Zawieszenie i wyłom. I magiczna rączką Dziubasowej

Jak powiedział Hitchcock – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie rosło. Zacznę zatem z radosnym hukiem – od prezentu Dziubasowej. Super – prezentu, który sprawił mi dużą radochę i na chwilę zapomniałam o rachunku za energię, wypuszczającym nowe pędy na kuchennym parapecie.

  

Pośród niewątpliwych cudowności, jakie widzicie, jest coś co szczególnie chwyciło mnie za serce. (No, wyobraźcie sobie, że mnie też coś może chwycić za serce). To jest list, napisany poporodową, schorowaną i osłabioną rączką Dziubasowej… Mało tego; tą sfatygowaną rączką narysowała na kopercie bardzo spersonalizowane rysunki, za co jestem jej wdzięczna podwójnie i pozostaję w niemym szoku, pod dużym wrażeniem. No i zasada przesłania rękodzieła też została spełniona… Buziaczki Dziubaskowa, i jeszcze raz dzięki!

…………………………………………………………….

Internet, co by nie mówić, to jednak cenne źródło informacji. Zwłaszcza, gdy chce się poznać opinie innych przed zakupem albo skorzystaniem z usług. Tak, wiem, że wielu komentujących jest przez owych usługodawców opłacanych, nie zmienia to jednak faktu, że pozostaje wielu uczciwych, którzy swoją zakupową traumą chcą się podzielić, ku przestrodze. Tak, więc nadal uważam, że jest to cenne źródło, z zastrzeżeniem aby czerpać z niego rozsądnie. Internet jest na przykład bardzo pomocny w kwestii wyboru kierunku studiów albo szkoły średniej. Ludzie wymieniają się informacjami, czego można spodziewać się na egzaminie, na którego nauczyciela trzeba uważać, a u którego można sobie odpuścić. To samo zresztą dotyczy przyszłych pracodawców. No i fajnie.

No i w związku z powyższym, ja toże mogłabym być bohaterką na swoim blogu. Nie wiem jak wy, ale ja chciałabym wiedzieć, czego się spodziewać w zetknięciu, na ten przykład, z idiotami. Tak fejs tu fejs. A ostatnio tak mnie wszyscy wkurwiają, że… No, co firma to większe dno. Chciałam wam o tym pisać na bieżąco, ale tyle się tego nazbierało, że może powinnam utworzyć nowe strony/kategorie. Tych złych. No i tych dobrych, żeby nie było. No, ale teraz tak: jeśli jednych nazwę „Ci co mnie wkurzyli”, to jak nazwać drugich; „Ci, co mnie zadowolili”? „Ci co zrobili mi dobrze”?

Tak myślę nad tymi instytucjami (z naciskiem na dwie firmy kurierskie), do których w ostatnim czasie straciłam cierpliwość, i lista jest naprawdę imponująca. Dla odmiany, gdy myślę o tych drugich, o tych co mi zrobili dobrze, to nic nie przychodzi mi do głowy. No, NIC. A może to ze mną jest problem? W każdym razie pomysł z kategoriami wykluwa się powoli.

…………………………….

Tomek mi się zawiesza. To znaczy tak to ma wyglądać. W rzeczywistości, jak mniemam, myśli i kombinuje, co odpowiedzieć na moje pytanie i jak to zrobić żeby mnie nie urazić.

No, naprawdę!

Ile może być wersji odpowiedzi na pytanie „O której wychodzisz?”, albo „Czy kupiłeś chleb”?! Tomek wypracował już swój własny mechanizm obronny, gdyż, jak wiadomo, w prostym pytaniu może kryć się haczyk, zwany dalej pułapką (patrz: wikipedia: teorie spiskowe).

Wygląda wtedy jak wyłączony, podczas gdy w jego głowie (mam nadzieję) zachodzą jakieś tam procesy. Czasami nie odpowiada bardzo długo, licząc, że zapomnę, o co pytałam. I rzeczywiście: czasami zapominam.

Zawsze wtedy żywo wpatruje się w telewizor, żeby to wyglądało tak, że zadałam pytanie w najciekawszym momencie programu. Tymczasem jest tak, że przez moje pytanie, nagle program staje się najciekawszy na świecie.

Czasami włącza tryb obronny z automatu, chociaż o nic nie pytam. Wczoraj wieczorem, na przykład, gdy tylko otworzyłam usta, Tomek zagapił się w telewizor, chociaż leciały reklamy.

– Znowu się wyłączyłeś. Na pewno wciąż myślisz nad odpowiedzią na pytanie, które zadałam ci rano.

– Co? Jakie pytanie?

– Czy zjesz jajecznicę.

No, ale dobra, żeby nie było. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci mięsem. Ja też czasami się wyłączam. Wyłączam się (Boże, przebacz) podczas monologu Wiktorii. Nie zrozumcie mnie źle; bardzo się cieszę i doceniam, że moja dwudziestoletnia córka codziennie opowiada mi o swoim życiu, ale… Ona mówi, i mówi, i mówi, i ja już w końcu nie wiem, kto był na tej imprezie, i dlaczego Żanejro* przefarbowała włosy, i z kim ma zrobić projekt, i co powiedział wykładowca, i kiedy będzie ten koncert; w maju czy w lipcu, i skąd się wzięła nazwa zespołu, i dlaczego jutro wykłady są odwołane. I to wszystko w jednym monologu!

Ja czasami mam taki mętlik, i chodzę do tyłu, i już nie wiem, czy Święty Mikołaj istnieje. Już nie wiem.

A przecież w sobotę widziałam go w sklepie.

Telewizyjna jedynka przechodzi samą siebie. Próbuje człowiek na nią nie trafić, a ta zawsze się wciśnie między kanałami. O ile spot o Mikołajkowym Bloku uważam za jak najbardziej O.K. o tyle kampanię anty rozwodową już niekoniecznie. I teraz taka kobiecina, katoliczka, z domu z niekoniecznie trafionymi tradycjami, która żyje pod presją mamy „co-ludzie-powiedzą”, widzi taką reklamę i… I zostaje w związku z mężem tyranem, który ją poniża, albo nawet bije, i dla dobra dzieci ogółu, decyduje się dać mu osiemdziesiątą drugą szansę…

Telewizja śniadaniowa, na której znowu zahaczyłam nieprzytomne oko, i której nie wyłączyłam tylko dlatego, że jeszcze nie do końca ogarniałam rzeczywistość, znowu zaprosiła fajnego eksperta. Tym razem była to pani stomatolog, czyli jak się zapewne wszyscy domyślacie – ekspertka od… No? No? Kto zgadnie? Tak: od folii aluminiowej, tadaaam! Dowiedziałam się tak niesamowicie niesamowitych rzeczy, że aż się rozbudziłam. Na przykład tego, że folią można wyłożyć półkę w szafce lub w lodówce, i wtedy łatwiej pozbyć się okruszków! Moje życie stanie się teraz dużo łatwiejsze, bardzo się cieszę i doceniam. Pycha rada!, jak mówią do Klossa w „Misiu”.

Ostatnio uświadomiłam sobie, że w mojej rodzinie nastąpił przełom, a raczej wyłom.

No, bo u nas od pokoleń rodzą się dziewczynki, więc na koniec drzewo ze strony mamy, z historią wyłamania ze strony kuzynki:

*Jako taki pogląd na temat Żanejro (dla tych, co nie kojarzą):

https://tamaluga.wordpress.com/2017/06/09/nieco-o-nieco-dziwnych-niespodziankach-czyli-zwykly-czwartek/

Reklamy

SKRYTA NAMIĘTNOŚĆ

„Skryta namiętność”/ „Untamed heart”

reż. Tony Bill

1993

 

I znowu: nie przepadam za filmami o miłości. Zwłaszcza za łzawymi melodramatami. Czasami z sentymentu obejrzę jakąś komedię romantyczną z lat 80 i tyle. Siłą rzeczy, więc, odnoszę się do tego gatunku bardzo sceptycznie. Po takim wstępie powiem tylko, że „Skryta namiętność” jest jednym z moich ulubionych filmów.

Nie skupiajmy się na polskim tłumaczeniu tytułu, bo zniechęcimy się na starcie. Jak powszechnie wiadomo, tłumaczenie tytułów filmów nie jest naszą najmocniejszą stroną. Pozostańmy zatem przy oryginale – Untamed heart (też nie do końca trafnym, ale zdecydowanie lepszym).

Tak: to historia o miłości. Taka, tam, typowa: babka, facet i tak dalej. Film nie zdobył wielkiej popularności, mało tego – większość moich znajomych nigdy o nim nie słyszała. Mnie samej dopiero niedawno udało się go odnaleźć w Internecie, bo wcześniej wiele razy próbowałam bez powodzenia. Film przeszedł bez echa, a szkoda…

Muzyka:

Muszę od niej zacząć, bo jest niesamowita, no po prostu nie-sa-mo-wi-ta, i stanowi z obrazem nierozłączną całość, idealnie wpasowując się w tło. Nie, właściwie nie jest tłem, jest pełnoprawnym bohaterem.

Obsada:

Świetnie dobrane postaci: każda z nich zwyczajna (poza głównym bohaterem), a przez to (paradoksalnie) wyrazista i zapadająca w pamięć.

Fabuła:

Banalna? Może się tak wydawać, jednak przeplatające się wątki czynią ją interesującą i nieprzewidywalną.

ONA: Caroline (Marisa Tomei). Ładna, ale typowa amerykańska dziewczyna. Dużym atutem filmu jest właśnie ta jej przeciętność, a raczej jej przeciętność w zderzeniu z nieprzeciętnością męskiej postaci. Średniozamożna rodzina z małego miasta, matka, ojczym, brat. Dziewczyna pracuje jako kelnerka w barze. Ma za sobą kilka nieudanych związków, przez co czuje się sfrustrowana i samotna.

ON: Adam (Christian Slater). Wychowany w sierocińcu, skryty i nieśmiały chłopak, który według legendy ma serce króla małp. Samotny, stroniący od ludzi i… dziwny. Mogłabym policzyć wszystkie słowa wypowiedziane przez niego w filmie.

Postacią drugoplanową, koleżanką Caroline jest Cindy, grana przez rewelacyjną Rosie Perez. Tu zatrzymam się na chwilę, bo bardzo lubię tę zwariowaną, krzykliwą aktorkę, o dużej charyzmie. Może nie jest bardzo popularna, ale świetnie sprawdza się właśnie w rolach drugoplanowych. Zresztą w ogóle obsada nie była mi znana (poza Christianem Slaterem), gdy po raz pierwszy, w latach 90 oglądałam ten film.

Film jest doskonały w tej swojej prostocie, ta prostota czyni go takim. Chwyta za serce, podkreśla najważniejsze wartości, zawiera wątek kryminalny, sporą dawkę humoru i… muzykę, której nie da się zapomnieć.

Klimatycznie pasuje do świąt, więc jeśli ktoś ma ochotę trochę poryczeć pod choinką to………..

KAMERZYSTA

 

 

Marc Raabe, „Kamerzysta”, („Schnitt”), 2012.

 

Pisanie powieści jest jak montowanie filmu, tylko ze słów, zamiast z obrazów,

powiedział autor, Marc Raabe. Wie co mówi, bo filmowcem jest w istocie, producentem filmików, dokumentów, reklam, trailerów i spotów. Od sześciu lat jest też pisarzem, który zdążył dołączyć do grona poczytnych mistrzów niemieckiego psychothrillera. „Kamerzysta” jest jego debiutem, na co też warto zwrócić uwagę.

Kamerzystę dorwałam w Międzyzdrojach, ale nie wskoczyłam z uśmiechem przed obiektyw, tylko go przeczytałam. Ale dopiero w domu, po powrocie.

Jest to thriller. Dość mocny. Moją uwagę przykuł fakt, że akcja dzieje się nie w Stanach, a w Niemczech, w Berlinie. Jeśli autor miał na celu, między innymi wypromować swoje miasto, to mu się udało. Książka zawiera szczegółowe opisy ulic, i nie ma znaczenia, że ukazuje dość mroczne oblicze Berlina. Druga rzecz to postaci, które są tak przeciętne, jak nieodgadnione, więc przez dłuższy czas trudno się zorientować kto jest dobry, a kto wręcz przeciwnie. I to są dwa główne plusy.

Akcja, choć z początku wydaje się trywialna, to ostatecznie trzyma w napięciu. No i jest nieprzewidywalna – do końca nie wiedziałam, co się wydarzy, nie mówiąc już, że za czarny charakter obstawiałam kogoś zupełnie innego (z głównym bohaterem włącznie!) No, bo tam nikt nie jest do końca cacy i do końca be, prawie nikt.

Fabuła:

Główny bohater – czterdziestoletni Gabriel. Właściwie nie wiedziałam, co o nim myśleć i on sam na początku nie wiedział o co mu chodzi. Poza krótką wzmianką z dzieciństwa, nie wiemy o nim nic. Mieszka w Berlinie, ale nie bardzo wiadomo, co się z nim działo przez ostatnie lata i dlaczego nagle randomowy Rosjanin zatrudnia go w swojej firmie ochroniarskiej. Z krótkich zajawek i głosów w jego głowie (!) dowiadujemy się, ze… jest dziwny. A tu nagle się okazuje, że jest związany ze znaną dziennikarką i w dodatku będą mieli dziecko. No, trochę się kupy nie trzymało.

Ona, jak to dziennikarka, jest silna i przebojowa. (Dlaczego dziennikarki zawsze muszą być silne i przebojowe? To wywołuje u mnie zażenowanie). Jest dosyć znana, ale bez przesady. Dlaczego udaje jej się zrobić wywiad z najbogatszym człowiekiem w mieście, obsesyjnie chroniącym swoją prywatność, nigdy nie zostaje wyjaśnione.

No, dobra, co by więcej nie zdradzać, dodam tylko, że akcja od pewnego momentu robi się dynamiczna i trudno się oderwać. Pojawia się dawno nie widziany brat Gabriela, z którym łączy go traumatyczne wydarzenie i ponura tajemnica. Ich dzieciństwo splata się z teraźniejszością, a kluczem do wszystkiego jest odzyskanie wspomnień, które zostały wyparte przez udręczony umysł bohatera.

A w ogóle to: ciemność, strach, piwnica, wstydliwe filmy, kasety VHS i Luke Skywalker.

Książka przypadnie do gustu tym, których fascynuje ludzki umysł. Jego możliwości, ale też mechanizmy obronne. I tym, którzy szukają odpowiedzi na pytanie czy, i w jakim stopniu przeżycia z dzieciństwa wpływają na dorosłe życie. No i tym, którzy z praktycznych względów, chcieliby wiedzieć jak wywinąć się z rąk psychopaty.

Niewidzialne zwierzęta i jak je znaleźć, podpowiada tarocistka

Gdy zaczynałam ten wpis, jak zwykle nie miałam konkretnego planu. Wyłapywałam to, co mi wpadało do głowy (mój dziadek skomentowałby, że trzeba myć włosy, zamiast potem wyłapywać). Dopiero na końcu zorientowałam się, że przez przypadek dopasowałam się klimatycznie do aktualności, czyli tematu wróżb, magii i takich tam. Fajnie.

Pamiętacie słynne zdanie z filmu „Szósty zmysł”, I see dead people? Ja mogłabym powiedzieć I see invisible animals.

Zatem zacznę od sarenki.

Moja mama ma tendencję do opowiadania każdemu, kto chce słuchać, o moich wyczynach w dzieciństwie. Nie wiem dlaczego, i fakt, że przekroczyłam czterdziestkę zupełnie jej nie zraża, ani też w żaden sposób nie zmniejsza u mnie poczucia zażenowania. Chyba nawet go pogłębia. Za każdym razem, gdy przyjeżdża, opowiada Tomkowi jaka to byłam fajna. Albo głupia, zależy co jej się przypomni. Czasami opowiada o moim geniuszu, (o tym, że w wieku 8 miesięcy powiedziałam swoje pierwsze pełne zdanie, które brzmiało: „Mucha i lampa tam”. W wieku 12 miesięcy już mówiłam, będąc pięciolatką – płynnie czytałam gazety, a moje rysunki trafiły na kilka wystaw.)  Na szczęście częściej opowiada o mojej głupocie. „Na szczęście” –  bo opowieści o geniuszu są bardziej żenujące. Wolę słuchać o głupotach, chwytając się nadziei, że miałam jednak w sobie trochę normalności.

No i w ten sposób Tomek dowiedział się też o sarence. Dlaczego piszę akurat o sarence? Dlatego, że znowu nieuważnie wsypałam się z tym w pewnym komentarzu, naiwnie wierząc, że przejdzie niezauważony. Nie przeszedł.

Sarenka była niewidzialna, przynajmniej tak twierdzi mama, bo ja tam ją widziałam. Prowadziłam ją najpierw na sznurku, który się przetarł i wtedy założyłam jej wyciąganą smycz. (Przy okazji – myślę, że byłam prekursorką wyciąganych smyczy, które weszły do obiegu wiele lat później). Chodziłam z tą sarenką wszędzie; na spacer, do przedszkola, do dziadków. Dla mojej, wiecznie spieszącej się mamy, musiało być problemem ciągnięcie sarenki, zatrzymywanie się, czekanie na nią. Gdy pobrudziła kopytka (sarenka, nie mama, chociaż ona czasami też, bo wtedy każda zima była zimą stulecia) to przecież musiałam je powycierać. Jednak mama, też nie do końca normalna, wcale się tym nie przejmowała. Co więcej – sama kilka razy wycierała jej kopytka, albo torowała dla niej drogę w tłumie, a nawet: „Co się pani tak wpycha? Nie widzi pani sarenki?!” Tak, mama czasami bywała ostoją wśród ludzkiej znieczulicy i niezrozumienia w temacie sarenek.

Panie w przedszkolu zaczęły się skarżyć, że sarenka utrudnia im życie. Odmawiałam, na przykład, leżakowania (to takie przymusowe, poobiednie  spanko, którego nie znosiłam, a za którym teraz tęsknię), bo sarenka nie mieściła się pomiędzy łóżkami. (Pamiętam, że pani Tereska odsuwała łóżka, robiąc dla niej miejsce. Fajna z niej była babka.) Mama nic sobie z tego nie robiła i nie widziała problemu. Zasugerowała nawet, żeby panie zajęły się własnymi (problemami/sarenkami).

Tylko raz sama zwątpiła, gdy wsiadłyśmy do tramwaju, a sarenka nie zdążyła i on ruszył! Dostałam takiej histerii, że tramwaj się zatrzymał, a motorniczy wpadł do naszego wagonu z niezbyt sympatyczną wizytą.

Nie wiem co później stało się z sarenką, nie wiem kiedy. Może umarła po prostu… Ile żyją sarenki? Ktoś wie?

Widzicie? Oni też mają takie sarenki.

 

W zeszłym tygodniu, gdy piątek zrobił się czarny, z tłumem łowców promocji, wyruszyłam i ja. Tylko –ha ha! – byłam sprytniejsza. Po pierwsze pojechałam tramwajem. Po drugie przed południem. Po trzecie w konkretnym celu – prezentów. Po czwarte wiedziałam już jakich. Zauważyłam pewną dziwną prawidłowość; otóż ludzie, zamiast pchać się do drogich sklepów, okupowali tanie. Widocznie wyszli z założenia, że skoro gdzieś było cały rok tanio, to w Black Friday towar będzie za darmo. I tak, na przykład w Pepco zastałam poprzewracane regały, stosy rzeczy na podłodze i kolejkę aż do wyjścia.

Ostatnio mam kłopoty z zaśnięciem i napotykam wieczorami wróżkę Eleonorę, czy Hiacyntę, czy coś koło tego. Wróżka stawia kabałę za esemesy, które czyta na głos, żeby nie było wątpliwości dla kogo ta kabała i w jakim celu. Generalnie to powiem wam, że ludzie strasznie sobie robią koło pióra – na siedem esemesów (bo do tylu wytrwałam) aż w czterech padło podejrzenie klątwy, z czego trzy to świeża sprawa, a jedna ciągnie się od pradziada. Wróżka okazała się bardzo w porządku, bo odczyniła uroki wstecz, aż do pierwszych założycieli. Nie dosłyszałam tylko, założycieli czego: rodu, czy grodu. To zasadnicza różnica, bo to drugie dotyczyłoby również i mnie, więc miałabym zdjętą klątwę za free. (Jakoś u wróżek Czarny Piątek kojarzy mi się inaczej).

Chcąc, nie chcąc, poznałam prawdziwe ludzkie dramaty, zawarte w małych esemesach.

„Czy moja żona puszcza się z sąsiadem z góry?” (tak dokładnie brzmiał jeden z nich). Eleonora jednak była niewzruszona i bardzo poważnie podeszła do tematu. Prawdziwa profeska.

– Czy żona Krzysztofa się puszcza, czy żona mu się puszcza… – rozważała na głos, rozkładając karty. W końcu: – Nie, Krzysztofie, twoja żona się nie puszcza. Widać, że jest rozrywkowa, lubi tam wpadać na drinka. Widać, że jest towarzyska… – to mówiąc, odwróciła karty do kamery, żeby nie było wątpliwości. Nie wiem jak Krzysztof, ale ja tam wątpliwości miałam nadal. W sumie to gówno zrozumiałam z tych obrazków…

Aaaaa… może Kielich to drink? Jeśli tak, to tylko jeden, więc naprawdę nie ma dramatu. Nawet Dziesięć kielichów jeszcze nic nie oznacza – po prostu była większa imprezka, wpadło dziewięcioro znajomych i tyle. No, chyba, że sama wychlała te dziesięć, co tłumaczy z kolei jej powrót do domu na Rydwanie. Chyba jednak nie wychlała sama, bo pojawiła się karta Sprawiedliwość, którą wychlanie 10 kielichów na wyłączność, absolutnie wyklucza. Z drugiej strony nie było karty Umiarkowanie, ale ona to chyba w ogóle rzadko pojawia się przy imprezach. Były za to: Gwiazda, Księżyc, a potem Słońce i Sąd ostateczny, co według mnie pasowało znakomicie i stwierdziłam, że:

O ja pier*ole, umiem czytać tarota!

Odnajdując w sobie ten nagły przypływ geniuszu, byłam tak radosna, że miałam ochotę wyściskać Eleonorę, Krzysztofa, żonę Krzysztofa oraz ich sąsiada. Byłam tak radosna, że w końcu zasnęłam.

W głowie bez zmian

W lewym, górnym rogu mam taki spektakularny zaciek. Jakiś ptak mi chyba narobił na laptop. Biorąc pod uwagę, że oprócz sufitu mam nad sobą jeszcze 3 piętra, musiał niepostrzeżenie wlecieć przez okno. Wlecieć, narobić, naciągnąć ptasie majteczki, wylecieć.

Albo, po prostu cuda, panie, cuda…

Ale nic. Jak mawiają „Co dane z nieba pokochać trzeba”. W sumie nie wiem kto tak mawia. Bardziej tu pasuje cytat z Alchemika: „Nikt bowiem nie może uciec przed skutkami tego, co dzieje się pod sklepieniem nieba.” O, i z tym się zgodzę.

A co do ptaków, to u wróbli bez zmian. Nadal sobie skikają  (skik, skik) w tę i nazad, tylko jakoś tak szybciej, wyżej. Chyba stópki im marzną. Zresztą mniej ich w ogóle jakoś. Gołębi, to na ten przykład już dawno nie widziałam, także nie wiem co u nich. Czy zaczęły odlatywać w ciepłe kraje? Obserwuję za to gawrony. Pojawiły się w zeszłym miesiącu i tak sobie, wiecie, no przechadzały się takie zakręcone. Bo wtedy jeszcze było ciepło, i one nie bardzo ogarniały co z tym fantem zrobić. Łaziły takie nieprzytomne, zderzały się ze sobą, coś tam powalczyły o orzecha.

Czy ja naprawdę nie mogę mieć normalnych snów? Tylko jakieś dziwadełka, albo rysunkowe, albo rysunkowe dziwadełka. Żebym chociaż zachowywała się w nich adekwatnie do sytuacji, ale nie. Rzadko śnią mi się ludzie z zewnątrz, tak zwani ludzie zewnętrzni. Gdy już ktoś wpadnie, to jestem taka przejęta i zachowuję się jak dzikuska, albo latam z herbatką, kawką. Teraz pojawił się Leo di Caprio. Rzekłabym: nareszcie, po tylu latach! A ja, zamiast zaciągnąć go do alkowy, albo chociaż tę herbatkę zaproponować, to ja co? No, co? To ja go wyciągam do centrum handlowego i zjeżdżamy na kartonie po ruchomych schodach… Bardziej się podniecałam zjazdem, niż jego obecnością. Jeszcze czuję ten pęd, ale jazda!

Ja nie wiem, co ze mną jest nie tak.

Im więcej domowników, tym gorszy przepływ informacji między nimi. Do tego śmiałego wniosku doszłam przedwczoraj, gdy otworzyłam lodówkę i przekonałam się naocznie i namacalnie, że jest w niej tylko jajo, pomidor i mleko. Połowy spleśniałego jogurtu nie liczę. Wcześniej tego dnia, drogą głuchego telefonu utworzyliśmy ze trzy listy zakupów, z których każda w momencie pisania była już nieaktualna.

Każdy z nas wnętrze lodówki zapamiętał inaczej.

W rezultacie wszyscy wszystko zjedli i nikt nic nie kupił.

Normalnie może by mnie to wkurzyło, ale była godzina 22, więc machnęłam ręką. Problem mieli ci, co nazajutrz wstawali najwcześniej. Zapadając w sen, zdążyłam przypomnieć sobie, że najwcześniej wstaje Oliwia na próbną maturę i przysięgam, że przez ułamek sekundy gotowa byłam dźwignąć się, założyć kurtkę na piżamę i lecieć do nocnego. Przez krótki ułamek.

Pogoda i ja nie zrozumiałyśmy się, ustalając grafik na ten tydzień. Może po prostu inaczej pojmujemy określenie „ciepło i bezwietrznie”. No, marznę. Głównie tyłek mi marznie w tym miejscu, w którym kończy się kurtka. Jaki z tego wniosek? Wiemy już, że z dupy można zrobić jesień. Teraz się okazuje, że jesień też może nam coś zrobić z dupy. I tym subtelnym spostrzeżeniem chciałam podzielić się z wami.

W związku z powyższym, swoje wyjścia na dwór ograniczyłam do minimum. Rzadko wyłażę, chyba że sąsiadka mnie wywoła. Snajper ma do tego prawdziwy talent – zawsze gdy wejdę do łazienki, wali w okno od kuchni.

Co tym razem?

– Raczusia chcesz? – pyta.

– Tak – odpowiadam, za ch..ja nie wiedząc co to raczuś.

– To chodź! No, chodź! – i zapiernicza, a ja, chcąc nie chcąc, za nią. Wchodzimy do tej jej klatki. Mieszka na samej górze, więc włażę za nią po schodach. Jej pies (czy nie wiem co to) plącze mi się pod nogami. Po 25 schodach zatrzymuje się nagle.

– Tutaj – mówi, więc rozglądam się po półpiętrze w poszukiwaniu raczusia.

– Tutaj? – upewniam się.

– Tutaj robię przystanek, bo kondycja już nie ta…

Wreszcie docieramy. Przed jej drzwiami, z sufitu na pajęczynie zwisa pająk. Zezuję na niego i nie mogę się skupić na tym, co Snajper do mnie mówi. W końcu przynosi słoik. Jak mniemam raczuś jest w środku.

Wzięłam to do domu, ale k*rwa nie mam pojęcia co to jest.

Dorzucam teledysk idealnie oddający mój stan i tekst idealnie oddający obecny dzień tygodnia.

Kawałek czwartku. A może to była środa?

Podążając za sugestią Wojtka, miałam napisać o swojej definicji lenistwa. No i może o tym będzie, poniekąd. No, bo, późnym wieczorem (w nocy), gdy mam już czas na porządną, uczciwą pracę to mi się nie chce. Sprawdzam skrzynkę, przeglądam blogi, a i to nie zawsze. Laptop kurzy się z otwartą paszczą, nawet Word odpalony, bo szczere chęci są, żeby nie było, że szczerych chęci nie ma. A ja nic. Tylko się w niego gapię. No, to chyba można nazwać lenistwem.

Ale!

W telewizorze powiedzieli, że należy mi się odpoczynek (jeszcze potem, że pożyczka w Getin Banku, zwrot podatku i ochrona danych, ale skupiam się na tym pierwszym). Kładę poduchę pod plecy, a nogi na (przebacz Ikeo) stole. Wyłączam telewizor, włączam Mozarta. Jest prawie dobrze. Próbuję wyłączyć siebie, ale nade mną przelatuje amunicja z czerwonych, zielonych, niebieskich i żółtych piłeczek. Wśród tych pustych, plastykowych są też takie cięższe, od innej zabawki. Tymi też dostaję po łbie. Dostaję wszystkim, jak leci. Mozart chyba też ma dosyć, bo przechodzi w cięższe dźwięki. Zamykam oczy i mimo wszystko próbuję odpłynąć, tak na momencik.

– Mama, siku!

Tamaluga sama potrafi zdjąć spodnie i majtki, podciągnąć koszulkę i zasiąść na nocniku. „Mama, siku” ma na celu chyba tylko podtrzymanie uprzejmej konwersacji.

– Mama, siku juś!

W tym miejscu wstać i tak muszę, w celu, że tak powiem, podtarcia i wylania zawartości nocnika.

Wracam. Poducha, nogi, Mozart.

– Mama, ołiła! Daś ołiłe? No, daś?

Ignoruję, może zajmie się czymś innym.

Mozart, Mozart, Moz…

– Mama, OŁIŁA!

Wstaję, nakładam jej na talerzyk kilka zielonych oliwek.

– Dzikuje!

Wracam. Poducha. Nogi. Mozart.

– Mama, piciu! (cholerne słone oliwki).

Woda stoi na stole, widzę ją spod przymkniętych powiek. Zauważy? Zauważyła.

Z lekkim niepokojem rejestruję, że z wodą zbliża się do mnie. Pakuje się na kolana.

– Mama, nie śpij, nie mykaj oko!

„Nie mykaj oko” zawsze mnie rozwala, więc parskam śmiechem. Zachęcona tym Tamaluga, od słów przechodzi w czyny i w to moje biedne „mykające oko” wkłada dwa palce, w celu rozwarcia powiek. Woda rozlewa się na poduchę za mną.

Zostają nogi, które przenoszę ze stołu na kanapę i Mozart. W swej naiwności sądzę, że jeśli położę się normalnie, wzdłuż kanapy, to zyskam trochę spokoju. Po pięciu sekundach czuję jakieś ruchy w okolicy stóp. No i jazda. Zrazu nieśmiały spacer, trasą wycieczkową, bardzo blisko mojego bezwładnego ciała. Niebezpiecznie blisko. Potem trucht trasą ekstremalną: po moim bezwładnym ciele, od stóp przez nogi, tułów, aż do głowy, na której zabawia nieco dłużej. Zdecydowanie za długo. Zalega na niej cała. Nic już nie widzę, jest mi gorąco, nie mogę oddychać. Mogę za to „mykać oko” ile wlezie, i to dwa na raz, kompletnie wbrew woli. Nie mogę za to ich otworzyć, za cholerę. Po nieokreślonym bliżej czasie, Tamaluga w końcu przetacza się z mojej głowy na oparcie kanapy, ciągnąc za sobą, zaplątane w nóżki moje włosy… Modląc się o koniec tortur, naliczam pięć takich rundek. Pięć!

– Mama, ale tu fajnie! – mówi jedno ze swoich ulubionych zdań, pokazując ręką dookoła. – Fajnie jeś tu, tiak?

– O, tak! Fajnie, bardzo fajnie – mówię, a w myślach dodaję „Jest wprost zajebiście, aż z uciechy zaraz się popłaczę!”

– Mama, daj pink, plooosię!

Zwlekam się obolała, powolutku i posuwistym krokiem docieram do szafy z której wyjmuję różowy namiot. Rozkładam na środku pokoju z nadzieją, że chociaż przez chwilę zajmie się sobą.

Wracam na kanapę. Mykam oka.

Czuję w ustach coś pluszowego.

– Mama, sisiosiau. Sisiosiau łaaaaa!

– Tak, tak, sisiosiau ła – potwierdzam.

– Nie, TY sisiosiau łaaaaa! Maś, weź, plosie – to mówiąc wciska mi pluszowego dinozaura i ucieka. Jej pisk zagłusza Mozarta.

– Łaaaa – próbuję resztkami sił i „gonię” Tamaugę, powłócząc nogami. Piszczy jeszcze głośniej i chowa się w namiocie.

Krótka wiadomość tekstowa, zwana esemesem, nadchodzi w ostatniej chwili.

„Wracam, kotku”

Dźwięk klucza w zamku. Leżę na podłodze obok namiotu, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Piłki znowu przelatują nad moją głową, a co trzecia w nią trafia.

– Tamaluga – stękam – Sisiosiau przyszedł do domu.

Może to i wredne, ale skuteczne. Tamaluga rzuca wszystko (czyli resztę piłek we mnie) i biegnie do taty.

Zyskuję trochę cennego czasu, w którym, w alternatywnej rzeczywistości zasypiam sobie na tej podłodze. W realnym realu dźwignąwszy się z trudem, myję naczynia, chowam jedzenie do lodówki, wyjmuję i rozwieszam pranie.

Tomek kąpie Tamalugę, a ja w alternatywnej rzeczywistości nadal śpię na podłodze do cna wyczerpana. Śpię, i śpię, i to nie mnie dotyczą pytania „Gdzie jest ręcznik?” i „Jaką piżamkę jej założyć”. A potem ona wbiega radośnie i zmierza ku mnie…

– Tamaluga, nie mam siły.

– Napisałaś coś dzisiaj? – zagaduje radośnie Tomek.

Bez komentarza.

– Tamaluga, posprzątaj klocki – proszę.

– Nie mam siły – odpowiada.

 

Gdy już śpi, a ja mam wreszcie czas, by ogarnęło mnie porządne lenistwo, uśmiecham się do Tomka, mówiąc:

– Jak ty zawsze ładnie do mnie piszesz… Nawet gdy jesteś zajęty, to zawsze „Dobrze, kochanie”, „Wracam, kotku”… To miłe.

– No – mówi Tomek z dumą. – Takie dwa skróty sobie kiedyś ustawiłem i wysyłają się z automatu.

– …

Dylematy taty. Oraz innych ludzi i robotów

Moja koleżanka ma romans. To znaczy dopiero zaczyna, a raczej ma w planach. Nie, właściwie to inaczej: nie planuje romansu, ale jakoś tak wszystko do tego zmierza. W związku z tym przychodzi i pyta mnie o radę. A może nie chodzi jej o radę, tylko chce wiedzieć, co ja o tym sądzę. A może ma gdzieś, co ja o tym sądzę i po prostu przyszła się pochwalić. Albo wyżalić. Albo nie wiem już co.

A tak mi było dobrze, żyć sobie przez ostatnie lata na osi odciętych od reszty świata. Reszta świata nie wtryniała się w moje życie, ja nie wtryniałam się w życie reszty świata. I wszyscy byli zadowoleni. No, ja na pewno.

Tak, czy siak, coś odpowiedzieć koleżance musiałam, więc najpierw to było standardowe „O!”, a potem nie mniej słynne „Hmm”, a jeszcze potem moje popisowe „No, taaa”. Mówiłam już, że kurs zgrabnej konwersacji odbyłam w Zakonie Milczących Mnichów? Potem jeszcze byłam na stażu u Karmelitów Bosych w Czernej. Byłam z nimi po ślubie. Po ślubie milczenia, bo kategorycznie odmówiłam zdjęcia ulubionych trampek. Okazało się, że nie ma takiej potrzeby, bo Karmelici Bosi – uwaga, uwaga – nie są bosi, tadaaam! Fakt ten udowodnili unosząc poły swych szat (na szczęście na bezpieczną wysokość).

W razie czego mogłam złożyć podanie o przeniesienie do Karmelitów Trzewiczkowych. Przysięgam.

Gdy już odpowiedziałam jej „O”, „Hmm” i „No, taaa”, jakoś tak spontanicznie i bez głębszego zastanowienia dodałam „To fajnie”. „Fajnie?! Naprawdę???” – ucieszyła się i wyjawiła kogo ma na celowniku. Jakoś średnio słuchałam. „To fajnie” podyktowane było raczej faktem, że jej mąż to idiota, jak większość mężów moich koleżanek, o czym już wiecie. No, ale przecież nie powiem jej „Słuchaj, stara, choćbyś się nawet związała ze stuletnią brazylijską handlarką cygarami, masz moje pełne błogosławieństwo, gdyż małżonek twój idiotą jest (a w ogóle wkurza mnie i ma kretyńską fryzurę)” Nie. No tego nie powiem. Przytakiwałam więc, czekając cierpliwie na finisz, czyli na to jak zamierza to rozegrać. Okazało się, że w ogóle nie zamierza tego rozgrywać, tylko ciągnąć, albo raczej zacząć. Może ze mną też coś nie halo, bo wiadomość, że nie zamierza odejść od męża bardzo mnie zdziwiła.

Bo on jest fajny, i ona go kocha.

I na tym poprzestańmy, gdyż właśnie wypiłam melisę.

…………………………………………………..

Tamaluga dla zwiedzających nasz cyrk jest najgrzeczniejszym dzieckiem świata. Zawsze mówi „plosię”, „peplasiam”, „dzikuję” i „naźdlowie”. Do dopełnienia zestawu brakowało tylko „słucham?” Na zawołanie, reagowała czymś, co brzmiało „Y?”

– Tamaluga!

– Y?

– Mówi się „słucham”.

– Siucham.

– Dobrze. Tamaluga!

– Y-siucham?

…………………………………………………..

Tamaluga ma niekończącą się fazę na jazdę „łaju”, czyli tramwajem. W tym celu należy się udać po bilety. Jedyna miejscówka z biletami w okolicy to Żabka. A Żabka, jak wiadomo, pełna jest lizaków, batoników i innych tego typu historii. Instruuję Tomasza jak bezboleśnie kupić bilet.

– Nie dam rady…

– Dasz. Ja jej mówię: Tamaluga, idziemy do Żaby tylko po bilet na łaju. Ona wtedy potwierdza, że nie ciokoli, nie sisiaka, nie jajo. Tylko bilet na łaju. Wchodzimy, kupujemy, wychodzimy. Żadnych problemów.

– Masz rację. Ja też tak potrafię. Dam radę.

Spotykam ich po chwili na przystanku. Tamaluga w jednej ręce trzyma lizaka, w drugiej jajo niespodziankę. Tomasz ucieka wzrokiem.

– No nie patrz tak! Chcesz wiedzieć co się wydarzyło? Chcesz? No to słuchaj. Byliśmy już trzeci w kolejce, gdy Tamaluga zamrugała oczkami i na cały sklep powiedziała: „Tatusiuuuuu, Tatusiuniusiuuuu… PLOOOSIĘ… PLOOOSIĘ SISIAKA I JAJO…

A cała cholerna Żabka: „Ooooooooooooo”

No to ona znowu: Tatusiuuuu… PLOOOSIĘ…

A Żabka: „Oooooooooooo”

Tu jeszcze się trzymałem, ale potem nastąpiło: „Tatusiuniuuuuu… KOCHAM CIĘ!” Żabka – jak wyżej. I to wszyscy, faceci też! Aż dziw bierze, że nikt nie zemdlał. Straszna presja!

– Nie martw się. Przynajmniej próbowałeś…

– No… Byłem silny do pierwszego „Tatusiuniusiuuuu”…

…………………………………………………………….

Na koniec frustracja roku, o której muszę napisać. Niektóre blogi zmuszają mnie do udowodnienia, że jestem człowiekiem. Właściwie to nawet nie: wystarczy, że nie jestem robotem. Wiem, że to nie wasza wina, no i dobra, jakoś się do tego przyzwyczaiłam, ale to co wyprawia się ostatnio, doprowadza mnie do szału i pozbawia resztek wiary w resztki normalności. No, przecież, kurwa wiem jak wygląda samochód osobowy, sygnalizacja świetlna, motocykl czy autobus!

ALE CZY NA PEWNO…? Już niczego nie jestem pewna.

Żeby było jeszcze fajniej,  gdy klikam w obrazek to on znika i pojawia się następny, i TU CIĘ MAM ROBOCIKU!

ZAZNACZ WSZYSTKIE POLA… k… naprawdę?!

SPRÓBUJ TEŻ INNE OBRAZY… no ja pier…

Dobra, ale robię to po raz osiemnasty i ostatni!!!

Ding! Zielony ptaszek. Udało się! Hura! Nie jestem robotem. Nie jestem, nie nie nie nie nieeeeee.

Tak naprawdę to już nie wiem, może jestem.

 

No to teraz, co by, że się tak wyrażę, złagodzić końcówkę – wrzucam fotkę. A, co!

Nie mam fejsa, nie mam insta

(i innego świństwa)

Także wrzucam tu, bo nieźle się prezentujemy. Zwłaszcza ja, bo Tamaluga zawsze świetnie się prezentuje. Zwłaszcza ja i zwłaszcza z daleka. Zwłaszcza.

No i czy ja jeszcze kiedyś doświadczę tak ciepłego listopada?

Kosmetyki bez sensu i naczynia bez związku

Dzisiaj w waszym ulubionym kąciku kosmetycznym, kosmetyki pozbawione wszystkiego, a najbardziej sensu.

Jak wiecie, na kosmetykach znam się słabo, w porywach do ani trochę. Żywię jednak przekonanie graniczące z pewnością, że farba ma farbować, zmywacz zmywać, a pilnik piłować. Oczywiście mogę się mylić.

Producenci kosmetyków złożyli znaną przysięgę Kosmetycznego Hipokratesa: „Primus non nocere”, czyli „przede wszystkim nie szkodzić”. I tak też czynią, to znaczy ich produkty nie szkodzą. Poza tym nie robią nic innego.

Ta wzruszająca maksyma dotarła do USA kilkanaście lat temu, i od razu została ochoczo podłapana przez większość branż. W ostatnich latach rozgościła się w Polsce.

Do dumnego grona produktów nie szkodzących, wchodzą między innymi: farba, która nie farbuje, henna, która nie barwi, pilnik, który nie piłuje oraz zmywacz, który co? Który nie zmywa, oczywiście.

Dziewięćdziesiąt procent farb do włosów pozbawionych jest amoniaku, w związku z czym ich trwałość zamyka się w dwóch tygodniach.

Niegdyś przy hennie do brwi trzeba było się mocno pilnować. Nakładało się ją na kilka sekund i szybko zmywało specjalnym kremem, by nie upodobnić się do zdziwionego klauna, bo efekt towarzyszył nam co najmniej tydzień. Dzisiaj trzyma się hennę godzinę, a wieczorem nie ma po niej śladu.

Pilnik do paznokci był jak gruboziarnisty papier ścierny, potem jak papier ścierny po latach używania, potem na zupełnie gładkiej płytce wyryto cztery krechy na krzyż, a jeszcze potem pilnik stał się szklany.  Pilniczka najczęściej używamy, gdy złamie się paznokieć, czyli w nagłym wypadku, czyli szybko, teraz i nał. Biegniemy do łazienki. W nerwowym pośpiechu wysypujemy zawartość kosmetyczki. Znajdujemy pilniczek i czas się zatrzymuje. Piłujemy, piłujemy, piłujemy, a wokół zmieniają się pory roku.

Niepiłujące pilniczki nie niszczą paznokci, a ponieważ również nie piłują, więc zasuwa się mocniej, dłużej, energiczniej, przez co paznokieć niszczy się bardziej.

Zmywacz to jest dopiero hicior. Po zmywacz acetonowy, muszę czasami złazić pół dzielnicy. Te ogólnie dostępne nie zawierają acetonu, więc można sobie zmywać i zmywać i zmywać, a i tak do końca nie zmyje się lakieru. Za to pory roku zmieniają się jak wyżej.

Ja nie chcę żeby zmywacz pielęgnował moje paznokcie, od tego mam odżywkę. Chcę żeby zmywacz zmywał, farba farbowała, a pilniczek piłował. Czy wymagam zbyt wiele?

Tylko patrzeć, gdy przywędrują do nas ze Stanów nieszkodzące tabletki przeciwbólowe. Pigułki, które co prawda bólu nie uśmierzą, ale też nie wywołają innego, i tego się trzymajmy!

(Swoją drogą myślę, że Apap jest na dobrej drodze. Czy komukolwiek, cokolwiek po nim przeszło?)

 

””””””””””””””””””””””””’

Zawsze gdy oglądam konkursy wokalne, a z ust kilkuletniego dziecka płynie piosenka Ordonki, albo inny dinozaur, nie daj Bóg jeszcze z przyśpiewem i starodawną manierą, to opadają mi ręce. Od razu wiadomo czyje to niespełnione ambicje ulatują ustami tego dziecka, i że nie jest to jego świadomy wybór. Z roku na rok w różnych lożach zasiadają coraz dziwniejsi jurorzy, bez pazura, bez dystansu, zachwycający się byle czym. Nikt nie ma odwagi powiedzieć dziecku, że ta piosenka zwyczajnie do niego nie pasuje. Płaczą ze wzruszenia i podniecają się czymś, co nazywają „dojrzałością sceniczną”.

Po cholerę dziecku dojrzałość sceniczna? Dziecko jest dzieckiem i powinno śpiewać swoim dźwięcznym głosikiem piosenkę, którą przede wszystkim rozumie.

Widzę taką ośmiolatkę; chudziutkie nóżki wystające spod garsonki(!), okulary w oprawkach na pół twarzy, śpiewającą „Ostatnią niedzielę”. Jest bardzo dojrzała, niczym bohaterka znanego thrillera. Tamta ośmiolatka też była dojrzała, a potem wymordowała połowę adopcyjnej rodziny, bo okazało się, że ośmiolatką nie jest. Jest za to dorosłą psychopatką z jakąś odmianą karłowatości, czy coś, także…

………………………………………………………………..

Co by tu wam jeszcze… O, wiem! O naczyniach teraz będzie.

Bo mam takie dwie sprawy związane z naczyniami. Obie mnie trochę niepokoją, bo świadczą chyba o jakimś zaburzeniu psychicznym (to znaczy kolejnym).

Sprawa jest taka, a raczej sprawy są dwie, że sprawa pierwsza niepokoi mnie bardziej niż sprawa druga. I żywię nadzieję, że ktoś też tak ma, chociaż wątpię. Właściwie dotyczy to nie tylko naczyń, ale też innych dziedzin życia, ale najbardziej to się dzieje przy myciu naczyń.

Nachodzą mnie takie myśli konkretne, ale zupełnie nie związane z myciem naczyń, ani z naczyniami w ogóle. I teraz tak, żeby było jeszcze dziwniej: przy każdej grupie naczyń myślę o czymś innym, ale za każdym razem o tym samym.

Gdy myję garnki, myślę o Nataszy, Ukraince z którą pracowałam 20 lat temu. Dla jasności tematu: podczas innych czynności o niej nie myślę. W ogóle o niej nie myślę. Gdy tylko sięgam po garnek: Biiip: Natasza! Dodam, że nawet te 20 lat temu nasza znajomość nie miała nic wspólnego z garnkami. Ani ona przy mnie garnków nie myła, ani ja przy niej. Na temat garnków nigdy nie zeszła nasza rozmowa (w ogóle przez pewien czas ledwo ogarniałam co do mnie mówi).

Gdy myję szklanki myślę o osiedlowym festynie sprzed około 15 lat. Gdy dziewczyny były małe zaliczyłam z nimi całe mnóstwo festynów, mniej lub bardziej udanych, a tamten nie wyróżniał się niczym. No, niczym. Chyba nawet nic wtedy nie wygrałam, bo pamiętam, że spóźniłam się na fajny konkurs. Nie muszę chyba dodawać, że nagroda nie miała nic wspólnego ze szklankami.

No i tak właśnie mi się dzieje od kilku lat. Jakby ktoś włączał jakiś przycisk, na przykład play, i gdy tylko zaczynam myć naczynia – leci ta sama piosenka.

Jest parę innych przykładów, ale poprzestańmy na tym. I tak czuję się wystarczająco głupkowato. Czy ktoś umie mi to wytłumaczyć?

A, i druga sprawa: znikają mi szklanki i małe widelczyki do ciasta. Ale to już chyba inny objaw czegoś zupełnie innego.

MUSIAŁAM ODEJŚĆ. WSPOMNIENIA ŻONY I SYNA OSAMY BIN LADENA

GROWING UP BIN LADEN. OSAMA’S WIFE AND SON TAKE US INSIDE THEIR WORLD

2011.

Bardzo lubię tzw. literaturę faktu, chociaż to dość szerokie pojęcie. Moim ulubionym gatunkiem jest kultura i religia krajów muzułmańskich, widziana oczami kobiet (które były, przeżyły i jeszcze mają siłę to opisać). Bo jak to wygląda w praktyce wie chyba każdy, więc nie będę się nad tym rozwodzić. Skupię się dzisiaj na jednej z nich, na książce pisanej przez żonę saudyjskiego terrorysty, milionera i przywódcy Al-Ka’idy.

Bin Laden. Eee… Czy jest ktoś, komu muszę przybliżać sylwetkę? Myślę, że to nazwisko, wraz z 11 września 2001 wryło się w pamięć całej ludzkości. Oczywiście, z upływem czasu wiele pytań doczekało się odpowiedzi, ale gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś więcej… Tak nie od strony Wikipedii, tylko bardziej prywatnie, „domowo”. No, bo poza tym, że znany jest szerszej publice jako „morderca”, „psychopata”, „terrorysta” to przecież skądś on się tam wywodził, nie? Miał rodzinę, przyjaciół, hobby… Szok. Czy to w ogóle możliwe, że ktoś taki spełniał się w roli syna, męża i ojca? Umiecie go sobie wyobrazić, grającego z dzieciakami w piłkę? Czy gościu miał jakieś słabości? Skąd wzięła się u niego nienawiść do Amerykanów? Skąd obsesja na punkcie polityki i wojska?

Jeśli macie ochotę dowiedzieć się czegoś na ten temat, to właśnie z tej książki. Bo ta książka to spisane przez dziennikarkę Jean Sasson, wspomnienia żony Nadżwi i syna Omara. A kto lepiej zna człowieka niż jego własna rodzina?

Poznajemy Usamę* od wczesnych lat młodości, aż po pamiętny wrzesień. Książka przybliża kulturę i religię krajów muzułmańskich, styl życia, tradycje, zwyczaje. Pokazuje niepewną sytuację polityczną w rejonach targanych wojną. Nędza na ulicach wyniszczonych miast kontrastuje z pięknem dzikiej przyrody. Poznając rodzinę Bin Ladena, poznajemy troski życia codziennego i samego Usamę. Jego wczesne poglądy, ich wpływ na życie całej rodziny, dążenie do perfekcji, relacje z dziećmi oraz metody wychowawcze. Przenosimy się do różnych miejsc ich wiecznej tułaczki. Gościmy w pałacowych salonach, by zaraz potem znaleźć się w spartańskich warunkach górskich jaskiń. Tu wszystko jest niepewne, nieprzewidywalne, zaskakujące. Poczujemy złość, irytację, ale też wzruszenie i współczucie. No i ciężar trudnych decyzji, a także siłę i odwagę członków rodziny, którzy zdecydowali się odejść.

Wydawać by się mogło, że powieść nie jest pozbawiona subiektywizmu – pisana jest przecież przez najbliższych. Jednak Usama widziany oczami oddanej mu żony i młodego syna jest już „Usamą po 11 września”, a całość (opatrzona unikatowymi zdjęciami) wydana tuż po jego śmierci.

* W licznych publikacjach występują dwie wersje imienia: Osama i Usama. Sprawdziłam z ciekawości i Usama okazuje się tą poprawniejszą. Pochodzi od klasycznego języka arabskiego, nazywanego koranicznym (w tym języku powinno się recytować Koran). „Ibn” przekształcone w wygodniejszą formę „bin” oznacza „syn”, a Laden w oryginale to Ladin. Najbardziej poprawna wersja zatem, powinna brzmieć Usama Ibn Ladin.
Dziękuję za uwagę.

 Syn Omar

 Usama