O mózgu i innych towarach z górnej półki

Mózg to jest jednak nieobliczalny. Nigdy nie wiadomo czego się uchwyci i dlaczego akurat tego. Jest niesamowity i fascynujący, ale ta jego wybiórczość czasami bardzo mnie wkurza. Dlaczego, na przykład przechowuje rzeczy bezużyteczne, a te ważne wypiera? Jak to możliwe, że regularnie zapominam PIN, a pamiętam numer rejestracyjny naszej pierwszej Skody z lat 80? Na cholerę mi to? Taki złośliwy jest właśnie. Kiedyś w urzędzie zapomniałam jaki mam numer pesel. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, ale ja zapomniałam nawet 6 pierwszych cyferek.

Czasami wyobrażam sobie, że mój mózg do mnie mówi i naprawdę go słyszę.

Mózg: No, co tam znowu boli?

Ja: Przecież wiesz, brzuch i ząb.

Mózg: Mogę ci pomóc.

Ja: Dzięki, już mi wystarczająco pomogłeś.

Mózg: Serio. Mogę wyłączyć jeden ból. Na którym, zatem, mam się skoncentrować? Wolisz, żeby bolał cię ząb czy brzuch?

Ja: Brzuch, zdecydowanie!

Mózg: Dobrze, zatem..

Ja: Nie, nie, czekaj! Może jednak ząb?

Mózg: O.K…

Ja: Zaraz! Wolę ból brzucha. Bolący ząb to coś strasznego.

Mózg: Oszaleję z tobą. Niech cię boli ząb i brzuch, a gdy już się zdecydujesz to daj mi znać.

Ja: Nie, no wiem już, czekaj…

Mózg: Zanim wymyślisz, samo ci przejdzie.

Ja: No, to fajnie, to nie będziesz musiał nic robić.

Mózg: Na co dzień w sumie też nic nie robię, także…

Mózg oszukuje mnie przy czytaniu. Pomijając moje problemy ze wzrokiem, to nawet w okularach i przy dużych literach czasami czytam takie bzdury, że ręce opadają. Między innymi przedszkolne menu, w którym wyczytałam, że na obiad podano dzieciom kotlety z marihuany. Dobrze, że nie zdążyłam zrobić jazdy, bo po bliższej analizie okazało się, że to kotlety z miruny.

Ostatnio jadę tramwajem, a na tablicy informacyjnej wyświetla się „Klementyny i Leszka”. Wpadam w lekką panikę, bo jak to, że tramwaj jedzie przez Klementyny i Leszka??? Gdzie to, ku*wa jest? Nie ma takich ulic w moim mieście! Dopiero po czasie ogarnęłam, że o imieniny się rozchodzi.

Czy też sms do Dziubasowej z pewnym zapytaniem, na który odpowiada „Zupełnie nie”. Po bardziej wnikliwej analizie stwierdziłam, że to raczej „Zgadza się”. Także, jak widać, mózg rejestruje kompletnie sprzeczną informację, co może być niebezpieczne, jak by tak pomyśleć i pochylić się nad zagadnieniem. I co, może nie robi tego złośliwie?

**************

Bruszka Zębuszka odwiedziła nas dwukrotnie w ciągu pięciu dni. Jej wizyty poprzedził płacz, gdyż nie obyło się bez rozlewu krwi. Dwukrotna akcja nad umywalką zakończona sukcesem. Przez wzgląd na Tamalugową mękę, do bruszkowo-zębowej tradycji dołączył liścik od Bruszki, płatki róży i takie tam. Tamaluga umieszcza ząb, obowiązkowo w ozdobnym pudełku. Pudełku po moim pierścionku zaręczynowym, dla ścisłości.

Tym razem Bruszka sięgnęła do górnej półki, a towary z górnej półki mają swoją cenę. Pomyślałam zatem, świetnie! Przyda się dodatkowa kaska na wakacje. Dopóki nie zajarzyłam, że przecież…  No właśnie. Dla innych to oczywiste, ale u mnie przy braku współpracy z mózgiem zajęło to chwilę.

Rytunowe rytuały

Tekst Sylwii o rytuałach skłonił mnie do refleksji. Chociaż zawsze wszelkim rytuałom mówiłam stanowcze „innym razem”, tak naprawdę nie da się ich uniknąć. To co mnie nastawiało negatywnie, to zamiennik słowa rytuał na rutyna, co oczywiście kojarzy się dużo gorzej.

Ale! Równie dobrze moje życiowe słówko „spontan” można odebrać jako chaos, także… No, nie. Chaosowi też czasami należy powiedzieć stanowcze „innym razem”. A reszta wyklaruje się sama.

Wracając. Okazuje się, że i my Tamalugowcy, mamy swoje rytuały (z rutyną nie mylić), bez których byłoby jakoś tak dziwnie, niefajnie i „jakby mniej luksusowo”.

Nasz dzień wygląda zatem, mniej więcej tak (dane podane orientacyjnie, czyli mniej więcej. Kluczowym słowem jest „,miej więcej”, także… nie stosujcie tego w domu, nie regulujcie odbiorników, a już Broń Boże nie nastawiajcie według nas zegarków i kalendarzy).

No, więc:

Budzimy się o godzinie 7:00 (nie dotyczy weekendów, kiedy nie nastawiamy budzika, chociaż często, jak na złość budzimy się wtedy jeszcze wcześniej!) Tomek wstaje, ogarnia się i robi Tamaludze śniadanie, a nam kawę i (opcjonalnie) kanapki.

7:15 któreś z nas budzi Tamalugę. Czasami się udaje, ale przeważnie budzi ją tylko rybka Mini Mini, która wstaje przy głośnych podwodnych dzwonkach. O dziwo ten dźwięk sprawia, że Tamaluga staje na baczność, chwyta pod pachę lalkę albo misia i zjeżdża z łóżka zjeżdżalnią w tempie ekspresowym. Ja zawsze wtedy mam lęki, widząc ją na spidzie taką zaspaną. Wyobrażam sobie siebie, na tej zjeżdżalni, rozbudzoną i nieprzytomną, pięć razy połamaną po drodze i siedem razy wytrąconą z trajektorii zjazdu.

Następnie Tamaluga wskakuje do naszego łóżka pod kołdrę. Łóżko jest już wówczas w połowie pełne (albo w połowie puste – wersja dla pesymistów) gdyż Tomasz okupuje łazienkę, a ja siedzę na brzegu łóżka usiłując zebrać myśli i ogarnąć czas, dzień tygodnia, porę roku, swoje imię i wiek. (Nie dotyczy weekendów, kiedy gnieciemy się wspólnie przez godzinę, a ja wówczas wiem, mniej więcej jak mam na imię i ile mam lat, aczkolwiek nadal pracuję nad porą roku).

W końcu, około 7:30 Tamaluga zasiada do śniadania. Obowiązkowo jest to mleko z czymś. Płatki, kulki, nieważne. Najważniejsze, że pływają w ciepłym mleku. Wersja opcjonalna (gdy stan mleka -1 – kaszka bananowa. (Nie dotyczy weekendów, kiedy to życzy sobie tosty z Nutellą albo jajko na miękko).

Po śniadaniu Tomasz wreszcie opuszcza łazienkę, więc Tamaluga robi siusiu, myje zęby, buzię i rączki, i wraca żeby się ubrać. Ubrana zasiada na krześle przodem do oparcia, a ja ją czeszę. W 98 przypadkach na 100 są to warkocze dobierane. Fryzura, która szybko się nie rozwali podczas szaleństw w przedszkolu i pozwoli jej jeść posiłki bez włosów w żarciu.

O godzinie 8:00 Tamaluga jest już gotowa do wyjścia i zjada żelową tabletkę tranu. Wychodzą z Tomkiem, ale ona zawsze zawraca żeby mnie przytulić i życzyć miłego dnia. Ostatecznie opuszczają nasz przybytek rozkoszy o 8:05, a o 8:20 są już w przedszkolu. Gdy jest ciepło, jadą rowerem.

Następnie Tomek jedzie prosto do pracy na 9:00, a ja ogarniam trochę chatę i też o 9:00 zasiadam do pracy. Pracuję do ok. 13:40 i robię obiad. Jeśli w lodówce jest tylko światło, kończę pracę o 13 i idę po zakupy.

O 15:00 wychodzę po Tamalugę. Odbieram ją z przedszkola około 15:20, zaraz po przedszkolnym posiłku, a ona i tak niezmiennie pyta co jest w domu na obiad… także tego. A muszę dodać, że posiłki w tym przedszkolu wywalają z kapci.

Droga powrotna też jest zbiorowiskiem rytuałów, o czym już kiedyś pisałam. Zaliczanie domów, głaskanie psów, granie w różne gry, które urozmaicają trasę. W takim tempie kotwiczymy w domu około 15: 50. Tamaluga rozbiera się, myje ręce i zjada domowy obiad.

Potem, jeśli jest to poniedziałek lub czwartek szykujemy się na zajęcia dodatkowe: balet albo szachy, (obie aktywności kończą się o 17:30). W pozostałe dni tygodnia gnieciemy się i wygłupiamy do 17:00.

O 17:30 Tamaluga zawsze jest głodna. Dostaje wtedy owoc, albo warzywo, albo serek homo. Albo jej ukochane oliwki. O 18:00 – tu akurat jest zawsze stała pora – czas na… kibelek. Po wielu problemach i perypetiach udało mi się rok temu, jednym zajebistym lekarstwem wyregulować te sprawy jak w zegarku.

O 18:20 czas na kąpiel, która trwa pół godziny, po mojej zdecydowanej interwencji, bo inaczej trwałaby dużo dłużej. Wanna to coś, co Tamaluga kocha nad życie, i oczywiście wiąże się z tym kolejny rytuał – zabawa z mamą lub tatą.

O 19:00 czeka na nią kolacja, więc czysta i pachnąca Tamaluga, zasiada w szlafroku przy stole. To jest też czas na jej bajki, więc buszuje po swoich kanałach. Potem ma jeszcze czas na zabawę, albo rozwiązywanie łamigłówek do godziny 20:00.

O 20:00 myje zęby, robi siusiu i kładzie się do łóżka z kułą. To jest właśnie jej czas na kułę (tablet) – pół godziny dziennie.

20:30 – Tamaluga oddaje kułę, z mniejszym lub większym oporem, po czym czytam jej książkę przez 15 minut.

O 20:45 wkracza Tomek z mizianiem.

21:00 Tamaluga śpi!

Wszystko to wypracowałam dopiero zeszłego września. Do tamtej pory nasze życie było (jeszcze większym) chaosem, a Tamaluga zasypiała o 23:00. W końcu stwierdziłam, że tak być nie może. Wykorzystałam 2 tygodniową nieobecność Tomka i wprowadziłam zmiany (czytaj: rytuał, czytaj: rutynę). Inaczej by się nie dało, gdyż Tomasz jest największym chaosem ever, pozwalającym Tamaludze na… wszystko. Byle byłaby szczęśliwa.

Potem, czyli po 21:00  następuje czas wolny Tomka i mój, który wykorzystujemy na różne sposoby. Tomek czasami coś tam podłubie w warsztaciku, coś tam obejrzy w TV, ale przeważnie idzie spać. Ja dopiero nabieram wiatru w żagle, bo… muszę. Zmywam naczynia, wyciągam pranie z pralki, szykuję ciuchy Tamaludze na następny dzień, piszę, czyli pracuję, odpowiadam na meile i odpisuję, czytam książkę albo przeglądam zaległe blogi. Podtrzymując opadające powieki. Podtrzymując je słonymi paluszkami, bo to mój nałóg. Znaczy, nie podtrzymywanie powiek, tylko ich spożywanie, tych paluszków. Około 24:00 mówię dobranoc tym, którzy jeszcze mnie słuchają, czyli ścianom.

No, to na tyle. A jak u was to wygląda?

Batman, eko moda i pojazd z rurą

– Mamusiu, czy Batman istnieje naprawdę?

– Niestety, nie.

– Oj, to szkoda, bardzo mi przykro.

– Mi też.

– Bo chciałabym go przytulić, i żeby spał u mnie w łóżeczku i jadł twoje pyszne obiadki, a z tatą chodził do pracy. Mógłby być właściwie takim dodatkowym tatusiem. A wieczorem po kolacji uczyłby mnie jak ratować świat. Bo ja bym chciała być Batmanem i ratować świat. Muszę uratować ten świat.

……………………………………

Pani Marta przedszkolanka bierze mnie na stronę, chyba po raz pierwszy w historii Tamalugi w przedszkolu. Tamaluga trzyma głównie z chłopakami (nic nowego) i razem z nimi gada podczas jedzenia. Zwracanie uwagi nie przynosi rezultatów, została zatem przesadzona do innego stolika. Zareagowała płaczem. Pani Marta wyjaśniła jej, że sama rozmowa jej nie przeszkadza, ale to, że wtedy Tamaluga nie je, a potem zaczyna jeść na spidzie, gdy już zbierają talerze, co skutkuje bólem brzucha. Tamaluga zrozumiała, ale i tak płakała, a nowi towarzysze posiłków poradzili jej, żeby nie patrzyła na dawny stolik, bo to ją zasmuca. Troje z nich postanowiło ją pocieszyć i zrobili laurkę „Tamalugo, kochamy cię!” Niesamowite są te dzieciaki w jej grupie.

Rozmawiałam z jedną z mam, i oświeciła mnie, że w grupie już utworzyły się pary chłopiec-dziewczynka… Ale jak to?! Przecież to sześciolatki! Trudno było mi to ogarnąć, ale ta mama przyznała, że faktycznie, akurat Tamaluga nie chce pary i bawi się sprawiedliwie z każdym chłopcem. Podjęliśmy z Tomkiem cichą obserwację.

Oglądamy film, w którym na ekranie pojawia się około 12 letni chłopiec. Tamaluga stwierdza: „Uuu, przystojniaczek!”.

……………………………………………

Z serii wyzwań kreatywnych ciąg dalszy. W przedszkolu odbył się pokaz Eko mody. I znów wspinając się na wyżyny kreatywności uszyłam jej spódnicę i bluzkę z toreb, a płaszczyk z worka na śmieci. I znów opadła mi póła, widząc inne kreacje. Kufa mać, czy tym rodzicom naprawdę nudzi się w domu?!

Strój należało odpowiednio zaprezentować, zapytuję zatem moją córkę, czy umie chodzić jak modelka. Mówi, że umie. Ja niedowierzam. Robi więc próbny pokaz, a ja próbuję się nie roześmiać.

Tamaluga: wstydzę się wystąpić. A jeśli wystąpię, to dostanę nagrodę?

Ja: A jaką?

Tamaluga: Chciałabym zobaczyć prawdziwy pojazd wojskowy z taką długą rurą.

Ja: Czołg?

Tamaluga: TAK!

Jej marzenie spełniło się szybciej niż sądziłam, bo już kilka dni później mieli wycieczkę do 12 brygady zmechanizowanej. Tamaluga była obok czołgu, na czołgu i w czołgu. Była zachwycona.

…………………………………………………..

To na koniec jeszcze:

Tamaluga: Mama, a aplikacja to inaczej toaleta, prawda?

Ja: Nie, toaleta to ubikacja.

Tamaluga: Aha.

Ja: Aplikacja to…

Tamaluga: Wiem! Toaleta taka przenośna?

P.S. Tamaluga zachwycona prezentem na Dzień Dziecka, o którym pisałam w poprzednim wpisie. Lalkę nazwała, oczywiście, swoim imieniem. Śpi z nią, całuje ją i wącha. Zapomniałam dodać, że lalka pachnie czekoladą. Cały sklep tak pachnie! No, a teraz i nasz pokój. 😀

A tutaj, jak leniwce zmieniają kolor na słońcu. Pierwsza fotka w domu, druga na dworze.

Lala, lalala lalala

Tamaluga wyraziła chęć posiadania lalki. Już sama informacja wbiła mnie w kanapę. Nie to, żeby żadnej nie miała, bo ma. 2 lalki dzidziusie – jedną po siostrach, a jedną… jeszcze po mnie. 1 lalkę szmacianą Fancy Nancy. 1 lalkę kolekcjonerską z epoki wiktoriańskiej, chociaż tą to akurat trudno się bawić. Plus kilka Barbie po siostrach i małych Barbie pasujących do domku dla lalek. Przy okazji – ja sama wciąż mam lalkę, schowaną w szafie, którą dostałam od babci na roczek… Rozumiecie to? Lalka ma 45 lat! Jedno oczko mu się odlepiło (temu lalku), drugie ledwo zipie, ogólnie zez rozbieżny. Sukieneczka też pozostawia wiele do życzenia, a rączki i nóżki są dziwnie pogryzione… Wilki? Kozy? Ja? 🤔

Ale, wracając.                                                                                                                            

Zapytuję Tamalugę, co chciałaby dostać na Dzień Dziecka, a ona na to, że lalkę. Spodziewałam się Lego Ninjago, Spidey albo ostatnią jej obsesję – Batmana, ale nie lalki. Zapytuję więc, o jaką lalkę się w jej małej główce rozchodzi, a ona na to, że nie wie. W sumie skąd ma wiedzieć? Zróbcie mi niespodziankę! – rzekło dziecię, czym rozwaliła nas na łopatki.

Wpisuję w cierpliwego Googla frazę „lalka”. Cierpliwy Google wyrzuca jakieś takie… z mocnym makijażem i długimi szponami, na przykład. To tym się teraz bawią dziewczynki?! Wolę już tego Batmana. Ale zaraz. Coś przykuwa moją uwagę, więc klikam w link. Link przenosi mnie do lalkowego raju. Sklep, w którym można kupić ciuszek dla dziewczynki, a potem dopasować lalkę do jej wyglądu i… ta lalka też ma na sobie ten ciuszek! Łomajgod! Gdzie byliście całe moje życie?! Gdzie byliście, gdy byłam mała?! Ubrania wysokiej jakości, zaprojektowane i uszyte w Polsce. Lalki sprowadzane z Hiszpanii mają przepiękne buźki. Wirtualnie wybrałam kolor włosów ciemny blond, kolor oczu zielone, no wypisz, wymaluj, Tamaluga! Mój stary komputer zaczął wariować i wyrzucać mnie ze strony, więc zdążyłam jeno zerknąć na zakładkę „kontakt”. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że sklep jest w moim mieście! Czekałam na zgranie w czasie, aż się doczekałam. We wtorek Oliwia mogła zostać z Tamalugą, a Tomka zgarnęłam niemalże z pracy. Przybyliśmy tuż przed zamknięciem. Na szczęście przed zamknięciem, i na szczęście miałam już w głowie wizję ubranka i lalki. W przeciwnym razie nie starczyłoby mi czasu na dokonanie wyboru. Weszliśmy do sklepu i zwariowaliśmy oboje. Tego się nie da opisać. Mnóstwo lalek na półkach, różnej karnacji, o różnym kolorze i długości włosów, różnym kolorze oczu. Lalki ciemnoskóre, lalki Azjatki…

Z przemiłą panią kompletowałam prezent, podczas gdy Tomasz na czworaka buszował w mikrusich bucikach dla lalek, niczym rasowa kobieta w obuwniczym. Nie mógł się zdecydować, zwłaszcza, że w kółko coś rozpraszało jego uwagę. Była tam buda z malutkim pieskiem i szafa dla lalek z maleńkimi wieszaczkami, i łóżko, i sprzęcik sportowy, i mnóstwo innych rzeczy. W końcu Tomasz zdecydował się na jakąś parę bucików i ułożył je uroczyście na środku ogromnej pufy. Widok bezcenny.

Teraz czekamy z niecierpliwością na Dzień Dziecka. Chrzanić to, jeśli nie spodoba się Tamaludze to ja sobie zatrzymam tę lalkę.

Poświąteczne dylematy who is who

Wiem, że ostatnio mam straszne obsuwy w blogowaniu. Rzadziej piszę, rzadziej zamieszczam, rzadziej odwiedzam Wasze blogi. Jest mi z tym źle, ale naprawdę nie mam czasu. Pracuję nad tym, by to zmienić. Naprawdę pracuję. Przysięgam. Dziękuję bardzo za cierpliwość i wsparcie.

No to na początek taki opóźniony w rozwoju temacik. Czy prezenty w Wielkanoc rozdaje Królik czy Zając Wielkanocny? No bo fetysz na zęby to ma Wróżka Zębuszka (dla Tamalugi Bruszka Zębuszka) czyli wszystko jest jasne. Mikołaj od Dziada Mroza też za bardzo się nie różni. Pozostaje tylko niewiadoma w postaci wielkanocnego zwierzęcia. Królika lub zająca. No właśnie! Nie ma pewności. A przecież te dwa gatunki zwierząt różnią się jak cholera. Miałam okazję przekonać się o tym, dzieckiem będąc. Mój dziadek był myśliwym, więc… Ale nie chcę o tym mówić, bo to była trauma, trauma i jeszcze raz trauma.

Ale! Chcę by moje dziecko odróżniało zająca od królika, niekoniecznie w taki sposób.

W przedszkolu był konkurs. Na wykonanie królika/zająca wielkanocnego w 3D. I znowu musiałam wspiąć się na wyżyny kreatywności, która u mnie od 20 lat niezmiennie wynosi minus jeden. Nie, wróć: nie niezmiennie, bo krzywa wyraźnie spada. W zasadzie to leci na łeb, na szyję.

Ale! Królik (zając?) musi być. Kombinowałam, szyłam, dziergałam. Palce pokłute igłą, wzrok zdruzgotany, ścinki, skrawki, śmieci dookoła. Ale czego się nie robi dla dziecięcia?! A wszystko Eko, żeby nie było: ciałko ze starej torby, uszy z dziurawych rajstop… I tak dalej. Ukończone dzieło zadowoliło mnie w stopniu umiarkowanym, za to kompletnie rozwaliło Tamalugę, która kategorycznie sprzeciwiła się oddaniu zwierzęcia na konkurs. Chciała go zatrzymać w domu. Musiałam jej wytłumaczyć, że po konkursie króliczę lub zajączę wróci do domu. Gdy po dwóch tygodniach produkowania zwierzęcia, z niejakim triumfem zaniosłyśmy go do przedszkola, przeżyłam szok. To był chyba konkurs ze 100% frekwencją, bo króliko-zające były wszędzie… WSZĘDZIE! Gdy je zobaczyłam to  szczęka mi opadła i stwierdziłam, że rodzicom najwyraźniej nudzi się w domu.

……………………………………………………………………

Mama, a na samym początku panie w przedszkolu zmieniały mi pieluszki?

Nie, bo już nie używałaś pieluszek.

Tylko siusiałam do nocniczka?

Nie, do nocniczka też już nie.

O Matko! Jaka ja byłam dorosła!

……………………………………………………………………

Mama, wiesz kim chcę być, gdy dorosnę?

Kim?

Tym co jeździ tramwajami, autobusami i samochodami.

Kierowcą?

Tak. Kierowniczką.

…………………………………………………………………………

To na koniec rozmowa esemesowa dwojga ślepców, zbyt leniwych by założyć okulary. Tomasz w sklepie będąc, zapytuje co jeszcze kupić, odpowiadam, że pomidory, a on zgadza się, że je weźmie. Po założeniu okularów odczytałam co następuje:

Tomek: Czy jeszcze kpić?

Ja: Pomorodo

Tomek: OK., wsrmę.

……………………………………………………………………………….

NASZ KRÓLIK 😀

Ucieczka z randki w ciemno, po mamusiowym sznurku

Randki w ciemno przeżywają czasy swojej świetności. To już nie tylko programy w telewizji, ale też realne koleżanki! Zastanawiałam się dlaczego tak jest i doszłam do wniosku, że w dzisiejszych internetowych czasach wszystko jest jedną wielką randką w ciemno, zatem wszystko się zgadza.

Przy okazji przypomniałam sobie swoją randkę w ciemno. Rzecz miała miejsce jakieś 8 lat temu. Koleżanka uparła się zeswatać mnie ze swoim kolegą. Już wtedy poznałam Tomka, ale z tego poznania nic nie wynikało, więc dlaczego nie?

Miało się to odbyć w jej domu. Ja przyszłam dużo wcześniej, a Kolega (za cholerę nie pamiętam jak miał na imię) zjawił się punktualnie. Jego reakcja była bardzo pozytywna, entuzjastyczna wręcz, wyraźnie ucieszył się gdy mnie zobaczył. Moja reakcja była taka sobie. Nie dlatego, że był, jak to mawiają w Sherku 3 „niewyględny”. Wręcz przeciwnie, był całkiem przystojny. I sympatyczny. Ale chyba miałam już gdzieś tam w głowie Tomka, więc… No.

Kolega dużo pytał o mnie i dużo mówił o sobie… Za dużo nawet, bo gdy doszło do tego, że słucha Disco Polo to z miejsca go skreśliłam. Dobra, może już gdzieś tam Tomek tkwił w mojej głowie. Tak, myślę, że już tkwił. Ale! Muzyka, chociaż może nie słucham jej ostatnio na co dzień, to jednak odgrywa w moim życiu bardzo ważną rolę. Wszelkie próby jej profanacji wywołują u mnie bunt i odruch wymiotny.

Nie jestem w  stanie polubić kogoś, kto słucha Disco Polo, nie mam nawet ochoty poznać go bliżej. Na dźwięk tych słów pojawia się u mnie blokada nie do przebicia. Chociaż dotyczy to zazwyczaj mężczyzn, z którymi – hipotetycznie –  mogłabym wejść w jakieś bliższe relacje. Co do kobiet to mam kilka koleżanek słuchających, ale nie przeszkadza mi to. Oczywiście, dopóki nie słuchają tego czegoś przy mnie.

Ale wracając. Przez ostatnie pół godziny tęsknie spoglądałam w stronę drzwi, zastanawiając się jak uprzejmie się z tego wymanewrować. Niestety, gość nie chciał odpuścić, a moje zerkanie na drzwi odczytał w taki sposób, że chcę już stąd wyjść (razem z nim) bo przebieram nóżkami żeby zostać z nim sam na sam. (Przewrót oczami).

OK. Pozwoliłam mu się odprowadzić. Miałam też nadzieję, że spotkamy po drodze Tomka i może nawet będzie trochę zazdrosny? Oczywiście nie spotkaliśmy Tomka, a mnie zrobiło się szkoda Kolegi, więc pożegnałam go serdecznie i życzyłam szczęścia. Niestety rozwiałam jego nadzieje na numer telefonu i inne… numery. No, cóż, życie…

W ogóle ta opowieść to część dłuższej historii, więc jeśli wyrazicie chęć, to kiedyś opowiem.

A tymczasem patrzę na mojego Tomka, jak śpi tuż obok. Czasami tak mnie wkurwia, że wysłałabym go w ten jego ukochany kosmos, a tuż za nim cały złom jaki znosi do domu. Dawno już nie mam motylków w brzuchu, część uleciała w niebo, część została przygnieciona tym złomem. A jednak tak patrzę i cieszę się, że w moim łóżku nie leży sympatyczny miłośnik Disco Polo, tylko świrnięty spontaniczny szajbus, kolekcjoner wszystkiego.

………………………………………………………..

Tomek kąpie Tamalugę. Słyszę ich z kuchni.

Tamaluga: Tata, a czy jak byłam u mamy w brzuchu to byłam z nią związana takim sznurkiem?

Tomek: Nooo, w sumie tak.

Tamaluga: A po co? Żebym ja nie uciekała?

…………………………………………………………

trochę o świętach

Jakoś tak się przyjęło, że u nas Wielkanoc obchodzona jest wyjątkowo. Mamy takie swoje rodzinne tradycje, wypracowane przez nas samych i wzbogacane co roku czymś nowym. Zresztą Boże Narodzenie też staramy się obchodzić nietuzinkowo, jednak to Wielkanoc jest moim ulubionym świętem. Myślę, że święta Bożego Narodzenia są bogate same w sobie, niewiele zostaje miejsca na kreatywność albo chociaż podejmowanie jakiejś akcji. Wielkanoc wymaga od nas ruszenia leniwego tyłka do kościoła ze święconką i na spacer, bo to w końcu wiosna, niezależnie od pogody. Boże Narodzenie też obfituje w konkretne potrawy, co skutkuje całym dniem w kuchni. Wielkanoc nie stawia takich wymagań. W menu panuje dość duża dowolność. Dzięki temu więcej czasu pozostaje dla rodziny, dla różnych fajnych rzeczy, a jeśli w dodatku ma się wywalone na sprzątanie…

Tomek, jak zwykle zrobił swój popisowy żurek. Dziewczyny, jak zwykle zrobiły pisanki. Tamaluga samodzielnie ułożyła święconkę, wspierając się wiedzą nabytą z różnych źródeł, więc w koszyczku znalazło się… no cóż, dużo różnych rzeczy. Nie interweniowałam. No, może tylko raz, sugerując, że solniczka w kształcie Pani Mikołajowej to niekoniecznie trafiony pomysł. Ale, ponieważ w niedzielę Wielkanocną na cały głos śpiewała „Przybieżeli do Betlejem”, to chyba wszystko jest w normie… W sobotę udaliśmy się do kościoła, a wrota otworzył nam sam ksiądz, kłaniając się nisko i zapraszając do środka. To chyba jakiś znak.

W niedzielę obudziłam się tuż przed ósmą i włączyłam cicho telewizor. W telewizji śniadaniowej ludzie nadsyłali zdjęcia, prezentujące ich koszyczki ze święconką. WTF?! Jeszcze raz spojrzałam na zegarek. Budzę Tomka. Ty, wstawaj, ludzie już święconki porobili… Tomek otworzył nieprzytomnie jedno oko i zerka w TV.

„O kurde, czy ich pogięło? Która godzina?”

„Ósma”.

„Tak, na pewno ich pogięło!”.

„Może to zdjęcia z zeszłego roku?”

Ogarnęliśmy wszystko do godziny 10 i nastąpiło Wielkanocne Śniadanko. Potem obejrzeliśmy film animowany „Ralph Demolka w Internecie” (przy okazji – świetny, polecam).  Po filmie dziewczyny szukały czekoladowych jajeczek. Za większe jajko – 5 punktów, za małe – 2. Łatwo nie było, ale było dużo śmiechu. Konkurencję wygrała Oliwia, więc jako pierwsza mogła szukać swoich prezentów. Tak, jesteśmy na tyle wyzuci z moralności, że robimy sobie prezenty w Wielkanoc. Do każdego schowanego prezentu dostają wskazówki, w postaci ułożonej przeze mnie rymowanki. To jest dopiero zabawa! Ale jeszcze przed prezentami odbyły się konkurencje. Między innymi stukanie się jajkami  – komu pierwszemu się stłucze, ten przegrywa. Obracanie jajek na stole (które najdłużej), a także malowanie pisanek na kartce, z zawiązanymi oczami. (Pisanka Tamalugi nie wyszła nawet poza kontur, więc w przyszłym roku muszę jej ogarnąć solidniejszą chustę na oczy).

Po wszystkim, nastąpiło szukanie prezentów i kolejna radość. Potem kawa, ciacho i dziewczyny grające w Playstation, a dla nas – chwila wytchnienia. Wtedy czytałam książkę, a Tomek podjechał do znajomego, który gości rodziny z Ukrainy, zawieść im trochę jedzenia i słodyczy dla dzieci. Jeszcze potem wszyscy graliśmy w planszówkę. Potem Tomkowy żurek, obowiązkowo w talerzu z chleba. Po południu koleżanka Tamalugi zaprosiła ją do siebie… No, kurde, no! Cały dzień był zajebisty.

Poniedziałek już nie z takim przytupem, ale obowiązkowo z laniem wody. Po osuszeniu się, zasiedliśmy do śniadania przy moim i Tomka ukochanym filmie z dzieciństwa „Powrót do przyszłości”. Potem ciacho, muzyka, quizy i zagadki. Jeszcze potem Oliwia wyszła spotkać się z przyjaciółką, która przyjeżdża do Polski 2 razy w roku. Wróciła na obiad, a po obiedzie odprowadziliśmy Tamalugę znowu do jej koleżanki. Wieczorem spotkałam się z własną koleżanką, na skwerku pod blokiem. Minął nas kolorowy sąsiad, tak zawiany, że nie był w stanie wejść na chodnik. Kto jak kto, ale ten to miał święta udane. Ciekawe jak powitała go żona…

Ale! Żeby nie było tak kolorowo. Jak by było mało remontu na zewnątrz, mamy właśnie remont przedpokoju. Nawet już się nie dziwię, to niemal tradycja! Przed każdymi świętami… Nie: wróć. Na każde święta mamy remont czegoś!(To również tłumaczy dlaczego miałam wywalone na sprzątanie w te święta).  Także, no. Od zewnątrz pył, kurz, brud i styropian, a wewnątrz pył, kurz brud. Bez styropianu. Wszystkie meble z przedpokoju wylądowały w pokojach, również u Oliwki. Nie wiedziałam, jak jej się z tego wytłumaczyć, więc zatknęłam kartkę na górze złożonej z szafki, pudeł, kartonów i butów, z napisem „Remont wymaga ofiar”.

Pisanka Oliwii

Dwie mamy, dwa batoniki

Ja: Cholera, nie mam już żadnej koszulki do spania…

Tomasz: Proszę, kochanie, weź tę…

Ja: Ojej, dziękuję bardzo! Na pewno mogę spać w tej koszulce?

Tomasz: Tak, to nie moja.

Ja: …

……………………………………………………………………………….

Tamaluga: Tatuś, czy dziecko może mieć dwie mamy?

W tym momencie Tomasz chrząka i zerka na mnie błagalnie, ale nu, nu, nu i nie tym razem. Mam na uszach słuchawki, więc musi poradzić sobie sam. Tomasz nie wpada w panikę, jeszcze nie. Na razie kaszle, zyskując na czasie.

Tomasz: A skąd to pytanie?

Tamaluga: Bo pani Olga od baletu ma dziecko.

Tomasz: OK., a to dziecko ma płeć?

Tamaluga: To dziewczynka. No i pani Olga jest mamą tej dziewczynki. Ale teraz przyjechała z Ukrainy jej druga mama.

Tomasz: Druga mama dziewczynki?

Tamaluga: Nie. Mama jej mamy. I teraz ta dziewczynka ma dwie mamy?

Tomasz z wyraźną ulgą: Nie, jedna jest mamą, a druga babcią…

Tamaluga: Tak myślałam…

…………………………………………………………………………….

Tomek, obudź się, krzyczysz.

Co?!

Krzyczysz przez sen!

NAPRAWDĘ???

Nie, ku*wa, tak sobie ciebie budzę bo o drugiej nad ranem zakradła się do mnie nuda!!!

…………………………………………………………………………………

Tamaluga: Tata, mam dwa batoniki, dla mnie i dla ciebie. Może zjemy sobie teraz?

Tomek: Nie możesz zjeść całego batonika na wieczór. Zróbmy tak: zjemy jeden na pół.

Tamaluga: Dobrze, zróbmy tak. Zjemy jeden na pół. A drugi razem…

………………………………………………………………………………………..

Ocieplanie budynku wciąż trwa… Na początku nie miałam z tym problemu, ale teraz zaczyna doprowadzać mnie do szału. Z drugiej strony przyzwyczajam się do drugiej strony, czyli ludzi obecnych za oknem. Właściwie o każdej godzinie ktoś tam dynda, stoi, łazi albo zagląda. Przy robotnikach sprzątam, zmywam i gotuję obiady. Tak, myszoptica – czelawiek wisi za oknem, gdy gotuję. Oliwia na ten widok wybuchła śmiechem i zawołała swojego chłopaka Ela. Patrz, El –  powiada – Mama ma za oknem stalkera! I oboje w śmiech. No, faktycznie, bardzo zabawne… Sąsiadka z 3 piętra podaje im przez okno banany, ale ona nigdy nie była normalna.

Choroba Tamalugi i Disney po polsku

Tamaluga chorowała. Bardzo. Miała zapalenie uszu i prawie straciła słuch. Poza tym katar i wysoka gorączka przez 6 dni… Serce mi pękało, gdy na nią patrzyłam, zawsze taką zdrową i aktywną. Dla niej też była to absolutna nowość, bo nigdy tak naprawdę nie była chora. Powiedziała nawet „Mamusiu, czuję się taka chora, że nie dacie rady mi pomóc i chyba umarnę”… Próbowała się uśmiechać, ale głównie płakała i krzyczała z bólu. Nocami też. Byłam wrakiem człowieka i lada chwila czekał mnie kaftan. Przez półtora tygodnia nie wychodziłam z domu, nie widziałam świata zewnętrznego. Nawet przez okna, bo wciąż robią nam elewację. No, więc siedziałam w domu 24h, przy zaklejonych folią oknach, z płaczącym z bólu, piszczącym i krzyczącym dzieckiem, do którego i ja krzyczałam, żeby mnie w ogóle słyszało…

W końcu udało nam się dostać do pani doktor, przyjmującej w weekendy w swoim domu. Poszła z tatą, ja musiałam przez godzinę odpocząć. Pani doktor była w wieku 80+ i niedosłyszała. Tamaluga też straciła słuch, więc Tomek przez większość wizyty krzyczał jednej co mówi druga. Wrócił zachrypnięty z receptą na antybiotyk i całą listą zaleceń, odręcznie napisanych na kartce, przedwojennym stylem pisma. Właściwie to starożytnym nawet, gdyż hieroglifów nie umiano odczytać w 3 aptekach. Ostatecznie udało się, i antybiotyk zadziałał od razu.

Tak bardzo martwiłam się o chorą Tamalugę, że obiecałam sobie całe mnóstwo nie do końca przemyślanych rzeczy, gdy tylko wyzdrowieje. I tym sposobem, pierwszego dnia bawiłam się z nią na dywanie przez 5 godzin. Dopóki nie wrócił Tomek i nie pomógł mi się podnieść. Następnego dnia przez 5 godzin grałyśmy na Playstation. Kolejnego zjadła lody itd., itd., Jest bardzo dzielną dziewczynką, bo po 3 dniach płaczu, w końcu zdecydowała się mężnie przyjmować wszystkie lekarstwa. Zapewne marchewka w postaci lodów też była silną motywacją.

……………………………………………

– Tamalugo, w przedszkolu jest konkurs plastyczny. Trzeba narysować coś związanego z polską legendą.

– Czyli co?

– Czyli na przykład Syrenkę, tę od Warsa i Sawy, czytałam ci kiedyś o niej.

– A czy mogę narysować Syrenkę ADRIELKĘ, a nad nią będzie latał polski orzeł?

Można?

…………………………………………

Myszoptica-czelawiek, zwany dalej Batmanem zawisnął nad barierką rusztowania. Rozpostarte ramiona sugerowały, że nie tyle chciał się rozejrzeć, ile wykonać popularną w PRLu figurę na udowodnienie trzeźwości, czyli jaskółkę. Stało się to na moich oczach, w tej uroczej chwili, gdy Tamaluga ozdrowiała a ja w związku z tym mogłam wreszcie wyjść na zewnątrz i przyjrzeć się nowej elewacji. Widok robotnika sprawił, że serce podeszło mi do gardła. Szczęśliwie ów pan został wciągnięty przez kompanów, a życiu jego nie zagraża obecnie niebezpieczeństwo. Tomek na widok pracujących robotników, już na początku stwierdził (a zna się na tym), że gdyby wjechała tu kontrola to zamknęłaby te „prace remontowe” w pięć minut. Jak to? Nasze domowe więzienie przedłużyłoby się o czas nieokreślony? Jezu, tylko nie to! Wjeżdżającej kontroli mówię stanowcze nie. Może po prostu niech cała ekipa  nosi kaski i nie robi jaskółek na rusztowaniu, a wszyscy będziemy szczęśliwi.

To na koniec jeszcze… Zazwyczaj nie poruszam takich tematów, ale sytuacja jest wyjątkowa. Pomoc oferowana Ukraińcom, nie wszystkim Polakom się podoba i ok., mają do tego prawo. Nie będę analizować ogólnego niezadowolenia i listy zarzutów, i króciutko odniosę się tylko do jednego z nich. Mianowicie: „Na chuj im darmowe spektakle i animacje dla dzieci. Teraz tego nie potrzebują!” A ja myślę, że właśnie tego potrzebują. Jestem też za tym, żeby zorganizować im  darmowe zabiegi w SPA, wizyty u kosmetyczki i fryzjera. Niech mają chociaż namiastkę życia, jakie prowadzili tam. Co więcej, uważam, że każda rodzina na dzień dobry powinna dostać skrzynkę dobrej łychy, bo ich rzeczywistość na trzeźwo jest nie do ogarnięcia i nie do zniesienia.