Popieśćmy się z rozdziamganym didakiem

Ostatnio drażni mnie niepoprawna polszczyzna. Nie wymagam tego w e-mailach (nawet oficjalnych) czy na blogach, bo sama też popełniam błędy, a moja interpunkcja pozostawia wiele do życzenia. Skrzywienie zawodowe wymaga tego jednak od dziennikarzy, zwłaszcza w prasie papierowej (internet już dawno odpuściłam) i telewizji. Nie toleruję, gdy prowadzący program kaleczą język, nie wspominając o rażących bykach przesuwających się na dolnym pasku! Przoduje tu telewizja śniadaniowa, która regularnie dostarcza „kwiatków” podnoszących mi ciśnienie.
Na studiach uczyła nas poprawnej polszczyzny pewna znana pańcia, udzielająca się w lokalnej prasie (Makbetko, miałaś z nią zajęcia?) Facetka surowa, i dość mocno dała nam popalić, ale wpoiła nam pewne zasady, których (obsrani po gacie przed sesją) nauczyliśmy się i zapamiętamy do końca życia. Np. że „cudzysłów” odmienia się jak „rów”, a więc „w cudzysłowie”, a nie „w cudzysłowiu”. Że w „dwa tysiące siedemnastym”, a nie w „dwutysięcznym siedemnastym”. Że nie mówi się „ciężko stwierdzić”, bo ciężkie odnosi się do wagi fizycznej, itp… Jeszcze dziś ją widzę, jak stoi na podeście (miała chyba z metr, pięćdziesiąt) i patrzy na nas z pogardą, powtarzając, że „rzuca perły przed wieprze”… Co tu dużo mówić: zatruła nam mózgi na całe życie.
W związku z powyższymi wynurzeniami, nasuwa mi się pytanie: jak zwracać się do dzieci? Jak mam mówić do Tamalugi?
Już kilka razy pisałam, że uwielbiam to dziecięce przekręcanie słów, zmiękczanie wyrazów, skracanie zdań. No, po prostu kocham! „Eksperci” alarmują, żeby do dziecka zwracać się jak do dorosłego – pełnymi, poprawnymi i kwiecistymi zdaniami. Sorry, ale ja tego nie czuję. Czy to nie idiotyczne, gdy schylasz się do dwulatka, mówiąc: „Tadeuszu, nie pójdziemy dzisiaj na spacer, gdyż dżdżyście na dworze, w związku z czym istnieje uzasadniona obawa, iż zmoczysz obuwie”? Tamaluga zrozumie z tego tylko „nie” i „spacer”, co we wspólnym zestawieniu nie może mieć racji bytu, i co wykrzywi jej buzię w podkówkę. Ja powiedziałabym „Tamaluga, spacerek nie, bo pada deszcz.” Na co ona, chwytając się resztek nadziei, zasugerowałaby „auto brrrum?” „Nie, auto nie brum, bo tata papa.” Co ostatecznie też wywołałoby podkówkę, więc w sumie bez różnicy.
Najdziwniejsze jest to, że Tamaluga rozumie bardzo dużo z naszych rozmów i często musimy kodować słowa klucze. Mleko to EM, Ko (czyli smoczek, co też wie) to koniciwa, spacer to wojaże, wózek to kareta itd. Co jakiś czas zmieniamy, bo zaczyna wyłapywać i to 😀 Musimy mówić szyfrem, bo gdy np. niechcący zaczniemy planować przy niej dzień, i znajdzie się tam wyjazd samochodem do sali zabaw – Tamaluga wyjmuje z szuflady ubranka (na chybił trafił, również letnie sukienki), zwija w kłębek, pod pachę, w drugą rączkę chwyta butelkę z piciem i ustawia się przed drzwiami wyjściowymi, wołając „tata, mama, auto, brrrum, tam, juś” 😀 I weź jej teraz wytłumacz, no weż wytłumacz, że auto brum, i owszem, ale po południu…
Tak, więc, według mądrych poradników, zwracając się do dziecka, nie wolno nam się „pieścić”, czyli zmiękczać wyrazów. Dlaczego? No, właśnie tego do końca nie pojmuję. Pewnie, że też mówię do dziecka poprawnie, zresztą ono słyszy jak rozmawiamy między sobą. Ale często w rozmowie z maluchem… no po prostu aż się o pieszczenie prosi! Nie przemawiają do mnie argumenty, że „tak jej zostanie”, że „nabierze złych nawyków”. Tak samo mówiłam do dziewczyn, i co? Obie posługują się nienaganną polszczyzną. Nic im nie zostało. Po prostu wyrosły i – szok! – zrozumiały, że nie mówi się „ciuciu” tylko „cukierek! Jak każde inne dziecko, jak miliony innych dzieci, do których, w dzieciństwie rodzice „się pieścili”… Mało tego: pozwalałam moim dziewczynkom przekręcać wyrazy i tworzyć całkiem nowe określenia, dla tych już istniejących! Chyba najbardziej z dziecięcego słownika kocham właśnie te, wzięte z kosmosu słówka, kompletnie niepodobne do właściwych wyrazów. Wiktoria na rybkę mówiła „kodio”. Oliwia na muchę mówiła „tuń”. Miały całe mnóstwo takich słówek… A ja byłam szczęśliwa wchodząc do tego świata dziecięcej wyobraźni. Zawsze fascynowało mnie, jak w tej małej główce narodziło się tak niedorzeczne określenie… I nigdy nie udało mi się tego odgadnąć. Jedyne, co mogłam zrobić, to przedłużyć żywot tych magicznych słów, nie poprawiając ich… Może to nie było rozsądne, nie wiem, ale…
… dorośli, to co?
Nie wiem jak wy, ale ja niektóre rzeczy nazywam po swojemu. Zwłaszcza gdy się spieszę i ni cholery nie mogę sobie przypomnieć jak to coś się nazywa. Naprawdę jestem w tym mistrzem. Albo, o: słowo wytrych, zastępujące sto rzeczy, które tylko teoretycznie należą do jednej rodziny. Tomek, na ten przykład, mianem „didak” określa zapadkę w drzwiach, ćwieka, nita, zamek błyskawiczny, antenkę samochodową, korek do wanny, nasadki, zatyczki i inne takie.
A, królujące w wielu domach – tutka, fifka i wihajster?
Lis w „Małym Księciu” stwierdził, że mowa jest źródłem nieporozumień. Jestem pewna, że miał na myśli jedno słowo, mające wiele znaczeń. Bo niby skąd nieporozumienia? Tydzień temu wyjaśniałam Tamaludze, że ten przedmiot zmazujący ołówek, to gumka. Tamaluga spojrzała na mnie dziwnie, ale chyba uznała, że z mamą się nie dyskutuje i położyła ją sobie na główce. Przecież gumka to coś, czym się związuje włosy i wychodzą kiteczki…
Stoję w kolejce do stoiska z mięsem. Myślami jestem gdzie indziej. Pamiętam, że mam poprosić o dwa kotlety schabowe i rozbicie ich w maszynce. Nadchodzi moja kolej i pani z szerokim uśmiechem pyta „Co podać?”
„Schabowe, ale rozdziamgane…” zaczynam.
Uśmiech pańci przybladł nieco, ale nie tracąc rezonu – w końcu jest profesjonalistką – krzyczy w kierunku zaplecza: „Hanka! Mamy schabowe „Zamdziane?!”
I zanim zdążyłam zareagować, nadeszła odkrzyknięta odpowiedź:
„Nie ma! Mamy tylko od Sokołowa!”

 

26 uwag do wpisu “Popieśćmy się z rozdziamganym didakiem

  1. O jaaa! Jak ja dawno nie słyszałam słowa „facetka” 😀 Przypomniało mi się jak mówiliśmy np. facetka od geci (geografii jakby ktoś nie wiedział hehe)
    Wiesz, ja akurat bardzo lubię jak ktoś się ładnie wysławia, choć przyznam, że nie mam w tym kierunku wykształcenia i nie raz pewnie popełniam błędy na blogu, w mailach i mówiąc. Przez długi czas współpracowałam z korporacjami i nie do końca podoba mi się „korpo język” To skracanie, ułatwianie sobie to kurcze jest fajne i wygodne, w końcu my Polacy nie gęsi…
    A co do dzieci to cóż, trudno cokolwiek mówić mamie 3 dzieci, ja która dopiero zaczynam swoją przygodę z macierzyństwem;) Mogę tylko napisać jak to jest u mnie. Ja mówiłam do dzieci normalnie, nigdy nie zdrabniałam i nie powtarzałam po nich słów, więc one mówiły po swojemu a ja po swojemu. Oczywiście nie jakoś górnolotnie w stylu ” Kochanie, czy byłabyś uprzejma zlokalizować, gdzie znajduje się twój puder do miejsc intymnych?” Mówię normalne słowa w stylu „była impreza”, albo choć idziemy na „kibelek” (choć pewnie powinnam mówić toaletę 😉 ) ale trudno, żebym powtarzała słowa takie jak ostatnio opisywałam w poście o „siusiaczku” Ja mówię normalnie a J. powtarza Siusiaczek, kiedyś załapie, że to inne słowo.
    Myślę, że w tej całej filozofii chodzi o to, że dzieci rozumieją o co chodzi, ale nie potrafią tego powiedzieć dlatego wymyślają swoje słowa. Kiedy są gotowe mówią już normalnie. U mnie obie dziewczynki już jako dwulatki mówiły ładnie i normalnie, choć młodsza mniej wyraźnie i jak nie rozumiem to się wkurza i tupie nogą ( tak jak opisywałam przy bajce o siusiaczku 😉 , tak jakby chciała powiedzieć „Ty głąbie, przecież 10 raz mówię o co chodzi” 😉

    Buziaki

    Polubienie

    1. No widzisz? To tylko potwierdza, że dzieci i tak będą mówiły po swojemu. Chociaż zauważyłam, że jak przekręcam słówko tak, jak Tamaluga, to ona tylko na mnie patrzy zmarszczona. Rozumie dopiero jak mówię poprawnie. Może w tym jej wyrazie stawiam akcent nie tam, gdzie powinnam 😀
      W życiu bym nie powiedziała, że gecia to geografia. U nas było gegra. Facia od gegry. Facia od matmy. Facia od polaka. Facia od bioli. Facia od hiry itp…
      Widocznie co region, to inaczej:)
      Kochana, przypominam, że fakt bycia matką 3 nie czyni ze mnie ekspertki, ani trochę! Rzekłabym, że wręcz przeciwnie – czasami już nie wiem o co chodzi 😀

      Polubienie

      1. Ależ pewnie, że będą mówić po swojemu. Ja w domu „dupa” nie uczyłam, ale i tak przywlokła starsza i to ze żłobka! (no bo z przedszkola to już wiadomo różnie dzieci mówią) Myślę, że ogólnie chodzi tu zasób słownictwa dziecka, bo to już nie jest fajne, jak 4 latek zamiast normalnych słów mówi „tu-tu”, albo coś w tym stylu.
        Ale takie jakieś fajne powiedzonka o których piszesz są słodkie, moja mama do tej pory lubi jak starsza mówi do niej Bziabzia, które powstało wtedy, kiedy nie umiałam powiedzieć „babcia”. Z tą różnicą, że teraz już wie. Młodsza na misia mówiła JUJU, więc my tak nazwaliśmy kolegę, który wygląda jak miś 😀
        Ja tam powiem wam szczerze lubię jak ktoś mówi ładnie a nie, że „ma dedlajny na performensy” nożesz….
        Ja bym chyba nie wiedziała co to hira, u nas była hista 😛
        Ale gegra też się mówiło. Pamiętam jak odliczłam „jedena, dwana, trzyna …” hehe to były czasy 😉

        Polubienie

      2. Hahaha – juju! A kolega wie o tym? 😀
        Gdy Wiktoria była malutka, młodsza od Tamalugi, to mieliśmy takiego kolegę, malutkiego, śmieszniutkiego… Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale on miał bardzo zabawną twarz, trochę jak krecik, i całą postawę – jak chodził to podrygiwał wesoło. Mieliśmy na niego wiele określeń, ale Wika trafiła w sedno. Gdy go pierwszy raz zobaczyła, krzyknęła: „Baja!” Bo on taki był jak rysunkowy z bajki hehehe!

        Polubienie

  2. A może chodzi o to, że nie dzieciom zostanie, tylko matom? I będą te nieszczęśnice ciućkać, dziamać i tym podobne?
    Zdarzyło się nam w przychodni zakrzyknąć pełnym imieniem do dziecięcia. Powiedzmy brzmiało to „Katarzyno!!!’ … i siedząca obok kobieta zwinęła się ze śmiechu. „Katarzyno! Do dziecka, które nie ma 50 centymetrów!” …argument z centymetrami mnie zabił.

    Polubienie

    1. Oj znam takie paniusie ciućkające, tylko że one nie mają dzieci haha!
      50 centymetrów Katarzyny 😀
      Sąsiadka, dowiedziawszy się, że nasza ma na imię Tamara, zakrzyknęła oburzona „Przecież tego się zdrobnić nie da!” Jak się nie da, jak się da. Poza tym Tamaluga brzmi dostojnie 😀

      Polubienie

  3. Oj tak, miałam zajęcia z tą facetką! Kiedyś na egzaminie niesłusznie posądziła mnie o ściąganie, ale udało mi się wybronić. Bardzo ją szanuję pomimo jej specyficznego podejścia do studentów. Wiele z tych zajęć zostało mi w głowie.
    Do Księżniczki mówię normalnie, mąż mi zabrania „cieciać”. Zobaczymy, co będzie, jak sama zainteresowana zacznie się wypowiadać. My oboje z P. mieliśmy swoje dziecięce powiedzonka, które rodzina wspomina do tej pory. Np. u mnie chmury to były „simpki”, a u męża tapczan „akyn akyn” 🙂 Wihajster, tutka i fifka brzmią bardzo profesjonalnie, kojarzą mi się z majstrem starej daty. Ja chyba nie mam takiego określenia, a u męża, choć to mało chlubne, króluje „pie*dolnik” (czyli przycisk, pokrywka, końcówka od jakiegoś urządzenia i setki innych „przydasiów” 😉 ).

    Polubienie

    1. Hehe, ale świat mały:) A też do was mówiła, że „rzuca perły przed wieprze”? Czy tylko moja grupa taka wybitna była 😀
      Akyn akyn rządzi 😀 Może, na logikę dlatego, że się otwierał i zamykał, więc dwa razy? 😀
      A co do pierd.lnika to chyba w każdej rodzinie gości 😀

      Polubienie

  4. Pereł nie pamiętam, kiedyś za to powiedziała nam: „są państwo na pierwszym roku i tak już zostanie” 😉 Mawiała też, że dysleksja nie istnieje (zaczęło się od koleżanki, która miała śmiałość przynieść jej zaświadczenie z poradni, że ma jakieś tam dys…). Ten akyn akyn to mi zawsze brzmi jakoś tak orientalnie… Może stał na perskim dywanie?

    Polubienie

    1. Poczekajmy, może do akyn akyn przyzna się państwo islamskie. Tak naprawdę, to brzmi turecko:)

      Hehe, u nas często z tymi wieprzami wyjeżdżała. Pamiętam, że jej córka miała takie staropolskie imię i ona bardzo podniecała się tym na zajęciach, a potem pytała nas wyrywkowo o imiona i jak się, nie daj Boże, trafiła Karina czy inna Marika, to nie kryła nawet oburzenia. Ostentacyjnie mówiła, co o tym myśli.:D O, albo: „Dlaczego pan rozmawia?” „Przepraszam, pani profesor, ale akurat mówiłem coś mądrego”. „Patrząc na pana to szczerze wątpię…” Hahaha!
      Nie do końca się z nią zgadzałam w pewnej kwestii. Dotyczyła języka polskiego, więc teoretycznie ona powinna mieć rację, nie ja. Jeśli chcesz poznać przedmiot sporu – napiszę ci w e-mailu. 😀

      Polubienie

  5. Hahaha, jak zwykle się ubawiłam 😀

    1) Taaaa, PERŁY…pewnie kupiła na jakimś straganie za dychę…
    2) Też już widzę minę Boba, kiedy spokojnie peroruję, mając na celu wyjaśnienie mu, iż należy spożyć również warzywa, gdyż zajmują ważne miejsce w grupie pokarmów i dostarczają organizmowi niezbędnych mikroelementów.
    3) Że tak zarzucę znów moim jajapisem – TAK, to przechodzi z wiekiem!
    4) Rozdziamgane z sokołowa! Hicior! 😀 Swoją drogą wyobrażasz sobie, że słowo „rozdziamgane” miałby powtórzyć obcokrajowiec???
    5) Sprytna ta Tamaluga 😀 U nas Bob najbardziej entuzjastycznie reaguje na „Idziemy się kąpać” 😉

    Polubienie

    1. 😀
      Wyobraziłam sobie Boba stojącego z Tamalugą, ramię w ramię, gdy puszczamy do obojga przemowę umoralniającą 😀 (Hahaha – w grupie pokarmów :D)
      Rozdziamgane dla obcokrajowca to jakaś masakra! A dla obcokrajowca z wadą wymowy? 😀
      Tamaluga też uwielbia się kąpać. W ogóle ma jakiś syndrom wody. Gdy nie siedzi w wannie to zawsze te wodę znajdzie i wylewa, przelewa…

      Polubienie

  6. dzieci potrafią stworzyć tak fantastyczne słowa, że z zachwytu odbiera głos – z żona zapisywaliśmy w albumie co bardziej udane i co jakiś czas odświeżamy pamięć i humor rośnie błyskawicznie – zbyt szybko się zapomina, więc warto zapisać na gorąco.

    Polubienie

    1. O, tak! To właśnie była moja bolączka – że wszystko kończy się z wiekiem, a pamięć ulotna. Teraz można chociażby prowadzić bloga na bieżąco, pstrykać milion zdjęć telefonem, nagrywać… Przy moich starszych dziewczynach zapisywałam ich słowa na tym, co miałam pod ręką i mam pełno karteczek w różnych dziwnych miejscach… Zdjęć też mam sporo, mimo że wymagały większego wysiłku – nałożenia kliszy, wyjęcia kliszy, oddania do zakładu foto itp.
      Pozdrawiam

      Polubienie

  7. Wańkowicz, który przecie sam wprowadzał tysiące neologizmów, z moim ukochanym „chciejstwem” na czele, dowodził, że język meandrujący, zapożyczający i czerpiący z wielu źródeł, z których na dłużej zatrzymuje tylko słowa prawdziwie trafnie użyte i przydatne, jest językiem żywym, a jego bogactwo jest bogactwem świadomym swej siły i żywotności. To małe narody, niepewne swej tożsamości i wszelkie zapożyczenia witające jak zagrożenie bytu narodowego pozwalają się wziąć za mordę jakimś purystom i mamy potem jakoweś „divadla”:)
    Kłaniam nisko:)

    Polubienie

  8. W moim domu jest jeden wspólny język od kiedy pamiętam i świetnie wszyscy się dogadujemy 😀 Do dzisiaj zamiast „porysowane” mówi się „porysane”, a każde „coś” nazywa się po prostu „dynksem” lub „gówienkiem” hahaha 😀

    I prawdą jest, że mówienie do dziecka w jego języku nie zaszkodzi mu, gdy dorośnie! Pamiętam, jak moja siostra mówiła w dzieciństwie na tetrową chustę „kuku”, a na smoczek „beko”, a dzisiaj wcale tak tego nie nazywa, więc niech wielcy znawcy najpierw sobie urodzą i wychowają, a potem niech dają cenne rady 😛

    Polubienie

    1. Baaardzo ci dziękuję za ten komentarz! Cieszę się, ze się zgadzamy:)

      Porysane, to prawie jak uśrubnięte 😀 – tak z kolei mówiono u koleżanki w domu, na wszystko co ułamane, wyżłobione itp.
      Ach, no gówienko jest ponadczasowe!
      Smoczek – beko? Może mama przez pomyłkę wrzuciła ci go do pralki? 😀

      Polubienie

  9. Miałam na studiach KULTURĘ JĘZYKA POLSKIEGO – dziekan pozostawił studenckiej braci wybór między językiem obcym a tym czymś. Jestem debilem obcojęzycznym , matura język rosyjski , poszerzony francuski niemiecki i z żadnego ani słowa …. Później okazało się , że szybciej bym nauczyła się języka węgierskiego od podstaw niż KULTURY JĘZYKA ze znanym lektorem i spikerem radiowym….. Porażka. Fajnie nie było No i nie studiowałam dziennikarstwa

    Polubienie

  10. Robiłam dwa kierunki : jeden to administracja a że zaczęło być modne ZARZĄDZANIE ZASOBAMI LUDZKIMI poszłam jak baran za wszystkimi i chwilami nie wyrabiałam na zakręcie

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s