Trzy razy P. Pany, Piątka, Paczka

Ostatnie kilka dni to było jakieś kosmiczne nieporozumienie. Miałam ochotę objąć się ramionami, bujać w przód i w tył i błagać kogoś żeby mnie przytulił. Albo uszczypnął. Albo dobił.

W poprzedni czwartek przyszły pany do łazienki. Dwóch ludzi; ludź i ludź. Z uśmiechem na ustach rozłożyli kramik i wyjęli wiertary. Najbardziej przeraził mnie widok wyciąganego kibelka, który to kibelek odprowadziłam tęsknym wzrokiem do kuchni. Reszta szczęściarzy była w tym czasie, odpowiednio: w przedszkolu, na uczelni, w pracy. Czyli w miejscach z dostępem do toalety.

W piątek stało się jasne, że rozgorączkowana Tamaluga zostaje w domu. Miałam więc: hałas, smród, pył i chore, marudne dziecko. Nie miałam: kibla i cierpliwości. Ale, żeby nie było tak łatwo – chore, marudne dziecko z rozwolnieniem. Tak: bez kibla. W tym miejscu zrobię pauzę, a każdy może tam sobie dopowiedzieć, co się działo.

W sobotę powtórka, tyle, że – szczęśliwie – bez rozwolnienia.

W poniedziałek Tamaluga czuła się już lepiej, ale nadal była zasmarkana i kaszląca, więc została w domu. Rano pojawili się uśmiechnięci ludzie z wiertarami. Około południa zasiadłam do pisania pracy, aż tu nagle, bez uprzedzenia rozbolała mnie lewa górna piątka. Przy czym słowa „rozbolała” używam jedynie z szacunku do was. Podsumujmy: hałas, smród, pył, zakatarzone dziecko, rwący ząb.

We wtorek chodziłam już po ścianach, nie pomogła ani tabletka, ani stare sposoby Apaczów. Poza tym: dzień jak wyżej. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Wieczorem Tomasz przyniósł ketonal i mogłam przynajmniej zacząć pisać pracę.

Tamaluga, gdy tylko odzyskała siły mianowała się kierowniczką budowy: „Idę zobacyć, cy pany jus skońcyły łazienkę!”

Potem już tylko słyszałam, jak zasypuje fachowców pytaniami.

„Pan, a co lobis? A po co? A dlacego tutaj nie lobis? A to tak zostanie, takie bludne? I tu jesce, o! A ja mam tsy i pół lat, wies? Pan, co mas psy klucach? Latalkę? Mogę zobacyć? Będę uwazać, wies? Nie ma jedzenia, ale moze chces selek? Pan, Ile mas lat? Nalejes mi wodę? Zaśpiewać ci coś? Moze o pającku, co? Moze być?”

Pod koniec dnia, pany były już sprzedanymi, zakochanymi w Tamaludze, miękkimi fajami. I praca jakby szybciej im szła, i jakby lepsza motywacja.

„Nie! Pani jej nie zabiera! Ona nam nie przeszkadza, niech mówi do nas, niech mówi!”

Mówisz i masz, człowieku. Normalnie, gdyby nie górna piątka, zdrzemnęłabym się z tej okazji.

……..

W poniedziałek Oliwia odebrała telefon. Dzwonił kurier z informacją, że jutro dostarczy jej paczkę. Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że paczka została nadana na początku lipca, 2018 roku.

Po skończonej rozmowie gapiłyśmy się na siebie przez dłuższą chwilę.

Przypomniałam sobie tę paczkę. To były książki wysłane przez moją mamę. Przypomniałam sobie kuriera kłamczucha, który twierdził, że nikogo w domu nie zastał. Przypomniałam sobie dwa tygodnie walki o paczkę, telefony, e-maile, podróże do magazynów, bo raz zaginęła, raz była pod innym numerem, i tak dalej. Gdy pancia w bazie poinformowała mnie, że ponieważ kurier był (a nie był), a mnie nie było (a byłam) to muszę zapłacić za magazynowanie ileś tam, ileś. Wtedy poprosiłam miłą panią, żeby tę paczkę sobie wsadziła komisyjnie otwarto, i żeby podzielili się książkami, bo czasami warto coś przeczytać.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy paczka faktycznie dotarła (za darmo!) we wtorek… Można?

P.S. Dzięki, kochani za słowa wsparcia 🙂

ZWYCZAJNA PRZYSŁUGA

A Simple fawor, reż. Paul Feig, 2018

 

Gatunek określono jako komedię, dramat, thriller. W dodatku w takiej kolejności. Popukałam się w czoło, ale po obejrzeniu – potwierdzam, tyle że w odwrotnej kolejności: thriller, dramat, komedia. Czy takie połączenie w ogóle może się udać? Przy dobrej reżyserii i jeszcze lepszej obsadzie – może. I w tym wypadku się udało. Film jest nieprzewidywalny i dość nietypowy (ostatnio mam szczęście do takich). Niektóre wątki mogą okazać się naciągane, ale całość prezentuje się całkiem zgrabnie i wciąga. Jest trochę pikanterii, jest intryga i są kontrasty, które łatwo się zacierają. Jest też świetna satyra na idealne mamuśki, piekące ciasteczka i prowadzące vlog z uporządkowanej kuchni (świetna rola Anny Kendrick, bardzo wiarygodna, bo nie czarno-biała).

Emily (Blake Lively) i Stephanie (Anna Kendrick) dzieli wszystko, a łączy tylko to, że mają synów w tej samej klasie. Ta pierwsza, w ubraniach od najdroższych projektantów wygląda fantastycznie, ale brakuje jej klasy – jest wyluzowana i wulgarna. Stephanie ubiera się skromnie, jest przykładną matką, nie przeklina, nie imprezuje i nie wdaje się w dziwne relacje (do czasu). Emily ma świetną, ale absorbującą pracę. Stephanie nie pracuje, jest wdową żyjącą z odszkodowania za wypadek męża. Prowadzi przykładne życie w przykładnym domu, a jej jedyną rozrywką są porady online, udzielane innym matkom.

Czy te dwie skrajnie różne kobiety mogą się zaprzyjaźnić? Czy może to przyjaźń jednostronna, bo z tej drugiej strony to po prostu przemyślana strategia? A może obie czerpią od siebie nawzajem? Stephanie na swoim kanale udziela porad innym, ale żeby przebrnąć przez wiele życiowych komplikacji, sama kieruje się poradami Emily… Chyba w głębi duszy zazdrości jej podejścia do życia, marzy żeby być taka jak ona. Przy Emily uzewnętrznia się, wrzuca na luz i odkrywa swoje mroczne sekrety. Czasami ma wątpliwości, czy kobieta na pewno jest jej przyjaciółką, ale wątpliwości zostają rozwiane: Emily prosi Stephanie o przysługę: odebranie syna ze szkoły. Czy można okazać komuś większe zaufanie, niż powierzając mu dziecko? Stephanie w to wierzy, mimo, że nie jest to nowa sytuacja, bo kilka razy wcześniej już to robiła.

„- Jakieś zalecenia dietetyczne dla syna?

– Podaj mu wszystko, od czego się nie porzyga.”

Tym razem jest inaczej, bo matka nigdy nie zgłasza się po syna i nikt nie wie, co się z nią dzieje. Stephanie wreszcie udaje się namierzyć ojca chłopca, potem wspólnie zawiadamiają policję i prowadzą własne śledztwo. Stephanie odkrywa wiele tajemnic przyjaciółki. Przy okazji też odkrywa na co stać ją samą, jak daleko potrafi się posunąć. Postępami w docieraniu do prawdy dzieli się na swoim vlogu. Fajnym pomysłem jest pokazywanie zmian jakie zachodzą w wyglądzie Stephanie i wyglądzie jej kuchni,  w miarę odkrywania mrocznej prawdy. Z nienagannej pani domu przeistacza się w zwyczajną, momentami szaloną kobietę.

To na koniec jeden z fajniejszych cytatów:

„- Uwielbiam macierzyństwo!”

„- To musisz być nienormalna. Niektóre dzieci nie potrzebują rodziców, tylko egzorcysty!”

 

WYGRAĆ HOLLYWOOD, PRZEGRAĆ ŻYCIE…

Justyna Kobus „Wygrać Hollywood, przegrać życie. 14 wersji życia gwiazd kina” (2018)

Prababka Bette Davis była czarownicą z Salem.

Matka Jane Fondy większość życia spędziła w zakładzie psychiatrycznym.

Meryl Streep nazywano w dzieciństwie terrorystką.

Rita Hayworth była ofiarą molestowania przez bliską osobę.

Jak już wspominałam, biografia jest jednym z moich ulubionych gatunków. A gdy mam podane w pigułce i na tacy biografie kilkunastu osobowości ze świata kina, to już w ogóle kwiczę z rozkoszy. No więc tak…

Na okładce fotka Audrey Hepburn i Julii Roberts. Nie ma sensu ukrywać, że to Julia właśnie przyciągnęła moją uwagę. Ale! Zanim dotarłam do jej historii, poznałam Polę Negri, Bette Davis, Jane Fondę i tak dalej… Dowiedziałam się takich rzeczy, że….. O, na przykład do Brigitte Bardot miałam dotąd stosunek nijaki, ale po przeczytaniu książki szczerze jej nienawidzę.

I to nie jest tak, że książka jest atakiem. Autorka jest po prostu szczera, no i bezstronna… a w każdym razie stara się jak może (bądź co bądź, nie są to anonimowe osoby, więc przeważnie nasz stosunek do nich jest jakiś). Wiedzę czerpie z publikacji osobistych biografów każdej z tych postaci. Jest kilka drobnych błędów, ale nie mają znaczenia, bo tekst jest spójny i łatwy w odbiorze. Nawet jeśli coś tam się rozstrzeliło w czasie, to jest wyjaśnione i ma swoją kontynuację. Fakty trzymają się kupy i chronologii, a przede wszystkim są ciekawie opisane.

Wali w bębny, odlatuje i piscy

Moje starsze córki uwielbiają Tamalugę, z wzajemnością. W najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że będzie aż tak. Czasami o tę Tamalugową miłość rywalizują, co doprowadza do komicznych sytuacji. Nie raz zdarzało się, że wołały ją obie, a Tamaluga stała pośrodku jak zdezorientowany szczeniak: ta pancia ma kiełbaskę, a tamta ciasteczko. Kto ma rodzeństwo ten zna te relacje, z tym że u nas sytuacja nietypowa. Duża różnica wieku sprawia, że ona traktuje je trochę jak takie dodatkowe mamy. Tamaluga tak bardzo potrzebuje bliskości Wiktorii, że codziennie pyta, kiedy będzie niedziela, bo wtedy Wika z Krisem przychodzą na obiad. Chociaż to Kris więcej bawi się z Tamalugą i pozwala jej wchodzić sobie na głowę. Dosłownie. Wizyta Wiki przebija wszystko, włącznie z ulubionymi zabawkami, przedszkolem, wyjściem do sali zabaw. Oliwia stara się nie okazywać zazdrości, ale nie zawsze jej się udaje. Tłumaczę jej wtedy, że Tamaluga ma ją na co dzień, a za Wiką tęskni. Gdy wspomniałam, że Tamaluga będzie miała swój pierwszy występ w przedszkolu, Wika od razu wzięła sobie wolne w pracy, a Oliwia zaczęła kombinować, jak opuścić wykłady. Piszę to wszystko, bo jestem szczęśliwa, że mają ze sobą taki kontakt i wiem, że w razie czego, Tamaluga nie zostanie sama.

Dobra, koniec tych wzruszeń. To co tam jeszcze na tapecie? Aha. No, więc skończyłam, póki co, pisać prace. Zawsze śmieszyło mnie powiedzenie, że ktoś „siedzi z dzieckiem w domu”, bo pomimo tego, że nie mam pracy w ogólnie przyjętym znaczeniu tego słowa, to wierzcie lub nie – „siedzenie” jest ostatnią rzeczą jaką udaje mi się czynić. Od dwóch dni za to, dla odmiany, przechodzę inny stan. Jestem zajęta głównie staraniem się żeby nie zasnąć, co wychodzi mi średnio. Wiem, że stan to przejściowy, ale czerpię z niego garściami, a raczej staram się, bo przy Tamaludze nie da się zasnąć.

Gdy tak nad tym rozmyślam, to przypominam sobie jak ciężko pracowałam, gdy dziewczyny były małe i jak trudno było mi się wyspać, zwłaszcza pracując dwie zmiany pod rząd, i to te najgorsze: od 16 do 8 rano. Jakże ja marzyłam o ciepłym łóżku… Niestety, do mieszkania obok wprowadził się wówczas jakiś gówniarz młody człowiek. Wraz z meblami przyjechały bębny afrykańskie, które stały się sprzętem powszechnego użytku. Ów młodzian walił w nie zapamiętale, wytrwale i miarowo. Żeby chociaż wygrywał jakąś melodię, chociażby ścieżkę dźwiękową z „Tarzana”… Ale nie, po prostu w nie napierdalał uderzał. Ktokolwiek do mnie przyszedł, czy to koleżanka, czy facet z serwisu, wszyscy zadawali mi to samo pytanie „Jak ja to wytrzymuję”. No, więc, wytrzymywałam coraz słabiej. Fakt, że facet nie robił tego w nocy nie miał znaczenia. Ja w nocy pracowałam, a w dzień chciałam się wyspać. Nie wiem, czy on w ogóle gdzieś pracował, uczył się, może mieszkanie opłacali mu rodzice, zachwyceni jego talentem, gdyż mieszkający daleko. Zaczepiłam go raz, tylko raz, a on obiecał poprawę. Oczywiście nic się nie zmieniło. Wszystkie domowe czynności wykonywałam przy akompaniamencie głuchych uderzeń, bo ściany u nas cieniutkie… W końcu byłam pewna, że skończę albo w wariatkowie, albo w kryminale. Pewnej nocy byłam skrajnie wyczerpana i powoli zapadałam w sen. Właśnie wtedy, młodociany sąsiad postanowił urządzić imprezę. Chociaż była to odmiana od bębnów, jednak śmiechy, krzyki i głośna rozmowa skutecznie utrudniały mi zaśnięcie. Najgłośniej zachowywała się jedyna dziewczyna w towarzystwie, ale zawzięłam się, zamknęłam oczy i uparcie liczyłam owce. Nagle śmiech dziewczyny ustał, ucichła muzyka i do uszu mych dobiegł jej dramatyczny szept:

„Piotrek, to teraz może zagrasz nam na bębnach?”

Przez chwilę nie wierzyłam własnym uszom.

Ale zaraz uwierzyłam. Wstałam, sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam na policję.

……………………………………………

Gdy idziemy z Tamalugą do przedszkola, ona zawsze nawija bez końca. Nie wiem skąd ma tyle energii o tej godzinie, bo ja ledwo ogarniam chodnik. Nie dosyć, że nawija, to jeszcze zadaje jakieś pytania i żąda ode mnie reakcji zwrotnej. Odpowiadam jej, ona oczywiście nie słyszy, bo oprócz wspomnianej w poprzednim wpisie przypadłości, to jeszcze ma na uszach czapkę i czasami kaptur. Przy każdej odpowiedzi muszę się zatrzymać, nachylić do Tamalugi i udzielić jej głośno i wyraźnie. Nie muszę chyba wspominać ile trwa taka podróż.

T: O! Jaki piękny ptasek! Co to jest, ten ptasek?

Ja: Mewa.

T: Siucham?

Ja: MEWA.

T: Ja lubię mewy, i papugi, i… nie wiem co…?

Ja: WRÓBLE.

T: Tak, wluble. I wsyskie inne ptaki. A jak lobi mewa?

Ja: No, tak krzyczy…

T: O tak? ( i w tym miejscu nastąpił tak głośny pisk, że przejeżdżający samochód omal nie wjechał na chodnik. Ja przez chwilę stałam jak sparaliżowana).

Ja: Tak… Mniej więcej tak…

T: Siucham?

Ja: TAK.

T: Tak? On tak piscy, ta mewa?

Ja: …

T: A ja chcę go pogłaskać, a jak go pogłascę, to on będzie tak piscał, ta mewa?

Ja: Jeśli będziesz chciała ją pogłaskać to pewnie odleci.

T: Odleci i będzie pisceć?

Ja: Może tak być…

T: O, to smiesne jest. I tlochę smutne.

Mój osobisty niedosłyszący przeszkadzacz

Ostatnio wiele rzeczy mnie irytuje. Na szczęście nie Tamaluga, chociaż ona akurat bardzo się o to stara. Nie mogę przy niej pracować, normalnie nie mogę. I tak mam wyrzuty sumienia, że zamiast po raz dwudziesty szósty zbudować z nią smocze przedszkole, muszę siedzieć i pisać, gdy ona biedulka… No właśnie. Wdrapuje mi się po plecach, wciska twarzą w moją twarz, zakrywa usta i nie tylko nie mogę mówić, ale nie mogę też oddychać. Skacze na moich kolanach, zagaduje, zadaje milion pytań, jęczy, męczy i ciągnie do zabawy. Tłumaczę, że jeśli da mi teraz popracować to szybciej skończę i będę mogła się z nią bawić. Niby coś tam dociera, bo zajmuje się sobą przez chwilę. Przez krótką chwilę, bo to, czym akurat się zajęła z niepojętych przyczyn zaraz się psuje, nie działa, a przyczepka nie chce się przyczepić do auta, a drugie auto ma włos wkręcony w koło. Tak, obsesja na punkcie włosów się pogłębia. Odrywam się od pracy trzydzieści razy. Pięć prostych zdań piszę pół godziny. Gubię wątek, zapominam, przekręcam…

Ostatnio, myjąc naczynia, bo jak wiadomo wtedy mam najlepsze przemyślenia, pojawiła się w mej łepetynie stara piosenka „Ich troje”. Jesssu, no nie wiem skąd, i jest to poniekąd przerażające. I teraz nie wiem, co jest bardziej przerażające: czy to, że zaczęłam ją śpiewać na głos, czy to, że podkładały mi się zupełnie inne słowa. Do melodii „Wstań, powiedz nie jestem sam”:

„Powiedz, powiedz czemu,

mówisz „czemu” zamiast „dlaczego”,

czy nikt nigdy cię nie poprawiał,

czy przespałeś lekcje polskiego?

Powiedz, czy nikt nigdy

nie powiedział ci, że nie masz racji.

„Komu, czemu” to jest celownik,

czy słyszałeś o deklinacji?

 

Wstań, żeby bronić swych zdań,

i nigdy więcej już nikt

nie będzie poprawiał mnie, no bo nieee…

Ja jestem panem mych słów,

moich wydanych dźwięków,

moich błędów i już,

i ten test wylanych łeeez.”

 

Powinnam się może leczyć jakoś…

 

Ale tak a propos Michała Wiśniewskiego, chociaż kompletnie z nim bez związku, naszła mnie refleksja. Że idole są potrzebni, jacykolwiek by nie byli. Pozwolicie, że myśl tę rozwinę w innym wpisie, bo teraz mi się nie chce.

 

Pisałam już o tym, że Tamaluga, od kiedy poszła do przedszkola jest cały czas przeziębiona i ma niekończący się katar. Nie pisałam tylko, że przez to prawie całkiem straciła słuch. Utrata słuchu zapoczątkowała u Tomasza serię czarnych scenariuszy, z których najlżejszy zakładał hałas na zewnątrz i telewizor wewnątrz, a najgorszy, że potknęła się i wywijając salto w powietrzu przywaliła uchem w kaloryfer. Oczywiście nie odbyło się to w naszej obecności, zatem na pewno w przedszkolu. Po tygodniu i mnie zaczęło się trochę udzielać, zwłaszcza że w przedszkolu nawet nie zauważyli jej niedosłuchu. Poza tym trudno mi było uwierzyć, że zwykły katar może całkowicie zatkać przewody słuchowe. Gdy stoi się przodem do Tamalugi, i ona wie, że się do niej mówi, to wtedy skupia całą uwagę i coś tam słyszy. Gdy stoi się z boku albo z tyłu – nie słyszy. Nie, że nie rozumie co mówię, ale w ogóle nie słyszy żadnego dźwięku. Za to najczęściej słyszanym przez nas słowem jest Tamalugowe „śłucham?”

Gdy dowiedziała się, że oto nastał ten dzień (który dał nam Pan) i idziemy do doktora, wpadła w rozpacz. Zapewniała, że ona „jus słysy i nie chce do spitala”. Tłumaczyłam jej, że to nie szpital tylko pokój, w którym jest pani doktor i obejrzy jej uszka. No, niby zrozumiała, ale przy zakładaniu bucików zapytała z nutą nadziei w zrezygnowanym głosie, czy chociaż „pojedziemy kaletką ijo-ijo”. Z bólem serca sprowadziłam ją na ziemię.

Tamaluga była bardzo dzielna od samego początku, gdy to na krótkich nóżkach prawie biegła, próbując dotrzymać mi kroku, bo okazało się, że mamy tylko 15 minut. Do gabinetu był spory kawałek, było ciemno, zimno i zaczynało kropić. W chwilach takich jak ta, zastanawiam się, czy pozbycie się auta w ramach protestu przeciwko zanieczyszczaniu planety nie było zbyt pochopne. Przecież wystarczyło w akcie protestu spalić biustonosz. Kiedyś wystarczyło, dzisiaj też by musiało. Ale nie! Jak się poświęcać, to z gestem, jego mać!

W gabinecie Tamaluga poddała się badaniu z uśmiechem, choć widziałam ile ją on kosztuje. Chciała pokazać, jaka jest odważna. Oczywiście siedząc na moich kolanach i ściskając mnie za rękę. No i jednak to katar pozbawił ją słuchu. Przed nami karton lekarstw na dwumiesięczną kurację.

Takie, niestety, są internety. Całe strasne

W związku z różnymi przeszkodami na niebie i ziemi (czytaj: przeziębienie z ekstremalną gorączką powyżej 38C!!!), rzadziej dosiadałam Internetu, a na swojej skrzynce e-mailowej nie byłam od trzech dni. Gdy w końcu weszłam, przeżyłam prawdziwy szok. Otóż… nie miałam żadnego e-maila. Żadnego! Nawet spamu, za którym nagle zatęskniłam. Nie było mnie trzy dni i świat się nie zawalił? Nie wiedziałam co o tym myśleć, więc póki co – nie myślałam. Musiałam się nad tym zastanowić, bo prawdopodobnie mam uszkodzoną skrzynkę. Albo włamał się jakiś haker i mi ją zablokowano. Albo nie włamał się żaden haker, a i tak mi ją zablokowano. Ewentualności, że po prostu NIKT DO MNIE NIE NAPISAŁ w ogóle nie brałam pod uwagę. Zaczęłam wysyłać rozpaczliwe e-maile „raz, dwa, raz, raz, próba skrzynki”. Gdy dostawałam na nie odpowiedź, najpierw się cieszyłam, a zaraz potem myślałam „hmmm”. A potem „hmmm” jeszcze raz. Niech więc pozostanie to zagadką z gatunku „gdzie się podziały pieniądze z komunii”.

Obrażona na skrzynkę e-mailową, zatrzasnęłam ją z hukiem i zaczęłam przeglądać inne rzeczy. W celach naukowych, rzecz jasna, bo nauka to potęgi klucz, czy jakoś. No i przeglądając Internet  nauczyłam się wiele, przede wszystkim, żeby nigdy nie szukać pracy będąc skrajnie zmęczonym. Albo na kacu. Albo jedno i drugie. Zachwycałam się, bowiem, ofertami na które nikt normalny nie zwróciłby uwagi. Rozważałam nawet etat pediatry, i w jakiś niepojęty sposób fakt, że nie mam medycznego wykształcenia w ogóle mi nie przeszkadzał. Kilka ofert zamknęłam, ale po zastanowieniu stwierdziłam, że to chyba jednak nie brzmiało „abstrakcyjne zarobki”, ale „atrakcyjne zarobki”. Niestety nie mogłam ich już znaleźć.

Postanowiłam pobuszować w wirtualnych sklepach. Zaczęłam od butów dla Tamalugi, które określiłam dokładnie, podając fason, materiał i rozmiar. Linki ze zdjęć kierowały mnie do stron już nieistniejących, albo….

………. FIOLETOWE OCIEPLANE TRAMPKI DLA DZIEWCZYNKI

NIESTETY OFERTA JEST NIEAKTUALNA.

MOŻE PODOBNY PRZEDMIOT:

Po czym zaproponowano mi gumowe rękawice, zegar ścienny i wiertarkę udarową. O ile jeszcze jestem w stanie wyobrazić sobie Tamalugę obutą w gumowe rękawice, o tyle w wiertarkę udarową już nie bardzo. Poza tym była tylko jedna.

Zaniechawszy zakupów, postanowiłam znaleźć stronę z dopasowywaniem fryzur. Znalazłam, podstawiłam zdjęcie i przez dwie kolejne godziny miałam świetną zabawę, a raz prawie posikałam się ze śmiechu. W końcu znalazłam to, czego szukałam i po raz pierwszy byłam naprawdę zadowolona z efektu. Przyjrzałam się długości włosów, kolorowi, ułożeniu i wiedziałam, że to jest to! W myślach zrobiłam szybki przegląd dostępnych fryzjerów, i bardzo z siebie dumna, zapisałam zdjęcie „po” obok zdjęcia „przed”. I wiecie co? Te zdjęcia w ogóle się nie różniły. Tak oto z pięciuset dostępnych fryzur wybrałam taką, KTÓRĄ JUŻ MAM!

To na koniec teksty Tamalugi:

Oliwia rysuje, obok Tamaluga zagląda jej przez ramię.

T: Cio to jeśt?

O: Świątynie tarasowe w Deir el Bahari.

T: Ahaaaa. Ja tam nie byłam jesce…

O: Ja też nie. Może kiedyś pojedziemy tam razem, co, Tami?

T: Oj, nie. Ja nie pojadę, bo ja w poniedziałek idę do psedskola, wies?

…………………..

– Mama, opowies mi o kapciuszku? Ale nie o tym (wskazuje na kapeć) tylko o ludziu kapciuszku.

………………………

Trafiamy w TV na końcówkę bajki „Coco”. W ostatniej scenie stara i pomarszczona kobieta rozmawia z wnukiem. W tle reszta rodziny.

T: Ale słodki dziadziuś!

Ja: To babcia jest.

T: Ale się kochają. To chiba rodzina.

Ja: Tak, kochają się, to rodzina.

T: Ale słodki dziadziuś. Urocy!

Ja: To, akurat, babcia…

T: Babcia?! Ale ona tlochę umarła się?

………………………..

Oglądamy (Tamaluga po raz piąty) Klub Przyjaciół Myszki Mickey, odcinek halloweenowy.

T: Mama, pats! Pit pęka, kosula i buciki, i wychodzi ogonek i pazuly!

Ja: Pit się zmienia w wilkołaka?

T: Tak, w wilka jakiegoś… A cy to strasne jest?

Ja: (używając tekstu Tamalugi): troszeczkę straszne, a troszeczkę nie.

Tamaluga: (rzucając mi znaczące spojrzenie): Co ty mówis?! TO JEST CAŁE STRASNE!

 

Dźwięki z łazięki i Halloween

Jeśli zastanawiacie się jak wygląda nasza łazienka po remoncie to już spieszę donieść: tak, jak i w jego trakcie. Remont, albowiem, moi kochani, wcale się nie skończył. Remont utknął w miejscu, bo nie ma czasu i nie ma komu. Dziwicie się pewnie, dlaczego zatem, ach dlaczego, przekazuję tę nowinę tak spokojnie, bez rzucania mięsem. Otóż, wytrwale ćwiczyłam napisanie tych kilku zdań. Możecie mi wierzyć na słowo, że pierwotny tekst wyglądał inaczej. W przeciwieństwie do łazienki.

Jak by tego było mało, szlag trafił rurę od kibla. Pochylmy się nad tym, przez chwilę jeszcze pozostając w przyjemnym, łazienkowym klimacie. Stara rura, oczywiście została wymieniona na nową i git. Nowa rura jest piękna, smukła i taka jakby bardziej rurowa. Jedyną jej wadą, ale kto by się tam przejmował, jest to że piszczy. Piszczy, moi kochani, tak głośno i przenikliwie jak by przez sam środek sracza przemykał pospieszny do Koluszek. Przemykał, z całą mocą napieprzając w gwizdek, po każdym spuszczeniu wody. Każdym.

Można oczywiście uciszyć dźwięk, zamykając zaworek, tyle że wtedy nie spuści się wody.

Gdy pewnego razu Tomasz, zamaszystym i zdecydowanym krokiem udał się do łazienki, byłam pewna, że się wkurzył i coś w końcu zrobi. No i w sumie zrobił. Nawet kilka rzeczy. Gdy usłyszałam spuszczanie wody, a zaraz po tym znajomy pisk, zamarłam w radosnym oczekiwaniu. I wtedy Tomasz, manewrując zaworkiem……………………………….

…………………………. wypiszczał hymn polskiej reprezentacji w piłce nożnej.

Można?

Jak mniemam, jego zamaszysty i zdecydowany krok powodowały inne czynniki, niż chęć naprawy rury.

Jak to miło, że chociaż jego nie opuszcza poczucie humoru.

>>>>>>

Jako, że nieszczęścia chodzą szóstkami, ostatni długi weekend przechorowałam. Miałam katar, kaszel, nocne drgawki i najprawdziwszą gorączkę, która w momencie krytycznym dotarła do 38, 2! Najpierw nie dowierzałam własnym oczom, więc zebrała się rodzina i każdy osobiście sprawdził. Połączeni w bólu milczeliśmy przez chwilę, a potem kazano mi zostać w łóżku i Absolutnie Nic Nie Robić, co ich samych szczerze przeraziło, już w chwili wypowiadania tych słów. Gdy uświadomili sobie, że ja mogę nagle Nic Nie Robić. Miny mieli jak by zbliżał się Armagedon. Ja natomiast próbowałam oswoić się z nowym stanem, bo po 20 latach już zapomniałam jak to jest mieć gorączkę. Przypomniałam sobie wszystkie dyskusje na waszych blogach, o przeziębieniach i zbijaniu temperatury. Czułam się wtedy taka niepotrzebna i nie w temacie. A teraz – patrzcie na mnie! Nareszcie mogłabym podłączyć się do komentarzy. Niestety, równocześnie bardzo szybko przypomniałam sobie, dlaczego szczerze nienawidziłam tego stanu. Bolały mnie nawet te części ciała, o których istnieniu nie wiedziałam. Smarkałam i kichałam niczym rasowa wyrzutnia rakiet. Podczas jednej z takich akcji poczułam się jak cyborg: moje kichnięcie zakończyło spektakularne brzęknięcie o podłogę. ŁAŁ, myślę sobie, ciskam metalową amunicją! Przez moment pławiłam się w blasku chwały i samouwielbienia, w myślach przyznając sobie dziesięć lajków. Dźwięk chyba jednak nieco mnie przeraził, i po namyśle postanowiłam przyjrzeć się smarkowi. Okazało się, że żaden ze mnie cyborg. Wysmarkałam po prostu kolczyk z nosa. Niby tylko na szerokość stołu, ale i tak ŁAŁ.

>>>>>>>>>

Tamaluga zaliczyła pierwsze świadome Halloween, z Oliwią, przyjaciółką Oliwii Alą i siedmioletnią siostrą Ali. Nie miała kostiumu, bo do ostatniej chwili nie wiedzieliśmy, że gdzieś pójdzie. Ale od czego są kreatywni rodzice: ja namalowałam jej pajęczynkę na policzku, Tomek przytargał z piwnicy kapelusz wiedźmy, a do kurteczki przykleił plastykowe pajączki. Przed wyjściem naświetliłam jej sprawę i pouczyłam, co ma mówić naruszając mir obcych ludzi. Była bardzo podekscytowana, chociaż nie do końca rozumiała, co to jest psikus i po co jej psikus zamiast cukierka, bo jednak chyba woli cukierka. Bawiła się świetnie, potem też, w domu Ali, z którego odebrał ją Tomek, bo było już po 21. Wróciła z ogromną torbą słodyczy i oddała mi ją twierdząc, że cukierki są niezdrowe. NIEZDROWE! MOJA CÓRECZKA! Byłam z niej dumna, strasznie dumna, i chyba pękłabym z tej dumy, gdyby nie Tomasz:

„Dobrze, że po nią pojechałem. Zjadła tyle cukierków, że robiła się już zielona”.

ROZWIĄZANIE KONKURSU

Kochani!

Bardzo dziękuję za wasze propozycje. Wszystkie były tak dobre, że nie mogłam się zdecydować, a zwycięzca mógł być jeden. Na szczęście akurat wrócił z pracy doktor zrehabilitowany, profesor nauk wszelakich i ekspert od czegokolwiek. Niezależnym, choć mocno zmęczonym już okiem dokonał rzutu na ekran. I zagłosował. Głos jego uznałam za niezależny, gdyż wasze nicki nie były widoczne. W ten oto sposób wyłonił zwycięski słowotwór, który i mnie rozwalił na łopatki.

Niniejszym ogłaszam, że wygrało:

Ostrzeżony – ulubiony nóż małżonki.😂😂😂👍 GRATULUJĘ!

W związku z tym, że po raz drugi z rzędu wygrała Makbetka,

mogę dodać tylko jedno (końcówka idealnie oddaje sytuację):