Lepsza woda w garści niż gwiazda na górze

Słowem wstępu (tekst nie jest sponsorowany (niestety) ale niewątpliwie zawiera lokowanie Cudownego Produktu): Tamaluga jest kochana. Ma dobre serce, jest przyjazna i pomocna. Nigdy nikogo nie obraziła, nikomu nie powiedziała złego słowa, wręcz przeciwnie – podczas zabawy z dziećmi jest skłonna do kompromisów, ustępuje żeby je uszczęśliwić, podchodzi do każdego z osobna, przedstawia się i rozmawia, pyta czy wszystko w porządku, a potem integruje wszystkie dzieci we wspólnej zabawie. Potrafi skłonić do berka znudzonego 12 latka, a dziewczynkę w sukni balowej do gry w piłkę nożną. Uwielbia dzieci i wielu dzieciom mówi, że je kocha. Chce je przytulać, bez względu na wiek, płeć, kolor skóry itd. Jest szczera i przyjazna, i nie do końca rozumie, że nie wszystkie dzieci takie są.

Taka sytuacja: mały, lokalny festyn na polanie przy placu zabaw. Zbiórka dla chorego dziecka, w tym celu przybywamy. Niewielu zainteresowanych, za to bigos, grochówa, pomidorowa i kiełbaski. No i ciasta… Mmmmm jakie ciasta! Tamaluga pognała na plac zabaw, ale widzimy ją (ktokolwiek wynalazł oczojebny róż ma mój dozgonny szacun) i oczywiście – pomimo odległości – również co jakiś czas słyszymy. Na koniec podjeżdżamy po nią na rowerach, zatrzymujemy się przy placu i obserwujemy dzieci.

Wychodzi gwiazda. Królowa podwórka. Na oko 10 lat. Za gwiazdą wybiega jej asystentka numer jeden, wpatrzona w królową z językiem na brodzie. Królowa jest wyraźnie rozdrażniona brakiem subordynacji ze strony pomagierki numer dwa. Woła ją piskliwym głosem, dodając „i to już!” i pstryka palcami (przysięgam: pstryka palcami). Ta nadbiega zdyszana i przeprasza za zwłokę. Poprawia królowej włosy. Na placu zostaje Tamaluga ganiająca się z dwoma chłopcami, mniej więcej w wieku królowej i jej świty. Żaden dzieciak nas nie widzi, więc bezkarnie kontynuujemy obserwację.

– Biegaj, biegaj, grubasie, przyda ci się! – woła gwiazda do jednego z chłopców. Pomagierki chichoczą z dobrego żartu swojej pani. – Debile! – dodaje jedna z nich, chcąc zyskać szacunek w jej oczach. Gwiazda wyjmuje szminkę i maluje usta. Pozostałe dwie natychmiast robią to samo. – Co się gapisz, rudzielcu?! – wykrzykuje do drugiego chłopca.

Patrzymy z Tomkiem na siebie i opadają nam szczęki (których nie podnosimy, bo nie chce nam się schodzić z rowerów). Jeden z chłopców próbuje coś odpyskować, ale drugi przekonuje żeby dał sobie spokój. Dziewczyny wyzywają ich dalej, a ja mam ochotę zdzielić je w łeb. Wszystkie trzy, jak leci.

Dopiero na drugi dzień Tamaluga przyznała, że chciała bawić się z tymi dziewczynkami, ale wyśmiały ją i powiedziały, że nie może, bo nie jest z tego podwórka. Tamaluga jest taka, że nie przyjdzie do nas ze skargą. Usiadła tylko na ziemi i płakała. Powiedziała też, że wtedy podeszli do niej ci chłopcy, pomogli jej wstać i zaczęli się z nią bawić.

Wiecie co? To już kolejny przypadek, gdy chłopcy przebijają dziewczynki. Uprzejmością, klasą, całokształtem. Zanotujcie moje słowa, gdyż sama nie wierzę, że to mówię.

A jeszcze, pozostając w temacie. Kilka tygodni wcześniej, na naszym lokalnym placu zabaw siedzi sobie na zjeżdżalni dziewczynka, mniej więcej 7 letnia. Tamaluga, wdrapawszy się na górę, recytuje formułkę (Cześć, Jestem Tamarka, i tak dalej), zakończoną pytaniem „Mogę się z tobą pobawić?” Dziewczynka patrzy na nią zszokowana. Autentycznie zszokowana. „Nie”, odpowiada w końcu. „Bo ja jestem królową miasta, a ty nie!” „Aha, OK.”, stwierdza na to Tamaluga i leci bawić się z innymi. Dziewczynka do końca dnia siedzi na zjeżdżalni naburmuszona i samotna, z zazdrością patrząc na bawiące się dzieci. Skąd się takie jednostki biorą? Czy to zawsze jest wina rodziców?

 

Znowu mam w głowie trociny i siano. Z przemęczenia i przesilenia. Ogarnianie wszystkiego z Tamalugą i chorym Tomaszem mocno dało mi się we znaki. W dodatku i ja kiepsko się czułam. Fizycznie, bo psychika wysiadła pierwsza, jak zwykle bez uprzedzenia. Nadmiar obowiązków i powtarzające się czynności sprawiają, że wpadam w rutynę i wyłączam myślenie. Tyle, że z biegiem czasu jest chyba coraz gorzej. Ostatnio zdobyłam mistrzostwo świata. Naszykowałam sobie tabletkę i szklankę na wodę do popicia. Wzięłam tabletkę w lewą rękę, a prawą sięgnęłam po dzbanek, po czym nalałam sobie wodę na tę dłoń z tabletką. Najpierw nie rozumiałam co się dzieje, ale wiedziałam, że coś jest nie tak, bo zrobiło mi się mokro, a chyba nie powinno. Gdy ogarnęłam co zrobiłam to dostałam napadu śmiechu, chociaż właściwie powinnam się zaniepokoić.

Pięć minut później weszłam po cichutku do pokoju. Lewą ręką chciałam zamknąć za sobą drzwi, a w prawej trzymałam szklankę z wodą, nie widzieć dlaczego, na wysokości ramienia. Lewą ręką zamknęłam klamkę, i najwidoczniej prawą chciałam zrobić to samo, bo wylałam całą wodę na siebie i podłogę… „Co tam się dzieje?”, chciał wiedzieć Tomasz, ale jak miałam mu powiedzieć prawdę, skoro jeszcze nie uspokoił się po akcji z tabletką?

Piętnaście minut później sięgając po telefon, przewróciłam szklankę i rozlałam wodę na stół. „Wiesz, ty może na razie unikaj wody, co?”, zaproponował Tomek, a mi już było wszystko jedno. I tak w czasie pandemii wyczerpałam swój życiowy przydział.

28 uwag do wpisu “Lepsza woda w garści niż gwiazda na górze

  1. Dzieci są różne. Na mojej ulicy też jest taka gwiazda, która próbuje wszystkimi rządzić. Strach pomyśleć co wyrośnie z takich dzieci, skoro od małego tak traktują innych. Ale sporo w tym winy rodziców… Ty możesz być dumna ze swojego dziecka!

    Polubienie

  2. No i dobrze , że tak ci się robo z wodą – przedwczoraj zrobiłam to samo z kawą i zwyzywałam się od ….. (tu wstawić odpowiednie słowa) To chyba starość się zaczęła u mnie

    Polubienie

  3. No mnie tez by wszystko opadło… A co do zalet chłopców to ja to wiem od dziecka. Na podwórku to z nimi szalałam, i wiesz… zawsze mówiłam, że wolałabym urodzić trzech chłopaków niż trzy dziewczyny😉
    Życie to oczywiście zweryfikowało i mam trzy najlepsze przyjaciółki. I przyjaźnię się jeszcze z kilkoma kobietami.

    Polubienie

    1. Mi też zweryfikowało z tą trójcą 😀 Ale ja na szczęście nie narzekam. Tylko innym współczuję i nadziwić się nie mogę.
      Faktycznie, że w dzieciństwie chłopcy byli jacyś tacy fajniejsi… hmm.

      Polubienie

  4. Pierwsze zdania, to jakbym o mojej Faustynce czytała.
    Ona w przedszkolu zderzyła się z nie zawsze różową rzeczywistością.
    Dzieci potrafią, oj potrafią… Choć to przecież nie wzięło się z niczego. Widocznie taki przykład mają.

    Kiedyś gdy byłyśmy na placu zabaw młoda chciała pozjeżdżać na zjeżdżalni, ale na ową zjeżdżalnię starsza dziewczynka (około 12 lat) nasypała górę piachu, a potem w tym piachu usiadła z telefonem tak że nie dało się zjechać. Cała zjeżdżalnia dla niej. Siedziała tak wpatrzona w telefon dobry kwadrans. Faustynka kilka razy się mnie pytała dlaczego dziewczynka tak nabrudziła i dlaczego tak siedzi, że dzieci nie mogą zjeżdżać.
    W końcu sama podeszłam do tej dziewczyny i delikatnie ją pytam: Czy mogłabyś pozmiatać po sobie ten piach ze zjeżdżalni bo dzieci chcą się bawić. Ona udając że nie słyszy, wstała i sobie poszła, a my z Faustynką zgarniałyśmy tą kupę piachu na której siedziała nastolatka.

    Nie rozumiem…

    Polubienie

      1. Myślę że bardzo polubiły by się z Tamarką. Z tym że Faustynka jest nieśmiała, więc nie jest tak otwarta do osób których nie zna, ale jak już pozna do kocha bezinteresownie

        Polubienie

  5. niestety, chłopcy są fajniejsi w kontaktach i to im zostaje także na dorosłe życie (oczywiście są wyjątki od każdej reguły)… i, jakkolwiek fajnie jest mieć córkę, to jednak, biorąc pod uwagę co się wyrabia w tym kraju i do czego on zmierza, to cieszę się, że pierwszy urodził mi się wnuk i mam nadzieję, że drugie też będzie chłopcem, bo dziewczynki – kobiety (jeśli nic się nie zmieni), będą miały przeje…. przekichane….
    a propos wody i innych płynów do picia… nalałam do czajnika elektrycznego wody z dzbanka z filtrem, nasypałam sobie do kubka kawy, po czym, kiedy woda się zagotowała – zalałam sobie tę kawę….. zimną wodą z filtra…. tak, że ten… 😀 😀 😀

    Polubienie

  6. Uważam, że niestety w większości to wina rodziców i tego, że dzieci hodują a nie wychowują. (nie wspomnę, że niektórzy wcale się nimi nie zajmują ) Ostatnio nawet rozmawiałyśmy z koleżanką, że kurde tu człowiek uczy swoje dzieci „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam” itd a potem masz takie zderzenie z rzeczywistością, że to wszystko dziś nie jest w modzie. Ciężkie czasy dla dzieci, bardzo trudne, staram się zachować balans, czyli uczyć maluchy, żeby były miłe, grzeczne, dobrze wychowane, ale żeby wiedziały, że czasem trzeba po prostu komuś przypierniczyć 😉 Nie koniecznie dosłownie, ale wiesz jak jest. Trzeba się bronić.
    Jeszcze taka historia, może już ją znasz 😉 Całe życie mieszkałam w mieście, dopiero od 4 lat w zasadzie poza nim. No i wyobraź sobie, że może miesiąc po przeprowadzce odwiedziła mnie koleżanka z córką. Moja wtedy miała 2 lata a jej 3.5. Skakały na trampolinie. Moja bez skarpet (było w miarę ciepło) a tamta w skarpetach. Jak to dzieci, też chciała zdjąć na co matka „ty jesteś dziewczynka z miasta, więc proszę, żebyś miała skarpety, bo zaraz się przeziębisz, jesteś nieprzyzwyczajona” No żesz…. Tak jakby moje to się w gnoju wychowały 😀 Zresztą jakie to ma znaczenie, a weź. I ty się dziwisz, że takie „królowe” potem są „całego podwórka” 😀

    Polubienie

    1. A ty wiesz, że ja też dosłownie tydzień temu na ten temat rozmawiałam z koleżanką, bo jej synek też jest taki grzeczny i ładnie się wysławia. No i stwierdziła, że wszystko na to wskazuje, że to nasze dzieci będą „dziwadłami” na dzielnicy, ech…

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s