Dobry zwyczaj – nie pożyczaj. Lepiej zostaw naklejkę na drzwiach

Boszszsze, jak ja nie lubię pożyczać samochodu! To znaczy, od kogoś, a konkretnie od K. Na szczęście robimy to rzadko, w przypadkach „emergency”, zazwyczaj gdy trzeba przemieścić Pana Roniowego z punktu A do punktu B. Do tego celu (niestety) potrzebujemy samochodu większego, przestronnego, potrafiącego nie tylko pomieścić psie gabaryty, ale też zapewnić mu pewien rodzaj komfortu, czyli, np. ułatwić wyciągnięcie przednich lub tylnych łap, albo wszystkich czterech na raz, bez stresu, że o coś zahaczy, porysuje fotel, zwolni ręczny itp… Wtedy pozostaje nam K, który i owszem, i chętnie, ale w praktyce to niechętnie i zdecydowanie raczej nie. Przede wszystkim, jeśli pożyczamy auto od 9 do 12, to już 12:10 musimy zapierniczać pod blok K, łamiąc wszelkie przepisy. Bo K akurat o tej godzinie potrzebuje samochód, chociaż leży w łóżku z gorączką. Zbiega wówczas na dół, choćby w szlafroku i z termometrem w paszczy i dokonuje powolnych i dokładnych oględzin swego szrota, pardon – cudeńka… Nie znalazł dotąd żadnej rysy, ale nigdy nic nie wiadomo, prawda? Druga sprawa: fakt, że auto oddajemy zatankowane jest chyba rzeczą naturalną i zrozumiałą samą przez się. Inna sprawa, że oddajemy również odkurzone i wymyte, czego już robić raczej nie musimy, zwłaszcza, że nie my brudzimy, tylko K… Nie spodziewamy się podziękowania (choć byłoby miło). Zamiast tego dostajemy zjebki. „No dobrze, dobrze, ale dlaczego moje okulary nie są w drzwiach, tylko w schowku?” Zabij mnie: nie mam na to wytłumaczenia. „A gdzie moja zapalniczka?” „Przecież są dwie” – pokazuję. „No, właśnie: dwie, a były trzy…” „Masz na myśli tę zieloną, zepsutą i bez gazu?” pytam. „Tak, dokładnie.” „W śmietniku. Ale wiem w którym. Jeśli nas podwieziesz, jest jeszcze szansa…” K nie wyczuł sarkazmu, Tomek parsknął śmiechem. „Tym razem trochę niedomyty na tej myjni…” ciągnie K niezrażony. Cóż za niedopatrzenie! Już wdziewam bikini, chwytam gąbkę i niczym w amerykańskim teledysku pierdyknę ci szoła pod oknem. Ciekawe tylko, co na to twoja żona. Tomek nie wytrzymuje: „Wiesz co, tak na dobrą sprawę nie muszę go nawet sprzątać w środku, i nie robię tego dla ciebie, ale dla mojego dziecka, żeby nie siedziało w syfie jaki po sobie zostawiasz.” Jeszcze zabawniej było, gdy K pożyczył nam samochód na dwa dni, a potem dzwonił co 3 godziny, z uprzejmym zapytaniem, czy jeszcze go potrzebujemy…
Spotkałam dzisiaj sąsiada. Tego od psa. Stwierdziłam, że jego pierdolec, na punkcie swojej Zuzi sięgnął zenitu. A raczej dna… Zamówił, bowiem, pudło naklejek z wizerunkiem Zuzi, jak je, śpi, stoi… Na ch… olerę mu to? Nie wiadomo. Pozostanie to taką samą zagadką, jak sens produkcji woskowych kredek. W każdym razie, gdy nam to oznajmił – oboje z Tomkiem zawyliśmy ze śmiechu, a mina sąsiada – bezcenna. (Za resztę zapłacisz naklejkami). Gdy później jechaliśmy samochodem, mówię do Tomka: „Ty, a choć nakleimy mu na drzwiach „Zuzia to suka”…” Dobrze, że akurat stanęliśmy na czerwonym. Muszę zapamiętać, żeby nie rozśmieszać Tomka w trakcie jazdy.
Wymienili nam domofon. Wreszcie! Ciągnęło się to ze dwa miesiące. Jakieś 3 tygodnie temu, po wielkich bólach i dziesiątkach szlugów spalonych przed klatką – wstawili nową wkładkę w drzwi, w miejsce zepsutej. No i dali nam po kluczu. Dorobiliśmy więc klucze dla całej rodziny, żeby dowiedzieć się, że… w sierpniu będzie całkiem nowy domofon. Gdzie tu sens, gdzie logika? No i teraz mamy nowy domofon, taki zagramaniczny, na szyfr! Co by było już całkowicie ściśle tajne – numery szyfru wrzucili nam do skrzynek. Wszystko zajebiście, ale „w razie pomyłki, wciśnij #” Wgapiałam się w guziczki na domofonie, aż mi oczy zaczęły łzawić, ale symbolu # nie dojrzałam. Mam prawo przypuszczać, że go tam nie ma, bo raczej trudno byłoby przeoczyć na 13 guzikowej klawiaturze… Także, tego… Aha, a drzwi i tak otwarte wszem i wobec, więc na nową (kolejną) wkładkę poczekamy następne tygodnie…

DSC_0384Stojąc na światłach samochodem, zastanawiamy się ilu kierowców sądzi, że daliśmy tak dziecku na imię… 😀

13 uwag do wpisu “Dobry zwyczaj – nie pożyczaj. Lepiej zostaw naklejkę na drzwiach

  1. Oby mój ojciec nie przeczytał tego wpisu, bo Księżniczka na chrzciny dostanie komplet naklejek ze zdjęciem psa. Na bank podchwyciłby pomysł.
    Ahaja, Ty naprawdę musisz mieszkać gdzieś koło mnie. A już na pewno mamy tego samego zarządcę nieruchomości. U nas z domofonem było tak:
    1. Przez 70 lat istnienia kamienicy jego brak nikomu nie przeszkadzał;
    2. Zainstalowano domofon i podłączono do mieszkań poza moim – bo za wysoko, to się nie chciało majstrom wspinać po schodach;
    3. Przez 4 lata po instalacji domofon nie działał w ogóle, tylko sobie był i wkurzał kurierów;
    4. Pewnego pięknego dnia zaczął działać, a ja zostałam bez instalacji w domu;
    5. Rok od punktu 4. po milionie telefonów do zarządcy (z prośbą, groźbą, głuchych i jakich tylko) mam wreszcie działający domofon! Alleluja!

    Polubienie

    1. Aaaa! Zapomniałam o twoim tacie! Faktycznie… 😀

      Nie jestem wielką zwolenniczką domofonu – u mnie jest głównie wyłączony, bo wszyscy, ale to WSZYSCY, od listonosza, kuriera, po Świadków Jehowy – dzwonią pod jedynkę i budzą mi Tamalugę! A, i jeszcze goście do sąsiadów spod dwójki, bo ci też nie mieli domofonu, bo nie było ich w domu, to im nie założyli 😀

      Polubienie

  2. Nie mam słów na tego K….. Opadły mi ręce i nogi. Powinniście kiedyś podjechać na żarty innym samochodem i po zduszeniu wściekłego śmiechu spowodowanego jego miną powiedzieć, że ups! wzięliście nie ten samochód!

    Usłyszałam niedawno historię, w której znajomy pewnej rodziny przyjechał z Niemiec z czekoladą dla synka tej rodziny. Położył czekoladę na stole, ale dziecka niestety nie było w domu. Więc przybysz z Niemiec (Polak oczywiście) zabrał czekoladę wychodząc od swoich gospodarzy…

    Polubienie

    1. Hehe, tak myślę, że na pewno coś mu wywiniemy 😀 Wiesz, ja bym naprawdę zrozumiała, gdyby to było faktycznie jakieś cudo prosto z fabryki, ale to grat 15 letni, że masakra! Jeszcze go Tomek podreperował, pasek zmienił… żeby w ogóle nas dowiózł 😀

      Normalnie rozwaliłaś mnie tym „Niemcem”! Że też tacy ludzie istnieją…!

      Polubienie

      1. Genialny patent!
        U mnie była kiedyś koleżanka znana z… oszczędności, łagodnie mówiąc. Przyniosła ciastka do kawy, ale że miałam już poczęstunek przygotowany, to zostały nieotwarte. I tak jak ten pan z Niemiec zabrała ciastka z powrotem. Może zaniosła je do następnej koleżanki, a potem jeszcze następnej… 😉

        Polubienie

    1. Dlatego nie lubię niczego pożyczać, to już naprawdę ostateczność. Chociaż wciąż pamiętam jeszcze czasy liceum, gdy co tydzień wymieniałyśmy się na ciuchy z koleżankami… 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s