Historia domku dla lalek

Gdy dziewczyny były małe, dostały od babci domek dla lalek. Teraz bawi się nim Tamaluga. Domek przetrwał w bardzo dobrym stanie, a łatwo nie miał. Nie złamały go liczne wypadki, mniejsze i większe katastrofy.

Przewrócenie się na domek wyszczerbiło mu framugę okienną.

Upadek z wysokiej szafy nadłamał filar.

Jednak najgorszy kataklizm nadszedł w 2005 roku, gdy zamieszkał z nami Pan Roniowy, wówczas 3 miesięczny szczeniak.

Dziewczyny musiały się wiele nauczyć, między innymi tego, żeby nigdy, pod żadnym pozorem nie zostawiać otwartych drzwi do swojego pokoju. Ale dotarło to do nich już po…

Pan Roniowy został w domu sam przez całą godzinę. Nie wiem kiedy w jego durnowatym łbie zrodził się pomysł ataku na domek. Może planował to od początku?

Domek ma trzy poziomy, plus prawe skrzydło i lewe skrzydło – stajnię. Domek był w komplecie z małymi lalkami. Jego pierwotnymi mieszkańcami była rodzina Afroamerykanów – matka, ojciec, córka w wieku szkolnym oraz niemowlę, o nieokreślonej płci. No i koń, nie zapominajmy o koniu.

Żyli sobie spokojnie, nie wadząc nikomu. Byli zwykłą, normalną, kochającą się rodziną. Ojciec dbał o swoich bliskich, codziennie ciężko pracował. Mama sprzątała w domu, gotowała. Córka odrabiała lekcje, zajmowała się koniem. A niemowlę miało swoją huśtawkę, zaczepioną o belkę, łączącą część mieszkalną ze stajnią. Co jakiś czas ktoś podchodził i bujał to niemowlę, aż czasami dziw brał, że nigdy się nie porzygało.

W tamten poniedziałek nic nie zapowiadało tragedii. Tata, jak zwykle wyszedł do pracy, córka do szkoły. Mama właśnie wkładała niemowlę do huśtawki. Nagle do pokoju wpadł ogromny żółty potwór. Potwór tak naprawdę był biszkoptowy, ale zestresowani świadkowie zapamiętali inaczej. Rzucił się ostrymi zębami i w kilka minut dokonał prawdziwej masakry. Pożarł dwa fotele i stół. Mamie wyrwał głowę. Tatę najwidoczniej dopadł w miejscu pracy, czyli na pobliskiej szafce. Nie było z niego co zbierać – o ile pamiętam ostała się prawa ręka. Niemowlę nigdy nie zostało odnalezione, prawdopodobnie potwór połknął je w całości. Masakrę, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu, przeżyła córka. Wyobrażacie sobie, co czuła po powrocie ze szkoły?!

Aha, przetrwał też koń, nie zapominajmy o koniu.

Od tamtej pory to nie byli ci sami ludzie. Córka rzuciła szkołę i od rana do wieczora czesała konia. Aż dziw bierze, że się nie porzygał. Matce na SORze zdołali przyszyć głowę, ale jakby zapadła się w siebie. Dosłownie. Cierpiała na pourazowy syndrom braku szyi: bezpośrednio pod głową umiejscowiły się ramiona. Wyraźnie też kulała, ale i tak nie wychodziła z domu. Całe dnie spędzała na tarasie, milcząca, nieobecna patrzyła przed siebie. Zupełnie jak by wciąż czekała na swojego męża. Albo na listonosza z rentą.

 

Gdy tamtego dnia, już po wszystkim, weszłyśmy do pokoju to przez chwilę stałyśmy w absolutnym szoku. Potem dziewczyny się załamały, a ja, zanim zaczęłam je pocieszać, zamknęłam się na chwilę w toalecie, gdzie dostałam histerycznego ataku śmiechu.

Domek funkcjonował jeszcze długo, co jakiś czas zmieniając mieszkańców.

Ostatnie dziesięć lat przeleżał w piwnicy.

Od ponad pół roku należy do Tamalugi.

Tamaluga dobrze go traktuje i często się nim bawi. Obserwuję tę zabawę z radością, wzruszeniem i  lekkim niepokojem. Otóż , nieważne jak poukładam mieszkańców, kończy się zawsze tak samo: wszystkie lalki ściśnięte w stajni, a w pustym domu, w salonie, koń rozwalony na kanapie ogląda TV. Nie zadaję pytań.

Ostatnio Tamaluga zdecydowała, że jedynym mieszkańcem domku może być Mistrz Yoda, który wcześniej pilnował drzwi.

Jest taki bezproblemowy; nie przewraca się, nie robi zamieszania. Stoi tylko i filozoficznie patrzy w okno. Przygarnęła mu psa pasterskiego.

No i konia, nie zapominajmy o koniu.

Reklamy

Plastic Stalker

UWAGA: Poniższy tekst może zawierać śladowe ilości wulgaryzmów.

 

Gdy Tomasz długo nie wynosił bombek, powiedziałam mu, że jeśli to zrobi, to wieczorem…

Rzuciłam to tak, w sumie półżartem, ale efekt przerósł moje oczekiwania. Tomasz wyniósł nie tylko bombki, ale też 3 inne kartony, w tym takie, których wynosić nie miał, bo były do wysłania, a także posprzątał i dokręcił drzwiczki w szafkach.

Można?

Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam???!!!

………………………..

Czy wy też macie jakaś rzecz, powracającą do was jak bumerang? Niby da się to logicznie wytłumaczyć, ale czasami to już zahacza o paranormal activity. Tak było na przykład z workiem na wuef, który przez długie lata pojawiał się w najmniej oczekiwanych miejscach.

Czy też  koszulką, która bez względu na to, ile razy ją prałam, za każdym razem pojawiała się na stercie nowych brudów.

Niektóre przedmioty nas po prostu prześladują.

Naszym stalkerem jest zabawka Tamalugi, którą dostała na pierwsze urodziny od ówczesnego chłopaka Wiktorii. To jest plastikowy mikrofon, z dwoma przyciskami i suwakiem. Jeden przycisk jest do samodzielnego śpiewania, drugi wydaje denerwującą melodyjkę. Na chuj ten suwak? – nie mam pojęcia, gdyż denerwującej melodyjki nie da się, ani przyciszyć, ani wyłączyć. Ona jakoś ustaje sama, ale sama się też włącza. Nigdy nie udało nam się tego ogarnąć.

Ale to jeszcze nic. Od dłuższego czasu (mniej więcej roku) próbujemy się mikrofonu pozbyć. Nie ma szans. Pomijając sytuacje, gdy go odkładam do wyrzucenia i wtedy namierza go Tamaluga, i oczywiście zaczyna się nim bawić – jest jeszcze wiele zjawisk niewytłumaczalnych.

Kilka razy odkładałam go i znikał, a potem pojawiał się w bardzo dziwnych miejscach. Raz, zamiast do worka na śmieci, wrzuciłam go do worka z książkami i wylądował w piwnicy na kilka tygodni. Potem wrócił.

Kiedyś pozbyliśmy się go na dłużej, ale kolega Tomka przyniósł z powrotem, bo Tamaluga zostawiła u niego w samochodzie.

Ostatnio wsadziłam mikrofon na dno worka, a na nim ułożyłam tysiąc pięćset niepotrzebnych szmat. Worek związałam dokładnie, na trzy węzy marynarskie, i osobiście wyrzuciłam do kontenera na podwórku. I to do tego dalszego, przy drugim bloku.

Minęły dwa dni.

Wracamy z Tomkiem ze spaceru.

Wchodzimy do kuchni – i właśnie w tym momencie powinna lecieć ścieżka dźwiękowa z „Psychozy” albo „Szczęk”.

W kuchni na stole leży, bowiem…

Jak, kurwa, no JJJAAAAAAKKK???!!!

Ja zbladłam, a Tomasz krzyknął: – Skąd to się tu wzięło?!

– Co? – pyta Oliwia.

– No, to to to… – słowo „mikrofon” nie przeszło mu przez gardło.

– Aaaa, to. Sąsiadka przyniosła. Ta z klatki obok.

Snajper.

Wyobraziłam sobie Snajpera grzebiącego w śmieciach.

Chciała dobrze. Znalazła zabawkę i postanowiła uszczęśliwić Tamalugę.

– Byłem cierpliwy – stwierdza Tomek. – Nie powiedziałem słowa, gdy przyniosła ci spodnie od dresu. Nie odezwałem się nawet, gdy sprezentowała używane gacie. Ale TO, to już przegięcie.

– Daj spokój, wyrzucę, jak wszystko inne, nie będzie sprawy. Tym razem w dwóch workach, pod osłoną nocy, z jakiś kilometr dalej.

…………..

Przed chwilą Tomasz szykował się do wyjazdu. Właśnie wkładał wodę do swojej podróżnej torby chłodzącej, gdy…

– Zerknij tu, proszę, bo jeśli ci powiem, to nie uwierzysz.

Zaglądam do torby.

Mikrofon.

UCIECZKA Z DOMU OBŁĄKANYCH

Escaping the Madhouse, 2019, reż. Karen Moncrieff

 

Szukałam filmu nowego, i takiego, który przynajmniej swoim tytułem, oddałby idealnie stan mojego ducha. No i proszę: strzał w dziesiątkę.

To nie jest horror, nawet klimatem nie jest do niego zbliżony. To jest thriller z elementami dramatu, chociaż nie, odwrotnie: dramat z elementami thrillera.

Już na samym początku, dosłownie w pierwszych sekundach, czyli w chwili przedstawienia się bohaterki z imienia (nazwiska nie dosłyszałam), wiedziałam o czym będzie film. Historię Nellie Bly przybliżono nam na studiach dziennikarskich. Była niemal moją bohaterką. Tak, więc, na początku filmu znałam już jego zakończenie. Ten drobny szczegół nie zniechęcił mnie, bynajmniej, a wręcz zaostrzył ciekawość. Ale jeśli ktoś nie wie, kim była owa zacna niewiasta, bo miał na tyle oleju w głowie żeby nie iść na dziennikarstwo, to niech sobie jej nie gugluje, bo ominie go połowa frajdy.

Napiszę tylko… Albo nie. Niewiedza jest błogosławieństwem. Zazwyczaj. W tym wypadku jest. Będziecie mieć inne spojrzenie.

Film jest, jak się już zdążyliście zorientować, oparty na faktach. Jak to ująć, żeby nie zdradzić fabuły? Może tak: jego motywem przewodnim jest poświęcenie (nie wiem, czy sama zdobyłabym się na podobne). Padają w nim znane (chyba nie tylko w branży) nazwiska i tytuły : Pulitzer, Hearst, „New York World”.

Akcja dzieje się w roku 1887, w Zakładzie psychiatrycznym dla kobiet na Blackwell’s Island. Pacjentki trafiają tam z różnych powodów, wiele z nich jest zupełnie zdrowych, ale na przykład nie znają języka angielskiego, są zbyt biedne, by dochodzić swoich praw, czy też cierpią na amnezję. Szpital zarządzany jest przez despotyczną przełożoną pielęgniarek – panią Grady. Powiedzieć, że stosowane przez nią metody terapii są kontrowersyjne, to zdecydowanie za mało. (Swoją drogą, Judith Light wypadła w tej roli bardzo przekonująco). Pani Grady szczególnie okrutnie traktuje dziewczynę bez tożsamości, graną przez Christinę Ricci (to jedyna znana mi aktorka, która jest jednocześnie przerażająca i urocza, nie ogarniam tego). Dziewczyna owa, nie tylko usilnie próbuje odzyskać pamięć, ale przy okazji pomaga innym „osadzonym”. Bo psychiatryk na wyspie jest jak więzienie – nikt z niego nie wraca.

Nie sugerujcie się tytułem ani plakatem. Film nie ma w sobie nic z horroru, ani z groteski. To kawałek dobrego kina i ciekawego tematu. Dobrze się ogląda, polecam.

 

DZIECI SZARIATU

„Dzieci szariatu” to właściwie trylogia, książka zamykająca temat, choć, oczywiście, nie wyczerpująca go. Poprzedzają ją „Gorzka pomarańcza” i „Jarzmo przeszłości”, które były osobistymi przeżyciami autorki, Nadii Hamid.

Kobieta w kulturze islamu. Dramatyczne historie, wstrząsające przypadki. Temat znany i oklepany, więc jak to jest, że za każdym razem przeraża? Właściwie to różne też budzi emocje. Nad kobietami stamtąd, ubolewamy. Nad kobietami stąd – pukamy się w czoło. Bo przecież same sobie winne, nie? To chyba nie jest takie proste, zwłaszcza, gdy lovestory zaczyna się w latach PRL-u, gdzie wszystko tu szare i byle jakie, a tam kolorowe i fajne. W czasach bez Internetu. W czasach bez filmów, reportaży i innych form masowego przekazu. A jeśli już pojawił się jakiś hollywoodzki obraz w temacie, to pokazujący fałszywą rzeczywistość – pięknych i dobrych Arabów na koniach, światowych, zabawnych i szanujących kobiety.

No i skąd młode dziewczyny miały czerpać wiedzę? Facet z innego świata to było spełnienie marzeń.

W trylogii mamy właśnie taką historię, która jest głównym wątkiem dwóch pierwszych pozycji. W ostatniej, usuwa się w cień, bo chyba wszystko zostało już opowiedziane, a życie dopisze ciąg dalszy.

Do recenzji wybrałam „Dzieci szariatu”, ponieważ jest najbardziej drastyczną i przejmującą ze wszystkich trzech propozycji. Co nie znaczy, że tamte są lekkimi nowelkami, w żadnym razie. To prawda, co piszą, że po tej lekturze nic już nie będzie takie samo i szybko  się o niej nie zapomni.

„Dzieci szariatu” to cztery poruszające opowieści o dzieciach, w różny sposób związanych z islamem. Bohaterami są dzieci wychowane już w tamtejszej kulturze, nie znające innego życia, jak i te, dorastające w Europie, w Polsce, co tym bardziej przeraża. Książka jest przygnębiająca, fatalistyczna, w pewien sposób pokazuje, że przed „tym” nie ma ucieczki, jeśli jest się owocem związku dwojga ludzi, z dwóch różnych światów.

Także, na własną odpowiedzialność…

 

 

Odsubskrybowanie z odmolaniem

Tomasz czasami ma chęci, a czasami nawet zryw, i tak sam z siebie chce coś zrobić, sprzątnąć, naprawić. Wybiera sobie kilka rzeczy na raz, przygotowuje się, planuje. Gdy już ma się tak wziąć i zabrać, stwierdza, że nie wie od czego zacząć i że powinien coś odrzucić. Odrzuca i odrzuca, w końcu zostawia sobie jedną rzecz, po czym ostatecznie i tak zabiera się za coś, czego kompletnie nie było w planach.

Dlatego też, zanim poproszę go o cokolwiek, upewniam się, że ja sama na pewno nie dam z tym rady. Niektóre zadania są z gatunku tych trudniejszych, a niektóre tak proste, że nie wymagają wysiłku umysłowego ani fizycznego.

Tak, jak wyniesienie do piwnicy trzech lekkich kartonów, zalegających na podłodze w kuchni.

Pewnie, że mogłabym wynieść je sama, ale:

Klucz do piwnicy jest jeden, i Tomasz ma go przy sobie. Gdy przypominam sobie o kartonach (potykam się o nie), jest on akurat poza zasięgiem.

Piwnica to królestwo Tomasza, który „ułożył wszystko po swojemu”, czyli wprowadził własny nieład, który bynajmniej twórczym nie jest. W każdym razie nie dla mnie. Przedostanie się z jednego końca na drugi, graniczy z cudem.

Dlaczego to ja miałabym je wynosić, skoro dawno temu, Tomasz osobiście obiecał się tego podjąć?

Los sprawił, że polało się trochę wody na Tomaszowy młyn, bo pogoda zaczęła lecieć w kulki. Ciepło, ciepło – zimno. Otworzyłam więc jeden z kartonów i wydobyłam zimową kurtkę. Potem znowu zrobiło się ciepło i kurtka znowu pieczołowicie złożona i zabezpieczona, powędrowała do kartonu. Tylko po to, bym po kilku dniach, z przekleństwem na ustach, wyjęła ją ponownie.

– Widzisz, widzisz? – mówi Tomasz uradowany. – Widzisz, jak dobrze, że te pudła cały czas są? Okazuje się, że możesz ich potrzebować.

– Zgoda, z tym jednym pudłem wybrnąłeś, ale to nie tłumaczy dwóch pozostałych, gdyż NAPRAWDĘ NIE SĄDZĘ, ŻEBYM W NAJBLIŻSZYM CZASIE POTRZEBOWAŁA CHOINKOWYCH BOMBEK!

 

……….

Wystarczyło, że wyszłam na pięć minut, a gdy wróciłam dostałam e-mail z gratulacjami, bo oto właśnie – tadaam! – subskrybuję swój własny blog!

Hę?

„Jeśli chcesz anulować subskrypcję, no to click here”.

No to klikam there i nic. Subskrybować się da, ale odsubskrybować już niekoniecznie. W tajnym ustawieniu „moich subskrypcji” (wzięłam w cudzysłów, bo jako żywo, niczego dotąd nie subskrybowałam), widniały jakieś tajemnicze nazwy. Nie były to blogi, tylko jakieś dziwne strony, które obserwuję, podobno, od dwóch lat. Rzecz jasna, nazwy mojego bloga też tam nie było, choć przecież właśnie jego, ponoć, subskrybuję.

Nie mam na to siły, więc zaznaczam wszystkie dziwne nazwy i klikam w „Anuluj subskrypcję”.

Potem posyłam trochę wulgaryzmów pod adresem WordPressa.

A jeszcze potem, po głębszym zastanowieniu, stwierdzam, że skądś się ta subskrypcja musiała wziąć. Pomyślmy. Wiadomość dostałam zaraz po powrocie do pokoju, w którym nie było mnie pięć minut. Nie było mnie… Nie było mnie!  Zerkam na Tamalugę, która znad klocków, obserwuje mnie z niepokojem.

I wszystko jasne.

 

……….

Kto przygląda się sufitowi? Chyba nikt poza mną, czyli nikt normalny. Ja się wzięłam i przyjrzałam i zbladłam poniekąd, gdyż zobaczyłam trzy glisty. A potem jeszcze jedną nad drzwiami i jedną nad oknem.

WTF?!

Chcąc podzielić się odkryciem z Tomaszem, nie mówię mu wprost. Zazwyczaj sam się orientuje, że coś nie tak, bo przestaję go słuchać i wgapiam się w coś, i podobno przekrzywiam nawet głowę. Tak było kilka dni temu, gdy nad jego ramieniem, spuszczał się radośnie pająk. Zagapiłam się na niego z pewną fascynacją, bo spuszczanie wyglądało tak: Wziuuuuuuuuut. Wziut. Wziut. Stoi. Wziuuuuuuuut. Stoi.

Nieważne. No i gapię się na te glisty, i myślę „WTF?!”, aż Tomasz podąża za moim wzrokiem i też widzi glisty, i mówi na głos to, co ja myślę, czyli „WTF”, tylko jakby bardziej po polsku.

Po chwili wciąga je w odkurzacz, ale po godzinie następuje powtórka, a potem jeszcze jedna.

Postanawiam zapytać o radę mojego dobrego kolegę Googla. Kolega stwierdza, że to larwy mola, co już wcześniej podejrzewałam. Dwa lata temu przejęły kontrolę nad jedną z szafek, i próbowały przejąć nad kuchnią, ale wytępiliśmy je. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo, jak widać, zdążyły założyć zalążek rodziny.

– To pewnie przez twoje suszone morele – mówi Tomasz.

– Niemożliwe. Są w grubym, podwójnym woreczku strunowym, który zawsze zamykam. Chyba, że ty nie zamknąłeś?

– To może twoje płatki kukurydziane?

– Płatki są w słoiku, który zawsze zakręcam. Chyba, że ty nie zakręciłeś?

– Ja nawet ich nie jem!

– Nie musisz jeść, musisz zakręcać.

– To może wiórki kokosowe?

– Wiórki są w pojemniku na klik, i zawsze go klikam. Chyba, że

– Dobra! Wystarczy! Zabieramy się za to?

 

Było już późno, ale co tam. Wyjmuję wszystko z jednej z wiszących szafek. Zaczynam myć i sprawdzać dokładnie.

Tomasz zdejmuje szafkę, odkurza i odnajduje dawno zagubione wiertło, które nie wiedzieć dlaczego, spoczywa spokojnie w jednym z kubków.

Ja, z kolei, trafiam na puszkę do mleka, którą po urodzeniu Wiktorii, czyli 21 lat temu, dostałam w prezencie od Nestle.

I czas się zatrzymuje: w kuchni pobojowisko, a wśród niego Tomasz cieszący się z wiertła, i ja rycząca nad zardzewiałą puszką.

W końcu stwierdzamy, że nie damy rady. Dochodzi pierwsza w nocy, i nawet jeśli ryk odkurzacza nie wkurwi sąsiadów, to na pewno obudzi Tamalugę. Przekładamy odmolanie na dzień następny.

Póki co, znajdujemy jeszcze trzy dorosłe mole, i odnotowuję w pamięci żeby spryskać szafki kwasem octowym.

Trzy mole i kwas octowy. Trzy mole i kwas octowy.

I nagle cofam się do liceum, stoję przy tablicy, a Muchowicz przygląda mi się znad okularów. I ta panika, bo nie mam pojęcia o czym ona do mnie mówi.

Dane są trzy mole kwasu octowego. Oblicz łączną liczbę zawartych w nich atomów.

Trzy mole.

Ja pierdole.

Człowieku, bruździsz mi w mleku

Obejrzałabym sobie jakiś film dobry. Ostatnio rzadko oglądam filmy. A dobre, to już w ogóle. Miałam nawet nadzieję, że telewizja, jak to ma w zwyczaju, podłapie temacik, a tu nic. Taki długi strajk, a oni nie puścili ani „Pana od muzyki”, ani, „Uśmiechu Mony Lisy”, ani „Młodych gniewnych”, że o „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”, nie wspomnę. Kazali mi się zadowolić kilkoma filmami, na które to zawsze, ale to zawsze trafiam w połowie oraz polskim gównem kinem akcji, które omijam szerokim łukiem (gdy lecą – obchodzę kanapę z drugiej strony). Oczywiście, że mogę sobie obejrzeć online, ale gdy otwieram laptop to zawsze wynajdę coś ciekawszego. Jeśli włączyłabym film, to tylko na nim musiałabym skupić uwagę, a tak – klikam sobie, a w tle (telewizorze) leci film, na który od czasu do czasu podnoszę leniwe spojrzenie.

……….

Nasz narożnik, który każdą sprężyną i dziurą wołał o pomstę do nieba, przestał wołać. Zaczął błagać o eutanazję. Ulitowawszy się nad nim, postanowiłam wreszcie zamówić nowy. Jaki to problem? Dziesiątki już rzeczy zamawiałam przez Internet, to z narożnikiem sobie nie poradzę?!

Szukałam wśród ładnych, praktycznych i tanich, pomimo przeświadczenia, że jakoś to się wzajemnie wyklucza. Pierwszy – 1300 złotych, prosty, bez udziwnień, z ładnymi podusiami. Drugi – też ładny i o stówę tańszy. Trzeci – jeszcze tańszy, w dodatku z półką z boku. Czwarty – dwie półki z boku, dodatkowe poduszki, piąty zapewne sam parzył kawę, nie pamiętam. I tak dalej, i tak dalej…

Okazało się, że:

Ten najdroższy miał dowóz gratis, więc najtańszy z dowozem dorównywał mu ceną. Półka z boku trzeciego, nie wliczała się w jego cenę. Czwarty, z kolei, nie miał funkcji spania (na ch*j mu te poduszki?!). Piąty miał za mały schowek na pościel. Szósty i siódmy nie były uniwersalne; jeden miał orientację lewą, drugi prawą, a ja, choć tolerancyjna, to jednak w tym wypadku orientacja miała dla mnie znaczenie.

Przez dwa tygodnie wybierałam narożnik, a raczej przez dwa tygodnie wisiały u góry w postaci pootwieranych okienek. Gdy tylko miałam do nich wrócić, dostawałam migawki lewego oka z drgawkami, naprzemiennie. W końcu kliknęłam na chybił trafił i, wierzcie lub nie, NIE MAM POJĘCIA który kupiłam.

……….

Pewien członek naszego gospodarstwa domowego znalazł zatrudnienie. Chciałabym powiedzieć, że to Wika, ale ta po pierwsze wciąż szuka, a po drugie, jakkolwiek to nie zabrzmi, nie należy już do naszego gospodarstwa. Tak: Tamaluga chodzi do pracy, a raczej jeździ rowerkiem na czterech kółkach. Nie wiem dokładnie, czym się para i gdzie znalazła zatrudnienie, ale podejrzewam, że w okolicach kuchni. Codziennie rano, bowiem, zakłada plecaczek, siada na rowerek i ze słowami „Papa, Tami telaś jedzie do placi” wyjeżdża z pokoju. Nie ma jej dłuższą chwilę, więc zakładam, że jakieś czynności są przez nią podejmowane. Bardzo się cieszę, oczywiście. Szkoda tylko, że nasz budżet jakoś się nie zmienia.

……….

Tomek mi ostatnio bruździ. Zaczynam już podejrzewać, że celowo.

– Znowu nabruździłeś mi w mleku, a potem się zawinąłeś.

A mina jego bezcenna.

– Co zrobiłem, a potem co zrobiłem?

– Nabruździłeś mi w mleku. I się zawinąłeś.

– Nabruździłem?

– W mleku.

– Aha.

– To trochę moja wina, bo zapominam, że lubisz bruździć i stawiam kubek w miejscach grożących brużdżeniem.

– Czyli gdzie?

– Czyli pod szafką z chlebem, a ty tak wyjmujesz chleb, że okruchy lecą do mleka i mleko jest zabrużdżone.

– Niechcący? – pyta, więc sam nie wie.

– Może i niechcący, ale potem dostrzegasz zabrużdżenie i uciekasz, zamiast się przyznać.

– To może stawiaj kubek gdzie indziej – proponuje bardzo, bardzo ostrożnie i  wycofuje się w bezpieczny obszar pozakuchenny.

……….

Dopisek: Właśnie przyjechał narożnik. Głowę dam, że zamawiałam inny… :-/

Edukacyjnie

Jak większość z was wie, strajk nauczycieli przypadł w czasie matury mojej średniej córki. Czy też raczej, matura wypadła w czasie strajku, jak kto woli. Muszę jednak przyznać, że poza oczywistymi niedogodnościami, szkoła stanęła na wysokości zadania. W każdym razie kilku nauczycieli stanęło. Między innymi jej wychowawca, który się przejął. Gdy zorientował się, że Oliwia wraz z trojgiem innych uczniów ma do zaliczenia dwa pokaźne, całoroczne przedmioty – przejął się jeszcze bardziej. Możliwe, że najbardziej faktem, iż oznajmił im to tak późno. Zapomniał, że niektórzy uczniowie doszli do tej szkoły w drugiej klasie, i będą musieli zaliczyć przedmioty z klasy pierwszej – psychologię i przedsiębiorczość. Także, do stresu związanego ze strajkiem, maturami i niepewnością jutra, dołączył stres związany z nauczeniem się i zaliczeniem dwóch przedmiotów, plus, oraz, też – niepewnością jutra. Obie nauczycielki, bowiem, zawinęły się jeszcze przed strajkiem i kontakt się z nimi urwał.

Na szczęście wreszcie się udało, i udało się również zaliczyć oba w formie prezentacji. Z psychologii można było wybrać sobie temat, więc podsunęłam Oliwii fobie i nerwice natręctw. Do szkoły dostała się w pełnej konspiracji – od kuchni, a jej przybycie potwierdzone zostało telefonem z dyżurki do pokoju nauczycielskiego. Dostała najwyższą ocenę, bo musicie przyznać, fobie i natręctwa to temat rzeka, a przy tym ciekawy. Po dwóch depresjach i jednej bulimii, pani z ulgą przyjęła fobie. Z ulgą i fascynacją – przypuszczam, że o wielu przypadkach usłyszała po raz pierwszy.

……………..

Postanowiłam posłać Tamalugę na nauki.

Żadna z moich córek nie była w przedszkolu. Ja byłam, ale dawno temu i zasady były inne. Nie miałam więc pojęcia, jak to wygląda teraz. Znalazłam stronę naboru i zasiadłam do wypełnienia formularza.

Na początku nakazali mi wybrać 3 przedszkola. Oczywiście, nie miałam pojęcia jakie przedszkola są w pobliżu, nie mówiąc już o tym, które są publiczne, a które prywatne, które dobre, a które niekoniecznie. Skorzystałam z listy podpowiedzi. Wybrałam tylko dwa, możliwie najbliżej domu, chociaż i tak mam do nich kilometr. Oba znajdują się w najbardziej willowej części dzielnicy. Udając się w przeciwną stronę, też mam dwa, ale te znajdują się na hałaśliwym osiedlu.

Gdy już tę kwestię miałam ustaloną, przeszłam do konkretów, czyli testu wielokrotnego wyboru.

Czy jestem samotną matką. Nie ukrywam, że czasami czuję się samotna, jak każdy, ale nie mogłam podzielić się rozterkami duszy, bo do wyboru miałam TAK. NIE. ODMAWIAM. Odmówiłam więc, najgrzeczniej jak tylko można odmówić, klikając w kwadracik.

Czy dziecko pochodzi z rodziny wielodzietnej. Ucieszyłam się, że nareszcie mogę kliknąć TAK. Potem uświadomiłam sobie, że pozostałe dzieci są już dorosłe, więc się nie liczy.

Czy pracuję na umowę o pracę. Tu zdecydowanie ODMÓWILAM. Co mi będą w życiorysie zawodowym gmerać!

Czy odprowadzam podatki. To pytanie niejako wiązało się z poprzednim, zatem ponownie kliknęłam w ODMAWIAM

Czy rodzeństwo dziecka uczęszczało do wybranego przedszkola. Tak bardzo chciałam wreszcie zaznaczyć coś pozytywnego. Zastanowiłam się nawet, czy nie posłać moich dziewczyn do tego przedszkola, chociaż na trochę. Skoro istnieją uniwersytety 3 wieku, to dlaczego nie przedszkola?

Na koniec przeczytałam formularz. Nauczona doświadczeniem pisania listów motywacyjnych, wiedziałam, że trzeba przede wszystkim zaciekawić odbiorcę, żeby dowiedział się o nas czegoś.

Przeleciałam tekst z góry na dół. No cóż. Każdego kręci co innego. Jednak w głębi duszy czułam, że „list”, w którym na 90% pytań odmówiłam odpowiedzi, chyba nikogo nie zainteresuje. A już na pewno nikt się o mnie niczego nie dowie. Z formularza wyłaniał się profil sfrustrowanej i rozchwianej emocjonalnie matki, która pewna jest tylko tego, jak się nazywa i jak nazywa się jej dziecko.

Westchnęłam i kliknęłam WYŚLIJ, bo w coś kliknąć musiałam.

Na drugi dzień, z wydrukowanym formularzem zapuściliśmy się w willowe tereny dzielnicy. Od razu pożałowałam, że nie wybraliśmy się na rekonesans zanim dokonałam 1 i 2 wyboru, bo wybrałabym na odwrót.

Przedszkole pierwszego wyboru to taki późny PRL. Budynek duży, z jeszcze większym placem zabaw, i aktualnie dobudowywanym osobnym budynkiem. Z powodu trwającego remontu, dostaliśmy się tam drewnianą kładką, lawirując między stosikami cegieł. Kilkoro drzwi z każdej strony, zawiłe korytarze, normalnie prawie się zgubiłam.

Przedszkole drugiego wyboru, na ulicy W, okazało się być dosłownie za rogiem pierwszego. Nawet ich place zabaw były połączone. Nieduża, stara willa, tylko 3 grupy. Tamaluga wparowała do środka, i zachęcana przez Panią, wbiegła do sali, i zrzucając w biegu czapkę i buty, wmieszała się między dzieci. Między chłopców, ściśle mówiąc.

– To jakieś męskie przedszkole – szepnęłam do Tomka. On jednak zdążył zajrzeć do środka i uspokoił mnie, że za drzwiami przy stole siedzą dziewczynki. Tymczasem Tamaluga wydawała polecenia i rozstawiała chłopców po kątach. Jednemu kazała bawić się z nią domkiem, drugiemu przynieść nowe lalki… (Zupełnie jak na placu zabaw, na którym angażuje wszystkich wkoło, i zanim się zorientujemy, jeden chłopak trzyma jej picie, drugi ją buja na huśtawce).

Oczywiście, kategorycznie odmówiła powrotu do domu. Gdyby nie pani, to pewnie szalałaby tam do tej pory. A pani obiecała, że Tamaluga tam wróci, a ona na nią poczeka. Czarownica jakaś.

Ale wracając.

W połowie kwietnia wchodzę na stronę naboru i jakież było moje zdziwienie – Tamaluga została zakwalifikowana. I to do przedszkola W, przedszkola drugiego wyboru! W swojej naiwności sądziłam, że jest to równoznaczne z przyjęciem do przedszkola i w myślach już otwieraliśmy z Tomkiem, Piccolo. Coś mnie tknęło. Doczytałam. Niestety. Zakwalifikować mógł się każdy, kto prawidłowo wypełnił formularz. Jak się okazuje, nawet tak pokręcony, jak mój.

Gdy zaczęłam wczytywać się głębiej, okazało się, że o przyjęciu decyduje liczba zdobytych punktów. Aaaa punkty, można uzyskać, za:

bycie samotną matką,

niepełnosprawność w rodzinie,

umowę o pracę,

odprowadzanie podatków,

wielodzietność,

pozostałe dzieci w przedszkolu.

I jeszcze – za deklarowany czas przebywania dziecka w przedszkolu powyżej 6 godzin, czyli płatny. A ja, oczywiście, nadopiekuńcza matka z panikarską sraczką, zaznaczyłam, że góra pięć…

I Tomasz, który aktualnie nie odprowadza podatków w Polsce…

Czyli, jak to mówią; gdzie się nie odwrócisz – dupa z tyłu.

Podsumowując:

Naszym formularzem, owianym tajemnicą, z uwagi na przytłaczającą ilość odpowiedzi ODMAWIAM, można było sobie coś tam podetrzeć. Ostatecznie i tak trzeba było wszystko udokumentować oświadczeniami.

Poszliśmy złożyć podanie,  bez przekonania i bez dodatkowych oświadczeń, bo żadne nas nie dotyczyło. Uroczyście oświadczyć mogliśmy tylko to, że córkę chcemy posłać do przedszkola.  No i jeszcze:

Tomasz wkroczył do sekretariatu, z dumą oświadczając od progu:

– Zdobyliśmy całe 5 punktów, bo my oboje z tego miasta, z dziada, pradziada! (Bo najważniejsze to zrobić dobre pierwsze wrażenie, zbić przeciwnika z tropu, zaskoczyć pewnością siebie).

Posmarkałam się ze śmiechu, a sekretarka patrzyła na nas, jak na obłąkanych.

– Państwo złożą podanie, miejsc więcej niż chętnych.

I tak oto Tamaluga się dostała. Już nie wiem, czy się cieszyć, czy zastanawiać, dlaczego nie było chętnych.

A co na to sama zainteresowana?

– Tamarko, ty farciaro, zostałaś przyjęta do przedszkola!

– Tiak? Siupel! Hullla! Dziękuję!

Wiem, że nie ma pojęcia, o czym mowa, ale powiedziałam to podniosłym tonem, z uśmiechem na twarzy, więc przyjęła, że to coś zajebistego, niemal jak Mikołaj, Klulik czy Hepi Belźdej tu ju.

I tego się trzymajmy.

 

Co do fobii…

O florze i faunie będzie

Bohater poniższej historii chciał pozostać anonimowy, w związku z czym przyjmijmy że to pan T. 😂

Zatem, pan T. ma denerwujący zwyczaj przytulania się do mnie i całowania, gdy akurat coś jem! Zawsze w tym samym miejscu i w tej samej sytuacji: gdy uwolniwszy się od Tamalugi, spożywam coś na szybko, stojąc nad kuchennym blatem. Jedyne, o czym marzę, to dokończenie posiłku we względnej ciszy i względnym spokoju. To tylko jedna kanapka, na Boga! Czy nie można tego uszanować?! No, więc, stoję, gratulując sobie w duchu sprytu, gdyż wymknęłam się niepostrzeżenie. Zatapiam zęby w pierwszym kęsie i wtedy wchodzi pan T. Nie wiem, nie pojmuję dlaczego, akurat wtedy zbiera mu się na czułości. Chyba mój widok go rozczula, widok zmęczonej matki polki, samotnie pochylającej się nad pierwszą tego dnia, zdobyczą. Tak, na pewno to go rozczula, bo patrzy na mnie tak współczująco, no tak współczująco, że mam ochotę z całej siły nadepnąć mu na stopę. Potem przytula mnie i całuje w czoło, w policzek… To urocze, ale jedyne o czym wtedy marzę, to żeby opuścił kuchnię. Nie krzyczę na niego, nic nie mówię. Kiedyś mu wyjaśniłam i zrozumiał, i przeprosił, i obiecał, że się będzie pilnował.

I rzeczywiście się stara, ale co jakiś czas się zapomni.

Stoję nad tym blatem, przeżuwając w milczeniu. Wchodzi pan T. Kątem oka widzę, że planuje mnie objąć, więc wycofuję się nad zlew. A pan T. za mną! Już nie chce mnie całować, teraz myje nóż. I nieważne, że w szufladzie jest z 10 takich samych, nie, on zapragnął właśnie użyć ten konkretny. Przesuwam się, więc, dalej, a w myślach krzyczę „Wyjdź stąd, człowieku!”

Pan T. nie wychodzi.

 

Pan T.: Podlałem rośliny tą nową odżywką.

Ja: (jeden, dwa, trzy…)

Pan T.: Widzisz jaką zieleń odzyskały?

Ja: (cztery, pięć, sześć…)

Pan T.: NO, WIDZISZ? ZOBACZ!

Ja : (zezując na donicę, siedem, osiem…)

Pan T.: (podsuwając mi roślinę pod nos): Piękne, CO?!

Ja: (sama się sobie dziwię, że jestem w stanie nie wybuchnąć, a jeszcze kiwnąć głową!)

Po sześciu wiekach pan T. opuszcza kuchnię, a ja przeżuwam ostatni kęs i cicho łkam nad zlewem.

………………..

Oliwia wróciła z Pyrkonu, zachwycona, jak w zeszłym roku. Najbardziej fascynuje ją ta niesamowita  integracja obcych sobie osób. Uwielbiam słuchać jej opowieści, o tym zbiorowisku ludzi z różnych stron, na co dzień zwyczajnych, a wariatach w sercach, z ogromnym poczuciem humoru. Oto przykład:

Oliwia, fanka anime, uderzyła do Wioski Naruto. Planowała zwiedzić też szkołę Naruto, Akademię Ninja. Szkoła była, i owszem, ale zamknięta, z wielkim napisem STRAJK.  😂

Wyjazd Oliwii pokrył się z wyjazdem Wiki , która z kolei wybrała się aż pod Lublin, na wesele. Dzwoni do mnie na drugi dzień.

Ja: Jak tam wesele?

Wika: Fajne. MAMOOO! Widziałam świnię!!!

Ja: Ciszej, dziecko, bo ktoś usłyszy i pomyśli, że nigdy nie widziałaś świni.

Wika: Bo nie widziałam…

Ja: (w myślach przebiegam jej dzieciństwo i dochodzę do szokującego wniosku, że to jednak możliwe. Nie byłam dobrą matką, nie byłam, nie byłam, nie obwiozłam jej po lokalnych wioskach i nie pokazałam zwierząt gospodarskich. Ale, zaraz, chwila! Przecież spędzałyśmy kilka wakacji na wsi…Tylko, czy tam były świnie?)

Ja: Ale… na pewno nie widziałaś?

Wika: Na pewno nie TAKĄ!

Ja: Jaką?

Wiki: Wielką!

Ja: Jak wielką?

Wiki: Jak kucyk.

W tym momencie i ja musiałam przewartościować swoją wiedzę na temat świń.

………………..

Chciałam sobie kupić buty. Przez Internet. Wpisywałam różne frazy, ale żaden efekt mnie nie zadowolił. W końcu, zrezygnowana, wpisałam „piękne buty”. I wtedy mnie zatkało. I opadły mi ręce. I zrozumiałam, jak ludzie różnie pojmują piękno.

………………..

„Już za dzień maturaaaaa”

Jak wyżej.

Oliwia, jak i jej podobni, przygotowywała się w domu.

I teraz, tak:

Jeśli pójdzie źle, to czy obwiniać nauczycieli, którzy z powodu strajku nie mogli przygotować uczniów?

A jeśli pójdzie dobrze, to czy też obwiniać nauczycieli, którzy okazali się bezużyteczni, skoro uczniowie potrafią przygotować się sami?

Dobra, wiem. Do matury uczą przez 3 lata, to prawda. Prawdą jest też to, że jak świat światem, wszyscy przysiadają w ostatnim miesiącu, czyż nie?

Martwi mnie zwłaszcza język polski, bo Oliwii, będącej umysłem raczej ścisłym, zdecydowanie trudniej się przygotować, a nauczycielka najwięcej zaplanowała właśnie na ostatnie dwa miesiące. Jeśli rozchodzi się o matmę, Oliwia stwierdziła, że nie ma żadnej różnicy, gdyż przez całe 3 lata i tak uczyła się w domu. Nauczycielka matematyki kompletnie nie umiała przekazać wiedzy, co od początku zgłaszali wszyscy zainteresowani.

Wspierałam ją duchowo, bo co jeszcze mogłam zrobić? Pewnie, że chciałam wparować do jej pokoju i spontanicznie podzielić się z nią moją, jakże rozległą i zupełnie bezużyteczną wiedzą, swoim bogatym doświadczeniem życiowym i wnioskami z jedynej, przeczytanej w szkole lektury.

Przemyślałam raz jeszcze, i dałam nam obu spokój.

Najważniejsze, chyba, jej przekazałam: że oblana matura to nie koniec świata.

 

Wanna wypełniona bzem. Można skakać na główkę.

TRZY BILLBOARDY ZA EBBING, MISSOURI

2017

 

Film jest…………………………… dziwny.

Chciałam go zobaczyć, od pierwszego zwiastuna, bo pomysł na scenariusz dobry i niebanalny. No i zobaczyłam, i nadal uważam, że pomysł dobry, lecz wykonanie nie takie, jak to sobie wyobrażałam. No, dziwne. Niemniej, oderwać się jakoś było mi trudno.

W filmie jest dużo wulgaryzmów, także wrażliwym, odradzam. Padają one głównie z ust bohaterki (do księdza: Dopił ojciec herbatkę? To teraz niech wypierdala z mojego domu), ale bluzgają też inni.

Trochę krwi też się leje, jak to w małych mieścinach bywa.

Korupcja i rasizm, jak to w małych mieścinach bywa.

Mała mieścina, zamknięta społeczność i matka, desperacko walcząca o sprawiedliwość, czyli odnalezienie mordercy córki. Gdy lokalna policja zawodzi, kobieta wpada na dość osobliwy pomysł. Postanawia wynająć zapomniane billboardy, na drodze dojazdowej do miasteczka, i umieszcza na nich hasła oskarżające opieszałość policji, zwłaszcza szeryfa. Nie podoba się to lokalnym mieszkańcom. Bardzo nie podoba. Próbują prośbami, groźbami, szantażem. Czy ona ma coś do stracenia? Tak; wciąż ma syna, przyjaciół i pracę.

Reszty nie zdradzę.

Film jest na tyle osobliwy, że w trakcie oglądania, musiałam upewnić się, że to nie Tarantino.

Jednak osobliwy, nie znaczy gorszy. Po prostu inny, trzeba mieć na niego fazę.

Historia, zrazu powolna, tocząca się swoim rytmem, by za chwilę przemienić się w kino akcji, takie, że półka opada. Absolutnie nieprzewidywalna.

W tym szaleństwie jest metoda i – co zadziwiające – głębokie przesłanie.

Frances McDormand w roli głównej bohaterki, Mildred to mistrzostwo świata. Jej brzydka twarz i udręczona dusza przyciągają jak magnez. Nie można oderwać od niej wzroku. Pozwoliłam sobie ją wyguglować i w ten sposób dowiedziałam się, że za ową rolę dostała Oscara… Sam film nominowany był w siedmiu kategoriach.

Za swoją rolę Oscara otrzymał również Sam Rockwell, grający Dixona. Jego postać to policjant maminsynek, oderwany od rzeczywistości rasista i homofob. Rozchwiany emocjonalnie, bez własnego zdania, ale tęskniący do celów wyższych, pragnący autorytetu.

Już dla samej dwójki tych bohaterów warto obejrzeć  film.

Ponadto, takie nazwiska, jak Woody Harrelson (chyba znany większości), czy Lucas Hedges (główny bohater mojej poprzedniej recenzji „Boy Erased” – no proszę, dopiero go poznałam i znów na niego trafiłam).