznic, poradziłam mu, żeby włożył gumową rękawiczkę i wsadził do tych palców kawałki lodu. Genialna jestem, normalnie.

……………………………………..

Nie umiem wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje, ale ja wiecznie chodzę z   torbami. Gdy już pozbędę się jednych, Los stawia na mojej drodze kolejne pakunki. Mam, żeby nie było, ładne fikuśne torebeczki, do których da się na upartego upchnąć portfel, ale wiszą sobie w szafie czekając na lepsze jutro. To lepsze jutro nigdy nie nadejdzie. Torebki trochę większe, które nie wytrzymały próby, mają poobrywane rączki i paski. Nie wiem jak to się dzieje, ale po prostu nie mogę wyjść z domu z portfelem jeno, ewentualnie kluczami i telefonem, no nie da rady! Muszę mieć przy sobie wodę dla Tamalugi (w jej ulubionej, nieporęcznej gabarytowo jak cholera, butelce z Myszką Mickey), przekąskę (!), chusteczki zwykłe i nawilżone, sweterek (w razie zmiany pogody), czapkę (jak wyżej), maskotkę (super, gdy tylko jedną), żel antybakteryjny i tak dalej, i tak dalej… Po drugie – zakupy. Rzecz, której zupełnie nie pojmuję. Wchodzę do sklepu z listą, jasno określoną w mojej głowie, zawierającą 4 (słownie: cztery) produkty, a wychodzę… objuczona jak nie przymierzając muł jaki, albo osioł. Tak, więc, do mojej codziennej stylówki dopasowuję nie torebkę, lecz worek – wór, raczej! Wory zakupowe są z płótna, i mam do wyboru żółty oczojebny, biały w sprane króliki albo ogromny granatowy z logo Disneya. I tak się oto bujam od lat… Ostatnio w naszym mieście zorganizowano zbiórkę dla chorej dziewczynki. Spakowałam wielgaśną torbę, zawinęłam Tamalugę i jedziemy. Poza oczywistą radością z udzielenia pomocy, cieszyłam się też z tego, że…. Skoro wychodząc na zakupy lekka jak piórko, wracam z 10 kg balastem, to może jeśli przylezę z torbami, to bez toreb wrócę. Niestety, jego mać, to tak nie działa. Gdy tylko pozbyłyśmy się torby z odzieżą, dorwała nas wolontariuszka, wręczając Tamaludze w podzięce… metrowe puzzle. No, przecież ja ich nawet nie miałam jak upchnąć do tej pustej torby! Poza tym sweter i kurtka Tamalugi (bo zrobiło się gorąco), a co za tym idzie sweter i kurtka moja, ciastka, picie, sricie…!

A potem zdziwiona, że plecy wysiadają, że ręce drętwieją, że tchu brak.

To są te chwile nieliczne, gdy zastanawiam się, czy aby na pewno oddanie auta z przyczyn ekologicznych było dobrą decyzją.

……………………………………..

Tamaluga buszuje w szufladzie i znajduje stary dysk od komputera. Mówi sama do siebie: „Ciekawe co to jest. Moze gra jakaś, moze na playstation. Nie.. To chiba tablet jakiś. Albo tabletka”.

W telewizji leci reklama aloesu. Tamaluga: „O, ja wiem co to jest! To jest ALEOS. Na choloby i uczulenia. Bo widziałam na kule, że jedna mama używała ALEOS bo miała uczulenie na SURECHATKI. A jedna SURECHATKA miała uczulenia na mamę. Ale nie wiem, co używała…”

A oto i Tamaluga z wesołym Panem: 😀

Kosmetyczna odnowa – maska przeciwgazowa

Na plac zabaw zapominam zabrać książkę. Cholera, cholera, cholera! Teraz czekają mnie dwie godziny bezczynnego siedzenia na ławce i patrzenia na dzieci (nie, żebym nie lubiła patrzeć na dzieci i na bawiącą się Tamalugę, ale… przez dwie godziny?!) Mogę też patrzeć na innych rodziców, ale jeśli tak, to już zdecydowanie wolę dzieci. A może nie wszystko stracone? Jeszcze raz wertuję pokaźną torbę. Patrzenie w ekran telefonu w ogóle nie przyszło mi do głowy. Nie rozumiem, na co miałabym tam patrzeć. Podziwiam tych wszystkich ludzi wokoło, którzy nie odrywają wzroku od swoich telefonów. Czasami zastanawiam się, co takiego ciekawego tam znajdują, co tak pochłania ich bez reszty, że zapominają o własnych dzieciach. Ja, nawet czytając książkę, co chwilę odrywam wzrok i kontroluję córkę, a także inne dzieci. Ileż to razy ja, czy Tomek w ostatniej chwili złapaliśmy jakieś dziecko spadające z drabinek, czy huśtaliśmy obcą latorośl, ochrypłą już od wołania matki, żeby ją pobujała… Kiedyś nawet spróbowałam gapić się w ekran swojego smartfona i w myślach liczyłam jak długo wytrzymam. Kliknęłam na jakieś stare wiadomości, trzy razy sprawdziłam godzinę, raz pogodę na następny dzień, przejrzałam kilka zdjęć. Nie bardzo wiedziałam, co jeszcze mogę zrobić. Zawahałam się nad kompasem, ale olać to. Po – dokładnie – minucie, telefon wylądował z powrotem na samym dnie torby.

Teraz za to, znajduję w niej darmowy magazyn, który zapewne dorzucono mi do zakupów w pewnej popularnej sieci. Jak się nie ma, co się lubi… Nie jest źle – wygląda na taki glamour, a co tam, niech chociaż raz zabawię się w snobkę. Rozsiadam się wygodnie i z zaciekawioną miną przeglądam kolejne strony. Trendy w makijażu, fryzury, paznokcie… Ja pierdolę. Czeka mnie godzina i pięćdziesiąt dwie minuty męki. Równie dobrze mógłby to być „Przegląd Elektryka” albo „Tygodnik Wędkarski”. Udaję, że jestem pochłonięta artykułem, bo nawet nie chce mi się sięgnąć po okulary. Boże, jaka ze mnie snobka, patrzcie wszyscy, jak dodaję sobie prestiżu. Fakt, że nie jestem w poczekalni salonu piękności, tylko na ławce, między WC a śmietnikiem, jakoś mi umyka. Dobra. Skoro inne kobiety to czytają, to i ja mogę. Najwyżej nie zrozumiem. Postanawiam sobie, że przeczytam wszystko od deski do deski. To taka kara którą sobie wymierzam, za to, że zapomniałam o książce.

Trendy w makijażu opatrzone są takimi fotkami, że w końcu sięgam po okulary, bo nie wierzę. Wracam do okładki, żeby sprawdzić czy nie wcisnęli mi przypadkiem prima-aprilisowego numeru, ale nie. Wszystkie kobiety wyglądają jak by miały podbite oko. Czasem jedno, czasem oba. Straszne. Potworne. Szybko odwracam stronę, ale dalej jest tylko gorzej. Jak? Kiedy? Dlaczego? Czy ja przespałam jakieś dwadzieścia lat?!

Na kolejnej stronie zdjęcia czterech dziewczyn. Jedna chyba jest w masce przeciwgazowej, a trzy pozostałe w czepku zbyt mocno naciągniętym na czoło. Przysuwam gazetę do oczu, którym przestałam już dowierzać. To nie jest maska przeciwgazowa, ani czepki. One, te biedne kobiety, nie mają brwi… W ogóle! Chce mi się płakać, ale czuję, że muszę być dzielna. Za nas, kobiety, za cały nasz ród. Nie mogę na nie patrzeć, bo robi mi się słabo. Odczytuję tylko tytuł  tłustym drukiem: „BRWI. Jak je utlenić, jak wyskubać, jak ukryć korektorem”. Teraz już jestem pewna, że przespałam ze 2 lata, bo gdy ostatnio zarejestrowałam jakiś trend brwiowy to daję sobie rękę uciąć, że kobiety miały nad oczami busz i krzewy. Zbieram się na odwagę i jeszcze raz patrzę na zdjęcia. Udaje mi się nie krzyknąć. Im bardziej przyglądam się czepkom tym bardziej nie mogę uwierzyć, że śmiałam się z brwi – krzaków.

Zmuszam się do przewrócenia kolejnej strony. Pudry i fluidy. Jezu.

„Puder nakładamy na strefę T”, mówi stylistka.

Przepraszam, na co?

Co to jest strefa T.? Wpadam w lekką panikę, bo mam przeczucie, że powinnam to wiedzieć… Czy naprawdę jestem aż takim głąbem? Dobra, spokojnie. Strefa T. , tak na logikę to ramiona i tułów. Wizualizuję to sobie przed oczami i… widzę ludzika Lego, machającego mi radośnie. W pierwszym odruchu chcę nawet zawołać, zakochaną w Lego Ninjago, Tamalugę, ale przecież to tylko moja wizja! Ona tego nie zobaczy. Wpatruję się w ludzika jeszcze przez chwilę i czuję jak robi mi się banan  na gębie. Uświadamiam sobie jednocześnie, że ludzie na mnie patrzą, przynajmniej ci, z najbliższych ławek. Wracam do rzeczywistości, tylko po to, żeby stwierdzić, że puder na ramionach i tułowiu wyglądałby raczej głupawo. A może strefa T, to trójkąt… łonowy? Jezu, właśnie sobie przypominam idiotyczny strój kąpielowy z dzieciństwa, mający na majtkach wzory, imitujące narządy płciowe. Co za idiota mi go podarował, a drugi idiota kazał nosić?! (Dobra, z drugim idiotą jestem ostrożniejsza, bo chyba chodzi o moją mamę). Miałam osiem lat, zbyt mało, by ogarnąć temat, ale coś tam mi już świtało, że coś jest chyba nie tak…

Po głębszym pochyleniu się nad tematem, stwierdzam, że strefa T to chyba nos i oczy(?)

Dwie godziny minęły jak z bicza trzasnął. Trendy magazyn wylądował w koszu. Właśnie dociera do mnie, że anagramem słowa  „koszu” jest „szoku”. No i dokładnie tak się czuję.

No, to jestem

Wszystko, co piękne, i tak dalej… Wróciliśmy znad jeziora z uczuciem skrajnego niedosytu, ale i wyciszenia, nostalgii i spokoju. Cóż mogę rzec – zyskaliśmy kolejną miejscówkę na letnie wypady. Mam nadzieję.  Minęły już dwa tygodnie od powrotu, a ja ciągle nie mogę wrócić do rzeczywistości. 
No więc jeszcze tak pozostając w klimacie
Gospodarzami ośrodka było dwóch panów, których imiona i nazwiska umieszczono na oknie „recepcji”. Z nazwiska domyśliłam się, że są spokrewnieni, prawdopodobnie ojciec i syn, a z imion –który jest który. Założyłam, że Józef to ojciec, a Robert to syn, chociaż w zasadzie nigdy nic nie wiadomo. W tym miejscu przypomina mi się odcinek „Beverly Hills 90210”, kiedy to Steve i Brandon ogłosili casting na asystentkę osobistą. Zgłosiły się dwie panie: siedemdziesięciolatka i dwudziestolatka. Napaleni chłopcy nie wiedzieli, która jest która, mieli tylko zapisane ich imiona, a jedno z nich brzmiało „Mildret”. Wyszli więc do poczekalni i oznajmili, że Mildret podziękują i zatrudnią tę drugą, po czym, ku ich zdziwieniu i rozpaczy,  dwudziestolatka wstała i wyszła 😂

Ale wracając. Z imionami miałam rację: Józef tata, Robert – syn. Na miejscu właściwie nie było żadnego. W sensie tak 24 na dobę. Pan Józef tylko przyjeżdżał na godzinę, dwie dziennie (jeśli w ogóle), syna zobaczyłam po raz pierwszy w przeddzień wyjazdu. W związku z powyższym, do wypożyczenia łodzi czy innych atrakcji ustawiała się kolejka, z której nic nie wynikało. Na szczęście my sami się obsłużyliśmy i –żeby nie było – zapłaciliśmy uczciwie gdy już Pan Józef się zjawił. W związku z powyższym, również, nie było komu interweniować, gdy hałaśliwa paczka w sąsiednim domku urządziła sobie biesiadę do 1 rano. Na drugi dzień miałam zamiar ich opieprzyć, ale okazało się, że średnia wieku wynosi 70 lat i dałam sobie spokój. To też tłumaczyło, poniekąd, dlaczego byli aż tak głośni… 😀
Nikt z panów gospodarzy nie poinformował nas też o sali z bilardem. Sama go odkryłam zaglądając do okna. Oprócz stołu bilardowego i tarczy z rzutkami, była też konsola z ogromnymi głośnikami, więc… zrobiliśmy sobie własną imprezę. Klimat trochę PRLowski, i takież usterki, ale… w ogólnym rozrachunku było bardzo fajnie.

Powrót do rzeczywistości, to między innymi przedszkole Tamalugi i przedstawienie, o którym więcej w następnym wpisie. Ale, będąc w temacie przedszkola…
Mój totalny brak pamięci do twarzy jest już chyba wszystkim znany. Jeśli dorzucić do tego (nie)pamięć do osób w ogóle, to rysuje się obraz rozkojarzonej, zakręconej i psychicznie zwichrowanej osoby. Mojej osoby, dla ścisłości. Nie ogarniam matek. Dzieci w sumie też. Chociaż ostatnio poczyniłam postępy, bo dotąd Tamaluga przechodziła załamanie nerwowe, gdy po raz kolejny na zdjęciach nie odróżniam jej kolegów i koleżanek (zamiast cieszyć się, że odróżniam koleżanki od kolegów.) Ale tak w ogóle, to chyba najbardziej nie kojarzę matek. Jakiś czas temu wspomniałam, że namówiły mnie (te mamy) na Whatsappa. Mnie, która nie ma nic wspólnego z mediami społecznościowymi, zatem nie kumając twarzy rodziców i dzieci – na dokładkę – nie mam szansy zweryfikować ich, np. na Facebooku. 
Gdy Tamaluga poznaje kolejną koleżankę na placu zabaw, ja siłą rzeczy, chcąc nie chcąc (a przeważnie bardziej nie chcąc) muszę poznać jej mamę. Wpisuje je wszystkie  do telefonu, kolejno: „Natalia, matka Zosi”, „Alicja, matka Zuzi”, „Beata, matka Kornelii”. I luz. 
Gorzej z tym cholernym Whatsappem. Tam, gdy tylko dołączono mnie do… sekty? Grupy? Zostałam rzucona w wir matek i ich dzieci, i k*rwa, naprawdę nie nadążam! Pół biedy, gdy pisze jedna, bo wtedy kopiuję sobie jej numer, wchodzę na profil i – jeśli mam szczęście i w profilu jest fotka - widzę jej twarz (która nic mi nie mówi, ale przynajmniej wiem jak wygląda). Tylko, że one często piszą wszystkie na raz! To znaczy jedna, po drugiej. Jedna po drugiej! Mają do mnie mnóstwo pytań, na które nie znam odpowiedzi. Może gdybym kojarzyła kto to, i czyja to mama, i dlaczego o to pyta, to jakoś dałabym radę… Ale nie! No, nie! Jedna po drugiej, jedna po drugiej, no napierają z każdej strony!
Dołączyłam do WhatsAppa to tylko z powodu przedszkola, nie mam zamiaru udzielać się na tym polu gdzie indziej. Przybrałam zatem nick, coś w rodzaju „mama Tamalugi”. One nie. Tylko u nielicznych widzę: „Krysia mama Bożenki”, czy „Magda od Kamila”, i te nieliczne kobiety nie mają pojęcia jak jestem im za to wdzięczna. Ale! I tak, gdy zaczynają wszystkie na raz… No, wszystkie na raz… I teraz nagle jakiś Michał, i ja już nie wiem, czy powinnam go znać? Czy Michał to dzieciak z przedszkola, czy Michał to ojciec Adama, pierwszy facet który dołączył do grupy, czy co??? A muszę to wszystko ogarniać, bo podjęłam się pewnego przedsięwzięcia (jak to się stało?) i sama sobie zapodałam taki hardkor. O tym też, w jednym z następnych wpisów. 



Trauma

Od jakiegoś już czasu Sophie Hannah należy do moich ulubionych pisarzy, a kolejne pozycje tylko mnie w tym utwierdzają. Bardzo lubię jej styl. Uwielbiam jej osobistą analizę własnych myśli i odczuć. To znaczy myśli i odczuć bohaterki. Bo u niej zawsze wyraźnie zaznaczony jest główny bohater, przeważnie kobieta w średnim wieku, matka i żona. Postaci Hannah są przeciętne, tak pod względem urody, jak i charakteru. Są szlachetne i jednocześnie wkurzające, empatyczne i stroniące od ludzi. Cała paleta barw. Wszystkie cechy normalnego, nieprzerysowanego człowieka. I to mi się podoba.  Łatwiej się z kimś takim utożsamić. Sophie świetnie buduje napięcie do… całkiem zwyczajnego thrillera/kryminału, co o dziwo odbieram na plus. Tam nie ma wielkich dramatów, ani morderstwa/przestępstwa wielkiej wagi, ale właśnie to napięcie, to dążenie do poznania prawdy „robi całą książkę”. Czasami taki zabieg wkurza, mamy wrażenie, że napięcie jest sztucznie pompowane a efekt mizerny. Tutaj tego nie ma. Nie odczułam niedosytu, ani rozczarowania.

Niestety (albo stety) tytuł wprowadza w błąd. Osobiście nie odkryłam żadnej traumy, a przynajmniej nie takiej, jakiej czytelnik spodziewa się otwierając książkę. Portrety psychologiczne postaci są głębokie, a jednoczenie takie zwyczajne. Zyskujemy dużą dawkę wiedzy z dziedziny psychologii i zaburzeń emocjonalnych, ale taką łatwą do przełknięcia, a raczej do zrozumienia. Kiwamy wtedy głową, myśląc „No, tak. To miało prawo tak się potoczyć”.  Tutaj przewidywalność jakimś cudem nie drażni, zostawia nas raczej z kolejną porcją wiedzy i refleksją.

Amber Hewerdine poznajemy w drodze do… hipnotyzerki, która ma wyleczyć ją z bezsenności, dręczącej Amber od czasu śmierci jej przyjaciółki Sharon. Kobieta nie wierzy w hipnozę, nie wierzy nawet w psychoterapeutów, ale chce mieć pewność, że zrobiła wszystko co możliwe, by wrócić do normalności. Zwłaszcza, że stała się prawną opiekunką córeczek Sharon. Klientka niewierząca w hipnozę oznacza, że hipnoza po prostu nie może się udać. A jednak chyba się udaje, bo Amber w transie wypowiada słowa, które dla niej samej brzmią obco, a które stają się zwrotem akcji w sprawie morderstwa… Bo z magicznego zdania, Amber zwierza się pierwszej napotkanej w poczekalni osobie, a tą osobą przypadkowo jest policjantka. Od tego momentu poznajemy rodzinę Amber, która tak naprawdę jest rodziną jej męża Luca. Poznajemy ich zwyczaje i, czasami skrajnie dziwne zachowania. Wszystko też wydaje się prowadzić do wydarzeń sprzed prawie dekady, kiedy to w tajemniczych okolicznościach, z jednego domu zniknęła – na chwilę – połowa krewnych Luca.

Po lekturze można sobie zadać pytanie, czy żyjemy tak naprawdę dla nas samych, czy dla innych i jak to możliwe, że ich wyobrażenia o nas mogą mieć tak ogromne znaczenie. Zazwyczaj jedno kłamstwo prowadzi do kolejnego, wiadomo, ale żeby budować na nich całe swoje życie, podczas gdy można było od samego początku łatwiej, prościej, bez spiny i kryminału. No, ale niektórzy tak mają – wolą pod górkę. Albo nie znają innych możliwości i nie potrafią dokonać lepszych wyborów. A tutaj z kolej wpływ na to ma rodzina i środowisko, w jakim się dorasta. To może tutaj ta trauma? Zawoalowana, subtelna, ale jednak trauma? Pozostawiam subiektywnej ocenie.

Wróćmy na jeziora. Wpis bardzo sentymentalny

Jestem w raju. No prawie, bo brak tu morza, TV nie działa, a cały domek spowijają pajęczyny, pamiętające jeszcze szalone lata 70, ale widoki są cudowne. Dla takich chwil… i tak dalej. Spędzamy tutaj ostatni tydzień sierpnia, a stało się tak przez totalny przypadek.

Od niepamiętnych czasów, dwa tygodnie lata spędzamy w Międzyzdrojach. Jak już kiedyś wspominałam, to moje ukochane miejsce i całe moje dzieciństwo. Ponieważ wiadomo ile kosztuje urlop nad polskim morzem, stać nas na nie tylko raz do roku. Nawet nie zastanawialiśmy się nad innymi możliwościami. I to nie tylko z powodu pieniędzy, bo jeśli się uprę, to stanę na głowie, a wyjadę. Raczej dlatego, że przez lata przyzwyczailiśmy się do wyjazdu z psem. Pana Roniowego nie ma już z nami od 4 lat, a my wciąż wybieramy łatwe i szybkie trasy, gdzie (ze względu na cierpiącego na chorobę lokomocyjną, psa) dotrzemy bezboleśnie pociągiem.

Na początku lipca zrobiliśmy sobie z moim przyjacielem Dżekiem tydzień wspomnień, (który trwa do tej pory). W tym samym czasie Segula na swoim blogu wspominała wyjazdy za czasów komuny nad jeziora, gdzie do łodzi zabierało się cały ekwipunek. To wszystko uruchomiło machinkę w mojej głowie i cofnęło mnie w czasy dzieciństwa. Przypomniałam sobie, że nie tylko wyjeżdżałam z mamą do Międzyzdrojów, ale też spędzałam połowę wakacji z dziadkami na biwaku. Mieliśmy takie dwa ulubione miejsca. Jedno pamiętałam, ale drugiego za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć. Wkrótce potem zadzwoniła moja mama, więc zapytałam ją, czy pamięta tamto drugie miejsce, gdzie dziadkowie zabierali mnie na wakacje. Zapomniała nazwy, ale oddzwoniła po godzinie i podała mi ją. To, z kolei, uruchomiło machinkę wspomnień w głowie mojej mamy. Okazało się, że zanim się urodziłam, moja mama jeździła tam z moim przyszłym ojcem i swoimi przyszłymi teściami. Zamilkła na chwilę, porażona niespodziewaną dawką wspomnień. Zaczęła mi je opowiadać, na chybił trafił, wzruszając się i rechocząc, na zmianę. W końcu zaśmiewając się do łez, opowiedziała mi pewną historię. Gdy była z moim przyszłym ojcem w okresie narzeczeństwa, każde z nich miało swój własny namiot, a moi przyszli dziadkowie  swój. Moja przyszła babcia, a jej przyszła teściowa, zamontowała im przy wejściach do namiotów… dzwonki, żeby usłyszeć, gdy będą, nie daj Boże, przechodzić do siebie w nocy…

Ja pamiętam z wakacji z dziadkami tylko urywki. Jednak są one bardzo wyraźne. Teraz podzielę się nimi z wami, i miejcie świadomość, że dzielę się czymś bardzo osobistym.

Mam 3, 4 albo 5 lat. Jedziemy maluchem (Fiatem 126p). Ja szaleję na tylnym siedzeniu – wtedy nie było konkretnych wymogów co do przewożenia dziecka. Klęczę na siedzeniu i patrzę przez tylne okno, na przyczepę z zieloną łódką. Mój dziadek zrobił ją sam. Dla mnie.

Siedzę z dziadkiem w łódce i łowimy ryby. Uczy mnie zakładać przynętę na haczyk. Potem pływamy bez celu i wystawiamy buzie do słońca.

Mam 3, 4 albo 5 lat. Babcia każe mi ubrać buty, bo wchodzimy do lasu, ja upieram się iść boso. Już na początku spotykam zaskrońca i krzyczę w niebogłosy. Babcia bierze mnie na ręce.

Mamy przepiękny, ogromny namiot z 3 pokojami. Dziadkowie kupili go w NRD. Babcia kąpie mnie w rozkładanej gumowej umywalce na trzech nóżkach.

Jedna pani z namiotu obok ma psa, spaniela, o imieniu Goga.

Inna pani wypala (nie wiem czy to właściwe słowo, ale tak to odebrałam będąc dzieckiem) dywany. Przepiękne. Ma taki specjalny przyrząd, który nagrzewa,  a wokoło mnóstwo gapiów, i każdy chce kupić taki dywanik.

Gospodyni z zaprzyjaźnionego domu (za płotem) przynosi mi codziennie mleko prosto od krowy, jeszcze ciepłe.

Ale, wracając do tematu. Gdy po rozmowie z mamą (naładowana wspomnieniami nas obu) znałam już nazwę jeziora i miejscowości, postanowiłam ją sobie wyguglować. Znalazłam kilka ośrodków wypoczynkowych. Pomyślałam, że fajnie byłoby tam kiedyś pojechać. Kiedyś, kiedyś… A dlaczego nie teraz? Napisałam do nich, ot tak. Odpisał jeden. Honorował bony 500. Zadzwoniłam, wpłaciłam zaliczkę, do samego końca nie wierząc, że to się uda, że wreszcie znowu zobaczę jezioro z mojego dzieciństwa.

I, proszę, jestem tu…

Wakacje z Tamalugą

Czy ja  w te wakacje, tak naprawę, ale tak z ręką na sercu, odpoczywam? Trudno powiedzieć. Sprzątam, gotuję, piszę, czyli tak, jak przez resztę roku. Czasami jestem zmęczona i nic mi się nie chce, i wtedy odpuszczam: nie sprzątam, nie gotuję, nie pracuję. Olewam temat. Ale przy okazji odkrywam dziwną prawidłowość: Im dłużej olewam temat, tym więcej mam później do roboty, także średnio mi się opłaca. Do tego Tamaluga, będąca dzieckiem w tym samym stopniu kochanym i pomocnym, co żywiołowym. Nie ma dnia, żeby gdzieś nie przywaliła, z czegoś nie spadła, z czymś się nie zderzyła. Do tego bez przerwy mówi, a mówiąc, przeważnie skacze, albo biega, albo się wygina. Nie potrafi stanąć w miejscu, a stanąć w miejscu w milczeniu, to już w ogóle. Ostatnio, pracowałam nad czymś, a Tamaluga w tym czasie wchodziła na krzesło i zeskakiwała z niego, wchodziła i zeskakiwała. Czekałam kiedy jej się znudzi, ale nic z tych rzeczy. Ona w ogóle się nie męczy, w przeciwieństwie do krzesła. Zastanawiałam się, który lot będzie tym ostatnim. Trwało to bardzo długo, i pewnie trwałoby dłużej, gdybym w końcu tego nie przerwała.  To samo jest ze snem Tamalugi. Ja rozumiem, że są wakacje, ale żeby pięciolatka zasypiała o 23, to już przesada. Przed snem, chce, jak zwykle pierdylion rzeczy, opóźniając ten moment jak najdłużej się da. To nasza wina; zbyt wiele jej odpuszczamy i na zbyt wiele pozwalamy. O ile u mnie jeszcze występuje jakiś limit, o tyle Tomasz w tym przoduje. Okręciła go sobie wokół palca. Przykład pierwszy z brzegu: Tamaluga, oczywiście, sama myje ręce, buzię i zęby, ale żąda, żeby ktoś jej w tym towarzyszył. Może nawet stać w progu łazienki, byleby był.  Jej żądanie wygląda jak prośba, więc weź się w tym, człowieku, połap. „Bardzo cię (tato/mamo) kocham, i wiem, że na pewno chcesz popatrzeć, jak myję ząbki.”

Tomasz: Ja chyba wiem, o co chodzi. Tamaluga martwi się, po prostu, że zgaśnie światło w łazience, a ona boi się ciemności.

Ja: No, brawo! Podsunąłeś jej świetny pomysł, jeszcze minutę temu o tym nie wiedziała. I teraz patrz:

Tamaluga: Tak, tatusiu! Masz rację! Ja boję się, że zgaśnie światło i wtedy nic nie zobaczę, bo nie będzie światła. I wtedy mogę spaść z taborecika, i mogę nie zakręcić kranu, i mogę nie odłożyć szczoteczki i kubeczka na miejsce! (pal licho potwory w ciemności – porządek przede wszystkim!)

Ja do Tomka: Masz więcej takich świetnych pomysłów?

Tomasz (powstrzymując śmiech): Nie… Przepraszam!

………………………………………………….

Tamaluga: Mamusiu, przebierzesz mnie w piżamkę?

Ja: Nie, bo sama to potrafisz.

Tamaluga: O, Matko! Jaka ty jesteś leniwa, mamusiu!

…………………………………………………..

Tamaluga nie należy do dzieci, którym wystarczy puścić bajkę albo dać grę, żeby mieć chwilę spokoju. Ona te bajki komentuje, woła do wspólnego oglądania, gdyż osobą jest bardzo społeczną. Z grami jest jeszcze gorzej. Przy okazji – Google wypuściły fajną gierkę olimpijską, która pochłonęła nas obie i jeszcze Oliwię. No, ale ten ludzik-zwierzak nie tylko uprawia sport, on jeszcze wchodzi w interakcje z innymi ludzikami – zwierzakami. No i wtedy muszę co chwilę odrywać się od domowych aktywności, bo Tamaluga woła żeby coś jej przeczytać. I tak to wygląda. Gdy wychodzę z nią na plac zabaw, mam dwie godziny spokoju, ale już na przykład na działkę, to niekoniecznie. Wystarczy, że walnę się na leżak, a już po chwili przybiega, żeby zagrać z nią w piłkę, żeby umyć jej owoce, które właśnie zerwała z krzaczka, albo po prostu, żeby mnie oblać zimną wodą. Wnioski końcowe: Jestem w te wakacje umęczona bardziej niż w ciągu roku.

Ale ja nie po to, to wszystko, żeby się skarżyć, o nie! Uwielbiam moją małą wariatkę, a poza tym, motywuje mnie do działania, bo gdyby nie ona, to pewnie olałabym temat na dużo dłużej i zgnuśniała w pieleszach.

Mój klucz od domu pozbawiony jest jestestwa. Nie wiem na jak długo. Ongiś miał breloczki, i inne klucze przy boku, z którymi się przyjaźnił, a także zapewne  cele, i marzenia… Teraz nagi i smutny wisi w przedpokojowym domku. To, kurde, nie jest fair, ani trochę! W ogóle nie wiem jak i kiedy to się stało, ale ostał nam się tylko jeden klucz. TYLKO JEDEN. MÓJ. Oliwia zgubiła swój dawno temu, Tomasz połamał swój przed miesiącem.

Normalnym krokiem przy zaistniałej sytuacji jest wezwanie ślusarza i zmiana zamka. Tyle, że, nasz zamek jest specyficzny. Nie da się go wymienić, nie uszkadzając drzwi. Nie ma wkładki, zapadki i tak dalej. W tym wypadku najłatwiej jest chyba wymienić drzwi… Tak więc, zatem i póki co, udostępniłam reszcie domowników mój osobisty klucz. Od tej pory jesteśmy ze sobą jakby bardziej związani… Ustalamy grafik wychodów i przychodów. Ale, do ciężkiej cholery, dlaczego Tomasz uznał, że mój klucz należy pozbawić otoczki. Jakież to smutne i niestosowne… A miałam przy nim, oprócz innych kluczy, kamień – prezent od Oliwii z którejś z wycieczek, połówkę serca, literę A i kilka piórek. A teraz? Łysy i nagi dynda samotnie, przemieszczając się z rąk do rąk…

…………………………………

Tamaluga: Mama, a często płakałam, gdy byłam mała?

Ja: Czasami tak, bo miałaś kolki i bolał cię brzuszek.

Tamaluga, dwa dni później: Mama, ratuj, mam kolkę w plecach!

…………………………………

Aaaaaa, tak w ogóle, to niedawno się ogarnęłam, że mój blog w lipcu skończył pięć lat. Także, tego. Dziękuję wszystkim! 💗

Idealne dziecko

Powielona fabuła, pomyślałam z początku, ale jednak nie. Thrillerów z dzieckiem w roli głównej było już wiele. I z dzieckiem w charakterze prześladowcy, i z dzieckiem w charakterze ofiary. Tych drugich, zresztą, unikam jak ognia, z wiadomych względów. Tutaj nic nie jest oczywiste, poza całą paką problemów do przepracowania, jak zwykle. Nie do końca wiadomo, jaką rolę pełni dziecko, niemal przez całą opowieść, a i koniec zostawia niedomkniętą furtkę, pozwalając na własne domysły i podsumowanie.

Chris i Hannah są kochającym się małżeństwem. Uzupełniają się prywatnie i zawodowo – on jest chirurgiem ortopedą, ona pielęgniarką. Oboje dawno już porzucili marzenia o biologicznym dziecku i podjęli decyzję o adopcji. Niestety, również na tym polu droga jest wyboista i niepewna. Okazja nadchodzi sama: do szpitala, w którym pracują trafia dziewczynka, znaleziona na parkingu. Dziecko jest brudne, głodne i zaniedbane, a przede wszystkim nosi ślady długotrwałej przemocy. Chris podejmuje się operacji, po której między nim, a dzieckiem rodzi się silna więź. Hannah staje trochę przed faktem dokonanym, ale i ona bardzo pragnie zaadoptować Jane. Z całym jej balastem, chociaż takiego obrotu sprawy na pewno się nie spodziewali.

Książka ukazuje rażące braki w instytucji pomocy społecznej. Narzekamy na swoją, a tu okazuje się, że i w Stanach jest podobnie. Tyle, że to żadne pocieszenie, prawda? Całość podzielona jest na przemyślenia Chrisa i Hannah, a także zeznania składane na policji przez opiekunkę przydzieloną rodzinie.

Co do autorki to niewiele mam do powiedzenia. Wyczytałam, że jest psychologiem, specjalizującym się w dziecięcych traumach. Umiejętnie prowadzi czytelnika przez wyboiste drogi ludzkiej psychiki, potrafi zaskoczyć, przerazić i skłonić do refleksji.