Co tam ekspert i brzuch, skoro ich jest już dwóch

Jesteśmy uziemieni przez Tamalugę. Właściwie to udomowieni. Chodzi o to, że na drzwiach wejściowych, oprócz zamków, mamy taki cwancyk. Didak, jak powiedziałby Tomek, bo dla niego każda nienazwana rzecz jest didakiem. Aby drzwi dodatkowo zabezpieczyć, wystarczy ten didak przekręcić w prawo. Manewr nie należy do specjalnie skomplikowanych. Niestety, okazuje się, że dla Tamalugi również. Ponieważ dziecię nie mierzy jeszcze metra, stanowi to dla niej pewne wyzwanie, ale sztukę tę opanowuje coraz lepiej. Problem w tym, że kompletnie olała naukę przekręcania go z powrotem w lewo, co nieco komplikuje sytuację. No, bo, jeśli ktoś z nas zostanie z nią sam, to nie może nawet zejść na chwilę do skrzynki, bo jest ryzyko, że do domu już nie powrócić. Na upartego można wleźć oknem, ale, po pierwsze: okno jest odgórnie uchylne i nie ma możliwości otwarcia go z zewnątrz. Po drugie: przeprawiając się przez okno kuchenne, zwaliłoby się  z parapetu wszystko, co na nim stoi, czyli to co tylko może stać na parapecie w kuchni. Poza tym, przełożywszy już nogi – wylądowałoby się w zlewie…

Co do stanu mojego umysłu: po dniach chudych przychodzą dni tłuste. Ale po nich znowu chude, także… Dni tłuste są fajne. W te dni trzaskam krzyżówki i sypię wiedzą zapamiętaną. Dni chude to tragedia jakaś. Ostatnio usiłuję przypomnieć sobie pewną zabawę z dzieciństwa, ale niestety. Nie pamiętam. Miałam o to zapytać Dorę, ale za każdym razem gdy ją widzę – zapominam. Reasumując: Zapominam o czym zapomniałam. Niżej upaść umysłowo już nie można.

Ki diabeł mnie podkusił – nie wiadomo. Po miesiącach unikania, znowu dałam szansę TV śniadaniowej. No, bo, mówię, dam jej szansę, no nie? Normalnie…

Dobra, tak naprawdę zaginał pilot.

No, ale… może zapas ich debilizmów zakończył się na ekspertce od wieszania prania?

Patrzę, na kanapie zalega pani doktor. O, myślę sobie, dobrze się zapowiada.

Pani doktor ginekolog odpowiada na jakieś proste pytania dotyczące ciąży. Takie, co to nie trzeba kończyć medycyny, żeby znać odpowiedź, ale spoko: Śniadaniówka robi postęp: zaprosiła lekarza.

I wtedy prowadząca zadaje TO pytanie. „Czy umie pani ustalić płeć dziecka na podstawie kształtu brzucha?”

Cóż, prowadzącej właściwie się nie dziwę. Wygląda na taką, która zadaje takie właśnie pytania.

I wtedy pani doktor odpowiada, a odpowiedź sprawia, że z gęby wypada mi ciasteczko. „Niestety nie, ale wiem, że niektórzy potrafią, to może i ja kiedyś, bo bardzo bym chciała”.

Wrrrróć!

Teraz to ja się uparłam, żeby znaleźć tego pilota. Muszę, no po prostu muszę dla spokoju ducha, cofnąć kawałek i upewnić się, że tam na tym dolnym pasku, naprawdę widniało słowo „doktor”.

Widniało.

Jaka telewizja, tacy goście.

 

No, dobra. Kto mi wytłumaczy o co chodzi z tym Sławomirem? Jeszcze raz, tylko powoli i wyraźnie, bo znowu czegoś nie kumam.

Niby już ogarniam kolesia, usłyszałam coś, czego nie da się już odsłyszeć. No i teraz tak: czytam, że „Na koncercie Sławomira, tłum fanów sforsował barierki”, doszło do przepychanek, tratowania siebie nawzajem, policja, karetki, te sprawy… Informacja, jako taka, nie zrobiła na mnie wrażenia, co jest poniekąd przerażające. Dwadzieścia lat temu tarzałabym się ze śmiechu. Dziesięć lat temu szlag by mnie trafił. Dziś już się niczemu nie dziwię.

Anyway, jak mawiają nowocześni Indianie, zawieszam ja oko na pewnym wywiadzie (pokroju „Rozmów w toku”).

A temat dotyczy właśnie tego wydarzenia.

A prowadzący się pyta, co na to Sławomir.

A Sławomir nie jest Sławomirem!!!

Wiem, że nie mam pamięci do twarzy, ale bez przesady.

I głowę przekręcam dla pewności, i powieką faluję – no nie on, no! Nawet gdyby wąsik zgolił i włosy przykleił – NIE ON. Jakiś obcy koleś, cholera, opowiada o sobie, że jest Sławomirem i jak sobie radzi ze sławą i fanami. Nawet go nie słucham, a szkoda, bo może by się coś wyjaśniło. Ale nie mogę się skupić, bo cały czas usiłuję znaleźć wspólny mianownik między twarzoczaszką typu gruszka, a twarzoczaszką typu ogórek.

To jest ponad moje siły.

Jakoś pogodziłam się z istnieniem jednego, ale dwóch?! Chyba nie dam rady.

Nawet guglowanie nie przynosi efektów. Dowiaduję się tylko, chociaż już przedtem wiedziałam, że dwóch to jest tylko Kilerów.

Także dupa, nie?

 

To na deser rodzinna humoreska: Moja pierworodna ma septum, czyli krowi dzwonek, to znaczy kółko. W nosie. Od dziurki do dziurki, że tak wyjaśnię. Wchodzę rano do jej pokoju, a dziewczę moje śpi w dziwnej pozycji, z nienaturalnie zadartą brodą. Obczajam sytuację z bliska i już wszystko jasne: kolczyk wkręcił się w nadłóżkowy baldachim. Stojąc tam tak i tłumiąc śmiech, zastanawiam się, czy ją obudzić. Oliwia nie ma takiego dylematu – od razu wali jej zdjęcie z fleszem. Wiktoria, znana z dystansu do samej siebie, na moje zapytanie, czy mogę napisać o tym na blogu, odpowiada: „No pewnie, przecież to śmieszne jest!”

 

Reklamy

41 uwag do wpisu “Co tam ekspert i brzuch, skoro ich jest już dwóch

  1. Były by niezłe jaja gdyby wam pociecha zamknęła drzwi przed nosem 🙂 🙂 Gorzej gdy takie wchodzenie przez okno zaciekawiło by np przejeżdżającą policję, były by dodatkowe atrakcje 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Jak u nas nie wiadomo jak się nazywa to jest, tu cytat „ten łon”;)
    Telewizję proszę wyłącz, pilot zakop a samo pudło przykryj obrusem albo ulubionym plakatem – ciekawiej będzie.
    Moja Mała również metra jeszcze nie ma, ale kombinuje za trzy… także coś o tym wiem;)
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy:)

    Polubienie

    1. Hyhy, „ten łon”. Ten łon Didak.
      A czy ten łon, Sławomir, to łon jeden jest czy łonów jest dwóch? Jak ty się na to zapatrujesz?
      O, tak, tak, koniecznie przykryję obrusem. A raczej taką serwetą dzierganą, a na wierchu ustawię muszlę, albo wazon z suszem, o! 😀

      Polubienie

  3. jaką Ty telewizję oglądasz???
    Moja ciocia rodziła trzy raz i za każdym razem miała inny kształt brzucha, podobno na dziewczynkę, ale ma trzech chłopaków 😀

    Ty mi zawsze swoją wyobraźnią albo przygodami uruchomisz wspomnienia, i tak przypomniało mi się jak w nocy wracaliśmy w kilka osób w Mrągowie na pole namiotowe i okazało się, ze brama zamknięta, no to forsowaliśmy jej wysokość a była co najmniej dwumetrowa, i kiedy w końcu pokonaliśmy ją,to ktoś nadszedł i…spokojnie nacisnął klamkę od furtki przy bramie…taaa…

    Polubienie

  4. W kwestii didaków, wihajstrów i otwierania… Zamontowaliśmy ostatnio w dwóch oknach klamki na kluczyk. Profilaktycznie, żeby dziecko nie postanowiło któregoś dnia wyjść tamtędy na spacer (z trzeciego piętra). I tak jak do tej pory Księżniczka w ogóle nie interesowała się oknami, tak od zamontowania wiecznie grzebie przy tym zamku: końcówką zamka błyskawicznego, wihajstrem od zabawki, a ostatnio włożyła tam klucz od skrzynki na listy, który wyciągnęła mi z torebki. Zaczynam się całkiem realnie obawiać, że pewnego dnia czymś ten zamek otworzy :/

    Polubienie

    1. Hahaha, słodka jest! Ale tak to jest, że często sami podsuwamy dzieciom pomysł, pokazując czego robić nie powinny. 😀
      Przez chwilę mieszkałam z dziewczynkami w Hiszpanii, opiekując się kotem mojego kolegi Hiszpana. To było ósme piętro. Na oknach, co prawda, blokada, ale ja sobie taką fazę wbiłam do głowy, że coś się stanie. Nie spałam przez pierwsze 3 noce prawie w ogóle. Zawiązywałam klamki dodatkowo sznurkiem, jakieś krzesła podstawiałam… Dziewczynki, co prawda już duże były (4 i 6 lat), więc wystarczyło im powiedzieć, że nie wolno, że niebezpiecznie itd. No, ale ja zawsze byłam nadwrażliwa. Wyobraź sobie, że któregoś razu zostawiłam taki lufcik, wielkości pięści, na bocznym oknie, na które dziewczyny by nie weszły. I, słuchaj, kot właściciela tam przelazł! Makbetko, co ja przeżyłam wtedy! Dziewczyny go z jednej strony wabiły, ja z drugiej – nic. Stał na parapecie krótkim na 30 cm i wąskim na 10… Złapałam go za ogon, w ostatniej chwili… Boszszsze…

      Polubienie

  5. Uffff, na szczęście nasz didak wisi wysoko! Ale zagrożenie macie realne! 😀
    A tych Sławomirów i innych Zenków, to się ostatnio jakoś namnożyło…disco polo chyba przeżywa jakiś renesans. Ergo, zbliża się Dzień Ostateczny.
    PS. Septum jest cool 😀 Ja się swoimi uprzężami jakoś nigdy o nic nie zaczepiłam, więc chyba wiele mnie ominęło 😀

    Polubienie

      1. Jeden w chrząstce w uchu, trzy razy brew (bo jakoś zjeżdżało w dół albo nie chciało się goić), język i pępek. No i uszy of kors – przebijałam sama. Jedno igłą sterylną, drugą taką do szycia 😛 Marzył mi się industrial w uchu ale jakoś czas zleciał, poznałam Dziubasa, a on jest anty 😉

        Polubienie

      2. OMG Toż ty go w samą porę poznałaś! 😛
        Nie przypominaj mi mojego przebijania pępka!
        Z językiem się nosiłam. Tzn, z zamiarem 😀
        W uszach też mam po kilka własnoręcznych, jeszcze z podstawówki… No, a w nosie, to wiesz. 🙂

        Polubienie

      3. Język był spoko, bo w ogóle nie bolało. Ku mojemu zaskoczeniu, bo cykałam się bardzo 😛 za to przez kilka dni był spuchnięty, więc seplenienie gratis 😉

        Polubienie

      4. Heh, no właśnie. Ja wtedy spóźniłam się na przebicie, a potem już mi się nie chciało i uznałam, że widocznie tak miało być. W ostatecznym rozrachunku stwierdziłam, że jednak zbyt ryzykowne.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s