Psiuta kuła

Stłukłam szybkę w moim smartfonie. Jestem tym faktem bardzo zasmucona. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło z żadnym telefonem (i nie mówię tu o ceglastej Nokii). Rzecz rozegrała się pod moim blokiem, gdy wydobyłam telefon by zrobić zdjęcie Tamaludze. Wyglądała uroczo w różowej kurtce i czapie Myszki Minnie. Na tyle uroczo, że musiałam zrobić jej 3458200 zdjęcie. No i telefon wypadł mi z ręki na chodnik. I teraz jest na nim pajęczynka. Jakże w owej chwili potrzebowałam wsparcia, przyjaciela… Pod ręką miałam tylko Tamalugę, więc niewiele myśląc (w ogóle nie myśląc) ze zbolałą miną pokazałam jej co się stało. Jeśli liczyłam na wsparcie to mocno się zawiodłam.

– Ojojoj! Mama psiuła kułę! Ojojoj!

– Tak, mamusia zepsuła telefon.

– Tiak, psiuła kułę. Pokaź jeście!

Pokazuję z wahaniem.

– Ojojoj! Kuła! Biedna kuła! Mama psiuła kułę!

/Przypomina mi się scena z filmu „Jaś Fasola – nadciąga totalny kataklizm”, gdy Jaś pokazuje Davidowi jak zepsuł obraz. David wrzeszczy, a gdy uspakaja się na chwilę, prosi o powtórne pokazanie i znowu wrzeszczy. Kocham ten film)

Jest mi wystarczająco smutno i głupio. Kilka osób ogląda się za nami, zastanawiając się zapewne czym jest kuła. Próbuję zmienić temat, co przychodzi z łatwością, bo przecież tyle się dzieje dookoła.

– Mama psiuła kułę – przypomina sobie w parku.

– Mama psiuła kułę – informuje Tomka, który dołącza do nas na spacerze.

– Mama psiuła kułę – powiadamia nas w drodze powrotnej.

– Tamaluga – mówi Tomek. – Nie przypominaj o tym mamusi, bo jest jej już przykro.

Nie pomyślałam, że Tamaluga tak to przeżyje. Też sobie powiernika znalazłam.

– To nic takiego – mówi Tomek – funkcja dotyku działa, więc kwestia wymiany szybki.

– Powiedz to Tamaludze.

Tamaluga, o dziwo, chyba łapie ogólny sens, bo uspokojona nieco pyta:

– Kuła pasielek w domu?

– Tak, nakleimy jej plasterek, żeby szybciej wyzdrowiała.

W domu jeszcze wspomniała o tym ze dwa razy i temat uznałam za zamknięty.

 

Spacer we wtorek

Przechodzimy obok murka, na którym starszy pan wyłożył książki na sprzedaż. Zwalniam więc, odruchowo, jeżdżąc wzrokiem po tytułach. Idę coraz wolniej i wolniej… Tamaluga pociąga mnie za rękę:

– Mama, nie citaj! Nie citaj, to jeśt pana!

…………

Mija nas kobieta wpatrzona w swój telefon.

– Pani ma kułę?

– Tak.

– Fajna kuła?

– Tak.

– Ty teś maś kułę!

– Tak.

– Ty psiułaś kułę!

– …

 

Spacer w środę (z Oliwią):

Podchodzimy do warzywniaka. Tamaluga dobiera się do skrzyni z kapustą i kula te główki kapusty w tę i z powrotem.

– Fajne piłeczki? – pytam.

Tamaluga posyła mi dziwne spojrzenie i mówi:

– To kapuśta, psiecieś!

Oliwia wybucha śmiechem, a ja szukam szczęki między straganami.

………………………

Oliwii dzwoni telefon.

– Ola, kuła noni, kuła ci noni.

– Tak, wiem, dziękuję.

– Mamy kuła nie noni? Mama psiuła kułę!

 

Spacer w czwartek:

Poinformowałam Tamalugę, że w sobotę będą jej urodziny.

– Hepi tu ju? – pyta, a ja zachodzę w głowę skąd to wie.

Odtąd żyje tylko tym wydarzeniem, chociaż nie wie za bardzo co to urodziny, nie mówiąc już o tym, że nie ogarnia terminu „sobota”. Mówię jej więc, że będzie tort, i będą goście i prezenty.

– Mikołaj da pepenć?

– Nie Mikołaj, goście.

– Na podłodzie?

– Gdzie będziesz chciała.

– Będzie tolt? I pizza? I baliony… oooo, będą baliony???

– Będą.

– Baliony z Mimi? I Miki? I Dejzi? I Puto? I Gupi?

– Gufi.

– Gupi?

– Taaa.

– Mama?

– Słucham?

– Dlaciego psiułaś kułę?

 

W piątek ani słowa. Do godziny 15.

O 15 dzwoni Tomek.

– Daj tatę!

Podaję jej telefon, Tamaluga odkłada kanapkę, wytrzepuje ręce, i z uśmiechem nachyla się nad telefonem.

– Tata… – w tym momencie widzi cholerną pajęczynkę – O nie! Mama psiuła kułę!!!

– …

 

 Ostatnie zdjęcie przed psiuciem kuły. No jak miałam go nie zrobić???

 

             

Reklamy

#10yearschallenge

 

Taaa; dziesięć_lat_czelendż, nie_wierzę_że_to_piszę

Wpis miał być zupełnie inny, ale będzie zupełnie inny, chociaż sama w to nie wierzę. Dostałam wyzwanie od jednej z zaprzyjaźnionych blogerek, (https://slownakawiarka.wordpress.com) i tylko dlatego się na to zgadzam, że jest to zaprzyjaźniona blogerka (chociaż po tym to nie wiem, nie wiem, nasza przyjaźń zawiśnie na bardzo cienkim włosku :-D)

Nigdy nie chciałam upubliczniać swojego wizerunku, wystarczy że w chwili zaćmienia umysłowego podałam prawdziwe imiona członków rodziny. No i gdy do tego jeszcze dodam swoje zdjęcie to… sami rozumiecie. Zdarzyło mi się wstawić ze trzy, ale zawsze takie, gdzie moja twarz jest jednak bardzo mało widoczna, (po fakcie odkryłam, że zdjęcie można przybliżyć i walnęłam fejspalma).

Mam bardzo niewiele swoich zdjęć z ostatnich lat. Ja wiem, że to jest znana wymówka, ale zdjęcia, na których jestem, naprawdę mogę policzyć na palcach jednej ręki. Po prostu w pewnym wieku unika się aparatu. W każdym razie ja unikam. To ja zazwyczaj jestem tą pstrykającą Tamaludze, dziewczynom i czasem Tomkowi. Jeśli zasłuży. Ja nawet z Tamalugą mam niewiele fotek, co ostatnio ze zgrozą odkryłam. Jedyne zdjęcia na których mogę być to te, robione mi z ukrycia, ale do tego dojdę. Selfie nie robiłam nigdy w życiu, nawet nie wiem czy bym umiała, a na pewno czułabym się głupawo, w porywach do idiotycznie.

Zastanawiałam się zatem, jak to ugryźć i umiejętnie ominąć. Z przypływem nadziei w sercu, zapytałam autorkę tego fantastycznego pomysłu, czy nie muszę pokazywać twarzy. Była bezlitosna: muszę. Do miażdżącego werdyktu dołączyła kilka emotek płaczących ze śmiechu, co by podkreślić jak zacny i zabawny jest to pomysł… (włosek naszej blogowej przyjaźni jest coraz cieńszy).

Na urodzinach Tamalugi (o czym wspomnę w następnym poście, bo przecież w tym MUSZE się obnażyć!) była moja bliska koleżanka. I ona nagle, ni stąd ni zowąd coś tam gmera w telefonie i pyta czy wiem, jakie ładne zdjęcie mi zrobiła we wrześniu na działce. Ja na to, że skąd mam do cholery wiedzieć i już miałam się oburzyć, ale zerkam na fotkę. Hmm, myślę, nawet niezła, zważywszy, że jestem w basenie bez tuszu na rzęsach nawet. Poza tym dosyć świeże, bo tylko sprzed 5 miechów, więc aż tak się nie zmieniłam. Gęby też przybliżyć się za bardzo nie da… no idealne!

Mam nadzieję, że Kasia nie będzie marudzić, a wręcz doceni poświęcenie.

Ze zdjęciami sprzed 10 lat było trochę łatwiej. W sensie ze znalezieniem.

No i gdy już, zadowolona wybrałam zdjęcia i sądziłam, że najtrudniejsze za mną… Uświadomiłam sobie, że muszę jeszcze napisać o moich 10 letnich dokonaniach. No ja pierdolę! Przecież ja niczego nie dokonałam. Poza Tamalugą, bo moje dzieci to zawsze największe osiągnięcia. Ale na niwie, że tak powiem zawodowej… Ja w ogóle nie miałam niwy zawodowej, niewiele przepracowałam, w porównaniu do lat poprzednich. Moje intensywne podróże zakończyły się właśnie w roku 2009 i od tamtej pory osiadłam. Nie tyle na laurach, co na tyłku. Odczułam zmęczenie materiału.

Wydarzenia tych ostatnich dziesięciu lat zlewają się w czasie i czasami nie pamiętam co, kiedy miało miejsce. Ta ostatnia dycha przeleciała błyskawicznie, nawet nie wiem kiedy. Akurat rok 2009 pamiętam dość dobrze, bo zmarł Michael Jackson, a wraz z nim spory kawałek mojego dzieciństwa. Miałam wtedy remont w domu, ciągnący się w nieskończoność z coraz mniej kompetentnymi ekipami i majstrami. Pracowałam w studiu reklamy.

No i tak siedziałam i stukałam paznokciami w blat stołu, próbując przypomnieć sobie jakieś osiągnięcia, ale szło to opornie. Wniosek z tego taki, że albo mam wczesną demencję, albo faktycznie żadnych osiągnięć nie miałam. Dobra, zostawmy karierę. Przejdźmy do życia osobistego.

No i  w tym miejscu, chcąc być całkowicie szczerą, muszę się przed wami obnażyć.

Po pierwsze: rozwiodłam się. Trudno to nazwać chlubną zasługą? Może i tak, ale ja rozwiodłam się szczęśliwie. Gdy tak o tym pomyśleć, to było ogromne osiągnięcie i nadal nie mogę uwierzyć skąd wzięłam tyle siły. Rozwiodłam się z agresywnym alkoholikiem i na tym poprzestańmy.

Ale jeszcze zanim, to poszłam na studia dziennikarskie. Tak, będąc po trzydziestce.

Założyłam blog. Najpierw taki, na którym wylewałam frustracje związane z moim małżeństwem. Nie zdecydowałam się jednak na upublicznienie. Wiedziałam, że ja taka nie jestem naprawdę, że to nie leży w mojej naturze. Ja przecież jestem wesoła i optymistyczna. Usunęłam tamten blog i 2 lata później założyłam właściwy, z czego jestem bardzo zadowolona.

 

W roku rozwodu postanowiłam pomóc kobietom w podobnej sytuacji i wprowadziłam plan w życie. Zamiast cieszyć się, że mam to już za sobą i odciąć się od tego raz na zawsze, zaczęłam wyszukiwać kobiety będące w toksycznych związkach. Wszystkie kobiety którym udało mi się pomóc były jak balsam na moją duszę. Niesamowita satysfakcja i motywacja. Nie przestraszyłam się nawet pogróżek od męża jednej z nich. No, może trochę, ale nie byłam już sama, bo…

związałam się z Tomkiem, który dość mocno pomógł mi z byłym mężem, a potem wspierał w pomaganiu innym.

Potem pomoc poszerzyłam na rodziny w trudnej sytuacji w ogóle…

I schronisko dla psów.

Co nie było proste, bo sama byłam w kiepskiej sytuacji finansowej.

Ale jaka radość i satysfakcja! Nie do opisania.

Wykorzystałam dziennikarskie kontakty i pomogłam ludziom znaleźć dom,

chociaż własny mogłam stracić w każdej chwili.

Kilku osobom załatwiłam pracę.

Chociaż sama takowej potrzebowałam.

No i zdecydowałam się na Tamalugę, z pełną świadomością konsekwencji ciąży w tym wieku.

 

Jeśli chodzi o osiągnięcia, to właśnie o takie. Nie zrobiłam kariery, nie założyłam fejsbuka, nie postawiłam na rozwój osobisty, nie zadbałam o wygląd, ani o ćwiczenia, nie przeszłam na wegetarianizm, nie brałam udziału w żadnym proteście, nie poznałam w realu zbyt wielu ludzi, nie starałam się zbyt żarliwie podtrzymać kontaktów.

A wygląd? Nie wiem czy w ogóle o nim wspominać. Przybyło mi trochę zmarszczek i trochę kilogramów. Przybyło mi energii i motywacji przy Tamaludze i… tyle samo straciłam po śmierci mojego psa.

Ale jakoś tam idę do przodu, nie?

Dobra, dosyć tego przedłużania.

Oto foty. Miał być miły kolażyk, a wyszło jak zwykle. Boszszsze, nawet zdjęć nie umiem tu ułożyć…

Uprasza się o nieprzybliżanie.

 

2008/2009

Dwa pierwsze to moje dwie pozarodzinne pasje: morze i psy.

 

Tu w zagramanicznej podróży, zaraz po wyrwaniu zęba 😀 :

 

 

i 2019, a właściwie 2018, wrzesień:

No, oczywiście wybrałam takie ładne, żeby nie było, a co!

Mam nadzieję, Katarzyno, że jesteś usatysfakcjonowana.

W ogóle to muszę ci podziękować, bo skłoniłaś mnie do refleksji nad życiem. 🙂 A tobie i wszystkim moim blogerkom i blogerom za to, że dzięki wam czuję się o te 10 lat młodsza! 🙂

Aaaa! Byłabym zapomniała! Nie ma tak dobrze: według zasad teraz JA muszę nominować do 10 lat czelendżu dwie osoby! Chciałabym nominować wszystkich, ale nie mogę 😦 Dlatego drogą dedukcji, animacji i dłubania w nosie:

Uwaga…. bum bum bum

Wybieram Dziubasową (bo teraz jest laska i chcę wiedzieć jak wyglądała kiedyś) No i nudzi jej się w życiu, nie ma żadnych zajęć, więc spokojnie… 😀

oraz Karinę (bo chroni swej prywatności i chcę żeby się trochę napociła jak pokazać, żeby nie pokazać) 😛 😀 No i to kobieta walcząca jest i ma dużo do opowiedzenia.

Także, tego, dziewczyny – do dzieła!

Wklęsła membrana basowa i takie, tam

Jako że ostatnie tygodnie wyjątkowo obfitowały w sytuacje wszelakie, to ja może pokrótce:

Sytuacja 1:

Tomasz wchodzi do mieszkania w kombinezonie i rękawicach, a w rękach ma wielką wiertarę, uwaloną tynkiem i jeszcze czymś obrzydliwym. Tomaszowi nagle dzwoni telefon. Tomasz chce odebrać, ale w rękach ta wiertara. Rozgląda się dookoła, i co Tomasz dostrzega? Tomasz dostrzega krzesło. Mógłby odłożyć wiertarkę na krzesło, problem w tym, że krzesło jest zajęte. Stoi na nim moja torebka, zachęcająco otwarta. Tomasz waha się, ale tylko sekundę. Chęć odebrania telefonu staje się silniejsza. Pytanie za 100 punktów: Co robi Tomasz?

Chwila napięcia: bum bum bum bum bum…

Tak! Tomasz wkłada obrzydliwie uwaloną wiertarę do mojej ślicznej torebki od Christiana Siriano. Ano, kurwa, tak właśnie czyni Tomasz. W jakimś tam przebłysku rozsądku nie wkłada jej na szczęście wiertłem do dołu, ale niewiele to zmienia. Tomasz nie wie, że obserwuję wszystko zza drzwi pokoju. To dzieje się na moich oczach i serce mi zamiera.

– Śmiało – mówię. – Nie krępuj się. Mam nadzieję, że rozmowa była tego warta, a rozmówca pokryje koszt twojego chirurga.

 

Sytuacja 2a i 2b:

2a. Tomasz przez dłuższy czas grzebał w piwnicy. Przy głośnikach grzebał. Znaczy: naprawiał. Schodziłam do niego na dół z coraz większym przerażeniem.

„Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że te dwa słupy staną w i tak już zagraconym pokoju?!”

Chyba nie chciał, bo nic nie powiedział.

W końcu, jak na tę lepszą połowę przystało, milczałam. On, jak na tę gorszą połowę przystało, znosił to ze stoickim spokojem.

„Zobaczysz, usłyszysz,  nową jakość dźwięku!”

Ponieważ starej jakości dźwięku nie miałam nic do zarzucenia, to lepiej żeby się w ogóle nie odzywał.

W końcu nadszedł ten dzień. Z triumfem na licu, wniósł rzeczone głośniki do (i tak już zagraconego) pokoju. Nie odezwałam się, gdy je ustawiał w idealnej odległości. Nie odezwałam się, gdy czynił pierwsze próby (i tak by mnie nie usłyszał).

Zauważyłam, że po krótkim czasie jego entuzjazm nieco opadł. Jak na lepszą połowę przystało, zapytałam uprzejmie o powód.

– Eee, to nie to. Coś z nimi nie tak…

– Doprawdy?

– No… Tu chyba jest większy problem…

– Co ty powiesz.

– Dobra, zaraz je wyniosę do piwnicy.

– Nie!

– Nie?

– Nie! Będą tu stały do końca świata, a ty będziesz się nimi cieszył i radował, i każdego ranka patrząc na nie piszczał z uciechy, aż dostaniesz zajadów, szczękościsku i zmarszczek!

2b. Gdy Tomek ustawiał głośniki w pokoju, wzbudziło to, rzecz jasna, ciekawość Tamalugi. Nagle wszystko inne: klocki, malowanki, pluszaki, przestało się liczyć. Były dwa wysokie czarne słupy z dwiema dziurami, (pardon: membranami).

Tomek poinstruował Tamalugę: „Możesz ruszać to duże kółko (wklęsła membrana od basów), ale nie dotykaj małego (wypukła membrana wysoko-tonowa), bo zrobisz dziurę. Tamaluga trzymała się wytycznych na tyle, na ile zdołała, za co Tomasz niezmiennie ją chwalił. Do czasu.

Tomasz wchodzi do pokoju i zastaje Tamalugę przy głośniku. Widzi, że bawi się „dużym otworem”, więc chwali ją i głaszcze po główce. Nagle spogląda na małą membranę, a tam… dziura!

– A co to takiego, co to jest? – zapytuje, podchodząc bliżej.

W tym momencie Tamaluga rzuca się na głośnik obejmując go rączkami i zasłaniając dziurawą membranę, mówi:

– Fajny gośnik, fajny! Kocham gośnik!”

 

Sytuacja 3:

W domu Sajgon, Tamaluga śpi, a ja latam w koszulce i majtkach, gdyż właśnie wrzuciłam spodnie do pralki. Dzwoni dzwonek do drzwi. Szlag by to. Owijam się, złapanym w biegu ręcznikiem, i zerkam przez wizjer, ale to co widzę nic mi nie mówi.

Normalnie bym to olała, ale:

  1. na pewno zadzwonią znowu, a wtedy obudzą Tamalugę.
  2. Na bank mnie słyszeli, bo do najcichszych nie należę, a moja ręcznikowa akcja daleka była od subtelności i cenzuralnych słów.

Otwieram drzwi, ale tak połowicznie, chowając poniekąd za nimi moją, odzianą w ręcznik, dolną połowę. Na progu stoi chuderlawy, zakatarzony nastolatek. Obok niego kobieta z teczką pod pachą. Przez moją głowę przechodzą różne myśli, niektóre od razu odrzucam jako niedorzeczne: Moje dziewczyny są chyba za stare na to, by jakaś matka przyszła ze skargą na nie. Tamaluga za młoda i nie ma jeszcze znajomych. Wpadam w panikę, że przyszli ze skargą na mnie, co przez chwilę wywołuje wspomnienia, a przede wszystkim wydaje się najbardziej wiarygodne. Szybko jednak przypominam sobie, że czasy mojej podstawówki minęły sto wieków temu i trochę się rozluźniam. Potem myślę, że to Świadkowie Jehowy. Potem, że akwizytorzy. Jeszcze potem, że przedstawiciele Kontroli Płacenia Abonamentu przyszli sprawdzić, czy mam telewizor. Zaczynam się zastanawiać gdzie ten telewizor schować i podejmuję szybką decyzję, że w razie absolutnej konieczności – zakryję go, zerwanym z siebie ręcznikiem. Natychmiast staje mi przed oczami fragment Panoramy, gdzie Wojciech Bartosz Głowacki w bohaterskim akcie zakrywa lont armaty własną czapką…

Przesuwam wzrok z pani na chłopca, z chłopca na panią, w końcu na niej, jako dorosłej, poprzestaję i unoszę pytająco brew.

– Dzień dobry, jestem komornikiem sądowym. Czy mogłabym zadać kilka pytań na temat pana spod 13?

W szoku totalnym patrzę na chłopca. „A ty, to kto??!!” krzyczy mój wzrok.

Chłopaczek, przez chwilę zbity z tropu, przestępuje z nogi na nogę, pociąga siarczyście nosem i pyta:

– Przyjmie pani księdza?

………………..

CENTRAL PARK

 

 

 

 

 

 

 

 

„Central Park”, Guillaume Musso, wyd. Albatros, 2015

 

O Guillaume Musso już wcześniej wspominałam (tak, Aksinio, to ten sam soczysty Francuz :-P). Sięgając po „Central Park” miałam pewne obawy. Autora zdążyłam już poznać i jedyne, co mogę stwierdzić z całą pewnością to to, że… w ogóle go nie znam. Zazwyczaj (a przynajmniej tak myślę) potrafię rozpoznać po książce, znanego i lubianego przeze mnie autora. Z Musso mam pod górkę. Facet balansuje gatunkiem, pisząc raz thriller na pograniczu fantasy, raz soczysty kryminał, a innym razem… romans. No dobra, to nigdy nie jest tylko romans, bo zawsze ma do opowiedzenia dużo więcej, ale… Ale czasami wątek miłosny wysuwa się trochę za bardzo na prowadzenie. Rzadko, niemniej… wiecie, co mam na myśli, a temu mówię stanowcze „raczej nie bardzo”.

Biorąc „Central Park” (z półki mojej Oliwii) spodziewałam się właśnie takiego romansu. Tytuł, sylwetka dziewczyny na okładce, jakoś tak mi to zasugerowało. Ale, że tak to nazwę: „tylny zwiastun” – dość mocno zaintrygował.

Kobieta, Francuzka, budzi się na ławce w samym sercu Nowego Jorku. Nie ma pojęcia gdzie jest, nie pamięta jak tu trafiła, a w dodatku tuż obok, spięty z nią kajdankami, śpi jakiś facet. Wystarczająco intrygujące, nie? W tym miejscu przerwę, bo nie da się już niczego więcej dopisać, nie zdradzając treści. A treść…

Na początku zaciekawia, potem staje się banalna. I kiedy już towarzyszymy bohaterom w ich podróży, i nie dzieje się nic, czego nie moglibyśmy przewidzieć, i gdy wydaje nam się, że jesteśmy tacy mądrzy… No taaacy mądrzy, że znamy każdy następny krok, i że sami z powodzeniem wymyślilibyśmy lepszą fabułę… wtedy zdarza się coś, co nam wytrąca argumenty.

I myślimy „Łojezu! Ach, więc to tak…”

A wtedy trach! I dupa! I okazuje się coś totalnie innego!

Ledwo przestawiliśmy się na inny tor, ledwo zaczęliśmy się przyzwyczajać do nowego biegu, musimy natychmiast to porzucić, bo to jeszcze nie to!

Nie to, co myśleliśmy. To znaczy, to, o czym myśleliśmy, że jest tym, co myślimy, okazuje się nie być tym, ani nawet tym, co myślimy.

Oczywiście są i drobne wady, na przykład przekolorowane postaci. Wiadomo, że każdy bohater zazwyczaj ma jakąś tam trudną przeszłość, ale zarzucenie jednej kobiety tyloma tragicznymi wydarzeniami, uznałam za przesadę. Po takiej traumie normalny człowiek nie byłby w stanie robić nic, poza spożywaniem i wydalaniem, nie mówiąc już o prowadzeniu skomplikowanego śledztwa. Pod koniec jednak, zostaje to poniekąd wyjaśnione. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Mogłabym jeszcze przyczepić się do wątku miłości od pierwszego wejrzenia, ale to ja. Bo w takową nie wierzę.

Podsumowując, książka jest dobra. Nie mogłam o niej zapomnieć długo po przeczytaniu, może dlatego, że to co z niej wynikło nie jest mi obce. Tak prywatnie. W każdym razie polecam, bo Musso, choć w niego zwątpiłam, stanął na wysokości zadania. Znowu.

 

 

WHITNEY 2018

 reż. Kevin Macdonald, /USA, Wielka Brytania/

 

Że tak już pozostanę w klimacie niedawnego wpisu.

Z filmem biograficznym jest dokładnie tak, jak z książką. Nadal dzielę ludzi na 4 grupy, o czym pisałam ostatnio. Uważam jednak, że im bardziej kolorowa postać, tym chętniej się po nią sięga. Bez względu na to, czy się ją lubi czy nie. Tak myślę.

Czekałam na ten film, i to nie tylko dlatego, że lubię Whitney. Czekałam, bo według zapowiedzi, to jedyny film w pełni zaakceptowany przez rodzinę piosenkarki. Rodzinę, która w filmie bierze czynny udział, chętnie się wypowiada i udostępnia zdjęcia i nagrania.

Jako miłośniczka głosu  Whitney nie mogłam tego przeoczyć.

Jako zwykły odbiorca nie mogłam tego przeoczyć.

Ale teraz tak: Myślałam, wręcz byłam pewna, że obraz będzie wypaczony, przesłodzony, wiadomo. Nic z tych rzeczy: mile się zaskoczyłam. Nie ze względu na treść, ale na prawdę. Szczerze mówiąc byłam w szoku, jak jej bracia jawnie i nieskrępowanie opowiadają o narkotykach, alkoholu i imprezach. Jak przyznają, że sami ją w to wciągnęli. Jak biorą na siebie całą odpowiedzialność. Co najbardziej mnie uderzyło, to efekt bardzo trudny do uzyskania: z każdego słowa krytyki, wypowiadanego przez członka rodziny przebijała ogromna miłość do niej. To było tak uchwytne i namacalne, że aż trudne do uwierzenia.

Whitney pokazano w różnych momentach życia, ze wszystkimi odcieniami, bo nikt z nas nie jest czarny albo biały. Ona też nie –  i to dosłownie. „Zbyt czarna dla białych, zbyt biała dla czarnych”, i to był jeden z jej największych problemów, ale i punkt wyjścia. Kryzys tożsamości, niepewność tego, kim jest, i kim chciałaby być.

Dorastanie w getcie, problemy w szkole, rasizm, nietolerancja, molestowanie, ale też plany i marzenia, wszystko to dotyczyło wielu ciemnoskórych dzieciaków. Udało się nielicznym, i Whitney była w gronie tych szczęśliwców. Na początku. Potem sława, pieniądze i zupełnie inne problemy. Myślę, że najbardziej załamała ją utrata zaufania do najbliższych.

Co do technicznej strony filmu, mogłabym się przyczepić do kilku rzeczy. Wydarzenia, co prawda, pokazane są w odpowiedniej kolejności, ale gdzieś tam ta chronologia jest zaburzona. Może wynika to z tego, że autor za bardzo skupiał się na faktach – moim zdaniem – mniej istotnych, przez co te, które wydają mi się ważne, pominął lub przeleciał szybko po łebkach żeby zmieścić się w czasie. W związku z tym powstało kilka sporych luk, które powinny być wypełnione. Reżyser, dysponując kilkoma zdjęciami i filmami stara się stworzyć opowieść, otrzymując w rezultacie (niepełny) dokument. Akcja ma bardzo szybkie tempo, co paradoksalnie ją osłabia.

No, ale kto tak naprawdę jest głównym odbiorcą? Oczywiście fani, którzy nie będą oceniać technicznej strony filmu. Im zależy na piosenkach, nieznanych fotkach i materiałach video, a tego mają pod dostatkiem. Niepublikowane dotąd filmy, a raczej kilkusekundowe zapisy, naprawdę zaskakują. Whitney jest pokazana zupełnie prywatnie, bez makijażu, w swoich lepszych i gorszych dniach, śpiąca, jedząca, oglądająca telewizję. Jest Whitney na scenie, w blasku chwały i Whitney w chwilach kryzysu; nieobecna lub pozwalająca sobie na niecenzuralne słowa (np. co naprawdę myśli o Pauli Abdul i Janet Jackson).

Film warty uwagi, momentami zabawny, momentami bardzo wzruszający, więc, oczywiście, polecam. Nie tylko fanom.

Zdjęcia pochodzą z wizerunekkobiety.pl

Podsumowanie konkursu i wyłonienie zwycięzcy!

Ten wpis miał się pojawić jutro albo pojutrze, ale nie mogłam już się doczekać i właśnie jesteśmy świeżo po odejściu od maszyny losującej.

Kochani… Jakże me serce się raduje, że wzięliście udział tak licznie… Nie mam słów, by to wyrazić! Kocham was… Czy już wam pisałam, że was kocham? Jeśli nie, to właśnie to zrobiłam 😀

Wasze odpowiedzi były świetne! Wszystkie, bez wyjątku! Ponieważ większość z was już trochę poznałam – wcale, ale to wcale mnie nie zaskoczyły. Dobra, może troszeczkę J

Najpierw jednak moje odpowiedzi (gwoli sprawiedliwości) oraz krótkie podsumowanie:

W związku z tym, że i wy trochę już mnie poznaliście, myślę, że specjalnie nie zdziwi was, że:

Kocham PSY, miłością PSYchopatyczną, czasami wręcz. Aczkolwiek kuoka od pewnego czasu plasuje się tuż za.

Lubię galaretkę z nóżek, z kurczaka, z ryby i z warzyw. Zawsze dodaję do niej ocet. To był jeden z testów, przeprowadzonych na mnie przez Tomka, na jednej z randek. Ponoć jestem hardcorem, bo on sam dodaje ocet, a jego kobiety (kto???!!!) się krzywiły.

Najbardziej nienawidzę prasowania…

Rzuciłam, oczywiście, mięsem. Szklanka i talerz stłukły się same z siebie.

Chcę żeby na mojej imprezie toast wzniosła Krystyna Czubówna. Tylko ona byłaby w stanie uspokoić i zebrać do kupy rozpite towarzystwo.

Gdybym nie mieszkała tam, gdzie mieszkam, to oczywiście mieszkałabym  w  innym świecie.

Bycie pogodynką w TV Moskwa brzmi kusząco.

Ze sportów to najchętniej miarowe unoszenie lewej stopy, chociaż na co dzień też biegam z językiem.

Przy pytaniu o telewizję mam najwięcej problemów, no bo tak: Lubię niektóre programy edukacyjne, jednak większość, niestety, skłania do ewakuacji do tego stopnia, że obudowa i kabelki wydają się o niebo ciekawsze. Do pilota (bitwy o niego) mam sentyment.

Jeśli kapcie to… mięciusie króliczki pi pi pi, bez wątpienia! Widocznie nie jestem gość, tylko gościówa… (pamięta ktoś określenie: facetka? W kontekście: Facetka od matmy się na mnie uwzięła). Gościem bywam latem, gdy chadzam boso lub w japonkach, zwanych dalej flip-flopami.

No. To byłoby na tyle.

Podsumowanie:

Kocham was, że tak powtórzę. Ubawiłam się po pachy czytając wasze odpowiedzi. Zdziwiło mnie tylko, że skakanie w poprzek z pływaniem synchronicznym jest tak mało popularnym sportem. (Tu szacun dla Makbetki).

A oto wnioski wysnute na podstawie waszych odpowiedzi. Będziecie zdumieni ile można wywnioskować z kilku, jakże oderwanych od rzeczywistości, pytań:

Agnieszko, wiem, że nie masz telewizora, ale czasy podcinania kabelków „żeby ustrojstwo wyłączyć” minęły jakiś wiek temu. (Aga także wzięła sobie bardzo do serca problem galaretki – nie wystarczyło, że nie zna i nie je – ona musiała temat rozwinąć).

Aksinia pojmuje przyczyny posiadania kota, a to najważniejsze. Wyraża chęć mieszkania Nigdziebądź, w którym to miejscu udoskonala rzuty plastikowym talerzem. Czasami zamawia Jandę na imprezy.

Jaga ma sprośne myśli, kojarząc pilota z ciachem w mundurze. Ale trzeba jej wybaczyć, bo przechodzi na abstynencję – nie zna przyczyn dla których ma kota i wszystko ją wkurza, nawet ości w rybie.

Kuradomova lubi sobie popić na własnych imprezach, bo jest jej wszystko jedno kto wzniesie toast. Może to być nawet jej przyjaciółka z głosem Czubówny. Krystyna to Krystyna, stan się zgadza 😀 Z tego wszystkiego gubi kapcia i pilota.

Bazgroszytka od wiercenia ma konkubenta, więc nawet ściana nośna jest znośna. Lubi wszystko, co soczyste, czyli kurczaka i panią lekkich obyczajów. Miarowo unosi lewą stopę odzianą w łabędzia i uważa, że od tego rośnie jej pupa.

Seekerka upatruje tropikalnej przygody w czyszczeniu basenów, tymczasem obowiązki domowe u niej kuleją. Dużo ciekawsze jest rzucanie mięsem, biegając w solidnych kapciorach. Ludzi dzieli na: czubków, nudziarzy, kujonów i zombie.

Smurf Marudny lubi psy i ocet. Na szczęście osobno, ale z nim nigdy nic nie wiadomo. Najchętniej zamieszkałby w Krasnobrodzie, wypatrując stamtąd pogody nad Moskwą. Nosi kapcie obudowane i uzbrojone po cholewki.

Karinie obce jest palenie, picie, rzucanie talerzami a nawet mięsem. Święta kobieta, chociaż istnieje cień szansy, że robi wszystkie te rzeczy, tylko nie zdążyła rzucić (powinnam lepiej precyzować pytania). Jest grajkiem zdecydowanie, niezdecydowanym w kwestii kapci.

Asia roztacza mroczne wizje zimnego trupa, kojarząc go z niewinną galaretką (którą zresztą lubi). W prasowaniu nie ma sobie równych, tylko równiejszych. W gorące dni chłodzi się biegając z wywalonym językiem. Można?

Inmyminds skrycie podziwia Pawłowicz, a potem ściemnia, że źle zaznaczyła 😛 Jest obrzydliwie bogata, bo ma już dosyć polerowania rodowych sreber i marzy o byciu bezrobotnym grajkiem z dyplomem, ale jak najdalej od lasu.

Makbetko, Makbetko, Makbetko… galaretki nie trzeba rozumieć. Trzeba ją zjeść, a nie przetrzymywać w lodówce, żeby zaśmierdła i trzeba było ją czyścić. Lodówkę, nie galaretkę. Jak na rasową harcerkę przystało – wiecznie szuka lasu i wyłącznika do telewizora.

DrogaNieNaSkróty jak zwykle poszła dłuższą trasą, a że ciemno, zimno i do domu daleko to zamieszka nigdzie. Zamieszka tam w towarzystwie pilota, a kuaka będzie psem stróżującym. Jako jedna z nielicznych przejmuje się wynikami quizu, zastanawiając się nad zrównoważeniem psychicznym.

Wojtek bezczelnie powołuje się na serduszko kuoki, którą wcześniej uśmiercił zębami wilka. Boi się, że za nieumiejętnie wzniesiony toast wsadzają do więzienia. Chodzi boso jak na bagienną wróżkę przystało, a w telewizorze to lubi taką panią.

Boja ma wiele przemyśleń dotyczących sikania na stojąco i kibla, w którym hoduje rybki i spuszcza obiad z frytkami. Chciałby opchnąć rodowe srebro, bo zbiera na laczki. Chętnie zatrudniłby Krystynę Pawłowicz w charakterze wykidajło.

Ultra woli czyścić baseny niż srebra. Od czyszczenia sreber ma ludzi. Gdy coś ja wkurzy – wyżywa się na mięsie i ma na nie mnóstwo zastosowań. Relaksuje się siedząc przed telewizorem i wpatrując w jego obudowę.

Izzy chętnie zrobiłaby casting na przystojniaka od toastów (zawód pilot mile widziany). Póki co, zastanawia się nad kupnem kuoki. Mięciusim króliczkom też mówi „tak”, ale tylko w Warszawie, w Warszawie.

Dziubasowa rzuciła mięsem i przeszła na warzywa, przez co znowu rzuciła mięsem. Resztę życia spędziłaby chętnie na bagnach Luizjany, w kajaku wystruganym z klapki Dziubasa, grając na banjo zrobionym z obudowy telewizora.

Ludzie… no i jak was nie kochać?!

No a teraz to, na co wszyscy czekacie. Może jakość trochę niewyraźna, ale myślę, że z odczytaniem zwycięzcy nie będzie problemu.

No i wszystko jasne!

Cieszę się bardzo i gratuluję!

TĘ OSOBĘ uprasza się o namiary w meilu. 😀

A wszystkich o cierpliwe wyglądanie następnego konkursu, który już wkrótce!

BUZIAKI😘💗

Takie tam, muzyczno-czytelnicze wynurzenia

 

Jeśli nie jesteś fanem Whitney Houston (ewentualnie żadnego z braci Jacksonów) ten wpis prawdopodobnie cię nie zainteresuje. Uprzedzam, zatem, lojalnie, a zaoszczędzony czas możesz przeznaczyć na zabawę z dzieckiem/psem/kotem/kuoką, wypełnienie PITa, czy też zrobienie sobie szalika lub drinka. Jednak, gdy już wypijesz tego drinka to w zasadzie możesz tu wrócić i przeczytać.

 

Ludzi czytujących biografie, dzielę na 4 grupy:

  1. Czytający o ludziach, których lubią
  2. Czytający o ludziach, których nienawidzą
  3. Czytający o ludziach, do których stosunek mają obojętny
  4. Czytający jak popadnie, nawet o ludziach, których nie znają

 

Ja zaliczam się do ostatniej grupy. Po prostu wyjątkowo lubię ten gatunek. Oczywistą oczywistością jest fakt, że miłośnicy punktów 3 i 4, sięgną po daną biografię tylko raz. Bez względu na to, kto ją napisał. No, chyba, że coś ich tak zaskoczy, że wyskoczą z kapci (takich mięciusich pi pi pi króliczków). Ludzie zaliczający się do najliczniejszych grup 1 i 2, prawdopodobnie będą chcieli przeczytać coś jeszcze, mieć jakąś skalę porównawczą.

Nie inaczej było ze mną i biografią Michaela Jacksona, który, jak wiecie jest moim bezdyskusyjnym królem. Musicie jednak przyznać, że jestem w porządku, bo nie narzucam się z nim. Wy też jesteście w porządku, bo nie komentujecie tego. Także ogólnie wszyscy jesteśmy w porządku.

Ale, ja nie o Michaelu dzisiaj, tylko o jego bracie. I o Whitney Houston.

Niesamowite jaką przechowalnią jest nasz umysł. Potrafi sobie coś tam zakodować, coś kompletnie bezużytecznego, żeby po latach popisać się przed nami. Fajne to, chociaż wolałabym żeby był bardziej pomocny teraz, gdy gubię się w terenie i nie ogarniam twarzy, a nie za kilka lat, gdy już nawet nie ogarnę tego, że nie ogarniam.

Na ludzi też nie mogę liczyć: – Co?! Ty z twoim nierozróżnianiem twarzy poszłaś na dziennikarstwo??? Buahahaha!

Także…

Ale ja nie o ludziach pozbawionych taktu chcę dzisiaj rozprawiać, tylko, jak już wspomniałam o Whitney Houston. Poniekąd.

Whitney bezustannie jest dla mnie numerem jeden wśród żeńskich głosów. Poznałam ją w dzieciństwie, bo zazwyczaj dzieci słuchają takiego rodzaju muzyki, jakiego słuchają rodzice. Moi rodzice, co by o nich nie powiedzieć, mieli zajebisty gust muzyczny.

Gdy słucha się w dzieciństwie piosenek, nie znając języka angielskiego, to skupia się przede wszystkim na muzyce. Oczywiście podśpiewując Aj dżast low ju, tacz mi, tacz mi, czy inne takie. W miarę upływu czasu ten język się poznaje i wtedy jest łatwiej. Albo trudniej, zależy. Czasami to pomaga – zwłaszcza przy zapamiętywaniu całych zwrotek, no i przekaz jest pełniejszy. Czasami przeszkadza, bo albo trudniej skupić się na melodii, albo tekst ją obrzydza. Albo jest tak ponury i depresyjny, że zwyczajnie nie pasuje do cudownej muzyki (Tak mam np. z piosenką Dire straits „Your latest trick), i z niektórymi R&B, gdzie do fajnych taktów ktoś tam wyprawiał gangstę).

Jeśli szczególnie lubimy jakiegoś wykonawcę, to staramy się zrozumieć o czym śpiewa, dlaczego właśnie o tym, czy naprawdę to przeżył. Tak miałam z piosenką Whitney „Saving All my love for you”. Piosenka jest o byciu tą drugą, czyli o kobiecie zakochanej w gościu, będącym szczęśliwym (lub nie) posiadaczem żony i dzieci. Jedyne co ona może zrobić (ta zakochana kobieta), to czekać i trzymać dla niego miłość, i reklamować się, że jest gotowa na (seks?), właśnie dzisiaj, bo (ma wolne, bo się podmyła, dowolne skreślić). Bo: „Tonight is the night, that I’m feeling allright”.

Jest to jedna z moich ulubionych piosenek, więc siłą rzeczy zastanawiałam się. Czy Whitney faktycznie była czyjąś kochanką, czy tak podśpiewuje sobie a muzom, bo temat zawsze na topie. I to mi się gdzieś tam tliło z tyłu głowy. Do czasu przeczytania biografii „Nie jesteś sam”.

Jak się zapewne domyślacie, czytałam kilka biografii Michaela, w tym pisaną przez niego samego. Jednak to właśnie „Nie jesteś sam” wywarła na mnie największe wrażenie. Napisał ją starszy brat Michaela – Jermaine. Jest kilka nieścisłości, parę błędów, ale wyjątkowo nie przeszkadzały mi w odbiorze. Wręcz przeciwnie; czuło się, że autor jest pisarskim laikiem, co dodawało książce uroku. Umówmy się: facet jest muzykiem i o pisaniu nie ma pojęcia. Wiem, że za większością biografii stoi więcej niż jeden człowiek, zwłaszcza gdy ten jeden człowiek niewiele wie o pisaniu. Czasami autor jest tylko nazwiskiem na okładce, (i oczywiście skarbnicą wiedzy, którą ktoś inny układa w słowa i odwala całą robotę). W tym konkretnym przypadku można wyczuć, że autor miał największy wkład w całą książkę. To po pierwsze.

Po drugie: gościu koloryzuje, wiadomo, ale tylko trochę. Nie owija w bawełnę, tylko pokazuje całą swoją rodzinę z zaletami i wadami. Tak, siebie też.

Po trzecie: książka nie jest wyłącznie o Michaelu, chociaż niewątpliwie jest on jej bohaterem. Jermaine pisze o rodzinie, przyjaciołach, kolegach z dzieciństwa, ludziach szołbiznesu i znajomych napotkanych po drodze. Dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, że co jakiś czas musiałam przerywać czytanie żeby coś sobie przypomnieć, umiejscowić, albo gwizdnąć z podziwem, albo powiedzieć „Aaaa… czyli tak to było”. W ten sposób dochodzę do Whitney Houston.

Jermaine poznał ją w chwili debiutu, wysłuchując z przyjacielem jej pierwszej piosenki na taśmie. Zakochał się w jej głosie, a potem w niej, gdy ją poznał i zaczęli razem nagrywać. Zakochał się z wzajemnością. Ona była młoda i wolna, on miał już żonę i dzieci. Nie wyjaśnił do końca, czy było między nimi coś więcej, ale można się domyślić, że raczej nie. Nie, jeśli chodzi o zbliżenie fizyczne, bo uczucie między nimi było silne. Jeśli wierzyć jego słowom – urwał kontakt, czego zresztą bardzo potem żałował.

Kariera Whitney rozwijała się w zawrotnym tempie, więc wkrótce potem do Jemaina zadzwonił jego przyjaciel i zapytał, czy słyszał już jej nową piosenkę, bo jest właśnie o nim.

W tym momencie przerwałam czytanie i czułam jak w moim mózgu zachodzi proces: odbijają się od siebie dwie piłeczki, które skądś tam  ogarnęły trzecią i zaskoczyło! Już wiedziałam, że to TA piosenka. Potwierdziło się, gdy wróciłam do czytania.

To tyle. Ot, po prostu ciekawostka, którą chciałam się z wami podzielić.

Poniżej wklejam TĘ piosenkę Whitney i moją ulubioną piosenkę Jermaina, jeśli ktoś nie jarzy o kim mowa. Przypominam też o konkursie w poprzednim poście, jeśli ktoś jeszcze nie wziął udziału.

 

 

KONKURS NOWOROCZNY

 

Drodzy moi, oto obiecany konkurs noworoczny, który z Nowym Rokiem ma tyle wspólnego, co pytania z wyłonieniem zwycięzcy.

Tym razem pytania nie dotyczą Tamalugi, ale was. Chcę się o was dowiedzieć takich rzeczy, które dadzą mi pogląd na…  na coś tam dadzą. Przygotowałam dla was mały quiz, a odpowiedzi na pytania są bardzo istotne, bo nie mają nic wspólnego z konkursem.

Po prostu wszyscy, którzy wezmą udział w zabawie, będą mieli szansę wygrania nagrody niespodzianki. No i akceptują regulamin*.

Tym razem wyłonienie jednej osoby odbędzie się drogą losowania, losowania przez Tamalugę, co uwiecznię na filmie, także zero machlojek.

To zaczynamy:

1. Moim ulubionym zwierzęciem jest:

a. Pies

b. Z jakichś niepojętych przyczyn – kot

c. Ryba z frytkami

d. Inne zwierze z naciskiem na kuokę

 

2. Do galaretki z nóżek dodaję:

a. Cytrynę

b. Ocet

c. Nie lubię galaretki z nóżek

d. Co to jest galaretka i czyje są nóżki?

 

3. Z obowiązków domowych najbardziej nie lubię:

a. Prasowania

b. Wiercenia otworu w ścianie nośnej

c. Polerowania rodowych sreber

d. Obowiązki domowe są mi obce

 

4. W Nowym Roku zdążyłem/zdążyłam rzucić:

a. Palenie

b. Picie

c. Mięsem

d. Talerzem o ścianę

 

5. Chcę, żeby na mojej imprezie, toast wzniosła:

a. Krystyna Czubówna

b. Krystyna Pawłowicz

c. Krystyna Janda

d. To moja impreza i toast wznoszę ja

 

6. Gdybym nie mieszkał/a tam, gdzie mieszkam, to mieszkałbym/mieszkałabym:

a. Gdzie indziej

b. Nigdzie

c. W innym miejscu

d. W innym świecie

 

7. Gdybym mógł/mogła wybrać inny zawód, to byłbym/byłabym:

a. Czyścicielem basenów

b. Leśnym grajkiem

c. Pogodynką w TV Moskwa

d. Bezrobotnym z dyplomem

 

8. Sport, który najchętniej uprawiam to:

a. Bieganie z językiem

b. Latanie bez języka

c. Skakanie w poprzek z pływaniem synchronicznym

d. Miarowe unoszenie lewej stopy

 

9. W telewizji najbardziej lubię:

a. Programy edukacyjne

b. Programy ewakuacyjne

c. Pilota

d. Obudowę /takie tam kabelki w środku

10. Jeśli kapcie to:

a. Tylko w Warszawie, w Warszawie

b. Mięciusie takie pi pi pi króliczki

c. Solidne kapciory na antypoślizgowej podeszwie

d. Nie noszę kapci, gdyż jestem gość

Konkurs potrwa gdzieś tak do 25 stycznia, także śmiało i bez nerw. We wpisie wyłaniającym zwycięzcę, (planowanym na 27 – 28 stycznia) napiszę wam też moje odpowiedzi. Jeśli was to interesuje, w ogóle. Także z góry bardzo dziękuję za wzięcie udziału, (bo wiecie jak ja to lubię) i powodzenia! 💗

*Regulamin – to jest takie coś, co musicie sobie uświadomić. Pomyślcie teraz chwilę o tym. Już? No to teraz tak: jeśli odpowiadacie na pytania (a jakże; odpowiadamy!) to znaczy, że bierzecie udział (bierzemy, bierzemy!), a to znaczy, że chcecie wylosować nagrodę (tak, tak, super by było!), a to znaczy, że w razie Wu, (czyli wygranej), zobowiązujecie się przesłać dane do wysyłki. 😀

SS, czyli sylwestrowe spostrzeżenia

Zacznę od sąsiadów, którzy mile mnie w tym roku zaskoczyli. Sylwester u wszystkich przebiegł, o dziwo, spokojnie. Od czasu do czasu słychać było tylko pojedyncze okrzyki. I pojedyncze szczeknięcia, ale trudno powiedzieć czy psów czy sąsiadów…

Jak już kiedyś pisałam, mieszkam w jednym z bliźniaczych bloków. To znaczy mój blok jest tym bliźniakiem mniej kochanym, bo tamten jest po przeszczepach i liftingu, ale przysięgam, że coraz bardziej cieszę się z tego gorszego blokowego sortu.

Wspominałam też, że w moim bloku mieszkają psiarze, a w tamtym kociarze. Tak jakoś wyszło przez przypadek. U nas czasami coś szczeknie w nocy, za to tam… Drzwi od klatki schodowej przez większość doby stoją otworem. Gdyby ktoś się zastanawiał – dla kotów. Lokatorzy wymyślili, że biedne koty zamarzną na śmierć, więc lepiej żeby spały w klatce. Koty, oczywiście srają na spanie w klatce, i srają w klatce. To jedyne, co w niej robią. Smród jest nieziemski, to po pierwsze. Po drugie – zimno w mieszkaniach, bo wieje z dworu. Po trzecie, wszyscy płacą za ogrzewanie na klatce, tracą więc pieniądze, że o ekologicznym aspekcie marnowanej energii nie wspomnę. Tuż przy wejściu, w piwnicznym okienku stoją miski, do których sąsiedzi sukcesywnie wrzucają obiadowe resztki. Problem w tym, że nikt ich później nie sprząta, więc o widoku i zapachu nie wspomnę. Same koty zresztą są średnio zainteresowane jedzeniem w tak mało estetycznej formie. Nie gardzą nim za to lisy, kuny i łasice, które z rozbawieniem obserwuję niemal każdego wieczoru. Mój kolorowy (wytatuowany) sąsiad, jedyny psiarz w bloku kociarzy, pytał mnie ostatnio czy nie ma u nas jakiegoś wolnego mieszkania. Jest zdesperowany.

Ale wracając do Sylwestra. Nie obyło się bez drobnego incydentu – jakieś małolactwo postanowiło odpalić (race? armaty?) na skwerku przy bloku. Po chwili spieprzali w podskokach, a skwerek jarał się żywym ogniem. Kilku sąsiadów wyskoczyło żeby ugasić pożar.

Oliwia oznajmiła, że możemy sobie gdzieś wyjść, a ona zostanie z Tamalugą. Wykopaliśmy ją z domu na imprezę. Kiedy to dziewczę będzie się bawić, jeśli nie teraz?

Wiktorii nikt wykopywać nie musiał – plany na Sylwestra miała już ustalone od pół roku.

Stałam tak w progu jej pokoju, przyglądając się jak lata niczym kot z pęcherzem, bo wszyscy już od 2 godzin byli na miejscu, tylko ona, jak zwykle ostatnia. Jej pokój to było pobojowisko. To znaczy bardziej niż zwykle, dużo bardziej. Na łóżku leżało wszystko, co tylko się na nim mieściło. Na podłodze skarpetki, rajstopy, but, torebka, paragony i szczotka do włosów. Wiktoria biegała w nerwowym szale, przeskakując przez przeszkody i wyraźnie czegoś szukając. Jej telefon dzwonił bez przerwy. W środek Armagedonu weszła, równie zakręcona Żanejro.

– Co ty tak latasz? – pyta Wikę.

– …!

– Co znowu zgubiłaś?

– Szminkę!

– Poszukaj na łóżku.

– Już szukałam. Na pewno ta mała cholera mi zabrała!

– Tamaluga?

– Nie, Oliwia!

Stoimy z Żanejro ramię w ramię i przyglądamy się jak Wika w panice przeszukuje biurko, wybiega z pokoju, wbiega z powrotem…

– Wiesz co – mówi Żanejro. – Ja mam taką fajną szminkę…

– No to dawaj! – Wika przystaje na chwilę.

-… ale nie przy sobie – kończy Żanejro. (Uwielbiam ją).

Wika patrzy na nią wzrokiem mordercy. Ich wieloletnia przyjaźń właśnie zawisła na cienkim włosku. Jednak tylko cmoka z irytacją i biega dalej. Mam wrażenie, że biega już teraz zupełnie bez sensu (przyjmując, że wcześniejsze miało jakiś sens). W międzyczasie zderza się z łóżkiem. Siła uderzenia jest na tyle duża, że spod łóżka wyjeżdża okrutnie zakurzona, zapomniana przez Boga i ludzi deskorolka. Teraz czekam już tylko aż się o nią potknie.

– Wiesz, ta szminka – ciągle dalej Żanejro. – To ona jest taka fajna, że jak się nią pomalujesz to najpierw jest taka…

Wiktoria zatrzymuje się nagle, jak by ktoś odciął jej zasilanie.

– Jaka?- pyta z zainteresowaniem.

– No, taka matowa. Ale jak obliżesz usta to się robi błyszcząca.

– Na długo?

– Dopóki nie wyschnie. Wtedy znowu jest matowa.

– Aha. A jaki ma kolor?

– Czerwona.

– Nie spieszyłyście się gdzieś czasami? – pytam, starając się zachować powagę.

Obie wyrywają się z letargu, po czym jedna wyjmuje komórkę i coś tam pisze, a druga dalej biega.

Po dziesięciu minutach z ulgą zamykam za nimi drzwi.

 

***********************************************

 

Podobno jaki Sylwester, taki cały rok. Ja dokładnie o 12:00, wylewałam Tamalugowe siuśki z nocnika do sedesu. Wizja robienia tego przez cały rok wydała mi się dosyć przygnębiająca, dlatego błyskawicznie dołączyłam do  Tomka i Tamalugi i trwaliśmy na podłodze w zwartym uścisku.

O 12:03 Tamaluga umościła się na parapecie, żeby podziwiać fajerwerki, odpalane, jak zwykle z placu za Biedronką.

– Nie boisz się, Tamalugo?

– Tloche boje.

Przy okazji – Tamaluga myśli, że fajerwerki puszcza święty Mikołaj, przyczajony na Biedronkowym parkingu. Wołała go głośno, prosząc o konkretne kolory:

„Kołaju, kołaju, telaś blu, guułini, redi, jeloł” i tak dalej.

O 12:20 dziewczyny zadzwoniły z życzeniami. Oliwia wyraziła nadzieję, że my też wspaniale się bawimy. Spojrzałam na Tomka, który właśnie podłączał dwa kabelki do jakiegoś małego urządzenia. Spojrzałam na Tamalugę, która z braku chętnych sama sobie polewała Piccolo do kubka (a także na krzesło i podłogę).

„O, tak, córeczko, mamy ubaw po pachy”.