Kuła się zepsuła

Kuła się zepsuła. Całkowicie. Trochę moja wina, bo ona zaczęła szwankować już w czerwcu. Przestał działać dotyk, ale wtedy jeszcze tak subtelnie, tylko na wybrane litery w smsach. To jeszcze nie był powód, żeby kupić nową. Potem bezdotykowość objęła kolejne litery i znaki. Kułę pożerała Nicość, jak w Niekończącej się opowieści. Po kawałku. Później było jeszcze gorzej, ale wtedy oświecono mnie, że jest coś takiego jak funkcja głosowa. No. To trochę się tym pobawiłam i to nawet frajda była, chociaż nie czułam się zbyt komfortowo używając jej w miejscach publicznych. O ile ktoś gadający do siebie nie robi już wrażenia, o tyle ktoś wymawiający nienaturalnie pojedyncze słowa, artykułując przy tym również znaki interpunkcji – to już tak. Niemniej, znowu kupno telefonu odłożyłam na przyszłość bliżej nieokreśloną, chociaż raczej bliższą niż dalszą.

W ostatnią sierpniową niedzielę kuła umarła. Stało się to podczas kiermaszu, kilka minut po godzinie dziesiątej, gdy już wystawiłam się z książkami i chciałam zadzwonić do Oliwii, żeby dołączyła. No i wtedy kuła przestała reagować na ostateczną ostateczność, czyli mój kciuk. Była już tak chora, że nie poznawała moich linii papilarnych, co obwieściła napisem na górze ekranu: „Nie poznaję twoich linii papilarnych” czy coś w tym rodzaju. No i nie dała się już włączyć. Po pierdyliardzie prób, z chuchaniem, pluciem i zatarciem kciuka, odłożyłam ją delikatnie do kieszonki w torebce, starając się nie myśleć o utraconych zdjęciach, filmach i kontaktach.

Do końca dnia dałam sobie spokój, ale w poniedziałek uświadomiłam sobie, że nikt się do mnie nie dodzwoni. Musiałam znaleźć tymczasowe zastępstwo w postaci jakiegoś szrota. W tym celu, chciał nie chciał, zwróciłam się do Tomasza. Ile triumfu było w jego spojrzeniu, mówiącym „I co??? I jednak znoszone przeze mnie BEZUŻYTECZNE rzeczy mogą się przydać???” Położył przede mną starą klawiszową kułę, mówiąc „proszszsze”, głosem kelnerki z „Misia”*  

Ale jeszcze zanim przerzuciłam kartę, przypomniałam sobie, że oprócz mamy i znajomych, równie często dzwonią do mnie inni dziwni ludzie, od przedstawicieli UPC, przez oferujących tanie loty, aż po banki, sranki i kredyty. Zwłaszcza sranki dzwonią najczęściej. Powstrzymało mnie to od przełożenia karty przez jeszcze jeden dzień. Rozkoszowałam się błogą ciszą, która mogła być jeszcze bardziej błoga gdybym do kompletu odłączyła domofon.

No, dobra. Karta przerzucona, stara kuła zaległa na półce i przez dwa dni był spokój. Trzeciego dnia, stara kuła nagle i bez ostrzeżenia przypomniała sobie i nam wszystkim, że jest coś takiego jak budzik. Przypomniała sobie późnym wieczorem. Bez sensu. Jestem pewna, że za jej życia od dawna nie nastawiałam budzika. A już na pewno nie na godzinę wieczorną. To było nieco przerażające, jak w tych horrorach, gdy telefon dzwoni pomimo wyciągniętej wtyczki, a telewizor się włącza pomimo rozwalenia go uprzednio młotkiem.

Oczywiście wycia kuły nie dało się nijak wyłączyć, więc po minucie albo sześciu godzinach wsadziłam ją pod poduszkę. Minęła wieczność zanim ucichła, a potem włączyła się znowu. W końcu wyniosłam ją do kuchni, a dla pewności wrzuciłam do Tomkowego plecaka i nakryłam starym ręcznikiem. Stertą starych ręczników. Nie pytajcie skąd je mam, bo rzeczy w kuchni mnożą się same z siebie.

I tak kuła wyła przez kolejne dni. Wieczorami wrzucałam ją do plecaka, aż któregoś razu Tomek zapomniał ją wyjąć i włączyła mu się w pracy. Kuła, która po śmierci żyła nadal własnym życiem. Kuła zombie.

Nadszedł czas zakupu nowej kuły. Wlazłam na stronę z kułami. Po 100 godzinach znalazłam kułę odpowiadającą moim oczekiwaniom, głównie cenowo. „Kuła dostępna w różnej kolorystyce”. O, jak fajnie! To mogę jeszcze wybrać kolor, a w ogóle o tym nie pomyślałam. Klikam w opcje, i opcje są:  biała, różowa, błękitna, szara, srebrna. Z tym, że niedostępne, poza srebrną. Nieco rozczarowana pominęłam ten etap i przeszłam do kasy. „Nie wybrano koloru” WTF? Coś mnie ominęło? Cofnęłam się i kliknęłam w to srebro. Znowu jestem przy kasie, chcę zapłacić i „Nie wybrano koloru”. Znowu cofka i znowu kliknięcie w jedyną dostępną opcję. Powrót, kasa. „Jeśli nie wybierzesz koloru, wyślemy kolor losowo!” No, to już jest groźba karalna. W „informacjach dla  sprzedającego” wpisałam zatem: „kawa z mlekiem w pistacjowe kropki”.

Nie wiem czy się obrazili, ale przysłali czarny.

*Proszszsze w wykonaniu kelnerki z „Misia”:

Stoliczku, ukryj się! (co z domu to z serca)

Z rzeczy, które wkurzają mnie ostatnio najbardziej, wybija się łazienkowy taborecik Tamalugi. No i Tomasz. Trzeba mu przyznać, że utrzymuje pozycję i jego poczynania niezmiennie plasują się na szczycie listy.

Składany Taboret Tamalugi jest składany tylko z nazwy, gdyż większość domowników uparcie ignoruje tę jego funkcję. Taboret zajmuje zatem dumne miejsce na samym środku łazienki. Łazienki wielkości szpitalnej windy. Powierzchnia na której można stanąć to jakiś metr na pół metra, a więc obecność różowo-zielonego mebla jest dosyć znacząca. Czasami wpadnę na niego, czasami uda mi się go ominąć, czasami nawet kopnięciem posłać w drogę, a że droga kończy się po 20 cm, to po chwili i tak na niego wpadam. Gdy w porywach kreatywności wykorzystuję go jako stojak do papieru, Tamaluga biegnąc na siusiu, przestawia szybko papier gdzie indziej, np. na brzeg wanny, z której to rolka malowniczo „sturlowuje się” na dół. I oczywiście jest mokra.

Jeśli chodzi o Tomasza… Już wiele razy pisałam, że znosi do domu mnóstwo rzeczy. Zbieractwo to jeszcze nie jest, ale gdy patrzę na zagraconą kuchnię to widzę, że niewiele brakuje. Gdy dostaję histerii posłusznie wynosi wszystko do piwnicy, ale po jakimś czasie przynosi znowu. Gdy Oliwia wyjeżdża na weekend, robi sobie w jej pokoju gabinet z warsztatem. Ostatnio wróciła dzień wcześniej, a na jej łóżku leżały w poprzek trzymetrowe drzwi do szafy wnękowej. Tomek wymieniał w nich kółko…

W naszym mieszkaniu naprawdę nie ma już na nic miejsca. Czasami (zwłaszcza wtedy, gdy rozkładam suszarkę na pranie) zastanawiam się czy nie wywalić jakiegoś mebla. Do wystroju brakuje tylko parasola i migającego neonu.

– Sąsiad chce sprzedać stolik za pięć dych – oznajmia Tomek. – Szklany, więc boi się o dziecko.

– I co z tego? – pytam, chociaż w kościach czuję, co się święci.

– Nic, tak tylko mówię. Możesz zobaczyć, stoi na balkonie.

Szklany stolik potrzebny był nam jak wrzód na dupie, ale zerknęłam na balkon sąsiada. Doprawdy nie wiem, gdzie miałabym go postawić. Tomek przyznał mi rację, naprawdę! Sam stwierdził, że to byłaby już przesada. Po czym trzy dni później, wieczorem, przytargał rzeczony stolik do naszego domu. Sąsiad już nawet nie chciał pięciu dych, tylko pozbyć się go z balkonu. Miał fart i trafił na Tomka. Tomka, który ochoczo i triumfalnie wyniósł go na własnych plecach.

– Ja pierdolę – szepnęłam najciszej jak umiałam, gdyż Tamaluga jeszcze nie spała.

Nie chciałam tego widzieć, więc położyłam się na kanapie przodem do ściany. Zza plecowych odgłosów wywnioskowałam, że Tomek próbuje różnych wariantów, przesunięć, przestawień, ustawień i tak dalej.

– Jutro, gdy się obudzisz już go nie będzie – poddał się w końcu.

Rano stolik był pierwszym widokiem po otwarciu oczu. Musiałam wydać z siebie przerażający dźwięk, gdyż Tomek zerwał się z łóżka i szybciutko gdzieś go wyniósł. Nie obchodziło mnie gdzie.

Godzinę później wrócił z bardzo dziwną miną. Na początku nie chciał się przyznać, ale w końcu powiedział, że tak nim manewrował w przedsionku piwnicy, aż stolik zrobił pierdut i piękny szklany blat roztrzaskał się na kamiennej posadzce. Normalnie posikałabym się ze śmiechu, ale nie tym razem, bo w związku z powyższym, Tomek zamiast zrobić, co miał do zrobienia w domu – przez kolejną godzinę sprzątał przedsionek piwnicy. Kurtyna.

Całe szczęście, że sąsiad wcześniej zrezygnował z tych pięciu dych, bo musielibyśmy jeszcze mu zapłacić…

Gdy jakiś czas później wynosiłam śmieci, wyobraziłam sobie ten szklany stolik na środku pokoju. Wyobraziłam sobie jak wszyscy się o niego potykamy i padamy na niego twarzą, a potem stawiamy go na dużym jadalnym stole, a na górze piramidy ustawiamy rzeźbę z fontanną. Na przykład sikającego amorka. Gdy tylko złapałam tę wizję dostałam takiego ataku śmiechu, że nie mogłam otworzyć kontenera, nie mówiąc o wrzuceniu do niego worka. Obsmarkana i opluta zatoczyłam się na trzepak i tam wyłam dalej, aż sąsiadka zaczęła mi się przyglądać z okna. Postanowiłam wówczas, jak najszybciej podzielić się z Tomkiem swoją wizją. Pognałam ochoczo do domu, z rozwianym włosem, zasmarkaną twarzą i w raźnych podskokach, a worek ze śmieciami wesoło obijał się o moje nogi. Gdy tylko dotarłam do mieszkania, zapomniałam co mnie tak rozbawiło, i co ja właściwie chciałam Tomkowi powiedzieć.

– Coś się stało?! – zapytał przerażony moim widokiem.

– Nie wiem. Chyba zapomniałam wyrzucić śmieci.

Służące

The Help\ 2011\ Tate Tayler

Nie piszę dzisiaj o filmie nowym, bo nie miałam ostatnio okazji do obejrzenia dobrego kina. Brak czasu i brak szczęścia do filmów. Lubię filmy nieoczywiste i mało znane, lubię w tym szlamie odkrywać perełki. Niestety, ostatnio kiepski ze mnie poszukiwacz. Mam wrażenie, że twórcy ostatnich obejrzanych przeze mnie tytułów nieco inaczej rozumieją określenie „kina niezależnego”. Dla nich to chyba filmy, którym nie zależy. Ani na wartościowym przesłaniu, ani na reakcji widzów.

Wracam, więc, pamięcią do filmów nie najnowszych, które polubiłam i które z czystym sumieniem mogę polecić.

Dlatego dzisiaj „Służące” właśnie, bo ostatnio trafiłam na wywiad z odtwórczynią jednej z głównych ról. Właściwie powinnam napisać „ról drugoplanowych”, ale według mnie w filmie nie ma wyraźnej postaci pierwszoplanowej.  A wszystkie są świetne, dobrane idealnie. Zresztą grono aktorów zacne: Emma Stone, Viola Davis, Bryce Dallas, Jessica Chastain, Ahna O’Reilly, Allison Janney i Octavia Spencer, która ze tę rolę właśnie, otrzymała Oscara.

Akcja dzieje się w latach 60, w stanie Mississippi, czyli w jednym z najbardziej rasistowskich okresów i najbardziej rasistowskich regionów Ameryki.

Skeeter, marząca o karierze pisarki, wraca po studiach do rodzinnego, zamożnego  domu. Na miejscu odkrywa, że jej ukochana niania straciła pracę i miejsce w domu, który przez kilkanaście ostatnich lat był również jej domem, jedynym jaki miała. Skeeter nie może zrozumieć decyzji matki, ani dogadać się z lokalną społecznością, w tym z najbliższymi niegdyś koleżankami. Powoli zaczyna dostrzegać niesprawiedliwość, a nawet wrogość z jaką traktowani są czarnoskórzy mieszkańcy. Najbardziej przejmuje ją los kobiet, wynajmowanych do opieki nad dziećmi, kobiet, które często zmuszone są opuścić swoje rodziny na czas nieokreślony, by móc zarobić na utrzymanie. Opiekunki zżywają się z dziećmi pracodawców, traktując je jak własne, podczas gdy bogaci rodzice spędzają czas na rozrywkach. To nie matki karmią, tulą, bawią, zmieniają pieluchy, uczą wierszyków i wycierają zasmarkane noski. Wszystkim tym zajmują się czarnoskóre nianie, które oprócz tego sprzątają i gotują, otrzymując w zamian niewielką zapłatę.

Skeeter chce o tym wszystkim napisać. Chce, w porozumieniu z wydawcą, napisać książkę opartą na wspomnieniach tylu kobiet, do ilu zdoła dotrzeć. Na początku czarna społeczność do pomysłu i samej Skeeter odnosi się nieufnie. Niechętnie mówią o sobie, boją się, bo mają dużo do stracenia. W końcu jednak dziewczynie udaje się namówić jedną z nich, a potem otwierają się wszystkie. Powstaje przejmujący dokument o ludzkiej niesprawiedliwości, okrucieństwie i głupocie.

Film jest niesamowicie wciągający, barwny i po prostu ciekawy. Dramatyczne momenty przeplatają się z zabawnymi dialogami, rozbrajającymi scenami i zaskakującymi zwrotami akcji. Ukazuje próżność, hipokryzję i zakłamanie panien z dobrych domów w zderzeniu z cierpieniem, ale i głęboką mądrością ich służących. Jak wspomniałam na początku, wszystkie role są znakomicie obsadzone, a każda postać charyzmatyczna, jedyna w swoim rodzaju i zapadająca w pamięć. Ten film to mieszanka emocji, a jedyną jego wadą jest chyba niedosyt jaki czułam po obejrzeniu. Nie dlatego, że coś jeszcze mogło być dopowiedziane, ale dlatego, że pomimo długiego seansu (2h20min.), miałam ochotę na jeszcze.

 

Najmroczniejszy sekret

   Alex Marwood, 2015

Tak naprawdę to nie wiem, czy powinnam z czystym sumieniem polecać tę książkę. To znaczy czyta się ją dobrze i jest dosyć wciągająca, ale ja to chyba jestem zbyt wrażliwa na takie klimaty. Czy to gwałt i zabójstwo, nie daj Boże, czy też zwykła intryga – gdy w grę wchodzi dziecko – ja się poddaję. Odpadam. Wymiękam. Płakałam czytając ją, naprawdę płakałam, chociaż nie ma w niej drastycznych opisów, potwornych szczegółów i tak dalej. Płakałam ze złości, z bezsilności na ludzką głupotę i egoizm. Szlag mnie trafiał i to, mam nadzieję, normalna reakcja matki, i też mam nadzieję, że nie tylko matki. To nie jest ostry thriller, ociekający krwią, zdecydowanie nie. To zwyczajna opowieść, która przez swoją zwyczajność tym bardziej przeraża. Minęło już trochę czasu od kiedy przeczytałam tę książkę, ale cały czas nie mogę o niej zapomnieć. Nie mogę też oprzeć się porównaniu do głośnej sprawy Madleine Mc Kain, najbardziej tajemniczego przypadku zaginionego dziecka. Wściekłość i poczucie niesprawiedliwości to emocje, które podczas lektury towarzyszyły mi najczęściej. I świadomość, że takich ludzi, i takich przypadków jest wiele, oraz to, że większość z nich nigdy nie została wyjaśniona.

Bogacze pławią się w luksusie. W ich świecie, niby takim samym jak reszty śmiertelników, częściej pojawia się egoizm, zniechęcenie, próżność, snobizm, imprezy oraz – często przypadkowy – seks i – często przypadkowe – opiekunki do dzieci. Więcej jest w takich rodzinach komplikacji i chaosu, więcej młodych macoch i ojczymów. Zacierają się granice, kto z kim, kiedy i dlaczego. Jak się okazuje, w tym środowisku pieniądze i prestiż mogą skutecznie stłumić wyrzuty sumienia.

Sean Jackson, który dorobił się majątku na sprzedaży domów, obchodzi 50 urodziny. Zaplanował na ten dzień huczną imprezę w gronie przyjaciół, właśnie w jednym z domów na sprzedaż. Wszystko ma dokładnie zaplanowane; od rodzajów trunków (i dragów), przez wykwintne menu, aż po kolor sukienki swojej żony. Żony, która zresztą już mu się znudziła. Chociaż wszyscy uczestnicy, w tym również Sean mają dzieci, nikt nie skupia na nich większej uwagi. Dzieci są zbędnym dodatkiem, którym trzeba się jakoś zająć za dnia, zmęczyć, żeby grzecznie poszły spać i nie przeszkadzały w imprezowaniu. Sean uważa, że jest najlepszy we wszystkim, ale jest beznadziejnym ojcem. Nie potrafi odnaleźć się w tej roli ani dla trzyletnich bliźniaczek, ani dla nastolatek z pierwszego małżeństwa. Jest wkurzony, gdy dziewczyny nagle pojawiają się na jego urodzinach, a zniknięcie jednej z córeczek Seana staje się niewygodnym problemem, który jakoś trzeba oznajmić światu. A potem… a potem robi się dziwniej, tzn, robi się zwyczajnie, co właśnie jest dziwne. Mijają lata, ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.

Narracja poprowadzona sprawnie, przechodzi od jednego uczestnika wydarzeń do kolejnego, aby ostatecznie pozostać przy, dorosłej już teraz, pierwszej córce Seana. Dziewczyna niewiele wie o zniknięciu przyrodniej siostry, nie było jej przy tym, więc razem z nią powoli odkrywamy prawdę. Albo półprawdę. Kilka wątków pobocznych nigdy nie zostaje wyjaśnionych, ale nietrudno odgadnąć co się stało.

Nie jest to powieść wybitna, podobno słabsza niż ta, dzięki której Alex Marwood zyskała rozgłos: „Dziewczyny, które zabiły Chloe”. Nie wiem, nie czytałam, natomiast „Najmroczniejszy sekret” polecam, chociaż może nie przewrażliwionym mamom.

O zwierzątkach

No i skończyły się upały, których i tak było niewiele w tym roku. Teraz leje deszcz i nie przeszkadzałoby mi to zupełnie, bo deszcz lubię, ale dlaczego przy tym musi być tak strasznie zimno?! Pogoda jest taka, że spać mi się chce bez przerwy i włączam w sobie dodatkowe zasilanie awaryjne żeby pobawić się z Tamalugą. Wszystko na pół gwizdka. Choć refleks już nie ten i energia jak wyżej, to jednak jakieś tam bodźce jeszcze odbieram. I tak oto dojrzałam kątem oka jakieś bydle przeogromne.

Najpierw pomyślałam, że szczur, ale szczur chyba nie zmieściłby się za listwą przypodłogową. Mysz? Zerkam w bok i widzę jak po moich panelach zasuwa największy pająk w historii świata. No, dobra: w mojej historii. Akcja pająk rozpoczęła się o 21 z minutami i trwała do 22. Objęła, między innymi rozkręcenie kanapy do ostatniej śrubki, odkurzenie pod nią i w niej oraz wygotowanie koca. Normalnie pająki mnie nie przerażają, tzn, nie na tyle żeby uciekać z wrzaskiem. Po prostu biorę szklankę, kartkę i wynoszę gościa na zewnątrz. Tym razem gościu był naprawdę duży. Najpierw uspokoiłam oddech, a potem poszłam do drugiego pokoju i mówię do Tomasza, by porzucił cokolwiek robi, bo jest akcja pająk. Tomasz potraktował sprawę poważnie, uznając, że skoro wołam go do pająka to nie może być zwykły krzyżak. Wkroczył do akcji z odkurzaczem. Potwór początkowo się ukrył, ale po chwili ruszył na niego z atakiem! Chłop mój, jak to zazwyczaj chłopy, pająków się nie boi, ale w tym wypadku aż zaniemówił. „Jezu, jaki wielki!” Nie wiem czy w tym momencie przeszło mu przed oczami całe życie, w każdym razie mi przeszły przed oczami wszystkie artykuły o tropikalnych pająkach, które przeniosły się do Polski, bo taki mamy klimat. W sensie, że coraz cieplejszy. W ostatniej chwili wciągnął go do odkurzacza, gdzie, rzeczony zwierz przepadł w odmętach brudu i kurzu, a przynajmniej mam taką nadzieję. Ciekawe czy i jemu przeleciało przed oczami całe jego pajęcze życie. Osiem razy, bo chyba tyle mają oczu (oczy?) Jezu.

Tamaluga zachwycona zamieszaniem, upatrując kolejnej szansy na przedłużenie „niespania”, stwierdziła ochoczo, że „pomoze”. Ponowiła propozycję kilkukrotnie, a nie doczekawszy się odpowiedzi, wzruszyła ramionami i z koca oraz poduch, rzuconych w pośpiechu na jej łóżko, zrobiła sobie zjeżdżalnię.

Zaraz potem z nadmorskich wojaży przyjechała Oliwia i Mat. Oliwii zrobiło się słabo na wieść o pająku, a Mat zagrał na ukulele uspokajając moje skołatane nerwy. Oczywiście dźwięki ukulele były dla Tamalugi kolejnym pretekstem żeby nie spać, więc brzdąkała z Matem do 23. Nie ogarniam tego dziecka.

xxxxxxxxxxxxx

Przybłąkał się do nas pies. W zasadzie nie wiem czy to dobre określenie, bo przyprowadził go Tomek, a psy do Tomka lgną jak pszczoły do miodu. Jestem pewna, że w poprzednim wcieleniu był psem, a nawet suką. Zanim go poznałam, sądziłam że to ja jestem największą psiarą na dzielni. Chociaż może i tak, bo Tomek nie jest z mojej dzielni. W każdym razie przylazł za nim mały kundel, staruszek z postępującą ślepotą. Nakarmiliśmy go, i tak dalej, ale w domu zostać nie chciał. Wynieśliśmy więc starą kołdrę, która i tak miała trafić do schroniska i ułożyliśmy na skwerku pod ławką. Noc była gorąca, postawiliśmy miseczkę z wodą i z ciężkim sercem poszliśmy spać. Rano pies wciąż tam był, przeciągnął się zadowolony i gotowy na nowy dzień. Zaczęły się poszukiwania właściciela. Na szczęście była niedziela, więc Tomek wziął Tamalugę i udali się na zwiady. Wreszcie pani z Żabki stwierdziła, że zna i psa i właściciela i że ten właściciel go szuka. Pies został w Żabce, a wieczorem czekała na nas miła niespodzianka: pancio, w ramach wdzięczności zostawił dla nas słodycze.

xxxxxxxxxxxxxxxxx

W ostatnie upalne dni wymiotło ptaki z podwórka. Nie było nawet jednego wróbla. Był za to gołąb. Codziennie, niestrudzenie dreptał po podwórku wyszukując gałązek. Gdy znalazł ich kilka rozkładał przed sobą i wybierał tę najodpowiedniejszą. Nie wiem na jakiej zasadzie odbywała się selekcja, ale w końcu ważył je w dziobie, znajdował środek ciężkości i ulatywał z tym lepszym sortem na dach. Po chwili sfruwał z powrotem i cała akcja od początku. I tak od rana do wieczora, przez trzy dni. Nie wiem, czy budował gniazdo na dachu, czy może z tego dachu leciał dalej, na drzewo. Nie wiedziałam nawet, że gołębie budują gniazda. Ze smutkiem przyznaję, że chociaż bardzo lubię ptaki to niewiele o nich wiem. Czwartego dnia go nie było, za to pod krzakami unosiło się kilka gołębich piór. Pomyślałam, że to sprawka Maćka, i że jak dorwę futrzaka to osobiście sprawdzę czy rzeczywiście spada na cztery łapy i do jakiej wysokości.

Czarnym scenariuszem podzieliłam się z Tomkiem.

– A nie przyszło ci do głowy, że skoro budował gniazdo przez trzy dni, to w końcu je wybudował?

O tym nie pomyślałam.

Faktycznie pojawił się po południu i zgarnąwszy dwie gałązki uleciał, i tyle go widziałam. Widocznie w budowie zostały już tylko drobne poprawki. Kosmetyka. W sumie przez trzy dni mógł wybudować gałęziowy apartament. Studio. Skoro wybudowanie prawdziwego domu zajmuje ekipie Katarzyny Dowbor tylko pięć dni…

O tym jak miałyśmy wywalone i o strefie wolnej od RGBD

Ostatnio miałyśmy wywalone. Tamaluga i ja. Z tym, że ja standardowo na ustach, a Tamaluga pod nosem. Z moimi ustami to nic nowego – wirus opryszczki uaktywnia się u mnie co jakiś czas, przez cały rok, a już latem to obowiązkowo. U Tamalugi to coś nowego. Wywaliło jej obie dziurki od nosa. Najpierw myślałam, że ma katar, i obrażenia powstały przez wycieranie nosa. Jednak nie zaobserwowałam żadnego kataru, ani wycierania nosa. Potem pomyślałam, że coś ją ugryzło, ale tę myśl także odrzuciłam. Jakaś kobieta w kolejce stwierdziła, że to gronkowiec. No i to faktycznie gronkowiec. Szlag.

……….

Na skwerku jest już obudowana piaskownica. A w piaskownicy nowiuśki piasek. Sama z radości brodziłam w nim pół godziny. Niby do placu zabaw nie mamy daleko, ale co pod nosem to pod nosem. Zwłaszcza, gdy gorąco i nie chce się nigdzie iść. Teraz panowie sąsiedzi debatują nad sprawą huśtawki i zjeżdżalni. Zorientowali się, że potrzebujemy zezwolenia, w sensie atestu.

A cena z atestem, a cena z atestem, a cena z atestem jest powalająca! Chyba przywiążę do drzewa sznurek z oponą. Z drugiej strony podstawię deskę po starej ławce i git. Na dole postawi się dyżurnego, który będzie wyciągał dzieciom drzazgi z tyłków.

……….

Wczoraj byliśmy nad morzem. Tomek rozgląda się po tęczowych parawanach i parasolach, i mówi:

– Zobacz ilu plażowiczów popiera RGBD.

Spoglądam na niego, marszcząc brew. W sumie to ma sens, bo z tego co kojarzę RGB to jakiś program z kodowaniem kolorów, tylko to „D” mi nie pasowało. Ale wiem, że nie o to się tu rozchodzi.

– LGBT? – pytam.

– Uff – oddycha z ulgą. – Wiedziałem, że coś pochrzaniłem.

……….

Pozostając w temacie:

Rozmawiam z bliskim kolegą gejem.

– Słyszałaś ile hajsu dostaną gminy za strefy wolne od LGBT?

– Słyszałam, ale powinieneś się cieszyć. Utwórz sobie taką strefę w domu, na przykład w łazience i po prostu tam nie wchodź.

Kolega najpierw padł ze śmiechu, a potem stwierdził, że w takim razie będzie zmuszony korzystać z mojej łazienki, na co ja stwierdziłam, że w takim razie będzie również zmuszony coś mi odpalić. Przyjaźń przyjaźnią, no ale halo. Już pomijam, że pomysł był mój.

……….

To na koniec Tamaluga:

– Mamusiu, idę pobawić się z Małgosią. Małgosia to taki wspaniały dzieciak.

xxx

Sąsiad: Tamalugo, widziałaś kiedyś domek dla jeża?

Tamaluga: Nie, dla jeza nie ma domku, bo jeze zyją w lasu, a ja w lasu nie byłam. Tylko na jeden dzieniu byłam, ale nie widziałam jeza. Ale byłam w Międzyzdloju, i tam tez nie było jeza, tylko Tomikołaj mi przyniósł, i ja go głaskałam i psytulałam, ale to nie był plawdziwy jez, tylko zabawka. Tomikołaj mi przyniósł, ale nie ten Tomikołaj, co nosi plezenty zimą, tylko inny Tomikołaj, Tomikołaj chłopiec, od cioci Kasi, wies?

A mina jego bezcenna.

Doktor Dobranoc

Roboty na Skwerku zamarły, acz sam Skwerek otoczony taśmą robi wrażenie. Ubaw mam, gdy widzę jak niewtajemniczeni sąsiedzi przystają, biorą się pod boki i dziwują: po co ta taśma i o co chodzi. Jedna sąsiadka zapyta mnie o to cztery razy, więc za każdym razem mówiłam jej co innego. Gdy zapytała po raz piąty, odpowiedziałam, że to przez Covid. Trudno powiedzieć, jakie wrażenie wywarła na niej ta informacja, ale dla spokojności odsunęła się kilka kroków. Nie przyszło jej do głowy zastanowić się, gdzie niby ten Covid miałby się znajdować, na ławce? W piaskownicy? Na drzewie?

Pozostając przy temacie pandemii, to nie ominęła nawet Świnki Peppy. Jedna z książeczek pod tytułem „Często myję ręce” traktuje właśnie o wirusach i bakteriach. Tata Świnka nakazuje Peppie myć ręce nie krócej niż 30 sekund, albo dwukrotne odśpiewanie „100 lat”. Do tej pory słyszałam wersję z myciem rąk i śpiewaniem „Happy Birthday”, a przecież obie przyśpiewki nie trwają tyle samo. A może trwają? Ktoś to w ogóle policzył???

W zeszły piątek byliśmy w Międzyzdrojach, ale widząc tłumy bezmaseczkowców od razu udaliśmy się na psią plażę. Tam, na szczęście mniej ludzi. Ale coś za coś: woda w morzu była pełna wodorostów i wyglądała jak szczawiowa (na szczęście bez jajka, chociaż nigdy nie wiadomo). Wieczorem w domu przez pół godziny wyczesywałam z włosów zielone gadżety, potem je umyłam (włosy, nie gażdżety), znowu umyłam i nadal wyczesywałam.

 

I na koniec, taka oto scenka. Godzina 22. Tamaluga udaje, że śpi. Tomek nie udaje – prawie zasypia. Ja leżę i czytam książkę.

Mat wychodzi od Oliwii i żegna się z przedpokoju.

Mat: Dobranoc!

Ja: Dobranoc.

Tomek (w półśnie): Dobranoc.

Tamaluga: Doblanoc!

Mat: Dobranoc, Tamalugo.

Wyszedł. Wraca. Zapomniał telefonu.

Mat: No, to już na pewno dobranoc.

Oliwia: Dobranoc.

Ja: Dobranoc.

Tamaluga: Doblanoc!

Mat: Dobranoc, Tamalugo.

Tomek: Hę? Dobranoc!

Mat: Dobranoc.

W tym momencie dostaję histerycznego napadu śmiechu. Rozbudzony Tomasz jęczy pod nosem „dobranoc, dobranoc, dobranoc”. Nagle i on wybucha śmiechem i pyta: Pamiętasz scenę z filmu „Szpiedzy tacy jak my”? Teraz wyjemy już oboje plus Tamaluga dla towarzystwa.

Scena, w której Chevy Chase i Dan Aykroyd podają się za lekarzy rozwala mnie od dzieciństwa.

A oto ta scena:

 

RESZTKI

Remainder, Tom McCarthy, 2013,

Jak wspominałam, od jakiegoś czasu wpadają w moje ręce książki dziwne. Dziwne i coraz dziwniejsze. Ale ta przebija chyba wszystkie. Tak pokręcona fabuła mogła powstać wyłącznie w nie do końca normalnym umyśle. Aż sobie wyguglowałam autora. I szok – on wygląda całkiem normalnie, przystojnie nawet. I ta książka akurat jest jego debiutem, co tym bardziej przeraża i daje do myślenia… Co będzie next? Albo co było next, bo chyba coś tam od tego czasu spłodził. W związku z powyższym nie mogę przybliżyć autora, zatem przejdę do fabuły. Historia na pewno jest oryginalna. Nie pamiętam żebym spotkała się dotąd z czymś takim. I chociaż sporo w niej przemyśleń i filozoficznych retrospekcji głównego bohatera (występującego w roli narratora, co jeszcze potęguje efekt) to jednak czyta się ją bardzo dobrze. I daje do myślenia, to na pewno! Książka jest też pełna niedopowiedzeń, a niektóre wątki powstały w ogóle bez sensu, bo niczego nie wnoszą. Może mają na celu lekkie nakreślenie głównego bohatera, tego jakim człowiekiem był wcześniej, zanim.

Rzecz dzieje się w Londynie. Główny bohater, którego imienia nie znam (nie pamiętam czy kiedykolwiek je wymieniono) zostaje ranny w wypadku. Szedł sobie ulicą i spadło na niego coś, co też nie zostaje do końca wyjaśnione, ale można poniekąd domyślić się, że chyba była to jakaś część rozbitego samolotu. W każdym razie żadne tam UFO czy inne nadnaturalne zjawiska, bo ktoś tam realny poczuwa się do odpowiedzialności i proponuje Ugodę. Zajmuje się tym adwokat bohatera, bo ten ledwo jarzy pogrążony najpierw w śpiączce, a potem w długich miesiącach rehabilitacji. Po wszystkim, dzięki Ugodzie, z dnia na dzień zostaje milionerem.

Jest postacią trochę nijaką, bo niczego się o nim nie dowiadujemy. Kilku rzeczy z jego przeszłości możemy się tylko domyślić ze skąpych, pojedynczych zdań. My poznajemy go tu i teraz, czyli tuż po wyjściu ze szpitala. Prawdopodobnie ta część samolotu, która go walnęła spowodowała jakieś nieznane bliżej szkody w jego… umyśle/osobowości/charakterze. Dowiadujemy się też, że cierpi na  częściową amnezję, ale książka skąpi nam szczegółów, również tych, dotyczących jego rodziny i w ogóle przeszłości. Fabuła skupia się na jego doraźnych przemyśleniach i potrzebach, których na początku on sam nie ogrania. Zaczynamy je ogarniać razem z nim, powoli zagłębiając się w jego psychikę. I to już jest jazda bez trzymanki, bynajmniej nie tramwajem!

Facet czuje się nierealny, ale nie wiadomo w jakim sensie i co to dokładnie oznacza. Wiadomo tylko, że za wszelką cenę chce poczuć się „prawdziwy” i dąży do tego wręcz obsesyjnie. Po wypadku nic go nie cieszy, nie smuci, nie wkurza. Czuje się obojętny na tak zwany całokształt. Poszukuje sensu życia, zastanawiając się gdzie ulokować swoją fortunę, żeby czuć, że JEST, że istnieje.

Pewnego razu doznaje olśnienia, a dokładnie przebłysku wspomnień. Widząc pęknięcie na ścianie w toalecie obcego domu, przypomina sobie, że kiedyś mieszkał w kamienicy z podobnym pęknięciem na ścianie. Wytężając umysł i podążając tym tropem widzi sąsiadów i konkretne, przypisane im role. Wynajmuje „faceta od wszystkiego” i każe mu znaleźć, wykupić i idealnie odwzorować budynek z jego wspomnień, a także całą okolicę i wynająć wybranych z castingu ludzi, którzy będą mu przypominać dawnych sąsiadów. Olbrzymie przedsięwzięcie zamyka całą londyńską dzielnicę. Gość dobrze płaci swoim aktorom, każąc im odgrywać ciągle te same role. Wszystko jest obliczone co do milimetra; wzory na posadzce, brud, spadzistość dachu, składzik dozorczyni, dźwięki i zapachy…

Ale to ciągle nie to. Bohater zaczyna odgrywać coraz to inne role, zatrudniać coraz więcej ludzi, brnąć w coraz okrutniejsze sceny. Do czego może się posunąć facet ogarnięty obsesją?

 

 

 

 

 

MADRE

Madre, Chile, reż. Aaron Burns, 2016.

Trafiłam na kawałek niezłego, hiszpańskiego kina. No, dobra: chilijskiego. Thriller i dramat z elementami… horroru? Reżyser Aaron Burns tak poprowadził historię, że stała się realna i wciągająca. Nie jest to dzieło godne Oscara, ale na pewno warte zobaczenia. Ponadto świetnie obsadzone trzy główne role: Diany (Daniela Ramirez), Luz (Aida Jabolin) i Martina (Matias Bassi). Ten film nie ma nigdzie opisu, a wielu aktorów jest mało znanych ale trzyma w napięciu, nie jest przesadzony i napompowany. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to zakończenie. Mam wrażenie, że takie trochę nie do końca przemyślane, a na pewno można było wymyślić coś lepszego.

Diana wychowuje autystycznego syna Martina. Jej mąż, Tomas, pracuje w Japonii i przyjeżdża tylko co jakiś czas na kilka dni. Kobieta nie mogąc liczyć na jego pomoc w codziennych obowiązkach jest coraz bardziej sfrustrowana i wykończona. Zwłaszcza, że spodziewa się kolejnego dziecka. Autyzm Martina objawia się częstymi napadami szału, podczas których chłopiec bije Dianę, rzuca w nią przedmiotami, pluje. Nie można nawiązać z nim kontaktu; nie mówi, nie słucha, załatwia się w pieluchy, nie umie jeść samodzielnie i nie jest w stanie wykonać koło siebie żadnych czynności. Diana, dla własnego bezpieczeństwa, a przede wszystkim dla bezpieczeństwa syna – przywiązuje go w nocy  pasami do łóżka, a pokój zamyka na klucz.

Jej życie polega na bezustannym opiekowaniu się synem, na szeregu tych samych, powtarzających się codziennie czynności. Diana, pomimo skrajnego wyczerpania, bardzo kocha Martina i stara się być dobrą matką. Dodatkowego stresu dostarcza jej ciąża i strach o to, czy dziecko nie podzieli losu brata.

W końcu zatrudnia w roli niańki przypadkowo poznaną kobietę, Filipinkę. I wtedy… Wtedy to dopiero zaczyna się dziać… Dobra. Wystarczy.