Kasa gdzie? I dzień który? Bo odlatują mi kury!

Ktoś ostatnio zadał mi pytanie, czy jestem po stronie rządzących, czy po stronie nauczycieli. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że jestem po stronie uczniów. Bycie mamą, zwłaszcza tegorocznej maturzystki, właśnie postawiło mnie po trzeciej stronie barykady. Przykro mi, bo wcale tego nie chciałam. Wierzę, że nauczyciele potrzebują podwyżek i czują się poszkodowani – w przeciwnym razie pewnie by nie strajkowali. Jednak coraz mniej podoba mi się czas i forma. Patrzę na moją dyslektyczną córkę, i wiem ile pracy włożyła w to, by znaleźć się tam, gdzie jest teraz i to z tak dobrymi ocenami. Wiem ile ją to kosztowało, jak dzielnie walczyła i nigdy się nie poddała. I teraz jej matura, jej całokształt osiągnięć staje pod znakiem zapytania? Patrzę na nią i szlag mnie trafia, i czasami naprawdę czuję się tak, jak bym miała wybierać. A w przypadku: moje dziecko kontra reszta świata – wybór jest żaden. I przysięgam, że jeśli, z winy którejkolwiek ze stron, moja córka nie przystąpi do matury, to wyłącznie o mnie przeczytacie na pierwszych stronach gazet.

Uffff. To na tyle. Musiałam to z siebie wyrzucić.

………………..

Dzień mi uciekł. Powalona na łopatki przeziębieniem, zaległam, i zlało mi się wszystko w dnionoc i nocodzień. Przekonana, że oto nastał  Wielki Piątek, a ja w lesie, czyli w łóżku, wystrzeliłam z tego łóżka jak torpeda. Zorientowałam się, że jest czwartek, mniej więcej w południe. Odetchnęłam z ulgą, i chciałam podzielić się tą dobrą nowiną z klientami sklepu Społem. Stali, bowiem,  w 5 metrowej kolejce, więc pewnie też nie wiedzą, że to czwartek dopiero.

………………..

Wiecznie szukam pieniędzy. W zasadzie fajne zajęcie, i byłoby nawet motywujące, gdyby nie doprowadzało mnie do szału, bo sama je przecież schowałam. Mam tyle różnych kryjówek, za każdym razem inną, a to zakrawa już na zaburzenie obsesyjno – kompulsywne. Szukam  w miejscach, gdzie ukryłam poprzednio, ale rzadko trafiam. Czasami znajduję, czasami  nie. Czasami tak trochę tak, a tak trochę nie. Czasami po długim czasie, z niemałym zdziwieniem wydobywam z kieszeni dychę albo stówę, zależy.

Tomek to też taki dziwak. Najpierw przewraca oczami i cmoka, a potem patrzy z szacunkiem. Przewraca oczami, gdy szukam, a patrzy z szacunkiem, gdy znajduję. On zawsze wie, kiedy szukam.  Chociaż staram się wyglądać normalnie, i takoż zachowywać. Spaceruję sobie po pokoju i tak, niby od niechcenia zerkam w różne miejsca, otwieram szuflady z bielizną, wyjmuję książki na chybił trafił. I to, wiecie, nie tak natarczywie i przeciągle. Zachowuję należyte odstępy, ociągam się i niby przypadkiem znowu otwieram szuflady. Nonszalancko zaglądam w bęben pralki, pogwizduję nawet. Na totalnym luziku kładę się na podłodze i zerkam pod kanapę. Że niby coś mi upadło, albo nagle postanowiłam chwilę poćwiczyć. A on, skubany, i tak wie. I wtedy tak na mnie patrzy, że ja już wiem, że on wie, że ja szukam. I wie czego szukam, zazwyczaj.

Wzdycha ciężko. On wzdycha, a co ja mam powiedzieć?! To mi jest trudno! Nie jest łatwo żyć, gdy skleroza dyktuje warunki.

Tomasz pyta, po co w ogóle chowam. Powiem wam, że czasami mądrze gada, bo to jest bardzo, bardzo dobre pytanie. Szkoda, że nie znam odpowiedzi, ale zawsze wychodzę z założenia, że mądrych pytań nigdy za wiele. Pytajcie, zatem, nie wstydźcie się.

…………

Nieczęsto mam okazję pomalować lakierem paznokcie. W zasadzie to bardzo rzadko mam na to czas, a czynność tę lubię. Niestety, nie ma dobrego miejsca, bym mogła oddać się jej w spokoju ducha, gdy już wreszcie mogę. No, nie ma. Otwarcie zmywacza do paznokci , choćby na krótką chwilę, nigdy nie uchodzi Tomka uwadze. Nawet gdy robię to w łazience, przy zamkniętych drzwiach.

– Co tak śmierdzi?! – krzyczy, chociaż oboje wiemy, co tak śmierdzi, a raczej co on uważa, że tak śmierdzi. Nie krzyknie „Ale śmierdzi!”, tylko właśnie „Co tak śmierdzi?!”. Może myśli, że pytanie zabrzmi sympatyczniej, niż stwierdzenie. Może chce mi dać margines zadumania nad źródłem smrodu, i może tym razem odpowiedź go zaskoczy? Może doczeka się, że odkrzyknę „Płyn do kąpieli!” , a wtedy uśmiechnie się pobłażliwie i powie: „Nie wydaje mi się”.

„Co tak śmierdzi?!” i mówi to facet, który na co dzień obcuje ze smarami, farbami, olejami, lakierami, i innym piwniczno – garażowym wyziewem.

Kto ich zrozumie?

………………..

Słuchajcie, piszę te słowa, a w tle telewizor, a w telewizorze znajoma rubaszna melodyjka, czyli  – Kto wie? Kto wie? – tak: Familiada! I w tej właśnie chwili, na pytanie „Jaki ptak nie odlatuje na zimę do ciepłych krajów”, pada odpowiedź: „Kura”. A za chwilę: „Łabędź”. Nie wymaga komentarza, ale może nad tą kurą na chwilę się pochylmy. Biedna, biedna kura, gdy się tak zastanowić. Pewnie chciałaby odlecieć gdziekolwiek, nie tylko do ciepłych krajów i nie tylko na zimę.

 

Dawno nie było muzy, no to nadrabiam. Nawet pasuje do treści. Alanis Morissette uwielbiam od pierwszej płyty.

Reklamy

Miszczowie konwersacji

 

Zaczęło się od Oliwii studniówki. To taka impreza, która niestety, wbrew pozorom nie trwa sto dni. Impreza, na którą to córka nie chciała iść, i na którą to, oderwaliśmy naszego Nerda od książek i niemal wypchnęliśmy ku zdecydowaniu. Gdy się zdecydowała – do balu został niecały miesiąc. Zaczęły się poszukiwania sukienki, których nie będę szczegółowo opisywać, bo wyssały z nas resztki, i tak już nadwątlonej, styczniowej energii. Powiem tylko tyle, że,

Sukienka nr 1 dotarła inna niż zamówiona.

Sukienka nr 2 dotarła za duża.

Sukienka nr 3 dotarła po studniówce.

W tak zwanym, międzyczasie, dowiedziałam się, że:

Rozmiar 34 jest na Oliwię za duży, więc cały czas żyłam w błędzie, sądząc, że to najmniejszy rozmiar.

oraz że:

Jest to w istocie najmniejszy rozmiar, z ogólnodostępnych.

Kilka e-sklepów i owszem, mogło popełnić coś mniejszego, ale trzeba doliczyć jedną stówę i dwa tygodnie.

Dwa tygodnie to pozostały do studniówki.

Dziękując sobie w duchu, że nie zdążyłam odesłać sukienki numer 2, rozpoczęłam poszukiwania krawca. Sukienkę trzeba było zwęzić i skrócić, jakieś dwa centymetry, żeby była przed kolano.

W tak zwanym, międzyczasie, dowiedziałam się, że:

W mojej dzielnicy są trzy punkty krawieckie,

oraz, że:

W jednym takich rzeczy się „nie robi”, a w drugim takich rzeczy się „nie zdąży”.

W trzecim punkcie pańcia oznajmiła cmokając, że jest to bardzo trudna przeróbka, bo zwężenie popsuje fason, a skrócenie jest raczej niewykonalne, bo już na pewno popsuje fason. „No, bo, widzi? To plisy, falbanka i halka, widzi?”

Tak, widzi. Ale widziałam też, nie znając się na tym, że wystarczy podciągnąć ramiączka, żeby suknia była krótsza, bez ruszania dołu.

W każdym razie pańcia krzyknęła tyle, co za nową suknię, i kręcąc głową dała do zrozumienia, że to najcięższe ze zleceń w jej 30 letniej karierze.

I wtedy okazało się, że Tomek ma kolegę, który ma kuzynkę, która… nie jest krawcową.

Ale!

Ale coś tam potrafi.

Zabrał Tomasz Oliwię do owej kobiety. Przerobiła sukienkę w 20 minut. Za darmo (skróciła podciągając ramiączka – można?!)

Kobiecie, której na oczy nie widziałam, byłam bardzo wdzięczna, a tak już mam, że gdy ktoś robi mi przysługę, to staram się odwdzięczyć, w miarę możliwości. Kupiłam więc kawę i czekoladę, i przekazałam owej pani przez tego Tomkowego kolegę. To chyba normalna reakcja?

Minęło trochę czasu, idziemy z Tomkiem ulicą, i nagle on mówi:

– O! O, o! Tam… ta, no.

Jego elokwencja czasami wbija mnie w chodnik.

– Że słucham, mój drogi?

– O, tam! Idzie pani Gosia, ta od sukienki. Wreszcie się poznacie.

„i pogadacie od serca”, dodałam w myślach, bo aż się prosiło.

No i się poznałyśmy i pogadałyśmy od serca, to znaczy podałyśmy sobie ręce i zapadła cisza. W końcu pani Gosia powiedziała,

– Mój syn miał osiemnastkę. Trudno uwierzyć, jak te dzieci szybko dorastają. A u was co?

– U nas jest Tamaluga – palnęłam bez zastanowienia.

– Przepraszam?

– TA MA LU GA – powtórzył Tomasz uprzejmie. A ponieważ żadne z nas nie kwapiło się z wyjaśnieniem – Pani Gosia też uprzejmie się uśmiechnęła, ale nagle zaczęło jej się bardzo spieszyć.

I to tyle. Cała wymiana tych światłych myśli, trwała może ze dwie minuty. Nawet nie wiem, czy skojarzyłabym panią Gosię po raz drugi (a z moją pamięcią do twarzy – na pewno nie).

Ostatnio przyjeżdża do nas Tomka kolega i wręcza mi drogi kosmetyk z Sephory, informując, że „to od Gosi, bo bardzo cię polubiła”.

Rozumiem, że mogę robić na ludziach piorunująco zajebiste wrażenie, no ale… Sytuacja zrobiła się, co najmniej dziwna i trochę mnie zatkało. Przypomniawszy sobie tamtą rozmowę, aż smarknęłam ze śmiechu. Minę też musiałam mieć ciekawą, bo kolega Tomka przyglądał mi się z niepokojem. A że wolno kojarzy to zrobiło mi się go szkoda. Prezent przyjęłam, ale…

Czyli teraz co? Będziemy tak sobie z panią Gosią, przekazywać prezenty do emerytury?

Polubiła mnie.

Dobre.

A może to ja przesadzam?

I gdy tak nad tym dumałam, to uświadomiłam sobie, że przecież ja jestem taka sama. Uwielbiam robić ludziom prezenty, zupełnie bez powodu. Mimo, że jestem jedynaczką, a może właśnie dlatego, lubię się dzielić tym co mam i uszczęśliwiać innych.

Tylko nigdy dotąd nie przyszło mi do głowy, że ktoś też mógł czuć się skrępowany moim prezentem. Nie pomyślałam o tym. Dlaczego tak trudno jest nam uwierzyć w bezinteresowność?

……………………

Czasami problemy dnia codziennego urastają do takiej rangi…

Oglądamy Shreka. Wróżka Chrzestna lata po ekranie.

Tamaluga wpatruje się w nią intensywnie, oczy jej błyszczą. Dotąd widywała tylko latające ptaki.

T: Mama! Pani lata?!

Ja: Tak, pani lata.

T: Dlaciego?!

Ja: Bo jest wróżką. Wróżki raczej latają.

T (zrozpaczona): Ale Tami nie lata! Dlaciego?!

Ja: Bo Tami nie jest wróżką. Ludzie nie latają.

T: Tak, ludzie nie latają, ale wluźki latają!

Ja: Ale Tami nie jest…

T (wyciągając z szafy skrzydła): Tami teś jeśt wluźką! Popatś! Widziś?

Ja: …

T: Dlaciego Tami wluźka nie lata???!!!

Powiem wam: wszystkie trudne rozmowy o seksie, dojrzewaniu i tak dalej mogą się schować. Spróbuj wytłumaczyć dziecku, które przecież jest wróżką z racji skrzydeł, dlaczego nie umie latać, chociaż tak bardzo by chciało…

……………..

Miało nie być politycznie, ale strajki trwają, zatem pragnę wyrazić niepokój, jako mama maturzystki. No i wyraziłam.

Przy okazji: Mamy taką mało rozgarniętą sąsiadkę, która, gdy strajk się rozpoczął, zaczepiła nas przed bramą.

– To nauczyciele strajkują?

– Tak.

– Coś podobnego! Ktoś wie, dlaczego?

– Ja wiem! – wykrzyknęłam radośnie.

– Dlaczego???

– Ony mają za czemno w prasy.

Nie wiem, czy sąsiadka oglądała „Misia” i guzik mnie to obchodzi. Tomek za to rechotał jak opętany, aż nie mogłam go uspokoić.

 

Cieszę się, że sprzedawczynie ze sklepu Społem nie podjęły strajku, chociaż po wprowadzeniu wolnych niedziel było naprawdę blisko. Z tego miejsca chciałabym im serdecznie podziękować. Moja niedoszła maturzystka przynajmniej ma serek tostowy na śniadanie.

Wielka Bratowa i ruchy przedświąteczne

Obecny Big Brother to idealne odzwierciedlenie naszych czasów.

Pierwszej, jakże sławnej edycji, nie oglądałam. Widziałam kawałkami drugą lub trzecią, nie pamiętam. Jako takie pojęcie zatem mam, inaczej: łapię o co w tym chodzi, ale ekspertką nie jestem. Chyba że w telewizji śniadaniowej.

Obecnej edycji dałam szansę, sterowana trochę ciekawością, ale bardziej zleceniem. Obejrzałam na chybił trafił 2 (słownie: dwa) odcinki oraz 3 czy 4 luźne fragmenty (na samym początku, więc jeśli od tego czasu coś się zmieniło, to fanów przepraszam). Na tym poprzestałam.

Smutne to było.

Nie będę wypowiadać się o poziomie programu, ani o poziomie zadań, na które trafiłam.

Ale smutne to było.

Smutne było to, że uczestnicy, głównie młodzi, snuli się bez celu i pomysłu. Na tym wczesnym etapie mojego podglądactwa aż 3 osoby chciały opuścić program. Pozbawiając ich smartfonów i dostępu do Internetu, pozbawiono ich sensu istnienia. Nie umieli komunikować się ze sobą, nie potrafili zrobić nic produktywnego. Żadnej zabawy, żadnych pomysłów, żadnej inwencji. Dawniej ekstremalne obozy i szkoły przetrwania wyglądały nieco inaczej. Dzisiaj wystarczy wrzucić człowieka w sam środek innych ludzi i już jest hardkor. Stąd już tylko krok do rozwoju fobii i innych takich.

O! Więc realni ludzie istnieją naprawdę! Co się z nimi robi? Patrzy? Dotyka? Rozmawia? Eeee, nie. Rozmawia chyba nie. Tak słowami? Twarzą w twarz?

Lepiej radzili sobie w pokoju zwierzeń. Wielkiej Bratowej przynajmniej nie widać.

Pierwszy, który wyszedł na własne życzenie miał nawet zapał. Chciał podjąć rozmowę, nie umiał, ale się nie poddawał. Zaczął przemawiać do reszty wersetami z biblii. Zebrał ich nawet w tym celu w jednym pokoju. Patrzyli na niego, jak na kosmitę. Część grzebała w gaciach, część poszła zrobić kanapkę. Misja spaliła na panewce. Facet się poddał.

No bo właściwie, co ich tam trzyma?

Każdy uczestnik ma celebrycką przeszłość.

Wysokość wygranej nie robi więc na nikim wrażenia. Więcej zarabiają na swoich portalach i kanałach.

Popularność też nie jest motywacją, bo takową już zdobyli w wirtualnym świecie.

Pierwszej edycji nie oglądałam, ale nie trzeba być geniuszem, żeby odgadnąć tajemnicę jej fenomenu. Podglądanie czyjegoś życia było nowością. Teraz nie ma co się oszukiwać – Big B. to porażka. Teraz na Internetach można podglądać kogo się chce i kiedy się chce. Zero frajdy.

I na tym, naprawdę poprzestańmy.

…………….

Idą święta. Co ciekawe, nie tyle uświadomił mi to sklepowy asortyment, ile wzmożony ruch Świadków Jehowy. Zawsze podwajają aktywność w okolicach świąt katolickich.

Dlaczego moje mieszkanie omijają szerokim łukiem, pozostaje dla mnie zagadką. I czuję się, poniekąd, urażona.

W okolicach świąt odbija też niektórym księżom katolickim. Za duża presja. Jeden, na ten przykład, odprawiwszy mszę, wyprowadził wiernych na skwerek i rozpalił ognisko. Pomocnicy w sutannach przynieśli ogromną skrzynię Absolutnie Strasznych Rzeczy i jedną po drugiej, zaczęli wrzucać w ogień. Spłonął „Harry Potter” i wszystkie części „Zmierzchu”, spłonął słonik z trąbą do góry, figurki Buddy, indiańskie maski i inne takie. Opowiedziałam o tym mojemu kumplowi, Amerykaninowi. Stwierdził: „Niech sobie pali, przynajmniej nie molestuje dzieci”. I tym optymistycznym akcentem oficjalnie ogłaszam czas przedświąteczny.

……………..

Tamaluga: A Tami chcie plezient.

Ja: Mama też.

Tamaluga: Tami teś, tak, tak. A Mikołaj za jok będzie.

Ja: Tak, za rok. Ale niedługo będzie prezent od…eee…króliczka(?)

Tamaluga: Tiak??!! Siupel! Kuliciek i Mikołaj za jok.

Ja: Nie, króliczek będzie niedługo. Że tak powiem: na dniach.

Tamaluga: Śłucham?

Ja: Na dniach.

Tamaluga: Naniach? A cio to jeśt?! Naniach za jok?

…………….

Dobra, to na zakończenie, wychodząc naprzeciw prośbom – fotka i dwa filmiki z Tamalugą. Nie mam ich za wiele, ale coś tam znalazłam.

To ja się już z wami papa, i buziaki:-)

 

 

Filmik nr1: ”Szulernia u Disneya”

 

Filmik nr2: „Weź, nie bujaj, tylko bujaj!”

Boy Erased

Boy erased / Wymazać siebie/ 2018. reż i scen. Joel Edgerton

 

To nie jest propozycja dla wszystkich. Znerwicowanym mamom, homofobom oraz miłośnikom szybkiej akcji, serdecznie odradzam.

Jak to zazwyczaj bywa z trudnymi tematami – trudno o nich mówić. Postaram się, jednak wyjaśnić moje osobiste podejście, żebym nie była źle zrozumiana. Nie mogę powiedzieć, że homoseksualizm jest dla mnie czymś naturalnym, bo nie jest. Prawdopodobnie dlatego, że mnie nie dotyczy, trudno jest mi zrozumieć. Jednak to, że nie rozumiem, nie znaczy wcale, że tego nie ma, albo że jest nienormalne. Co więcej, jak już nieraz wspominałam, często obracałam się – że tak to nazwę – w gejowskich kręgach. Z dwoma gejami się przyjaźniłam, z trzecim pracowałam, z czwartym otworzyłam biznes, piąty, szósty i siódmy to moi bliscy sąsiedzi, ósmy i dziewiąty byli niańkami moich dzieci. Tyle w skrócie. Lubię ich wszystkich, ale nie dlatego, że są gejami i na siłę próbuję przełamać stereotyp, ale dlatego, że są porządnymi ludźmi. Przebywając długi czas w ich towarzystwie, w ogóle zapominałam o ich preferencjach, bo po pierwsze guzik mnie obchodziły, a po drugie ich zalety spychały wszystko inne na dalszy plan.

To tyle słowem wstępu, co by nie przedłużać.

Film „Boy Erased” od jakiegoś czasu wisiał u mnie w kinowych propozycjach. Zdecydowałam się w końcu go obejrzeć, przez program na który trafiłam kilka dni temu. Dowiedziałam się z niego, że w wielu miejscach w Polsce wciąż jeszcze uważa się homoseksualizm za chorobę. Chorobę, z której, rzecz jasna, można się wyleczyć. Dziennikarka TVN zrobiła prowokację, dzwoniąc do takiej „kliniki” jako lesbijka, chcąca być hetero. Pan doktor (?) oświadczył, że owszem, oczywiście jest to możliwe i on, ten pan doktor ją uleczy.

Pomijając osobiste ludzkie uprzedzenia – kto jak kto, ale lekarz to chyba powinien wiedzieć, że już w latach 70 oficjalnie wykreślono homoseksualizm z listy chorób. Trzeba też przyznać, że od tamtego czasu poczyniono ogromne (szeroko rozumiane) postępy w tym temacie. A tutaj znowu witamy w zasiedmio-ciemno-grodzie.

Ale do brzegu, kobieto…

Obejrzałam więc film „Boy Erased”. Jest to prawdziwa historia pisarza Gerrarda Conleya.

Jest spokojny i miły osiemnastolatek, Jared (Lucas Hedges). Jest jego ojciec – pastor z przysadzistą posturą i sporym brzuszkiem, który w napisach końcowych okazał się być Russellem Crowe. (Szok! Przez cały film zastanawiałam się, skąd znam tę twarz). Jest i praworządna matka, Nicole Kidman, której czas się, cholera, nie ima, więc wygląda, jak wygląda. Jest też Joel Edgerton w roli charyzmatycznego uzdrowiciela (oraz reżysera i scenarzysty).

Wierząca rodzina pastora. Nadzieje pokładane w jedynym synu, który wykazuje skłonności homoseksualne. Kontrowersyjna metoda uleczenia.

Reszty możecie domyślić się sami. Albo po prostu obejrzeć film.

To kolejny film skłaniający do refleksji i kolejny, który pokazuje jak ważne jest wsparcie bliskich w problemach dorastającego człowieka. Być może też jest odpowiedzią na wiele pytań. Kto w chwili największej próby poda nam rękę? Bóg? Rodzice?

 

 

Igrzyska śmierci

 

Chyba każdy, kto najpierw obejrzy jakiś film, a potem sięgnie po książkę, nie opędzi się od wizji, grających w nim aktorów. Czy chce, czy nie, porównuje postaci, ocenia czy pasują, czy może wręcz przeciwnie. W tym wypadku, oczywiście, było tak samo, jednak wciąż trudno jest mi stwierdzić z całą pewnością, że dokonano idealnego wyboru. Niemniej, podczas castingu spisano się całkiem nieźle. Miałam tylko kilka zastrzeżeń, co do wyglądu bohaterów. Książkowa Katniss jest niewysoka, wręcz filigranowa, co trudno jest powiedzieć o grającej ją Jennifer Lawrence. Pita, z kolei jest niezwykle przystojny, a w filmie… jednak nieco mniej, ale to rzecz gustu. Inaczej też wyobrażałam sobie Cinnę, stylistę, przygotowującego Katniss do Igrzysk. Inaczej, ale nie lepiej – wszak Lenny Kravitz urodą zwala z nóg, więc nie mogę się czepiać.

Film „Igrzyska śmierci” wywarł na mnie ogromne wrażenie, mogę go oglądać na okrągło, gdy tylko leci w TV. Po raz pierwszy – rzecz niesłychana – miałam wątpliwości, czy książka dorówna filmowi. Po lekturze okazało się, że nadal lubię film, a teraz jeszcze dodatkowo książkę.

Dla tych, którzy nie oglądali i nie czytali nie mam złotej rady, bo trudno stwierdzić jaka kolejność jest właściwa. Myślę, że nie ma to znaczenia, bo z jednej strony świetnie się uzupełniają, a z drugiej zachowują odrębność.

Nie wiem, czy jest sens pisać o fabule, może tylko pokrótce, dla tych, którzy jeszcze się z nią nie zetknęli.

Fantastyka nie należy do moich ulubionych gatunków, a jednak lubię taką wizję świata i możliwe scenariusze, co by było, gdyby. Albo raczej co będzie jeśli (jeśli co?), jakie będzie życie tych, co przetrwają (przetrwają co?) Wielką katastrofę? (do której zapewne sami doprowadzimy). Tak, czy inaczej nie jest to wyjaśnione ani w książce, ani w filmie, więc i ja uznam to za mało istotne.

Mamy zatem nowy świat, już po. Wiele lat po. Ziemia, należąca onegdaj do Stanów Zjednoczonych, jest teraz państwem Panem, podzielonym na 13 dystryktów. W Panem panuje ustrój totalitarny, z siedzibą rządu w stolicy – Kapitolu. Państwo jest samowystarczalne, a poszczególne dystrykty odpowiadają za pokrywanie podstawowych potrzeb. Oczywiście główne racje wędrują do Kapitolu oraz elit, a mieszkańcy dystryktów głodują. Jedyny bunt został krwawo stłumiony przez rząd, który na pamiątkę tego wydarzenia, ku przestrodze społeczeństwa, organizuje coroczne igrzyska. W igrzyskach na śmierć i życie, walczą trybuci, wylosowani z każdego dystryktu. Katniss zgłasza się na ochotnika, zastępując młodszą siostrę.

Fabuła filmu i treść książki pokrywają się, wiadomo. Wiadomo też, że film ma określony czas trwania i nie jest w stanie oddać wszystkiego, co zawiera książka. O ile brak mniej istotnych rzeczy można zrozumieć, o tyle tych znaczących dla całej opowieści – już nie bardzo. Weźmy, na ten przykład, kosogłosa. W filmie motyw tego ptaka przewija się w wielu scenach, i widz ma poczucie, że jego obecność jest ważna, że coś oznacza… Tylko co? W książce zostaje wyjaśnione skąd się wziął, dlaczego, co więcej – okazuje się, że odgrywa dość istotną rolę.

Ale, co złego to nie ja, i czepiać się dłużej nie zamierzam. Zwłaszcza, że i film, i książka warte są poświęconego im czasu.

Kobieta (nie)pracująca, sprawy (nie)ogarnięte

Jestem dumna z mojej Wiktorii. Bardzo dumna. Jednak moje wychowanie nie poszło w las i nie zanikło w odmętach makijażu i instagrama. A było to tak:

Wika to kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi. Była już modelką, opiekunką, pracownicą kebabu w szczycie sezonu w Międzyzdrojach, malowała dzieciom twarze, roznosiła ulotki, rozdawała chusteczki (przy okazji: mam trzy kartony Velvet, ktoś reflektuje?)

Jednym słowem: praca jej nie straszna.

Ostatnio porzuciła wszystkie inne „zawody” na rzecz jednego – chciała pracować jako kelnerka w eleganckiej wegańskiej restauracji. Gdy zaproszono ją na dzień próbny była wniebowzięta.

Zadzwoniłam do niej wieczorem z zapytaniem jak poszło. Stwierdziła, że dobrze, że praca ciężka, ale ona lubi takie wyzwania, i że właściwie już ją zatrudnili.

Ale…?

Ale ona tam nie pasuje.

Pamiętając, że ze wszystkich przymiotników określających restaurację, wybija się słówko „ekskluzywna”, pytam:

– Byłaś nieodpowiednio ubrana?

– Nie, no coś ty?!

– Byli dla ciebie niemili?

– Nie, wręcz przeciwnie.

– No to o co chodzi?

Przez chwilę cisza w słuchawce.

– Bo tam przyszła na obiad taka rodzina. Ten pan cieszył się, że mógł wreszcie zabrać żonę i dzieci do tego miejsca.

– No i?

– No i szefowa z kelnerką śmiały się z nich na zapleczu, bo nie wiedzieli jakiego widelca użyć. Miałam łzy w oczach. Nie chcę pracować z takimi ludźmi.

Miałam ochotę wyściskać ją i wycałować.

Wczoraj zadzwonili, że ją przyjmują, a Wika odmówiła. To była dla niej trudna decyzja, bo potrzebuje pieniędzy i marzyła o takiej pracy. Martwiła się, że nie znajdzie innej, a wtedy przekonaliśmy ją z Tomkiem, że karma wraca. Tomek dał tej karmie tydzień, ja dałam dwa dni.

Zaraz po odmowie, gdy tylko się rozłączyła, zadzwonili ze swojskiej pizzerii i zaprosili Wikę na dzień próbny. Trzymajcie kciuki.

…………….

Nie wiedzieć jak i kiedy, skumulowały mi się sprawy urzędowe. Dziwne. Wydawało mi się, że na załatwienie każdej z nich mam co najmniej miesiąc. W sumie może i tyle miałam. Teraz zostały mi trzy dni. Działałam, jak zwykle w myśl zasady „Co masz zrobić dzisiaj – zrób jutro,  a co masz zrobić jutro – nie rób wcale”. Czy też „Co masz zrobić dzisiaj – zrób pojutrze. Będziesz mieć dwa dni wolnego.” W związku z powyższym, miałam osiem spraw w pięciu urzędach (albo na odwrót), mieszczących się – a jakże  – w różnych, odległych od siebie dzielnicach. Normalnie bym to ogarnęła, ale w trzy dni? Nie było w tym chronologii, nie było logistyki, nie było sensu.

Co więcej, do przynajmniej połowy tych spraw potrzebowałam papierka – rachunku, kopii wniosku, paragonu, czy czego tam, kurwa, jeszcze. Rozpoczęłam poszukiwania. Czynność ta zabrała mi cały poniedziałek i połowę wtorku.

Z pierwszym świstkiem poszło łatwo. Zadziwiające, ale był tam, gdzie spodziewałam się, że będzie.

Z drugim było nieco gorzej, gdyż nie był tam, gdzie spodziewałam się go znaleźć, ale w innej teczce.

Trzeci był w jedenastej z przeszukanych, a wyglądał tak, że moje wysmarkane chusteczki prezentują się o niebo lepiej.

Czwartego i piątego nie znalazłam wcale, po dziś dzień, choć przeszukałam na czworaka szuflady, komodę, szafkę na buty, bieliznę, lodówkę i okolice. Zerwałam nawet kilka luźnych paneli.

Szóstego świstka nie kojarzę, więc nawet nie wiedziałam czego szukać.

Plus jest taki, że przy okazji zrobiłam porządek w papierach, jakiego świat nie widział. Odwaliłam kawał naprawdę dobrej roboty. Za stos otrzymanej makulatury, 35 lat temu dostałabym z pięć naręczy papieru toaletowego. Wszystkie papierzyska skrupulatnie darłam i wrzucałam do dużego kartonu, przy aktywnej pomocy uradowanej Tamalugi. Wypełniłam go po brzegi.

……………

To na koniec – humoreska.

Kładziemy Tamalugę na popołudniową drzemkę. Pokój ma okno od ulicy. Wychodzimy przed dom, rozmawiamy z sąsiadką. W pewnej chwili, z okna od strony podwórka słychać jakiś cieniutki głosik.

– No, patrz! – mówi Tomasz. – Co za łobuziak. Nie dosyć, że nie śpi, to jeszcze wyszła z pokoju i poszła do Oliwii!

Po czym zapukał w parapet i krzyknął:

– Co tam się dzieje?! Dlaczego nie śpisz?! Ja wszystko słyszę!

Zagapiłam się na niego przez chwilę.

– Tomek, to nie jest nasz parapet. Właśnie krzyczysz na kota sąsiada.

Sąsiadka, stojąca obok, z grzeczności była bardziej powściągliwa. Ja padłam ze śmiechu.

 

Szukałam piosenki z reklamy Citroena. Szukajcie, a znajdziecie.

 

Rozstanie i powroty z kupą w tle

W jednym odcinku Simsonów, Bart gubi na spacerze swoją malutką siostrę. Wraca do domu przerażony, myśląc co powie rodzicom. Układa sobie w głowie dwie wersje:

„Mamo, tato, dzieci teraz tak szybko odchodzą z domu…”

oraz:

„Mamo, tato, była taka mała, że nie zdążyliśmy się do niej przyzwyczaić…”

Moja Wika nie jest już małą dziewczynką i nie wiem, czy szybko odeszła z domu. Wiem, że na pewno zdążyliśmy się do niej przyzwyczaić.

Zrobiło się więcej luzu, to fakt.

Zyskaliśmy więcej prywatności, to fakt.

Odciążyła nas finansowo, to teoretycznie fakt. Praktycznie jest u nas codziennie, albo co drugi dzień. Gdy nie ma zajęć tarabani się już o ósmej, robiąc hałas i zamieszanie skrobiąc kluczem w zamku: „Halo?! Jesteście tam?! Co, już wymieniliście zamki?!”

Gdy podjęła TĘ decyzję, pochlipałam trochę, tak w ukryciu. Tomek stwierdził, że Wika zaraz wróci, bo wystarczą jej trzy rundki do pustej lodówki. Oliwia, o dziwo zalała się łzami, zresztą obie płakały przytulone, a widok ten bardzo mnie uradował. Na drugi dzień po powrocie ze szkoły ujrzawszy Wikę grającą na komputerze, Oliwia stwierdziła, że jednak niewiele się zmieniło.

Wika wpada do nas na obiady, a ja zostałam słoikową mamą.

Córka ma – kuchnię ma.

A w tej kuchni płytę indukcyjną, ale nie ma garnków ani patelni. Wątpię żeby była tym faktem jakoś specjalnie zdruzgotana. Nie widzę jej też przy praniu.

– Pewnie będziesz mi przynosić rzeczy do prania, co?

– Sama będę prać – uniosła się honorem. – Tylko musisz mi kupić to do pralki…

– Brudne ciuchy?

– Oj, mama! Wiesz o co chodzi. Te płyny, czy co tam… No, taki niezbędnik pralkowicza.

I nawet nie mogę sama siebie zapytać, gdzie popełniłam błąd. Ja wiem, gdzie go popełniłam: przy obsłudze pralki.

Wybieram się na parapetówkę do własnej córki. Jakie to dziwne. Póki co, byłam tam raz. Piąte piętro bez windy odcisnęło piętno na mojej psychice i nogach.

Oczywiście, jak to ja, starałam się znaleźć dobre strony – zawsze to jakieś ćwiczenie kondycji,

oraz pomyśleć, że mogło być gorzej – mogłam włazić po tych schodach z Tamalugą w wózku…

Albo skacowana, po operacji biodra, z dwiema walizkami i Tamalugą w wózku.

…………………………………………

Ostatnio uświadomiłam sobie (również dzięki wpisowi Kury domovej), że i w naszym życiu temat kupy często wysuwa się na prowadzenie. Tamaluga nadaje tej codziennej czynności wymiar prawie mistyczny. Temat nie znika wraz z zawartością nocnika. Temat wymaga poklasku, refleksji a nawet nadania mu imienia, zależnie od, że tak powiem, formy. Jest więc, między innymi, kupa tygrysek, kupa żółwik, kupa choinka. Podczas spacerów, natomiast, szeroko komentowane są kupy pozostawione przez łałały, czyli psy, gdyby ktoś się zastanawiał. Swoją drogą, zauważyliście że chodniki znowu są zapaskudzone?

– Tata teś lobi kupe – stwierdza filozoficznie. – I mama.

Ja: – Tak.

Tamaluga:  – Ola teś, i Kiki.

Ja: – Tak.

Tamaluga: – Ciocia Asia teś lobi kupe!

Ja: – ……

Tamaluga: – Ludzie teś lobią kupe?

Ja: – ……

Przechodnie: – ……

Pozostając w temacie Tamalugi. Jej fascynacja lokalnym klubem sportowym nasila się z dnia na dzień. Już wie, że rozgrywają się tam mecze i co to takiego. Szczerze mówiąc ja sama dawno przestałam mu kibicować. Gdy zaczęli dawać dupy, stwierdziłam, że i moja dupa niepotrzebnie marznie na plastykowym krzesełku. Najpierw przestałam chodzić na mecze w zimne dni, potem przestałam chodzić w ogóle. Nie chcę jednak zabijać pasji mojej córki, a niech tam. Tata zabiera ją tam na spacery, kiedy sobie zażyczy.

Jej życzenie jest dla niego rozkazem.  Ostatnio jak zwykle marudziła przed snem, bo nadejście pory snu jest dla Tamalugi czasem ważnych potrzeb. Chce mleko, kakao, misia, buzi, psitul, znowu buzi, citaj, śpiewaj, mleko, kakao, psitul. Gdy wykorzystała już wszystkie powyższe możliwości, zapragnęła różowego smoka, (takie małe gówienko z jaja niespodzianki, co się w kółko gubi i cała rodzina szuka). Tu nastąpiła wymiana poglądów między tatą, a Tamalugą:

– Nie wiem, gdzie jest smok.

– Wieś, wieś.

– Nie wiem. Może jutro poszukamy?

– Mozie telaś, cio?

– Nie, jest już późno, smok na pewno gdzieś się schował i śpi.

– W zabawkach chyba jeśt, ja pokazie.

– Nie, Tamalugo, śpij!

Czytałam książkę, więc powyższego dialogu słuchałam jednym uchem. Gdzieś w podświadomości odnotowałam, że zapadła cisza i nawet się zdziwiłam, że po kategorycznej odmowie Tomka, Tamaluga tak potulnie zasnęła. Nagle Tomasz zapytuje mnie spokojnym głosem:

– Nie wiesz może kiedy sytuacja przybrała TAKI obrót?

Zerkam znad książki: Tomasz stoi przy łóżeczku z pudełkiem zabawek, a Tamaluga spokojnie w nim grzebie w poszukiwaniu smoka.

 

Moja lista

 

Ksiądz Leszek Główczyński

 

 

 

 

 

 

Ksiądz Marek Pożarski

 

 

 

 

 

 

Obiecałam sobie kiedyś, że nie będę poruszać na blogu tematów poważnych, w tym polityki, na ten przykład. (Gdybym zaczęła o niej pisać, to nigdy bym nie skończyła. Po pierwsze dlatego, że to co dzieje się w polityce nie ma końca. Po drugie dlatego, że polityka interesuje mnie od zawsze (surprise!) i gdybym dosiadła tego konia to… też nie miałoby końca). Niemniej, są pewne zjawiska społeczno medialne, do których chciałabym się czasami odnieść.

Do księży katolickich mam stosunek nijaki. Nigdy nie odbierałam ich jako istot wyższych, ale nigdy też nie miałam z nimi problemu. Nie wierzę w oczyszczającą moc spowiedzi, ale wierzę w oczyszczającą moc modlitwy. Zetknęłam się na swojej drodze z duchownymi chamami, i duchownymi wykorzystującymi swoją pozycję, i duchownymi gburami, ale też z całkiem sympatycznymi ludźmi.

Pedofilia to jest coś, co należy tępić bezwzględnie, bezwarunkowo w każdym przypadku, w każdej grupie, w każdym kręgu. Co do tego nie ma chyba żadnych wątpliwości. Nie wiem czy pedofilia w kościele bulwersuje bardziej. Może zagorzałych katolików, dla których duchowieństwo jest stanem mistycznym, pośredniczącym między szarym Kowalskim a Panem Bogiem. W końcu ksiądz to nie jest zawód, tylko wybór życiowej drogi. Takiej drogi, w której powołanie powinno absolutnie odgrywać kluczową rolę.  Dlatego i owszem: od księży wymaga się więcej. Mnie pedofilia bulwersuje zawsze i równie mocno, czy to w kościele, czy na ławce w parku, nie ma znaczenia. Niewątpliwie jednak to o kościelnej pedofilii jest ostatnio najgłośniej. Nie będę się w to zagłębiać, bo już się wielu zagłębiało, a nawet ktoś tam pokusił się o scenariusz do filmu, a potem podjął się reżyserii i poszło w świat. Ja dzisiaj chcę napisać o czymś innym.

Gdy temat sięgnął medialnego zenitu, i ja usiadłam i pomyślałam.

Pomyślałam o ofiarach i o tym jak bardzo im współczuję.

Pomyślałam o tym, czy tak naprawdę znam jakiegoś fajnego księdza.

Pomyślałam, że znam. I to niejednego.

Pomyślałam też, że warto mówić o wyjątkach, nawet jeśli tylko potwierdzają regułę. Zwłaszcza wtedy.

Dzisiaj opowiem o dwóch.

W Gimnazjum Salezjańskim, w którym uczyła się Wiktoria był ksiądz Leszek Główczyński. Postać absolutnie niesamowita. Otaczała go tak pozytywna aura, że nawet Tomka zabrało(!) Uśmiech księdza Leszka był zaraźliwy. Uwielbiał uczniów z wzajemnością. Byli absolwenci, w tym Wiktoria, co roku w jego urodziny odwiedzali go w dawnej szkole, przynosząc kwiaty i czekoladki. Zawsze miał dla nich czas, zawsze ich słuchał, wspierał. W zeszłym roku Wika wróciła z takiego spotkania ze łzami w oczach. Okazało się, że ksiądz Leszek opuszcza nasze miasto, żeby zająć się swoją schorowaną mamą.

Ksiądz Marek Pożarski, uczący religii w liceum Oliwii ma zawsze na swoich lekcjach 100 procent frekwencji. Gdy pojawia się na szkolnym korytarzu, witany jest brawami. Przypuszczam, że nauczyciele mogą być o niego zazdrośni. Uwielbia młodzież, uwielbia uczyć, a właściwie spędzać czas z uczniami, bo wystarczy, ze po prostu są i może z nimi porozmawiać na różne tematy. Odnosi się do nich z sympatią i szacunkiem, interesuje się ich życiem, pasjami, wyborami. Nawet najwięksi wagarowicze wracają do szkoły na religię, toż to szok normalnie.

Mam nadzieję, że każdy z was może znaleźć w pamięci takie wyjątki. Nie tylko wśród księży, ale wśród wielu sfer zawodowych, grup, instytucji. Zwłaszcza takich, które budzą kontrowersje, które stają się ofiarami niechlubnych wydarzeń, które bywają wyrzutem sumienia opinii publicznej. Policja? Służba zdrowia? Polityka?

Może nawet ktoś z was o tym napisze?

Na koniec odbiegnę od tematu, chociaż właściwie niezupełnie. Przedwczoraj trafiłam na program o Helence Kmieć. Ktoś zna? No właśnie. Dlatego miło wiedzieć, że telewizja publiczna czasami wypełnia swoją misję. Na reportaż trafiłam, gdy już trwał, ale szybko skojarzyłam sprawę sprzed dwóch lat – morderstwa Polki w Boliwii. Przeczytałam wtedy o tym krótką notkę, ale jakoś mi to zostało w pamięci. Do przedwczoraj jednak nie miałam pojęcia kim była Helenka, której życie tak brutalnie przerwano.

Helena Kmieć – pochodząca z Libiąża dziewczyna, zwyczajna i niezwykła, inteligentna i wszechstronnie utalentowana. Ukończyła Leweston School w Sherborne, a potem Inżynierię i Technologię Chemiczną na Politechnice Śląskiej. Miała wiele pasji; śpiew, podróże, górska wspinaczka, jazda na rowerze. Przez chwilę była nawet stewardessą. Powoli spełniała swoje marzenia, ale naprawdę czuła, że żyje dopiero wtedy, gdy poświęcała się dla innych. Angażowała się w akcje charytatywne, działała w Katolickim Związku Akademickim, pomagała w nauce dzieciom w świetlicy Caritas. W 2012 została wolontariuszką w Wolontariacie Misyjnym „Salvator”, w ramach którego prowadziła półkolonie dla dzieci, między innymi na Węgrzech i w Rumunii. W Zambii zajmowała się „dziećmi ulicy”, ucząc je czytania, pisania, matematyki i języka angielskiego. W styczniu 2017 roku podjęła służbę na placówce misyjnej sióstr służebniczek dębickich. Wraz z nimi współtworzyła przedszkole – ochronkę dla maluchów. Własnoręcznie ozdabiała malowidłami pokoje i korytarze. Ciągle przytulała dzieci, twierdząc, że właśnie tego najbardziej potrzebują. Była pogodna, radosna, a przy tym bardzo skromna. Jej rodzina i przyjaciele zgodnie stwierdzili, że byłaby wręcz zażenowana szumem jaki niechcący wywołała.

24 stycznia 2017 jakiś świr napadł na ochronkę w celach rabunkowych. (Really? Rabunkowych? Na ochronkę? Co spodziewał się tam znaleźć?)

Nie wiadomo dokładnie, czy zepchnął dziewczynę z łóżka, czy po prostu stanęła mu na drodze. Helena Kmieć zginęła od ciosów nożem. Za dwa tygodnie świętowałaby 26 urodziny.

Pogrzeb zorganizowały polskie władze i miał charakter państwowy. Mszę odprawił kardynał Dziwisz. Na uroczystość przybyły tłumy, w tym wielu członków Związku Harcerzy, wszyscy płakali.  Helenę odznaczono pośmiertnie, między innymi Złotym Krzyżem Zasługi za działalność charytatywną i zaangażowanie na rzecz osób potrzebujących pomocy. Ustanowiono Fundację jej imienia, propagującą pomoc dzieciom w krajach misyjnych. Nadano jej tytuł Honorowego Obywatela Libiąża, a także nazwano na jej cześć jedną z ulic.

O takich ludziach trzeba mówić, żeby ich życie nie przeszło niezauważone.

Słowotwór Obcy

Powziąwszy, wynikłą z chwili nudy decyzję, zainteresowania Tomasza lokalną florą, zatoczyłam dłonią szeroki gest. Manewr obejmował kuchenny parapet, na którym w większych i mniejszych szklankach stały kwiatki na Dzień Kobiet. (Cierpię na wazonowy deficyt).

– Zobacz, jaki piękny ten różowy. To od sąsiada.

– Mhm.

– A ten, fioletowy? Nietypowy kolor, co?

– No.

– To od naszego przyszłego zięcia.

– Lizus.

– To samo powiedziała Wiktoria.

Nie wiedzieć dlaczego, Tomasz nie podzielał mojego florystycznego entuzjazmu.

– A o moim kwiatku to nic nie powiesz – stwierdził z wyrzutem. – Wychwalasz wszystkie inne…

– No, twój też, wiadomo…

Ścisnęłam z czułością kielich kwiatka i zagapiłam się w jego środek. Wychodził z niego jakiś pręcik i rozchodził się na cztery.

– No, też jest fajny. Ma twarz jak Obcy Predator.

– No wiesz?!

– Przepraszam, tak mi się skojarzyło…

– No wiesz?! Pomylić Obcego z Predatorem?!!

I znowu poczułam się jak bym grała w Shreku: „Tak, masz prawo zachować milczenie, ośle. Problem w tym, że z niego nie korzystasz!”

 

Chyba tylko mnie samą martwią dziwne skojarzenia i nienormalny odbiór bodźców wizualnych. Chociaż lubię zabawy w „Co widzisz na obrazku” i „Trzy pierwsze skojarzenia”, nie znaczy, że moje odpowiedzi są standardowe, i że wpisuję się w tak zwany ogół. Wcale nie znaczy. Zaczęłam wysuwać nieśmiałe przypuszczenia, że coś jest ze mną nie tak. Ot, chociażby we wpisie u Asi (https://zolza73.blogspot.com/2019/03/pozadanie-mieszka-w-szafie.html) . Na zdjęciu okładki jest kobiecy tyłek, widziany (nomen omen) od tyłu. Przypuszczam, że tylko ja dostrzegłam na nim stojącą bokiem ciężarną kobietę, na której udzie – o zgrozo – odznacza się penis. Według programu „Pułapki umysłu” otwiera mi się niewłaściwa półkula. Nie pamiętam czy lewa zamiast prawej, czy na odwrót. W każdym razie niewłaściwa. Gdybym podążyła tym tropem, wyjaśniłoby się wiele moich irracjonalnych zachowań. Mogłabym z powodzeniem tłumaczyć tym niemal wszystko. Tak naprawdę problem nie rozbija się o moją niewłaściwą półkulę, ale o to, że świat tego nie rozumie. W ogóle naprawa zaburzeń w komunikacji międzyludzkiej jest kluczem do wszystkiego.

To tak, jak z Tamalugą.

Zazwyczaj ją rozumiemy. Przeważnie oboje, ale czasami jeśli nie ja, to Tomek, jeśli nie Tomek, to ja. Ale bywa też, kochani, oj bywa, że dziecka NIKT NIE ROZUMIE. Ani ja, ani Tomek, ani cierpliwie ucząca się jej języka, Oliwia, ani, zapisująca zwroty na kartce, Wiktoria. NO NIKT. Przeważnie Tamaluga tłumaczy nam cierpliwie, a polega to na tym, że uparcie powtarza niezrozumiałe słowo. Co oczywiście niczego nie zmienia. W ostateczności pokazuje gestami (jest w tym naprawdę kreatywna), a w ostatecznej ostateczności, gdy wszystko zawodzi, z cierpliwością włącznie – wpada w lekką histerię.

Na szczęście zazwyczaj rozwiązanie zagadki wypływa z kontekstu:

– Dzisiaj jeśt dzień i jeśt zimno. I pada deść.

– Tak, pada deszcz, i nie możemy iść „Tatanienie”*

– Moziemy. Tami musi mieć siasiasiuke.

– Hmmm.

– Tami chcie siasiasiuke!

– Eeeee…

– SIASIASIUKE pink!

– Parasolkę?

– Tiak!

– Różową?

– Tiak!

– A skąd?

– Kupimy w śklepie.

– W jakim sklepie?

– W „Pepco”.

 

Pozostając w temacie Tamalugi. Ostatnio była z Tomkiem w sali zabaw. Tomek poszedł do toalety, i słyszy „Tataaaa!!! Tauuuuś!!!” Wybiega, ledwo zdążywszy zapiąć spodnie. Wbiega na salę, a stojąca na środku Tamaluga, krzyczy: „Tatuś!!! Kocham cię!!!”

I tym optymistycznym akcentem mogłabym zakończyć, ale coś mi się jeszcze przypomniało.

Nowe słowotwory nie przestają mnie zdumiewać, i chociaż są już w powszechnym użyciu (jak? kiedy?) wyłapuję je z opóźnieniem.

„Możemy te życzenia dla dziadka sforwardować do wszystkich dziadków!” – wykrzyknął entuzjastycznie z telewizora, Marcin Prokop, a mnie na chwilę przytkało. Że co możemy zrobić??? Rozpoczął się u mnie intensywny proces myślowy, z którego jestem bardzo dumna, bo trwał zaledwie pięć sekund. Wyraz skojarzył mi się ze skrzynką e-mailową i po nitce do kłębka… Jak widać, czasami otwiera mi się ta właściwa półkula.

Ja: „Słyszałeś?”

Tomek: „Słyszałem. Myślę, że z dwojga złego lepiej sforwardować, niż wylałdować”.

I tego się trzymajmy, kochani. Forwardujcie swoją miłość gdzie popadnie!

To na absolutnie końcowy koniec, rysunki Tamalugi:

Tamaluga i Tatuś

Scena zbiorowa

*TATANIENIE jest to, w języku Tamalugi jedno słowo, nie mające nic wspólnego z tatą. Istnieje od zawsze i oznacza spacer, wyjście z domu. Jeśli poza domem jest akurat tata, Tamaluga stwierdza, że „Tata jeśt na tatanienie”.