Takie czasy: górne hałasy, a wy nie wiecie o pęsecie

Najpierw było pogłośnienie muzyki. Potem wybuchy śmiechu. Potem nastąpiła regularna rozmowa, o dwa tony za wysoko i wzajemne uciszanie się. Wtedy obudziłam się ja. Ja, która z wielkim trudem zasnęła jakieś 20 minut wcześniej. Potem zaczął szczekać pies, bo ktoś uparł się że nauczy go paru sztuczek. Wtedy obudziła się Tamaluga. Gdy budzi się Tamaluga, to we mnie budzi się bestia.

Ale najpierw kulturka, żeby nie było. Dzwonię do Krzycha, ale nie odbiera. Po chwili dostaję sms „Oj, chyba za głośno jesteśmy. Oj, przepraszamy”. OK. Wracam do łóżka. Sytuacja wydaje się być opanowana. Na jakieś 3 minuty. Potem słyszę basy tak, jakby przystawiono je bezpośrednio do mojej ściany, co jest niemożliwe z uwagi na inne piętro i inny pion. Cholera, to już drugi raz w tym tygodniu. Jak zwykle w takich sytuacjach zastanawiam się dlaczego żaden z sąsiadów nie reaguje. Jak zwykle też, w takich sytuacjach marzę o domu z ogrodem w dzielnicy Wypiździew Mały, przy ulicy Wygwizdowej.

Tamaluga zasypia, co prawda, ale hałasy nie cichną, więc przewraca się z boku na bok i stęka. Dzwonię ci ja, po raz drugi. „Już, już będziemy cichutko”. Nie wiem, co inni rozumieją przez „cichutko”. Zawsze myślałam, że są pewne słowa – klucze, których znaczenie jest konkretne, stałe i niezmienne na całym świecie. Żyłam w błędzie.

Leżę jeszcze chwilę rozważając obudzenie Tomka, który po ciężkim dniu zasnął jak kamień. Obudzenie go było ostatecznością, gdyż wiem, że bez względu na jego osobisty stosunek do gospodarza – wszedłby do niego z drzwiami. Gdy tak o tym rozmyślam, Tomek ulega przebudzeniu. Otworzył jedno oko i zmarszczywszy czoło skupił je na zetknięciu sufitu ze ścianą. „Gdzie to?!” „U Krzycha”, wzdycham. No i dupa. Nie ma już odwrotu. Tomek przywdziewa spodnie dresowe, klapki i rusza na piętro. Przychodzi po minucie i jak gdyby nigdy nic, wraca do uprzednio przerwanej czynności. Właściwie do tej pory nie wiem, co tam zaszło, zapomniałam go zapytać. W każdym razie z piętra nie dochodzi już żaden dźwięk. Wiem tylko, że nie pozabijał imprezowiczów, gdyż ujrzałam wszystkich nazajutrz, przemykających do Żabki. Poznałam ich pomimo ciemnych okularów na styranych życiem fejsach. Myślę, że Krzychu przechodzi kryzys wieku średniego, który najwidoczniej u singli odbywa się w taki sposób.

Wiktoria już od jakiegoś czasu jest tzw kosmetyczną modelką, chociaż ja ją nazywam królikiem doświadczalnym. Korzysta z darmowych zabiegów u kosmetyczek, które się uczą. Na niej się uczą. Między innymi. Tym o to sposobem, zrobiła sobie na twarzy już chyba wszystko, co można sobie zrobić, poza depilacją brwi. No, co jak co, ale to chyba bym zauważyła. Zresztą nie wiem nawet czy istnieje coś takiego jak depilacja brwi, ale jeśli tak, to chyba nic mnie już nie zdziwi. Ostatnio musiała iść do dentysty, więc zapytała czy nie skorzystam za nią z darmowego liftingu rzęs z botoksem i henną. Z drugiej części zdania nie zrozumiałam wiele, za to uwaga moja skoncentrowała się na słówku „darmowego”. Weszłam, więc, że tak powiem, w ciemno.

O liftingu rzęs wiedziałam niewiele. Mniej więcej tyle, co o innych liftingach, czyli w zasadzie gówno. Wyobrażałam sobie, że usiądę w mięciusim fotelu, odchylę do tyłu główkę, wesprę nóżęta o podstawek. Może nawet w ramach „gratisu w gratisie” ktoś wymasuje mi stopy? Zawahałam się nieco, widząc stół jak do operacji, z ogromną, okrągłą lampą ustawioną prosto na gębę. U wezgłowia – dwa podręczne stoliki na kółkach, zastawione wypełnionymi po brzegi, chirurgicznymi nerkami. A przynajmniej tak mi się zdawało. Najpierw zdjęcie „Jak wyglądam przed”. Rzecz jasna z fleszem po oczach. Chyba po to, żebym osunęła się oślepiona na to łoże, gdyż obie pańcie dostrzegły moje zawahanie. Przynajmniej jedna z nich była po tym samym kursie, co kasjerki w Rossmannie, gdyż równie infantylnym głosikiem zdrabniała słowa. „No, to teraz chowamy włoski w czepeczek i zamykamy oczka”.

Pani Czarna była uczącą. Pani Blondynka – uczącą się od Czarnej. Naklejono mi coś na powieki. Górne i dolne (teraz nawet gdybym chciała otworzyć oczy – nie dałabym rady) i zaczęto dłubanie w moich rzęsach. Skojarzenie z operacją nie chciało wyjść mi z głowy. Niepokojące uczucie tak leżeć z zamkniętymi oczami, i być zdanym na obce baby. Przecież ja ich nawet nie znam! Nie wiem na co patrzą, co teraz robią… A może właśnie w tej chwili rysują mi na powiekach karne kutasy?! Markerem permanentnym, dla lepszego efektu i większej zabawy.

Cisza była niepokojąca, już wolałam gdy rozmawiały. Niepokojące były też odgłosy upuszczanych co chwilę instrumentów. No, co im mogło tak upadać? Pęseta? Grzebień? Oczywiście wyobraziłam sobie, że to skalpel. Co jakiś czas dobiegało też „ojej!”, co było już nie do zniesienia. Czułam się jak by zaszyły mnie zostawiając w środku gazik… W dodatku Pani Blondynka co jakiś czas miała czkawkę. Jej przepraszające stwierdzenie, że „to na tle nerwowym” jakoś mnie nie uspokoiło – wręcz przeciwnie. W końcu oznajmiła, że ona woli pracować w ciszy, bo rozmowa z klientką ją rozprasza, no i w ogóle, że klientki rozmawiając ruszają twarzą i coś jej się może nie udać.  To samo mogłabym rzec o jej czkawce.

Pomimo deklaracji o pracy w ciszy, usta jej się nie zamykały. Panie rozmawiały głównie o stylizacji rzęs, o stylizacji paznokci i o… światowych konkursach w stylizacji rzęs i paznokci. Przez moment ucieszyłam się, bo Blondynka weszła na temat swoich dzieci, ale trwało to tak krótko, że nie zdążyłam się nawet zorientować ile ich ma i w jakim wieku. Za to przez kolejne 10 minut dowiadywałam się o rodzajach i rozmiarach pęset, o tym, że „dzisiejsze pęsety to nie to co kiedyś”, i że „pęseta musi, no po prostu musi pasować do dłoni, bo inaczej dupa”. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Czy moja pęseta pasuje do mojej dłoni? Nie wiedziałam, że los pęset jest taki smutny i poczułam wyrzuty sumienia, że nigdy nie poświęciłam dłuższej chwili refleksji temu zagadnieniu. Nie przyszło mi do głowy, że pęsety mają rodzaje i rozmiary, a może nawet jakieś plany i marzenia… Zrobiło mi się zwyczajnie przykro i obiecałam sobie, że odtąd będę patrzeć na ten kawałek metalu z większym szacunkiem.

Dwie godziny. Dwie, bite godziny spędziłam w pozycji leżącej z zamkniętymi oczami. Gdy wreszcie je otworzyłam, pomyślałam, że chyba tak właśnie czuje się kret po przebiciu się do ogródka. Gdy myślałam, że nie można mnie oślepić jeszcze bardziej – pstryknięto mi zdjęcie „Jak wyglądam po”, po czym podano mi lusterko (też podświetlane, żeby nie było). „Ohoho, łał”, powiedziałam niepewnie, bo nie widziałam nawet swojej twarzy, tylko jasne, skaczące okręgi. Jeśli nie zorientowały się po tym, to moje przypieprzenie we framugę w poszukiwaniu drzwi – już musiało dać im do myślenia.

Dopiero w domu mogłam ocenić efekt, a ten był… żaden. Nie oczekiwałam, że będzie spektakularny  – w końcu to nie było przedłużanie (zresztą panie były zachwycone zdrowotnością moich rzęs, odgadując trafnie, że nigdy ich nie przedłużałam), no ale czegoś się spodziewałam. Czegokolwiek. Zawiedziona, wmówiłam sobie, że przynajmniej je podreperowałam, a to już coś.

W ramach P.S. muszę dopisać, że na drugi dzień wystarczyło pociągnąć delikatnie tuszem, żeby seksownie zawinęły się na górne powieki. No, to może te dwie godziny nie były tak całkiem stracone…

Reklamy

GŁI, PIK, EKO I PUCHAR CEDROWY

Ostatnio udaje mi się jeść co trzy godziny, w dodatku o połowę mniej – bo z dziecięciem. Tomek stwierdził, że żyję z Tamalugą w symbiozie gastronomicznej.

Za to gastronomia Tamalugi żyje w symbiozie z kanapą, stołem, podłogą i samą Tamalugą. Od włosów po stopy (tiopy).

Przy okazji ogłaszam wszem i wobec, że kuła (czyli tablet) nie zawsze bywa złem wcielonym. Oczywiście wszystko zależy od treści, a te należy kontrolować. Tamaluga, poza piosenkami, które śpiewa ochoczo kilka razy dziennie, i które podśpiewuje z rezygnacją cała rodzina, poznaje na przykład kolory. Po angielsku. Trochę zajęło mi zorientowanie się, o co chodzi, i dlaczego każdy klocek nazywa inaczej.

głi – green,

pik – pink

buu – blue,

łed – red

odziś – orange

łajk – white,

blat – black.

Co dziwne, żółty zawsze występuje u niej w dwóch wersjach: jeło (yellow) i ziółti.

Zaczęła też mówić „plosię” i „ciję”, oraz „Diobe” (na zdrowie), natomiast czysto i bezbłędnie wymawia, między innymi: „dzikus”, „Tami” (co słusznie idzie w parze) oraz „ptaki”, „Majkel”, „osiem”, „woda”, „bez” i tak dalej. Jej zdania są coraz bardziej złożone, a zasób słów w ostatnich miesiącach powiększył się tak, że sama w to nie wierzę. Najbardziej rozwala mnie, gdy ciągnie na plac zabaw, wołając: „Tatiii! Tatiii! Oć cibko! Obać! Idziś? Tam juju (zjeżdżalnia) juju tam jeś! Oć!”

Moja segregacja śmieci sięga czasów, w których nie tylko nie było to w modzie, ale wręcz patrzono na mnie jak na kosmitkę. Jeździłam tramwajem do jednego z niewielu wówczas miejsc z kontenerami do segregacji. Obecnie stoją niemal na każdym podwórzu i to jest duże ułatwienie. Dlaczego tak niewielu sąsiadów z tego korzysta? Myślę, że z lenistwa, które nazwałabym ortodoksyjnym. Żeby nie było niedomówień – nie mam na tym punkcie fioła, nie przywiązuję się do drzew – nie fizycznie (chociaż myślę, że byłabym w stanie to zrobić, gdyby sytuacja tego wymagała). Nie piorę w szyszkach czy orzechach, nie używam wielorazowej szmatki do podtarcia tyłka. Staram się być ekologiczna w rozsądnych granicach. Mam obsesję na punkcie zakręcania kranu i oszczędzania papieru. Nie mam obsesji na punkcie oszczędzania światła, niestety. Czasami stosuję anty zimową terapię. Cóż począć, ja po prostu kocham światło, które zimą zastępuje mi słońce. Bardzo źle czuję się w półmroku, przeszkadza mi to nawet w pubach z wyciszoną muzyką. No tak mam, i już. Cieszę się, natomiast, że reszta rodziny też stara się być eko.

W tym miejscu, gorąco apeluję: bądźmy ekologiczni chociaż na tyle, na ile damy radę. Jeśli każdy z nas da od siebie coś, to już jest COŚ. Czy coś w tym rodzaju… Tu zacytuję moją panią od biologii: „Gdy widzę, że moje dziecko nie wylewa już tłuszczu z patelni do zlewu, to wiem, że moja praca ma sens”.

No to teraz na wesoło, pozostając przy temacie nauczycieli. Kiedyś na studiach mieliśmy zastępstwo z pewną pańcią, którą z racji zachowania, studenci oglądający „Rodzinę zastępczą” nazywali Alutką. Pańcia nie bardzo wiedziała co z nami zrobić, ale temat niejako narzucił się sam. Któraś z dziewczyn miała przy sobie powieść miłosną, więc… przez całe zajęcia wymienialiśmy najdziwniejsze określenia kobiecych narządów płciowych, z jakimi zetknęliśmy się w literaturze. Były więc: muszelka, tulipanek, kwiatek, motylek, ślimaczek, kielich, szkatułka, puchar cedrowy (WTF?!), filiżanka… Pod koniec zajęć wyliśmy ze śmiechu.

I teraz wyobraźcie sobie, że macie to na świeżo w pamięci i dochodzi do zbliżenia… Toż to życie erotyczne zanika całkowicie!

Zaczął się Pyrkon. Oliwia spakowana. Zazdroszczę jej. Nie będę się martwić (w każdym razie trochę mniej) bo jedzie z koleżanką i jej rodzicami, uffff.

W tym miejscu proszę kogoś, a konkretnie Kasię Kawiarkę, jeśli będzie miała czas i ochotę, żeby trochę o tym napisała. To znaczy o Pyrkonie, skąd pomysł, jak to się odbywa itp. Bardzo chętnie o tym poczytam i myślę, że nie tylko ja. Dlaczego Kasia?

  1. Jest rezydentką, a to zobowiązuje
  2. Wydarzenia i miejsca opisuje tak świetnie, że nie można się oderwać

Dobra, to tyle na dzisiaj.

Buziaczki!

 

Gdzie zaczyna się rutyna, tam się Popka zapomina

No. Także tego. Potrzebuję urlopu od domu. Potrzebuję odpoczynku od rutyny. Niektóre czynności powtarzają się jak ta, no, kalarepka? Karuzela? Katarynka! No właśnie.

Codziennie, niezmiennie gotuję trzy obiady.

Urozmaicenie: jeden z obiadów (z uwagi na wykrytą ostatnio u Wiki alergię na wszystko) musi być bez jakiejkolwiek mąki, bez ziemniaków, bez jaj… No bez jaj!

Codziennie, niezmiennie zaglądam w pieluchę, której zawartość codziennie, niezmiennie skłania mnie do retorycznego zapytania „dlaczego nie do nocnika?”

Urozmaicenie: Siusiu jest (czasami) sygnalizowane i wykonywane mniej lub bardziej precyzyjnie do wyżej wymienionego naczynia.

Codziennie, niezmiennie walczę o wolną łazienkę.

Urozmaicenie: czasami wygrywam.

No, a tak w ogóle, poza tym, to umysł mój umęczon i strudzon wielce.

Popłakałam się widząc zeszłorocznych aktywistów broniących puszczy. Potem popłakałam się znowu, widząc ich przywiązanych do maszyn. A potem jeszcze raz, słysząc, że sąd ich uniewinnił. I jeszcze ta moja Tamaluga, która przytula się do każdego drzewa.

Bo zabieram ją do lasu. W lesie jest bezpiecznie. Nie ma ruchliwej ulicy.

Czasami krążymy autem, szukając idealnej miejscówki na Tamalugowy wybieg. Chyba taka nie istnieje. Najbezpieczniej byłoby ją puścić w szczerym polu. Tylko pole, pole, pole, a kłosy na tyle krótkie, żeby ją widzieć. Dopiero hen, hen, w oddali mogą majaczyć domy o gumowych ścianach i dachach z folii bąbelkowej.

Moja orientacja nie ulega poprawie. Chyba nawet się pogarsza.

Aśka zadała mi pytanie, a właściwie dwa, brzmiące następująco: „Kojarzysz Taniec z Gwiazdami? Wiesz, że Popek tam tańczy?!” Moje bliskie koleżanki znając mnie dobrze, zadają pytania właśnie w taki sposób. Nie zapytają „Widziałaś kto tańczy w Tańcu z Gwiazdami?” Nie. Tak rozmawiają między sobą. Do mnie kierują zdanie zaczynające się od słów: „kojarzysz”, „orientujesz się” albo „czy wiesz w ogóle” Czuję się jak upośledzona. Czasami nie mamy o czym pogadać z powodu moich telewizyjno – celebryckich ograniczeń.

W każdym razie zadała to pytanie i, jak to ona, stanęła w pozie wyczekującej na moją reakcję. Przyznam, że chwilę zabrało mi skojarzenie samego programu. Gdy już pojawiło się światełko w tunelu, skupiłam się nad drugą częścią pytania. Po chwili, z niemałą satysfakcją stwierdziłam, że – Panie i Panowie – ja WIEM kto to jest Popek! Byłam z siebie bardzo dumna i pomyślałam, że teraz rozmowa pójdzie gładko. W końcu kojarzyłam twarz, nie miałam pojęcia skąd, ale kojarzyłam! Zdziwiłam się tylko przez moment, dlaczego to taka sensacja. Popek, ładna kobieta, chyba dziennikarka, co w tym dziwnego, że tańczy?

Jak zapewne się domyślacie, rozmowa wcale nie poszła gładko, bo to nie ten Popek. Nie ta Popek, tylko właśnie ten Popek. Boszszsze. Zorientowałam się przy wytatuowanych tęczówkach.

Ćwiczę ten mój zmęczony umysł książką, krzyżówką, teleturniejem. No, niby stara się współpracować, ale wiem, że połową szarych komórek jest na tropikalnej wyspie.

 

Pierwsze bliskie spotkanie z ptactwem – zaliczone:

 

Przygoda 2. Biwak nad zalewem

Tak sobie pomyślałam, przy okazji poprzedniego wpisu, że co jakiś czas uraczę was przygodą z mojej burzliwej przeszłości. Fajnie będzie móc się z wami podzielić, a przy okazji poprzypominać sobie to i owo, spisać dla pamięci, bo z tą już coraz słabiej.

Nie wiem dlaczego, ale najpierw do głowy przyszedł mi biwak nad zalewem. Zalew ten sam, co w poprzednim wpisie, tylko miejscówka inna. No i byłam jeszcze młodsza – miałam 16 lat.

Niewiarygodne, co się ma w głowie w tym wieku. Chyba „tro – ci – ny”, jak powiedziałby Adolf z Akademii Pana Kleksa. Przecież gdyby któraś z moich córek miała mieć podobne przygody – dostałabym zawału serca, nie mówiąc już o tym, że w życiu nie puściłabym 16 latki na biwak nie wiadomo z kim! Cóż, moja mama była bardziej liberalna.

Będąc na wczasach z wujostwem poznałam dwie dziewczyny, siostry – Agę i Anię. Po, dosłownie, pięciu minutach rozmowy wymyśliłyśmy, że w przyszłym miesiącu wyjedziemy na biwak. No i pojechałyśmy. My trzy oraz czterech kolegów Agi. Wszyscy oni byli spoza mojego miasta, a raczej z jego obrzeży. Dziewczyny gnieździły się w dwuosobowym namiocie, a chłopcy… jeszcze bardziej gnieździli się w dwuosobowym namiocie. Wyjazd z kompletnie obcymi ludźmi, do kompletnie obcej dziczy był szczytem odwagi albo głupoty. Albo obu na raz.

Niewątpliwie łączyło nas parę rzeczy: plecaki, konserwy i totalny brak pieniędzy. Rozbiliśmy namioty obok siebie. Niby spędziliśmy kilka wieczorów integracyjnie, przy ognisku, ale właściwie to każda grupa miała swój własny świat – dziewczyny swój, a chłopcy swój. My mieliśmy swoje przygody, a chłopcy swoje, chociaż do końca nie wiem, czy można nazwać przygodą ich przednamiotową wegetację. Pierwszego dnia tylko snuliśmy się bez celu, leżeliśmy na trawie i żarliśmy, co mocno skurczyło nasze zapasy. Drugiego dnia została tylko jedna konserwa, którą ukryłyśmy przed chłopcami, i którą spożyłyśmy bezdźwięcznie w zaciszu namiotu. Trzeciego dnia nikt nie jadł nic. Czwartego dnia zaczęliśmy mieć halucynacje z głodu, biorąc rozrzuconą korę za kawałki kiełbasy. Piątego dnia wyciosałyśmy patyki, z postanowieniem złowienia na nie ryb… Czyli mózg też odmawiał nam posłuszeństwa.

Z wyciosanymi patykami ruszyłyśmy nad wodę i tam, w totalnej dziczy poznałyśmy Kosmitę. To znaczy ja go poznałam, bo siostry już go znały – mieszkały z nim po sąsiedzku. Kosmita był panem około pięćdziesiątki, ale co najważniejsze – konserwatorem w pobliskim ośrodku kolonijnym. Nie miałyśmy pojęcia, że tam był jakiś ośrodek! Zresztą tak ukryty w lesie, że gdyby nie Kosmita, w życiu byśmy go nie znalazły. Z okazałego, zabytkowego budynku interesowała nas tylko kuchnia. Panie kucharki nakarmiły nas i jeszcze zapakowały zapasy do domu, czyli do namiotu. Szóstego dnia wstałyśmy ochoczo i od razu ruszyłyśmy do ośrodka. Tam czekało na nas pyszne śniadanko, potem obiad, a potem kolacja. Siódmego dnia, chłopcy patrzyli na nas podejrzliwie, choć z lekkim obłędem w oczach. Głód ich wykańczał. Zlitowałyśmy się nad nimi i przywlokłyśmy z ośrodka wielki gar zupy ogórkowej. Postawiłyśmy go przed namiotem i usiadłyśmy nieopodal, w celu obserwacyjnym. Boże, cóż to był za widok! Chłopcy wyczołgali się z namiotu i zanurzyli w garze głowy. Wypili cały gar zupy, bez pomocy łyżki. Można?

Ósmego dnia zażądałyśmy od Kosmity kajaku i odpłynęliśmy daleko od brzegu. Aga, dziewczę dużych gabarytów, zaczęła trząść kajakiem dla zabawy. Finał był oczywiście taki, że znaleźliśmy się w wodzie, a kajak przewrócił się do góry dnem. Nie wiedziałam czy pozostali potrafią pływać, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Musiałam dopłynąć do brzegu i wezwać ewentualną pomoc. Wątpiłam, że mi się uda – byłam w ciężkich butach, dżinsach i bluzie. Dopływając, zobaczyłam bawiących się na brzegu chłopców, mniej więcej 10 letnich, najpewniej kolonistów. Po kilku metrach dostrzegłam, że grają w piłkę. Po kilku kolejnych zorientowałam się, że to nie piłka, tylko… ptak. Chyba mewa! Słuchajcie, tak się wkurzyłam, i dało mi to takiego Speeda, że momentalnie dotarłam do brzegu. Wylazłam z włosami pełnymi wodorostów, w tych ciężkich, ociekających wodą ciuchach, przez co moje ruchy wydawały mi się w zwolnionym tempie. Dopadłam gówniarzy, złapałam jednego i… to wystarczyło, żeby reszta rzuciła się do ucieczki. Musiałam przestraszyć ich wyglądem. Ptak był większy od mewy, to była rybitwa. Wtedy przypomniałam sobie o kajakowych rozbitkach, ale na szczęście jakoś udało im się odwrócić kajak i widziałam, że płyną cali i zdrowi. Choć nie na umyśle, na pewno.

Rybitwa przez 3 doby mieszkała z nami w namiocie. Opiekowałam się nią, karmiłam, poiłam… Udało mi się uchronić ją nawet przed wygłodniałym wzrokiem chłopców. Gdy odzyskała siły wypuściłam ją na wolność.

Koniec.

Teraz, oficjalnie przekazuję wam wakacyjny nastrój:

O pańci, która jeździła koleją, czyli pociąg do przygody

Na wstępie mojego listu… 😀

Zacznę od tego, że Wiktoria bardzo dziękuje za życzenia, trzymanie kciuków i tak dalej. W ogóle gdy jej o tym powiedziałam, była bardzo zaskoczona i prosiła żebym oficjalnie podziękowała w jej imieniu, co niniejszym czynię.

Skoro uprzejmości mamy już za sobą…

Ulegając namowom wielu blogowiczów, zdecydowałam się napisać o mojej przygodzie z prowadzeniem pociągu. Miałam o tym nie pisać, w dodatku nie wiem, czy powinnam. Jednak minęło już wiele lat i mam nadzieję, że po tym wpisie żaden mundurowy nie zapuka do mych drzwi. Chyba, że znowu w związku z sąsiadem.

Z wielu niesamowitych przygód mojego burzliwego życia, to właśnie ten pociąg budzi największe emocje. I nie jest to pociąg do używek. Jest to, a raczej był –  pociąg osobowy.

Noooo dobraaaaa.

Były wakacje. Razem z koleżanką (obie miałyśmy po 17 lat) spędzałyśmy tydzień pod namiotem nad pewnym zalewem. W dniu powrotu czekałyśmy na peronie na pociąg. Przyjechał, a jakże, oczywiście spóźniony. Moja koleżanka Gosia, nie oswoiła się jeszcze z bolesną prawdą, że pociągi spóźniają się zawsze i wszędzie. Przecież kilka lat temu obaliliśmy komunę i odtąd wszystko miało być lepsze. Nabuzowana negatywną energią, stwierdziła, że nawtyka maszyniście – ruszyłyśmy więc do pierwszych drzwi. Okazało się, że maszynistą był jej własny, prywatny wujek, dawno niewidziany cioteczny brat mamy. Nie dosyć, że nie płaciłyśmy za bilet, to jeszcze miałyśmy okazję podróżować przy, że tak powiem, kokpicie. Wujek Gosi był całkiem sympatyczny i ochoczo udzielił nam (na moją prośbę) instrukcji prowadzenia pociągu. Dlaczego uczynił to tak ochoczo, okazało się już wkrótce – wuj za kołnierz nie wylewał. Razem z dwoma kanarami lubili sobie golnąć po kilka maluchów, ale okazji do tego nie mieli. A tu – proszę – okazja trafiła się sama! Dwie napalone (na prowadzenie pociągu!) nastolatki. Wydało mi się to dziecinnie proste i opanowałam tę sztukę w kilka minut. Gośka ruszyła pierwsza, ale szybko jej się znudziło. Wtedy to ja przejęłam stery… Byłam zachwycona, czułam się jak w transie. Dojechałam szczęśliwie do dworca w naszym mieście i chciałam jechać dalej! Umówiłyśmy się z wujkiem na kontynuację tej fascynującej przygody przez następne dwa tygodnie.

To było niesamowite przeżycie! Dowiedziałam się ile wyciąga lokomotywa i na jakich trasach mogę to sprawdzić. Poznałam dwa pedały odpowiedzialne za „U-huuu”. To znaczy, jeden był odpowiedzialny za „U-huuu”, a drugi za „Uuuu –huuuuuuu”! Rewelacja! Dowiedziałam się, że gdy jakieś zwierzę wybiegnie na tory, mam użyć właśnie tych dźwięków, żeby je odstraszyć. W żadnym wypadku nie wolno mi hamować, bo droga hamowania pociągu jest bardzo długa. Przekonałam się o tym dość szybko.  Na tory wyskoczył jeleń i na nich stanął, wpatrzony w światła pociągu. Byłam przerażona, a jednocześnie zafascynowana. Wykorzystałam oba pedały, najpierw krótki, potem długi, ale bez rezultatu. Chociaż wiedziałam, że to nie ma sensu – zaczęłam hamować. Z późniejszej relacji wiem, że ludziom spadały na głowy walizki, ale dla mnie liczyło się tylko to, że jeleń w końcu się ogarnął i czmychnął w ostatniej chwili. Drugim moim „przewinieniem” była źle obliczona odległość do stacji. Za szybko zwolniłam, wyhamowałam i… zatrzymałam się kilka metrów przed… W sumie luzik, bo nic nikomu się nie stało. Pasażerowie po prostu poskakali sobie po torach w drodze do platformy. Trzecim grzechem było otwarcie drzwi ze złej strony, ale szybko się zreflektowałam, więc nikt nie zdążył wysiąść.

Poza tym byłam świetnym maszynistą. Aż za dobrym, niestety. Mój pociąg zawsze przybywał na czas, co wzbudziło zainteresowanie służb wyższej instancji. Wiedziałam, że mijając budkę dróżnika muszę się schować, i tak też czyniłam. Nie wiem, czy ktoś w końcu zauważył, że pociąg prowadzi nastolatka, czy natknął się na podpitego wujka, czy też przyczyniły się do tego przyjazdy o czasie. Możliwe, że wszystkie trzy rzeczy na raz. W każdym razie wujka zwolniono dyscyplinarnie i moja piękna przygoda dobiegła końca. Kurtyna.

Oczywiście myśląc o tym teraz, nie mogę uwierzyć jak skrajną nieodpowiedzialnością było powierzenie walniętej nastolatce życia niewinnych pasażerów. Czy wiedząc to wtedy, zrobiłabym to znowu? No jasne!

Lata później poznałam mojego przyszłego (byłego obecnie) męża. Zwykł on zachwalać Technikum Kolejowe, które ukończył. Zapytałam go czy kiedykolwiek prowadził pociąg osobowy. Popukał się w czoło, stwierdzając, że to niemożliwe, że do tego przecież potrzeba lat praktyki i to, i jeszcze tamto… Uświadomiłam mu, że życie nie musi być schematyczne, że wystarczy odrobina szczęścia, zbieg okoliczności, przypadek. Nie miał pojęcia o czym mówię.

Pułapki umysłu

Wieczorną sielankę przy zmywaniu naczyń, przerwał mi jakiś hałas zza okna. Zakręciłam wodę, przybliżyłam łeb do szyby i dojrzałam puszczanie zajączków. Intensywne składanie myśli do kupy zaowocowało podejrzeniem, że są to sygnały świetlne wysyłane z latarek. Jeszcze większe skupienie przyniosło pewność, że oto właśnie okradany jest garaż. Nasz garaż. Może niezupełnie nasz, bo z sąsiadem do spółki. Szlag mnie trafił. Po cichutku wyszłam przed dom i stanęłam za żywopłotem, przeklinając tych, co go dwa dni wcześniej ostrzygli do wysokości mojej szyi. W związku z tym, musiałam przemieszczać się na ugiętych kolanach jak paralityk.

Ich troje; dwóch facetów i kobieta. Usiłowałam przysunąć głowę jak najbliżej krzaków, nie zapominając jednak o pajęczynach, a przede wszystkim o  ich twórcach. Mój umysł zaczął nagle działać w przyspieszonym trybie, aż byłam z niego dumna. Potrafiłam w międzyczasie dokonać trzeźwej analizy zawartości garażu. Wyszło mi, że na składzie mamy stare fotele, karton pościeli, karton zabawek, kable, rurki i parasol. Zdziwiłam się, że w ogóle można ukraść którąś z tych rzeczy. Z drugiej strony – kradzież większości byłaby nam nawet na rękę. Przypomniał mi się TV show „Wojny magazynowe” i wyobraziłam sobie, że wśród rabusiów jest prowadzący i pilnuje żeby nie zobaczyli za dużo i polegali tylko na słabym światełku latarek.

Rabusie coś tam mówili półgłosem. Przykucałam bliżej, wysuwając i chowając głowę za krzakiem. Wyłapałam: „super”, „rama” i „opony”. No jasne! Rower Oliwii! Jedyna cenna rzecz w tym garażu… Zbulwersowało mnie to wystarczająco żeby wychylić głowę zza krzaka. Wyprostowałam się więc, stanęłam i… tak stałam.

Ponieważ mocno ograniczyłam palenie, no i nie ma już z nami Pana Roniowego – nic nie usprawiedliwiało mojego tam sterczenia.

Tymczasem rabusie poczynali sobie coraz śmielej i zaczęli po kolei wyciągać jakieś pudła. Jeśli nawet odnotowali moją obecność, bynajmniej ich to nie powstrzymało. Ich bezczelność zbiła mnie z tropu i zupełnie nie wiedziałam co robić.

No i co? No i nic. Postałam jeszcze chwilę i wróciłam do domu.

Policzywszy garaże od lewej, odkryłam, że to nie nasz…

 

Moja psychika ostatnio jest, delikatnie rzecz ujmując, w nie najlepszej kondycji. W dodatku szaleją mi hormony, niczym przewrażliwionej nastolatce. Zaczęło się od karmienia Tamalugi. Otóż pora jej obiadu wypada ostatnio o godzinie szesnastej.

W jednej ręce trzymam talerz, w drugiej sztuciec, trzecią podtrzymuję śliniak, czwartą przytrzymuję Tamalugę. Dość mocno ogranicza to ruchy piątej ręki na pilocie – maksymalnie do sześciu kanałów – a w czasie tego karkołomnego zajęcia, chciałabym na czymś oko zawiesić. Do wyboru mam wówczas: polski serial, „Familiadę”, „Szkołę”/”szpital”/”nagą prawdę” czy inną „trudną historię” i meksykańską telenowelę. Zostaję przy tej ostatniej. Pierwsze osiem odcinków (puszczają po dwa) oglądałam bezgłosowo. Dziewiąty zaintrygował mnie nieco, zwłaszcza, że zaczęłam rozróżniać postaci i mniej więcej rozeznawać się w bezdźwięcznej fabule(!) Podkręciłam głos, jak mniemam w dość istotnym momencie:

– Ja też. Ja też kocham cię, Juanie Miquelu. Z całego serca, z całej duszy… „Con todo mi Alma, con todo mi corazon” powiedziałam razem z bohaterką, przypominając sobie lekcje hiszpańskiego sprzed 13 lat. Nawet nie wiedziałam, że jeszcze coś pamiętam. Tamaluga przyjrzała mi się podejrzliwie, potem spojrzała na ekran, potem znowu na mnie i uśmiechnęła się niczym „Pan Rezyser” z „Misia”, stwierdzając, że zaraz odwiozą go do Tworek. Ale co na to Juan Miquel?

– Jesteś miłością mojego życia – stwierdził.

Siedziałam wpatrzona, nie rozumiejąc dlaczego tych dwoje nie może być razem i dlaczego polski lektor czyta to tak beznamiętnie. Skupiłam się przez chwilę na tym lektorze właśnie i dostałam takiej głupawki, że się posmarkałam. To był bardzo oczyszczający śmiech, i choć doprowadził do czkawki, uznałam, że wszystko ze mną w porządku. A jednak, uświadomiwszy sobie idiotyzm serialu, nie mogłam się od niego oderwać. Nie zauważyłam, że Tamaluga, kilka minut temu przejęła kontrolę nad sztućcem i talerzem, i wpierniczyła sama 10 procent obiadu. Pozostałe 90 znajdowało się na niej, na mnie, na stole i na podłodze. Nic mnie nie usprawiedliwia, bo w końcu piąta ręka nareszcie była wolna. Cztery inne też, gdyż Tamaluga właśnie porwała sztuciec i talerz i w żwawych podskokach kierowała się do kuchni.

Stwierdziłam, że TV4 działa podprogowo i w porozumieniu z Chajzerem stosują jakąś hipnozę.

Do pokoju zajrzała Oliwia: „Co oglądasz, mamcia?”

Och, dziecko moje ukochane, moje światełko w tunelu…

„Chodź, kochanie, siadaj tu szybciutko. Fajny serial leci. Mamusia ci szybciutko streści fabułkę…” No i już nie byłam sama z moją psychozą, już nie sama…

 

Dobra, powiem to oficjalnie: nie wierzę, że wolne niedziele spływają po wszystkich jak po kaczce. Mnie osobiście doprowadzają do szału, głównie z tego powodu, że nigdy nie wiem kiedy przypadają . W mojej sytuacji, czyli planowania na zapas trzech różnych obiadów, to naprawdę spory problem. Teraz to ja mam nawet obawy, że w długi weekend pozamykają wszystko na cztery spusty i na cały tydzień.

W każdym razie my na pewno spędzimy przynajmniej jeden dzień nad morzem. Mieliśmy jechać we czwórkę, bo Wika „się uczy do matury”.

Na szczęście (również dzięki komentarzowi Roksanny) udało mi się postawić na swoim i przekonać ją do jednego dnia odpoczynku. Ja już się tak nakręciłam, że nawet pogoda nie ma dla mnie znaczenia. A jeśli, tak jak zapowiadają, będzie deszcz to… zawsze można na niego zwalić (proszę wysłuchać do końcaJ bo to zajebiste jest)

 

 

 

 

 

 

 

O wystąpieniu i podwórkowych deklaracjach

Iza pochwaliła się Apostazją. Okazało się, że podobnie jak Tradycja – nie jest to dziewczynka i być nią nie może. Iza wypisała się z kościoła katolickiego. Nawet nie wiedziałam, że tak można. Na usta cisnęło mi się wiele mądrych pytań, z których najbardziej oczywistym byłoby „dlaczego?”. Jednak ze znaną sobie ignorancją wszystkiego, co mądre, zapytałam „Jak było?” Stwierdziła, że łatwiej jest wypisać się z Fejsbuka, co daje do myślenia. Ksiądz skierował Izabelę do psychiatry i polecił, aby jeszcze raz przemyślała ten nierozważny krok. Właściwie to napisał jej to na kartce. No, proszę! A ja do rodzinnego po skierowanie to i dwa tygodnie czekam!

Ja to sobie nawet wyguglałam ten temat i wyskoczyła mi oficjalna strona pod tytułem Apostazja.info, czyli poradnik dla początkujących. Niezależnie od moich osobistych poglądów, zaczytałam się w barwnych opowieściach komentujących, kręcąc głową z niedowierzaniem. Właściwie to wszystko zależy od księdza – czasami akceptuje, dziękuję, do widzenia (bo już nie „z Bogiem”, przecież). Ale są tacy, którym pisemny akt woli nie wystarczy, a nawet tacy, co to małżonkę „występującego” od głupich wyzywają. Strona radzi, krok po kroku, jak postępować i czego unikać, żeby zminimalizować ryzyko wałkowania tematu, poprzez słowną polemikę, która do niczego nie prowadzi. Podają też przykłady wniosków, a niektóre niczym list motywacyjny (…)”Ateista z wieloletnim stażem”(…) Najbardziej rozwalił mnie komentarz, że ksiądz nie powinien się złościć na delikwenta, tylko zaproponować jakiś pakiet lojalnościowy, ewentualnie zmienić taryfę. Można?

 

– Napompuje mi pan piłkę? – pyta Tomka pięcioletni syn sąsiadki.

– Przecież wczoraj ci napompowałem.

– No, taaaak, ale znowu się sflaczyła.

Matka chłopca macha ręką: – Niech pan go nie słucha. On dał piłkę psu i jest przebita.

Dzieciak, wkurzony w obliczu takiej zdrady, kombinuje, kombinuje i wreszcie zmienia taktykę:

– Pan napompuje, cena nie gra roli.

A potem: – Tamaluga też się pobawi, a zresztą wszystko zostanie w rodzinie jak się kiedyś z nią ożenię.

Tamaluga chyba wyczuwa intuicyjnie, że temat jej nieprzychylny, bo z krzykiem „Nie, nie, m – m !” wraca do bramy trzaskając drzwiami. To tyle w temacie rezolutności małych chłopców, którzy szybko dorastają. Dzieciak jest pół Włochem – może oni tak mają? Tamaluga za nim nie przepada, od czasu gdy przekroczył jej barierę, przytulając jawnie i na forum i namawiając do złego, czyli wyjścia poza teren podwórka. Liczyliśmy się z tym, że kiedyś trzeba będzie Tamalugę chronić przed adoratorami, przy czym kluczowym słówkiem jest „kiedyś”.

 

Krzysiek pożyczył od nas odkurzacz. Ha! Po raz pierwszy nie było na odwrót. Przyniósł go po godzinie, a minę miał nietęgą.

– Bo, wiesz co, bo on tak mocno się przyssał i jak próbowałem oderwać, to…

– No, co, Krzysiu? Co się stało, gdy próbowałeś oderwać?

– No, to! – Krzyś dramatycznym ruchem pokazał dłonie, schowane dotąd za plecami. W jednej miał rurkę, w drugiej szczotkę. Jak mu się to udało – nie mam pojęcia. Tomek kilka razy próbował ściągnąć i dupa. A ten tu, podczas rutynowego odkurzania.

– Prawda jest taka, że ja nawet siły nie użyłem…

– Prawda jest taka, Krzysiu, że zjebałeś nam odkurzacz. I co teraz? Utrzymywałam z nim kontakt wzrokowy w komplecie z poker face, bo w środku wyłam ze śmiechu. Wtedy właśnie wszedł Tomek. Szybko ocenił sytuację i wczuł się w swoją rolę:

– Cholera, Krzysiek, coś ty narobił?! Gdzie ja teraz taką piękną rurę dostanę?! „Piękna rura” w odniesieniu do naszego szrota powinna już dać Krzysiowi do myślenia.

– No, ja wam zapłacę, oczywiście, za tę rurę…

– A ile nam, Krzysiu, zapłacisz – zainteresował się Tomek.

– No, nie wiem, ze 3 dychy?

– Chyba euro! Zresztą i tak za mało. On miał dla nas wartość sentymentalną, nie wspominając, że to właściwie antyk. Czy ty wiesz, kto nim odkurzał?!

Krzysiu nie wiedział.

– Nasi dziadowie, rodzice…

Krzysiowi było przykro. Przez ułamek sekundy. Potem załapał i tak się śmiał, że musieliśmy mu pomóc trafić do drzwi.

 

My już jesteśmy spakowani. Tylko podręczny bagaż w niewielkiej walizeczce. W każdej chwili mogą nas zabierać do psychiatryka. Chyba, że ktoś przyspieszy termin matur, zanim do końca oszalejemy. Oczywiście, chcę żeby zdała i oczywiście trzymam za nią kciuki, ale jak jej wytłumaczyć, że oblana matura to nie koniec świata? Ja swojej na pewno tak nie przeżywałam, i w związku z tym – zdałam. Pewnie też w związku z tym moje oceny były, jakie były, ale tego jej nie powiem.

 

Zakończę dialogiem z Detektywa Monka, który przypomina mi nasze, rodzime realia:

– Trzymam bombę! Wezwijcie pirotechników!

– Nie mamy. Są zabudżetowani na przyszły rok.

– Nie możemy tak długo czekać.

Ballada o Karolku i inne dziwne rzeczy

Jej wysokość nowa sąsiadka wyprawiła dwie rzeczy: męża z synem w siną dal, a następnie królewską biesiadę. Biesiada była taka, że Oliwia nie mogła zasnąć, chociaż dzielą nas trzy kondygnacje i dwa różne skrzydła budynku. Wyobrażam sobie jak głośno było u innych sąsiadów na górze. Dziwię się, że nikt nie zainterweniował. Najwidoczniej królewski majestat budzi respekt w zwykłych śmiertelnikach.

Karolek popalając nerwowo papierosa, przebierał w miejscu nogami, ale nikt go o nic nie zapytał. Westchnął więc teatralnie, raz i drugi, postukał czubkami butów – nic. Wiedzieliśmy, że coś jest na rzeczy. Tak samo zachowywał się gdy dostał spadek i zamienił mieszkanie w niebieskim bloku na dom. Nieważne, że remont przerósł jego wartość (domu, nie Karolka, chociaż…) i że tak naprawdę nigdy się nie skończył (remont, nie Karolek, chociaż…). Dom to dom. Nie ma co dyskutować, zwłaszcza z Karolkiem.

W końcu nie wytrzymał.

– Słuchajcie, jadę na licytację!

– Domu? – zapytał Michałek z sarkazmem.

– Lepiej – stwierdził Karolek, i tu zniżył głos do szeptu. – Mam dzieło sztuki.

Karolek, który w remoncie dobrnął wreszcie do strychu, natrafił na obraz. Podobno rzeczoznawca wycenił go na kilka tysięcy, więc Karolek nie zwlekając ani chwili, bo on nie z tych, co zwlekają (zwłaszcza, gdy się rozchodzi o kilka tysięcy), uruchomił niezbędne procedury.

– Chcecie zerknąć?

W sumie to nawet chcieliśmy, czemu nie.

We czworo nachyliliśmy się nad bagażnikiem starego opla.

– Tylko bez dotykania! I nie oślińcie go z wrażenia! – poinstruował nas Karolek, po czym powoli i delikatnie zaczął odwijać koc. Przez chwilę pomyślałam, że to może zwłoki i w razie czego nie chcę być świadkiem. Gabarytowo nawet podobne, ale okazało się, że obraz był dodatkowo owinięty pierdyliardem metrów folii.

– No, i co wy na to? – Karolek był podniecony do granic możliwości. – Widzieliście coś piękniejszego?

Cóż… Obraz jak obraz. Olejny. Duży. Właściwie trudno było wyczaić, co przedstawiał. W Karolkowej, chorej już poniekąd wizji, był to „Kiermasz. Scena zbiorowa.” No dobra, na upartego można się było dopatrzeć zarysu straganów, ale kto za nimi siedział i czym kupczył, to już ni cholery.

– Co to jest? – spytała uprzejmie Jadzia, która w ogóle chyba miała wadę minus cztery. – Bo takie rozmazane…

– Rozmazane, bo to dzieło sztuki jest! Z osiemnastego wieku! Wypłowiało ze starości, chyba miało prawo, co?! – naskoczył na nią Karolek, aż się biedaczka wcisnęła głębiej w kołnierz.

– Gówno wy się znacie – stwierdził szczęśliwy posiadacz. – Po co ja wam to pokazuję, to jak by perły przed wieprze rzucić…

– No wiesz?! – oburzył się retorycznie Kazik.

Mnie z kolei, perły i wieprze przypomniały panią profesor ze studiów, która w stosunku do naszej grupy używała tego powiedzenia nader często.

Karolek był zdegustowany naszym brakiem entuzjazmu, smaku i w ogóle wiedzy jako takiej. Zawinął obraz z powrotem, wsiadł do opla – super – bryki i tyle go widzieli(śmy).

Oczy trojga sąsiadów spoczęły na mnie, jako na tej, co to się najbardziej na sztuce orientuje.

– Chyba Włochy, ale najdalej początek dziewiętnastego – oznajmiłam. Pokiwali w milczeniu głowami.

W sumie zapomniałabym o całej sprawie, gdyby nie zbieg okoliczności. Firma licytująca, a zarazem antykwariat jest prowadzony przez moją znajomą. Wpadłam na nią któregoś dnia, na ulicy i poszłyśmy na kawę, gdzie delikatnie podpytałam o Karolkową zdobycz. Znajoma rozejrzała się nerwowo po sali i szeptem oznajmiła, że obraz był kradziony, a Karolek ma szczęście, że nie trafił za kraty. Taka sytuacja. Skądinąd dramatyczna, ale muszę przyznać, że chichotałam jeszcze długo po wyjściu z kawiarni. Chichotałam właściwie do samego domu, co musiało wyglądać osobliwie. Cóż poradzić, dawno nic mnie tak nie rozbawiło. Oczywiście swoim odkryciem nie podzieliłam się z sąsiadami, bo zrobiło mi się Karolka po prostu szkoda. Jak by nie wytarł butów, i tak zawsze wlezie w gówno. Gdyby jeszcze miał przy tym odrobinę pokory, mógłby być z niego całkiem miły facet.

 

Tamaluga sprawia, że moje wysiłki włożone w ogarnięcie chaty tracą sens. Myślę, że ona tylko czeka za moimi plecami, żeby wysypać wszystko, co właśnie pozbierałam. A tak się cieszyłam, że nauczyłam ją sprzątać, i że zbieramy wspólnie. Tylko, że dla niej zbieranie samo w sobie nie ma sensu, jeśli się tego znowu nie wysypie. Dałam też sobie spokój z kupowaniem nowej kanapy, jeśli ma podzielić los obecnej, czyli wydzieranie, prucie i wgniatanie czekolady (tak, czekolady, na szczęście – wąchałam). Niestety nie mogę kupić nowych ścian. Mogę je tylko rozłupać kilofem.

Jedynym miejscem, w którym można ją ujarzmić to namiot. Może być z dwóch krzeseł i koca. Skubana potrafi tam przesiedzieć kilkanaście minut, pod warunkiem, że ja siedzę obok. Wierzcie lub nie, ale spędziłam tak ostatnio pół godziny, wypacając niczym podniecony odyniec, ten cholerny rządek czekolady.

W ramach działań nad moim dzieckiem, nieco bardziej produktywnych, postanowiłam, że puszczę jej pierwszy sezon „Sranger Things”. Przynajmniej nauczy się literek…

Royal post

Zgnuśniałam przez zasiedzenie. Nie tylko z powodu minionej pory roku, ale też z powodu wieku i zgnuśnienia ogólnego, a także z faktu zgnuśnienia przez zasiedzenie większości moich koleżanek. U niektórych to już się chyba odleżyny porobiły. Takie odleżyny jak na paluszkach Saltletts, o których się zapomniało, i które się zostawiło otwarte w samochodzie na 3 dni, a potem wyprawiło długi i pełen żalu pogrzeb, rozkruszając je w ptasim karmniku (uprzednio wyżarłszy sól).

No i tak w sumie to zaczyna mi się chcieć. Gdzieś wyjść, coś porobić, coś przedsięwziąć. Wstępnie dopisałam się do listy gości na ślub Harry’ego i tej, no tej jego narzeczonej. Co prawda nie jestem weteranem wojennym, nie pamiętam też abym w jakiś znaczący sposób przysłużyła się swojemu państwu. Chyba że trojgiem dzieci. Pijam za to brytyjską herbatę. Trudno mnie również określić mianem „młodego człowieka, który wykazał się przywództwem”. Trudno mnie w ogóle określić mianem „młodego człowieka”, chociaż podobno wszystko jest względne (do was też starsze panie zwracają się per „dziecko”?) Podsumowując – skoro książęca para nie zaprasza polityków, za to wszystkich innych, to i ja mam szansę. W związku z tym, że można przyjść z osobą towarzyszącą, zapytałam Tomasza czy czuje już radosne podniecenie. Nie czuł.

Może ktoś z was reflektuje?

Tak naprawdę to nie jest dla mnie wyjątkowe wydarzenie. Królowe i królów to ja spotykam, że tak powiem, dzień w dzień. Jedna królowa wprowadziła się ostatnio do mojego bloku, ale nie rozpowiadam o tym, bo by się tłumy zjechały. W ogóle to jestem zdziwiona, że nie było jeszcze, przynajmniej lokalnej TV. Królowa pewnie też jest zdziwiona. Wyraźnie na nią czekała, siedząc sobie na walizce i odgradzając się od słońca parasolką. Jej mąż(?) i syn(?) zapierniczali z wywieszonymi językami góra – dół, góra – dół, a królowa nie wniosła nawet kwiatka w doniczce. Rzucała tylko pogardliwe spojrzenia, aż w końcu przemówiła, a wszyscy znieruchomieli. Opieprzyła swoich poddanych, że strasznie wolno im to idzie, a przecież mają jeszcze ją zawieść do kosmetyczki.

Król występuje incognito, a nawet In blanco. Zszedł pomiędzy lud prosty, aby sprawdzić jak sobie radzi. Przywdział przeciętne ciuchy, wmieszał w pospólstwo, i dla niepoznaki, zatrudnił w Tesco. Z obliczem nie wyrażającym absolutnie niczego, zasiadł w kasie. Wypielęgnowaną dłonią, uzbrojoną w dwa sygnety, przetacza nad czytnikiem towar, ruchem posuwisto flegmatycznym. Cała jego sylwetka mówi, krzyczy, drze się, że jest w kompletnie niewłaściwym miejscu, o kompletnie niewłaściwym czasie, bo powinna teraz wygrzewać się na królewskim jachcie. Król odlicza godziny do końca tej Teskowej katorgi, by wreszcie móc wrócić do domu, gdzie poddana przyniesie mu kapcie, piwko, gazetkę, a on majestatycznie zasiądzie na jedynym miejscu, które mu się, cholera, należy. Na tronie.

Sami rozumiecie, że w obliczu takiego majestatu dookoła, książęta brytyjscy nie robią na mnie wrażenia. Zobaczyć króla plemienia Kawahiva to byłoby coś! Prawdopodobnie on nie widział nawet sam siebie. W ogóle wyobrażacie sobie, że są jeszcze plemiona całkowicie odizolowane od świata zewnętrznego? Czasami tak sobie o tym myślę, ale nie za długo, bo ostatnio szybko się męczę przy tej czynności. No, ale gdy już tak o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że może to całkiem fajne jest. Żyją w swoich skupiskach, z dala od cywilizacji, polują bez kolejek, komunikują się bez smartfonów. Szczęśliwi są. Cywilizowanie takich ludków na siłę jakoś nie kojarzy mi się z ich dobrem, raczej z naszym egoizmem. Co ciekawe, wiele plemion ma swojego króla. Może to oznaczać, że konieczność uformowania jakiegoś ustroju politycznego jest wryta w nasze geny, a monarchia okazuje się jedyną słuszną formą rządów.

A może nie?

(Gwiezdne wojny, Atak klonów.) Padme: „To byłaby dyktatura”. Anakin: „Jeśli coś się sprawdza…”

Ciekawe co na to Machiavelli.

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze wywody, przypominając, że król jest tylko jeden: