FILMY Z NIETYPOWYM ZAKOŃCZENIEM

Dzisiaj rezygnuję z recenzji jednego filmu, bo co wam po jednym filmie, gdy siedzicie w domach i na dłuższe siedzenie się zanosi. Pomyślałam, że napiszę o kilku filmach, o filmach które uwielbiam ze względu na ich nietypowe zakończenia.

To są takie filmy, które to niby oglądamy uważnie, a na końcu i tak zawsze krzykniemy „No, ja pierd*lę! Jak??? No, jak???” I oglądamy jeszcze raz, żeby sprawdzić, żeby się przekonać jako to możliwe, że przeoczyliśmy rzeczy oczywiste. No, to o takich właśnie filmach mowa.

„Szósty zmysł”(dramat/thriller) zna chyba większość z was, jeśli nie – krótkie streszczenie. Malcolm Crowe (Bruce Willis) jest uznanym psychiatrą. Pewnego razu do jego domu włamuje się jeden z niezadowolonych pacjentów i dochodzi do strzelaniny. Doktor Crowe po postrzale próbuje zająć się pracą, między innymi przypadkiem Cola Seara, ośmioletniego chłopca z problemami w przystosowaniu się do rówieśników. Poświęca się temu całkowicie, odkrywając skrywaną przez dziecko tajemnicę. Okazuje się, że mały Cole widzi więcej niż inni ludzie i wspólnie z doktorem próbują ten dar wykorzystać, niosąc pomoc tym, którzy tego potrzebują.

 

„Inni”(horror/thriller?) to historia rozgrywająca się w czasie wojny. Samotna matka – Grace (Nicole Kidman) wychowuje syna i córkę w starej, wielkiej posiadłości. Jest surową tradycjonalistką o konserwatywnych poglądach. Mimo wszystko stara się być dobrą matką, chroniącą dzieci głównie ze względu na ich chorobę, przez którą muszą unikać światła słonecznego. Grace żyje w tym domu też trochę jak w kwarantannie. Nigdzie nie wychodzi, nie ma zbyt wielu zajęć, właściwie jej jedynym celem jest oczekiwanie na powrót męża, który wyruszył na wojnę i słuch po nim zaginął. Kobieta do pomocy w posiadłości zatrudnia służących – mrocznych i tajemniczych ludzi. Potem zaczynają się kłopoty, z którymi osaczona i zamknięta Grace nie może sobie poradzić.

„Życie przed oczami” (dramat/thriller) – film z Umą Thurman, którą uwielbiam przez Tarantino, i przez to, że razem byłyśmy w ciąży. Z Wiktorią. To znaczy ja z Wiktorią, a ona z Mayą. Uma gra Dianę, przykładną żonę i matkę, mającą udane życie i wymarzoną pracę. Dianę prześladują jednak wspomnienia z młodości, pojawiające się bez zapowiedzi w postaci bardzo realnych scenek. Jedno z nich jest szczególnie traumatyczne – strzelanina w szkole, z której Diana cudem uchodzi z życiem. Aż do tego momentu poznajemy życie nastolatki, jej drobne kłopoty i poważne problemy. Widzimy jej ostatnie wakacje sprzed tragedii, spędzane na zabawie z najlepszą przyjaciółką. No i oczywiście nic nie jest takie, jak nam się wydaje.

„Podejrzani” (akcja/kryminał/thriller). Ten film, skądinąd dość długi, należy obejrzeć uważnie od początku do końca. Najlepiej w całości, bez dzielenia na części, bo można zagubić całą jego istotę. Nie przepadam za filmami akcji, gangami, narkotykami, strzelaninami i tak dalej, ale muszę przyznać, że ten film wywarł na mnie duże wrażenie. Jest naprawdę świetnie nakręcony i wciąga w akcję właściwie od początku. I kiedy już sądzimy, że wiemy o co chodzi… Właśnie.

„Siła strachu” (thriller) – film z Robertem De Niro w roli głównej. Psycholog David Callaway, po samobójczej śmierci żony przeprowadza się z córeczką Emily na wieś. Niestety przeżyta trauma odcisnęła piętno na psychice dziewczynki, a w nowym miejscu jej stan jeszcze się pogarsza. Ojciec psycholog nie potrafi jej pomóc i czuje się bezradny. Tymczasem Emily twierdzi, że ma niewidzialnego przyjaciela i to on jest odpowiedzialny za większość strasznych rzeczy dziejących się w domu. Niesamowity, trzymający w napięciu dreszczowiec – oczywiście – z zaskakującym zakończeniem.

„Nieproszeni goście” (thriller) – film o nastolatce Annie, która po śmierci matki trafiła do szpitala psychiatrycznego. Po powrocie do domu, przy pomocy ojca i siostry próbuje przystosować się do normalnego życia. Niestety przeszkadza jej w tym nowa partnerka ojca, której dziewczyna nienawidzi i obwinia za wszystkie nieszczęścia. Jest sfrustrowana, bo nikt jej nie wierzy, właściwie jedyne wsparcie otrzymuje od siostry. Anna zaczyna prowadzić własne śledztwo, próbując dowiedzieć się, co naprawdę przydarzyło się jej matce. W miarę odkrywania prawdy jej świat się wali.

No, dobra, co by nie przedłużać… A może ktoś ma podobne propozycje?

KSIĄŻECZKI DLA NAJMŁODSZYCH

Dzisiaj o książkach dla dzieci, co by zamknąć tę serię, co to się jakoś samorodnie stworzyła. Na wstępie chcę zaznaczyć, że nie jestem szaloną propagatorką czytania dzieciom na siłę i za wszelką cenę. Nie wszystkie dzieci lubią czytanie, co nie znaczy, że wyrosną na tępych, niewrażliwych ludzi, bo to bzdura. Denerwuje mnie ta nagonka, że trzeba, że wypada, że wyrodnym rodzicem jesteś, jeśli nie czytasz. Moje córki akurat uwielbiały książki, i nie wyobrażały sobie zaśnięcia bez czytania. Tamaluga potrafi nawet zrezygnować z wszelkich przyjemności na rzecz czytania jej na dobranoc i bardzo się z tego cieszę.

Dawno już wyszłam z obiegu, więc posiłkowałam się książkami polecanymi w telewizji, głównie przez ich autorów. W życiu już nie popełnię takiego błędu. Zobaczyłam, usłyszałam, zakupiłam, przeczytałam i upchnęłam w najdalszy kąt najgłębszej szuflady. A potem wspomogłam nimi recykling.

Co sądzę na temat współczesnych książek dla dzieci wspominałam już w kilku wpisach. Podsumuję, zatem, jednym słowem: katastrofa. I nie mam na myśli baśni hulających żwawo od pokoleń, o królewnach, kapturkach i innych stworach, zostawmy to w spokoju. Od książek dla dzieci, zwłaszcza dla małych dzieci, nie wymagam wiele. Najważniejsze jest to, żeby były przez te dzieci zrozumiane. Niestety autorzy książek dla 3-4 latków, albo nigdy nie mieli do czynienia z dzieckiem w tym wieku, albo mieli, ale to olewają, bo górę biorą ich grafomańskie zapędy. Wiele bajek terapeutycznych, które w zamyśle mają pomóc dziecku oswoić się z trudną sytuacją –  faktycznie wymagają terapii po ich przeczytaniu.

Jednym słowem propozycje dla najmłodszych są niedostosowane do ich wieku, albo nudne, albo bez żadnego morału, albo wszystko powyższe. Albo to ja jestem nienormalna. Albo się czepiam. Albo wszystko powyższe, bo tak też może być.

Wcześniej nie podawałam tytułów, ale teraz podam chociaż jeden. Weźmy na przykład „Nowa w przedszkolu” (3-6 lat). Boże w niebiesiach. Co to jest za gniot. Poprawny politycznie, jak najbardziej. Z założenia uczący tolerancji, jak najbardziej. Zuri, bowiem, jest dziewczynką z Afryki, która trafia do polskiego przedszkola. Nie wiem co autorka miała na myśli, ale treść jest niespójna, dialogi tragiczne, a całość zupełnie nie dostosowana do małego dziecka. Najgorsze ze wszystkiego jest jednak to, że pani owa, niesiona na radosnej fali grafomaństwa stworzyła całkiem nowe zasady gramatyki języka polskiego. Otóż, rodzajowi nijakiemu (ono – żyrafiątko) przypisała czasowniki „przejęłom się”, „schowałom się” i tak dalej. Słowotwory te przewija się przez całą opowieść i jest po prostu nie do zniesienia.

Beatrix Potter. Kilka baśni w jednym zbiorze. Poleconym mi przez właścicielkę lokalnej księgarni. Że pięknym językiem pisane, że piękne rysunki, że to w ogóle klasyk wśród dziecięcych propozycji. Mogę się z tym zgodzić, ale ja to jednak mam pecha. Albo farta. Przeglądając zbiór na chybił trafił otworzyłam akurat na fragmentach o „złojeniu skóry pasem” i „targaniu za uszy niesfornego misia”. Przemoc w pięknej oprawie. Pani Potter już podziękujemy.

Dorzuciłabym jeszcze książkę z rymowankami i wyliczankami, która okazała się największą porażką ever, ale pisałam już o niej  TU

Także, tego. Zajmijmy się książkami fajnymi.

„Mamo, kocham cię”. O taką książkę mi chodziło. Książkę, którą zrozumie nawet dwulatek. Przepiękne ilustracje i proste zdania, opisujące codzienne czynności jakie mały króliczek wykonuje razem z mamą. Treść bliska sercu każdemu maluszkowi. Tamaluga uwielbia tę książkę i oczywiście zna ją już na pamięć. To jest wzruszająca opowieść, która pomaga jeszcze bardziej umocnić więzi między mamą i dzieckiem. Tamaluga na końcu chce robić to, co króliczek, czyli przytulać i całować mamę. Najpierw oczywistym mi się zdało, żeby czytała ją właśnie mama, ale powiem wam, że przy tacie efekt jest jeszcze mocniejszy. Jak to ktoś kiedyś pięknie napisał „Najlepsze, co ojciec może dać dziecku to miłość i szacunek do jego matki”. Cóż, żaden ze mnie psycholog, ale tata czytający o tym, jak to fajnie jest być z mamą daje dziecku do myślenia. To jest naprawdę super sprawa.

„Odwagi, zajączku” to też bogato ilustrowana propozycja dla najmłodszych. W kilku zdaniach zawarte są największe wartości – przyjaźń, miłość, odwaga, poświęcenie. I jeszcze, że ciasteczka łagodzą obyczaje, a strach ma tylko wielkie oczy.

„Marysia. Trzy historie na wiosnę”. – opowieść o Misi Marysi – małej koali która przeżywa przygody typowe dla każdego dziecka. Trzy historie dotyczą trzech wiosennych przygód: jajeczek wielkanocnych, jazdy na rowerze i popołudnia na placu zabaw. Dziecko bez trudu odnajduje się w każdej z tych sytuacji i razem z Misią pokonuje bardzo poważne problemy, takie jak rozbite kolanko, czy niejadalne ciasto z piasku.

Magazyny dla dzieci.

Gdy już było wiadomo, że czeka nas dobrowolna kwarantanna, byłam w sklepie z prasą, świadkiem takiej scenki: Mama i córka, mniej więcej 6 letnia. Mała bierze z półki magazyn „Barbie” pełen gadżetów.

– Może raczej wybierzemy jakieś łamigłówki? – pyta mama z rezygnacją i raczej retorycznie.

Dziewczynka patrzy na nią zszokowana.

– Masz rację, kto by przy tobie siedział i pomagał – stwierdza mama.

Tamaluga, która też lubi gadżety, ale łamigłówki lubi dużo bardziej, kręci głową zniesmaczona wyborem dziecka. Ja kręcę głową zniesmaczona czymś innym.

Ale do rzeczy. Łamigłówki, magazyny z zadaniami dopasowanymi do wieku to fantastyczny pomysł na spędzenie czasu w domu. Na przykład taka seria z Peppą. Wiem, że Peppa jest postacią dosyć kontrowersyjną, ale obiektywnie oceniając jest całkiem spoko. Miesięcznik „Świnka Peppa” ma dużo łamigłówek, gier, propozycji zabaw i konkursów z nagrodami. No i też ma gadżety 🙂

No, to chyba na tyle.

Pozdrawiamy z domu 🙂

Perły w koronie

Niby nic się nie zmieniło, a wszystko się zmieniło. Aż nadziwić się nie mogę, że natura o niczym nie wie i normalnie przyszła sobie wiosna.

– Muszę siedzieć w domu.

– Przecież i tak siedziałaś.

– Ale teraz muszę.

Taki oto dialog odbyłam z sąsiadką i dokładnie oddaje mój stan.

Jeśli nie mogę zmienić rzeczywistości – szukam pozytywów. Trudno jest znaleźć pozytywy w samej epidemii, ale w siedzeniu w domu już tak.

1.Tomek jest w domu, ku wielkiej radości Tamalugi. Wykorzystuję ten fakt bezczelnie, a Tamaluga słyszy ode mnie ostatnio: „Powiedz tatusiowi”, „Poproś tatusia”, „Tatuś ci przyniesie/poda/naprawi/wyjaśni”. A także, od trzech dni: „Tatuś przeczyta ci książeczkę”.

Z czytaniem książeczki i opowiadaniem bajek to jest taka historia, że od kiedy wykańcza mnie kaszel, czytanie i opowiadanie jest dla mnie wielkim wysiłkiem. Tomasz, o dziwo, ochoczo przejął pałeczkę. Stara się jak może, nawet głos moduluje, ale efekt jest taki, że Tamaluga albo się marszczy, albo chichocze. Wczoraj to nawet w połowie bajki pogłaskała Tomka po głowie, mówiąc, że jest zmęczona i lepiej już pójdzie spać. 😀

2.Moje rośliny nigdy nie były tak zadbane jak teraz. Żeby nie było: dbam o nie regularnie, ratuję z opresji, i wyglądają oszałamiająco, ale w ostatnich dniach przeszły kurację SPA, z masażem, liftingiem i muzykoterapią. Mało brakowało, a zaplatałabym im warkocze z liści, nucąc „W moim ogródeczku”. (Póki co zaplatam warkoczyki Tamaludze, nucąc motyw przewodni z filmu „Kevin sam w domu”). Przy okazji zauważyłam, że jedną z roślin coś wpierdala. Znowu! Już pół roku temu miałam ten sam problem, ale nie mogłam dorwać intruza. Poddałam ją więc prysznicowej terapii szokowej i problem zniknął. Dzisiaj znowu to samo: liście wyglądają jak pocięte nożyczkami.  (Ktoś spotkał się z czymś takim?) Uprzedzając pytania: nie, to nie robota Tamalugi, bo, po pierwsze; ona uwielbia rośliny ponad wszystko. Po drugie; dopiero uczy się posługiwać nożyczkami i w życiu nie zrobiłaby tego tak idealnie. A że mało rzeczy wkurza mnie tak, jak atakowanie mojego parapetowego ogródka, śmiało ruszyłam do akcji. Nie było mowy żeby odłożyć to do jutra, więc w środku nocy pełzając po parapecie, akcję „Ratuj roślinę” ogłosiłam za otwartą.

3.Moje mieszkanie jest tak wysprzątane, że ledwo je poznaję. Gdy dobiłam do kuchennej sterty rupieci, niemal czułam, że odkryję kolejny pokój.

4.Nareszcie mogę spędzić dużo czasu z Oliwią, ale coś za coś – bardzo tęsknię za Wiką, więc dzwonimy do siebie codziennie, udając, że się trzymamy.

5.Mogę bardziej skupić się na pomocy tym, którzy tego potrzebują. Wspominałam już, że nie robię zapasów, więc sprecyzuję: dla siebie. Do innych już poszły.

6.Szpitale i kliniki nie wykonują zabiegów, co odracza operację trzeciego migdałka u Tamalugi. Ufff.

7.Tamaluga cudownie ozdrowiała… To znaczy nie ma już kataru. Kataru, który trwał niezmiennie od września. Trzech niezależnych laryngologów przekonywało, że z powodu przerośniętego migdała jest to niemożliwe. Poprawił jej się też słuch. Nie wiemy co o tym myśleć i trwamy z Tomaszem w szoku już piąty dzień.

8.Okazało się, że sąsiedzi, których w większości brałam za świrów, potrafią się zjednoczyć i są naprawdę spoko. (Chociaż nadal uważam, że to w większości świry).

9.Nie pozabijaliśmy się dotąd z Tomaszem, więc uważam, że jest OK. Co więcej, nawet się nie kłócimy, i mamy jeszcze więcej cierpliwości do Tamalugi i siebie nawzajem. (Dziubasowa, jeśli twój sen okaże się proroczy, to nie wiem co ci zrobię! 😛 😀 )

10.Mam dużo czasu na różne takie, nazwijmy to umownie „przemyślenia”. Codziennie też dziękuję Bogu za to, że wciąż jesteśmy zdrowi (chociaż za ten kaszel trochę Mu nawtykałam). I za to, że mieliśmy jakieś oszczędności (głównie na operację Tamalugi) i brak Tomkowej pracy nie uczynił nam szkody.

No, to na tyle, póki co.

Uwaga, teraz będzie wylewnie, więc po wszystkim, po prostu o tym zapomnijcie: Kocham was.

Jakoś to przetrwamy.

Tamaluga w warkoczykach.

 T&T. Tamaluga i Tomasz.

Zamrożona kobiecość i zapasy

W sklepach zostało niewiele towarów. Nie aż tak, żeby panikować, ale aż tak żeby się pospieszyć. Wszyscy robią zapasy, pomyślałam, że zrobię i ja. Tyle, że ja kompletnie nie orientuję się w temacie. Nigdy nie robiłam zapasów. Nawet przetworów na zimę.

Przeszłam się po sklepie i zajrzałam do kilku wózków. Poczułam się jak bym ściągała na egzaminie, ale cel uświęcał środki. Ludzie brali cukier, sięgnęłam i ja, ale jednak coś mi nie grało. Może to, że u nas w domu w ogóle nie używa się cukru? Cukier odłożyłam. Za przykładem innych sięgnęłam po mąkę. Następnie zamyśliłam się głęboko nad tym, kiedy ostatni raz korzystałam z mąki. Wyszło mi, że dwa miesiące temu przy pieczeniu ciasta, i później przy zagęszczaniu sosu. Mąkę odłożyłam. Stanęłam bezradnie przy mrożonkach. Mieszanka chińska, meksykańska, włoska, polska. Którą wybrać, skoro żadnej nie lubię? Jednak stan wyjątkowy wymaga od nas poświęceń. Może jednym z nich jest siedzenie w chacie i żarcie nielubianych mrożonek.

Wydobyłam notes, długopis, i zmusiłam komórki mózgowe do przypomnienia sobie matmy z liceum. Zaczęłam obliczać jakie jest prawdopodobieństwo, że przez dwa tygodnie będę odżywiać się potrawą złożoną z mąki, cukru i mrożonki meksykańskiej. Wyszedł mi wynik minus 85, ale mogłam coś pokręcić.

Zresztą miałam inne zmartwienie:

– Mięsa nie ma – zauważam na głos.

– Nie ma, nie ma, kochana, już od dawna – informuje jakaś pani.

– Pozostaje zjadać to, co mamy w zamrażarkach – stwierdza druga.

– No, właśnie – dodaje trzecia. – Bez paniki. Przeżyjemy na własnych mrożonkach.

– Ale czy wystarczy? – pyta z trwogą ta pierwsza.

– Pewnie, że wystarczy! Wydaje się, że tego mało, a okazuje się, że całkiem sporo.

– To prawda. Prawdziwa kobieta zawsze ma dużo mięsa w zamrażarce.

To był ten moment, w którym zdecydowałam się oddalić w innym kierunku, nonszalancko machając koszykiem. Niby pogwizdywałam wesoło, ale czułam się zdruzgotana. Nikt dotąd nie poddał tak w wątpliwość mojej kobiecości.

I cóż ja miałam rzec? Że w mojej zamrażarce jest tylko lód do drinków?

Nie wiedziałam, że trzeba mieć mrożone mięso, bo mięso zawsze kupuję na bieżąco…

Zerknęłam w koszyk, w którym miałam płyn do mycia naczyń, ręcznik papierowy, chleb i jogurt. Nagle zapragnęłam być już w domu, trochę dla bezpieczeństwa, a głównie dlatego, że nadciągał atak kaszlu, a uznałam tę czynność za zbyt intymną, by się nią z kimś dzielić.

Stanęłam w kolejce, która zawsze jest długa, ale teraz to już przeszła samą siebie. Byłam piąta w kolejce, jakim więc cudem znowu stałam przy mrożonkach na drugim końcu sklepu?! A, takim cudem, że ludzie w kolejce stali od siebie w metrowych odległościach.

………………….

Tak, kaszlę. Tomasz, gdy sądził, że już śpię zaczął mi machać termometrem przy czole. Zdrajca.  Jakoś godzinę wcześniej mu to nie przeszkadzało.

Wychodzę z Tamalugą na spacery, ale ogólnie siedzę w domu. Czuję się jak byśmy byli na tej kwarantannie z miesiąc, i byłam w lekkim szoku uświadamiając sobie, że to tak naprawdę TRZECI DZIEŃ.

………………….

Ludzie w telewizorze nie przestają mnie szokować. Rozumiem instrukcję mycia rąk. Akceptuję instrukcję powitania z łokciem. Jednak ostatnie wytyczne powaliły mnie na łopatki. „Co można zrobić z dzieckiem w domu”. Najpierw myślałam, że się przesłyszałam, ale towarzyszyły temu filmiki turtoriale, na których… rodzice nosili dziecko na barana, podrzucali do góry, grali w piłkę i gry planszowe, malowali… Nie, no zajebiście. Po prostu nie miałam pojęcia, że trzeba tego kogokolwiek uczyć! Najpierw wydało mi się to niewiarygodne. Potem śmieszne. A potem bardzo smutne, chyba smutniejsze od wirusa.

I z tą refleksją was zostawiam, kochani, życząc byśmy się trzymali, nie dali, wytrwali i pozostali w zdrowiu.

A teraz trochę optymizmu w tym trudnym czasie. Widok przed moim blokiem. Jakaż miła odmiana od muszli sedesowej, nieprawdaż?

Telewizor jest fajny

Czekamy z Tamalugą w poczekalni u laryngologa. Na stoliku stoi srebrny sześcian z dwoma pokrętłami, z którego wydobywa się muzyka. Tamaluga patrzy jak zaczarowana, dotyka, przysuwa ucho.

– Mama, pats! Pats, mama! Co to jest?

– Radio.

– Radio?

– Tak. Wiesz co to jest radio?

Tamaluga rozkłada ręce w geście bezradności.

– Nie wiem… Lobi zdjęcia?

I w tym momencie uświadomiłam sobie, że Tamaluga nigdy nie widziała radia. Nasze kuchenne pożyczył sobie Tomasz do pracy, dawno temu, nie może go pamiętać.

To tak o radiu, słowem wstępu. Później będzie o telewizorze.

……………………………

No, to strach jest. Jeszcze nie w porywach do paniki, ale jest. Największe zagrożenie dla rodziny stanowią Tomasz i Oliwia. Tylko oni mają styczność z ludźmi; Tomasz w pracy, Oliwia na uczelni i podczas podróży do Poznania (i nie tylko. Ostatnio była w Egipcie i szlag mnie trafił, zwłaszcza że wróciła chora). Także, jeśli załapać to tylko od nich. Tamaluga i ja grzecznie siedzimy w domu, wychodząc jedynie na poranne spacery.

Czasami sama udaję się na rynek, z którego wracam spocona i purpurowa na twarzy. Nie tyle z powodu dźwigania owoców, ile z powodu wstrzymywania kaszlu. Doszło do tego, że boję się zakaszleć w miejscu publicznym. Wyobrażam wtedy sobie, że ruch dokoła zamiera i wszyscy ludzie patrzą na mnie wskazując palcem, a zza rogu bezszelestnie wyskakują sapiące postaci w białych kombinezonach i siłą zaciągają mnie do karetki.

Bardziej niż swojej własnej osobistej paniki, obawiam się paniki innych ludzi. Sklepy n a p r a w d ę pustoszeją, tylko nie wiem czy z powodu wirusa czy niedzieli niehandlowej, bo sumie wygląda podobnie.

W wolnych chwilach ćwiczę z telewizorem. Chciałabym powiedzieć, że taniec lub jogę, ale nic z tych rzeczy. Ćwiczę mycie rąk, okazuje się bowiem, że nie robiłam tego prawidłowo! Jakże brudna się poczułam, zawstydzona i zbrukana. Nie wiem na pewno, ale mam podejrzenia, że robiłam to krócej i w złą stronę, nie mówiąc już o niewłaściwym ruchu okrężnym. Pierwsze próby były trudne, gdyż – w co zapewne trudno uwierzyć – nie mam w kiblu telewizora. Biegałam więc w tę i nazad, z łazienki do pokoju, chlapiąc podłogę. Teraz powoli dochodzę do poziomu mistrzowskiego, może nawet pojadę na olimpiadę, ale to jeszcze zbyt śmiałe plany.

Ćwiczę też nowe powitanie, zaprezentowane przez pana ministra z panem wicepremierem. Wyrażenie „przywalić z łokcia” nabrało całkiem innego znaczenia. Tutaj jeszcze mam pewne braki, u nich wychodzi tak lekko i naturalnie, a ja testując ze ścianą mam już mocno poobijaną rękę. Ale się nie poddaję. Na razie walczę o brązowy nałokietnik, a z czasem – kto wie – może nawet czarny?

A w ogóle to bardzo się cieszę, że mamy w telewizorze takich mądrych ludzi, którzy się znają i wypowiadają. Z drugiej strony, nadmiar telewizji chyba mi szkodzi, bo zaczynam mieć omamy wzrokowe. Widzę gościa, eksperta od koronawirusa, i głowę bym dała, że on wczoraj był ekspertem od czegoś innego. Ruchu drogowego? Rozwoju niemowląt? Nie wiem na pewno, bo w tych brodach wszyscy wyglądają tak samo. Nie rozumiem tej mody. Gdyby Tomek, nie daj Boże, zapuścił brodę, to szlag by mnie trafił. Na szczęście on źle się czuje nawet przy lekkim zaroście, głównie dlatego, że nie mógłby przytulać Tamalugi, co jest dla niego największą motywacją. (Pewnie, ch*j tam ze mną.)

Mówię wam, w telewizorze mieszkają mądrzy ludzie, którzy udzielają wielu cennych wskazówek. Tylko w jednym dniu poznałam całą masę ważnych informacji. Najpierw dowiedziałam się jak myć ręce i jak się witać. Potem dowiedziałam się, że pluton nie jest już planetą (k*rwa, od kiedy?! Od 14 lat?!) Potem dowiedziałam się, że na świecie żyje 525 milionów psów, (czy to nie cudowne?) Jeszcze potem dowiedziałam się, że te psy robią kupę, ustawiając się w kierunku północ- południe wzdłuż osi ziemskiej.

Można?

Zabawa u Herne

Zabawę podjęłam.

Na blogu u Herne ——->  PEGAZANIA

A aktualny jej etap brzmi „Co byś przekazała swojej młodszej wersji?”

Po długich i burzliwych obradach odbywających się w moim mózgu, po przeprowadzeniu skomplikowanego procesu, który to, w przypływach optymizmu nazywam myśleniem, oznajmiam, co następuje:

Już po wstępnej fazie procesu stwierdziłam, że przekazałabym swojej młodszej wersji CAŁE MNÓSTWO RZECZY.

Począwszy od klucza do piwnicy, który wiecznie ginie. Tak, żeby miała jeden, jak coś.

I powiedziałabym jej:

Po pierwsze, nie daj się poderwać chłopakowi w niebieskich butach Nike, gdyż wstąpisz z nim w związek małżeński, co okaże się katastrofą.

Po drugie, to nieprawda, że kalafior jest obrzydliwy. Zmarnujesz 30 lat wierząc w to, co powiedział ci dzieciak z przedszkola.

Po trzecie, wiosną 1995 roku Pawłowscy zaproszą cię na imprezę. Nie idź tam, bo umrzesz z nudów i ominie cię fajny koncert.

Po czwarte, załatw sobie transport z imprezy pracowniczej, latem 94, bo wracając zaliczysz wszystkie płoty, siatki i ogrodzenia, a i tak nie będziesz tego pamiętać.

Dochodząc do punktu piątego zatrzymałam się na moment, bo mnie oświeciło. Zorientowałam się, że to nie ma sensu. Między innymi dlatego, że ta lista nigdy się nie skończy, ale przede wszystkim dlatego, że przypomniałam sobie słowa doktora Emmeta Browna z „Powrotu do przyszłości”. Przecież to zaburzyłoby tę całą, no… Zakłóciłoby kontinuum czasoprzestrzenne! Nie można, no, naprawdę nie można robić takich rzeczy! Żadnych rad i ostrzeżeń, bo każda najmniejsza akcja będzie miała swoje konsekwencje w przyszłości! (Nie mówiąc już o tym, że gdybym trzymała się z daleka od niebieskich adidasów – nie miałabym teraz moich cudownych córek). Boszszsz, no! O mały włos…

W związku z powyższym, gdybym mogła przenieść się do przeszłości to NIC BYM SOBIE NIE POWIEDZIAŁA. Na wypadek, gdyby mnie korciło – zakleiłabym sobie usta podwójną taśmą klejącą, a dla pewności jeszcze założyła maseczkę chirurgiczną za 75 złotych. Tak zabezpieczona podkradłabym się pod okno tylko żeby popatrzeć na siebie, jaka byłam młoda, głupia, szczupła i zgrabna. Potem odwróciłabym wzrok, westchnęła, jeszcze raz rzuciła okiem jaka byłam szczupła i zgrabna, zaklęła siarczyście, co zostałoby stłumione przez taśmę i maseczkę. Następnie z ociąganiem wróciłabym wehikułem czasu, w postaci brunatno kopytnego jednorożca, do czasów obecnych, z poczuciem kompletnego zawalenia misji.

*Swoją drogą to zastanawiające, jak wiele porad dotyczyłoby imprez i picia. Muszę nad tym pomyśleć. Albo lepiej nie.

STARE SERIALE I NOWE STARE STRANGER THINGS

Jak już wspominałam – nie jestem serialowa. Między innymi z tego samego powodu, dla którego nie układam puzzli – brakuje mi cierpliwości. Nie chce mi się czekać na wyjaśnienie jakiegoś wątku do następnego odcinka. Oczywiście w dzisiejszych czasach odcinki wielu seriali można sobie obejrzeć hurtowo, ale ja nie mam na to czasu.

Oczywiście, jak wszędzie, i tu bywają wyjątki, gdyż zdarzało mi się trafić na seriale, które bardzo polubiłam. Dotyczy to głównie czasów mojego dzieciństwa i młodości. Do kilku powróciłam po latach, żeby obejrzeć je ponownie i przy okazji sprawdzić, czy nadal działają na mnie tak samo. Postanowiłam podzielić się z wami tymi wspomnieniami. Spokojnie, tylko siedmioma:

„Z Archiwum X” – Boszsz, jak ja nie mogłam się doczekać kolejnych odcinków! Parka moich ulubionych agentów FBI: ona sceptyczna, ścisły umysł, on odjechany w klimaty UFO. Mrok i tajemnica. Przestępstwo i zagadka. I ten romans, co to wisiał w powietrzu i nigdy się nie wydarzył, bo zawsze coś; jak nie kosmita, to mitologiczne stwory.

„Beverly Hills 90210” – serial o bogatych, amerykańskich dzieciakach i cudownym życiu w niedostępnej wówczas dla nas Kalifornii. (Z gatunku „Mamooo, ja też tak chcę!”) Wystartowali z nim idealnie, bo miałam mniej więcej tyle lat, ile bohaterowie. W związku z tym, chociaż nieraz wkurzały mnie ich czyny i wyimaginowane problemy, ten serial przyciągał jak magnes.

„Północ – Południe” – uwielbiałam ten amerykański serial o losach przyjaciół w czasach wojny secesyjnej. Zawsze podziwiałam Patricka Swayze’go, więc to był dla mnie dodatkowy atut. Niezwykle barwna opowieść, w której dużo się działo, bo nie samą wojną człek żyje. Intrygi, przyjaźnie, miłości, zbrodnie, no i problem niewolnictwa, a co się z tym wiąże – kolosalne różnice w traktowaniu niewolników na południu i na północy Stanów.

„Hendersonowie” – puszczany w niedzielne poranki, gdy miałam może z 10 lat. Ha! To właściwie serial widmo, bo ze wszystkich moich znajomych pamięta go tylko jedna osoba… No, szok. Ale, przysięgam, że go nie wymyśliłam, on istniał naprawdę! Na dowód mam zdjęcie. 😛 Główna bohaterka miała na imię Tamara, i pomyślałam, że to całkiem ładne imię i być może kiedyś nazwę tak córkę. Rzecz działa się w Australii, a w paczce przyjaciół debiutowała Kylie Minogue! Niestety nie mogę obejrzeć go ponownie, bo nawet w Internecie trzeba się dobrze naszukać, żeby znaleźć jakiś fragment czy choćby wzmiankę (ale przynajmniej wiem, że nie zwariowałam).

„Niebieskie lato” – że tak pójdę za ciosem „Hendersonów”. Hiszpański serial z 1981 roku, o wakacyjnych przygodach paczki dzieciaków. Z jednej strony poruszający całkiem poważne sprawy, takie jak śmierć, rozwód, alkoholizm i tak dalej, a z drugiej lekki wakacyjny klimacik. Przystojni chłopcy i zapierające dech, widoki pięknego Costa del Sol. Byłam pod wielkim urokiem, moje podwórkowe koleżanki też, do tego stopnia, że namiętnie odgrywałyśmy scenki z tego serialu. Do niego, niestety, też nie mogłam wrócić po latach, z tego samego powodu, co wyżej.

„Mały domek na prerii” – miałam 8 lat, gdy kończyli ostatni sezon, ale do Polski, jak to wtedy bywało, wszystko docierało z opóźnieniem, więc miałam okazję obejrzeć wszystkie odcinki. Opowiadał o losach ubogiej, ale kochającej się rodziny z XIX wieku, która w poszukiwaniu lepszego życia osiedla się w miasteczku Walnut Grove w Minnesocie. Scenariusz powstał na podstawie książki i wspomnień Laury Ingalls Wilder.

„Na wariackich papierach” – serial o parze detektywów, rozwiązujących dosyć dziwne zagadki kryminalne. Akcja rozgrywa się współcześnie (to znaczy współcześnie dla czasu powstania serialu, czyli w latach 1985-89) ale niektóre odcinki są oderwane od rzeczywistości i jakby przeniesione w czasie do przeszłości. Co ważne – debiut Bruce’a Willisa, który stworzył tak charyzmatyczną postać, że zupełnie przyćmił, znaną już wówczas filmową partnerkę – Cybill Shepherd. Muzyka też była bezbłędna, a większość piosenek wykonana przez głównych aktorów.

Dobra, to na tyle z powrotu do przeszłości. (I błagam, niech ktoś napisze, że któryś kojarzy! Nie wymagam Hendersonów i Niebieskiego lata, bo tego nawet moje roczniki nie kojarzą).

Wiem, że obecnie też można trafić na dobry serial, ale ja nie mam ani czasu, ani Netflixa.

Wyjątek stanowi „Stranger Things”, (podesłany mi w linku przez Wikę), serial tak reklamowany, że zanim zdążyłam go obejrzeć – już miałam dosyć. Na szczęście dałam mu szansę i faktycznie całkowicie mnie pochłonął. Obiektywnie patrząc mógłby być zaprzeczeniem wszystkiego, co w serialach lubię. A jednak mnie wzięło. Klimat lat 80 – moich lat – wciąga jak cholera. Muzyka, ciuchy, fryzury, styl, a nawet sposób mówienia. Bohaterowie są wyjątkowi i tak świetnie dobrani, że właściwie to oni robią film. Niewytłumaczalne zjawiska i takie Potworne Cosie stanowiące podstawę scenariusza, jakoś tak schodzą na dalszy plan. Ale to też znak lat 80, które lubowały się w takich filmach. Poza tym, jak mogę kwestionować potworności w „Stranger Things”, będąc fanką potworności „Z Archiwum X”, co nie?

Z niecierpliwością czekam na 4 sezon.

Póki co, to w sumie chyba na tyle.

 

GRRRY, GRRRY, HAU, HAU, czyli ranking planszówek

Dzisiejszy wpis na prośbę Kariny , która podsunęła mi jednocześnie pomysł na osobną kategorię, o grach właśnie. Nie tylko planszowych. No, dobra, ponoszę się jeszcze z tematem i pomyślę. Póki co, ranking planszówek wrzucam do kategorii książkowej, z uwagi na zbliżony materiał wykonania 😀

Z grami to jest taka fajna sprawa, że możemy wymyślać je sami, a do tych istniejących tworzyć nowe zasady. W ten sposób wiele gier dla dorosłych możemy zamienić na gry dla dzieci.

Gdy dziewczyny były małe, często grałyśmy w różne gry. Był to przy okazji dobry sprawdzian ich charakterów, i np. taka Wiktoria śmiała się do łez z własnej przegranej, a taka Oliwia przeżywała każdą porażkę i czasami reagowała płaczem. Na szczęście rzadko, bo rzadko przegrywała, wykazując prawdziwe zacięcie i kantując po drodze 😀

Ale wracając. Nie za bardzo orientuję się w nowych grach planszowych dla małych dzieci, bo miałam w tym temacie sporą przerwę, a te które wciąż u mnie na stanie (w lepszym lub gorszym stanie :D) mają z 15 lat. Ranking przeprowadzę zatem, wśród gier, które posiadam od zamierzchłych czasów. Spróbuję jakoś to pogrupować, rozdzielając gry dla dzieci, od gier dla dorosłych. W związku z postanowieniem niezanudzenia was tematem – ograniczę się do trzech w każdej grupie. Pewnie za jakiś czas wrócę do tematu, także spoko.

Gry dla dzieci:

„Scooby – Doo! Gdzie jesteś?”, czyli popularny chińczyk. Zaczynam od tej gry, bo grałyśmy w to z dziewczynkami najczęściej. My akurat mamy Scooby’ego, ale wiele innych gier na podobnych zasadach też daje radę. Chińczyk cieszy się niesłabnącą popularnością i jest doskonałą grą dla dzieci, właściwie w każdym wieku. Scoobie wraz z przyjaciółmi, jak zwykle, prowadzą śledztwo. Zasady są bardzo proste: poruszamy się pionkami pokonując po drodze różne przeszkody, losując karty z poleceniami, karami i bonusami. Wygrywa ten, kto pierwszy ustawi wszystkie swoje 5 pionków w bazie. Emocje są właściwie do samego końca, bo pionków w bazie nie można ustawić byle gdzie. Każdy musi mieć swoje miejsce, co często stopuje gracza do momentu wyrzucenia odpowiedniej liczby oczek. W tym czasie gracz będący na końcu może nas prześcignąć 😀

 

„Wildlife” – gra wyszła w 2003 roku i to był prawdziwy szał. To pierwsza gra, której akcja toczy się na planszy i w telewizorze. (Równolegle ukazało się Sealife – o życiu w oceanie). To jest gra, na którą trzeba mieć czas. Oczywiście, w przeciwieństwie do „Monopolu”- kiedyś się kończy, ale i tak rozgrywka pochłania masę czasu. Propozycja na wspólne świąteczne popołudnia i świetna zabawa dla całej rodziny.

Akcja rozgrywa się w pełnym dzikich zwierząt, afrykańskim parku Serengeti. Gracze poruszają się po planszy, pionkami w kształcie jeepów. Jednocześnie oglądając filmiki na załączonej płycie DVD. Filmy pokazują życie i zwyczaje afrykańskich zwierząt i są dziełem Hugo van Lawicka – jednego z najwybitniejszych filmowców dzikiej przyrody. Po każdym kilkunastosekundowym filmiku pada pytanie, na które gracze muszą odpowiedzieć wykładając odpowiedni żeton A, B lub C. Prawidłowa odpowiedz upoważnia do dalszej drogi. Pytania mogą być związane z danym filmikiem, albo tylko ze zwierzęciem które się na nim pojawia. Niektóre pytania wymagają spostrzegawczości, inne wiedzy ogólnej. Gra jest emocjonująca i trudno o niej zapomnieć. Wiek 8+

 

„Gotowanie” – to ta z tych nowszych. Grałam w nią tylko raz, u znajomych. Gra jest naprawdę fajna i skierowana już do trzylatków. Rozgrywki są szybkie i ciekawe, a przede wszystkim jest ich aż 12 do wyboru. Jest gotowanie na czas, gotowanie w ciemno, dopasowywanie składników, korzystanie z zakupowych okazji, tworzenie kulinarnych historyjek, a także pichcenie po angielsku. Dziecko ma tyle możliwości, że gra na pewno mu się nie znudzi. Przy okazji uczy się angielskich słówek, pobudza wyobraźnię, ćwiczy refleks, zapamiętywanie, i – co równie cenne – może zmienić złe nawyki kulinarne, rozbudzić w sobie ciekawość innych potraw, a nawet rozwinąć pasję do gotowania.

 

Gry dla dorosłych i trochę starszych dzieci:

„Dixit” – zdecydowanie numer jeden, póki co, czyli „jeszcze się taka gra nie narodziła, która by ją przebiła”, że tak zrymuję. Jeśli ktoś pierwszy raz spotyka się z tym tytułem, już naświetlam sprawę. Graczy musi być co najmniej trzech, a im więcej tym lepsza zabawa, chociaż to też uzależnione jest od ilości kart (można mieć jedną talię podstawową, albo talie dodatkowe, bo dodatków w postaci kart i innych urozmaiceń pojawia się na rynku coraz więcej). Analogicznie – im więcej mamy kart, tym więcej może być graczy. Karty przedstawiają rysunki/obrazki, o przeróżnej formie i grafice, bardzo ciekawe, osobliwe, niektóre wręcz psychodeliczne. Oprócz kart, rozdawane są też żetony z numerkami, no i jest plansza, po której przesuwamy pionki. Chociaż dla mnie plansza ma naprawdę drugorzędne znaczenie, tak jak zwycięzca i przegrany. Bo cała zabawa ukryta jest w kartach i słowach, jakie padają z ust graczy. Ten, kto w danej rundzie jest „bajarzem”, wybiera ze swojej talii jedną kartę, odkłada ją zakrytą na stół i mówi słowo/zdanie/przysłowie czy cokolwiek mu przyjdzie do głowy, a kojarzy mu się z danym obrazkiem. Reszta graczy wyszukuje u siebie karty, która najbardziej wiąże się z tym hasłem i też odkłada ją zakrytą. Gdy każdy wyłoży swoją – karty są tasowane, odkrywane i wtedy każdy musi odgadnąć, którą kartą jest karta bajarza. Gra Dixit dostarcza tak wielu pozytywnych emocji, że często po skończonej rozgrywce na długo pozostaje w pamięci. Jest przy niej świetna zabawa, dużo śmiechu i refleksji, no i pozwala poznać się wzajemnie trochę lepiej.

 

„Alias” to gra opisowa, podobna do „Tabu”. Ma kilka wersji – moja jest akurat „filmowa”, więc hasła dotyczą kina i wszystkiego, co chociaż trochę się z nim wiąże. Zasady są bardzo proste, trochę przypominają stare, dobre kalambury. Gracz dobiera kartę, na której jest 6 haseł, a potem za pomocą kostki losuje hasło. Następnie opisuje je używając różnych słów, byle nie będących częścią właściwego słowa, ani jego odmianą. Reszta zgaduje, dobrze się bawi, i tyle. Całą filozofia. Gra świetnie sprawdza się na imprezach.

 

„Ego” (moja wersja to „Ego – emocje”) – gra na sprawdzenie swoich towarzyszy, a raczej tego, jak dobrze ich znam, i co oni wiedzą o mnie. Jeden z graczy pobiera kartę ze stosu i czyta na głos, zamieszczony na niej tekst (zdanie/słowo/tytuł itd.) Następnie zastanawia się, co w związku z tym czuje, wybiera spośród żetonów emotkę pozytywną, negatywną albo neutralną i kładzie ją zakrytą na stole. Zadaniem pozostałych graczy jest odgadnięcie jaki żeton wybrał gracz, czyli jakie jest jego nastawienie do przeczytanego tekstu. Gra dostarcza wielu emocji, nie tylko tych kartonowych :D, wywołuje śmiech, ale czasem zdumienie i rozczarowanie. Może też budzić kontrowersje, gdy hasła dotyczą delikatnych kwestii jak homoseksualizm, czy kościół. Niemniej warta polecenia, zwłaszcza ludziom, którzy sądzą, że w swoim gronie świetnie się znają.

To na tyle, kochani. Póki co.

 

W poszukiwaniu rutyny

Sprzedawca wyrobów cukierniczych już sam w sobie powinien ociekać słodyczą. Niestety, babsko siedzące u nas w pączkach ma tak skrzywioną gębę, że rzadko kto decyduje się podejść do okienka. I bardzo dobrze! Podejdę 3 razy, a potem nie zmieszczę się w spodnie. Ostatnio znalazłam w szafie takie, których nie nosiłam od lat. Bojówki z wiszącym krokiem. Powiem tak: może ten krok kiedyś i zwisał sam z siebie. Teraz muszę go spuszczać i naciągać. Może ten krok kiedyś i zwisał seksownie. Dziś wyglądam jakbym się zesrała.

A że podobno nadciąga wiosna, tak mówią, w związku z czym należałoby wrócić do jako takiej formy.

Należałoby ograniczyć żarcie i zapisać się na siłownię.

Nie, no bez jaj. To taki żarcik sytuacyjny. Swoją drogą szkoda, że nie można schudnąć od samego zapisania się na siłownię. Nawet nie musiałabym się ruszać z domu, wypełniłabym formularz online i gotowe. Pozostałoby tylko siedzieć na kanapie i czekać na efekty. Tak… bardzo szkoda.

Co do ograniczenia żarcia, to chyba zaczęłam ostatnio podjadać. To znaczy bardziej niż zwykle. Nie wiem z czego to wynika, ale w Internetach wiedzą. Na kilku niezależnych stronach udzielają dokładnie tej samej rady: poznać swoje przyzwyczajenia. Lustracja codziennej rutyny pomoże nie tylko ograniczyć podjadanie, wyeliminować słodycze, ale też rzucić palenie i inne używki. Należy „tylko” zorientować się w jakich sytuacjach palimy, czy podjadamy i starać się wtedy zastąpić palenie czy podjadanie czymś innym. Czym, nie powiedzieli, ale to i tak jest nieważne w obliczu tego, co odkryłam. Mianowicie, ze zgrozą i niedowierzaniem odkryłam, że nie mam żadnej rutyny.*

Zawsze wiedziałam, że moje życie to chaos, ale żeby aż tak?!

Jeśli sięgamy po słodycz przy porannej kawie – wyeliminujmy ten odruch. Czy ja piję poranną kawę? Może inaczej: czy pitą przez mnie kawę można nazwać poranną? Jeśli budzę się o siódmej to śmiało, ale jeśli o dziesiątej trzydzieści to chyba nie bardzo. A nie oszukujmy się: od kiedy Tamaluga nie chodzi do przedszkola, znacznie częściej realizuję ten drugi wariant. Czasami piję tylko kawę, czasami do kawy jem śniadanie, czasami nie piję kawy, tylko jem śniadanie, czasami nie piję kawy i nie jem śniadania.

Pójdźmy dalej: kąpiel. Czasami kąpię się rano, czasami wieczorem, czasami na drugi dzień, a najczęściej w ciągu dnia. Tak, w ciągu dnia, kiedy uda mi się posprzątać, coś tam ugotować i wykonać inne czynności okołotamalugowe.

Wyjście z Tamalugą. Czasami odbywa się rano, czasami w południe, czasami po południu. Czasami spacerujemy, czasami robimy zakupy, czasami idziemy na plac zabaw albo do kawiarni, a czasami jeździmy tramwajem bez żadnego celu.

Obiad. Od wyprowadzki Wiktorii kwestia obiadu w moim domostwie przechodzi niewiarygodne metamorfozy. Przestałam nareszcie dzielić dania na wegańskie i niewegańskie, glutenowe i bezglutenowe, kaloryczne i niekaloryczne. Nie musiałam mierzyć, ważyć, dokonywać skomplikowanych obliczeń, rozpisywać na kuchennej ścianie wzorów chemicznych, z których żaden nie miał sensu, bo gówno pamiętam z chemii, ale na ścianie prezentowało się dość ciekawie.

Potem Oliwia zaczęła spędzać dni na uczelni i jeść poza domem, co wyeliminowało ostateczny podział obiadu na wegański i niewegański.

Potem Tomasz zaczął jadać w pracy i stało się. Moje rozbestwienie w tej materii sięgnęło zenitu. Czasami Tamaluga dostaje na obiad jajecznicę, zresztą ku jej wielkiej radości, co jest i tak lepsze od zupek Vifona, bo i do tego doszło. Naprzeciwko wesoło macha do nas Chińczyk, a na rynku kurczak z rożna. Jestem na wspaniałym, fantastycznym i długim urlopie od gotowania. Nawet jeśli to tylko 2-3 dni w tygodniu to i tak warto. Odkryłam, że w tym czasie mogę robić dużo innych pożytecznych rzeczy, np. przeczytać książkę, obejrzeć odmóżdżający film albo pogapić się w okno.

Zatem i tutaj rutyny brak.

Jak wspomniałam: moje życie to chaos.

No, to kiedy ja właściwie podjadam?

Jak to kiedy: w nocy.

 

*Przypomniało mi się, jak na studiach mieliśmy wykład na temat codziennych przyzwyczajeń. Profesor stwierdził, że każdy bez wyjątku robi to samo po wstaniu z łóżka, mianowicie siku. Kolega Mariusz oświecił go, że czasami po wstaniu z łóżka robi się i siku i kupę. Na co kolega Daniel oznajmił wesoło, że on właśnie robi siku i kupę, i to jeszcze przed wstaniem z łóżka!

Przecież ja nie mogłabym odnaleźć się w normalnej grupie