Dialogi bez sensu i wulgaryzmów

Snajper: Wyspałaś się?

Ja: A, dziękuję, dziękuję.

Snajper: No, jak to się wyspałaś?! Przy takiej imprezie za ścianą?!

Ja: Hmm.

Snajper: No, przecież skończyli chyba o 4 nad ranem!

Ja: Hmm.

Snajper: Nie słyszałaś?!

I to jest właśnie ten moment, gdy człowiek czuje się winny imprezy za ścianą, z którą nie miał nic wspólnego. Poza ścianą.

– Hmm – mówię po raz trzeci, ciesząc się z uniwersalnych zwrotów wielokrotnego użytku.

Snajper: Matka chyba wyjechała, a gówniara rządzi. Ojca też nie widać, może siedzi?

Ja: Gdzie siedzi?

Snajper: Jak to gdzie? W więzieniu! Przecież oni kuratora sądowego mają…

Ja: Aha.

Snajper: Patologia rozwija się tam, gdzie ludzie nie czytają książek. A oni na pewno nie czytają…

Ja: Tak. Są zupełnie niepoczytalni.

Snajper chce coś powiedzieć, ale tylko patrzy na mnie jakoś tak inaczej, jak na niepoczytalną. A czytającą przecież.

 

Zainspirowana pewnym wpisem na pewnym blogu „zwykłego taty”, świeżo po lekturze tegoż wpisu „Kobieta musi znać swoje miejsce” (w życiu partnera) postanawiam na gorąco rozwiać wątpliwości. Idę do Tomasza, gmerającego w lodówce.

– Tomaszu, gdzie ja jestem u ciebie? – pytam.

Tomasz reaguje tak, jak zareagowałby każdy typowy facet. Udaje, mianowicie, że pytania nie słyszał, jednocześnie, chcąc zyskać na czasie wpakowuje sobie do otworu gębowego spory kawał ciasta, które kiedyś frywolnie nazywałam Murzynkiem, ale już dzisiaj mi nie wolno. Więc jest to, poprawne politycznie Brownie.

Tomasz przeżuwa i milczy. Jak większość mężczyzn żyjących z kobietą, obawia się, że pytanie, na pierwszy rzut ucha pozbawione sensu, może przecież być pytaniem podchwytliwym.

Powtarzam więc, niezrażona:

– No, więc, gdzie ja jestem?

– W kuchni?

W jego oczach widzę lekki niepokój. Niepokój o mój stan psychiczny i co z nim zrobić, gdyby się okazało, że jednak mam coś z garem. To znaczy głębiej niż zazwyczaj.

– Nie o to chodzi – mówię. – Jakie miejsce zajmuję. W twojej hierarchii.

– Hierarchii czego?

– Hierarchii Czegokolwiek.

Tomasz odkłada ciasto i widzę, że zachodzą w nim procesy myślowe.

– Wykluczamy Tamalugę?

– Wykluczamy.

– A – mówi z wyraźną ulgą. – To proste pytanie: jesteś na pierwszym miejscu. Czegokolwiek.

 

Tamaluga pokochała tramwaje miłością bezgraniczną. Przy każdym wyjściu, pyta „tawaju? tawaju?” Tramwaj wygrywa nie tylko ze spacerem, ale nawet z autem. W tramwaju przecież tyle się dzieje, Tamaluga jest panią sytuacji, zmieniając miejsce kiedy chce i dzielnie dzierżąc bilety. Niestety, zdarzają się też rzeczy na które nie mamy wpływu.

No, bo jesteśmy całkiem przeciętną rodziną. Staramy się nie używać wulgaryzmów przy dziecku, a gdy nam się już (z niemłodej piersi) wyrwie to zastygamy w bezruchu bacznie obserwując małą. Ona, oczywiście bawi się dalej niezrażona, i wydawałoby się, głucha na nowe chwytliwe słówka. Co z tego, skoro we wspomnianym wyżej tramwaju, słyszy ich całe mnóstwo?

Piątek. Myję zęby w łazience i słyszę z pokoju Tamalugi monolog nad książeczką:

– To koń. Tiak, końńń. Nie! To nie koń, to ziebla. Ziebla? Nieee. To końńń! (kilka sekund ciszy) Nie! To nie końńń, kufa mać! NIE KOŃŃŃ!

– Najpierw niemal krztuszę się pastą. Po chwili parskam śmiechem i zapluwam lustro.

Problem pozostaje nierozwiązany.

Przypominam sobie dzieciństwo dziewczyn starszych. Myślę o  Oliwii, moim światełku nadziei, dziecku, które w życiu nie przeklęło. Myślę o Wiktorii, która w wieku Tamalugi będąc, też powiedziała słowo na „K” i o tym co wtedy zrobiłam. Oczywiście postąpiłam całkowicie wbrew podręcznikowym zakazom jakiejkolwiek reakcji. Ja zareagowałam od razu, mówiąc, że to brzydkie słowo, że nie powinna tak mówić, bo jest grzeczną dziewczynką. Nigdy więcej nie usłyszałam od niej tego słowa. No, w każdym razie nie przez kolejne 15 lat. To samo zastosowałam z Tamalugą. Zobaczymy… Zresztą z Tamalugą sytuacja jest poważniejsza, bo co jeśli ktoś ją usłyszy i doniesie? Tamaluga może stanąć przed sądem tak, jak pan Michałowski za wulgaryzm w internecie. Trudne czasy nastały, w których wolność słowa nabrała innego znaczenia. My blogerzy też musimy mieć się na baczności. Osobiście rozważam zastąpienie moich prywatnych wulgaryzmów zgrabnymi synonimami. Wyglądałoby to, mniej więcej tak:

„Facet wpier… bezprawnie zajął moje miejsce w kolejce. Myślę: co jest, ku… pani lekkich obyczajów, i ruszam na faceta. Mówię: Ty, gościu, masz najeb… zwichrowany umysł? Przecież ja tu, ku… niewiasta kupcząca ciałem, stałam pierwsza! Spier… oddal się, proszę pospiesznie, bo ci ku… prostytutka, zaj… wymierzę uderzenie w policzek!”

Prawda, że piknie?

Dawno nie dołączałam muzyki, więc czynię to teraz – piosenki bardzo adekwatne do tematu. Tematu faków, a tu w wersji nie cenzurowanej. Kocham obie. Kto wysłucha obu – wielkie dzięki.

https://www.youtube.com/watch?v=ptcX5L8chVc

https://www.youtube.com/watch?v=YNDVipmJfz8

 

Reklamy

MISS(ECZKA) DECYZJI

Ostatnio natrafiłam na jakieś tam starsze magazyny i przy okazji na moje felietony. Skoro mam już kilka gotowców to zapewne nie raz was jakimś uraczę. Dzisiaj wrzucam jeden z nich. Potraktujcie go z przymrużeniem oka.

 

Szyld Kliniki Chirurgii Plastycznej świecił niczym choinka w Boże Narodzenie. Stałam przed wejściem paląc papierosa i odwróciłam się, żeby go nie widzieć. Nie pomogło: na przeciwko była apteka, cała oszklona. Jarmarczny napis odbijał się w całości. W końcu musiałam wejść, chociażby z powodu ochroniarza, który od jakiegoś czasu przypatrywał mi się uważnie. „Raz kozie śmierć” pomyślałam i ruszyłam na poszukiwanie rzeźnika. Rzeźnikiem okazał się brodaty jegomość, wyglądający – adekwatnie do choinkowego szyldu – jak święty Mikołaj. Jeśli miał być żywą reklamą chirurgii plastycznej to nic dziwnego, że na korytarzu pusto. Mikołaj, według informacji na drzwiach i plakietki, nazywał się doktor Jan. Przez dłuższą chwilę przyglądał się mojej twarzy, najpewniej oceniając co chcę w niej zmienić. Widocznie nic nie znalazł (co przyjęłam z ulgą), bo pytająco uniósł krzaczastą brew. „Panie doktorze, chciałabym odsysnąć tam i wsysnąć tuuu” – szepnęłam tajemniczo, przesuwając palcem od brzucha do biustu. Z palcem wciąż wetkniętym w pierś i ustami zastygłymi w niemym „uuu”, zamarłam w pozie oczekiwania. Oczekiwania na zrozumienie, rzecz jasna. Ale… nie zrozumiał. Co więcej, patrzył na mnie jak na kosmitkę.  „Chodzi mi o…” – nie poddawałam się, i tu skupiłam całą uwagę na wypowiedzi zbliżonej do terminologii medycznej – „zabieg odessania tkanki tłuszczowej z plastyką brzucha”. Przybrałam bardzo mądrą, według mnie, minę za wszelką cenę starając się zatrzeć pierwsze wrażenie kretynki. Nie wiem w jakim stopniu i czy w ogóle moje słowa brzmiały „medycznie”, ale nic innego do głowy mi nie przyszło. Jedyne co pamiętałam z łaciny to „Alea iacta est”, co raczej nijak się miało do problemu z jakim przyszłam, a wręcz odwrotnie!  Ale ponieważ nikt jeszcze mną nie rzucił, zachęcona tym faktem brnęłam dalej:  „Staram się żyć ekologicznie i szczerze popieram recykling… Uważam więc, że tłuszcz z brzucha powinien narodzić się na nowo w moim biuście! Śmiem twierdzić, że wystarczy go nawet na miseczkę D”. Zrozumiałam, trochę po czasie, że się zapędziłam… I z porównaniem zabiegu do ochrony środowiska, i z miseczką D. Teraz w oczach Mikołaja – doktora – Jana byłam oficjalnie kretynką. Kosmiczną. Życie. Pan doktor nie dał jednak poznać po sobie jak bardzo go zawiodłam. Kiedy otrząsnął się z pierwszego szoku, poprosił grzecznie bym usiadła. „Owszem, wykonujemy tutaj operacje fat-graftingu. Jest to metoda bezpieczniejsza od silikonu i najmniej inwazyjna. Wykonuje się ją przy znieczuleniu miejscowym i polega na pobraniu od pacjenta tłuszczu, wymieszaniu go z innymi materiałami z komórek ciała, wtłaczając komórki macierzyste. Następnie wstrzykuje się gotową substancję w miejsce wymagające korekty. Oczywiście mogą też wystąpić efekty uboczne…”

Wyszłam od Mikołaja Janka słaniając się na nogach. Dolegały mi wszystkie efekty uboczne. Osłabiała wizja zabiegu. Doskwierał dylemat moralny. Dowlekłam się na przystanek i jakimś cudem wsiadłam do autobusu. Nieco uspokojona rozpięłam kurtkę i dokonałam szybkiej lustracji jej wnętrza…

Wysiadałam z autobusu z silnym postanowieniem zadbania o figurę, w sposób nie mający nic wspólnego z chirurgią plastyczną.

 

Wrzucam ten tekst właśnie dzisiaj, bo kojarzy mi się ze starzeniem się, pardon: z dojrzewaniem. Tak, dzisiaj staję się znowu o rok starsza. Na szczęście duchem jestem ciągle młoda, a o wieku przypomina mi tylko kilka rzeczy: między innymi poprzeczna zmarszczka na czole, którą z niezrozumiałych powodów widzę w lustrze jako pierwszą.

Z okazji własnych urodzin życzę wam kochani samych sukcesów, dużo zdrowia i wytrwałości w dążeniach do celu. Jakkolwiek durny by on nie był! 😀

Macierzyństwo

Dzisiaj będzie na poważnie. O macierzyństwie. Bo tak. Bo pewien aspekt wkurza mnie straszliwie, i tak, wiem, że już kiedyś o tym pisałam, ale wciąż natrafiam na różne „kfiatki”, więc muszę znowu podjąć ten temat.

Dlaczego my (My Polacy? My Ludzie?) wykazujemy taką tendencję do popadania w skrajności? Ja wiem, ja znam te przesłodzone blogi psycho-matek i rozumiem, że mogą wkurzać. Sama często się z tego śmieję. Ale żeby od razu w drugą stronę?

Ostatnio z ciekawości weszłam sobie na kilka blogów z tych najbardziej polecanych, najpopularniejszych, czy innych naj. Jedna właśnie urodziła, inne w ciąży. Wszystkie wykazywały się antymacierzyńską postawą, bo to teraz cool i trendy. Jednocześnie w ich mniemaniu były matkami roku.

Nie wiem już która, co pisała, więc polecę ogólnie.

Zaczęło się dosyć niewinnie, bo od zjechania celebrytek, które to ciążę znosiły cudownie i wspaniale, bo wszak z innej gliny ulepione. No, wiem. Też mnie to wkurza, zresztą fajnie podjęła ten temat DrogaNieNaSkróty:  https://droganienaskroty.wordpress.com/2018/08/08/celebrytki-negatywnie-o-ciazy/

Potem pancie blogerki opisały swoje ciąże jako hardcore, rzyganie, umieranie i w ogóle droga przez mękę. No, OK. Zgodzę się, że nie jest to „letki kawałek bułki z masłem”, no ale żeby aż tak?

Pancie zaczynały rozkręcać się coraz bardziej, przyznając, że:

Nie mówiły do brzucha, nie głaskały się po nim.

Nie myślały o dziecku, nie zastanawiały się nad płcią (!)

zdjęcie USG i wiadomość o płci nie zrobiły na nich wrażenia (!)

Na koniec zadały pytanie: Czy to normalne?

I 65009867 komentatorek przyznało, że tak, że jak najbardziej, że one też…

Jedna napisała, że tuż po porodzie wróciła do pracy. Nie dlatego, że musiała, ale dlatego, że chciała, że dziecko nie będzie jej ograniczać, że kariera, że to, że tamto, że to przecież kobieta spełniona jest i kobieta sukcesu… I że chce udowodnić, że dziecko nie wyklucza kariery. Komu chce udowodnić – nie wiadomo. Chyba samej sobie, bo innych gówno to obchodzi. A jeśli samej sobie, to co właściwie udowodniła? I po co jej dziecko?

Moje zdanie jest takie: Dziecko nie wyklucza pracy, zwłaszcza jeśli mama musi zarabiać na jego utrzymanie. Dziecko nie wyklucza hobby, które przecież można zaszczepić i w dziecku. Dziecko nie wyklucza wychodzenia z domu, bo wychodzić można z dzieckiem, a w sporadycznych przypadkach zostawić je pod opieką i wyjść, żeby się odstresować, jeśli czujemy, że musimy się odstresować. Ale!

Dziecko wyklucza karierę. Albo dziecko, albo kariera. Koniec i kropka. Dziecko wyklucza imprezy – sorry, coś się skończyło i jeśli świadomie decydujemy się na macierzyństwo, to musimy zdać sobie z tego sprawę. Dziecko nie jest gadżetem, odznaką, dodatkową sprawnością. Nie można na chwilę przestać być mamą, mama jest się cały czas, na pełen etat, 24 g na dobę. Kto tego nie rozumie to nie dorósł do tej wyjątkowej roli.

Jeśli spodziewając się dziecka myślisz, jakoś to będzie, przecież nic się nie zmieni to jesteś w błędzie. Zmieni się wszystko. Do rodziny dołącza nowy człowiek. Człowiek, który czuje i myśli. Jeśli nie masz dla niego czasu, jeśli nie chce ci się wychowywać go i kształtować na szczęśliwego i spełnionego człowieka, to kup sobie psa. Nie, nie psa, bo psem trzeba się opiekować. Kup sobie kota, który świetnie zajmie się sam sobą i nie potrzebuje zbyt wiele uwagi, chociaż może w tej chwili krzywdzę też koty. W każdym razie nie kupuj dziecka, bo inwestycja się nie zwróci.

Odpowiadając na retoryczne, poniekąd pytanie obu pańć:  NIE, TO NIE JEST NORMALNE. Jeśli ciąża, poród, a w końcu wychowywanie dziecka nie robi na tobie wrażenia, to wcale nie jest cool i trendy. Jeśli udajesz, to przestań. Jeśli naprawdę tak czujesz, to szkoda. Nie ciebie, tylko dziecka.

 

Pozostając w temacie.

 

– Tomek, słyszałeś o kobietach z ruchu „Antydziecko” , „Bezdzietne.pl” czy coś takiego?

– Co? Jak to?!

– No. Takie panie, co nie mają dzieci…

– Ale nie chcą, czy nie mogą?

– Nie chcą.

– Jak można nie chcieć dzieci?

– Można. My tego nie rozumiemy, ale można.

– I co, i one się zrzeszyły?

– Tak. Nie chcą dzieci, to wzięły i się zrzeszyły.

– Ale, że do rządu chcą wejść?

– Nie, chociaż nie zdziwiłabym się.

– To gdzie się zrzeszyły?

– Na razie w Internecie. Potem się zobaczy.

– A walczą o coś?

– Tak. O restauracje z zakazem wstępu dla dzieci. O wolną przestrzeń. Występują przeciwko dyskryminacji.

– Jakiej dyskryminacji?

– No, narzucania, wymuszania macierzyństwa. Na nich. A one, biedne, nie lubią przecież dzieci i nie chcą.

– Jezus Maria. Wypada się tylko cieszyć, że ich nie mają.

 

Żeby była jasność w temacie Marioli: nie twierdzę, że każda kobieta powinna mieć dziecko. Boże, broń! Niektóre się nie nadają, zdają sobie z tego sprawę i OK. Ale nie robią z tego halo, nie pchają się do telewizji.

Gdy posłuchałam argumentów tych pań zrzeszonych, to długo szukałam półki po podłodze.

Wypowiedź jednej z nich: Ja to dzieci nigdy nie lubiłam. Już w podstawówce mówiłam mamie, że nie chcę mieć dzieci. Nic się nie zmieniło. Teraz gdy córka mojej koleżanki zachęca mnie do zabawy, to ja tam z nią tymi kucykami trochę się pobawię, ale szybko mi się nudzi! Straszne te kucyki i lalki…

Wysoki poziom, „mondre argumęta”.

Powtórzę za Tomkiem: Jezus Maria. Wypada się tylko cieszyć, że ich nie mają.

Epilog:

Prowadzenie bloga sprawiło, że poznałam wielu fajnych i wartościowych ludzi. Dzięki blogowi też, po raz pierwszy, tak naprawdę zetknęłam się z problemem bezpłodności. W ciągu tych dwóch lat, dowiedziałam się o tym więcej, niż przez całe dotychczasowe życie. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak poważny jest to problem i jak wielu ludzi dotyka. Nie dotyczył mnie osobiście, więc nie interesowałam się tym, nie rozumiałam. Teraz rozumiem. Teraz o tym myślę. Teraz zgłębiam temat. Poznałam waleczne kobiety. Niektóre, po wielu latach walki zaszły w ciążę, inne już cieszą się macierzyństwem, bardziej lub mniej biologicznym, nieważne. Są szczęśliwymi mamami i tylko to się liczy. Dzięki wam, dziewczyny, jeszcze bardziej (o ile to możliwe) doceniam macierzyństwo. I mocno trzymam za was kciuki. I za wasze skarby.

Dlatego tym bardziej szlag mnie trafia pisząc to wszystko, co napisałam dzisiaj.  A wpis swój dedykuję, między innymi:

http://www.naszmalyswiatek.pl/

https://takietamstozki.wordpress.com/

https://droganienaskroty.wordpress.com/

https://odzyskacmarzenia.blogspot.com/

Konspiracyjna donosicielka, czyli mierz prądy na zamiary

Na początku śpieszę donieść, że wyjaśniło się z tatuażem kolorowego sąsiada. Chociaż właściwie gówno się wyjaśniło, bo zapytany co przedstawia – przyznał, że nie do końca pamięta. W każdym razie wyjaśniło się tyle, że nie jest to ani twarz Jezusa, ani Gandalfa, ani nawet żony sąsiada, Edyty.

 

Nasza listonoszka jest niemożliwa. Dziesięcioletnie roznoszenie poczty w naszej okolicy dało jej prawo mówienia do mnie na „ty” (z czego ostatecznie nie robię problemu) a w końcu do naciskania na klamkę mojego mieszkania (z czego już problem robię). Zawsze wygląda to tak, że najpierw dzwoni domofonem, potem wali do drzwi (tak: wali, nie puka. Napierdala z całych sił, ignorując nalepkę „Uwaga dziecko”.) Po czym, nie dając mi nawet uspokoić nerwów, nie mówiąc o dojściu do drzwi – naciska klamkę i wkłada łeb do mieszkania. Włożywszy łeb do mieszkania woła mnie po imieniu, co mnie dobija. Poza tym ubzdurała sobie, że moja rodzina ma coś na sumieniu i unika korespondencji. Mówi na przykład: „mam polecony!” w taki sposób jak by to było wezwanie do sądu w charakterze podejrzanej, konspiracyjnym szeptem, który słyszy cały blok.

Dzisiaj nie zawracała sobie głowy dzwonkiem – od razu zaczęła napieprzankę w drzwi, co prawie zwaliło Tamalugę z nocnika, a ja wsadziłam sobie mascarę do oka. Byłam pewna, że to oddział antyterrorystyczny i usiłowałam przypomnieć sobie niezapłacone mandaty. Od kiedy zaczęłam zamykać drzwi – już nie szarpie klamką. Otwieram, a ona stoi w szpiegowskiej pozycji „do zbierania ryżu” połączonej z „grzybobraniem” i „przyczajonym tygrysem”. No i zaczyna się konspiracyjny szept, który wkurza mnie tym bardziej, że za jej plecami stoi wścibska sąsiadka z drugiego podwórka.

– Mam list z U-rzę-du Skar-bo-we-go. Jest napisane „U.S.”. Chce pani odebrać, bo ja bym się bała…”

Czego mógłby chcieć ode mnie Urząd Skarbowy? Zerkam na kopertę. Jezu. Ta kobieta mnie wykończy.

– To nie Urząd Skarbowy, tylko Uniwersytet. Do Wiktorii, która właśnie zaczyna studia”.

– O – mówi wyraźnie zawiedziona. – A co będzie studiować?

„Gówno”, mam ochotę powiedzieć, ale trochę mi jej szkoda. Zdecydowanie powinna zacząć brać jakieś prochy. Albo zdecydowanie odstawić, trudno wyczuć.

 

Zerkam w głąb pokoju – Tamaluga siedzi na kanapie. Muszę zejść na chwilę do piwnicy, więc mówię:

– Mamusia zaraz wróci, dobrze?

– Tiak, tiak, papa.

Hmmm.

– Tamaluga, mamusia wychodzi, ale zaraz wróci, tak?

– Tiak. PA PA.

Siedzi ze spuszczonym wzrokiem. Z mojego punktu obserwacyjnego widzę tylko górną połowę Tamalugi, tak, mniej więcej do łokci. Resztę zasłania stół.

– To mama idzie, tak?

Cisza.

I to jest ten moment, kiedy większość rodziców zaczyna odczuwać lekki niepokój. Odczuwam i ja.

– Masz coś do zabawy? – pytam.

– Mhm, tiak, tiak.

– Włączyć ci bajkę?

– Nie.

– Nie?

– Nie. PA PA!

(???!!!) I to jest ten moment, kiedy większość rodziców zaczyna wpadać w panikę. Wpadam i ja.

Podchodzę do Tamalugi, która nie jest tym faktem zachwycona. Na jej kolanach leży miernik natężenia prądu i spoko, ok., wiem, że Tomek pozwolił. Ma pokrętła i przyciski (miernik, nie Tomek) więc Tamaluga stanowi idealną grupę docelową. Tyle, że z kręcenia i wciskania nic nie wynikało, więc w międzyczasie rozkręciła słuchawki, dorwała dwa różne kable zasilające i bezbłędnie podłączyła je do miernika, to znaczy mały kabelek w mały otworek. Pochłonęło to ją bez reszty, ale już wzrokiem uciekała do gniazdka w przedłużaczu, czyli miała konkretny plan. Można przypuszczać, że wtargnęłam w ostatniej chwili.

Pamiętacie piosenkę „Panie Janie, Panie Janie, rano wstań, rano wstań, wszystkie dzwony biją, wszystkie dzwony biją, bim bam bom, bim bam bom”?

Tak wygląda w wersji Tamalugi:

 

 

Koniec ataku owocówek. Początek ataku Snajpera

Ja to jakiś zryty łeb mam, no naprawdę. Wzruszyłam się losem tych cholernych owocówek. Wzruszyłam się, bo powlatywały do pułapki. Zresztą przeze mnie zastawionej. No, bo na coś wreszcie przydała się ta idiotyczna telewizja śniadaniowa i jej mądrości. Tym razem nie było ekspertki od wywieszania prania, tylko ekspertka od uśmiercania owocówek. Ciekawe na jakim wydziale kończyła swoją eksperckość. Anyway, jak mawia Solidarne Zrzeszenie Polonii Bawarskiej – potrzebne są cztery przedmioty: miseczka, owoc, folia i patyk. Owoc umieszczamy w miseczce, nie na odwrót (polecam go pierwej zmiędlić, wycisnąć feromony), naciągamy folię, a potem robimy kilka dziurek patykiem (może być wykałaczka, ale lepszy taki grubszy, do szaszłyków). Tadaam! Pułapka gotowa. I działa. One dają się nabrać i tam włażą, te owocówki i później, gdy się już orientują (albo nie), że to pułapka to wyjść próbują, ale nie potrafią… I to jest najsmutniejszy aspekt całego przedsięwzięcia, który paradoksalnie jest też jego celem. Stoję i ryczę nad miską uwięzionych owocówek i wmawiam sobie, że tak trzeba, że już żyć nie dawały. Tomek pociesza, że umrą szczęśliwe i same taki koniec by wybrały. No nie wiem.

Tymczasem ja wpadłam w pułapkę uzależnienia. Zerknęłabym w neta i sprawdziła czy istnieją jakieś odwyki od słonecznika, gdybym mogła się od niego oderwać. Ja mam swój własny, przymusowy, roczny, posezonowy odwyk. Wystarczy jednak, że znowu pojawią się na straganach, a ja już czuję charakterystyczne objawy. Niby odchodzę kilka kroków, ale wzrok do nich ucieka, zaczynam się ślinić, a na gębę wyłazi uśmiech obłąkańca. Próbuję walczyć do końca, próbuję powiedzieć Pańci Kramarce, że „nie, nie, dziękuję”, ale głos mi chrypnie i bąkam coś niewyraźnie.

A babsko do celu, po trupach.

– Pani weźmie, widzi jakie ładne?

Pani widzi. Niestety.

– No, pani weźmie…

Nosz ku*wa, co za babsko! Jakie pazerne na cztery, pięćdziesiąt!

Zresztą ja mam swoją teorię. Spiskową. Ona jest podstawiona. One wszystkie, te Pańcie Kramarki są podstawione. Przez moich wrogów.

 

No i kładę go w kuchni na stole i patrzę. Bo najgorzej, gdy się już zacznie. Ćwiczę silną wolę. I jak na złość zawsze jednego ziarenka brakuje, żeby ułatwić mi początek dłubania.

Stoję i dłubię, siedzę i dłubię, dłubię, dłubię… Siku mi się chce tak, że już nie mogę wytrzymać. Dłubię dalej. W chwili przytomności umysłu nakrywam słonecznik ogromną michą. Nie widzę go i jest mi lżej. Śmiało idę siku. Po jakimś czasie rozluźniam się i nawet coś tam sobie nucę. Oczywiście zakryłam go nie przed sobą, tylko przed owocówkami. Syndrom wyparcia.

Żeby chociaż spustoszenie jakie czyni w mej urodzie, było widoczne od razu… Ale, nie! Mam lakier na paznokciach (pazgnociach, jak mówiła mała Wika). Dopiero, gdy go zmywam jęczę ze zgrozą. Wszystko widać; czarne na białym. Dosłownie.

 

Moja mama przyleciała i odleciała. Zawsze potem nie mogę się pozbierać. Martwiłam się też, co powiem Tamaludze, gdy zapyta o „baciam”. Pozytyw jest taki, że baciam zakochała się w Tamaludze i w końcu zainstalowała Skype’a. Zaraz po powrocie. Przedwczoraj miała więc okazję zobaczyć Tamalugę, a Tamaluga miała okazję zobaczyć baciam. Tamaluga kładąc się na klawiaturze całowała baciam w ekran. Baciam pokazała do kamery trzy pary małych bucików (niesiona falą emocji, nabyła je tuż po wylądowaniu).

Godzinę później:

– Tamaluga, idziemy, przynieś buciki.

– Buti?

– Tak.

– Nie, nie. Baciam ma buti Tami, baciam ma buti.

Cholera.

– Tamaluga, a jak baciam da ci buti?

– No tiu, oh-no, baciam oh-no, ciekam.

W kamerce widać było baciam na tle okna, więc Tamaluga wykombinowała sobie, że baciam jest za naszym oknem. No przecież to logiczne, skąd głupol ma wiedzieć, że baciam mieszka na innym kontynencie. Dla niej świat kończy się na kilku dzielnicach. Trzymałam się dzielnie, żeby się nie poryczeć.

 

Nasza ulubiona sąsiadka, zwana dalej Snajperem (https://tamaluga.wordpress.com/2017/09/24/jak-utrzymac-poziom-w-pionie/) przypuszcza ataki lądowe. Już wcześniej przypuszczała, ale ostatnio to wymyka się spod kontroli. Normalnie zaczepia ludzi stojących spokojnie pod blokiem. Może po prostu jej okno jest już tak brudne, że niewiele przez nie widzi. Zwłaszcza, że mieszka na ostatnim piętrze, no to już w ogóle. Kontakty towarzyskie w zaawansowanym zaniku. Pomyślałam, może czuje się samotna? Mieszka sama, zamiast trzech kotów ma jednego psa i według moich obliczeń jest po siedemdziesiątce. Snajper, nie pies. Fakt ten mocno mnie zdziwił, bo ona wcale na swój wiek nie wygląda. Tajemnica wyjaśniła się kilka dni temu – Tomasz mnie oświecił. W zeszłym roku opiekował się jej psem, bo Snajper miała operację. Ja durna myślałam, że starsi ludzie to miewają tylko operacje, że tak powiem, zdrowotne. A tu okazuje się, że Snajper wyprasowała sobie czoło i teraz można po nim jeździć na łyżwach.

Snajper przypuściła na mnie atak wczoraj, wieczorem, przed blokiem. Ja, oczywiście, z wrodzonej dobroci serca nie potrafię tego przerwać, wymawiając się chociażby Tamalugą. Nie. Ja stoję do końca i słucham. I biorę czynny udział w dyskusji.

S: Mama doleciała szczęśliwie? Dzwoniła już?

Ja: Tak. Rozmawiałyśmy przez Skype’a.

S: O! To może dasz mi namiary i też sobie z nią porozmawiam?

Wyobraziłam sobie niepohamowaną radość mojej mamy, na wieść o tym.

Ja: Umie pani założyć Skype’a?

S: Ja mam już Skype’a. I Facebooka, i Whatsappa, i Gadu Gadu, i Myspace, i Messengera, i Twittera.

Ja pierdole. Z wyżej wymienionych mam tylko to pierwsze. O połowie nawet nie słyszałam. Moje pytanie o kontakty towarzyskie Snajpera, niejako rozpłynęło się w powietrzu.

 

 

JESTEM BOGIEM

Limitless, 2011

Dzisiaj podzielę się z wami filmem sprzed 7 lat. Ten prawie dwugodzinny obraz Neila Burgera jest specyficzną mieszanką tzw. kina z wyższej półki z kinem lekkim, łatwym i przyjemnym. Zabieg okazał się strzałem w dziesiątkę i myślę, że bez problemu trafi do każdego widza. Najogólniej rzecz wziąwszy i nazwawszy po imieniu – to film o narkotyku. Narkotyku nie byle jakim, ale przebijającym znacznie wszystkie znane dotąd używki. Wydaje się, że taki narkotyk nie został jeszcze odkryty, ale czy na pewno? NZT zna tylko kilka osób, a te doskonale wiedzą o jego niesamowitym działaniu.

Eddie Morra (w tej roli Bradley Cooper) jest pisarzem, którego opuściła i wena twórcza, i żona. Niekoniecznie w tej kolejności. Przestał wierzyć w siebie, zaczął wierzyć w alkohol. Dopiero przypadkowe spotkanie z byłym szwagrem – dealerem narkotyków – całkowicie odmienia jego życie. NZT bowiem, pozwala wykorzystać mózg w niemal 100 procentach. Poprawia szybkość, sprawność, inteligencję, wpływa nawet na wygląd fizyczny, jednym słowem pokonuje wszelkie ograniczenia. Eddie znowu może tworzyć – pisze książkę w jeden wieczór, ale nie poprzestaje na tym. Głupotą byłoby, przecież, niewykorzystanie całego potencjału, sięgnięcia głębiej, wyżej, dalej… Apetyt jak zwykle rośnie w miarę jedzenia i wiadomo jak to się zazwyczaj kończy. Odzyskanie ukochanej, przyjaciół i pracy to wciąż za mało. (Jak ta pazerna ździra – żona rybaka, w baśni o Złotej Rybce). Odurzony bohater chce więcej i wplątuje się w niebezpieczną grę z wpływowymi ludźmi (w roli „wpływowego człowieka” możemy podziwiać niegasnącą gwiazdę Roberta De Niro). Eddie Morra już wie, że narkotyk NZT jest wszystkim, czego potrzebuje, niestety dowiaduje się też o tym coraz więcej ludzi, a każdy z nich gotowy jest narazić życie żeby tylko go zdobyć. Narkotyk, nie Eddiego. Nic nie jest w stanie ich powstrzymać, nawet nieuniknione i przerażające skutki uboczne zażywania NZT. Eddie już ich doświadcza, jest też świadomy niebezpieczeństwa na jakie naraża bliskich. Wie, że powinien rzucić to świństwo w cholerę, i to jak najszybciej, bo już stoi nad przepaścią. Każdy, kogo dorwało w szpony jakiekolwiek uzależnienie wie, że wyrwanie się z tego nie jest proste. Co zrobi Eddie? Jednego jestem pewna – finał was zaskoczy.

„Jestem Bogiem” to film dosyć nietypowy, choćby ze względu na… brak morału. Główny bohater zamiast ponosić zasłużone konsekwencje, dziwnym trafem ciągle unika kary. Przyznacie, że to kiepska przestroga dla widza. Przy odrobinie wysiłku można jednak doszukać się innego przesłania. O, chociażby refleksji nad naszymi możliwościami, ograniczeniami i potęgą mózgu jako najważniejszego kontrolera emocji i zdolności.  Spotkałam się z opinią, że film jest poradnikiem dla narkomanów – zupełnie się z tym nie zgadzam. Po pierwsze: taki narkotyk (jeszcze) nie istnieje. Po drugie: bohater niczego nie doradza, bo sam tego nie ogarnia. Po trzecie: wspomniane już skutki uboczne…

Niewątpliwie, jednak, film warty uwagi, trzymający w napięciu i po prostu ciekawy. Reżyser fantastycznie ukazał zderzenia czasowe; właściwie całość jest jedną wielką retrospekcją człowieka stojącego na parapecie ostatniego piętra budynku.

Polecam z całą odpowiedzialnością, bez względu na skutki uboczne.

Niech Moc Będzie z Wami, gdy Odlecicie.

PONIEWAŻ CIĘ KOCHAM

„PARCE QUE JE T’AIME”

Rok 2007

 

Guillaume Musso…

…Oooo, pamiętam pierwszą książkę przez którą go polubiłam. Mało był wtedy znany, zresztą do dziś wielu o nim nie słyszało, chociaż jedna(?) z jego książek została sfilmowana. Zaintrygował mnie wtedy.  Gdy wlazłam na neta i go sobie wyguglałam to zobaczyłam, że ciachem jest poniekąd, w dodatku ciachem odpowiednim dla mnie wiekowo i zaintrygował mnie jeszcze bardziej.

Książki Musso nie są tak kontrowersyjne jak Kinga, ani tak psychodeliczne jak Koontza. W jego pisaniu jest coś delikatnego, łagodnego, co paradoksalnie potęguje odbiór mrocznej treści. Na tyle mocne, by się wciągnąć i zadrżeć, na tyle łagodne, że z czystym sumieniem podsuwałam je, 14 letniej wówczas, Oliwii.

Pewnie będę chciała przybliżyć wam jego wszystkie książki (wszystkie przeczytane), ale dzisiaj zaczynam trochę od środka. Głównie dlatego, że recenzję „Ponieważ” napisałam kilka lat wcześniej, więc mam gotowca. Wstyd przyznać, ale samą książkę słabo pamiętam. Jakkolwiek durnie to zabrzmi – właśnie przeczytałam swoją własną recenzję i na pewno znowu po nią sięgnę. 😀

A teraz rzucę nieco światła na treść…

Co, tak naprawdę kieruje naszym losem? Przeznaczenie? A może wszystko jest dziełem przypadku? Chyba każdy z nas chociaż raz doświadczył splotu niesamowitych okoliczności, które  być może bawet wpłynęły na całe życie.

Mark Hathaway  jest wziętym psychologiem, uwielbianym przez media. Zakochany z wzajemnością w żonie i córce, odnosi same sukcesy. Jest „dyżurnym psychologiem kraju”, pomagającym ludziom dźwignąć się po tragedii. To on pocieszał po „11 września” i innych atakach terrorystycznych. Pewnego dnia jego pięcioletnia córka znika bez śladu, a on z rozpaczy stacza się na dno. Już nie umie pomagać innym, bo nie potrafi pomóc samemu sobie.

Alyson Harrison jest dziedziczką fortuny ojca, ulubienicą tabloidów, które nie zostawiają suchej nitki na rozpieszczonej, uzależnionej od narkotyków dziewczynie. Alyson nie radzi sobie z presją i popełnia coraz więcej błędów. Skrywa też mroczny sekret, niepozwalający jej zasnąć.

Evie to zbuntowana nastolatka, szukająca zabójcy swojej matki. Zaślepiona żądzą zemsty, bez pieniędzy i znajomości przemierza ulice Nowego Jorku.

Tych ludzi, na pozór tak różnych od siebie łączy coś, a raczej ktoś – Doktor Connor McCoy, psychiatra słynący z eksperymentalnych terapii.  Bohaterowie pragną uwolnić się od swoich lęków i zacząć żyć normalnie. Tymczasem wokół nich zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Nagle, po pięciu latach od zaginięcia pojawia się córka Marka, Layla. Odnajduje się dokładnie w tym samym miejscu, w którym widziano ją po raz ostatni. Co przez ten czas działo się z dziewczynką? Czy Mark był jedynym, który nic nie wiedział o jej losie? Co wspólnego z całym zajściem ma Alyson? Jak umarła matka Evie? Czy kontrowersyjna metoda doktora Connora pomoże odpowiedzieć na te pytania, a bohaterom przyniesie upragniony spokój?

„Ponieważ cię kocham” to kolejny bestseller autora, którego książki czytam z zapartym tchem. Guillaume Musso jak zwykle mistrzowsko połączył dramat, thriller psychologiczny i kryminał. No i ten jego francuski urok… 😀

O mnie się nie martw, ja sobie radę dam. Ja kocham plażę, ty tatuaże, rampam pam pam pam pam

J ma nowy pomysł na biznes.

– O, a był jakiś stary?

– Biznes nie, tylko pomysł. Tym razem to może wypalić. Wycinka drzew. Ma już wszystkie potrzebne zgody…

– Mhm.

– No, więc…

– Więc co?

– Więc pyta czy w to wchodzisz.

– Nie. Po pierwsze: jestem przeciwna wszelkim wycinkom drzew. Jakichkolwiek i gdziekolwiek. Po drugie: nie widzę J w biznesie. Nie widzę J na wysokim stanowisku. Nie widzę J na jakimkolwiek stanowisku, Ku*wa! Ja nie widzę J w pracy!

Przy całej sympatii do J, nie widzę go też w związku, chociaż przecież takowe miewał.  J jest wiecznie młody duchem, a wraz z wiekiem jego ducha podąża wiek jego partnerek. Gdy miał lat dwadzieścia parę – umawiał się z 17 – 18 latkami. Teraz dobiega pięćdziesiątki, a jego nowa dziewczyna jest przed trzydziestką. Całe szczęście, że podniósł trochę pułap. Bo inaczej musiałabym na niego donieść. Przy całej sympatii, oczywiście.

Stoję przed blokiem, podjeżdża do mnie na rowerze wesoły i kolorowy sąsiad Remek. Wesoły po wypaleniu skręta, kolorowy z powodu tatuaży. Zresztą tylko po nich poznaję go z daleka, co uświadamia mi, że mój wzrok jest coraz słabszy. Remek zagaduje mnie radośnie i odjeżdża, a ja dostrzegam, że i z tyłu ma tatuaż – twarz na prawej łydce. Twarz jest poniekąd mi znana, nie wiem tylko do kogo należy. Waham się pomiędzy Jezusem, Gandalfem, a żoną Remka, Edytą.

Nie wiem, czy jest to wynikiem kiepskiego rysunku, czy może, wspomnianego wyżej kiepskiego wzroku. Stawiałabym na to pierwsze.

Właściwie to taki niewyraźny tatuaż ma swoje dobre strony. Po małżeńskiej kłótni może powiedzieć „Ależ, kochanie, spójrz na moją prawą łydkę – przecież to ty… Co? Jaki Jezus? Edyta! Ty już więcej nie pij!”

Osobiście nie mam nic do tatuaży, pod warunkiem, że są na cudzym ciele. Nie na moim.

Niedawno koleżanka zapytała mnie o radę, gdyż jej dwumiesięczny synek płacze podczas karmienia. Powiedziałam jej: „Usuń trupie czachy z cycków, albo przestań karmić piersią”.

Na koniec pragnę uspokoić, a tym samym doinformować pewne osoby, które wyrażają ubolewanie nad moim smutnym losem.

Do wszystkich, którzy ubolewają nad tym, że co roku jeżdżę nad morze, a nie w góry: Wiem, że to co teraz napiszę jest niewiarygodne, niesłychane i oburzające. Pewnie też narażę się kilku osobom tutaj, ale prawda jest taka, że ja niecierpię gór! Z wielu powodów. Po pierwsze mam to w genach – moja mama też gór nie znosi, tak jak i jej rodzice, którzy z gór spierniczyli nad morze. A przynajmniej możliwie jak najbliżej morza. Jestem im za to niezmiernie wdzięczna. Moje córki też. Po drugie: w górach mam uczucie klaustrofobii, nie są więc dla mnie symbolem wolności – wręcz przeciwnie. Symbolem wolności jest dla mnie morze. Po trzecie: moje problemy ze zwężoną przegrodą i zatokami sprawiają, że ja w górach mam problemy z oddychaniem.  Nie jakieś poważne, niemniej…  Po czwarte: według mnie wczasy w górach bez łażenia po górach, nie mają sensu. A ja łazić bardzo lubię, tyle że w poziomie.

Szczyt szczęścia mój i mojej mamy: siedzimy nad brzegiem morza, zajadamy słonecznik i gapimy się w fale.

Do wszystkich, którzy ubolewają nad tym, że ani razu nie trafiłam syna (a przecież do trzech razy sztuka): To, co teraz napiszę będzie jeszcze większym szokiem, ale je nigdy nie chciałam mieć syna. Całe życie marzyłam o 3 córkach i los okazał się dla mnie łaskawy. Oczywiście, że syna kochałabym tak samo, i oczywiście, że chłopcy bywają fantastyczni, ale… Co babskie, to babskie, wymarzone, sprawdzone, przetestowane.

Ubolewanie nad tym, że nie oglądam polskich seriali, nie znam polskich celebrytów i – o zgrozo – nie mam konta na fejsbuku, w ogóle pominę milczeniem.

A, byłabym zapomniała. Do Justynki, która ubolewa nad tym, że w moim wieku (już) nie umiem zrobić szpagatu, bo ona, Justynka jeszcze potrafi: Nie wiem jak to możliwe, ale brak owej umiejętności nie spędza mi w ostatnich latach snu z powiek. Co więcej, nawet nie pamiętałam, że istnieje taka umiejętność, dopóki ona, Justynka, nie przypomniała mi tego prezentując ową figurę gimnastyczną, z nieapetycznym poślizgiem, na jakiejś imprezie. No, brawo ona. Umiem za to śpiewać, rysować i całkiem nieźle pisać, co dla Justynki się nie liczy. Że zbyt odległe od szpagatu? Proszę bardzo: umiem zasadzić kopa w dupę z półobrotu. Co zresztą chętnie udowodnię jej następnym razem.

 

W domu bez klamek

Zmywarka zaczyna buntować się, ale tylko trochę. Trzeba przyznać, że pomimo 40 lat, wciąż nieźle się trzyma. Zmywania, oczywiście. To po prostu solidna firma, o dźwięcznej nazwie Olitoria, produkt całkowicie polski. Przynajmniej w ostatniej linii. Zmywarka narzeka na neverending story, rozgrywające się w zlewie, narzeka na odpryski na malinowym lakierze do paznokci, na pociachane nożami palce. Zmywarce przychodzi do głowy żeby rzucić to w diabły, nalać sobie wody z cytryną, a w stos naczyń w zlewie wetknąć chorągiewkę. Takie to myśli ją nachodzą, ale tylko czasami. Na przykład przed chwilą, gdy udała się do pomieszczenia zwanego dalej kuchnią, w celu zażycia tabletki. W zlewie znowu piętrzyły się naczynia. Zmywarka czasami myśli, że zlew je produkuje, bo jeśli nie, to ona, zmywarka na pewno traci zmysły. Mogłaby przecież przysiąc, że dopiero wszystko umyła. No i teraz, w tej kuchni, nawet nie spojrzała w kierunku zlewu. Udała, że go tam nie ma, po prostu i nucąc Steviego Wondera „You are the sunshine of my life” tanecznym krokiem opuściła kuchnię. Rzecz niesłychana, bo zmywarka nigdy nie zostawia brudnych naczyń do rana.

 

Wystroiłam Tamalugę w falbaniastą spódniczkę i stwierdziłam, że jedyne buty, jakimi dysponuje to wycięte trampki. Dotąd nie stanowiło to problemu, bo ubieranie ją w kieckę mija się z jakimkolwiek celem. Zakładamy jej więc to, co zazwyczaj zakłada się chłopcom udającym się na boisko pograć w piłkę. Jednak raz na jakiś czas, chcę żeby wyglądała jak grzeczna i czysta dziewczynka, zwłaszcza, że babcia mając taki jej obraz w głowie przywiozła kolejną partię sukienek i spódnic. Tamaluga nie ma nic przeciwko ładnym kieckom, okręca się przed każdym członkiem rodziny, domagając się potwierdzenia, że „wygląda nanie”, czyli fajnie/ładnie. Właściwie domaga się tego nawet prezentując się w piżamie.

W każdym razie, Tamaluga nie posiada odpowiedniego obuwia na odpowiednie wyjścia. Idąc tym tropem ustaliliśmy, że wyrosła też z kapci.

Swoje myśli i w końcu kroki skierowaliśmy ku najbliższej, niewielkiej galerii handlowej. W tramwaju było spoko, bo tramwajem, bez wózka Tamaluga jechała drugi raz w życiu. Była więc zachwycona i żywo komentowała wszystko, co działo się za oknem. Na miejscu obraliśmy jeden sklep i jeden cel – obuwniczy. Nie przewidywaliśmy większych problemów. Po przekroczeniu progu, Tamaluga puściła się biegiem, znikając za kolejnymi regałami. Biegłam za nią, po drodze chwytając jakieś buty na chybił trafił. Dorwaliśmy ją wreszcie i usadziliśmy na pupie. Wystarczyło, że schyliliśmy się w celu otwarcia kartonów i Tamaluga zniknęła. Szukaliśmy jej najpierw spokojnie, potem nerwowo, a w końcu – na czworaka. Zaglądałam pod każde siedzisko, starając się nie myśleć o otwartej torebce, którą porzuciłam na drugim końcu sklepu. „Mam ją!” krzyknął Tomek i ponownie usadziliśmy ją na pufie. Właściwie nie umiem tego do końca wytłumaczyć, ale za chwilę Tamaluga zniknęła znowu. Tym razem widzieliśmy za którym regałem znika i zrobiliśmy nagonkę po dwóch jego stronach. Tamaluga widząc nas zrobiła nawrotkę i zaczęła spierniczać w drugą stronę. „Mamuś, baja!” usłyszeliśmy po chwili (Bogu dzięki za telewizorki w obuwniczych). Tamaluga usiadła naprzeciwko niego i zyskaliśmy dziesięć cennych sekund. Dzięki nim założyłam na jej lewą nogę kapcia, a Tomek na prawą nogę lakierek.  A potem Tamaluga znowu uciekła, w dwóch różnych butach. Poddaliśmy się widząc, że wdrapuje się na kolana jakiegoś faceta, mówiąc „Duzie buti maś”…

– I co? – zapytał Tomek.

– Jaki mierzyłeś?

– 23. Był chyba za ciasny.

– Czyli bierzemy 24. Kapcie.

 

Nie wiem, czy wspominałam, ale Tomasz rozkręcił żyrandol, gdyż urwał się sznureczek od wiatraka. W ten sposób błaha rzecz zamieniła się w wielki problem. Tomek ma do tego prawdziwy (anty)talent. Rozkręci coś, rozmontuje, rozczłonkuje, bo uprze się i zaprze żeby naprawić. Kończy się, jak zwykle tym, że piwnica wyłożona zostaje częściami od różnych rzeczy, które „czekają na swoją kolej”. Tomasz, bowiem, chce wszystko naprawić na raz, tylko czasu brakuje. I tak zostaliśmy bez żyrandola, bez blendera i bez klamki u drzwi. Właściwie to powinnam się przyzwyczajać do życia w domu bez klamek…

 

Nie chcę kończyć na smutno, ale mija rok, od kiedy pożegnaliśmy naszego ukochanego psa, najwspanialszego psa pod słońcem – Pana Roniowego. Minął rok, a ja nadal nie mogę się otrząsnąć i nadal nie mogę oglądać jego zdjęć.

Może jestem nienormalna.

Trzymajcie się, kochani

W tramwaju, jeszcze przed akcją w obuwniczym.