Dwa oblicza „ojojoj”. Z pamiętnika podwójnie osadzonej (w pyle i w pokoju)

Gdy słyszę „ojoj!” To znaczy, że Tamaluga coś zmalowała. Albo coś upuściła, albo na coś wpadła, ewentualnie przełączyła kanał lub pomazała długopisem książkę. Oczywiście „niechcący”. Gdy słyszę „ojojoj” to znak, że się czegoś przestraszyła. Podwójne „ojojoj, ojojoj” oznacza, że zmalowała coś takiego, co ją samą przestraszyło, a więc należy rzucić wszystko i lecieć do pokoju.

Tamaluga od kilku dni mówi na mnie „musia” (utworzony z lenistwa skrót od „mamusia”). Uwielbiam to w jej wykonaniu, i skubana dobrze o tym wie. Gdy coś przeskrobie, głaszcze mnie po twarzy, powtarzając „musia, musia, moja musia”. Boszszsze to dziecko mnie rozwala!

Sama w to nie wierzę, ale w piątek stuknęły jej dwa latka 🙂

 

Ostatnio coś mi nie pasowało w twarzy mojej sąsiadki z góry. Teraz się przyjrzałam: ma zielone brwi, ZIELONE. Może po ciemku dobierała kredkę? Może ktoś jej powiedział, że tak wygląda fajnie? Może to z okazji Walentynek?

 

Snajper za to wykrakała: wymieniają nam piony.

{ https://tamaluga.wordpress.com/2017/09/24/jak-utrzymac-poziom-w-pionie/ }

W piątek przyszło ich trzech: dwóch drabów i mały pomagier. Jeden drab dreptał w miejscu, drugi pociągał nosem, a mały poinformował nas, że od poniedziałku zaczynają, i że musi obejrzeć łazienkę. Mały, nachyliwszy się nad wanną, odsunął drzwiczki prowadzące do czarnych czeluści, z pajęczynami i rurami z dumnie sterczącym wodomierzem. „Ojojoj!” stwierdził. „Wodomierz nie do odczytania. Rura pęknięta. Druga uszkodzona. Ojojoj, OJOJOJ! powtórzył z kapsloka, a ja przysięgłam sobie, że jeśli jeszcze raz usłyszę „ojojoj”, kopnę go w zadek, aż wpadnie do wanny. Oczywiście draby też musiały zajrzeć, jeden po drugim, zasłaniając całe przejście. „Ojojoj, jaka rura! Ojojoj!” (trzymajcie mnie). Oczywiście za chwilę przybiegła podniecona słówkiem, Tamaluga. Stanęła w bezpiecznej odległości i powtórzyła z powagą „ojojoj”.

„Czyli co, spotykamy się w poniedziałek” powiedział mały i poszli sobie.

Nie spotkaliśmy się w poniedziałek. Przynajmniej w tamten. Dobrze, że nie wynieśliśmy łazienkowych sprzętów, jak niektórzy sąsiedzi. Nadgorliwość gorsza od sraczki, (chociaż w sytuacji odcięcia drogi do kibla, już nie jestem tego taka pewna). Na fachowe trio przyszło nam poczekać do następnego poniedziałku. A już się cieszyłam, że zapomnieli albo zmienili zdanie.

Wjechali o ósmej rano, o ÓSMEJ! Teatralnie hałasując sprzętem i trzaskając drzwiami. Odcięli wodę, rozwalili połowę łazienki, narobili smrodu, hałasu i chaosu. Siedziałam z Tamalugą w pokoju, starając się nie stresować i nie oglądać wodospadów. Łomot dochodzący zza drzwi wyraźnie sugerował, że wraz z rurami poszedł strop, a może nawet i podłoga… Wyobraźnia podsuwała mi zatrważające obrazy i póki co, wolałam tego nie sprawdzać. O godzinie 13 zapanowała złowieszcza cisza. O 13:10 nieśmiało wyjrzałam z pokoju: „Nie ma kogo”, jak mówi Tamaluga. Czy oni wyszli i nie wrócą? Czy oni wyszli, i wrócą w najmniej spodziewanym momencie? Czy wciągnęła ich ta, całkiem spora dziura w podłodze? Moje serce wyrywało się do pierwszej opcji, (chociaż nie zamykałam się też na ostatnią) zwłaszcza że to pora drzemki Tamalugi.  Nagle drzwi się otwierają i wpada mały pomagier: „Nie musi pani za bardzo sprzątać, bo wracamy jutro rano.”

Nie wrócili.

W środę też  „nie ma kogo”. Zaczęłam już snuć śmiałe plany oczyszczenia łazienkowej podłogi, ale  przyszli. Oczywiście o której godzinie? O 13! Wparowali z wiertarami i rezolutnym żarcikiem, że lepiej późno, niż wcale  – wprost na Tamalugową drzemkę. Porobili może z godzinę i przenieśli się do sąsiadki, ale Tamaluga już wybiła się ze snu i o drzemce nie było mowy. Przez następne 10 minut szukałam miejsca na ścianie, w które mogłabym walnąć głową. Właściwie trudno stwierdzić czego dokonali przez tę godzinę, bo łazienka wyglądała tak samo jak przedtem. W takim tempie to będzie trwało jeszcze z tydzień. Jeśli nadal będą przychodzić co drugi dzień – to i dwa tygodnie. Jutro Wiktoria ma studniówkę. Nie widzę tego dnia bez dostępu do łazienki.

Dzisiaj jest czwartek. Wiercą i kują od rana. Zaraz ogłuchnę. Tylko raz odważyłam się zajrzeć do łazienki, by stwierdzić, że wyciągnęli rurę, którą w poniedziałek wsadzili. Gratuluję. Siedzę w pokoju z Tamalugą, która nie rozumie dlaczego nie możemy z niego wyjść. Staram się ją zabawiać, staram się wstrzymać siku i nie oglądać wodospadów. Staram się zignorować pył i kurz, wdzierające się do pokoju szparą pod drzwiami. Staram się zignorować brudne włosy i ręce oraz świadomość, że woda jest odcięta.  Staram się nie oszaleć, chociaż właśnie to przychodzi mi z największym trudem. Przypominam sobie snajperkę, gdy ćwierka wesoło, że „zrobią nam piony i ciepłe rurki” i że „pięć razy do nich dzwoniłam, żeby wreszcie zaczęli, bo ile można czekać?!” Nie wiem, co jej zrobię gdy wreszcie wyjdę z pokoju, ale może zobaczycie mnie w „Breaking news” z zapikselowaną twarzą. Poznacie mnie po warstwie kurzu na włosach.

Reklamy

„Panie władzo, zapoznałam go w klubo-kawiarni” (Nie ma mocnych)

W związku z nadchodzącymi Walentynkami wypadałoby coś w temacie, co by nie odstawać od reszty. Tylko, co tu napisać, żeby nie było, że jestem antywalentynkowa. Bo nie jestem. Chyba.

Miłość.

Różne są oblicza miłości, różne formy jej wyrażania. Można na przykład wrzucać miłosne liściki do skrzynki lub przez okno, co czynił mój były mąż. Oczywiście w czasach, gdy moim mężem jeszcze nie był, a szanse na to były zerowe: w podstawówce. Nie miałam o tym pojęcia, to znaczy o listach wiedziałam, nie wiedziałam tylko kto je pisał. Potem posunął się nieco dalej. Zwykł, bowiem, układać się na dachu garażu, naprzeciwko mojego okna i obserwować. Donieśli mi o tym życzliwi sąsiedzi, szkoda tylko, że dopiero w zeszłym roku. Gdybym wiedziała wcześniej, prawdopodobnie uznałabym go za psychola, a już na pewno nie wyszłabym za mąż.

Pocałunek.

Mam w sobie zimno. Czy też jak mawiają w telewizorze – wirusa opryszczki. Przynajmniej raz na dwa miesiące musi się to cholerstwo uaktywnić. Wywala mi wtedy całą dolną warę (nie mylić z TAMTĄ dolną). Mam na myśli twarz. Otwór gębowy. Usta. No, więc, wywala mi warę do kolan, obsypując ją tym czymś. Śmiać mi się chce, gdy widzę cudowne maści w reklamach, a jeszcze bardziej, z prezentujących je modelek. Ich „zimno” pojawia się na górnej wardze, delikatnie i niepostrzeżenie, w postaci seksownego pieprzyka… Nosz kurwa! Czy oni widzieli na oczy prawdziwą, rasową opryszczkę?! Szminka u mnie odpada, błyszczyk odpada. Odpada też całowanie na ulicy, zwłaszcza na mrozie. Zresztą kto by chciał mnie całować na mrozie?! Eskimos desperat?! Plus opryszczki jest taki, że to jedyna forma przeziębienia jaka mnie dopada. Nie gorączkuję, nie smarczę, nie prycham. No, dobra: trochę się ślinię. Czasami. Ale z zupełnie innych powodów.

Serce.

O! Tu też mam zacną historyję. Uprzedzam, że poniższy tekst nie jest przeznaczony dla wegetarianów i ludzi o słabszych nerwach. No, więc stoję sobie kiedyś pod zaprzyjaźnionym mięsnym (boszszsze, brzmi jak za PRL-u). Stoję pod sklepem, w którym pracowała koleżanka. Podjeżdża znajomy dostawca i przerzuca towar z naczepy do sklepu, na najwyższą półkę w chłodni. W pewnym momencie tak się ze mną zagadał, że źle wymierzył i wylał na siebie całą zawartość tacy. To były drobiowe serca i z pół litra krwi. Śmierdział chyba z tydzień.

No, dobra, dosyć tego romantyzmu. Czas przejść do konkretów, czyli do czegoś, co obiecałam już dawno, ale jakoś tak… No, więc jak poznaliśmy się z Tomkiem. W wielkim skrócie, rzecz jasna, gdyż za bardzo już rozpisałam się w powyższych dyrdymałach.

W połowie lat 90 spotykaliśmy się naszą dzielnicową paczką w zaprzyjaźnionym pubie. Właściwie to była taka kawiarnia z bilardem,  jeszcze wcześniej restauracja myśliwska, a ostatecznie – nasz klub. Ale to były fajne czasy… Człowiek zarabiał grosze, a stać go było na wszystko. No, w każdym razie na codzienny wypad do knajpy. Wiadomo – nie mieliśmy dzieci, rachunków, kredytów. Zresztą nie musieliśmy nawet pić (nie codziennie), żeby dobrze się bawić. Najważniejsze, że świetnie czuliśmy się w swoim towarzystwie. No i któregoś razu do naszego azylu zawitała jakaś chora banda kolesi z obcej dzielnicy. No co to miało być, w ogóle?!

Tak im się, cholera, spodobało, że zaczęli wpadać regularnie. Było ich kilku, ale najczęściej pojawiało się trzech: Tomek, P i K. Ci trzej mieli ksywki od swoich nazwisk, których z oczywistych względów nie wymienię.

W sumie kolesie byli całkiem spoko, towarzyscy i w ogóle, ale:

  1. Byli zbyt spoko i zbyt towarzyscy, co nie podobało się męskiej części paczki.
  2. Czasami przyprowadzali swoje dziewczyny, co z kolei nie podobało się żeńskiej części paczki.
  3. To był nasz pub i nasza dzielnica!

Powyższe punkty sprawiały, że chociaż zintegrowaliśmy się z nimi, to jednak utrzymywaliśmy pewien dystans. Oczywiście po kilku kieliszkach czy pokalach piwa, dystans ten ulegał zmniejszeniu. Bywaliśmy wówczas jedną, wielką, dwu-dzielnicową rodziną.

Ale ja nie o tym. Któregoś razu pub nam zamknięto. Cholera wie, dlaczego. No, dobra, może byliśmy głośni, absorbujący i odstraszaliśmy innych gości, ale też zostawialiśmy tam sporo kasy. Właściwie to dzięki nam, ten przybytek hulał tak długo. W każdym razie pub zamknięto, a nasze drogi się rozeszły. Zanim to nastąpiło, ostatniej nocy graliśmy w bilard, a potem każdy z nas, za cichym przyzwoleniem barmana, wziął sobie bilę na pamiątkę. Wtedy po raz pierwszy, tak naprawdę rozmawiałam z Tomkiem. Toczyliśmy te nasze bile po stole, zadając pytania i odpowiadając na nie. Fajne to było. Odkryliśmy, że mamy ze sobą wiele wspólnego, ale chyba spanikowałam i pod pretekstem skorzystania z toalety – zawinęłam się taksówką do domu. Nawet jeśli potem żałowałam, to było już za późno, gdyż mówię o czasach sprzed Internetu i komórek.

W ciągu następnych 20 lat może ze dwa razy spotkałam P i K. Tomka nigdy. W tym czasie prawie wszyscy wstąpiliśmy w związki małżeńskie, z większym lub mniejszym powodzeniem. Ponieważ zaliczałam się do tych ostatnich, w 2013 roku już byłam po rozwodzie. Mniej więcej w tym samym czasie, Tomek wprowadził się do mojego bloku, klatkę obok. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie: marzec. Wieczór. On z psem, ja z psem. Tomek stał w bluzie, z założonym kapturem. „Niech pani się nie boi o pieska, one się już znają”. Spojrzałam na mojego 50 kilogramowego psa, a potem na jego spaniela… To jakiś żart? „Pięknego ma pani pieska” kontynuował kaptur. „Nasze psy już się znają”, powtórzył. „I na psach poprzestańmy!” ucięłam. Nie ze mną te numery. Facet wyraźnie mnie podrywał, a to było ostatnie na co miałam ochotę. Co prawda, facet wydał mi się znajomy, ale nie zaprzątałam sobie tym głowy. Zresztą trudno było cokolwiek dostrzec pod tym kapturem.

Jakiś czas później dziewczyny wpadły do domu, jak zwykle z jakąś rewelacją. „Mamo, mamy nowego sąsiada.” Potem kilkakrotnie dawały mi do zrozumienia, że „ten pan jest bardzo fajny”, i „chyba jest samotny”, i „moglibyście się poznać.” Przyjrzałam się „temu panu” bliżej i… naprawdę wydał mi się znajomy. No i zaczęłam o nim myśleć, ale w taki sposób, w jaki się myśli o natrętnej piosence, która utkwiła w głowie i nie można skojarzyć tytułu… Męczące.

Któregoś razu wpadła do mnie Aśka i zaczęłyśmy wspominać naszą paczkę i klub. No i coś mi zaczęło świtać. W związku z sąsiadem. W związku z sąsiadem i klubem. Podzieliłam się z tą myślą z Aśką, a ponieważ ona sąsiada nie widziała, przez następną godzinę wisiałyśmy na parapecie czatując na gościa. Jednak, jak to zwykle bywa – gdy chcesz kogoś spotkać, to go nie spotkasz. Aśka zawinęła się do domu, a ja odprowadziwszy ją do taksówki, powróciłam pod blok. Próbując otworzyć bramę, upuściłam klucze. No i wtedy zjawił się kaptur. Niewiadomo skąd. To znaczy wiadomo – z bramy obok, niemniej jego widok mnie zaskoczył. Kaptur, czyli Tomek, o czym jeszcze nie wiedziałam, ale domyślałam się, (właściwie byłam pewna, ale potrzebowałam oficjalnego zapewnienia) podał mi klucze i zaproponował rozmowę na ławce. Poprosił też żebym poczekała, wpadł do domu i wrócił z bilą, ostatecznie rozwiewając moje wątpliwości. Wzruszyłam się, ja też cały czas mam swoją.

I stworzyliśmy związek. Nie tak od razu: najpierw przegadaliśmy całą noc, do rana. Potem też jeszcze nie stworzyliśmy związku, bo przegadaliśmy wiele innych nocy, do rana. No i w ogóle dużo gadaliśmy i robiliśmy mnóstwo fantastycznych rzeczy i odkrywaliśmy siebie. O, na przykład odkryliśmy, że  poznaliśmy się już w dzieciństwie. Okazało się, że chodziliśmy do jednego przedszkola. Zgadaliśmy się nawet, że była tam pewna czterolatka, potrafiąca płynnie czytać, który to fakt wykorzystywały panie przedszkolanki.  Zbierały wszystkie dzieciaki na podłodze w dużej sali, genialną czterolatkę sadzali na stoliku przed nimi, wkładały jej do ręki grube baśnie, a same zajmowały się swoimi sprawami. Tomek przyznał, że przez długi czas posądzał ową dziewczynkę o bycie kosmitką. Tym razem ja mogłam rozwiać jego wątpliwości, bo to ja byłam tą dziewczynką.

Czy to nie zadziwiające, że nasze życie tak się przeplatało? I że odnaleźliśmy siebie po tylu latach? Fajne, co nie?

Anime, ani be po japońsku i pogląd na wygląd

Dzisiejszy wpis niejako tłumaczy mój awatar, że to nie jakaś tam pierwsza lepsza rącza dziewoja.

Z japońską „sztuką użytkową” jest tak, że albo się ją kocha, albo nienawidzi. Jak zresztą z całą ich kulturą. Ja należę do pierwszej grupy, chociaż trudno określić kiedy się ta moja miłość zaczęła. Myślę, że gdzieś w okolicach Peerelowskich dobranocek, i nie mam tu na myśli zajeżdżającej z europejska pszczółki Mai, której to japońskie pochodzenie wielu z nas odkryło dopiero po latach. Potem nadeszło Playstation, i gry, które sprawiły, że miłość ma odżyła na nowo. Potem prezentacja na studiach. O Japonii. Tematy rozdzielano podczas zajęć, na których mnie akurat nie było. (Dziwnym trafem nie było mnie przy wyborze tematów do większości prezentacji). Mieliśmy go przygotować we czwórkę, ale w myśl zasady „nieobecni nie mają głosu” pozostała trójka sprawnie rozdzieliła kategorie między sobą. Tak naprawdę nie zostało mi już nic do powiedzenia, chyba, że… No i właśnie ta manga wpadła mi do głowy.

Na początku martwiłam się, że moja część będzie najkrótsza, ale okazało się, że niepotrzebnie. W miarę zgłębiania materiału, dowiadywałam się mnóstwa ciekawych rzeczy, a temat zdawał się nie mieć końca. Wcześniej lubiłam mangę, tak po prostu, ale teraz, gdy „dorobiono mi” do niej ideologię – moja fascynacja wzrosła dwukrotnie. Wcześniej nie miałam pojęcia, że mangą walczono z systemem, że była podziemnym, gorącym, często sprośnym towarem, drukowanym, niczym naszą rodzimą „bibułę” i przeznaczonym dla osób pełnoletnich. Dopiero wiele lat później powstała manga, jaką znamy obecnie, dla dużo młodszego targetu.

Anime, czyli „mangowy” film animowany podsunęłam dziewczynom, gdy były małe. Nie zmuszałam ich do pokochania, to był eksperyment. Albo to złapią, albo nie. Złapały, choć przyznaję, że uderzyłam z grubej rury filmami „Ruchomy Zamek Hauru” i „W krainie bogów”. Filmy niesamowite, ale jednak przerażające, więc miałam trochę wątpliwości. Jednak Japończycy są mistrzami w tworzeniu takich filmów, bo elementy horroru potrafią wpleść w baśń dla dzieci zupełnie bezboleśnie. Moje dziewczyny są fankami mangi i anime. Nie, nie mają na tym punkcie takiej korby, żeby malować się i ubierać jak postaci z kreskówek. Ale, poza filmami i komiksami, pięknie mangę rysują, czytają dużo o japońskiej kulturze i… całkiem nieźle mówią po japońsku J

Wracając do mojego awatara. Dziewczyna w okienku to Rinoa, bohaterka gry „Final Fantasy 8”. Seria FF należy do moich ukochanych gier, a od „ósemki” wszystko się zaczęło. Co śmieszniejsze… ja naprawdę jestem do niej podobna 😀

No, dobra, bo to jest tak: zawsze myślałam, że nie mam azjatyckich rysów, ale okazało się, że jednak mam. (Może po prostu to wypierałam?) Gdy podjęłam moją pierwszą pracę, w sklepie z markowymi ciuchami miałam taką zabawną przygodę. Kiedyś wszedł Japończyk, a może to był Koreańczyk, nie wiem. Usiłował dogadać się z koleżanką z sąsiedniego stoiska, a gdy mnie zobaczył odetchnął z ulgą, podbiegł i zaczął do mnie mówić w swoim języku. Był bardzo zdziwiony, że stoję z otwartą gębą zamiast odpowiedzieć na pytanie. Dwa dni później on wrócił i przyprowadził do mnie całą grupę, i jeden przez drugiego próbowali mi coś powiedzieć. Mój szef na zapleczu wył ze śmiechu, no rzeczywiście, bardzo śmieszne!

Także, no.

Gdy nastało Playstation, a wraz z nim Final Fantasy, wielu znajomych graczy twierdziło, że wyglądam jak Rinoa z „ósemki”, a jeszcze bardziej jak Yuna z „dziesiątki”. Chociaż nie wiem czy to komplement (w pewnym czasopiśmie o grach, stwierdzono, że Yuna to „wieśniara” :D) jednak uczciwie muszę przyznać, że to, cholera, prawda.

Porównywano mnie już do wielu, mniej lub bardziej znanych osób, co brzmiało mniej lub bardziej niedorzecznie. Najczęściej byłam porównywana do dwóch: Sophie Marceau i do Yuny, właśnie, i od razu wiedziałam, czy dana osoba jest graczem, czy kinomanem. Naprawdę padłam, gdy dostałam e-mail z propozycją wystąpienia jako Yuna lub Rinoa na pewnym zlocie graczy… 😀

No, to teraz chociaż macie jako taki pogląd na mój wygląd. Pogląd na wygląd, heh. Uprasza się o nierobienie podśmiechujek i wykorzystywaniu tego faktu przeciwko mnie, no. Zresztą to było dawno. Obecnie uległam zestarzeniu, i zapewne zestarzeniu uległy też rysy mej facjaty.

Niedługo Pyrkon w Poznaniu. Oliwia prosi o zgodę na wyjazd. Jak mam jej odmówić? „Mamo, a ty nie chcesz pojechać ze mną?” Cholera, ona wie, że chcę, ale niestety… Jak wyżej.

 

Rinoa, FF 8

 

Yuna, FF X

 

 

 

 

 

 

Nic nam nie pasuje: ani romby, ani słuchawki

Tomek siedział na podłodze, wciskając kształty w odpowiednie otwory na kostce. „Ta zabawka jest do dupy” stwierdził. „Przecież tu nic nie pasuje. No, dobra: trójkącik w trójkącik – jest. Kwadracik w kwadracik – jest. Ale już, zobacz, gwiazdka, ni cholery. Trapez – ni cholery…” Ahaja (zwana w pewnych kręgach Olitorią) spojrzała z troską na Tomka, z dezaprobatą na zabawkę. Uśmiech pogodzenia z bezradnością wobec losu, zagościł na jej twarzy. Tomek się zirytował. „No chodź tu, sama zobacz, zapraszam!” Ahaja podeszła, Ahaja zobaczyła, Ahaja usiadła. Przez następne 10 minut, solidarnie, wspólnie, ramię w ramię, klęczeli zgięci w pół na środku dywanu. Po upływie tego czasu Ahaja była pewna dwóch rzeczy: gwiazdka i trapez rzeczywiście ni cholery oraz tego, że i romb niekoniecznie.

Biedna Tamaluga. Jak ona musiała się z tym męczyć. To dlatego piszczała waląc klockiem w ściankę… tego czegoś, co Ahaja nabyła w sklepie Społem za 12, 90. Nagle uderzeni jedną myślą spojrzeli na Tamalugę. Siedziała na kanapie pośród porozrzucanych banknotów i kart kredytowych. Oddała im nieprzytomne spojrzenie – była w transie. Najwyraźniej uszczęśliwiła ją myśl, że rodzice bawią się jej nieprzydatną do niczego, zabawką, a ona może w tym czasie bezkarnie buszować po torebce. Nie swojej, rzecz jasna…

W paczce przyszła świnia Pepa, którą babcia wcześniej zaanonsowała. Właściwie kupiła ją dla córki mojej kuzynki, ale kuzynka na dźwięk słowa „Pepa” wpadła w histerię. Gdy nieco ochłonęła, stwierdziła, że jej córka jest na świnio – Pepowym odwyku. Zwierzę trafiło więc do Tamalugi, która utuliwszy ją i ucałowawszy – odłożyła na bok, wpadając w zachwyt (Łaaa! Łooo!) nad pozostałą zawartością paczki. Do gustu przypadły jej: zgrzewka opakowań pitnej czekolady oraz folia bąbelkowa. Postanowiłam pokazać jej w czym rzecz i odpaliłam rzeczoną świnię na youtube. I, kochani, zdarzył się cud. Tamaluga, oparłszy się łokciem o moje kolano, w pozycji dla siebie (i dla mnie) niewygodnej, stała jak urzeczona wpatrując się w ekran. Pięć minut. PIĘĆ!  Cholera, może ta bajka faktycznie działa podprogowo? Obserwując Tamalugę, przez myśl przechodziło mi tysiące rzeczy. Przede wszystkim przestałam się dziwić reakcji kuzynki. Po drugie zastanowiłam się czy nie wykorzystać tego do własnych, podstępnych celów. (Po prostu w odpowiednim momencie, podłożyć świnię). Nie wiem, jeszcze o tym pomyślę. Póki co, skończyło się na jednym odcinku. Na więcej nie starczyło mi odwagi.

Zresztą jak na razie (od dwóch lat) nic nie przebiło Króliczka Harry’ego z kanału BabyFirst. Króliczek Harry musi być. Na pobudkę i na zaśnięcie. Kiedyś mnie irytował (za bardzo przypomina Zająca Poziomkę, który w latach 80 doprowadzał mnie do szału), dziś jest wybawieniem. Tylko, że trudno trafić w ramówkę. Przezorny Tomasz nagrał godzinny bloczek programowy, w którym Królik pojawia się aż dwukrotnie. Tamaluga o tym wie i domaga się „kulik, kulik!”. Zależy jej zwłaszcza na kołysance, którą Harry śpiewa na dobranoc.  No i siedzimy ostatnio przy odtwarzanym po raz 45 bloczku, w którym kolejność programów znam na pamięć. Jakimś cudem dla Tamalugi wciąż stanowi on zagadkę, więc czeka w napięciu, co będzie następne. Wiewiórki – informuję znudzonym głosem, po czym na ekranie pojawiają się wiewiórki. Tamaluga zerka na mnie zdziwiona i wraca do oglądania. Kwiatek – stwierdzam po chwili, i po wiewiórkach pojawia się kwiatek. Tamaluga mówi „Mama!” Zerkając na mnie zdziwiona. Teraz Królik Harry – mówię i Harry wkracza do akcji. „MAMA! Łaaa Łooo!” woła Tamaluga, patrząc na mnie z takim podziwem i szacunkiem, że wybucham śmiechem.

Przez dwa piękne tygodnie byliśmy szczęśliwymi posiadaczami nowych słuchawek do telewizora, delektując się na zmianę odzyskanym dźwiękiem. Z rozkoszą odkrywaliśmy tajemnicę wieczornych filmowych dialogów. I gdy sądziliśmy, że zawsze już będzie tak pięknie, Tamaluga dostała je w swoje ręce. Próżno szukać kto zawinił, kto z nas nie odłożył ich rano na półkę. Wystarczyło kilka sekund i słuchawki zostały odseparowane od siebie na zawsze. Lewa od prawej i prawa od lewej.

Koniec.

Kurtyna.

Cristal dostała serię i w końcu zeszła

Jak już nieraz wspominałam, nie jestem serialowa. Nigdy nie rozumiałam fascynacji polskimi Klanami czy innymi Miłościami i Barwami. Zresztą tyle ich nowych wychodzi, że trudno nadążyć, spamiętać, a co dopiero obejrzeć i ogarnąć. Za moich młodzieńczych i bardzo młodzieńczych lat oglądało się Dynastię. Oglądało się całą rodziną, chociaż będąc dzieckiem gówno się rozumiało, ale Dynastia to było Wydarzenie. Tak: przez wielkie „W”. Lata PRL-u skąpiły nam dobrych seriali, poza kilkoma kultowymi kryminałami – „Dempsey i Makepeace na tropie”, „Porucznik Columbo”, „Aniołki Charliego” i takie tam. Ale Dynastia to było coś. Kobiety ze zdumieniem odkryły, że mogą zaistnieć w biznesie, wraz z pełnym makijażem i ciuchami „Power dressing” w postaci odwróconego trójkąta. I naprawdę nieważne jak długo Cristal schodziła po tych schodach, i nieważne, że biały Blake odkrył istnienie czarnej siostry, i nieważne jak długo kamera skupiała się na niewyrażającej absolutnie niczego, twarzy Adama. Ważne było zupełnie co innego.

W lata 90 weszliśmy ze zblazowaną, snobistyczną amerykańską młodzieżą. Zapachniało nam, dzieciakom ciekawym świata, kalifornijską edukacją. „Beverly Hills 90210” to po prostu był h i c i o r. Bez dwóch zdań. Hicior dla mojego pokolenia. Nikogo z nas nie dziwiło, że obrzydliwie bogata i najbardziej popularna dziewczyna w szkole bez mrugnięcia okiem przyjęła w serdecznym Welcome, dwoje wieśniaków z Minnessoty. Połowa dziewczyn (i nie tylko) kochała się w Brandonie, druga połowa w Dylanie (zgadniecie do której należałam? Do wygrania wirtualny uścisk dłoni i sfatygowany plakat wyżej wymienionego.) O ile się nie mylę, w Polsce puścili tylko 5 sezonów, a już w trzech pierwszych wydarzyło się wszystko, co przydarza się przeciętnym siedemnastolatkom w przeciętnej, amerykańskiej rodzinie. Był więc rozwód, choroba, gwałt, pijaństwo, napad z bronią, kradzież, samobójstwo, zaburzenie psychiczne, rasizm i ściąganie na egzaminie. To i tak nic, w porównaniu do ich rówieśników w Japonii, którzy w serialach i licznych grach video musieli ratować świat, planetę, ludzkość i wszystko, co jeszcze było do uratowania oraz zmierzyć się z największymi bossami wszechświata.

Co robią moje dziewczyny w wolnym czasie? A, no tłuką seriale. Głównie japońskie (o tym, innym razem), ale też amerykańskie. Takie tam, młodzieżówki. Większość z nich traktuje o szalonych latach 80. W związku z czym poleciłam im „Beverly Hills”, właśnie. Obiecały, że obejrzą, jeśli ja obejrzę „Stranger Thing”. Czy ktoś może mnie oświecić, o co chodzi z tym serialem? To jakaś obsesja, i to bynajmniej nie narodowa, bo rozmawiałam z kumplem ze Stanów i u niego to samo. I co w tym najlepsze, to właśnie ten klimat lat osiemdziesiątych. Współczesne dzieciaki za tym szaleją, co nie powiem, sprawia mi frajdę.

Czasami myślę, że moja niechęć do seriali ma swoje podłoże w tych moich młodzieńczych latach. Teraz prawie każdy serial można sobie obejrzeć online, ewentualnie nagrać w telewizyjnej nagrywarce kilka odcinków i trzasnąć maratonik. Nie trzeba czekać z wywieszonym jęzorem do kolejnego czwartku, bo właśnie przerwano w najciekawszym momencie.

Co by dopełnić tematu, i żeby nie było, no żeby nie było, że ja tak w ogóle i anty, to przyznam się jakie seriale lubiłam.

„Północ – Południe”

„Detektyw Monk”

„Z Archiwum X”

„Crime Story”

I chyba więcej grzechów nie pamiętam.

Do osób z mojego rocznika: Czy ktoś pamięta hiszpański serial „Niebieskie lato”? Albo australijski serial „Hendersonowie”? Pierwszy kojarzy mi się z cudownym okresem w życiu, a drugi… Drugiego nikt nie pamięta i czuję się jak cymbał. Rodzeństwo: brat i siostra. Ona była Tamara (stąd polubiłam to imię), mama zginęła w wypadku, a oni przeprowadzili się do wujka, do Australii… Ktokolwiek? Anyone?

A jak u was wygląda miłość do seriali? Macie jakieś ulubione?

Tramwajem bez trzymanki. Wózkiem bez przekonania

Zdziczałam w tramwaju. Naprawdę. Gdy jeździ się autem, albo przemieszcza pieszo (głównie z wózkiem) w obrębie dzielnicy to zdziczeć w tramwaju można, a nawet wypada. Siedzenia dziwne, ludzie dziwni, kasownik dziwny. Dobrze że w ogóle go znalazłam. Momentalnie, czyli wraz z uderzeniem pierwszej fali smrodu, przypominam sobie na czym podróż tramwajem polega. Nie wiem, czy to ja mam takiego pecha, czy to po prostu tramwajowa norma, że zawsze musi ze mną jechać co najmniej jeden żul, co najmniej jeden awanturnik i co najmniej jedna krewka wojowniczka. W wieku podwójnie balzakowskim, co jej krewkości nie ogranicza. Wojowniczka o wolne miejsce, rzecz jasna. Na szczęście z wątpliwych uroków tego środka komunikacji korzystam bardzo sporadycznie. Wolę iść pieszo. Nawet długie dystanse. Bo ja, kochani, choć oficjalnie stronię od sportów wszelakich i innych pomniejszych aktywności – spacery wręcz kocham. Mogę łazić często, daleko i bez końca.

Tamaluga najwyraźniej odziedziczyła to po mnie. Wózek wrósł na dobre w wyposażenie kuchni, zbierając kurz i służąc za wieszak. Czasami jeszcze go wyciągam, ot tak, profilaktycznie, bardziej z myślą o zakupach. Tamaluga, bowiem, kategorycznie odmawia podróży wózkiem i chce przemierzać świat na tych swoich małych nóżkach.

Oczywiście, że to cudowne i wspaniałe.

Oczywiście, że to męczące.

Mieć  ją na oku i pchać jednocześnie wózek to zadanie niewykonalne, a już na pewno ponad moje siły. Gdy idziemy z Tomkiem to OK., podział ról ustalony, ale samej…

Ostatnio marzę, by wrócić do książek. Przynajmniej dokończyć te pozaczynane, leżące od kilku miesięcy odłogiem w różnych dziwnych miejscach. Tęsknym wzrokiem omiatam księgarniane wystawy, przy okazji zauważając dziwną prawidłowość. Otóż, najmniej wartościowe książki mają najładniejsze okładki. Może źle to ujmuję, bo kimże jestem by oceniać wartość książek. Powiedzmy, że chodzi o książki, które dla mnie są coffee table books. Na to ciekawe określenie natknęłam się kiedyś przypadkiem. Do tamtej pory nie wiedziałam, że jest taka kategoria. Coffee table books to książki kupowane przez snobów, z przeznaczeniem… innym niż większość książek. Tak, kochani, tych książek się n i e  c z y t a! Mają kartki z nadrukowanym tekstem, który zapewne układa się w jakąś, mniej lub bardziej logiczną całość, ale to bez znaczenia. Najważniejsze, że przepięknie prezentują się pod szklanym stolikiem w salonie. W wyobraźni widzę małżeństwo snobów, u których nie sprawdziła się atrapa biblioteczki, bo żaden z gości nie spojrzał w tamtą stronę. Muszą posunąć się krok dalej: zakupić prawdziwe książki i elegancko, kolorystycznie ułożyć je pod szklanym stolikiem. Mniej wyrafinowanym snobom wystarczy kilka tytułów z zakresu psychologii, co i tak jest dużym postępem, zważywszy, że kiedyś wystarczyły czasopisma. Królowie wszystkich snobów sięgną po rosyjską klasykę, ewentualnie zmieniając okładki na bardziej twarzowe. Można?

Do książek zniechęca mnie tylko fakt, że coraz gorzej widzę. Wczoraj poczyniłam czasochłonne przygotowania, aby odczytać sposób przyrządzenia kotletów sojowych. Rozsunęłam zasłonkę, przysunęłam krzesło do okna, a dłoń uzbroiłam w szkło powiększające. W pogotowiu też czekała latarka, ale stwierdziłam, że to już przesada. Dzisiaj podczas spaceru, Tomek wszedł do Żabki, a ja zostałam z Tamalugą na zewnątrz. Ze swojego miejsca usiłowałam dojrzeć, czy jest już przy kasie. Wytężyłam, więc, wzrok i z przerażeniem stwierdziłam, że kasjerka ma owłosioną twarz. Mój Boże, wyglądała jak Chewbacca z „Gwiezdnych Wojen”. Gdy przyjrzałam się nieco lepiej, ustaliłam, że to jest tył jej głowy, chociaż nadal mi coś nie pasowało. To co widziałam, nawet jak na tył było bardzo dziwne. Wpatrując się tak, że prawie dostałam zeza, odkryłam, że to owszem: tył, ale czapki Tomka. Boszszsze… Może po prostu nie powinnam się tak wpatrywać, a wszystko będzie dobrze?

Ale ja lubię się wpatrywać. „If they say why, why, tell them that its human nature” O!

 

 

 

 

 

„Próżny za trzech podróżnych, niech mnie wszyscy diabli”(i ten w lustrze)

Dostałam e-mail pod tytułem „Spotkanie klasowe”. Przed oczami najpierw stanęła mi podstawówka, jako że ludzi stamtąd lepiej kojarzę. Potem pomyślałam, że może jednak liceum. Ale nie,  zaproszenie było od Arka i dotyczyło naszej grupy ze studiów. W sumie racja: gdyby napisał „Spotkanie grupowe” zabrzmiałoby jak psychoterapia.              To miłe, bo skrzykiwali się na fejsbuku, i zadali sobie trud żeby znaleźć mnie, tę niefejsbukową. Oczywiście świetnie pamiętam Arka, ale żeby rozwiać wątpliwości dopisał pod spodem „ten z brodą”.  Sprowadziło to moją, jakże adekwatną do treści i niezwykle błyskotliwą odpowiedź do pytania „To ty ciągle masz brodę???” Na spotkanie, oczywiście pójdę. Uwielbiałam moją grupę, na pewno napiszę o niej na blogu tylko obawiam się, że jeden wpis nie wystarczy.

Ciekawe, czy ja sama mocno się postarzałam przez te kilka lat – odwieczny dylemat, pojawiający się u mnie na początku każdego roku.

Pomyśleć, że kiedyś dodawałam sobie lat.

I to nie tylko przed wejściem do nocnego klubu.

W czasach liceum, młody wygląd tylko mnie irytował. Za to później zaczął być problemem. Gdy szłam z dziećmi na spacer, często słyszałam bezczelne komentarze, jak to „wcześnie zaczęłam”. A ja powoli dobiegałam trzydziestki!

Teraz chętnie odjęłabym sobie kilka lat. Gdzież, ach gdzież, moja świeżość o poranku? Ostatnio poranne zerknięcie w lustro nadało nowe znaczenie słowom babci „nie wpatruj się w lustro, bo diabła zobaczysz”. Rzeczywiście zobaczyłam, i to wcale nie wpatrując się długo. Widocznie w pewnym wieku ino „zerk” wystarczy. Mój zerk, zresztą też pierwszej świeżości nie był, umówmy się. Ale diabła ujrzałam, nie da się ukryć – chyba że pod kołdrą, co uczyniłam. Zawróciłam z powrotem do łóżka, gdzie szczelnie się nią okryłam. Tak, łącznie z twarzą. Zwłaszcza z twarzą. Leżąc tak bezproduktywnie, pomyślałam, że muszę zrobić coś dla swojego wyglądu, cokolwiek. Zaczęłam od brzuszków. Właściwie ćwierćbrzuszków, bo nadal ograniczała mnie kołdra. Wiecie, co stało się kwintesencją starości? To, że podczas brzuszków… zasnęłam. Ja pier*ole: ZASNĘŁAM. No chyba niżej już upaść nie mogłam.

Ostatnio poskarżyłam się koledze, że spotkałam naszą wspólną znajomą i ona mnie nie poznała. „Udawała” stwierdził. „Niemożliwe, że cię nie poznała, bo masz specyficzny typ urody”.

Nie wiem, czy to był komplement i wolę nie roztrząsać.

Specyficzny? Myślę, że jestem raczej jak Ryszard Ochódzki: z twarzy podobna zupełnie do nikogo.

Chyba, że do siebie. Tak, do siebie zdecydowanie.

Zresztą, czy twarz ma jakieś znaczenie? Facet, na ten przykład, nie musi mieć siwej brody, laski z dzwonkami czy reniferów. Wystarczy czerwona czapa, żeby Tamaluga wyrwała się do niego radośnie z okrzykiem „Kojał! Kojał!” Ostatnio ochoczo pomknęła za żulkiem, chociaż fakt: gość oprócz czerwonego kołnierza, miał trochę siwej brody. Taszczył też jakiś worek, bynajmniej nie z prezentami.

Aha, i tył głowy jest tak samo ważny jak jej przód. A skąd wiadomo jak wyglądamy, że tak powiem, od tyłu? A na przykład dzięki patentowi Jasia Fasoli, czyli pstrykaniu selfi swojej potylicy.

Najsłodszy tył głowy ma oczywiście Tamaluga: kręcone włoski nad karczkiem. Tomek nazywa to „lokowaniem produktu” 😀

Czy wy też tak macie, że gdy zdecydujecie się na obcięcie włosów to nagle wpada wam do głowy tysiące pomysłów na długie fryzury?

Albo grzywka, o! Co jakiś czas korci mnie żeby obciąć, ale zaraz sobie przypominam jak bardzo mnie wkurzy już na drugi dzień.

A w ogóle przeczytałam ostatnio, że krótka grzywka zawsze postarza. Także, niejako problem rozwiązuje się sam.

A żeby nieco załagodzić próżność wylewającą się z mojego, jakże nic nie wnoszącego do życia, wpisu to powiem wam jedno. Czytam wasze blogi, które są takie mądre, poruszacie takie interesujące tematy, skłaniacie do refleksji i dyskusji. Moje wpisy też skłaniają do refleksji ale nad stanem mojego umysłu. Skłaniają do dyskusji o tym, czy już czas na psychiatrę, czy jeszcze damy jej chwilkę.

Ja też chciałabym napisać coś mądrego. Może w każdą drugą środę miesiąca? Może utworzyć osobną kategorię „Wpisy mądre”?

(Heh, ale mi się przypomniało: https://www.youtube.com/watch?v=W_59KkrE4Ps )

(Tele)ekspressowa integracja, czyli świąteczne podsumowanie

Jako, że praca na zamówienie, w której pisarski wir wpadłam, skłania się powoli ku końcowi (jakże często wieczorami wypowiadam to zdanie, a nazajutrz prawda okazuje się bolesna), także powoli wychodzę ze świata zombie i powracam na stare, dobre blogowisko.

Święta minęły spokojnie, o ile w ogóle z Tamalugą można mówić o spokoju. Wieczerza była, Pasterka była, Mikołaj był. Tamaluga, nad wyraz przejęta tym ostatnim, ze szczęścia, że usiadł obok niej – rozdawała wszystkim własne prezenty… Mikołajowi raz załamał się głos i dziecię spojrzało na niego podejrzliwie. Podstępu jednak nie zwietrzyło. Gdy Mikołaj powrócił w cywilnym ubraniu, rzuciła się do niego, krzycząc „Tata, tata! Kojał! Kojaaaał! I Kojał papa!” I tak oto w trzech zdaniach, na jednym przydechu, streściła Tomkowi, co przegapił. Dyskretnie wyciągając mu z brody resztki waty, stwierdziłam, że zasługuje na Oscara.

Było też trochę smutno. To pierwsze święta bez Pana Roniowego. Brakowało mi jego niuchającego nosa pod choinką, gdy jako pierwszy wpadał do pokoju szukać prezentu. Przypomniałam sobie jak co roku przedstawialiśmy z dziewczynkami różne świąteczne scenki, w których Pan Roniowy brał aktywny udział. Przeważnie był królewskim wielbłądem, jako że podobny wizualnie. Zawsze wyliśmy ze śmiechu, bo miał tendencję do ignorowania swoich kwestii i wychodzenia na scenę nie w porę.

Postanowiłam, że nie ruszę pracy w święta. I nie ruszyłam. Podjęłam akcję integrowania rodziny, której nawet nie trzeba było integrować. Sama się zintegrowała, a obszerna kanapa nagle zrobiła się za ciasna. Niesiona na skrzydłach Ducha Świąt, rodzinnie tłukłam programy, których normalnie, no wiecie… Wytłukłam nawet Teleexpress, którego nie widziałam w całości chyba ze sto lat. Albo coś koło tego. Obejrzawszy „intro”, przypomniałam sobie jakim hitem był Teleexpress w szkolnych latach, i jak wszystkie dzieciaki czekały na tę czołówkę. Niestety, obejrzawszy program do końca przypomniałam też sobie dlaczego nigdy go nie lubiłam. I to wcale nie przez uchojebny słowotok, tylko przez skondensowany zestaw, nic nie wnoszących do życia pierdół. Wolałam wiedzieć, co naprawdę dzieje się na świecie, zamiast słuchać oderwanych od rzeczywistości dyrdymałów. Nawet jeśli to urocze, że tyle się dzieje złego, a pan Józek spod Skierniewic dzierga Jezusy na włóczce. Może i ja bym wydziergała jakiegoś Jezusa, ale Oliwia zużyła całą wełnę na szalik.

Tak, więc, pozostało mi zło na świecie, co z kolei tłumaczy, dlaczego w drugi dzień świąt czytałam o seryjnych mordercach.

W związku z pisaniem pewnego artykułu, jeszcze przed świętami odwiedziłam książnicę. Boszszsze jak ja nie lubię tego miejsca! Nie potrafię tam niczego znaleźć. W lokalnej bibliotece nie mam żadnych problemów, a tam… Krążę i krążę i wydeptuję podłogę, która tak cholernie skrzypi, że za każdym okrążeniem podnosi się na mnie kilka par oczu. Po szóstym kółku chce mi się płakać. Czuję się jak debil i zastanawiam czy powinnam po raz drugi podejść do pani i zadać jej pytanie. Tym razem inne, bo poprzednio zapytałam gdzie znajdę interesującą mnie książkę, i otrzymałam odpowiedź, że w 36. Teraz powinnam zapytać gdzie jest 36, którego poszukiwania podjęłam ochoczo i z nową nadzieją, i na których poległam.

Co za idiota oznaczał te półki?!

W dziale, który wskazała pani, znalazłam dwie książki. „Kochanie czy klikanie?” oraz „Jak odnieść sukces bez penisa”. Obie pozostawię bez komentarza.

Zamówiłam książki online. Nie wiem jak do was, ale do mnie kurier zawsze przychodzi gdy nie ma mnie w domu. Albo gdy właśnie wychodzę. Albo gdy wychodzę i w dodatku się śpieszę. Tak też było tym razem. Jechaliśmy do Castoramy. Oczywiście tuż przed zamknięciem. Zapakowani w aucie, ze zniecierpliwioną Tamalugą, silnik odpalony, a tu kurier wyłania się zza rogu. Chcąc, nie chcąc muszę się wygramolić, co w zimowej kurtce, zapiętej pasami i omotanej własną torbą, nie jest takie proste. W końcu stoję już przed bramą i zdenerwowana, w pośpiechu, grzebię w torbie w poszukiwaniu kluczy. Pan postawi tę paczkę, bo to potrwa. Pan potrzyma – i tu wydobywam z torby, kolejno, co następuje: suwmiarkę, metrówkę i zużytą żarówkę. Facet ryknął takim śmiechem, że się przestraszyłam. A kluczy i tak nie znalazłam.

A jak tam u was? Stęskniłam się za wami i muszę powoli nadrobić blogowe zaległości.

IMG_3066.JPGTamaluga z ulubionym prezentem (i w ulubionych skarpetkach, Makbetko :D) Idei drugiego prezentu, na którym siedzi, nie pojęła… 😀IMG_3008.JPGJeszcze w kiecce…

Wesołych Świąt :)

Dzisiaj chcę się podzielić z wami półką. Nie tą, która mi opadła, gdy uświadomiłam sobie jak mało czasu zostało do świąt, a ja jeszcze w lesie. Tą półką, którą co roku ozdabiam w mini miasteczko z początków XX wieku.

WESOŁYCH ŚWIĄT, KOCHANI!

IMG_2934IMG_2936IMG_2937IMG_2938IMG_2935IMG_2939IMG_2940IMG_2943IMG_2944IMG_2945IMG_2946IMG_2949