Grypa, remont i babcia z dobrym widokiem

Dopadło mnie coś grypopodobnego. Mam dreszcze z zimna i pocę się z gorąca, nie mając nawet podwyższonej temperatury. Bez sensu. Ale ja nigdy nie mam gorączki. Boli mnie tyle mięśni i kości, ile tylko w sobie mam (albo i więcej :D) Najbardziej wkurza mnie totalne osłabienie. Może nie jestem typem sportowca, ale zdecydowanie jestem człowiekiem czynu i każde wykluczenie z codziennych aktywności to dla mnie coś strasznego. Tymczasem dzbanek z wodą muszę podnosić dwiema rękami, że o podniesieniu Tamalugi nie wspomnę. Przykro mi, że nie mogę jej czytać wieczorami, bo męczy mnie nawet branie oddechu po każdym zdaniu. Mam też tak gigantyczny katar, że dziś rano wysmarkałam kolczyk z nosa. Poleciał niczym strzała na pół metra. Jestem przekonana, że pokonałby dłuższą trasę, gdyby łazienka była większa. A tak, odbił się od ściany i potoczył dźwięcznie po podłodze. Na popołudnie zapowiedziałam akcję przesuwania pralki.

Do tego wszystkiego dochodzi remont pokoju Oliwii, na który zdecydowaliśmy się (no, dobrze: ja się zdecydowałam, bo Tomasz tylko przeklinał), spontanicznie i na już, bo dziewczę wraca za tydzień… Stwierdziliśmy, że uda nam się wymienić tylko tapety, ale i tak przenoszenie wszystkich mebli i innych gratów, a zwłaszcza przesunięcie dwumetrowej szafy wyprało z nas wszelkie moce. A jeszcze wtedy nie byłam chora. Dzisiaj nie byłabym nawet w stanie zarzucić folii na tę szafę.

Tamaluga dzielnie się mną opiekuje i jest poważnie zaniepokojona. Nic dziwnego: mama nigdy nie jest chora, a bez mamy wszystko się wali. Gdyby tylko mogła bawić się trochę ciszej i tak nie piszczeć i nie szaleć z psem ślizgającym się po panelach w tę, i z powrotem, w tę, i z powrotem. Dzisiaj Axel, gdy myślał, że nikt nie patrzy, wyciągnął jej z półki kilka książek „Kicia Kocia”, i jedną po drugiej zaniósł do swojego posłania w kuchni. Tomek się zorientował, że pies coś jest za cicho i coś za szybko przemieszcza się między kuchnią a pokojem.

Co jeszcze z rzeczy bieżących? Dzień Babci i Dziadka w przedszkolu. Tym razem moja mama nie musiała zadowolić się filmikiem. Połączyłam się z nią na kamerce przez Whatsapp i mogła zobaczyć cały występ na żywo. Specjalnie wstała wcześniej, bo u niej była 7 rano. „Przepraszam, przepraszam, niosę babcię!” wołałam, przedzierając się z telefonem przez tłum seniorów. W końcu znaleźliśmy w miarę dobrą miejscówkę i Tomasz przez cały występ, niestrudzenie trzymał babcię w górze, żeby mogła wszystko dokładnie zobaczyć. Na pewno zdrętwiały mu ręce, ale nie dał tego po sobie poznać. W każdym razie niesamowite emocje babci i Tamalugi. Niewyobrażalne. Uwielbiam współczesną technologię. Gdyby ktoś 20 lat temu powiedział mi, że coś takiego będzie w ogóle możliwe, to bym go wyśmiała.

Na koniec pragnę gorąco podziękować wszystkim, którzy wzięli udział w moim porąbanym quizie świątecznym. Wasze nicki spisałam na kartce, wycięłam i dałam Tamaludze do losowania. Musiałam je odwrócić napisami do dołu, gdyż dziecię me umie już czytać. 😀 Tamaluga dokonała wyboru, zatem ktoś z Was, w najbliższych dniach może spodziewać się albo meila z zapytaniem o adres, albo już samej paczki, jeśli adres jest mi znany. Gratuluję i mam nadzieję, że Ten Ktoś podzieli się radosną nowiną, gdy paczka już dojdzie.

Jak rozmawiać trzeba z psem

Kiedyś, kiedyś, dawno temu obejrzałam film „Zaklinacz koni”. Film sam w sobie wydał mi się nudny, ale byłam dzieckiem, więc i Robert Redford nie zrobił na mnie wrażenia. Jednak film ten pozostał w mojej pamięci z jednego powodu. Byłam absolutnie zafascynowana więzią, jaką człowiek może zawiązać ze zwierzęciem. Marzyłam, że kiedyś mi się to przytrafi, a że do szaleństwa uwielbiałam psy…

Człowieka i psa może połączyć niezwykła, wręcz niewytłumaczalna więź. Taką więź czułam z moim poprzednim psem, Panem Roniowym. Wyczuwaliśmy intuicyjnie swoje potrzeby, był między nami jakiś rodzaj telepatii, który nie raz wprawiał mnie w osłupienie. Niemal jak w Avatarze. Mam nadzieję, że podobną więź nawiążę z Axlem. Może kiedyś więcej o tym napiszę, ale nie dzisiaj, bo ja dzisiaj zasadniczo, nie o tym.

Cesar Milan to postać znana chyba większości miłośników psów. Można go lubić, albo nie, można się z nim zgadzać, albo nie, jednak trzeba przyznać, że jego metody działają. Ja osobiście go uwielbiam, ale rozumiem, że nie każdy musi. Zauważyłam jednak, że niepochlebne komentarze na jego temat pochodzą często od sfrustrowanych behawiorystów, którzy stosują zupełnie inne metody, i którym to nie wychodzi.

Psi behawiorysta – dla niewtajemniczonych – to taki psi psycholog. Jeśli jednak wyguglujemy to słowo, wyświetli się podstawowa reguła jego pracy. „Psi behawiorysta ma za zadanie dopasować do potrzeb psa metody swojej pracy i jej kierunek, a nie odwrotnie”. Tyle teorii, a jak to wygląda w praktyce? Niestety, żenująco.

Z psim behawiorystą jest tak, jak z każdym innym zawodem. Albo ma się do tego serce i powołanie, albo poszło się na studia z braku innych opcji. Właściciele psów często oczekują cudu, a w praniu okazuje się, że jest jak jest. Zetknęłam się z kilkoma behawiorystami i uważam, że ich metody pozostawiają wiele do życzenia. Mało tego, ten kierunek studiów cały czas się zmienia i, niestety, nie są to zmiany na lepsze. Ostatnio zapanowała nowa moda na wychowanie czworonoga w myśl zasady „Pies może wszystko”.

Żeby Wam to jakoś zobrazować, pokuszę się o porównanie psów do dzieci i metodę Montessori z różnymi jej wariacjami. Sama idea nie jest zła, ale we wszystkim warto znaleźć złoty środek. Pomysł, żeby starsze dziecko uczyło się rzeczy, które są bliskie jego pasjom, jest dobry. Samorozwój i samodzielność też jest w porządku. Moje wątpliwości budzi, na przykład metoda żywienia. Już kilkumiesięczne dziecko musi samo zdecydować, co chce zjeść. Wybiera na zasadzie koloru i faktury, a więc kieruje się wzrokiem i dotykiem. Kolorowe chrupki z łatwością pokonają warzywa, a przecież nie o to się rozchodzi. Dziecko samodzielnie decydujące o sobie i swoich potrzebach wcale nie jest szczęśliwsze. Zwłaszcza tak małe dziecko, które nie potrafi dokonać właściwego wyboru. To rodzice pokazują mu świat, kształtując, między innymi dobre  nawyki żywieniowe. Maluch musi mieć wyznaczane granice, musi mieć w rodzicach autorytet. Jeśli tego zabraknie, dziecko straci poczucie stabilności i bezpieczeństwa.

No to teraz, wracając do psów. Podobne metody wychowawcze stają się najnowszym trendem w naukach behawiorystycznych. Czytam, słucham i uwierzyć nie mogę. Według nich, pies nami rządzi. Ma prawo mieć swoje terytorium, do którego – jeśli dom jest duży – nie wchodzimy. Bo to JEGO terytorium. Szanujemy jego przestrzeń, a gdy pies je musimy zachować ostrożność i nie podchodzić do miski. Bo to JEGO miska i JEGO jedzenie. Na spacerach musimy kierować się w stronę, którą wybrał pies, bo to JEGO kierunek… W życiu nie słyszałam większych bzdur. Dom jest NASZ. MISKA jest nasza. POKARM takoż. Spacery też muszą być przez NAS kontrolowane. Wyobrażacie sobie sytuację, gdy nadchodzi pora kolacji, ale nie możecie wejść do kuchni bo tę zajął pies i warczeniem was wyprasza? No właśnie. Chore. Przestrzeń, którą dzielimy z psem musi opierać się na obustronnym szacunku, ale pies jest psem. On też, tak jak dziecko potrzebuje wyznaczenia granic, potrzebuje przywódcy stada, w przeciwnym razie jest nieszczęśliwy, pobudzony, może stać się agresywny, może demolować dom i tak dalej. Znając swoje miejsce w stadzie, w rodzinie, czuje się bezpiecznie.

Cesar Milan to wie, ma niesamowitą więź z psami, czego mu zazdroszczę. Nie boi się agresywnych psów, a trudne przypadki są dla niego wyzwaniem. On się w tym odnajduje, psy wypełniają całe jego życie, i tego też mu zazdroszczę. Jest celebrytą, ma swój program, zarabia na tym, ok. Niektórych to kuje w oczy, ale według mnie na wszystko sobie zasłużył. Sceptyków odsyłam do zagłębienia się w jego biografię, żeby dowiedzieli się jaki był początek. Jak uciekając z Meksyku, spędzał straszne noce na pustyni, otoczony dzikimi psami dingo.

Nasz Axel właśnie skończył 10 miesięcy. Na początku, gdy do nas trafił, wyguglowałam sobie, jak nauczyć psa dawać łapę. Wyskoczyło mi mnóstwo filmików nagranych przez „behawiorystów”. Wszystkie były do siebie podobne, niemal każdy obejmował 2 tygodnie tresury. Przez pierwsze dni wydawano komendę, dając psu ciasteczko. Pod koniec drugiego tygodnia – pies dawał łapę. Po obejrzeniu chyba z pięciu, zawołałam Axla. Uniosłam jego prawą łapę mówiąc „daj łapę”, po czym dostał ciasteczko. Powtórzyłam to dwukrotnie. Nauka dawania łapy zajęła mi 50 sekund. Podanie drugiej łapy – 10 kolejnych. Po trzech minutach kładł się, dawał głos, turlał. No cóż, widzę tu trzy możliwości. Albo mój pies jest genialny, albo ja jestem genialna, albo te filmiki można o kant dupy rozbić. Skłaniam się ku trzeciej opcji (z uwzględnieniem dwóch pierwszych :D)

Fan Cesara Milana 🙂

(Zwróćcie uwagę na podwiniętą łapę. Zawsze tak robi 😀 )

Mała świnka, duże święta

Z uwagi na kompletny brak zaufania do banków, postawiłam na świnkę. Chciałam tym samym, dodać też element humorystyczny do naszych oszczędności, a raczej go podkreślić. Bo do naszych oszczędności trzeba naprawdę podchodzić z dużą dawką humoru. Świnia, jaka jest, niby każdy widzi, a jednak nie każdy. Ja nie widziałam. No i mam nauczkę, żeby nie sugerować się fotką, ino przeczytać opis. Oto moja świnka skarbonka. Dla jasności: to coś przy niej to papier toaletowy, a nie ręcznik papierowy.

Nic to. Mawiają, jakie zarobki, taka skarbonka.

Święta, i po świętach, a nawet już po Sylwestrze, ale ja zawsze z obsuwą. Zauważyłam, że z wiekiem coraz częściej mi się to zdarza. Tamaluga wróciła do przedszkola, Oliwia do Danii, Tomasz do pracy, a ja do normalności (do czego?!).

Święta były całkiem spoko. Oliwia nawet stwierdziła, że to była najlepsza Wigilia od lat, bo dużo rozmawialiśmy, a tata nie kręcił się ciągle do kuchni. Jak zwykle zamówiliśmy video od Mikołaja, i Tamaluga jak zwykle przyjęła je z radością. Sam Mikołaj podrzucił prezenty w czasie, gdy robiła z tatą barszcz. Zostawił przy tym niedomknięte drzwi, dla lepszego efektu i uwiarygodnienia swojej wizyty. Tamaluga się na to złapała, Axel Foley takoż, gdyż czmychnął przez te otwarte wrota i ledwo go złapaliśmy.

Cały pierwszy dzień świąt spędził z nami chłopak Olci, EL. Było bardzo miło, a pod wieczór graliśmy w planszówki, między innymi w Dixit, za którym od dawna tęskniłam. Zastanawialiśmy się nawet, czy nie spróbować wtajemniczyć Tamalugi w tę grę, ale dziewczę po całym dniu wrażeń padło o godzinie 19. Dzięki temu mieliśmy czas dla siebie, z którego skorzystaliśmy do godziny 2 nad ranem.

Drugiego dnia świąt, Olcia pojechała do rodziny Ela, a my z Tomaszem i Tamalugą spędziliśmy spokojny i miły czas popijając gorącą czekoladę i oglądając filmy. Dobra, to nie do końca prawda. Ja cały j…..ny dzień spędziłam na szyciu. Mikołaj w chwili zaćmienia umysłowego dorzucił do Tamalugowych prezentów Jednorożca – zrób to sam…. Wiek na opakowaniu 5+… Taaa, jasne. Jasny to ch.. mnie strzelał, bo spędziłam przy tym badziewiu mniej więcej 7 godzin. Ale! Żeby nie było, to kochany Tomasz zaoferował pomoc i taką na przykład dupę to zszywał sam. I dwa kopytka. Potem usłużnie nawlekał mi nici (te dołączone do zestawu nie starczyły nawet na połowę zwierzaka, zatem podkradłam z pokoju Oliwii) oraz ocierał pot z mojego czoła. Myślałam, że zejdę. Myślałam, że moje ususzone nad igłą zwłoki znajdzie ktoś z obsługi jednorożców. Ale ja nie z tych, co się poddają! Wieczorem tęczowa pokraka była skończona. Wyglądała jak wyglądała, ale Tamaluga pokochała ją miłością wielką, co zrekompensowało mi… no, wszystko mi zrekompensowało. Kreaturze nadała imię Róża, a nazwisko Maja. Śpi z nią do tej pory.

W Sylwestra zaszaleliśmy. Przejęliśmy aż dwa pomieszczenia: salon i kuchnię! Tamaluga postawiła sobie za cel wytrzymać do północy. O 20 już padała ze zmęczenia, więc sądziłam, że gdy wrócę ze spaceru z psem, będzie już spała. Okazało się, że w tym czasie (zdradziecki Tomasz) pozwolił jej na czekoladę, więc gdy wróciłam… skakała jak sprężynka. Obejrzała „Bubuchy”, śpiewała z nami i tańczyła i… faktycznie dotrwała do 1 rano, po czym ledwo wdrapała się na łóżko na którym zaległa w sekundę. Wypiliśmy z Tomaszem po lampce szampana (On to w ogóle nie chciał, jak zwykle żadnego alkoholu, ale powiedziałam mu: No, weź! Szampan w Sylwestra być musi!) Zatem zakupił szampana za 10 złotych, z którego większość wylałam do zlewu na drugi dzień.

Oliwia z Elem spędzali Sylwestra u znajomych. Wybierali się tam bardzo niechętnie. Kilka minut po północy zadzwoniła do mnie Oliwia. Mama! No co jest?! Obiecałaś, że zadzwonisz o północy! Czy ja naprawdę muszę wszytko robić za ciebie? 😀

No, cóż, Kochani. Może trochę późno, ale za to szczerze życzę Wam fantastycznego roku. Żeby spełniły się wszystkie Wasze plany i zamierzenia, i żebyście na wszystkie problemy znaleźli rozwiązanie!

P.S. Przypomniał mi się rysunkowy cykl z Profesorem Filutkiem, który w latach 80 zamieszczany był w każdym „Przekroju”. W którymś noworocznym wydaniu, profesor Filutek poprawiał napis na murze „Szczęśliwego Nowego Roku” na „Szczęśliwszego Nowego Roku”, zakładając, że (każdy) poprzedni był wystarczająco szczęśliwy. Biorąc pod uwagę, że były to czasy głębokiej komuny, tylko wybitne umysły umiały szydzić z niej, omijając cenzurę.  

Ekskluzywny Rymowany Quiz Świąteczny

Kochani! Zachęcam do wzięcia udziału w quizie, bo na zwycięzcę czeka fajna nagroda na Walentynki! Bardzo proszę o zamieszczanie w komentarzach nie tylko postaci, którą jesteście, ale też waszych odpowiedzi, bo uwielbiam je czytać! Spośród wszystkich biorących udział, Tamaluga wylosuje zwycięzcę, a ja wyślę niesamowitą nagrodę – niespodziankę! Konkurs trwa do końca grudnia. Powodzenia!

Czy już mocno czujesz atmosferę świąt?

a) Tak, już ją czuję.

b) Nie, ale skąd!

c) Nie wiem, zasuwam tak, jak mało kto.

d) Ja coś tam czuję, ale nie wiem co

Z czym ci się kojarzy Boże Narodzenie?

a) Z wizytą teściów.

b) Chyba z jedzeniem…

c) Z błogim lenistwem, ciepłem i rodzinką.

d) No, z prezentami, co są pod choinką.

Bez czego te święta nie będą świętami?

a) No, bez choinki.

b) Barszczu z uszkami.

c) To Kevin w domu robi każde święta.

d) Eee, coś tam, coś tam, w sumie nie pamiętam.

Co cię w każde święta cieszy wyjątkowo?

a) Grzyby w promocji.

b) Przyjazne słowo.

c) Widzieć, jak dzieci buszują w prezentach.

d) Właściwie o jakie rozchodzi się święta?

Zapach świąt z dzieciństwa, który jest ci drogi?

a) Zapach choinki.

b) Past do podłogi.

c) To mandarynki i makowiec chyba…

d) Zupa grzybowa, piernik, barszcz i ryba.

A czy jest w tych świętach coś, co cię przeraża?

a) Wizyta teściów.

b) Bez komentarza.

c) Lepienie uszek i walka z bigosem.

d) Że kot przemówi do mnie ludzkim głosem.

A nakrycie dodatkowe, czy w domu stosujesz?

a) Jasne, co roku!

b) Chyba żartujesz.

c) No, im nas więcej, tym bardziej wesoło.

d) Przystojnego gościa sprawdzę pod jemiołą.

To już koniec quizu, skądinąd durnego,

ale warto sprawdzić co nam wyjdzie z niego:

A to oczywiście jest Mikołajowa. Jest entuzjastyczna no i przebojowa. Każde święta wielkim sentymentem darzy, chociaż ją wkurzają Mikołaja starzy.

Jeśli miałeś większość odpowiedzi B – no, to jesteś Grinchem, ale nie jest źle! Twoje komentarze każdy zapamięta, ale tak naprawdę bardzo lubisz święta.

C to odpowiedzi godne renifera. Zawsze szczerze powie to, co mu doskwiera. Jest bardzo rodzinny, no i kocha dzieci, czasem się zbuntuje, gdy w zaprzęgu leci.

Jeśli miałeś D w przewadze, to ci się ogarnąć radzę. Jesteś Elfem zamotanym, ale dobrym i kochanym. Spróbuj się ogarnąć w domu, by Mikołajowi pomóc.

KOCHANI!

Mikołajowe, Grinchowie, Renifery i Elfy, a także Ci, którzy nie biorąc udziału w quizie zranili moje serce, ale też mieli rację…

Z całego serca życzę Wam:

Zdrowych

Wspaniałych

Wyjątkowych

Spokojnych / szalonych

Świąt Bożego Narodzenia!!!

W gronie bliskich i kochanych,

Bez spiny i stresu,

Z Bożym błogosławieństwem

I Olitorią w sercu…

WESOŁYCH ŚWIĄT!

W oczekiwaniu na Mikołaja:

W oczekiwaniu na Mikołaja…

trzy kolory: oliwkowy, żółty, niebieski

Oliwia zrobiła nam niesamowitą niespodziankę. Na początku października, wieczorem, po prostu weszła do domu, mówiąc „No, cześć, wróciłam!” Planowała takie wejście od 3 tygodni. Wiedziała, że przyjedzie na jesienną przerwę, miała już kupiony bilet i… nic nam nie powiedziała! Na skype poker face. To zupełnie do niej nie podobne! Ale niespodzianka zwaliła nas z nóg. Byliśmy szczęśliwi przez 3 tygodnie, chociaż miała zostać tylko tydzień. Na szczęście załatwiła sobie zajęcia online. To było mi potrzebne, jak nie wiem co, bo martwiłam się o nią i tęskniłam jak diabli. W Danii powoli łapie klimat, ale tęskni za domem i przez pierwsze tygodnie było jej bardzo trudno. Tym razem, chociaż też we łzach, jakoś tak łatwiej było się rozstać, no bo wiem już gdzie mieszka, jak dojedzie i że zobaczymy się w święta.

Ech, to nowe pokolenie. Wysypałyśmy kasztany z zamiarem zrobienia ludzika.

Tamaluga: I co dalej? Gorący klej?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Dla ludzi o mocnych żołądkach:

Tamaluga: Wiesz, co, mamusiu? Beknęłam i trochę zwymiotowałam. Tak na żółto, nie wiem dlaczego. Może ty tak samo wymiotujesz, tylko na biało? No, a ja na żółto, bo jeszcze jestem malutka. Trochę się tym martwię, ale tylko trochę, bo żółty to fajny kolor…

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

T: Mama, bardzo chcę się pobawić niebieskimi klockami.

Ja: Aha… (wiedząc, że niebieskie klocki zaległy, dawno temu w jakimś pudle na samym dnie).

Ja: A może chcesz się pobawić czymś innym?

T: Nie, chcę niebieskie klocki.

Tamaluga szuka klocków, wyciągając kolejne pudła i przetrząsając ich zawartość. Kto to posprząta? No, właśnie… Dlatego próbuję jeszcze raz:

Ja: Tamalugo, a może trochę porysujemy?

T: Później, mamusiu, teraz muszę znaleźć niebieskie klocki.

Ja, starając się nie patrzeć na pobojowisko: OK…

Tamaluga przeszukując kartony, przy okazji trafia na inne, dawno zapomniane zabawki… W pewnej chwili:

T: O! Moja lalka Barbie! Kiedyś jej długo szukałam!

Ja, upatrując szansę: To super! To może pobawisz się lalką Barbie?!!!

T: Tak! Bardzo chętnie! Zrobię jej domek z niebieskich klocków!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Ja: Tamalugo, chcesz ciasto?

T: Nie, na pewno mi nie zasmakuje.

Ja: Ale chociaż spróbuj odrobinę.

T: Dobrze.

Ja: I co? Nie nakładać ci?

T: Nie, ale jeśli tak bardzo ci zależy to możesz.

Ja: Wcale mi nie zależy.

T: No, ale jeśli bardzo chcesz, to możesz.

Ja: Nie, nie chcę.

T: Ale możesz…

Ja: Nie.

T: Tak.

Ja: Nie.

T: BŁAGAM!

KRÓTKO O PSIE, CO MA ADHD

Nasz pies jest nienormalny. Nienormalny. Z jednej strony to może i dobrze, bo przynajmniej pasuje do rodziny, jednak trochę się martwię. Myślę, że Axel Foley ma jakieś zaburzenia. Robi ogromne postępy, doskonale nas rozumie i wykonuje polecenia (a w każdym razie się stara), niestety w tym samym czasie…

Może dla jasności tematu zacznę, jak zwykle od dupy strony, czyli od ogona. No, właśnie: ogon. Ja wiem, że niektóre psy lubią gonić swój ogon. Wiem o co chodzi, widziałam nie raz. Jednak w przypadku Foleya wygląda to co najmniej niepokojąco. Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

Gonitwa za ogonem jest jednym z jego ulubionych zajęć. Robi to kilkanaście razy dziennie, zajadle i z pasją. On jest autentycznie na ten ogon wkurzony, goni go więc do skutku, ślizgając się na panelach i robiąc tyle hałasu, że tylko czekam, aż sąsiedzi zaczną pukać w ścianę. Gdy ten ogon wreszcie dorwie, to kładzie się na podłodze gryząc go tak, że czasami muszę interweniować. Lubi też zjadać swoje tylne łapy, tak skutecznie, że w końcu zostanie kaleką. 🤦

Z ogonem w pysku próbuje się podnieść i prowadzi się za ten ogon do posłania. Oczywiście nic nie widzi po drodze, więc potyka się o zjeżdżalnię Tamalugi, potem wpada na ścianę w przedpokoju, ale za nic nie wypuszcza ogona. Gdy w końcu, jakimś cudem udaje mu się dotrzeć do posłania w kuchni, cały czas trzymając ogon w zębach, zaczyna na niego warczeć. Chyba myśli, że ogon nie jest jego częścią, ale odrębnym bytem, nad którym nie ma kontroli. Ogon merda sam z siebie, w dodatku w ruchach kompletnie nieskoordynowanych: góra, dół, pion, poziom, na ukos… To tłumaczy dlaczego tak rzadko merda nim na co dzień – stara się utrzymać nad nim kontrolę. Ale gdy już puszczą ogonowe zahamowania, to zaczyna merdać jak szalony, co doprowadza Axla do totalnej frustracji.

Druga sprawa: żarcie. Jak już kiedyś wspominałam, goldeny są najbardziej wygłodniałą i najbardziej żebrzącą rasą ze wszystkich ras. Dlatego szczególnie trzeba dbać o ich dietę, bo mają tendencję do tycia. Raz u weterynarza widziałam plakat, na którym opisana była zbilansowana karma dla psów dużych ras. Pod spodem napisano „Taka ilość karmy usatysfakcjonuje każdego psa. Nie dotyczy goldenów” 😂

Wiedziałam o tym, przecież miałam już goldena – ukochanego Pana Roniowego, który odszedł do Psiego Nieba 5 lat temu. JEDNAKŻE Pan Roniowy miał zadatki na arystokratę i nie jadł byle czego. Nie ruszył owoców, a z warzywami też mu było nie po drodze. Z Axelem Foleyem sprawa wygląda tak, że… zjada wszystko.

Na spacerze trzeba go mocno pilnować, bo zjada niemal wszystko, co spotka na drodze. Nie podgryza trawy jak normalny pies, on ją pochłania. Wraz z korzeniami, kamieniami, kawałkami ziemi, styropianem pozostałym po ocieplaniu budynku i tak dalej. Spuszczony ze smyczy biegnie przed siebie, po drodze (w biegu!) pochłaniając trawę niczym stuningowana glebogryzarka. 🤦

Ponadto sznurówki, gąbki, ściereczki, papier toaletowy, worki i swoje własne posłanie. Pochłania wszystkie owoce i warzywa, nawet surowe i nieobrane! Żebrze, gdy połykam tabletkę przeciwbólową, gdy podaję Tamaludze syrop, gdy kroję miętę, bazylię lub szpinak. Żebrze, gdy wycinamy wzorki z papieru, żebrze o kasztany i żołędzie, o koraliki, o folię aluminiową, o gumę do żucia, o pastę do zębów, a bańki mydlane pochłania z prędkością światła. Taki to trafił nam się egzemplarz.

Poza tym wszystkim, Axel Foley wnosi duuuużo radości do domu. Tamaluga męczy go bawi się z nim niemal bez przerwy, chichocząc cały czas, bo śmieszy ją nawet to, że Axel po prostu na nią patrzy. Jest bardzo rodzinnym psem, najlepiej czuje się mając całą rodzinę w komplecie i na oku. Tylko wtedy może spać spokojnie. Po spacerze sprawdza, czy nikogo w domu nie ubyło, czy wszyscy są na swoich miejscach. Rano budzi Tamalugę liżąc i podgryzając jej stopy. Jeśli akurat zwisają, bo Tamaluga ma łóżko metr nad ziemią.

Dzisiaj nasz gliniarz z Beverly Hills kończy 8 miesięcy. Według psiego wieku jest dwunastolatkiem. Dwunastoletnim chłopcem. Cóż, wypada się cieszyć, że przynajmniej nie zbiera Pokemonów.

iiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii

aaaaaaaaaaaaaaaaaaa

Skąd ten swąd? Z krocza, a skąd?!

Robię ja sobie detoks, ostatnio nawet częściej niż zwykle, od informacji wszelakich. To już nawet nie chodzi o ludzkie dramaty, bo na to kompletnie nie mam siły, ale o… ludzkie dramaty, nieco inne w treści. Nie czytam, mianowicie, o celebrytach wszelakich, z których i tak kojarzę co piątego. Nie mogę zrobić z mózgu większej sieczki niż mam, co trudne jest poniekąd, ale walczę. Muszę ten mózg mój jeszcze jakoś chronić, co by nie było w nim (tro-ci-ny, pa-nie Kleks, tro-ci-ny)*. Nie klikam, zatem, w linki, ignoruję wyskakujące tytuły, ale czasami ciekawość zwycięża, i czasami zwyczajnie chcę się dowiedzieć jak to, bo przecież niżej już upaść nie można.

Celebrytka i gwiazda publicznej telewizji, wcześniej bloggerka, coś od orzechów(?) Na imię jej Tamara, co zapamiętałam, wiadomo dlaczego, a co niezmiernie mnie smuci. Tomasz nie może na nią patrzeć, gdyż już przy pierwszym zderzeniu z jej makijażem i kolorystyką garderoby, nabawił się biedak zapalenia spojówek, i tak mu zostało.

Anyway, jak mawiają starzy celebryci, kobieta ta zniknęła ze śniadaniówki. Nie wiedziałam o tym, gdyż telewizji publicznej nie oglądam, a jakoś nikt nie raczył mnie o tym powiadomić. Podobno po jej odejściu „dwójka” musiała przestroić ekran dla telewizorów kineskopowych i na nowo ustawić kolory.

Któregoś razu przeglądam sobie pocztę, a tu mi z boku wyskakują wiadomości. Wśród nich wybija się na prowadzenie „Celebrytka okadza sobie krocze”. WTF?! Okazuje się, że Pani T nazwała się szamanką i postanowiła zebrać w kiecę energię palonego drzewa. Stanęła więc nad nim w zwiewnej szacie, niczym Marilyn Monroe nad kratką wentylacyjną, a dym okadzał jej… Pochwę? Odbyt? Nigdy nie przeglądałam Kamasutry, ale nie sądzę żeby było w niej coś o podwędzanym kroczu. A może?

Wpisałam sobie to okadzanie krocza w znaną wszystkim wyszukiwarkę. Wyskoczyło mi tylu polskich celebrytów, że padłam na kolana na podłogę w poszukiwaniu szczęki. A, że ciemno miałam w pokoju to użyłam latarki w srajfonie. Pozbierawszy uzębienie usiadłam przed laptopem, jeszcze raz przeczytałam i szczęka ponownie wypadła mi z gęby. Nie chciało mi się jej znowu szukać, zostawiłam to na jutro. Same znane nazwiska, jak w krocze strzelił! Wygląda na to, że to jakaś choroba narodowa. Z drugiej strony, jaka jest służba zdrowia, każdy widzi. Może jest to po prostu sposób radzenia sobie z chorobami na własną rękę własne krocze? Kto bogatemu zabroni?

Pani T stwierdziła, że to pomaga na wiele przypadłości, między innymi senne koszmary. Kim ja jestem by to podważać? Przeważnie śnią mi się sny abstrakcyjne, rysunkowe lub w postaci komiksów. Prawdopodobnie to też wymaga leczenia, ale jakoś nie mam śmiałości rozkraczyć się bez majtek nad palonym drewnem. W majtkach też jakoś nie. A może nie powinnam się wzbraniać przed wszechogarniającym nas absurdem?

* Akademia Pana Kleksa.

sekretne życie agd

Sprzęt AGD w naszym domu beztrosko żyje własnym życiem. Zacznijmy od piekarnika. Seniora kuchennego rodu. Cyferki na pokrętłach zatarły się z jakieś 3 lata temu. Od tamtej pory pieczenie jest zagadką. Kiedyś nawet zaznaczyliśmy tasiemką jakąś temperaturę, ale za cholerę nie pamiętamy jaką. Poza tym, czasami coś spali, czasami niedopiecze. Luzik.

Przejdźmy do tostera. Tu nieco podobnie, bo – ustawiony zawsze na tę samą temperaturę – raz w ogóle nie podgrzewa tostów, a raz je spala. Czasami wystarczy jedno wyskoczenie chleba plus wepchnięcie go po raz drugi i „Zdrowaś Mario” odmówione 1 raz, i wtedy można wyciągać. Niestety nie jest to regułą. Ale nie pozbędę się go, bo jest w kolorze miętowym, jest przepiękny i idealnie pasuje do kuchni.

Mikrofalówka. Ta, na szczęście spełnia swoją rolę, ale wydając przy tym głośne, przerażające dźwięki. Ma wiele funkcji i programów, których nikt z nas nie ogarnia, a przede wszystkim nie widzi, więc ustawiamy ją na chybił-trafił. Raz nawet Oliwia podjęła próbę rozgryzienia mikrusich rysuneczków, wspomagając się szkłem powiększającym, ale w końcu się poddała.

Okapowi właściwie nic nie dolega, poza tym, że kiedyś spadł Tomkowi na głowę.

Wszystko to sprawia, że w nocy boję się wejść do kuchni. A co, jeśli te wszystkie sprzęty któregoś razu mnie zaatakują?! Ma to swoje dobre strony – nie podjadam po godzinie 19. Mimo, że lodówka… Och, lodówka! A jeśli zaatakują lodówkę? Serce mnie boli, że biedulka stoi samiutka w tak nieprzyjaznym środowisku. Czasami w nocy niepokoję się o nią i nasłuchuję, czy oddycha. Moja bratnia dusza. Tylko ona mnie rozumie. Tylko ona nigdy mnie nie zdradzi. Mamy ją od kilku lat i wciąż jest lojalna i wierna… Tak jak pralka, bo o niej też muszę wspomnieć żeby się nie wkurzyła. Choć kilka razy upaćkałam ją farbą, a plamy te są wyrzutem sumienia na naszej przyjaźni, pralka wciąż trwa na posterunku… i daje radę. I pierze tak niewiarygodne rzeczy, o których nikt normalny nie pomyślałby, że w ogóle można je wsadzić do pralki.

………………….

Wszystkie te straszne i zagadkowe wydarzenia na naszej rzece Odrze śledziliśmy z zapartym tchem. Oglądaliśmy doniesienia, obserwowaliśmy rozwój sytuacji w telewizji. Nagle patrzę, a tam jednym z ekspertów jest mój dawny kolega z pracy. Dzieliliśmy we dwoje ten sam pokój przez 6 lat. Piszę do Dżeka „Mariusz w tefałenie!” Dostaję odpowiedź „Nasz kolega! Hurra! Jesteśmy sławni!”

Moja ukochana 💗💗💗 (Toster sam się do niej przysunął. Na pewno nie ma dobrych zamiarów)

opadające łapy na koniec lata

Nie lubię gdy kończy się lato. Nie cierpię. Nienawidzę. Mam wtedy stan bliski depresji. Jestem zdecydowanie ciepłolubna. Gorącolubna. Upało-wręcz-lubna. Najlepiej czuję się w pełnym słońcu. To mnie uszczęśliwia, dodaje energii i motywacji do życia. Uruchamia wszystkie możliwe hormony szczęścia. Czasami myślę, że mogłabym żyć w tropikach, ale nachodzi mnie refleksja, że wówczas mogłoby mi to spowszednieć, a nie wyobrażam sobie niczego gorszego niż znudzenie słońcem. „Znudzeni słońcem” to fajny tytuł na film, bo „Spaleni słońcem” już było…

Ostatnio dużo się u mnie dzieje: wyjazd Oliwii, przyjazd mamy, szczeniak, zerówka Tamalugi… Niektóre rzeczy wydają się być dziełem przypadku, ale podobno nie ma przypadków, zatem… Może jakoś je do siebie przyciągam? Może ich wcale nie planuję, tylko w jakiś magiczny sposób, nawet podświadomie wywołuję sytuacje, które pomogą mi pokonać tę cholerną granicę z jesienią. Podświadomie przyciągam rzeczy, które zajmą moje myśli, podtrzymają mój wrodzony optymizm, dodadzą nadziei i odpędzą depresję. Im dłużej coś się dzieje, tym dłużej nie zaprzątam umysłu odchodzącym latem. Mam co robić, nad czym pracować, czego się uczepić.

Mama jeszcze jest w Polsce, ale czas biegnie tak szybko i wiem, że za chwilę wyjedzie. Oliwka w Danii na czas nieokreślony. Tomek i Tamaluga, na szczęście na miejscu. Szczeniak takoż, a z dobrych wiadomości jest taka, że już (prawie) nie załatwia się w domu. Hurraaa! Z Axelem Foley’em jest niestety inny problem. Już za czasów naszego poprzedniego Goldena – Pana Roniowego każdy weterynarz powtarzał to samo. „Psy lubią jeść. Są psy lubiące jeść i lubiące żebrać. Są psy bardzo lubiące jeść i bardzo lubiące żebrać. Są psy wyjątkowo lubiące jeść i wyjątkowo żebrzące. I jest Golden. Ta rasa żre wszystko, co napotka na drodze.” Niestety boleśnie sobie o tym przypominam na każdym kroku…

Mama zamówiła tort na moje urodziny. Może chciała mi wynagrodzić lata dzieciństwa bez tortu? Nie wiem. W każdym razie był pyszny i wybrany przez Tamalugę. Tylko z tymi cyferkami na nim jakoś mi nie po drodze… 😀 Ale było bardzo miło. Tamaluga zaopatrzyła mnie nawet w balony z helem, rysunki, laurki i inne takie… Uwielbiam ją! A, właśnie, tak przy okazji: ile u was kosztuje papier xero? Bo muszę dostarczyć do przedszkola, a cena jego to… 43 złote! Jeszcze w zeszłym roku kosztował 13… No, kończyny opadają. Nawet psu. Ostatnio mówię do niego: Daj mi spokój, dopiero usiadłam. Jestem zmęczona, nogi mi z tyłka odpadają… Czy tobie też czasami łapy odpadają? W tym miejscu nastąpił szczek, czyli mniemam, że tak.