Sztorm, wysokie juju i trauma ludzika

Ostatnie dwa tygodnie były dosyć intensywne (cokolwiek to znaczy), czyli po prostu każdy czegoś ode mnie chciał. Akurat wtedy, gdy mi nie chciało się nic. Ani niczego nie chciałam od nikogo, chyba że spokoju. To może ja to poetycko przyrównam do swojej łazienki. Łazienka, przez większość żywota stoi pusta. Takie odnoszę wrażenie, przechadzając się obok. Wystarczy jednak, że zaplanuję kąpiel, mało tego – uprzejmie poinformuję o tych planach tak zwany ogół, wtedy łazienka przeżywa czasy swojej świetności. Gdy tylko wejdę do wanny, zaczynają się akcje. Zrazu nieśmiałe pukanie, dalej łomot przechodzący w walenie. A potem bezpardonowe wędrówki ludów. Wyjścia mam dwa. Albo nadal nie będę się zamykać i cierpliwie znosić migracje „na” i „z” terenów podmokłych, albo użyję didaka, zwanego dalej skoblem (zapadką, zasuwką) i cierpliwie zniosę pukanie z nawoływaniem włącznie.

Wracając. Gdy tylko zaczynam coś pisać twórczo każdy ma do mnie 6418 pytań i spraw niecierpiących zwłoki. Przoduje oczywiście Tamaluga, ale jej to jest wybaczone.

Aaaa, że mi się nie chce to inna sprawa. Nie lubię gdy ktoś przerywa mi pracę, ale z drugiej strony czasami sama marzę żeby ktoś mi ją przerwał. Choćby i sms.

Pogoda u nas szaleje. Albo upał albo wichura, nic pomiędzy. Na szczęście ostatnio są same ciepłe dni, ale jeszcze nie tak dawno…

Dostaję sms pod tytułem „Alert”. Oczywiście spanikowana, oczywiście robię co? Usuwam bez czytania. Zaraz jednak Wika i jej chłopak też dostają takie smsy. Sztorm na morzu, przechodzi w wichurę w głąb lądu i uprasza się mieszkańców województwa o niewychodzenie z domów, jeśli nie ma takiej potrzeby.

Najpierw jestem pod wrażeniem, jak sprawnie działa u nas system ostrzegania.

Potem naginam ostrzeżenie do swoich potrzeb i prośbę o niewychodzenie z domu traktuję jak prośbę o nicnierobienie. Można?

A że jestem posłuszną członkinią lokalnej społeczności, prośbę traktuję z należytym szacunkiem. Stawiam ostatnią kropkę, zamykam laptop, naciągam kocyk i układam się do drzemki na kolanach Tamalugi. Uważny obserwator dostrzegłby, że dziecko spożywa właśnie arbuza. Uważny (i sympatyczny) obserwator ostrzegłby mnie.

Położyłam głowę na kolanach Tamalugi jedzącej arbuza.

Zapamiętam, żeby nigdy więcej tego nie robić. Wiedziałam to już po pięciu minutach.

Przez kolejne dziesięć wydłubywałam z włosów miąższ wraz z pestkami.

Śmierdziałam arbuzem do końca dnia. Z odległości dziesięciu metrów.

Prawie jak perfumy Kenzo.

„Prawie” robi różnicę. Choć rzeczywiście niewielką.

 

Ponieważ praca zmusiła mnie do wczesnego wstawania (o 9, zamiast o 11), wyłamałam się i znowu zahaczyłam okiem o telewizję śniadaniową. I o czym to rozprawiano w porannych godzinach wysokiej oglądalności? O fetyszu na damskie stopy. Środek tygodnia, słoneczny poranek, kawka, śniadanko, a w telewizji zbok siedzący tyłem, głosem zmienionym modulatorem rozprawia o seksualnych dewiacjach ze stopami w roli głównej.

Przy okazji: wiedzieliście, że robienie zdjęć paznokciom (również tym u stóp) to nie selfie tylko nailfie?

Co jeszcze robię w ramach opóźnienia pracy? Sprzątam. Nie, no, żeby nie było: sprzątam codziennie, ale tym razem mnie poniosło. Odkurzyłam podłogę przez wielkie „O” i umyłam przez wielkie „U”. Zanim doszło do tak chwalebnych czynów, umieściłam krzesła na stole, a Tamalugową zjeżdżalnię gdzieś tam też pierdyknęłam. Nie zastanawiałam się specjalnie gdzie i jak, bo to na chwilę. Początek swój miała na oparciu fotela, a że tak powiem, ujście – gdzieś w okolicy kartonu z zabawkami. W każdym razie dobry metr nad podłogą. No i w ogóle nie była stabilna.

Odkurzyłam pokój, dojechałam mopem gdzie trzeba i zabrałam się za przedpokój i kuchnię. Nagle do uszu mych dociera „O jaaaaa! Jeden, dła, ci, ćteli, juuuuuu!” a potem głuchy łoskot. Nasłuchuję, ale nie ma płaczu, tylko „Łaaaał! jeden, dła, ci, ćteli, juuuuuu!”

Jak się domyślacie, Tamaluga podjęła wyzwanie nowej lokalizacji zjeżdżalni.

Aż dziwne, że nic jej się nie stało.

W przeciwieństwie do ludzika.

Wczoraj kolega zapytał, czy poczta w mojej dzielnicy obsługuje transfer Xoom. Szczerze mówiąc, nigdy o takim nie słyszałam, nie rzuciły mi się też w oczy żadne, wskazujące na to, naklejki. Ponieważ była już noc, spacer nie wchodził w rachubę, a nie chciałam zostawić kumpla bez odpowiedzi. Ale, jak śpiewa Michael, „There are ways to get there, (if you care enough for the living”) Moja wybitna błyskotliwość i powalająca inteligencja podpowiedziały mi, żeby skorzystać z Google map. Wymyśliłam sobie, że wirtualnie podejdę pod pocztę i sprawdzę naklejki na szybie.

Tylko,  że ja to mam chyba problem z tym ludzikiem. Nigdy nie umiem trafić nim w punkt, tylko zawsze idę na czuja i ów człowieczek ląduje w pobliżu, albo w ch..j daleko od tego miejsca.

Tym razem mocno się skupiłam. Delikatnie podniosłam dyndającego ludzika i z precyzją spawacza upuściłam go w miejscu, według mnie, najbliższym poczty.

To było straszne.

Mój ludzik znalazł się w środku gabinetu dentystycznego.  Zafundowałam mu najgorszą traumę ever. W dodatku nie mógł się wydostać. Obracał się w panice dookoła, natrafiając na fotel, umywalkę, narzędzia… Desperacko obijał się o ściany… Bóg jeden wie, jak bardzo chciałam go stamtąd wydostać… Przepraszałam go w myślach, próbowałam wrócić, zresetować, laptop się zawiesił… A ludzik tkwił tam i płakał bezgłośnie!

Wybacz mi, googlowy ludziku.

 

Reklamy

ROZWIĄZANIE KONKURSU! :-)

Kochani!
Wiem, że ten wpis miał ukazać się wczoraj, ale niestety byłam poza zasięgiem, przepraszam.
Bardzo, naprawdę bardzo dziękuję wszystkim za udział w konkursie! Jesteście super i już wiem, że mogę na was liczyć. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się aż tylu odpowiedzi 😘 💗

To była dla mnie fajna zabawa (mam nadzieję, ze dla was też). Uśmiałam się z niektórych komentarzy i próbowałam sobie wyobrazić, co wami kierowało, czyli jak widzicie Tamalugę.

Przypomnę, że konkurs dotyczył jej ulubionego powiedzonka na zapewnienie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku (a świat w ogóle fajnie urządzony), i pytanie brzmiało, czy jest to SPOKO, O,K., SUPER czy GIT.

Najwięcej głosów – 7 – padło na „SPOKO” i co ciekawe, na to słówko głosowało większość panów.
4 głosy padły na „GIT„,
3 na „O.K.
2 na „SUPER„.
No, więc co Tamaluga mówi najczęściej?
Poniżej filmik rozwiewający wątpliwości, a tym samym rozwiązujący konkurs. Uroczyście przysięgam, że został on nagrany przed konkursowym postem i w żaden sposób nie był później modyfikowany.

Uwaga….

No i wszystko jasne!

Przez kilka pierwszych dni nikt nie trafił, więc zaczynałam się nieco denerwować. (Boja, dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi, ale wiesz jak to jest – pierwsze słowo do dziennika :-D) Zastanawiałam się już nad zmianą reguł, gdy nagle padła właściwa odpowiedź… A na drugi dzień kolejna… A potem jeszcze jedna!
Tak, jak zaznaczyłam w konkursowym wpisie, nagrodę mogę przyznać losując jednego zwycięzcę lub nagradzając wszystkich wygranych, także… Niniejszym postanowiłam nagrodzić wszystkich. Wszystkie.

And the Winner is………………………
Dziubasowa! Tadaaam!
Dziubasowa, jeśli nie jesteś aktualnie na porodówce i czytasz te słowa, możesz śmiało otwierać bezalkoholowego szampana.

And the Winner is……………………..
Izzy! Tadaaam!
Izzy, gdy ułożysz już dziewczynki spać – jak wyżej (tyle, że może być alkoholowy)!

No i kolejny Winner is………………………..
Ultra! Tadaaam!                                                                                                                                Ultra, dodałaś prawidłową odpowiedź jako ostatnia, a ostatni będą pierwszymi, jak ktoś mądry kiedyś zauważył! (Jedyne, co Ultra musi zrobić, to się określić, czy chce nagrodę, czy nie).

GRATULUJĘ WYGRANYM!!!

Teraz czekam na kontakt, a niespodzianki trafią do was, najpóźniej pod koniec listopada.
Kochani, jeszcze raz dziękuje wam wszystkim za udział. Zmotywowaliście mnie do kolejnych konkursów, które pewnie pojawią się niebawem.

PACZKA Z SUPRAJZEM I SUPRAJZ

Kochani!

Jakiś czas temu Agnieszka z http://www.mycoffeetime.pl  zaproponowała zabawę w prezent – niespodziankę.

Ja osobiście nie biorę udziału w blogowych awardsach i innych takich nominacjach, głównie dlatego, że nie potrafiłabym wybrać jednego, trzech, a nawet 12 ulubionych blogów. (Zwłaszcza 12, bo co jeśli ktoś ma 13  ulubionych?) Wszystkie odwiedzane przez mnie lubię i wszystkie są dla mnie ważne. Jednak pomysł z niespodzianką uznałam za fajowy, bo to zupełnie co innego.

U Agnieszki nie było chętnych, mimo że na blogu ruch ma jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. (Swoją drogą nie mam pojęcia gdzie w Warszawie jest Marszałkowska i dlaczego w godzinach szczytu jest tam taki tłum. Może dlatego, że to godziny szczytu?)

Anyway, nie wiem, czy poza mną, Aga doczekała się odzewu. Ja się ludziom nie dziwię – nie każdy ma ochotę podawać swoje dane adresowe, bądź co bądź, obcemu człowiekowi. (Ja nie mam z tym problemu i w prywatnym e-mailu mogę podawać różne dziwne informacje. Także, jakby co, to no).

Wielu z nas używa nicków zamiast imion, nie podaje miasta, zmienia imiona dzieciom i znajomym. Ja akurat podałam prawdziwe imiona moich córek, ale nie dlatego, że jestem taka otwarta, odważna, oświecona i hej do przodu. Po prostu zaczynając pisać nie sądziłam, że w ogóle ktoś to przeczyta. A jeśli podałam prawdziwe imiona na początku to przecież nie będę ich teraz zmieniać, nie? Gdybym zaczynała pisać dzisiaj to pewnie też bym zmieniła, tak myślę.

Ale do rzeczy. Uwielbiam dostawać prezenty, a jeszcze bardziej je robić. Bo reguła jest taka, i tu zacytuję Agnieszkę:

„Osoby wyłonione jako odbiorcy przesyłek, wyrażając zgodę na otrzymanie paczki zobowiązują się jednocześnie do zorganizowania podobnej zabawy u siebie na blogu”.

Ale to było w sierpniu i zdążyłam zapomnieć co ja właściwie mam zrobić. Aga uspokoiła mnie, mówiąc, że nie muszę robić nic, albo raczej mogę zrobić co chcę. No i super, bo ja lubię robić co chcę. A chcę zrobić konkurs. Kocham konkursy i zawsze marzyłam, żeby zrobić coś takiego na swoim blogu, nawet tak zupełnie kameralnie. No, więc wymyśliłam, że zrobię konkurs i mam nadzieję, że znajdzie się kilku chętnych. Dzisiaj, pod koniec wpisu zadam wam pytanie konkursowe, a z uwagi na jego wysoki stopień trudności, chętnych uprasza się o przygotowanie encyklopedii wszelakich, kalkulatorów, ściąg i wydruku odpowiedzi ankietowanych z Familiady.

Zainteresowanych proszę o umieszczanie odpowiedzi w komentarzu, a kto odpowie prawidłowo, zostanie o tym poinformowany w następnym moim wpisie. Jeśli więcej osób udzieli prawidłowej odpowiedzi, nagrodę przyznam losowo. Albo wyślę wszystkim wygranym, chrzanić to. Ja naprawdę uwielbiam robić prezenty, więc dajcie mi tę szansę.

Gdy już zorientujecie się, kto wygrał, skontaktujecie się ze mną e-mailowo. Wtedy nastąpi wymiana serdeczności i ustalenie, że nie jestem nastoletnim psychopatą lub podstarzałym pedofilem. Albo na odwrót, bo to nigdy nie wiadomo. W razie potrzeby gębę swą mogę udostępnić na Skypie. Po wyżej opisanych czynnościach, podacie mi dane do wysyłki prezentu, i łaskawie zgodzicie się, że nie będzie to rękodzieło, gdyż dziergać i lepić z gliny to ja nie potrafię.

Jeśli zdecydujecie się wziąć udział w konkursie będzie mi bardzo miło.

Po otrzymaniu nagrody możecie zorganizować coś takiego u siebie, ale nie musicie. I to jest piękne, że pomimo zawirowań w polityce, na blogu wciąż jeszcze mamy wolność wyboru.

A teraz czas na prezentację tego, co dostałam od Agnieszki:

Cudne, prawda?

Jako tako udało mi się to zebrać do kupy, po kipiszu uczynionym przez Tamalugę, która jako pierwsza dobrała się do paczki.

Aga, jeszcze raz dzięki za wszystko i specjalne podziękowania za szkloki. Uwielbiam dostawać wyroby regionalne, między innymi dlatego, że być może jest to jedyna i niepowtarzalna okazja do spróbowania. Oczywiście szkloki to cukierki. I oczywiście nikt z nas tego nie wiedział. I gdyby nie dopisek „cukierki z rabarbarem”, to… To domyśliłabym się chyba, w pierwszej kolejności po wymacaniu, w drugiej – po otwarciu. Niemniej cukierki pyszne, a nazwa świetna i wpadająca w ucho. Ale ponieważ nikt z nas wcześniej jej nie słyszał:

Ja: Wikaaaa! Chodź, dam ci szkloka!

Wika: Za co?! Przecież nic nie zrobiłam!

Padłam.

 

A teraz pytanie konkursowe. Gotowi?

Moja Tamaluga, dziecię nadzwyczaj radosne i chętnie wyrażające tę radość na wiele sposobów,  ma swoje ulubione słówka na potwierdzenie, że wszystko gra. Jednak najczęściej używa słowa… Właśnie: jakiego?

  1. SPOKO
  2. O.K.
  3. SUPER
  4. GIT

Spokojnie, jeśli nikt nie trafi – będzie dogrywka!

Zgadywać mogą wszyscy, nawet nie biorący udziału. Tylko napiszcie czy bierzecie, dobrze?

Buziaki!

BALERINA

Reż. Eric Summer i Eric Warin,

produkcja francusko-kanadyjska, 2016.

 

Miałam dzisiaj napisać o zupełnie innym filmie, ale jestem świeżo po obejrzeniu „Baleriny” i spieszę podzielić się z wami wrażeniami. Zwłaszcza, że wśród autorów zaprzyjaźnionych blogów jest wielu rodziców małych dzieci. No, może nie aż tak małych jak Tamaluga, bo one na ten film mają jeszcze czas.

Na „Balerinę” polowałam od dłuższego czasu, od kiedy zobaczyłam zwiastun. Nie chciałam wyszukiwać go w sieci i wreszcie doczekałam się emisji w telewizji. To film dla całej rodziny, chociaż oczywiście z naciskiem na dziewczynki. Dziewczynki z pasją, niekoniecznie do tańca. To chyba pierwszy film tak świetnie oddający klimat Paryża od czasu „Ratatuj”. Tam, zresztą, zawdzięczał on  dużo francuskiej muzyce. W „Balerinie”, poza kilkoma wstawkami Czajkowskiego, postawiono na utwory nowoczesne. Na początku mi to zgrzytnęło, bo historia dzieje się w roku 1888 (wnioskuję po niedokończonej jeszcze Wieży Eiffla). Szybko jednak uznałam to za świetny pomysł, bo muzyka po prostu… pasowała. Film jest wciągający i spójny. Szybkie tempo, dynamiczne akcje i chociaż momentami wydaje się przewidywalny to wtedy wydarza się coś, co wcale przewidywalne nie było. Od tańca, który jak się domyślacie jest motywem przewodnim, nie można oderwać wzroku. Technika animacji ulega takiemu rozwojowi, że właściwie nie powinno to nikogo dziwić.

Fabuła prosta i przyjemna w odbiorze.

Felicja jest nastolatką, mieszkającą w sierocińcu i marzącą o karierze baletowej. Wraz z przyjacielem Wiktorem, pewnej nocy uciekają pociągiem do Paryża, gdzie oboje chcą spełnić swoje marzenia. Felicja pragnie uczyć się tańca w słynnej szkole baletowej, a Wiktor, niesforny wynalazca, wierzy, że zarazi swoimi pomysłami cały Paryż. Na miejscu przypadkiem rozdzielają się i każde z nich szuka noclegu na własną rękę. W budynku szkoły baletowej, dziewczynka poznaje Odettę, sprzątaczkę, która w zamian za pomoc zabiera ją pod swój dach. Od tej pory kolejne wydarzenia nabierają tempa, pojawia się też intryga, dzięki której Felicja dostaje swoją szansę. Wielkim plusem jest barwność postaci, również tych drugo i trzecioplanowych. Poza jednym czarnym charakterem (bo przecież takowy musi się znaleźć) żadna z postaci nie jest oczywista,( tylko czarna albo tylko biała) co sprawia, że są wiarygodne.

Czy taka historia mogła wydarzyć się naprawdę? Pewnie. Poza kilkoma nierealnymi scenami i niewiarygodną sytuacją, gdy dwoje dzieci ucieka z sierocińca i nikt ich nie szuka, a wreszcie błąka się bez opieki i nikt nie zwraca na to uwagi. Pamiętajmy jednak, że akcja rozgrywa się w XIX wieku, więc chyba wtedy… było to normalne?

Gdybym musiała się do czegoś przyczepić to chyba tylko do lekkiego niedosytu, jaki film po sobie pozostawia. Według mnie kilka wątków nie zostało wyjaśnionych, ale między innymi na tym polegała jego nieprzewidywalność. Poza tym „Balerina” pomaga rozwijać w dzieciach pasję, pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych, a przy wsparciu przyjaciół, to już w ogóle! Piękna choreografia, piękny taniec, piękne widoki.

 

POŻEGNAJ SIĘ

Lisa Gardner „Pożegnaj się” (Say Goodbye)

Początek miesiąca, więc czas na recenzje książki i filmu. Ponieważ wybrałam film animowany dla dzieci, kontrastowo sięgam po książkę thriller 😀

Arachnofobia jest jedną z najczęściej spotykanych fobii. Pająki przeważnie budzą strach i odrazę. Jeśli dodać do tego seryjnego zabójcę i pedofila…. noc masz z głowy (sorry Dziubasowa 🙂 )

Dincharę fascynuje wszystko, co ma ośmioro nóg i jest włochate. Na pająkach zna się jak nikt inny. Wraz z uprowadzonym chłopcem i tysiącami różnych pająków, mieszka w ogromnym domu za lasem. Tam czuje się najlepiej i tam sprowadza swoje ofiary. Poluje i zabija jak pająk. W ten sam sposób obchodzi się ze zwłokami.

Na pozór, zaginieni ludzie nie mają ze sobą nic wspólnego. Policja nawet nie podejrzewa, że ma do czynienia z seryjnym zabójcą. Pierwsza wpada na jego trop agentka Kimberly Quincy. Wszystko za sprawą prostytutki, która zgłasza zaginięcie koleżanki. Kimberly nie wie, że wszystko od początku jest zaaranżowane i bezwiednie wplątuje się w intrygę….Niebezpieczeństwo rośnie, ale Kim to odważna policjantka. Istnieje tylko jeden problem: kobieta jest w piątym miesiącu ciąży i uświadamia sobie jak bardzo ryzykuje. Staje więc przed dylematem: powinna się wycofać gdy cel jest tak blisko? Jeśli się wycofa, co z niej za policjantka? Jeśli zostanie, co z niej za matka?

„Pożegnaj się” to powieść ociekająca krwią i przepełniona strachem . Postaci są bardzo charakterystyczne i realne. Świetnym zabiegiem jest opisanie rzeczywistości z różnych punktów widzenia: policjantki, mordercy i ofiary. Pamiętnik pisany przez więzionego chłopca szokuje i wzrusza, a wyznania mordercy porażają.

Powieść poparta jest fachową wiedzą z zakresu nazewnictwa pająków, a każdy rozdział poprzedza ciekawostka na ich temat. To wszystko sprawia, że książkę czyta się z zapartym tchem i myśli o niej jeszcze długo po przeczytaniu.

 

Lisa Gardner jest już znana polskim czytelnikom dzięki swoim poprzednim pozycjom,

ale „Pożegnaj się” zostało uznane przez krytyków za jej najlepszą powieść. Autorka wychodzi

na przeciw swoim fanom oferując różne atrakcje na oficjalnej stronie internetowej.

Można tam, między innymi, podać nazwisko przyjaciela lub własne, i w drodze losowania,

zaistnieć w następnej książce jako morderca lub ofiara. Warto odwiedzić stronę Lisy

Gardner i wygrać na przykład powieść z dedykacją.

 

 

 

 

 

Każdy coś ma, ale ryby i zwłoki głosu nie mają

Nie wiem czy wszystkie dzieci tak mają, nie pamiętam jak to było ze starszymi córkami. W każdym razie Tamaluga odczuwa silną potrzebę przypisywania przedmiotów do ich właścicieli. Chyba od zawsze tak ma, ale ostatnio jej się pogorszyło. Gdy tylko ktoś sięgnie po „nie swoją” rzecz, natychmiast reaguje i nie spocznie póki rzecz ta nie trafi do właściciela. Książka, słuchawki, długopis, kubek… „Mama, nie. To jeśt tati”. „Tata, nie. Daj to. To jeśt Oli”. I tak stoi nad człowiekiem, i powtarza z uporem maniaka, aż człowiek dla świętego spokoju rezygnuje.

– Mama, to jeśt tati – mówi, wskazując na laptop.

– I tu się, kochana, mylisz! Laptop jest taty tylko trochę. Bardziej jest mamy. Powtórz: lap – top – ma –my. MA – MY!

Poniekąd rozumiem, że wszelką elektronikę przypisuje swojemu ojcu, OK. Nie pojmuję jednak, dlaczego oddaje mu wszystkie znalezione pieniądze. Nie tak ją wychowałam.

Gdy jakaś kasa wala się po stole, to Tamaluga zbiera ją na kupkę i zanosi Tomkowi. WTF?!

Wczoraj przyniosła mu dychę. Potem następną. Gdy dawała mu kolejną, zaczęliśmy się zastanawiać skąd je bierze. Okazało się, że to zaskórniaki z jego własnego portfela, który przetrzepała pod stołem.

– Aha! – mówię do Tomka triumfalnie. – Dzięki niej niczego już nie ukryjesz! Swoją drogą, zobacz: sprawdza męski portfel – ma zadatki na dobrą żonę!

– Żonę?! Chyba na policjanta!

Niesamowite jest to, że nigdy niczego nie przypisuje sobie. Wszystkim co ma dzieli się z nami. Gdy mówimy „To jest twoje”, bardzo się cieszy i upewnia „Moje? To jeśt Tami? Dziękuję!”

 

Nawiązując do elektroniki. Ze sprzętami w mym domostwie żyję w zgodzie i symbiozie. Poza jednym sprzętem, o którym już kilka razy pisałam: nagrywarką/ dekoderem czy jak tam to ustrojstwo się zwie. Powtarzałam wielokrotnie, ryzykując okutaniem w kaftan, że żyje on/ona/ono swoim życiem. Powtórzę i teraz, z pełną świadomością. Do wszystkich jazd jakie z nią miałam, dołączyła nowa. Otóż nagrywarka przestała nagrywać. To znaczy nie, no ogólnie nagrywa to, co mnie najbardziej interesuje. To znaczy na interesujących mnie kanałach. Jeśli jednak od czasu do czasu trafię na fajny program na jedynce albo dwójce to mogę zapomnieć o nagraniu. Muszę siedzieć i oglądać w czasie rzeczywistym podbijając im oglądalność. Przypadek?

Przypomina mi się mój dawny artykuł o Korei Północnej, w której istnieje tylko jedno jedyne słuszne radio. Przez całą dobę słuchacze raczeni są przemówieniami Wielkiego Wodza, a odbiorniki tak skonstruowane, że nie można ani zmienić stacji, ani wyłączyć, ani… wyciszyć. Odpowiednie służby co jakiś czas robią nalot na losowo wybrane domostwa i sprawdzają, czy w radiu było grzebane, czy ktoś próbował coś zepsuć, przestawić, zmienić, za co groziło w najlepszym przypadku więzienie.

Dlaczego przypominam to sobie w związku z nagrywarką? Pojęcia nie mam. Przecież to nie ma ze sobą nic wspólnego.

Tyle, że teorie spiskowe bywają zaraźliwe.

Dlaczego do tej pory nie wymieniłam starej nagrywarki na nową, lepszą i pachnącą fiołkami? No z lenistwa, przecież. Z tego samego lenistwa, przez które oglądam teraz telewizję bez dźwięku, bo nie chce mi się podejść po słuchawki. Musiałabym wstać, okrążyć stół, podejść do telewizora, wziąć słuchawki i wrócić na miejsce. No ku*wa ile to czynności! Na samą myśl robi mi się słabo.

Ale lenistwo ma też swoje dobre strony, bo coraz lepiej czytam z ruchu warg.

Tylko, że akurat trafiam na końcówkę „Zmierzchu”, gdzie główna bohaterka ma cały czas taki sam wyraz twarzy i ni cholery nie wiem, czy w danej scenie się cieszy, smuci, boi, czy potrzebuje skorzystać z toalety. Według mnie to ona w każdej scenie potrzebuje skorzystać z toalety. Szkoda mi jej. Ten reżyser to jakiś mobbing uprawia. Równie dobrze mogłaby pracować w Biedrze na kasie.

Przełączam na inny kanał. Jakiś serial kryminalny. Poznaję po zwęglonych zwłokach, (dobra jestem, nie?) Nad zwłokami debatują (w milczeniu, bo do pilota mam zdecydowanie bliżej niż do słuchawek): stary policjant z pokancerowaną twarzą i pani doktor wszech nauk z dyplomem z fizyki jądrowej. Poznaję po tym, że ma około trzydziestki, duży cyc i usta jakby użądliło ją stado pszczół. Ta pani ekspert przez minutę patrzy na te zwęglone zwłoki i wszystko już wie. Wie, że zwłoki są zwęglone. Ale nie tylko! Ona już wie, kto to był, kiedy umarł, dlaczego umarł i jak umarł.

Ja też wiem jak umarł – został zwęglony.

Ja pierdolę.

Idę spać.

Dobranoc.

 

 

Dialogi bez sensu i wulgaryzmów

Snajper: Wyspałaś się?

Ja: A, dziękuję, dziękuję.

Snajper: No, jak to się wyspałaś?! Przy takiej imprezie za ścianą?!

Ja: Hmm.

Snajper: No, przecież skończyli chyba o 4 nad ranem!

Ja: Hmm.

Snajper: Nie słyszałaś?!

I to jest właśnie ten moment, gdy człowiek czuje się winny imprezy za ścianą, z którą nie miał nic wspólnego. Poza ścianą.

– Hmm – mówię po raz trzeci, ciesząc się z uniwersalnych zwrotów wielokrotnego użytku.

Snajper: Matka chyba wyjechała, a gówniara rządzi. Ojca też nie widać, może siedzi?

Ja: Gdzie siedzi?

Snajper: Jak to gdzie? W więzieniu! Przecież oni kuratora sądowego mają…

Ja: Aha.

Snajper: Patologia rozwija się tam, gdzie ludzie nie czytają książek. A oni na pewno nie czytają…

Ja: Tak. Są zupełnie niepoczytalni.

Snajper chce coś powiedzieć, ale tylko patrzy na mnie jakoś tak inaczej, jak na niepoczytalną. A czytającą przecież.

 

Zainspirowana pewnym wpisem na pewnym blogu „zwykłego taty”, świeżo po lekturze tegoż wpisu „Kobieta musi znać swoje miejsce” (w życiu partnera) postanawiam na gorąco rozwiać wątpliwości. Idę do Tomasza, gmerającego w lodówce.

– Tomaszu, gdzie ja jestem u ciebie? – pytam.

Tomasz reaguje tak, jak zareagowałby każdy typowy facet. Udaje, mianowicie, że pytania nie słyszał, jednocześnie, chcąc zyskać na czasie wpakowuje sobie do otworu gębowego spory kawał ciasta, które kiedyś frywolnie nazywałam Murzynkiem, ale już dzisiaj mi nie wolno. Więc jest to, poprawne politycznie Brownie.

Tomasz przeżuwa i milczy. Jak większość mężczyzn żyjących z kobietą, obawia się, że pytanie, na pierwszy rzut ucha pozbawione sensu, może przecież być pytaniem podchwytliwym.

Powtarzam więc, niezrażona:

– No, więc, gdzie ja jestem?

– W kuchni?

W jego oczach widzę lekki niepokój. Niepokój o mój stan psychiczny i co z nim zrobić, gdyby się okazało, że jednak mam coś z garem. To znaczy głębiej niż zazwyczaj.

– Nie o to chodzi – mówię. – Jakie miejsce zajmuję. W twojej hierarchii.

– Hierarchii czego?

– Hierarchii Czegokolwiek.

Tomasz odkłada ciasto i widzę, że zachodzą w nim procesy myślowe.

– Wykluczamy Tamalugę?

– Wykluczamy.

– A – mówi z wyraźną ulgą. – To proste pytanie: jesteś na pierwszym miejscu. Czegokolwiek.

 

Tamaluga pokochała tramwaje miłością bezgraniczną. Przy każdym wyjściu, pyta „tawaju? tawaju?” Tramwaj wygrywa nie tylko ze spacerem, ale nawet z autem. W tramwaju przecież tyle się dzieje, Tamaluga jest panią sytuacji, zmieniając miejsce kiedy chce i dzielnie dzierżąc bilety. Niestety, zdarzają się też rzeczy na które nie mamy wpływu.

No, bo jesteśmy całkiem przeciętną rodziną. Staramy się nie używać wulgaryzmów przy dziecku, a gdy nam się już (z niemłodej piersi) wyrwie to zastygamy w bezruchu bacznie obserwując małą. Ona, oczywiście bawi się dalej niezrażona, i wydawałoby się, głucha na nowe chwytliwe słówka. Co z tego, skoro we wspomnianym wyżej tramwaju, słyszy ich całe mnóstwo?

Piątek. Myję zęby w łazience i słyszę z pokoju Tamalugi monolog nad książeczką:

– To koń. Tiak, końńń. Nie! To nie koń, to ziebla. Ziebla? Nieee. To końńń! (kilka sekund ciszy) Nie! To nie końńń, kufa mać! NIE KOŃŃŃ!

– Najpierw niemal krztuszę się pastą. Po chwili parskam śmiechem i zapluwam lustro.

Problem pozostaje nierozwiązany.

Przypominam sobie dzieciństwo dziewczyn starszych. Myślę o  Oliwii, moim światełku nadziei, dziecku, które w życiu nie przeklęło. Myślę o Wiktorii, która w wieku Tamalugi będąc, też powiedziała słowo na „K” i o tym co wtedy zrobiłam. Oczywiście postąpiłam całkowicie wbrew podręcznikowym zakazom jakiejkolwiek reakcji. Ja zareagowałam od razu, mówiąc, że to brzydkie słowo, że nie powinna tak mówić, bo jest grzeczną dziewczynką. Nigdy więcej nie usłyszałam od niej tego słowa. No, w każdym razie nie przez kolejne 15 lat. To samo zastosowałam z Tamalugą. Zobaczymy… Zresztą z Tamalugą sytuacja jest poważniejsza, bo co jeśli ktoś ją usłyszy i doniesie? Tamaluga może stanąć przed sądem tak, jak pan Michałowski za wulgaryzm w internecie. Trudne czasy nastały, w których wolność słowa nabrała innego znaczenia. My blogerzy też musimy mieć się na baczności. Osobiście rozważam zastąpienie moich prywatnych wulgaryzmów zgrabnymi synonimami. Wyglądałoby to, mniej więcej tak:

„Facet wpier… bezprawnie zajął moje miejsce w kolejce. Myślę: co jest, ku… pani lekkich obyczajów, i ruszam na faceta. Mówię: Ty, gościu, masz najeb… zwichrowany umysł? Przecież ja tu, ku… niewiasta kupcząca ciałem, stałam pierwsza! Spier… oddal się, proszę pospiesznie, bo ci ku… prostytutka, zaj… wymierzę uderzenie w policzek!”

Prawda, że piknie?

Dawno nie dołączałam muzyki, więc czynię to teraz – piosenki bardzo adekwatne do tematu. Tematu faków, a tu w wersji nie cenzurowanej. Kocham obie. Kto wysłucha obu – wielkie dzięki.

https://www.youtube.com/watch?v=ptcX5L8chVc

https://www.youtube.com/watch?v=YNDVipmJfz8

 

MISS(ECZKA) DECYZJI

Ostatnio natrafiłam na jakieś tam starsze magazyny i przy okazji na moje felietony. Skoro mam już kilka gotowców to zapewne nie raz was jakimś uraczę. Dzisiaj wrzucam jeden z nich. Potraktujcie go z przymrużeniem oka.

 

Szyld Kliniki Chirurgii Plastycznej świecił niczym choinka w Boże Narodzenie. Stałam przed wejściem paląc papierosa i odwróciłam się, żeby go nie widzieć. Nie pomogło: na przeciwko była apteka, cała oszklona. Jarmarczny napis odbijał się w całości. W końcu musiałam wejść, chociażby z powodu ochroniarza, który od jakiegoś czasu przypatrywał mi się uważnie. „Raz kozie śmierć” pomyślałam i ruszyłam na poszukiwanie rzeźnika. Rzeźnikiem okazał się brodaty jegomość, wyglądający – adekwatnie do choinkowego szyldu – jak święty Mikołaj. Jeśli miał być żywą reklamą chirurgii plastycznej to nic dziwnego, że na korytarzu pusto. Mikołaj, według informacji na drzwiach i plakietki, nazywał się doktor Jan. Przez dłuższą chwilę przyglądał się mojej twarzy, najpewniej oceniając co chcę w niej zmienić. Widocznie nic nie znalazł (co przyjęłam z ulgą), bo pytająco uniósł krzaczastą brew. „Panie doktorze, chciałabym odsysnąć tam i wsysnąć tuuu” – szepnęłam tajemniczo, przesuwając palcem od brzucha do biustu. Z palcem wciąż wetkniętym w pierś i ustami zastygłymi w niemym „uuu”, zamarłam w pozie oczekiwania. Oczekiwania na zrozumienie, rzecz jasna. Ale… nie zrozumiał. Co więcej, patrzył na mnie jak na kosmitkę.  „Chodzi mi o…” – nie poddawałam się, i tu skupiłam całą uwagę na wypowiedzi zbliżonej do terminologii medycznej – „zabieg odessania tkanki tłuszczowej z plastyką brzucha”. Przybrałam bardzo mądrą, według mnie, minę za wszelką cenę starając się zatrzeć pierwsze wrażenie kretynki. Nie wiem w jakim stopniu i czy w ogóle moje słowa brzmiały „medycznie”, ale nic innego do głowy mi nie przyszło. Jedyne co pamiętałam z łaciny to „Alea iacta est”, co raczej nijak się miało do problemu z jakim przyszłam, a wręcz odwrotnie!  Ale ponieważ nikt jeszcze mną nie rzucił, zachęcona tym faktem brnęłam dalej:  „Staram się żyć ekologicznie i szczerze popieram recykling… Uważam więc, że tłuszcz z brzucha powinien narodzić się na nowo w moim biuście! Śmiem twierdzić, że wystarczy go nawet na miseczkę D”. Zrozumiałam, trochę po czasie, że się zapędziłam… I z porównaniem zabiegu do ochrony środowiska, i z miseczką D. Teraz w oczach Mikołaja – doktora – Jana byłam oficjalnie kretynką. Kosmiczną. Życie. Pan doktor nie dał jednak poznać po sobie jak bardzo go zawiodłam. Kiedy otrząsnął się z pierwszego szoku, poprosił grzecznie bym usiadła. „Owszem, wykonujemy tutaj operacje fat-graftingu. Jest to metoda bezpieczniejsza od silikonu i najmniej inwazyjna. Wykonuje się ją przy znieczuleniu miejscowym i polega na pobraniu od pacjenta tłuszczu, wymieszaniu go z innymi materiałami z komórek ciała, wtłaczając komórki macierzyste. Następnie wstrzykuje się gotową substancję w miejsce wymagające korekty. Oczywiście mogą też wystąpić efekty uboczne…”

Wyszłam od Mikołaja Janka słaniając się na nogach. Dolegały mi wszystkie efekty uboczne. Osłabiała wizja zabiegu. Doskwierał dylemat moralny. Dowlekłam się na przystanek i jakimś cudem wsiadłam do autobusu. Nieco uspokojona rozpięłam kurtkę i dokonałam szybkiej lustracji jej wnętrza…

Wysiadałam z autobusu z silnym postanowieniem zadbania o figurę, w sposób nie mający nic wspólnego z chirurgią plastyczną.

 

Wrzucam ten tekst właśnie dzisiaj, bo kojarzy mi się ze starzeniem się, pardon: z dojrzewaniem. Tak, dzisiaj staję się znowu o rok starsza. Na szczęście duchem jestem ciągle młoda, a o wieku przypomina mi tylko kilka rzeczy: między innymi poprzeczna zmarszczka na czole, którą z niezrozumiałych powodów widzę w lustrze jako pierwszą.

Z okazji własnych urodzin życzę wam kochani samych sukcesów, dużo zdrowia i wytrwałości w dążeniach do celu. Jakkolwiek durny by on nie był! 😀

Macierzyństwo

Dzisiaj będzie na poważnie. O macierzyństwie. Bo tak. Bo pewien aspekt wkurza mnie straszliwie, i tak, wiem, że już kiedyś o tym pisałam, ale wciąż natrafiam na różne „kfiatki”, więc muszę znowu podjąć ten temat.

Dlaczego my (My Polacy? My Ludzie?) wykazujemy taką tendencję do popadania w skrajności? Ja wiem, ja znam te przesłodzone blogi psycho-matek i rozumiem, że mogą wkurzać. Sama często się z tego śmieję. Ale żeby od razu w drugą stronę?

Ostatnio z ciekawości weszłam sobie na kilka blogów z tych najbardziej polecanych, najpopularniejszych, czy innych naj. Jedna właśnie urodziła, inne w ciąży. Wszystkie wykazywały się antymacierzyńską postawą, bo to teraz cool i trendy. Jednocześnie w ich mniemaniu były matkami roku.

Nie wiem już która, co pisała, więc polecę ogólnie.

Zaczęło się dosyć niewinnie, bo od zjechania celebrytek, które to ciążę znosiły cudownie i wspaniale, bo wszak z innej gliny ulepione. No, wiem. Też mnie to wkurza, zresztą fajnie podjęła ten temat DrogaNieNaSkróty:  https://droganienaskroty.wordpress.com/2018/08/08/celebrytki-negatywnie-o-ciazy/

Potem pancie blogerki opisały swoje ciąże jako hardcore, rzyganie, umieranie i w ogóle droga przez mękę. No, OK. Zgodzę się, że nie jest to „letki kawałek bułki z masłem”, no ale żeby aż tak?

Pancie zaczynały rozkręcać się coraz bardziej, przyznając, że:

Nie mówiły do brzucha, nie głaskały się po nim.

Nie myślały o dziecku, nie zastanawiały się nad płcią (!)

zdjęcie USG i wiadomość o płci nie zrobiły na nich wrażenia (!)

Na koniec zadały pytanie: Czy to normalne?

I 65009867 komentatorek przyznało, że tak, że jak najbardziej, że one też…

Jedna napisała, że tuż po porodzie wróciła do pracy. Nie dlatego, że musiała, ale dlatego, że chciała, że dziecko nie będzie jej ograniczać, że kariera, że to, że tamto, że to przecież kobieta spełniona jest i kobieta sukcesu… I że chce udowodnić, że dziecko nie wyklucza kariery. Komu chce udowodnić – nie wiadomo. Chyba samej sobie, bo innych gówno to obchodzi. A jeśli samej sobie, to co właściwie udowodniła? I po co jej dziecko?

Moje zdanie jest takie: Dziecko nie wyklucza pracy, zwłaszcza jeśli mama musi zarabiać na jego utrzymanie. Dziecko nie wyklucza hobby, które przecież można zaszczepić i w dziecku. Dziecko nie wyklucza wychodzenia z domu, bo wychodzić można z dzieckiem, a w sporadycznych przypadkach zostawić je pod opieką i wyjść, żeby się odstresować, jeśli czujemy, że musimy się odstresować. Ale!

Dziecko wyklucza karierę. Albo dziecko, albo kariera. Koniec i kropka. Dziecko wyklucza imprezy – sorry, coś się skończyło i jeśli świadomie decydujemy się na macierzyństwo, to musimy zdać sobie z tego sprawę. Dziecko nie jest gadżetem, odznaką, dodatkową sprawnością. Nie można na chwilę przestać być mamą, mama jest się cały czas, na pełen etat, 24 g na dobę. Kto tego nie rozumie to nie dorósł do tej wyjątkowej roli.

Jeśli spodziewając się dziecka myślisz, jakoś to będzie, przecież nic się nie zmieni to jesteś w błędzie. Zmieni się wszystko. Do rodziny dołącza nowy człowiek. Człowiek, który czuje i myśli. Jeśli nie masz dla niego czasu, jeśli nie chce ci się wychowywać go i kształtować na szczęśliwego i spełnionego człowieka, to kup sobie psa. Nie, nie psa, bo psem trzeba się opiekować. Kup sobie kota, który świetnie zajmie się sam sobą i nie potrzebuje zbyt wiele uwagi, chociaż może w tej chwili krzywdzę też koty. W każdym razie nie kupuj dziecka, bo inwestycja się nie zwróci.

Odpowiadając na retoryczne, poniekąd pytanie obu pańć:  NIE, TO NIE JEST NORMALNE. Jeśli ciąża, poród, a w końcu wychowywanie dziecka nie robi na tobie wrażenia, to wcale nie jest cool i trendy. Jeśli udajesz, to przestań. Jeśli naprawdę tak czujesz, to szkoda. Nie ciebie, tylko dziecka.

 

Pozostając w temacie.

 

– Tomek, słyszałeś o kobietach z ruchu „Antydziecko” , „Bezdzietne.pl” czy coś takiego?

– Co? Jak to?!

– No. Takie panie, co nie mają dzieci…

– Ale nie chcą, czy nie mogą?

– Nie chcą.

– Jak można nie chcieć dzieci?

– Można. My tego nie rozumiemy, ale można.

– I co, i one się zrzeszyły?

– Tak. Nie chcą dzieci, to wzięły i się zrzeszyły.

– Ale, że do rządu chcą wejść?

– Nie, chociaż nie zdziwiłabym się.

– To gdzie się zrzeszyły?

– Na razie w Internecie. Potem się zobaczy.

– A walczą o coś?

– Tak. O restauracje z zakazem wstępu dla dzieci. O wolną przestrzeń. Występują przeciwko dyskryminacji.

– Jakiej dyskryminacji?

– No, narzucania, wymuszania macierzyństwa. Na nich. A one, biedne, nie lubią przecież dzieci i nie chcą.

– Jezus Maria. Wypada się tylko cieszyć, że ich nie mają.

 

Żeby była jasność w temacie Marioli: nie twierdzę, że każda kobieta powinna mieć dziecko. Boże, broń! Niektóre się nie nadają, zdają sobie z tego sprawę i OK. Ale nie robią z tego halo, nie pchają się do telewizji.

Gdy posłuchałam argumentów tych pań zrzeszonych, to długo szukałam półki po podłodze.

Wypowiedź jednej z nich: Ja to dzieci nigdy nie lubiłam. Już w podstawówce mówiłam mamie, że nie chcę mieć dzieci. Nic się nie zmieniło. Teraz gdy córka mojej koleżanki zachęca mnie do zabawy, to ja tam z nią tymi kucykami trochę się pobawię, ale szybko mi się nudzi! Straszne te kucyki i lalki…

Wysoki poziom, „mondre argumęta”.

Powtórzę za Tomkiem: Jezus Maria. Wypada się tylko cieszyć, że ich nie mają.

Epilog:

Prowadzenie bloga sprawiło, że poznałam wielu fajnych i wartościowych ludzi. Dzięki blogowi też, po raz pierwszy, tak naprawdę zetknęłam się z problemem bezpłodności. W ciągu tych dwóch lat, dowiedziałam się o tym więcej, niż przez całe dotychczasowe życie. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę jak poważny jest to problem i jak wielu ludzi dotyka. Nie dotyczył mnie osobiście, więc nie interesowałam się tym, nie rozumiałam. Teraz rozumiem. Teraz o tym myślę. Teraz zgłębiam temat. Poznałam waleczne kobiety. Niektóre, po wielu latach walki zaszły w ciążę, inne już cieszą się macierzyństwem, bardziej lub mniej biologicznym, nieważne. Są szczęśliwymi mamami i tylko to się liczy. Dzięki wam, dziewczyny, jeszcze bardziej (o ile to możliwe) doceniam macierzyństwo. I mocno trzymam za was kciuki. I za wasze skarby.

Dlatego tym bardziej szlag mnie trafia pisząc to wszystko, co napisałam dzisiaj.  A wpis swój dedykuję, między innymi:

http://www.naszmalyswiatek.pl/

https://takietamstozki.wordpress.com/

https://droganienaskroty.wordpress.com/

https://odzyskacmarzenia.blogspot.com/