Pół żartem, pół serio

Jak wspomniałam w ostatnim wpisie, nowości kinowe jakoś mi nie leżą. To znaczy, właśnie leżą, gdy powinny stać na baczność sztywne jak… żołnierz na warcie, na ten przykład (wstydźcie się, no, naprawdę.) Kontynuuję zatem, tak raźno rozpoczęte filmy pod hasłem Stare-ale-jare, czyli filmy nie młode już, ale takie, które wywarły na mnie wrażenie, które z różnych powodów uznałam za ważne. Niektóre tytuły mogą was śmieszyć, że takie oczywiste, ale lepiej proponować film dobry, choć nie najnowszy, niż na siłę recenzować aktualny chłam.

Idąc tym tropem pomyślałam, że można cofnąć się w czasie jeszcze dalej i przypomnieć kultowe filmy, których młode pokolenie może w ogóle nie znać. I oczywiście takie, które poznać trzeba. A, przynajmniej jest to wskazane. A cofać się tak mogę do woli, do lat 70, 50, 30… Jest wśród nich tak wiele wartościowych tytułów, że chyba nigdy nie wyczerpię tematu. Ale i w tych wypadkach będę wierna filmom z tzw. głębią, nie sugerując się ich popularnością ani nagrodami, tylko zawsze własnym zdaniem. Być może nie wszyscy znajdą tam głębię, być może przy wyborze niektórych filmów pokieruje mną sentyment. Ale spróbujmy. No, to zaczynamy.

Dzisiaj na celowniku komedia Billy’ego Wildera z 1959 roku „Some Like It Hot”, czyli po polsku, nie wiedzieć dlaczego „Pół żartem, pół serio”. Nie przepadam za komediami, chyba że są świetne, a ta jest. Nie ma też znaczenia, że gra w nim Marilyn Monroe, którą lubię, bo akurat wyjątkowo to nie ona robi film. Film robi para facetów, których uwielbiam (Jack Lemmon i Tony Curtis), i którzy są w tym konkretnym przypadku po prostu rewelacyjni.

Rewelacyjny jest cały film, rzec można: klasyka gatunku, a raczej kilku gatunków. Trochę to musical, trochę kryminał, trochę film akcji, ale przede wszystkim humor, i to taki, że można się posikać. Wiele dialogów i cytatów z niego przyjęło się w powszechnym obiegu, takich jak na przykład „Nobody is perfect”.

Rzecz dzieje się w Chicago, w latach 30. Dwaj muzycy (saksofonista i kontrabasista) dorabiają grą w nocnych lokalach, które w czasach prohibicji są zakazane. Po nalocie policji uciekają i resztę kasy przegrywają na wyścigach psów. Pożyczając auto od znajomej, stają się przypadkowymi świadkami mafijnych porachunków. Niestety zostają zauważeni…  a potem jest już tylko śmiesznie. Jerry i Joe jako Josephine i Daphne zaciągają się do żeńskiej orkiestry i wyjeżdżają na Florydę. Mają tylko uciec przed gangsterami jak najdalej, i udając kobiety wmieszać się w tłum, nie wychylając się i nie pchając przed… tę orkiestrę. Jednak los ma wobec nich inne plany, a oni sami wplątują się w miłosne przygody i niesamowite sytuacje. Jednego z nich zauroczy Marilyn Monroe, jako nieświadoma swojej zmysłowości i mocno zakręcona Sugar Kowalczyk. Drugi stanie się obiektem westchnień… kogoś skrajnie innego.  Żarty sytuacyjne i dialogi wymiatają, akcja wciąga niesamowicie, a muzyka pięknie dopełnia całości. Bardzo, bardzo polecam.

6 uwag do wpisu “Pół żartem, pół serio

  1. Pamiętam ten film. Za moich czasów publikowała je jedynka krótko po 12 w niedziele
    Piękne kadry mi się przypomniało i… naprawdę było zabawnie
    Istnieją filmy, które nigdy nie tracą na przekazie
    Jak chociaż to, że kobieta nie ma pojęcia, jak wiele blasku i ciepła wydziela

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s