Dialogi podtrzymujące związek. I związek Harry’ego

Nic tak nie zacieśnia małżeńsko – partnerskich więzi, jak dialogi przed telewizorem. I to nie tylko wtedy, gdy wspólnie zasiadacie do ulubionego filmu, ale też gdy bezmyślnie gapicie się w ekran, a to co akurat leci zwisa wam i powiewa, bo czekacie na kolejny program. Wtedy przemyślenia są najgłębsze.

#1

Program: „Pani Gadżet”.

Tomek: „Anna Ibisz? To żona Ibisza?”

Ja: „Była żona. Niezła ta podświetlana ładowarka. A ten chłopiec to ich syn”.

Tomek: „A ile?”

Ja: „Jeden. Chyba jednego chłopca mają”.

Tomek: „A ile ta ładowarka?”

Ja: „A, ładowarka. Nie wiem”.

Tomek: „Ze trzy stówy na pewno. Jeden syn?”

 

#2

Jakiś film.

Ja: „Zobacz, przebrał się za tego, no…”

Tomek: „Kolędnika…”

Ja: „No. Jak on ma?”

Tomek: „Nie znam tego aktora”.

Ja: „Nie, jak się nazywa ten kolędnik? Kuroń?

Tomek: „Toruń”.

Ja: „Turyn”.

Tomek: „Turoń!”

Ja: „Dzięki…”

 

#3

Amerykańska komedia dla nastolatek.

Ja: „A ta aktorka to nie jest czasem żona Harrego?”

Tomek: „Hermiona?” (w tym miejscu padłam ryjem na stół ze śmiechu).

Ja (obsmarkana): „Nie Harrego Pottera, tylko księcia Harrego…”

Tomek (po 10 minutach): „A Hermiona w ogóle była żoną Harrego?”

Ja: „Nie”.

Tomek: „Właśnie. Tu też mi coś nie pasowało…”

 

#4

Ja: „Czy to już jest utwór właściwy, czy tak długo stroją instrumenty?”

Tomek (płacząc ze śmiechu): „To festiwal jazzowy, więc podejrzewam, że to już od dawna jest utwór właściwy”.

 

#5

Kanał dla dzieci „BabyFirst”:

Tomek: – „Jest! Jest krowa! Zobacz!”

Ja: „No, wiem, bo ten misiek ją wyczarował”.

Tomek: „Ale krowy na pewno nie widziałaś, a ona jest najlepsza!”

Ja: „Nie, ale widziałam jeżyka i pieska”.

Tomek: „A tam, one są często, a krowa rzadko”.

Ja: „Jeżyk często? Widziałeś już tutaj jeżyka?”

Tomek: „No, pewnie! Ale krowa jest taka śmieszna… Patrz, co robi, patrz!”

Ja: „Nooo, ale słodka!”

Dodam, że Tamaluga siedziała tyłem do telewizora i układała klocki.

 

Bo w telewizyjnych pogawędkach – jak w życiu – najważniejsze jest wzajemne zrozumienie. Nic nie wpływa na to lepiej niż podobne doświadczenia:

Poniedziałek. Tomasz dziarskim krokiem przekracza próg salonu fryzjerskiego. Już, już pcha się na fotel, gdy jego fryzjer odzywa się nieśmiało: „Ale my na jutro jesteśmy umówieni…”

Wtorek. Do fryzjerki wybieram się ja. Tym razem to kawałek drogi, więc prawdziwa eskapada – samochód, Tamaluga. Podjeżdżam na miejsce, moja fryzjerka stoi przed salonem. Czeka, ale najwyraźniej nie na mnie, bo na mój widok robi wielkie oczy. „Przecież my na jutro…”

Także…

Wiktoria, pracująca drugi miesiąc nad morzem, odwiedziła nas dwukrotnie. Pozostawiła po sobie niezatarte wspomnienia w postaci sterty brudnych ciuchów i równie brudnych pojemniczków po żarciu. Nabrała nowych. Wtuliła się w Tamalugę i puścić jej nie chciała. Zrobiła bałagan, zatkała odpływ w wannie (Jezu, mamo, ja tam nie mam czasu i kąpię się raz na 3 dni, a i tak za chwilę śmierdzę tłuszczem! Wyobrażasz sobie?!) i pojechała.

Dobra, kończę na dzisiaj. Jutro – sama w to nie wierzę – nareszcie wyjeżdżamy na wczasy! Trzymajcie kciuki za ładną pogodę, bo Internet tam prawie nie hula. Niemniej, próbować będę i jeśli się uda – odwiedzać was w miarę możliwości.

Buziaczki, kochani!

A teraz posłuchajcie tego pana, niech was nastroi pozytywnie:

Reklamy

Ślimak, ślimak, wystaw gały, a to czelendż jest niemały

Zacznę od zacnego tematu płatków śniadaniowych. Nazywam je „Syrio”, tak z amerykańska, bo przeważnie dostarcza mi je mama. Zza oceanu. Od 20 lat. Jak wiecie mogą mieć formę płatków, kulek, kółeczek, gwiazdek i tak dalej. U nas rządzą kolorowe. Kulki albo kółeczka.

No, więc Syrio budzą we mnie skrajne skojarzenia. Przez moje starsze córki kojarzą mi się z Psem Pawłowa. Przez Tamalugę kojarzą mi się ze ślimakiem.

Gdy dziewczyny były małe, uwielbiały płatki z mlekiem. Poranny dźwięk Syrio wsypywanych  do miseczek uwalniał kolejne dźwięki, idealnie zgrane w czasie. Najpierw dźwięk wsypywania, odliczanie w myślach do trzech (w trakcie zalewania mlekiem) i plaśnięcie bosych stópek o podłogę, następnie odgłos ich truchtu w stronę kuchni. Zawsze i niezmiennie tak samo.

Jeśli rozchodzi się o Tamalugę, to… Owszem, lubi, i z mlekiem i na sucho, przychodząc ze swoją miseczką na żebry. Mówi „jeloł, pik, red” i wiadomo o co chodzi. Gdy po kilku minutach widzę pustą miseczkę, błędnie zakładam, że płatki zostały zjedzone. Otóż, nie zawsze doceniam kreatywność mojego dziecka, które dla Syrio znalazło wiele innych zastosowań.

Mamy taką piankową matę ze zwierzątkami, a raczej z kawałkami zwierzątek, które Tamaluga układa w ekspresowym tempie. Zwierzątka, skądinąd sympatyczne, mają jedną wspólną cechę – pozbawione są oczu jako takich. W ich miejscu znajdują się małe dziurki. Tamaluga najwyraźniej uznaje to za wadę, i codziennie rano stara się ulżyć im w cierpieniu. Zmiany po zabiegu są na pierwszy rzut oka niezauważalne. Wszystko zdradza ślimak. Popuszczam przez niego w gacie.

Efekty Tamalugowego dzieła, poniżej:

ZOOM NA ŚLIMAKA:

 

Pozostając w temacie Tamalugi i leczenia. Córka moja najmłodsza, choć nieogarniak i sowizdrzał, ma dobre serce i jest bardzo wrażliwa. Rzadko bywa smutna, przeważnie wtedy, gdy komuś z rodziny dzieje się krzywda. Jeszcze gorzej, gdy tę krzywdę sama spowoduje swoim nieokiełznaniem i szaleństwem. I tak, na przykład, skacząc po kanapie naskoczy Tomkowi na kolano, a ten w dodatku, nieopatrznie powie na głos „ała!”, Tamaluga wpatruje się w nieistniejącą ranę, przykłada paluszek do twarzy (czyli ma pomysł) i krzyczy „tiape!” Nazywa tak taśmę klejącą, którą traktuje jak plaster. Odrywa po kawałku i przykleja nam w różne dziwne (chore) miejsca. Tak, pieprzyki też się liczą. Gdy już wszyscy członkowie rodziny są solidarnie pooblepiani, a na jej czterdzieste piąte pytanie „Nie boli?” zgodnie odpowiadają, że „nie!”, przerzuca się na zabawki oraz inne sprzęty. I tak, w zeszłym tygodniu przez nasze mieszkanie musiała przejść prawdziwa epidemia, którą przeoczyłam. Najwidoczniej drzwi zaraziły kolejne drzwi, a te z kolei lodówkę oraz pralkę – wszędzie były kilkucentymetrowe plastry z taśmy klejącej. Królik miał chore oba uszy, łapki i plecy.  Miś łapki, pupę i głowę. Straciłam rachubę i pozostała mi tylko nadzieja, że szybko wyzdrowieją.

W zeszłą sobotę wchodzę do pokoju z odkurzaczem. Na środku stoi wózek z lalką. Na widok lalki niemal krzyczę. Ma zaklejone taśmą oczy. Pionowo. Każde z osobna… Wygląda jak kadr z horroru.

***************************

Zęby, jak wiecie, bolą mnie już od jakiegoś czasu, a ból leci ze mną w kulki przemieszczając się z jednej strony na drugą i z powrotem. Gdy stał się już, po jednej stronie nie do wytrzymania, zdecydowałam się na dentystę. Zrobiłam rentgen, wyszukałam w necie specjalistę (co wcale nie jest łatwe, może kiedyś o tym napiszę). W miejscu „cel wizyty” wpisałam wstępnie „rwanie, kurwa, rwanie”, gdyż desperacja moja była głęboka.

Pani stomatolog zajrzała mi w paszczę, raz, drugi, trzeci. Opukała, zmieniła światło, zmieniła kąt spojrzenia. Powiedziała „hmmm”, i „hmmm” jeszcze raz (szargając moje nerwy), poczym wezwała posiłki. Asystentka luknęła mi w paszczę, potem obie panie spojrzały na siebie i na mnie. Na rentgen, na siebie i znów na mnie. Oskarżycielsko.

– Czy pani do nas przyszła pochwalić się zębami?

Wciąż będąc pod wpływem szoku, pozbierałam się z fotela, słysząc, że mam zdrowe, silne i piękne (tak: piękne) zęby. Wyburczałam „do widzenia”, nie wiedząc co o tym myśleć. No, fajnie, fajnie, tyle że problem pozostaje nierozwiązany. Zęby, co prawda, bolą już mniej (może też pod wpływem szoku), ale jednak bolą… No i teraz co? Czy to stres?

***********************

Jeszcze raz usłyszę „czelendż”, „bekstejdż” i „floł” to dostanę spazmów, przywalę głową w telewizor, i zwymiotuję. Niekoniecznie w takiej kolejności. Noszzzzzzzzz! Czy naprawdę nie ma żadnych polskich odpowiedników?

Co to jest „floł”, ja się pytam??!! (Nad)używany tak ochoczo w każdym temacie?

Myślałam, że przynajmniej w odniesieniu do muzyki ma jakąś stałą definicję, ale skąd! Nic nie jest oczywiste.

W rapie flow związane jest z nawijką, czyli stylem rapowania. A co z innym rodzajem muzyki? Tak z angielska to przepływ, niby taki odpowiedni balans głosem. Aha.

No fajnie, ale przez to nadużywanie już nie wiadomo do czego się odnosi.

Tak, jak „filing”

„Po twoim wykonie stwierdziliśmy na bekstejdżu, że to był dla ciebie niezły czelendż, ale dałeś radę, bo masz floł i filing”.

Jezu…

 

 

 

Dwójeczka

 

Zacznę od tego, że Wiktoria zdała maturę! Wbrew jej wcześniejszemu przekonaniu, że oblała matmę. Swoją drogą dziwię się, że ją zdała, bo w liczeniu punktów chyba nie jest najlepsza – wyszło jej o połowę mniej, niż dostała. Także, wiadomość przekazana, reakcja zwrotna w postaci pisków radości jej i współpracowników nadmorskiego Fast foodu (telefon dała na głośnik) – zaliczona.

 

Dzisiaj, dokładnie dzisiaj blogowi stuknęły dwa lata. Rozwija się wraz z Tamalugą, co mnie cieszy. Wiele się przez te lata wydarzyło, chociaż niewiele zmieniło w sytuacji, że tak powiem, ogólnej. Na stanie nadal jeden (i ten sam)  facet i trzy córki. Po drodze straciliśmy Pana Roniowego, najlepszego psa na świecie. Dziewczyny zmieniły/pokończyły szkołę. Wika zdecydowała się rozstać z chłopakiem, ja zdecydowałam się pójść do dentysty (o czym w następnym wpisie).

A ogólnie to, wiadomo:

Wszystkiego dookoła jest aż nadto, ale czasem zdarzają się takie informacje i doświadczenia, które naprawdę wywalają tok myślenia i wszystkie wyrobione zdania na dany temat – do góry nogami. Stajesz z rozdziawioną gębą, patrzysz na efekty swojego działania i mówisz : „O kurw*, no nie !!!! 

Tak, nadal jestem przede wszystkim zwariowaną matką:

Po czym poznać matkę? Po tapecie. W sensie nie, że na twarzy, bo to by było raczej po braku tapety, lecz po tapecie w laptopie, smartfonie, telefonie, wyświetlaczu w toalecie… ze wszystkich tych urządzeń, o ile należą do matki, uśmiechają się bezzębne szczęki, łyse łebki pokryte marchewką i te de, i te pe… Przecież to oczywista oczywistość… 

Dobrze, jeśli można ją poznać po tapecie, a nie, na przykład po zbędnych kilogramach:

Media narzucają nam bycie szczupłymi, zgrabnymi, zadbanymi matkami, bez rozstępów i cellulitu, chodzącymi w eleganckich strojach, na szpilkach z nienagannym makijażem i fryzurą. Miesiąc po porodzie każda musi chodzić na fitness, basen jakby nie miała innych obowiązków. 

Zanim zadbamy o ciało, zadbajmy o duszę. Bo to chyba dobry punkt wyjścia, co?

Romantyczna dusza jest dzika i pełna pasji, nie dla niej racjonalne kanony i nudna, monotonna rzeczywistość. Świat nie ma granic, bo nie ma jej też ludzka wyobraźnia, a głodne idealnej miłości serce musi się karmić szaleństwem.

Ponoć nie można mieć wszystkiego. Po pierwsze to nie do końca prawda, po drugie – po co nam „wszystko”?

Nawet jeśli, coś/ktoś nam przeszkadza w realizacji (celów), bo przecież nie żyjemy w próżni i na nasze plany i marzenia  mają wpływ różne czynniki, nie tylko my sami, to warto mieć w zanadrzu inną alternatywę, która również przyniesie nam przyjemność i uśmiechnięcie się do życia. Naszego. Ograniczenia nie są miłe. Żadne. Jednak warto zdać sobie sprawę, że zawsze mogłyby być gorsze…

Bo najważniejsze to czuć się dobrze z samym sobą. I cieszyć się z każdego dnia. Bo ostatecznie  życie nie jest takie złe. Potrafi zaskoczyć, dostarczyć emocji, czasami wkurzyć, ale częściej uszczęśliwić. Nie zamieniłabym go na inne i myślę, że większość z was też nie, nawet jeśli czasami, komuś przyjdzie do głowy, że mógłby żyć inaczej…

Wczoraj oglądałam serial o drwalach w USA i stwierdziłam, że mogłabym tam wyjechać i pracować jako poławiacz (?) drewnianych belek w rzekach Luizjany. Bo to taka moja wycieczka marzeń – bagna Luizjany zwiedzane motorówką. Zamieszkałabym w drewnianym domu na palach wbitych głęboko w bagno, karmiłabym aligatory, żuła tytoń i grała na banjo.

Zawsze można użyć wyobraźni i przeżyć coś innego. Taki sen na jawie. Choćby i erotyczny:

Powtórnie chciałem przymierzyć się do kroplówki, lecz i tym razem nie dane mi było. Przeszkodziło pojawienie się trzech przedstawicielek OBCEJ CYWILIZACJI. Wyglądały jak greckie boginie i widocznie umiały czytać w myślach, bo szybko zorientowały się, że nie taki jest mój ideał piękna. Zaczęły się przeobrażać. Po chwili stały przede mną: roznegliżowana Angela Merkel, najedzona Krystyna Pawłowicz i Anna Grodzka bez makijażu.

Na przykład. Co kto lubi i co komu pisane.

Nadal daleko mi do doskonałości, do której nawet nie dążę, bo po co pchać się w coś, co i tak skazane jest na porażkę. Chaos i porządek. Dezorganizacja i planowanie. Pośpiech i zawiecha. I próby ogarnięcia tego bajzlu, co jakiś czas. A wszystkim tym dzielę się z wami. Z własnej woli i bez środków przymusu bezpośredniego.

No cóż, jak widzicie praktycznie nie robię NIC dobrze. Ale daję radę 🙂 Wstawanie wcześniej też przerabiałam – nic to nie zmienia, bo wtedy wydaje mi się, że mam więcej czasu to i ruszam się wolniej. Wychodzę z domu o tej samej porze. I cóż mi pozostaje? Chyba przyzwyczaić się do wywieszonego języka.

Ostatnio stwierdziłam, że marna ze mnie koleżanka. Potrafię łatwo nawiązywać kontakty, ale tych już istniejących jakoś nie potrafię podtrzymać. W realu, rzecz jasna. „Nie martw się”, mówi Tomek. „Na blogu ci się udaje”.

No, fakt. 🙂

Nasze kontakty z bliźnimi coraz częściej przenoszą się do świata wirtualnego i przybierają formę bezcielesną. Czy to dlatego tak trudno nam znieść fizyczny kontakt z drugim człowiekiem, z którym, chcąc nie chcąc, musimy dzielić się przestrzenią…?

Oj nie, no. Nie jest tak źle. A, że nie zawsze jest kolorowo, to tylko dlatego, że:

Poznawanie nowych ludzi jest jak czytanie książek. Jedne nas nudzą po paru stronach, inne są świetne od początku, a do pozostałych trzeba się przekonać. A! I jeszcze musimy i chcemy wytrwać do końca, aby mieć swoje zdanie o przyswojonej lekturze.

I dlatego czasami szlag nas trafia. Bez sensu.

Denerwować się to mścić się na własnym zdrowiu za głupotę innych…zawsze wiedziałam o tym doskonale, ale nigdy nie potrafiłam ograniczyć swoich nerwów do minimum. Zawsze znalazło się coś lub ktoś, kto wytrącił mnie z mojej wewnętrznej równowagi.

Nie warto. O  przyjaźnie trzeba dbać. Także te w realu. Dbać o ludzi. I nauczyć się wybaczać i starać się myśleć pozytywnie. Się nie wkurwiać. Też. Nawet, gdy ktoś jest mało ogarnięty (ja), to wtedy zwłaszcza, Nieogarnięcie nie sprzyja zacieśnianiu więzi. Więc wtedy zwłaszcza:

Jak na kobietę jestem istotą żałośnie mało spostrzegawczą. Dość powiedzieć, że na studiach cierpiałam katusze pozostając w niewiedzy co do obiektu świeżo mi przekazywanej plotki, kiedy nie pomagały ani szczegółowy opis ubioru danej osoby, ani wnikliwa charakterystyka jej relacji społecznych, ani nawet, Boże zmiłuj, personalia. 

No więc, nauczymy się ogarniać ludzi, przynajmniej poniekąd kojarzyć ich z twarzy. Tyle wystarczy. Na początek. Bo ludzie są ważni, w każdym razie na pewno wielu z nich:

Ogromną motywacją są także ludzie, którzy od początku witają Cię szczerym uśmiechem. Wtedy czujesz wewnętrznie, że dla nich też warto się starać. W końcu są takim power-bankiem w gorszy dzień, dodatkową siłą napędową. Kiedy widzisz, że swoją osobą sprawiasz komuś radość, to tym bardziej chcesz te uciechę nieść i głosić ją wszem i wobec.

A rzeczy poważne, smutne, a przede wszystkim takie, na które nie mamy wpływu – traktować z lekkim przymrużeniem oka. Śmiać się z nich, lub wręcz je wyśmiać:

Niektórzy ateiści twierdzą, że po śmierci nasza „dusza” rozpadnie się na cząsteczki, atomy czy inne gówno i w tej formie będziemy unosić się we wszechświecie… Pół biedy jeśli cząsteczki mojej duszy przykleją się do biustu jakiegoś lachona, bo wtedy i po śmierci będę mógł poświntuszyć.

Także, rzeczom smutnym mówimy stanowcze „raczej nie”. Czekamy tylko na te wesołe, z przeświadczeniem, że wszystko, co najlepsze jeszcze przed nami:

Czy też macie czasem wrażenie, że człowiek całe życie na coś czeka? Albo może inaczej. Też towarzyszy Wam takie ciągłe przeświadczenie, że ,,życie dopiero się zacznie”? W moim przypadku to wygląda tak, że odkąd pamiętam, jakieś poszczególne wydarzenia w moim życiu, na które czekam, wiążą mi się z takim uczuciem, że to będzie swego rodzaju ,,nowy początek”

A jeśli marzy nam się sukces, to powolutku, powolutku, wężykiem, małymi kroczkami, codziennymi czynnościami, a na pewno go osiągniemy:

Bo wiesz… szykujesz sobie dwie kanapki, obie z tym samym… i tak patrzysz potem na te kanapki i myślisz: kim ja jestem? co ja w życiu osiągnąłem? jaki sens ma to wszystko?…. a jak sobie zrobisz każdą z czym innym, albo nawet podzielisz na połówki i każdą zrobisz z czymś innym, to potem od razu widać, że człowiek sukcesu z ciebie…

Nie masz ochoty na śniadanie? Olej je. Olej i nalej. Sobie kawy. Takiej, jaką lubisz:

Mimo tego, co powtarzają nam wokoło, picie kawy w rozsądnych ilościach wcale nie musi być szkodliwe dla organizmu, ba, może nawet działać na niego zbawiennie! I nie powiem, to dobra wiadomość, bo ilość wypijanych przeze mnie filiżanek kawy czasem odstaje od normy. Zawarte w kawie polifenole zwalniają procesy starzenia, zapobiegają odkładaniu się cholesterolu w naczyniach krwionośnych i tym samym zmniejszają zagrożenie miażdżycą, zawałem serca i udarem mózgu.
Fajnie, co nie?

Fajnie. Skoro już to ustaliliśmy, to zostań przy kawie i skup się na rzeczach bieżących, pierdołach, odwiecznych dylematach:

Rozgorzała dyskusja. Na której randce można iść do łóżka. Czy z punktu widzenia mężczyzny lepiej zaprosić kobietę do siebie czy też raczej oczekiwać zaproszenia z jej strony. Każda z opcji miała swoich zwolenników. Każda z opcji miała plusy dodatnie i plusy ujemne. Nagle rozległ się okrzyk: „Wycieczka z klasztoru. Do broni…” 

I nie wolno nam, za żadne skarby zapomnieć o poczuciu humoru. Never!:

Nie ma co truć. Otworzymy szkołę 🙂 Nauczymy ludzi zarządzać poczuciem humoru. Kochana, będzie z tego taka kasa, bo ludzie dawno zapomnieli jak to przyjemnie się śmiać z własnej durnoty.

Kochani, z okazji urodzin bloga, taki oto suprajsik.

Pewnie już wiecie jaki.

Bo blog to Wy.

Cóż by bez was znaczył?

Kto rozpoznał swój tekst?

Wszystkiego najlepszego!

 

 

Przygoda 4. Paryż

                                                                      rys: Dreamstime.com

 

 

To, że Amerykanie mają obsesję na punkcie Paryża, wiedzą chyba wszyscy. Dla nich na Francji zamyka się cała Europa. Wystarczy obejrzeć kilka seriali, między innymi „BH90210”, żeby to zrozumieć. Nie, nie zrozumieć. Żeby się o tym przekonać, bo zrozumieć czasami trudno.

Uznałam, że Paryż jest przereklamowany. To znaczy miasto ładne, i w ogóle, ale nie aż tak, żeby stojąc na wieży Eiffla krzyknąć WOW. Może wynikało to z faktu, że odwiedziłam go w listopadzie, a więc było zimno, a w Paryżu zimno jest podwójnie (przestałam dziwić się ich szaliczkom). Może też nastrój miałam nieodpowiedni, bo właśnie pozbawiono mnie lewej, górnej piątki, co już w samolocie, zaowocowało bańką na pół policzka. Może wreszcie i to, że jak by nie było – byłam w pracy, więc na zwiedzanie zostały mi 3 dni. Wiem, że wiele osób jest nim zachwyconych, Izzy, na przykład uwielbia Paryż i pięknie o nim pisze. Pewnie gdybym, tak jak Izzy, poznała go bardziej od kuchni, od krętych zapomnianych uliczek, też byłabym zachwycona. Niestety, nie miałam na to czasu. Tak, więc, uważałam Paryż za przereklamowany… do wizyty w Luwrze. To było coś, co zaparło mi dech w piersiach i na dłuższą chwilę pozbawiło głosu. Dla mnie, miłośniczki sztuki, było to jak „zobaczyć Neapol i umrzeć”.

Całe trzy dni zwiedzałam, zwiedzałam, zwiedzałam. Nogi odpadały mi stamtąd, skąd zazwyczaj odpadają. Zaliczałam zabytki, miejscówki, kawiarnie. Co by skrócić historię, opowiem wam o wieży Eiffla. O mozolnej na nią wyprawie.

Już na starcie, pod wieżą, zaczepił nas ciemnoskóry paryżanin oferując podświetlaną wieżyczkę Eiffla, za jedyne 20 euro. W dodatku ów młody człowiek kręcił się podejrzanie i rozglądał na boki, jak by handlował dopalaczami, co najmniej. O targowaniu się mogłam zapomnieć, więc z bólem serca nabyłam jedną.

Wchodzimy na wieżę. Chaos i dezorganizacja. Trzy kolejki, z których dwie utworzyły się zupełnie bez sensu, a stojący w nich ludzie nie potrafili mi wyjaśnić za czym stoją. Stanęłam i ja, a wspomnienia nasunęły mi obraz PRL-u. Okazało się, że stoimy w kolejce do windy, do której z kolei wpuszcza się po pięć osób. Pod warunkiem, że mają bilet, który, jak się okazało należy wcześniej nabyć w biletomacie, do którego stała inna kolejka. Chcąc nie chcąc wyleźliśmy z jednej kolejki i ustawiliśmy się w drugiej.

Winda wjeżdżała tylko na wysokość 2 czy 3 piętra, Potem sytuacja się powtarzała. Część ludzi rezygnowało i wybierało schody, część, w tym my, trochę windę, a trochę schody. Nagle tłumek ożywił się nieco: kawiarnia. Nareszcie, pomyślałam, prawdziwa francuska kawiarnia. Odpocznę chwilę na miękkim fotelu, wypiję kawkę, może nawet coś zjem… Wysiedliśmy i półka opadła mi do samej ziemi. Nasz lokalny dworzec, w latach 80 wyglądał lepiej. Długi kontuar, kilka stolików i tylko połowa dachu, przez co gołębie miały używanie. Także na mojej głowie. Odpoczęłam tylko kilka minut i zaczęliśmy się wspinać dalej, przy czym wchodzenie po schodach nie było zwykłym wchodzeniem po schodach. Z każdej możliwej strony otoczeni byliśmy tłumem turystów, więc stawialiśmy dosłownie krok za krokiem. W mojej głowie upłynęła cała wieczność, od kiedy zakupiłam figurkę za 20 euro. Byłam pewna, że na zewnątrz już zmierzcha, a ja jeszcze nie byłam na szczycie. Przypuszczam, że ludzie zaczynali już mieć halucynacje z głodu, zmęczenia i przesuwania się krokiem posuwisto powolnym. Spojrzałam na moich współpracowników – wymagali opieki medycznej. Nagle mój bliski przyjaciel, Turek, o imieniu Arda, postanowił nam tę wędrówkę urozmaicić.

„Ludzie!”, krzyknął po angielsku, „Ludzie! Widzicie tę kobietę?” – tu wskazał na mnie. „Ona jest chora psychicznie! Pomóżcie mi, ludzie! W tłumie nastało ożywienie. Wszyscy gapili się na mnie. Grupa Koreańczyków złapała za aparaty fotograficzne. Zajebiście.

„Słuchajcie, ludzie, ta kobieta od lat zaczepia ludzi pod wieżą! Twierdzi, że na szczycie jest uwięziony jej narzeczony i błaga wszystkich żeby ją do niego zabrali! Teraz przyczepiła się do mnie! Ludzie, pomóżcie! Powiedzcie jej, że tam nie ma jej narzeczonego! Ludzie, pomocy!” Zanim zdążyłam zareagować, kilka osób odsunęło się ode mnie na tyle, na ile było to możliwe w tym tłumie. Kilka innych spojrzało na mnie z troską, ktoś poklepał mnie po ramieniu, ktoś inny stwierdził, że jest psychologiem i chętnie pomoże…

Doszliśmy wreszcie na szczyt. W niewielkim pomieszczeniu, u góry, dookoła widniały małe flagi wszystkich krajów. A potem ten widok. Na cały Paryż. Piękny. Śmiało można było krzyknąć „wow!” i parę innych rzeczy.

Od ochroniarza, który między innymi pilnował, żeby nikt się na wieży nie podpisywał – Arda pożyczył długopis. Oczywiście podpisał się za naszą grupę. Na szczycie wieży, w oszklonych gabinetach stoją figury woskowe różnych znanych osobistości. Arda pociągnął mnie do jednej z nich, twierdząc, że to Alojzy, cioteczny brat jego przyszywanej babki ze strony ojca. Zaczął do nich  gadać, zaczepiał ludzi i przedstawiał im swoją woskową rodzinę. Następnie przedstawił mi kuzynkę teściowej jego brata, ale w tym momencie postać poruszyła się. To była pani sprzątająca, która spojrzała na nas z naganą.

Gdy wreszcie wyszliśmy z wieży, nadal stał tam ciemnoskóry chłopak, od którego kupiłam wieżyczkę. Odciągam go na bok, i mówię po angielsku: „Słuchaj, mamy zajebistą wieżyczkę za 25 euro. Nie chcesz kupić?” Gdy dotarło do niego, co właśnie powiedziałam, uśmiechnął się niepewnie. „No, dalej, jest naprawdę fajna, podświetlana, nie pożałujesz”. Odsunął się nieco. „Dobra, niech stracę: 22, 50 i ani centa mniej”. Biedak zaczął oddalać się coraz szybciej, a jego mina była bezcenna.

Oczywiście przygód było dużo więcej, między innymi wieczór na słynnym placu i portret wykonany przez jednego z tamtejszych „malarzy”. Nie wiem kogo malował, ale na pewno nie mnie, a zabuliłam za niego sporą sumkę.

O Luwrze nawet nie piszę, bo nie zmieściłabym w jednym wpisie. Żałuję tylko, że zaginął mi film (i zdjęcia) robiony po tajniacku spod kurtki.

Zresztą powrót do domu też był niezłą przygodą, o czym pisałam już tu:

https://tamaluga.wordpress.com/2017/07/07/o-tylkolotach-i-nie-tylko/

Co do zdjęć, to wypadałoby dodać jakieś, (TYM RAZEM takie, na których mnie nie ma, albo jestem niewyraźna :-P). Niestety niewiele zdjęć z Paryża zachowało się u mnie. Same zdjęcia też jakieś takie niewyraźne, bezbarwne… Cóż, wrzucam te, co znalazłam…

Woskowi panowie na wieży
Listopadowy (niestety) widok z wieży
Gdzieś między Katedrą, a pubem Katedra 😛
Mua i frywolne igraszki w Luwrze 😀

Koszulki z poczuciem

 

Niektórzy ludzie nie mają poczucia humoru. Niby zawsze o tym wiedziałam, ale jakoś za każdym razem nie posiadam się ze zdumienia. Nie mają poczucia humoru, a co za tym idzie – dystansu do siebie i wszystko biorą dosłownie. Zadziwiające jest to, że wielu z nich uważa się za super zabawnych i wyluzowanych. I to jest takie męczące, że aż zachodzę w głowę, jak oni wytrzymują, jak wyrabiają sami ze sobą, tak na co dzień. Dla mnie poczucie humoru jest jedną z najważniejszych cech (jeśli nie najważniejszą), bo jeśli je masz, to nie możesz być złym człowiekiem. Można też przyjąć, że poczucie humoru ma różne oblicza, i że istnieją ludzie rechoczący ze świńskich dowcipów, opowiadanych koleżance z pracy, w dodatku podszczypując ją w tyłek. Tylko dlaczego ona tak reaguje? Widocznie nie ma za grosz poczucia humoru.

Uważam, że prawdziwe poczucie humoru jest cechą ludzi inteligentnych. Nie przeczę, że łatwo przekroczyć granicę i żartem z nutą sarkazmu można kogoś obrazić. Wiem, sama tego doświadczyłam i od tamtej pory jeszcze uważniej filtruję żarty, no i upewniam się, że osoba do której są kierowane ma odpowiedni dystans do siebie i świata. Biorę też poprawkę na siebie – to, że nie śmieszą mnie  polskie komedie z Konradem i Pazurą, nie musi oznaczać, że śmieszne nie są. Po prostu nie trafiają w mój gust.

Myślę, że większość ludzi ma poczucie humoru, a jednak trudno jest trafić na kogoś z podobnym do naszego. Dlatego cieszę się niezmiernie, że poznałam Tomka. Nie tylko wspólnie się śmiejemy, ale też wspólnie zastanawiamy się kogo, co i dlaczego nie śmieszy wcale. Dyskutując kiedyś na ten temat, posililiśmy się wujkiem Google i odkryliśmy, że istnieją pewne choroby, zaburzenia psychiczne, które pozbawiają człowieka poczucia humoru. Od tamtej pory zaczęliśmy postrzegać problem inaczej. Od tamtej też pory stwierdziliśmy owe zaburzenia u co najmniej 2o znajomych.

Ale ja właściwie nie o tym, a wstęp się zrobił przydługi.

Chcę odkryć tajemnicę ludzi, przenoszących swoje „poczucie humoru” na koszulki i inne gadżety.

Sądziłam, że moda na koszulki z głupimi napisami mięła bezpowrotnie wraz z wiekiem XX. No, niestety. Albo nigdy się nie skończyła i tylko czyhała w ukryciu, albo wybuchła na nowo, ze zdwojoną siłą. Nie jestem w stanie przytoczyć wszystkich wyłapanych przeze mnie napisów, ale kilka pamiętam.

„Szukam drugiej połówki. Może być 0,7”

„Kocham cycki mojej żony”

„Myślicie, że mam duży brzuch? Musicie zobaczyć Wacka!”

Czy też swojskie: „Jestem głupkiem”

Powyższe napisy były w języku polskim, ale w podobnym tonie są też po angielsku. Swojego czasu prym wiodła koszulka z napisem po angielsku: „Moja (i tu odpowiednio: mama, tata, siostra, brat itd.) była w (Londynie, Nowym Jorku, Waszyngtonie) i jedyne co mi przywiozła to ta wszawa koszulka”. Nigdy też nie zapomnę napisu na koszulce pięciolatki, który w amerykańskim slangu oznaczał „Mała, sprośna dziewczynka”.

Bo zasada jest taka: nie nosi się koszulek z obcojęzycznym tekstem, jeśli nie mamy pojęcia, co to znaczy. Zwłaszcza nie zakłada się ich dziecku. Czy ktoś pamięta sprawę sprzed lat, o której huczały Internety? Zdjęcie tatusia z synkiem na egzotycznych wakacjach, a obaj w koszulkach „Jestem gejem”.

Żeby nie było: uwielbiam koszulki z napisami. Z napisami, które oddają naszą osobowość, są zabawne, intrygujące i wyjątkowe. Nie takie z sieciówek, dzięki którym połowa społeczeństwa „Wkurwia się, bo jest Monday”, czy cieszy się, bo „nareszcie weekend”.

Tamaluga ma sporo koszulek z napisem. Większość dostaje od babci, więc nie mam na nie wpływu, ale napisy są OK., więc ją w nie ubieram.

Sama koszulki zamawiam, więc są bardzo moje. O, na przykład te (zdjęcie):

https://tamaluga.wordpress.com/2017/06/21/to-co-bonnie-clyde-lubia-najbardziej-czyli-zebranie-sie-do-kupy/

Tamalugowa koszulka, którą lubię ja:

 

Tamalugowa bluzka, którą uwielbia Tomek i  moja koszulka Olodum*. (Tomek ma bardzo podobną).

Michael też:

A wy lubicie koszulki z napisami? Pamiętacie najgłupszy albo najfajniejszy napis jaki widzieliście?

Życzę wam udanego weekendu z poczuciem humoru. Jak powiedział Chevy Chase w „Wakacjach w krzywym zwierciadle”: Życzę wam, żebyście się tak dobrze bawili, że dopiero operacja plastyczna usunie uśmiech z waszych twarzy 😀

 

*Olodum to ruch powstały w Brazylii w 1979 roku. Jego celem jest zwalczanie dyskryminacji społecznej, rasowej, wzmocnienie poczucia własnej wartości oraz walka o zapewnienie praw obywatelskich i praw człowieka.

Piękna pipa na dużym juju

Pies sąsiadki stanął w miejscu. Stanęłam i ja, i się gapię, bo nie mogę w to uwierzyć. Ona chyba też nie, bo też stoi i się gapi. „Ona jest cała czarna”, stwierdzam bez sensu, po czym dodaję: „Wiedziała pani o tym?” Sąsiadka przygląda mi się z irytacją. „Tak, wiedziałam. Ona w domu tak nie biega…” „Koti!”, woła Tamaluga, dla której wszystkie psy mniejsze od spaniela są kotami.

To ją chyba dobiło, tę sąsiadkę, bo szarpnąwszy smycz, zaciągnęła sukę do domu.

 

Tamaluga bezustannie odkrywa swój niewątpliwy talent plastyczny. Póki co, zawężony tematycznie. Mocno zawężony. Rysuje tylko dwa obiekty.

Dwie pionowe kreski biegnące (mniej więcej) z góry do (mniej więcej) dołu.

„Co to jest?”, pytam.

„To juju (zjeżdżalnia).

Ostatnio kresek przybyło, więc przez chwilę pomyślałam, że to tęcza.

„Co to jest?”

„To duzio juju”.

No, tak.

Drugi obiekt to (poniekąd) elipsa z okiem.

„A to co, kochanie?”

„To pipa! (ryba)” odpowiada i marszczy się patrząc na mnie, bo przecież to oczywiste.

„Piękne, Tamalusiu, w życiu nie widziałam piękniejszej pipy!”

„Rzekłbym to samo”, wtrąca Tomek, „ale mogę zarobić od mamusi w łeb…”

Także…

Na razie rysuje to naprzemiennie, ale może kiedyś doczekamy się pipy osadzonej na tym juju. Mogłaby przecież ta pipa zjeżdżać na tym juju do wody…

 

Wiktoria od dwóch tygodni pracuje w Międzyzdrojach. Ciężko pracuje. Muszę przyznać, że jest ambitna i wytrwała, nie znałam jej z tej strony. Wybrała pracę w gastronomii, gdzie cały czas jest ruch, chociaż proponowaliśmy jej butik naszej znajomej. Dobrze, niech pozna co to prawdziwa harówa. Gdy skończyła liceum stwierdziła, ze potrzebuje zmiany, czyli zrobiła tatuaż i przefarbowała się na blond. Znowu, po 4 latach zniszczyła swoje piękne włosy. Patrzę na nią i nie wierzę, że to moja córeczka, której jeszcze wczoraj śpiewałam „Jadą, jadą misie”. Od kiedy jest blondynką tym bardziej nie wierzę. W dodatku nie poznajemy jej z Tomkiem nawet z bliskiej odległości. Na szczęście nigdzie nie znalazłam konkursu na rodziców roku, także luz. 😀

Opuściłam się w czytaniu. Bardzo się opuściłam. Gdy wieczorem mam chwilę – wybieram laptop i blogi. Zerkam tylko tęsknym wzrokiem na półkę z książkami. I jak to pogodzić? Laptop z książką? Rozwiązanie nadeszło samo – spieprzyła się laptopowa klapa. To znaczy matryca. Rozdwoiła się. Właściwie rozczworzyła. I wiecie co? Wygląda teraz zupełnie jak książka… Można?

Sobota, tydzień temu, godzina 22. Leniwie przeglądam Internet w poszukiwaniu inspiracji na następny dzień. Patrzę: pchli targ. Kurde, no! Zawsze o nim zapominam, chociaż organizowany jest dwa razy w miesiącu, i to dwa rzuty beretem od naszego domu.  A może by tak tym razem, wystąpić w pozycji sprzedawcy? No i mnie wzięło i pogięło. Przystawiłam krzesło do pawlacza i z latarką w zębach (nie włączyłam światła, żeby nie obudzić Tamalugi) zaczęłam pośpiesznie wertować jego zawartość. Czy wy to znacie? Wiecie, że macie pełno nieużywanych rzeczy, co chwile nieproszone wpadają wam w ręce, ale gdy potrzebujecie coś znaleźć, to nie ma… U mnie nic nie było, bo wszystko, czego nie używam od razu wysyłam potrzebującym. I wiecie, gdy tak szukacie, podnieceni wizją niedzielnego handlu, najdurniejsze pomysły przychodzą wam do głowy… Po kilku minutach już WSZYSTKO w zasadzie nadaje się na sprzedaż, łącznie z gaciami waszych partnerów…

Dobra, kilka rzeczy się znalazło. Stolik (od czego kreatywność?) zastąpiła suszarka naciągnięta kocem. Nie sprzedałam wiele, ale i tak było fajnie. Targ przylegał do placu zabaw, więc i Tamalugę dało się ogarnąć. Poza tym ciepło, ale nie gorąco – idealna pogoda na kupczenie.

KUPCZENIE. Uwielbiam to słowo. Kiedyś z moim dawnym przyjacielem, Dżekiem, siedzieliśmy w pubie. Podrywała go jakaś kobieta, a gdy po krótkiej wymianie zdań wrócił do stolika, stwierdził ze smutkiem: „Liczyłem na długi i romantyczny związek, tymczasem ta pani tylko kupczy swoim ciałem”.

Posikałam się.

   DUZIO JUJU

   PIPA

Nie dać ciała i nie spaść na orkiestrę

„Michael, nie daj ciała i za nic nie spadnij na orkiestrę”, pisał Marlon Brando do Michaela Jacksona, przed jego trasą koncertową Victory Tour.

Mam (psycho)fankę. Samozwańczą przyjaciółkę. Sprzedawczynię w sklepie Społem, który od niepamiętnych czasów, niezmiennie stoi naprzeciwko mojego okna. Pamiętam go jeszcze z czasów, gdy były w nim dwa rodzaje mleka butelkowanego – tłuste ze złotym kapslem i chude ze srebrnym. Nie pamiętam, natomiast wszystkich pracowników, którzy się przez Społem przewinęli tak, jak nie pamiętam wszystkich fanek z podstawówki.

Dlaczego w ogóle o tym piszę?

Tomek częściej robi zakupy. Sprzedawczynie chyba go lubią, z wzajemnością, bo on taki szarmancki, i uśmiechnie się, i zagada. Na początku nie mówił mi o Stopie. Dopiero, gdy zaczęła się robić coraz bardziej natrętna. Stopa mnie znała. Ba,według niej byłam jej koleżanką, a po kilku kolejnych Tomkowych zakupach – awansowałam do rangi przyjaciółki. „To ja tej lepszej szyneczki ukroję, jeśli to dla Ahai”. „A jak tam moja Ahaja się czuje? Dawno jej nie widziałam”. „Proszę przekazać najlepsze życzenia urodzinowe dla Ahai!”

Nie miałam pojęcia, o kim on mówi. W końcu wybrałam się razem z nim na zakupy. Twarz niby znajoma, chyba z podstawówki… Tak, z podstawówki: była w równoległej klasie. Albo młodszej. Albo starszej.  Zobaczywszy mnie, w pierwszej chwili chciała uniknąć konfrontacji, ale Tomek jej na to nie pozwolił.

„No, to wreszcie się widzicie, pogadajcie sobie…” Straszny jest.

Stopa, cała w pąsach, coś tam wymamrotała niewyraźnie. „Pamiętasz, bo my w jednej szkole… Mówili na mnie Stopa”. Faktycznie: mówili Stopa, chociaż wolę nie wiedzieć skąd ta ksywka.

Po powrocie do domu zaczęłam wspominać. Przypomniałam sobie wiele sytuacji z przeszłości, o tyle zabawnych, co przerażających nieco. Kojarzycie te amerykańskie seriale o szkole? Tam zawsze jest jakaś popularna dziewczyna, otoczona świtą koleżanek. Nie, tak ze mną nie było. Po prostu żyłam sobie swoim życiem, chyba nie do końca wówczas świadoma swojego „statusu” 😀 Tak było pod koniec podstawówki i przez całe liceum. Na początku nie ogarniałam tego zjawiska. Zresztą każdy kij ma dwa końce – co przysparzało radochy od uczniów, przysparzało problemów od nauczycieli.

Chyba tak naprawdę dotarło do mnie, co się dzieje, gdy któraś z kolei uczennica zaczęła naśladować mój wygląd. Najpierw mi to pochlebiało, potem śmieszyło, a jeszcze potem zaczęło przerażać. Postanowiłam, że tę swoją „popularność” wykorzystam w pozytywny sposób. Skoro już było, jak było. Zawsze ciągnęło mnie do dziwaków. Z wzajemnością. Zaczęłam bliżej przyglądać się ludziom, zaczęłam spędzać czas z klasowymi „wyrzutkami”. Przesiadłam się do ławki Beaty, bezustannie walczącej z nadwagą. Przerwy spędzałam z okularnikiem Lesiem, z którym nikt nigdy nie rozmawiał, a który miał wielki talent muzyczny. Myślę, że kilku ludzi popchnęłam w dobrym kierunku, chociaż wówczas dla nich liczyła się tylko okazana przeze mnie uwaga. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi – wypromowałam ich. Jak to zazwyczaj bywa w reakcjach łańcuszkowych – wszyscy nagle zaczęli z nimi rozmawiać, słuchać ich, poświęcać czas.

Czasami odkrywałam swoją popularność w bardzo zabawnych okolicznościach. Czasami w niepokojących. Kilka razy usłyszałam o sobie, stojąc w kolejce lub leżąc na lokalnej plaży. Dzisiaj widzę, że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Na szczęście Wika też wykorzystuje popularność w pozytywny sposób.

Gdy tak wróciłam myślami do tamtych czasów, wyciągnęłam moją skrzynkę z pamiątkami. Nadal jest w niej list od Lesia, właściwie jedno zdanie, napisane jego starannym pismem pod koniec szkoły. „Dziękuję ci za radość” Sama treść listu jest wzruszająca, a fakt, że użył papeterii z Michaelem Jacksonem, w ogóle zwala z nóg. Wiedział, że go uwielbiam i nie mam pojęcia jak ją zdobył, bo w tamtych latach graniczyło to z cudem.

A Stopa? No, cóż… Cokolwiek nie opowiada Tomkowi, nie pamiętam żebym w podstawówce zamieniła z nią choć słowo.

 

Tamaluga też jest popularna. Ma szacun na dzielni. Od ziomów i nie tylko. 😀 Nie wiem, czy robi jej to jakąś różnicę, ale jest bardzo towarzyska, a wchodząc na plac zabaw oznajmia swoje przybycie wszem i wobec,  głośno i radośnie. Musi być w centrum uwagi, czyli coś na rzeczy jest.

W domu przechodzi etap wchodzenia do szafy. Chowa się w niej, gdy mamy gdzieś wyjść. Jest to o tyle dziwne, że uwielbia wychodzić na dwór. Chce coś i nie chce. Coś ją popycha i coś ją wstrzymuje. Poważne dylematy dwulatka. Tym razem po opuszczeniu szafy wyszła przed blok i… weszła do szafy. Do mieszkania po Krzyśku wprowadzili się nowi sąsiedzi, a ich meble stały na zewnątrz. Tamaluga, chociaż nie do końca rozumiała jak to się dzieje –  była w Tamalugowym raju. Była na dworze i była w szafie… Można?

Bo najważniejsze to pozostać sobą i być otwartym na innych. Taka szafa z otwartymi drzwiami.

Bo najważniejsze to być dobrym człowiekiem. I wytrwać.

Nie dać ciała i nie spaść na orkiestrę.

Przygoda 3. Otucha

W połowie lat 90 niektórzy z naszej paczki jeszcze się uczyli, niektórzy jeszcze/już obijali, a inni (w tym ja) pracowali ciężko na kawałek chleba. No, dobra na ciuchy i weekendowe wyjścia, ale chleb też trzeba było jeść. Wszyscy, natomiast, spotykaliśmy się w naszym dzielnicowym pubie z bilardem. Ponieważ był to dość znany (wówczas jedyny) pub w naszej całkiem sporej dzielnicy, i ponieważ na pewno opowiem jeszcze o nim wielokrotnie – muszę nieco przekształcić jego nazwę. Niech, więc to będzie „Otucha”. Tak, to ta „klubo – kawiarnia”, w której poznałam Tomka, o czym już kiedyś pisałam. Spotykaliśmy się tam aż do jej zamknięcia w roku (chyba) 97. Potem przenieśliśmy się gdzie indziej, ale o tym innym razem.

W okolicach lat osiemnastu, (czyli gdy byłam rozsądna, zrównoważona i w ramach rozrywki wbiegałam na dachy jadących samochodów i przebijałam pępek żyletką) najbliżej kumplowałam się z Aśką. Siłą rzeczy i nasi ówcześni chłopcy też byli najlepszymi przyjaciółmi. Razem pili, razem pracowali, razem robili nas w konia. Nasze relacje wyglądały tak, że Aśka kombinowała jak zaciągnąć Piotrka przed ołtarz, a ja kombinowałam jak bezboleśnie pozbyć się Pawła. (Dodam, że i jednej i drugiej się udało, mniej i bardziej bezboleśnie).  Byłyśmy wówczas na etapie śledzenia i dedukcji, i marzyłyśmy, że w przyszłości założymy biuro detektywistyczne.

Kłóciłyśmy się z tymi naszymi chłopakami średnio pięć razy w tygodniu. Potrafiliśmy nie odzywać się do siebie przez dwa dni. Dziwnym trafem niemal zawsze jednocześnie, to znaczy Aśka z Piotrem, a ja z Pawłem. Gdy byłyśmy na etapie pokłócenia, czyli z dala od nich, bez problemu organizowałyśmy sobie czas. Z nimi było gorzej. Snuli się bez celu po dzielnicy, albo siedzieli na schodkach przed domem Piotrka.

Tamtego dnia nikt nie był z nikim pokłócony. Panowie oznajmili nam, że jadą do ciotki Piotrka, pomóc jej w pracy na działce, bo biedna, trzydziestoletnia staruszka ledwo dawała radę.

Pojechali.

Siedziałyśmy u mnie, oglądając jakieś filmy, ale myślami byłyśmy gdzie indziej. Coś nie dawało nam spokoju i okazało się, że myślimy o tym samym. Wieczorem ubrałyśmy się na czarno i poszłyśmy wyśledzić naszych chłopców.

„Otucha” miała oszklone drzwi, prowadzące na taras, który prawie przylegał do ogrodzenia sąsiedniej posesji. Stwierdziłyśmy, że tam będzie najlepszy punkt obserwacyjny. Przelazłyśmy przez ogrodzenie na cudzy teren i usiadłyśmy na trawniku. Widziałyśmy wszystko bardzo dokładnie, czyli naszych dwóch cymbałów, grających w bilard.

– Szlag by go trafił, co za gnojek! – Aśka nie mogła ukryć emocji. Czułam to samo, chociaż w zdecydowanie słabszej skali. Coś jednak musiałam powiedzieć, więc powiedziałam:

– No.

– Jeszcze pożałuje! Zaraz tam wejdę!

– Aśka, ciszej, ktoś nas usłyszy…

– Gówno mnie to obchodzi! Świat mi się wali…

Walący się świat uznałam za mocną przesadę, w końcu nic takiego nie robili. Po prostu nas okłamali. Po prostu.

– Jak on mógł?!

– Ciiiii!

– Zabiję go – postanowiła Aśka i zerwała się z miejsca. Złapałam ją za rękę dokładnie w momencie, gdy drzwi cudzego domu w cudzym ogrodzie otworzyły się i ktoś wypuścił psa.

– O kurwa – wyrwało mi się. Padłam na plecy i pociągnęłam Aśkę. Leżałyśmy w trawie wmawiając sobie, że jesteśmy niewidoczne. Dla większej pewności zamknęłam oczy – ta, teraz na bank nikt nas nie zobaczy. Chyba, że to pies, to wyczuje. No i ten pies, ten spuszczony pies wyczuł. Dosłownie czułam, co robi. Podbiegł w naszą stronę, zatrzymał się i zaczął warczeć. „To koniec”, pomyślałam. Ale to był dopiero początek. Właściciel zawołał psa, ale ten tylko stał i warczał. Na nas warczał. Miałam tego świadomość. W końcu  facet zorientował się, że coś jest nie tak i… wrócił do domu.

– Odpuścił? – szepnęła Aśka z nadzieją.

– Chyba nie. Raczej poszedł po strzelbę.

Nie wiem dlaczego to powiedziałam. To właśnie ja – najpierw mówię, potem myślę. Czy powiedziałabym to, gdybym wiedziała co się stanie? Tego też nie wiem.

W każdym razie stało się: Aśka wrzasnęła, zerwała się na równe nogi i zaczęła biec w kierunku bocznego ogrodzenia. Ja, oczywiście za nią. A pies oczywiście za nami. W międzyczasie wyszedł facet i też zaczął za nami biec. Nie dostrzegłam, czy z bronią. Dopadłyśmy ogrodzenia i zaczęłyśmy się wspinać w tempie błyskawicznym. Nogawka Aśki zaczepiła się na górze o kolce drutu. Na szczęście, gdy byłyśmy już po drugiej stronie. Spojrzałam w dół i gówno zobaczyłam, bo było ciemno. Wróć: było TOTALNIE CIEMNO, więc GÓWNO ZOBACZYŁAM! Wiedziałam, że pod sobą mamy jakieś cztery metry, bo tuż za ogrodzeniem był spadzisty mur, a na dole… szyny kolejowe. Skoczyłyśmy w tę totalną ciemność, wprost na szyny. W tym samym momencie usłyszałam pociąg i zdążyłam tylko szarpnąć Aśkę do tyłu. Przywarłyśmy plecami do muru, a tuż przed naszą twarzą przejechał towarowy…

Nie wiem ile czasu minęło zanim wydostałyśmy się na powierzchnię. Oczywiście, zamiast pójść do domu na zasłużony spoczynek, znowu polazłyśmy pod „Otuchę”. Tym razem kucnęłyśmy na tarasie. Piotrek i Paweł nadal grali w bilard, tyle że już nie sami, a z jakimiś dziewczynami. Aśka dostała szału. Na próżno próbowałam ją powstrzymać. Nie zważając na to, że wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy, wparowała do środka. Przez oszklone drzwi widziałam, jak zdziera z Piotrka koszulkę, i słyszałam jej „JA-CI-PO-KA-ŻE-CHO-RĄ-CIO-CIĘ! Po czym wyniosła koszulkę na taras, podarła na strzępy, wytarzała w błocie i zawiesiła na klamce pubu. Nie ma co gadać – dziewczynę poniosło.

Od tamtej pory stwierdzenie „Poszedł po strzelbę” używamy przy różnych okazjach, wyjąc ze śmiechu.

Nasze detektywistyczne zapędy nie zakończyły się, rzecz jasna, na tej jednej przygodzie. Jeszcze wiele razy zdarzało nam się śledzić ludzi. Ale może o tym innym razem.

 

Co tam ekspert i brzuch, skoro ich jest już dwóch

Jesteśmy uziemieni przez Tamalugę. Właściwie to udomowieni. Chodzi o to, że na drzwiach wejściowych, oprócz zamków, mamy taki cwancyk. Didak, jak powiedziałby Tomek, bo dla niego każda nienazwana rzecz jest didakiem. Aby drzwi dodatkowo zabezpieczyć, wystarczy ten didak przekręcić w prawo. Manewr nie należy do specjalnie skomplikowanych. Niestety, okazuje się, że dla Tamalugi również. Ponieważ dziecię nie mierzy jeszcze metra, stanowi to dla niej pewne wyzwanie, ale sztukę tę opanowuje coraz lepiej. Problem w tym, że kompletnie olała naukę przekręcania go z powrotem w lewo, co nieco komplikuje sytuację. No, bo, jeśli ktoś z nas zostanie z nią sam, to nie może nawet zejść na chwilę do skrzynki, bo jest ryzyko, że do domu już nie powrócić. Na upartego można wleźć oknem, ale, po pierwsze: okno jest odgórnie uchylne i nie ma możliwości otwarcia go z zewnątrz. Po drugie: przeprawiając się przez okno kuchenne, zwaliłoby się  z parapetu wszystko, co na nim stoi, czyli to co tylko może stać na parapecie w kuchni. Poza tym, przełożywszy już nogi – wylądowałoby się w zlewie…

Co do stanu mojego umysłu: po dniach chudych przychodzą dni tłuste. Ale po nich znowu chude, także… Dni tłuste są fajne. W te dni trzaskam krzyżówki i sypię wiedzą zapamiętaną. Dni chude to tragedia jakaś. Ostatnio usiłuję przypomnieć sobie pewną zabawę z dzieciństwa, ale niestety. Nie pamiętam. Miałam o to zapytać Dorę, ale za każdym razem gdy ją widzę – zapominam. Reasumując: Zapominam o czym zapomniałam. Niżej upaść umysłowo już nie można.

Ki diabeł mnie podkusił – nie wiadomo. Po miesiącach unikania, znowu dałam szansę TV śniadaniowej. No, bo, mówię, dam jej szansę, no nie? Normalnie…

Dobra, tak naprawdę zaginał pilot.

No, ale… może zapas ich debilizmów zakończył się na ekspertce od wieszania prania?

Patrzę, na kanapie zalega pani doktor. O, myślę sobie, dobrze się zapowiada.

Pani doktor ginekolog odpowiada na jakieś proste pytania dotyczące ciąży. Takie, co to nie trzeba kończyć medycyny, żeby znać odpowiedź, ale spoko: Śniadaniówka robi postęp: zaprosiła lekarza.

I wtedy prowadząca zadaje TO pytanie. „Czy umie pani ustalić płeć dziecka na podstawie kształtu brzucha?”

Cóż, prowadzącej właściwie się nie dziwę. Wygląda na taką, która zadaje takie właśnie pytania.

I wtedy pani doktor odpowiada, a odpowiedź sprawia, że z gęby wypada mi ciasteczko. „Niestety nie, ale wiem, że niektórzy potrafią, to może i ja kiedyś, bo bardzo bym chciała”.

Wrrrróć!

Teraz to ja się uparłam, żeby znaleźć tego pilota. Muszę, no po prostu muszę dla spokoju ducha, cofnąć kawałek i upewnić się, że tam na tym dolnym pasku, naprawdę widniało słowo „doktor”.

Widniało.

Jaka telewizja, tacy goście.

 

No, dobra. Kto mi wytłumaczy o co chodzi z tym Sławomirem? Jeszcze raz, tylko powoli i wyraźnie, bo znowu czegoś nie kumam.

Niby już ogarniam kolesia, usłyszałam coś, czego nie da się już odsłyszeć. No i teraz tak: czytam, że „Na koncercie Sławomira, tłum fanów sforsował barierki”, doszło do przepychanek, tratowania siebie nawzajem, policja, karetki, te sprawy… Informacja, jako taka, nie zrobiła na mnie wrażenia, co jest poniekąd przerażające. Dwadzieścia lat temu tarzałabym się ze śmiechu. Dziesięć lat temu szlag by mnie trafił. Dziś już się niczemu nie dziwię.

Anyway, jak mawiają nowocześni Indianie, zawieszam ja oko na pewnym wywiadzie (pokroju „Rozmów w toku”).

A temat dotyczy właśnie tego wydarzenia.

A prowadzący się pyta, co na to Sławomir.

A Sławomir nie jest Sławomirem!!!

Wiem, że nie mam pamięci do twarzy, ale bez przesady.

I głowę przekręcam dla pewności, i powieką faluję – no nie on, no! Nawet gdyby wąsik zgolił i włosy przykleił – NIE ON. Jakiś obcy koleś, cholera, opowiada o sobie, że jest Sławomirem i jak sobie radzi ze sławą i fanami. Nawet go nie słucham, a szkoda, bo może by się coś wyjaśniło. Ale nie mogę się skupić, bo cały czas usiłuję znaleźć wspólny mianownik między twarzoczaszką typu gruszka, a twarzoczaszką typu ogórek.

To jest ponad moje siły.

Jakoś pogodziłam się z istnieniem jednego, ale dwóch?! Chyba nie dam rady.

Nawet guglowanie nie przynosi efektów. Dowiaduję się tylko, chociaż już przedtem wiedziałam, że dwóch to jest tylko Kilerów.

Także dupa, nie?

 

To na deser rodzinna humoreska: Moja pierworodna ma septum, czyli krowi dzwonek, to znaczy kółko. W nosie. Od dziurki do dziurki, że tak wyjaśnię. Wchodzę rano do jej pokoju, a dziewczę moje śpi w dziwnej pozycji, z nienaturalnie zadartą brodą. Obczajam sytuację z bliska i już wszystko jasne: kolczyk wkręcił się w nadłóżkowy baldachim. Stojąc tam tak i tłumiąc śmiech, zastanawiam się, czy ją obudzić. Oliwia nie ma takiego dylematu – od razu wali jej zdjęcie z fleszem. Wiktoria, znana z dystansu do samej siebie, na moje zapytanie, czy mogę napisać o tym na blogu, odpowiada: „No pewnie, przecież to śmieszne jest!”