Struna, kosmos i leżanka

Tamaluga faluje palcami w powietrzu.

Tamaluga: Jaki to instrument?

Ja: pianino.

Tamaluga: Dobrze!

Tamaluga wykonuje zamaszyste ruchy w okolicach szyi.

Tamaluga: Jaki to instrument?

Ja: Skrzypce.

Tamaluga: Tak, skrzypce!

Tamaluga jedną rękę wyciąga do góry, a drugą szarpie po brzuchu.

Tamaluga: Jaki to instrument?

Ja: Gitara.

Tamaluga: Nie.

Powtarza czynność.

Ja: No, gitara!

Tamaluga: Nie.

Ja: No, to co?

Tamaluga: Struna.

Ja: Co?

Tamaluga: S t r u n a.

Ja: Nie ma takiego instrumentu.

Tamaluga: Jest! Sensei powiedział do jednego Ninja: Nie wiedziałem, że umiesz tak dobrze szarpać strunę.

…………………………….

Tomek ogląda programy o kosmosie, kosmitach i takich tam, i chcąc nie chcąc, docierają do mnie odgłosy z telewizora. Staram się je ignorować, ale nie zawsze mi się udaje. To nawet nie jest kwestia tego, czy w to wierzę, po prostu uważam, że bez sensu jest zabierać się za kosmos, skoro na naszej planecie tyle jeszcze jest do odkrycia i do zrobienia.

Podróże w kosmos stają się powoli czymś normalnym?

W to akurat wierzę. Spieprzyliśmy na Ziemi wszystko, co było do spieprzenia, więc zabieramy się za inne planety, żeby tam też coś spieprzyć. A, co ja nie potrafię? Potrzymaj mi skafander!

Jak wspomniałam, nie zawsze udaje mi się ignorować to, co słyszę w tych Tomkowych programach. I tak nagle, narrator głosem Morgana Freemana, informuje mnie, że kosmici są, będą, i byli jeszcze przed nami. A w ogóle to wielu z nas jest ich potomkami. A porwania przez nich są faktem, i zdarzają się bardzo często. Tyle, że tego nie pamiętamy. Rozwieszam akurat pranie na suszarce, gdy Morgan Freeman mówi coś, co sprawia, że upuszczam je na podłogę: 

U wszystkich osób uprowadzonych przez obcych, zaobserwowano te same cechy: Zielone oczy, przedłużoną kość ogonową i grupę krwi AB.

Zamieram z przerażenia, ale nie daję niczego po sobie poznać. Nadal rozwieszam pranie, choć trzęsącymi rękami. Kątem oka lukam na Tomka: Czy zorientowałby się, że nagle, w środku nocy nie ma mnie w łóżku? Że zabrała mnie jakaś nadprzyrodzona siła? Patrzę na niego; jak zwykle śpi posapując cicho. Gówno by zauważył. A nawet jeśli, jakimś cudem przebudziłby się podczas mojej podróży, czy ucieszyłby się, że dzięki mnie, ma kontakt z Obcymi? Jak, nie przymierzając, jakiś Kosmiczny Alfons? Oto jest pytanie, oto jest pytanie…

Porwania to jedno, ale dziedzictwo?

Boże, zawsze sądziłam, że tę przedłużoną kość ogonową odziedziczyłam po przodkach. Ale takich bliskich przodkach, jak ojciec, dziadek… Ewentualnie małpa na drzewie. Zielone oczy mam na pewno po rodzicach, ale… Kosmici?!

To mnie przerasta.  

W związku z powyższym, wzrosło u mnie zapotrzebowanie na pozytywne treści, a przynajmniej jakieś takie swojskie, mniej kosmiczne, bardziej przyziemne. Otwieram więc pierwszą lepszą stronę z informacjami. Właściwie nie muszę nawet klikać w treść, wystarczą mi tytuły wraz z linkami do kompletu, np.;

Tytuł: Kossakowski i Wojciechowska nie są już razem! Link: Biura detektywistyczne w Warszawie.

Tytuł: Kozidrak dziękuje byłemu mężowi. Link: Kancelarie od spraw rozwodowych.

Tytuł: Sąsiad podpalił dom sąsiada. Link: Trwałe i solidne płyty dachowe.

Tytuł: Dramat celebrytki – znany reżyser musnął jej pierś. Link: Telefon zaufania w sytuacjach kryzysowych.

I mój absolutny faworyt:

Tytuł: Skazany na odsiadkę. Link: Najwygodniejsze siedziska i leżaki ogrodowe.

Życzę wszystkim fantastycznego weekendu.

O rzucaniu butami, partii i placowej niepamięci

Nie wiem, czy macie tego świadomość, ale czynność, wydawałoby się tak prosta, jak założenie moskitiery, potrafi człowieka przerosnąć. Zwłaszcza, gdy się wymierzy i dotnie, a po powyższych czynnościach, no ni ch*ja nie pasuje do okna. W kuchennym zabrakło około 30 cm, a w pokoju Oliwii z jakieś 10. Tomasz stwierdził, że dwóch architektów (u Oliwii był kolega z roku) poradzi sobie bez trudu, i nie ma lepszych praktyk dla studentów owego kierunku, niźli dosztukowanie moskitiery. Od czegoś przecie, trza zacząć. No i dosztukowali, przykleili i git! Natomiast kuchenne okno nadal wygląda jak rozchełstana dziewica. Moskitiera przypomina mi wdzianko poporodowe, w szpitalach publicznych; niby kroczę zasłania, a wszystko widać. Komary, muchy, ćmy i inne takie, nic sobie z tego nie robią, i bezczelnie przełażą z wyzywającym wyrazem szczękoczułek. A, że nie mam serca zabić owada, no to latam jak ten czubek ze szklaneczką, wyłapuję i wypuszczam. No, może poza komarami, bo te tłukę. Na śmierć.

Tamaluga: Mamusiu, dlaczego ta mucha mizia tylko ciebie, a nie mnie? Ja też chcę, żeby na mnie usiadła!

Ja: Chciałabym ci powiedzieć, że mam magiczną moc przyciągania much, ale prawda jest taka, że moje dłonie pachną pastą rybną.

Pozostając, niejako, w temacie Tomka (gdyż to jego wina, wielka wina, jak zwykle zresztą), muszę jeszcze nadmienić, że jest on wyjątkowo powolny w swych działaniach. To znaczy, jak już kiedyś pisałam, jest szybki, gdy sytuacja wymaga strategii i przemyślenia, a powolny, gdy działamy pod presją czasu. Nie zliczę już nawet, ile razy spóźniliśmy się przez niego w naprawdę ważnych sprawach. Gdy wchodzi do domu, a ja o coś go proszę, to muszę doliczyć studencki kwadrans razy dwa. Także, jeśli na ten przykład siedziałabym na kiblu i czekała na papier to kaplica. Zanim zdejmie buty, rozsznurowując każdy z pietyzmem (czego chcesz, kobieto? Gdy zdejmowałem tarciem nogi o nogę, to jęczałaś, że psuję obuwie!) a potem myje ręce, szuka szklanki, nalewa sobie wodę, pije, wisi nad otwartą lodówką… Ale wróćmy do zdejmowania butów.  Zdumiewające, że zajmuje mu to tyle czasu, skoro rzuca je gdzie popadnie. Ileż to razy potknęłam się o nie, ile razy lądowałam gębą na drzwiach… Gdyby odkładał je równiutko na półkę, zrozumiałabym tę opieszałość, ale nie! Rzuca je byle gdzie! A może to wcale nie jest byle gdzie? Może jest w tym sens, logistyka i strategia? Może prawy ma właśnie wylądować dokładnie na środku podłogi, a lewy u progu kuchni?

……………………………………………………………………………..

Tomasz, sprzątając piwnicę, znalazł moje stare szachy. Przyniósł je do domu, odświeżył…

Ja: Ojej! Całe wieki nie grałam!

Tamaluga: Mamusia, nauczysz mnie? Proszę!

Ja: Jesteś trochę za mała, ale właściwie, czemu nie?

Tamaluga: Ale ja widziałam na kule (tablecie). Koniki skaczą w kształcie L, te po skosie, a wieża w pionie i w poziomie.

Zbieram szczękę z podłogi.

Tamaluga: A ty, tatusiu, zagrasz ze mną?

Tomek: Tak, oczywiście!

Tamaluga: A zagrasz z mamusią?

Tomek: Nie!!!

Tamaluga: Dlaczego?

Tomek: Bo… nie i już!

Dygresyjka: Tomek, na początku naszej znajomości namówił mnie na partyjkę. Wzbraniałam się, bo nie grałam od dzieciństwa, ale on tak mnie prosił, i tak zacierał ręce… Uległam. Zagraliśmy pięć partii. Rozwaliłam go pięć razy. Od tamtej pory nie gramy.

Nauczyłam Tamalugę, na tyle, na ile to możliwe z pięciolatką. Za trzecim razem zrobiła mi szacha. WTF?!

Moja krew!

A potem przypomniałam sobie, że byłam dokładnie w wieku Tamalugi, gdy mój ukochany Dziadek nauczył mnie grać. Tamaluga nie jest za mała…

A prze -potem, jak mawia Tamaluga, poddałam się wspomnieniom i naszła mnie refleksja, że miałam w sumie fajnie dzieciństwo. Dziadek nauczył mnie grać w szachy, a mama w brydża. Szkoda, że nie mam okazji do żadnej z tych gier.

………………………………………………………………..

Tomek zabrał Tamalugę na plac zabaw. Poznała tam rówieśniczkę, z którą umówiła się na następny dzień. Tym razem poszłam z nią ja, uzbrojona przez Tomka w informacje: mama w ciąży, pięciolatka o rudych włoskach. Tamaluga bawi się z dziećmi, ale co chwilę pyta kiedy przyjdzie koleżanka.

– A pamiętasz chociaż, jak ona ma na imię?

– Nie.

– Może Marysia? – podsuwam.

– Nie, nie Marysia.

– To może Zuzia?

– No, co ty! Żadna Zuzia.

Po kilku minutach nadchodzi pani w ciąży z rudowłosą pięciolatką. Wołam Tamalugę.

– Zobacz, twoja koleżanka przyszła.

Tamaluga, po uważnej lustracji: – To nie ona.

– Co?!

Zwariowałam. Jakie jest prawdopodobieństwo, że na nasz lokalny plac zabaw przychodzą dwie ciężarne z rudymi pięciolatkami? Z matmy szło mi tak sobie, ale mam przeczucie, że łatwiej trafić w Multi.

Oczywiście, to była TA dziewczynka, w dodatku Zuzia. Przestraszyłam się, że Tamaluga odziedziczyła po mnie kompletny brak pamięci do twarzy, ale okazało się, że Zuzia też nie poznała Tamalugi, chociaż specjalnie dla niej przyszła na plac… No, ale mniejsza z tym. Ważne, że Tamaluga poznała nową koleżankę, u której spędza dużo czasu! Piękny to czas, czas tylko dla mnie, czas gdy powinnam odpoczywać, tymczasem zapieprzam jak zwykle. Szafki kuchenne błyszczą w środku i na zewnątrz.

Pierwszego dnia zastanawiałam się, o której powinnam ją odebrać, żeby nie przegiąć z gościnnością, bo jej więcej nie zaproszą, nie daj Boże! Wysłałam więc, tej mamie smsa z zapytaniem.

A ona odpisała:

„Tamaluga obiecała, że powie, kiedy będzie chciała iść do domu”.

O tak, na  pewno!

Dawno tak się nie uśmiałam.

Upewniwszy się, że pamiętam adres oraz imię tej mamy – Alicja – walnęłam się na kanapę z książką.

No, to adekwatnie do tematu:

O lenistwie, kukurydzy i freskach

Stwierdziłam ostatnio, że lenistwo rozlało się po moim domu, szczęśliwie omijając mnie, bo wtedy byłby koniec świata. Nie wiem, czy to lato tak wpływa na domowników, czy pogoda, czy może jeszcze coś innego. Tomasz leży na kanapie i kombinuje, jak bez wstawania przysunąć sobie pilota. Tamaluga udaje, że śpi, żeby nie sprzątać klocków, a Oliwia wysyła mi smsy ze swojego pokoju… A ja, jak ten wół, nie przymierzając, zasuwam od rana, krzątam się, przemieszczam produktywnie, i podejmuję szereg czynności, bez których reszta rodziny padłaby niechybnie z głodu, z brudu lub z nudów. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym tak na ten przykład zaniemogła. Albo lepiej – wzięła, pierdyknęła gary, wytarła dłonie po 14 zmyciu naczyń i wyszła z domu na cały dzień. Nierealne. Podziwiam samą siebie, że chce mi się jeszcze w kuchni wspinać na wyżyny kreatywności, serwując im przeróżne posiłki, niemalże prosto do paszcz. Rzeczy się podejmuję takich, że to już trąca o jakąś chorobę psychiczną.

Mieliśmy w kuchni zawiesić moskitierę. W związku z tym, postanowiłam umyć okno. Okno bardzo się ucieszyło, bo nie pamiętało już, kiedy ostatnio było myte. No, ale żeby zrobić to porządnie, to oprócz mycia, wzięłam się za usuwanie starego, zaschniętego kleju po różnych dziwnych rzeczach. Okazało się, że całe ramy są tym klejem spowite, i to nie tylko wewnątrz. Po pierdyliardzie prób, wyszło na to, że zmywacz do paznokci nie ma sobie równych. Zużyłam całą butelkę i zgrzewkę wacików. Zanotowałam w pamięci, że muszę te rzeczy sobie odkupić, jednak po skończonej robocie spojrzałam na swoje paznokcie, a raczej na to, co z nich zostało i stwierdziłam, że nie ma sensu. Pot zalewał mi oczy, ale ja tyrałam dalej. Idąc za ciosem, postanowiłam odkleić od parapetu starą folię. Ja pier… Odklejała się skrawkami centymetr na centymetr. Nawet po podgrzaniu. Tamaluga zlitowała się nade mnę i pomagała zrywać. Sto godzin później widziałam podwójnie, ale wzięłam się za przesadzanie kwiatów. Na szczęście po 3 doniczce skończyła się ziemia, bo padłabym na ryj, jak nic. W międzyczasie zrobiłam obiad, nie pamiętam jak i co. Po obiedzie wypadałoby pozmywać, spojrzałam w zawalony zlew i załkałam cicho. Ale cóż to? Oto Tomasz leci z odsieczą! Czyżbym źle go oceniła?

– Zostaw te naczynia! – woła z daleka. – Daj spokój, jesteś zmęczona.

– Naprawdę? – pytam, a serce me się raduje.

– No pewnie. Umyjesz później.

– ….

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Siedzimy na plaży w Międzyzdrojach. Nagle do Oliwii dzwoni jej wykładowca.

– O, dzień dobry Panie Profesorze.

– Dzień dobry. Prosiła Pani o konsultacje w sprawie projektu.

– Tak, zgadza się. Dziękuję za telefon.

– Dobrze. Czyli ma Pani laptop przed sobą i możemy omówić projekt?

– Właściwie to….

– GORĄCA KUKURYDZAAAAAAAAAAAAAA! LODY BAMBINOOOOO!

Nie zdążyła wyciszyć telefonu. 😂    

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Pozostając w temacie Oli, poniekąd. Córka nasza średnia dorosła już jest, lecz wciąż dzieli się z nami swoim życiem. W mniejszym lub większym stopniu. Nie wszystkim, rzecz jasna. Ale wciąż jeździ z nami na wakacje. Ponadto, jak już wspominałam, często razem z nią biorę udział w wykładach online. Mniej ze struktury betonu, więcej z historii sztuki i architektury. Chcąc nie chcąc, dowiaduję się różnych ciekawych rzeczy i poznaję architektów, o których nigdy nie słyszałam. Ola podchodzi do tego bardzo ambitnie; słucha, notuje, rysuje, zapamiętuje. Ja, czasami odpływam myślami, aczkolwiek krążę wokół tematu. Na jednym z ostatnich wykładów poznałam architekta Sebastiano Serlio. I jedna myśl wbiła mi się do głowy i ustąpić nie chciała. Mianowicie, zastanowiło mnie, czy w renesansie mówiono do niego Sebol, albo Seba. Tak się w to wkręciłam, że ujrzałam całą scenkę. Klasa 7 a. Wśród uczniów, między innymi Antonio da Sangallo i Rafael Santi. Sebastiano wbiega spóźniony i siada w ławce za Bartolomeo Suardim.

Bartolomeo: – Ty, Sebol,

Sebastiano: – …

Bartolomeo: – Sebol!

Sebastiano: – …

Bartolomeo: – SEBA!

Sebastiano: – Co?!

Bartolomeo: – Gdzieżeś zabalował?

Sebastiano: – W szynku na Placu Watykańskim.

Bartolomeo: – Co ty prawisz?!

Nauczyciel: – Cisza, Panowie. Sprawdzę teraz wasze zadania domowe.

Sebastiano, który rzeczonego zadania nie miał, powiercił się nerwowo, i udając, że pod stołem ciżemkę poprawia, nachyla się do Bartolomea:

– Bartek!

– No?

– Co było zadane?

– Freski.

– Jakie, k*rwa freski?!

– Na zamku w Burgundii.

– Osz k*rwa! Ja p*erdolę!

Czy ja jestem normalna?

Kobieta w oknie

Przeczytawszy tytuł, byłam przekonana, że autor jest kobietą. Nie wiem dlaczego, może wydawało mi się, że o kobiecie w oknie może napisać tylko inna kobieta (w oknie). Pozbyłam się złudzeń już po otwarciu strony, gdyż na wewnętrznej stronie okładki, ukazało się zdjęcie, całkiem przystojnego mężczyzny. Następnie (wyguglowawszy go) dowiedziałam się, że ta książka to jego debiut… Całkiem udany debiut, a w zasadzie, jak na debiut to zajebisty.

Anna, z zawodu psycholog dziecięcy, mieszka samotnie w ogromnym domu, którego od roku nie opuszcza. Cierpi na agorafobię –  zaburzenie, będące następstwem powypadkowego stresu.

Anna ma niespełna 40 lat, a czuje się jak staruszka. Zaniedbana staruszka. Nie ma motywacji, żeby się wykąpać, nie ma motywacji żeby się ubrać, nie ma motywacji, żeby zrobić cokolwiek ze swoim życiem. Dni spędza w Internecie – grając w szachy i udzielając porad, oraz w oknie – obserwując sąsiadów. Jej towarzyszami, niezmiennie są: kot, stare filmy i butelki wina, w ilościach hurtowych. Ma też kontakt z lekarzem, a jakże, i z terapeutką, no i z rodziną, którą ją opuściła: mężem i córeczką. To właśnie mąż często podpowiada jej, co robić, i zazwyczaj ma rację.

Pewnego dnia, Anna obserwuje rodzinę, wprowadzającą się do domu naprzeciwko. Wkrótce poznaje ich syna, nastoletniego Ethana, a potem Jane, jego matkę. Kobieta odwiedza Annę, i obie spędzają miły wieczór. Dzień później Anna widzi przez okno, jak ktoś morduje jej nową przyjaciółkę. Policja niespecjalnie chce uwierzyć wariatce na prochach łączonych z alkoholem. W końcu i sama Anna zaczyna wątpić w to, czego jeszcze przed chwilą była pewna. Nie podoba jej się sąsiad z naprzeciwka, mąż Jane, który w dodatku zaczyna jej grozić. Nie ufa też lokatorowi, zajmującemu jej suterynę. Osaczona i odrzucona przez wszystkich zaczyna naprawdę popadać w obłęd.

Może jestem niesamowicie niesamowita, a może trening czyni mistrza, a może po prostu książka jest przewidywalna? Nie wiem, w każdym razie dość szybko domyśliłam się o co chodzi i co się może wydarzyć. Choć nie do końca, oczywiście. Określona jest jako thriller, i chociaż są ku temu powody, ja raczej uznałabym ją za dramat psychologiczny. Pisana jest w pierwszej osobie, na fali odczuć i przemyśleń głównej bohaterki. Niektórym to przeszkadza, innym wręcz przeciwnie. Ja uważam, że książka jest bardzo wciągająca i warta przeczytania. Autor fajnie bawi się myślami i słowami, nie znalazłam niedociągnięć, ani błędów. Dodatkowym autem są tytuły starych, amerykańskich filmów, zwłaszcza tych niedocenionych przez krytyków lub/i widownię, a wartych uwagi. Na koniec przypomnę, że jest to debiut A. J. Finna, także podwójne brawo.

P.S. Właśnie widzę, że na platformie Netflix  powstaje/powstał? film na jej podstawie.

Telimena w płachcie

Jak wiecie, moja wiedza na tematy kosmetyczno – makijażowe jest jaka jest, czyli żadna. Na tym polu, frunąc na skrzydłach totalnej ignorancji, dopuszczałam się już różnych dziwnych rzeczy. Jedną z nich było użycie super drogiego prezentu od cioci – szczoteczki masującej twarz – do czyszczenia umywalki. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy mojej ciotki, gdy dziękowałam jej za nią… Tym razem przeszłam samą siebie. Wyjeżdżając na urlop zabrałam ze sobą kilka maseczek do twarzy. Z lenistwa, pozostałam przy pierwszej, jaką otworzyłam. Była w kolorze mleka, ale miała dziwną wodnistą konsystencję. Wydawało się też, że zawartość jest znacznie mniejsza, niżby sugerowała wielkość saszetki. Nic, to, pomyślałam, skoro całkiem nieźle chłodziła twarz. Tyle, że trudno było tę mleczną wodę wydobyć z opakowania. Codziennie, więc, zadowalałam się kilkoma wyciśniętymi kroplami. Po tygodniu używania postanowiłam rozerwać torebkę do końca. Jakież było moje zdziwienie, gdy znalazłam w niej jakiś taki złożony papierek. Potem obracałam torebkę z każdej strony, a jeszcze potem założyłam okulary i przeczytałam „Maska w płachcie”.

Zatkałam sobie prawe ucho. To znaczy woda mi zatkała. Mniej więcej od miesiąca, co jakiś czas, zatyka mi się ucho. Prysznic, wanna, morska woda, nie znam dnia ani godziny. Z tym, że to jest takie poważne zatkanie, i skakanie na jednej nodze gówno daje. Wyczytałam zresztą ostatnio, że takie skakanie jest niewskazane, bo może uszkodzić mózg, a mój i tak nie hula na najwyższych obrotach, także… Nie jestem też pewna, czy chodzi o konkretną nogę, czy też intensywność i częstotliwość skoków, czy też o  jakąkolwiek nogę i skoki w ogóle. Na wszelki wypadek nie skakałam. Miarowe ruchy szczęką i symulowane ziewanie też nie pomogły. Sięgnęłam po krople. To znaczy, Tomek sięgnął, a ja leżałam na boku. Wcześniej, doczytawszy ulotkę do połowy, dowiedziałam się, że mam wpuścić dwie krople i odczekać piętnaście minut. Zapomniałam tylko doczytać, co dalej, po tych piętnastu minutach, bo to dosyć ważne było. Tomek zagłębił się w instrukcję, czyli „ętrucie”, jak mawia Tamaluga, po czym stwierdził, że nie ma pojęcia.

Krople wpuszczałam regularnie: dwie krople, trzy razy dziennie. Nie było żadnej poprawy. W piąty dzień niesłyszenia, wyraźnie wyostrzył mi się węch: wyczułam plaster pomidora z dziesięciu metrów. Wniosek był jeden: mózg spisał słuch na straty i zastąpił go węchem (chociaż mogłam też wyczuć pomidora z głodu). W końcu przyszło mi do głowy, żeby wytrzeć ucho wacikiem. Jezuuuu! Ucho się odetkało! Szkoda, że nie polecono tego w ulotce, bo pewnie słyszałabym już od środy.

Zainstalowałam aplikację WhatsApp. Ja, człowiek nieposiadający konta na żadnym portalu społecznościowym, i który z technologią jest mocno do tyłu. Zaczęło się od matek przedszkolnych, które na rzeczonym WhatsAppie założyły grupę wsparcia rodziców, i które wymieniają się tam informacjami. Zaczęły mnie molestować o to coś, więc obiecałam, że pomyślę. Nie znam tych mam. Naprawdę prawie ich nie kojarzę, a już za Chiny nie umiem przypasować do nich właściwych dzieci. Taka jestem zajebista społecznie. Zresztą, też się obudziły, rychło w czas. Rok przedszkolny się skończył, a te chcą się integrować…

No, to teraz kilka tekstów Tamalugi.

Tamaluga (machając mi przed nosem maskotką wielbłąda): Ten NIEBŁĄD lata, zupełnie jak prawdziwy!

Ja: przecież wielbłądy nie latają.

Tamaluga: Rosyjskie latają!

……………………………………………….

Tamaluga do Tomka, który blokował jej drogę nogą: Zrób mi jeszcze raz to NIEPRZEJŚCIE.

…………………………………………………..

Zamiast „Nie możesz mnie złapać”, Tamaluga krzyczy: „Musisz mnie NIEZAŁAPAĆ!”

……………………………………………..

Ja, patrząc na jej siniaki: Tamalugo, wiesz, że ty po tych wczasach masz same obrażenia?!

Tamaluga (bliska płaczu): Tak??? Ale ty się na mnie nie OBRAŻASZ???

…………………………………………….

Właśnie uświadomiłam sobie, że Tamaluga tak szybko dorasta, i że jej śmieszne teksty będą coraz rzadsze… L W związku z tym, nadal trwam w postanowieniu nie poprawiania jej.

Aaa, jeszcze coś opowiem na koniec. W ostatnim wpisie o Międzyzdrojach, wspomniałam o placu zabaw, którego jedyną wadą było, że tak powiem, nadmierne nasłonecznienie. Rodzice szukali jakiegoś zacienionego miejsca, a to znajdowało się poniżej skarpy, za ogrodzeniem. Na terenie samego placu rosło tylko jedno drzewo, więc udałam się pod nie ochoczo. Westchnęłam z ulgą i przysiadłam na niskim murku. Po chwili dołączył do mnie Tomek, którego chyba zesłały mi Niebiosa. Stanął i patrzy na ziemię, a po chwili szarpie mnie za rękę i odciąga. Zerkam i ja, a tam… mrowisko. Ale nie takie zwyczajne, tylko mrówek wielkości pestki od dyni. Patrzę na swoje nogi, a tam armia wrogów podąża ku górze. Kilka sztuk weszło do trampek, reszta, rozlazła się po moich nogach. Byłam w szoku. Moja reakcja zaskoczyła nawet mnie samą, bo nie krzyczałam, nie piszczałam, nie klęłam. Po prostu parsknęłam śmiechem i zaczęłam skakać jak wariatka. Tomek pomógł mi zdjąć buty w tempie ekspresowym.

– Czuję się jak Telimena! – zawołałam podekscytowana, zapewne jeszcze w szoku. – Nawet w wieku jestem odpowiednim!

Jakiś tatuś obok nas, stwierdził, że na pewno nie, ale nie od razu wyczułam komplement. Jakby, nie miałam do tego głowy… To była taka odmiana mrówek gigantów wędrownych, które nie zakładają mrowisk, tylko prą do przodu i zabijają wszystko po drodze. Aż dziw, że żadna mnie nie ukąsiła, bo to podobno, bardzo bolesne… W każdym razie, nigdy tego nie zapomnę, a ten konkretny plac zabaw zawsze będzie mi się kojarzył z mrówkami.

Wszystko, co piękne

kiedyś się kończy. Jak w starym porzekadle. Wróciliśmy z nadmorskich wojaży do domu, dodać powinnam, że do szarej rzeczywistości, ale mam nadzieję, że mimo wszystko nie będzie ona taka szara. Przyjechaliśmy, i od razu wbiliśmy się w tropiki jakieś, a nasze miasto to w ogóle okazało się najgorętszym w kraju. Siedzimy w domu i wietrzymy się wentylatorem, i schładzamy wodą z lodem. Próbujemy też psiej wentylacji z jęzorami na zewnątrz, ale odkryliśmy, że o dziwo, chyba  działa ona tylko u psów.

Nad morzem było cudownie, jak zawsze. Tamaluga, jak zawsze, utknęła w morskich falach, prosząc, żebyśmy wyciągnęli ją na brzeg, gdy zsinieją jej usta… Miałam pisać dzisiaj w ogóle o czymś innym, ale ponieważ wakacje dopiero tak naprawdę się zaczynają, i w związku z prośbą pewnego miłego człowieka, postanowiłam – wielkim skrócie – podzielić się obserwacjami z tymi z was, którzy planują spędzić je w Międzyzdrojach.

Międzyzdroje to nasze ukochane miejsce na ziemi. Najpierw moje, bo spędzam tam prawie każde wakacje, od kiedy skończyłam pierwszy rok życia. Najpierw z mamą, obowiązkowo w sierpniu, w domu wczasowym Pracy Twórczej i Wypoczynku. Potem, gdy dorosłam, a komuna odeszła w niepamięć, zabierając ze sobą między innymi darmowe wczasy i kolonie – z przyjaciółmi, dziećmi itd… Widziałam jak zmieniają się Międzyzdroje, niemal na moich oczach. Jak stare drewniane molo przekształca się w reprezentacyjny deptak, jak zarośnięty dziko park nabiera kształtów i kolorów, a w końcu, jak krok po kroku, żeby nie powiedzieć, cegła po cegle wznosi się Amber Baltic. Boszsz, cóż to było za wydarzenie… Teraz prezentuje się nijako na tle coraz okazalszych i nowocześniejszych budowli.

Wiedziałam, że zmiany są nieuniknione, i że wcale nie muszą być zmianami „na gorsze”. A jednak… trochę tęskniłam do dawnych Międzyzdrojów. Patrzyłam jak Dom Pracy Twórczej i Wypoczynku staje się pustostanem dla bezdomnych (obecnie jest zwykłym blokiem mieszkalnym). Widzę też, że ktoś stara się powrócić do klimatu, i nawet postawił nowego, wyciosanego z drewna krokodyla, podobnego do tego sprzed lat.

Dobra, nie przedłużając, przechodzę do sedna, czyli skupiam się na nowych Międzyzdrojach. Ceny, jak to nad polskim morzem, wysokie. Jeszcze w zeszłym roku, pomimo pandemii,  aż tak tego nie odczułam. W tym roku, i owszem. Wysokie ceny przeważnie dotyczą lodów, gofrów i pamiątek (na molo plus dycha do ceny), bo ceny obiadów, na szczęście,  za bardzo się nie zmieniły ( i tak głównie gotowałam w domu). Wiadomo – im dalej od plaży, tym taniej. I jeśli przy tym jesteśmy, to w rynku jest pierwsza jadłodajnia godna uwagi. Przez lata nazywała się Halibut, od kilku sezonów jest knajpą „U Zosi”. Prowadzi ją mama z córką, od wielu lat, więc jedzenie trzyma poziom i jest tanio. Numerem jeden, jeśli chodzi o jakość i smak, jest Art. Kitchen, na prawo od Ambera, z własnym wyjściem na plażę. Niestety, otwarte tylko w sezonie, więc tym razem się nie załapaliśmy. Za to odkryliśmy numer dwa, albo raczej ex aequo z Art. Kitchen – Carmen. Knajpa w rynku, z wiszącymi bujanymi fotelami w girlandach kwiatów, nie można przeoczyć. Większość restauracji posiada kącik dla dzieci, ale najlepsza pod tym względem jest Miramare przy hotelu Aurora, na deptaku, naprzeciwko molo. Pokój zabaw. Wchodzisz i dziecka nie ma, a ty masz czas na obiad, kawę, piwo, wino, czy co tam… No i była tam też strefa kibica, więc spędziliśmy super czas (jeśli nie liczyć wyniku pierwszego meczu).

Tamaluga okazała się bezproblemowym dzieckiem. Niczego nie chciała, o nic nie prosiła, cieszyła się z każdego dnia. I tutaj wygrał plac zabaw, niepozorny, trochę ukryty, ale rewelacyjny. Jeszcze do zeszłego roku, największy plac zabaw był tuż przy plaży, obok hotelu Amber Baltic. Obecnie na tym terenie trwa remont, prawdopodobnie powstanie tam jakiś super niesamowity park, z nowym placem zabaw. My musieliśmy zadowolić się innym, ale nie żałujemy. Plac mieści się niedaleko dworca, tuż za szkołą podstawową. Jest tam tyle atrakcji, że dziecko wraca wykończone i grzecznie idzie spać. Jedynym minusem jest brak cienia, więc warto się tam wybrać w chłodniejszy dzień.

Nie powiem nic o Galerii Figur, Gabinecie Luster, czy Minimiasteczku, bo z takich atrakcji nie korzystamy. Raz byliśmy w planetarium – polecam, pod warunkiem, że dzieciak jest tak zabrany kosmosem jak Tamaluga.

Tamaluga prawie każdy wieczór spędzała na zabawie z Mikołajem, synkiem właścicieli domu, który wynajmowaliśmy. Dzień po naszym powrocie do domu, przyszedł po nią, jak zwykle, i rodzinie zajmującej po nas pokój, kazał obudzić Tamalugę. Nie wiedział, że wyjechaliśmy, nie zdążyli się pożegnać, ale chyba tak lepiej. I tak, mam nadzieję, zobaczą się za rok. Czego nam wszystkim życzę.

Wakacje, znowu są wakacje!

Maj upłynął mi na wariackich papierach. Nie takich wariackich, jak zazwyczaj, ale takich naprawdę trzaśniętych. Wszystko w biegu, wszystko na ostatnią chwilę, wszystko nie tak, jak bym sobie życzyła. I jeszcze, gdziekolwiek nie wyszłam, to wracałam w ulewnym deszczu. No i to szczepienie, którego nie było. Ale była też łyżka miodu w czymś tam, w dziegciu chyba, czymkolwiek ten  (dziegiedź, dziegć, dziegieć?) jest. Wiem, że mówi się łyżka dziegciu w beczce miodu, ale u mnie było na odwrót, jak to u mnie… No, więc była ta łyżka miodu, a nawet kilka łyżek, takich jak Dzień Matki, albo nieoczekiwane i bardzo miłe prezenty. Niewątpliwie jedną z takich łyżek było spotkanie na żywo z blogerką Izzy, z którą dotąd wiele ustawek było, ale jakoś do spotkania nie doszło. A tu – proszę. Z okazji bytności Izzy wraz z rodziną nad naszym pięknym morzem, a że bliżej już się nie dało, postanowiła mnie odwiedzić. Jestem jej za to bardzo wdzięczna, i mile wspominam nasze spotkanie. Zdecydowanie za krótkie.

Wreszcie i my jesteśmy nad morzem na zasłużonym urlopie! Ceny z kosmosu, Internet do dupy, i pierwsze dni pobytu minęły mi na praniu Tamalugowych ciuchów, ale co tam! Siedzę patrząc na morze, słucham mew i jestem bezgranicznie szczęśliwa. Pogodę mamy przecudowną, sama w to nie wierzę, ale już na drugi dzień zaczęłam się smarować filtrem pięćdziesiątką. Pięćdziesiątką! Dacie wiarę?! A gdy stoję w morzu po pachy i patrzę na horyzont, to ogarnia mnie taka nirwana, że wszystkie medytacje świata nie mają przy tym szans. Bo ja, po prostu bezgranicznie kocham morze i to się nigdy nie zmieni. W tym wypadku były, jak dotąd, dwie łyżki dziegciu w beczce miodu. Jedna łyżka to Dziubasy, z którymi niestety nie możemy się spotkać w tym roku nad morzem, nad czym bardzo ubolewamy. Druga łyżka to nadmorskie ptaki. Jest ich mnóstwo i są wszędzie. Ludzie, nieświadomi, karmią je pieczywem, patrzą na nie, robią zdjęcia. Patrzą, ale nie widzą. Wiele ptaków jest pokaleczonych, nie ma jednej nogi, albo ich nogi zaplątane są w plastikowe śmieci. Śmieci, które rzucają na ziemię bezmyślni ludzie. Ech…

Nie obyło się też bez innych drobnych zgrzytów, gdyż kilka rzeczy nie hula, jak powinno, kilka jest totalnie zepsutych, a telewizor odbiera niewiele kanałów. Ale! Przecież nie przyjechałam tutaj oglądać telewizji. Jeśli już, to włączamy kanał z kamerą i obserwujemy plażę, chociaż za chwilę się na nią wybieramy. Świry z nas. JEDNAKŻE jeśli już przy telewizji jesteśmy… Ostatnio, tuż przed wyjazdem, latam sobie po kanałach, aż tu nagle… na dolnym pasku zapowiedź kolejnego programu – rozmowa z d u c h o l o ż k ą. WTF?!  Że, k*wa kim??? Zawsze, gdy myślę, że nic w tym kraju już mnie nie zaskoczy, to wyskakuje z pudełka taka ducholożka i gra na nosie. Nie miałam najmniejszej ochoty dowiedzieć się, kto to taki, zatem wyłączyłam telewizor. Bałam się. O moje, i tak będące już w kiepskiej kondycji, zdrowie psychiczne.

Co tam jeszcze… Moja Olcia 3 dni temu skończyła 21 lat (What?!) no i obudziłam ją tortem ze świeczkami. To cudowne, że w tym wieku wciąż jeszcze chce jeździć z nami na wakacje J Szkoda mi jej, bo nawet tutaj, nad morzem, ciągle się uczy. Do popołudnia ma wykłady i egzaminy zaliczeniowe online. Wiedziałam o tym, ale mimo wszystko chciałam, żeby chociaż robiła to w przyjemnych okolicznościach przyrody. I chyba się udało.

Przed nami jeszcze ponad tydzień wypoczynku. Tutaj czas biegnie szybko, ale inaczej. Tak fajnie inaczej.

Czekam, aż stanie się coś pięknego

Viola Ardone, wyd. Sonia Draga, pierwsze wydanie 2019 rok.

Po drugiej stronie tęczy. Taki nadałabym tytuł. Według wszystkich baśni i podań, po drugiej stronie tęczy zawsze czekał garniec złota. Czy tak było i tym razem?

Albo nie. Po drugiej stronie torów, bo bohater książki, tę najważniejszą podróż w życiu odbył pociągiem…

Jeśli szukacie dynamicznej akcji, okrucieństwa tamtych czasów czy tragicznego pokłosia  wojennej zawieruchy, to nie tędy droga. Ale lekko i przyjemnie też nie będzie. Będzie za to prawda, w najprawdziwszej odsłonie, kiedy trzeba brutalna, kiedy trzeba łagodna. Prawda dziecka ulicy, które wciąż pamięta bombardowania, ale równie dobrze prawda dziecka, które mogłoby żyć dzisiaj, tu i teraz. Bo pośród nas wciąż żyją dzieci ulicy, o których nie wiemy, których nie widzimy. Czy któreś z nich ma szansę na normalne życie, taką szansę, jaką dostał nasz bohater?

Neapol, późne lata 40, ubiegłego wieku. Wojna się skończyła, ale nie dla wszystkich. Bieda i głód zagląda do domów zapomnianej dzielnicy. Mieszkańcy radzą sobie, jak mogą, legalnie, na wpół legalnie, i całkiem poza prawem. Dzieciaki, często zdane same na siebie, też próbują zarobić na kawałek chleba. Amerigo nie ma nawet ośmiu lat, a zdążył zaznać już tylu złych rzeczy. Nie, nie nalotów czy łapanek, bo te wspomina z tęsknotą. To były nieliczne chwile, kiedy matka przytulała go do piersi.

Amerigo nigdy nie poznał ojca, za to bardzo dobrze zna matkę, z którą mieszka. Jej wycofanie, dystans i nieokazywanie uczuć, tłumaczy stwierdzeniem, że „nie jest w tym najlepsza”. Amerigo, pisząc w pierwszej osobie, przywołuje  czytelnika tak blisko skraju przepaści, jak to tylko możliwe: na swoją ulicę, do swojego domu, do swoich myśli. Jest tylko dzieckiem, które powinno cieszyć się dzieciństwem i dorastać bez trosk i zmartwień. Tymczasem, jego ulubioną grą jest liczenie butów na nogach przechodniów i przyznawanie punktacji za stare, zniszczone i nowe. A gdy uzbiera już odpowiednią ilość punktów, to wtedy na pewno zdarzy się coś pięknego. I na to właśnie liczy, i na to czeka, nawet wtedy, gdy matka bez mrugnięcia okiem, oddaje go opiece obcych ludzi. Idea, rozkwitającego właśnie komunizmu jest piękna i szlachetna: odciążyć zapracowane matki, wysyłając ich dzieci na południe Włoch, do bogatych rodzin, które chętnie się nimi zajmą. Idea ideą, ale plotki żyją własnym życiem, więc dzieciaki boją się zesłania do Rosji, czy zjedzenia żywcem przez komunistów.

Czy Amerigo będzie musiał i umiał dokonać wyboru?

Czy Amerigo będzie miał szczęście i zdarzy się coś pięknego?

Książkę, za którą jeszcze raz dziękuję Sylwii z bloga burzatumblemind.wordpress.com, serdecznie polecam.

Krótka historyja o tym, jak się nie zaszczepiliśmy

Trafiamy z Tomaszem punktualnie w punkt. Szczepień. Równo z nami przybywa jakiś pancio. Na ścianie wiszą 3 kartki.

Jedna informuje, że: „Do punktu szczepień można dostać się schodami lub windą”.

Druga, że: „Szczepienia odbywają się w każdy czwartek”.

Trzecia kartka wisi tuż obok jedynych drzwi za schodami, i wyglądała tak:

„<— DO PUNKTU SZCZEPIEŃ”.

Drzwi są zamknięte na zamek. Przyglądamy się tym drzwiom dokładnie i odkrywamy trzy dzwonki. Trzy kartki, trzy dzwonki. Czuję się jak Złotowłosa w chatce trzech niedźwiedzi. Jeden dzwonek ma tabliczkę z nazwą jakiegoś biura rachunkowego. Przy drugim napis brzmi: „Klub GOGO”. Trzeci dzwonek opatrzony jest, bliżej mi nieznanym nazwiskiem. Na wszelki wypadek dzwonimy  wszyscy, pod wszystkie trzy. Brodaty pancio to nawet kilka razy naciska ten z napisem „Klub GOGO”, widać bardzo zależy mu na szczepieniu.

Nic. Cisza. Zero odpowiedzi.

I tak we troje utknęliśmy na schodach.

Po chwili dołącza do nas dziewczyna z plecakiem, a po niej jakaś para. Jest nas już sześcioro. Sześcioro ludzi sterczących na schodach. Kolejny raz studiujemy treść trzech kartek:

  1. „Do punktu szczepień można dostać się schodami lub windą”.
  2. „Szczepienia odbywają się w każdy czwartek”.
  3. „<— DO PUNKTU SZCZEPIEŃ”.

Im dłużej się w nie wczytuję, tym bardziej niepokoi mnie kartka numer dwa. Gdzieś tam we mnie, w środku wszystko krzyczy, że jest wtorek, do jasnej cholery, ale nie dopuszczam tego do wiadomości. Zwłaszcza, gdy ktoś na mnie krzyczy.

Kolejny raz próbujemy wszystkich dzwonków, a nawet starą dobrą metodę pukania.

Nic. Cisza.

Widzimy, że ktoś jest po drugiej stronie, że tam tętni życie, bo co jakiś czas świeci się światło, po czym gaśnie. Świeci i gaśnie.  Sterczymy już od dwudziestu minut. W tym czasie dołącza do naszej wesołej kompaniji, wysoka blondynka i strasznie rozgadana kobieta w turbanie.

Kobieta w turbanie: Wszyscy państwo na Johnsona? Jak to? Nikt? Aha, no to tylko ja. Ale to szybko idzie, bez obaw. Raz dwa i następny.

Brodacz: To pani już obeznana?

Kobieta w turbanie: Tak, tak, już tu byłam.

Minuta ciszy.

Kobieta w turbanie: A ja tam biorę Johnsona, bo się nie boję! No i tylko raz, więc to mnie najbardziej przekonało.

Ja: Ale tak się pani spodobało, że przyszła po raz drugi?

Kobieta w turbanie: Nie, nie, ja wcześniej z koleżanką byłam. Do towarzystwa. No, to jak mówiłam, zdecydowałam się na Johnsona, bo to dobra i znana firma. A pani nie chce Johnsona?

Ja: Chcę. Ale pozostanę przy szamponie.

Turban gada i gada, i widać że wszyscy mają jej dosyć. Rzucają sobie ukradkowe spojrzenia, a Brodacz to nawet znowu zaczyna walić w drzwi.

Nic.

Znowu studiujemy treść kartek:

  1. „Do punktu szczepień można dostać się schodami lub windą”.
  2. „Szczepienia odbywają się w każdy czwartek”.
  3. „<— DO PUNKTU SZCZEPIEŃ”.

Tomek, szczególnie długo stoi przed kartką numer jeden. W końcu daje mi znak ręką, że zaraz wraca, i znika na dole. Po chwili ktoś otwiera nam drzwi… To jest Tomek. Ponieważ stoję najbliżej drzwi, to ja go widzę pierwsza, wybucham śmiechem i krzyczę: Panie doktorze, no nareszcie!

(Przypomina mi się scena z serialu „Czterdziestolatek – dwadzieścia lat później”, gdy Madzia i Stefan wchodzą do komisariatu policji, bo skradziono im samochód. Komisariat jest pusty, nie ma żadnego pracownika. Madzia zagląda do dyżurki, która też jest pusta, potem rozgląda się bezradnie dokoła. W tym czasie Stefan zdążył okrążyć dyżurkę i wejść do niej od tyłu. Madzia widząc kogoś w dyżurce, woła: Panie władzo, nareszcie! Ukradli nam auto… Stefan?!”)

No, więc, reszta nie wie o co chodzi, ale wchodzi do środka. Dziewczyna z plecakiem na widok Tomka dostaje ataku śmiechu. Po chwili śmieją się już wszyscy, chociaż kartka za drzwiami brzmi: „PROSIMY ZACHOWAĆ CISZĘ”. Tomek – przewodnik przeprowadza zdezorientowaną grupę przez tajemnicze drzwi, za którymi okazuje się być… właściwa poczekalnia i kolejny korytarz z pokojami. Po prostu postanowił wypróbować tę cholerną windę, będącą tylko alternatywą dla schodów. Winda zatrzymywała się po drugiej, tej właściwej  stronie drzwi. Także…

Wewnątrz jest już kilka osób, na stole leżą quizy do wypełnienia. Zasiadam, wyciągam długopis. Jestem tak zdeterminowana, że nawet gdyby były odpowiedzi „Nie mam zdania” i tak bym je pominęła. Wszędzie jestem na nie. Okazuje się, że prawie nikt, poza mną, nie ma długopisu, więc wszyscy czekają aż skończę. Ta presja mnie przytłacza i mylę się we własnym podpisie. Gdy kończę, Tomasz prosi bym wypełniła też za niego. Przez tłumek przechodzi głośne westchnienie.

W końcu w drzwiach gabinetu staje, słusznej postury pielęgniarka. Na sam jej widok robi mi się słabo.

– Kto na Astrę?! – krzyczy.

Kilku odważnych podnosi rękę. Wchodzą po kolei. Faktycznie, nie trwa to długo.

– Kto na Johnsona?!

Wchodzi tylko turban.

– A reszta?!

– Na Pfizera…

– Nie ma Pfizera! – wielka pielęgniara bierze się pod boki. (Cham się uprze i mu daj, a skąd „weznę” jak nie ma?) – Nie dostali państwo smsa? Pfizer jest w Krsssku.

– Gdzie? – zapytuje ta z plecakiem.

– No, mówię przecież.

– W Karsku, Krasku czy Karosku? – nie daje za wygraną dziewczyna.

– Sprawdźcie w esemesie!

Dziewczyna sprawdza, ja też sprawdzam. Rzeczywiście, coś na K.

Brodacz szuka odległości. 60 kilometrów. Pięknie.

W związku z powyższym, kłaniamy się piknie i opuszczamy szemrany przybytek. To znaczy niezupełnie kłaniamy się, bo Tomasz puszcza mnie przodem, ale najpierw to puszcza wiązankę. A ja trzaskam drzwiami i w ramach zemsty naciskam wszystkie trzy dzwonki, o!