Wąchanie dołu, ścierka i bakłaża

Dzwoni do mnie Kaśka. Albo Agnieszka. Macie tak czasami, że jakaś osoba kojarzy wam się z konkretnym imieniem, i chociaż wiecie, że ma inne – no ni ch*ja. Basia na zawsze pozostanie dla was Izą, a Jakub Marcinem. Bo tak im pasuje, mi tak pasuje.  Tak już mam z niektórymi ludźmi, i Tomasz też tak ma.

No, więc dzwoni do mnie Kaśka, która dla mnie jest Agnieszką. Agnieszek znam całe mnóstwo. Kasiek zresztą też.

No, więc dzwoni Kaśka-Agnieszka i pyta:

Co robisz?

Niby niewinne pytanie, ale „Co robisz” należy do tej kategorii pytań pułapek, których nie lubię, bo nigdy nie wiem co odpowiedzieć. Mam wtedy jakieś 0.03 sekundy na przemyślenie sprawy. Przede wszystkim, muszę ustalić szybko przyczynę pytania; czy osoba pyta, żeby jakoś zacząć konwersację i tak naprawdę ma w dupie, co robię, czy też osoba zamierza mnie odwiedzić, lub zaprosić do siebie, lub – co gorsza – gdzieś wyciągnąć z domu. A wtedy robi się groźnie.  

„Co robisz” pyta niewinnie Kasia – Agnieszka, a ja zastanawiam się, czy powiedzieć jej prawdę, bo właśnie w tej chwili wącham spodnie od piżamy, które mam na sobie. Pachną zajebiście. Moja mama ma obsesję kupowania wszystkim piżam, więc średnio 3 razy w roku dostaję od niej piżamę. Piżamy składają się z gór i dołów. Gór używam, pod warunkiem, że są z krótkim rękawem, ale doły odkładam na półkę. Nie jestem w stanie zasnąć mając ubrane nogi. W ten sposób, na dolnej półce, uzbierała mi się niezła kolekcja samych dołów.

Akurat zrobiło mi się zimno i sięgnęłam po jedną parę. No i tak sobie siedzę, w pozycji, o jaką bym siebie nigdy nie podejrzewała, z głową w dół, i wącham te moje spodnie od piżamy. Pachną, jak mniemam, płynem do płukania, wymieszanym z zapachami innych dołów zaległych na półce, i z innymi płynami do płukania. Wącham piżamę i jest to dla mnie bardzo przyjemny i doniosły moment. Pytanie brzmi, czy dla Katarzyny – Agnieszki również?

W tym miejscu następuje przewartościowanie naszej znajomości, czy to jest przyjaźń, czy to jest lubienie. (La la la la, lala lala lala, lala lala lala). Na ile jestem w stanie się przed nią otworzyć, oraz czy zrozumie? Ciągle istnieje szansa, że zadała to pytanie ogólnie, nie żądając konkretów. Na ogólne pytanie „Co robisz”, mogłabym z ulgą odpowiedzieć „Siedzę w domu”. Ale konkrety, to już niestety zahaczają o wąchanie dołu od piżamy. Ciągle istnieje też szansa, że zadała to pytanie z uprzejmości, i nie będzie czekała na odpowiedź, i że zaraz w słuchawce rozlegnie się jej świergotanie. Ale po drugiej stronie jest cisza. Czeka na odpowiedź. Zbieram się w sobie, zbieram, tchórzę w ostatnim momencie, i udzielam uniwersalnej, choć wyczerpującej odpowiedzi: „Nic”.

„Przyznaj się, wąchasz spodnie od piżamy!”, mówi ona. Nie. Wcale tak nie mówi, ale przez moment to sobie wyobrażam i robi mi się gorąco. Właściwie, to w ogóle nic nie mówi, bo coś przerwało połączenie. Stąd ta cisza w słuchawce. Niepotrzebnie zmarnowałam tyle czasu na zastanawianie się, co odpowiedzieć.

…………………….

Marzanna, sąsiadka z góry, należy do grupy ludzi, których wolę unikać. Nie zawsze mi się udaje.

– I co, będzie się szczepić?

Wiem, że zawsze używa trzeciej osoby, ale udaję, że nie rozumiem.

– Kto?

– No ty.

– Tak, będzie.

– I nie boi się, że jej czipa wstrzykną?

– Ma nadzieję i nie może się doczekać na tego czipa, bo gdy się zgubi to szybko znajdą właściciela.

A mina Marzanny jak, nie przymierzając w Pierwszy Dzień Wiosny.

……………………….

Poprosiłam Tomka żeby poszedł na pocztę i wysłał przesyłkę do Ameryki, do mojej mamy. Wiedziałam, że na miejscu będzie musiał wypełnić druczek, co zawiera przesyłka i jaka jest wartość tych przedmiotów. Kiedyś miła pani urzędniczka wpisywała wszystko po angielsku, więc pomna tego wydarzenia, zapisałam na kartce Tomkowi też po angielsku. No, więc T- SHIRT, BOOK, WATCH. No i obok ile co kosztowało. Tomasz miał tylko wziąć kartkę i na poczcie przepisać na ten druczek. Tomasz udał się na inną pocztę, i okazało się, że tam na druczku ma być po naszemu i musi przetłumaczyć i przepisać. Tomasz zna podstawy angielskiego, więc nie byłoby problemu. Problemem było to, że nie wziął okularów.

Odczytał jakoś T-SHIRT. Odczytał jakoś BOOK. Ale WATCH (zegarek) przeczytał jako WASH (mycie, pranie). Pojęcia nie miał, jak sobie z tym poradzić. Pytam, więc, co napisał po polsku, a on na to „Ściereczka”. Padłam ze śmiechu, a gdy się uspokoiłam, zapytałam, czy nie dało mu do myślenia, że cena widniejąca obok – 50 złotych, to jednak trochę przesada, jak za ściereczkę? „No, trochę”, mówi. „Ale myślałem, że to jakaś specjalna, z Eko-mikrofibry”.

……………………………………….

Tamaluga:

Od dawna ma spać, ale twierdzi, że nie może. To woła tatę, to czegoś chce. W końcu siada obok mnie na kanapie, wzdycha i ogląda swoje paznokcie.

– Chyba miałaś iść spać, nie?

– No, tak, nawet tata mnie trochę poprzytulał, ale, mówię ci: nic z tego.

…………………..

– Mama, podłoga to lawa, taka gorąca. Nie można po niej przejść. Tylko ja mogę, bo mam specjalne kapcie do przechodzenia przez lawę.

– Acha. No to chodź do mnie na chwilę.

– Nie mogę, bo nie mam kapci.

– Jak to? Przecież stoją obok!

– Ale jeszcze się ładują.

………………..

– Mama, a BAKŁAŻA to owoc czy warzywo?

– Warzywo.

– A śliwka to owoc czy warzywo?

Nic nie mówię, bo ma iść spać, więc sama sobie odpowiada:

– Śliwka to chyba owoc. Dawno nie jadłam śliwki. No, ale ja nie lubię śliwki.

…………………

Tomek: Oglądałaś z mamą program?

Tamaluga: Tak, ale to było krótko.

Tomek: Chyba wcale nie tak krótko!

Tamaluga: Oj, krótko. Oglądałyśmy tak krótko, jak tylko umiemy!

…………………..

O, znam ten odcinek Myszki Mickey. Albo nie znam. Znam, chyba to już było. Ale tak nie za bardzo było.

…………………

Czytam jej książkę na dobranoc, w której sprzedawca mówi: Oto regał z artykułami sypkimi.

Tamaluga (chichocze): Pan sprzedawca udaje, że jest dzieckiem!

Ja: Dlaczego?

Tamaluga: Bo mówi „sypkimi”, a przecież mówi się „szybkimi”…

Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland

To było moje pierwsze spotkanie z panem Murakami i już wiem, że nie ostatnie. Trochę mi głupio, że pierwsze, zwłaszcza, że według informacji na okładce Murakami jest najwybitniejszym i najbardziej znanym na świecie pisarzem japońskim. Gatunek, w którym pisze jest trudny do określenia, według Wikipedii jest to surrealizm, a ja bym powiedziała, że trochę Urban Fantazy. Tak, czy siak to wciąż fantastyka, a z tą mi raczej nie po drodze. No, chyba, że jest naprawdę dobra, a ta jest. Poza tym światy równoległe zawsze mnie fascynowały.

To może teraz mały poradnik:

Przed lekturą należy ogarnąć bieżące obowiązki, pozałatwiać sprawy, gdyż istnieje szansa, że wciągnie was tak, jak mnie i nie będziecie mogli się oderwać. Z tego też powodu, dobrze, jeśli kolejny dzień jest wolny od pracy.

Do samej lektury zalecam szklaneczkę whisky (i butelkę w zasięgu ręki), z co najmniej trzech powodów:

1.whisky jest dobra i pasuje

2.książki nie da się ogarnąć zupełnie na trzeźwo

3.dla towarzystwa, bo bohater też pije whisky.

Czytanie zaczynamy od uprzejmego kon’nichiwa, bo wypada się przywitać. Potem głęboki oddech i jazda bez trzymanki.

Bywają takie książki, które trudno opisać bez zdradzenia fabuły, i takie, które można opisać obszernie, a i tak nie da się zaspojlerować. Ta książka zalicza się do pierwszych i drugich. Jest niesamowita, to na pewno. Myślę, że autor musiał coś brać (oprócz whisky), bo nikt na trzeźwo nie ma AŻ takiej wyobraźni. Myślę też, że to jedna z lepszych książek, jakie czytałam. Oczywiście, że nie podpasuje każdemu, ale warto dać jej szansę.

Dobra, do brzegu. Spróbuję jakoś naświetlić tę nienormalną fabułę.

Rzecz, jak się domyślacie, dzieje się w dwóch równoległych światach: tajemniczym Mieście otoczonym murem i w normalnym mieście, znanym nam wszystkim jako Tokio. Właściwie, co do równoległości tych światów mam pewne wątpliwości, tak, jak do „normalności” Tokio. W Tokio Murakamiego występują stwory, a sam bohater para się zawodem, który nie istnieje. Jeszcze nie istnieje, ale w przyszłości wszystko jest możliwe. No, właśnie, w przyszłości. Zerkam na datę pierwszego wydania książki i jest to rok 1985. Czyżby, zatem, autor wyprzedził nasze czasy? Z jednej strony tak, z drugiej strony treść zdradza nam, że to lata osiemdziesiąte, nie tylko z powodu braku wszechobecnego dzisiaj Internetu. Domyślamy się tego z muzyki w radiu, ze stylu ubierania się bohaterów, czy branż sklepowych i usługowych, które obecnie są już w zaniku.

Dwa światy i jeden człowiek, o którym niewiele wiadomo, poza tym co sam nam zdradza. W jednym ze światów (tym bardziej realnym) trwa cicha wojna dwóch korporacji; Systemu produkującego dane i Firmy, próbującej te dane wykraść, czymkolwiek te dane są. Jeden odrealniony staruszek – profesor przeprowadzający eksperymenty na mózgach ludzkich, do czego z kolei kluczem są mózgi… jednorożców. Nieźle, co? Drugi ze światów to totalny odjazd i… Nie, nie powiem. Ledwo się stamtąd wyrwałam.

Rozbrajające są niektóre przemyślenia i skojarzenia głównego bohatera. Czasami tok jego rozumowania jest tak abstrakcyjny i tak podobny do mojego, że to aż przerażające.

Ale książka jest niesamowita. Jeszcze raz dziękuję za nią Agnieszce z bloga Mycoffeetime.

Polecam.

Potrzebuję więcej chmurek

Zanim przedszkola na nowo otwarły swoje podwoje – ja miałam otwarte w laptopie  następujące strony: medytacja dla początkujących, muzyka chillout, zadbaj o swoje zdrowie, przedszkole online i trampki na lato.

Nie mogę ćwiczyć. Nie żebym wcześniej była jakoś specjalnie aktywna na tym polu, ale przynajmniej mogłam bez większego wysiłku zrobić – no, powiedzmy – ze trzy przysiady, cztery podskoki i półtora brzuszka. Teraz uniesienie nogi przerasta moje możliwości. Może to jakieś covidowe pokłosie? Normalnie czuję się zmęczona, obolała i pozbawiona wszelkich mocy. Przez to zniechęcam się do ćwiczeń wszelakich, gniewnie spoglądam na paletki do ping ponga, a roweru to już nawet nie odwiedzam w piwnicy. Frustruje mnie dodatkowo fakt, że aktywność fizyczna wciąż utrzymuje się na szczycie listy rzeczy trendy i cool.  Szukam zatem wytrwale innych rzeczy trendy i cool, i co chwilę trafiam na słowo „medytacja”. W końcu nastaje dzień, w którym decyduję się otworzyć którąś z proponowanych stron. Planuję przeczytać tylko, bez żadnych zobowiązań. Trafiam na blog jakiejś zabranej tematem i – wnioskując z ilości komentarzy – znanej panci medytującej. Odnajduję wpis dla początkujących i czytam. Już od pierwszego zdania czuję, że to jest to, czego szukam, gdyż brzmi ono: „Na początku możesz medytować tylko dwie minuty”. No przecież to cudowne jest! Dwie minuty. Już uwielbiam tę kobietę. Wybieram wersję pisaną, bo gdybym wybrała filmik, to musiałabym, podczas tej całej medytacji, odrywać się, podnosić i patrzeć co ona robi, a to przecież cała masa czynności. A tak, przeczytam, wykuję na pamięć i powtórzę. Czytam dalej. „Możesz medytować w wygodnej dla siebie pozycji. Możesz leżeć, siedzieć, a nawet stać”. Mój Boże. Przysięgam, że wyślę tej kobiecie kartkę na Walentynki. „Ułóż ręce swobodnie, najlepiej z otwartymi dłońmi skierowanymi do góry. Skup się na oddychaniu i licz każdy wdech i wydech”. Żadnych skłonów, ruchów głową i innych wygibasów. Jestem w raju. „Nie musisz oczyszczać umysłu, wręcz przeciwnie: możesz myśleć o problemach i pozbywać się ich z każdym wydechem. Na początek dwie techniki. Technika kolorów polega na tym, aby przy wdechu wyobrażać sobie, że wciąga się czyste, jasne powietrze, błękitne lub złote. Przy wydechu wypuszcza się złą energię, ciemnozieloną lub szarą. Technika chmurek i baloników polega na tym, żeby problem jaki przyszedł nam do głowy, wypuścić w postaci balonika i umieścić na oddalającej się chmurce”. Rewelka. Ja to bym w ogóle jeszcze to podzieliła. Osobno technika chmurek i osobno technika baloników. Po cholerę umieszczać balonik na chmurce, skoro jest wypełniony helem, więc i tak odleci. Jezu, jaka jestem mądra! Myślę, że sama mogę już uczyć innych. „Jeśli za oknem słyszymy przejeżdżające samochody, możemy w wyobraźni wsadzać nasze problemy do każdego samochodu, odjeżdżającego w nieznane”. No, to teraz mam pole do popisu. Mieszkam w takim miejscu, że właściwie w kilka minut mogę pozbyć się wszystkich problemów, wpychając je do tysiąca samochodów i jeszcze do tramwajów, jadących w obie strony, co zwiększa prawdopodobieństwo, że już nie wrócą. Technikę koła ratunkowego i zwrotnic sobie darowałam. Za dużo jak na pierwsze dwie minuty. Zresztą chyba domyślam się, o co chodzi.

Kładę się, rozluźniam, dłonie otwieram do góry. Dopiero teraz czuję jaka jestem wykończona, i jak bardzo potrzebuję takiej krótkiej przerwy. Próbuję oddychać przeponowo, ale średnio mi to wychodzi. Jest to coś na pograniczu oddychania piersią i brzuchem. Denerwuję się tym i trudno mi skupić uwagę. Wstaję. Na stojaka czuję się doprawdy idiotycznie, więc siadam. No, od razu lepiej. To jest to. Moja pozycja. Siąście. Rozluźnienie mięśni, dłonie do góry. Nie pamiętam tylko, co z oczami. Na wszelki wypadek zamykam. Dobra, ale teraz jak mam liczyć: czy wdech i wydech osobno, czy razem? Decyduję się na osobno, czyli:

Wdech. Jeden.

Wydech. Dwa.

Wdech. Trzy.

Wydech. Cztery.

Próbuję wyobrazić sobie zieloną łąkę, ale samochody za oknem mkną jak szalone, a ja nawet nie zdążyłam przygotować problemów. Od czego by tu zacząć. Może od braku stałej pracy. Wizualizuję problem i objawia mi się jako malutki ludzik pochylony nad biurkiem w wielkiej ludzikowej korporacji. Wrzucam ludzika wraz z biurkiem do pierwszego lepszego samochodu, bo nie jestem pewna, czy to w ogóle problem. Jeśli mam być szczera – to mi nie doskwiera, że tak zrymuję. W każdym razie odjechał.

Wdech. Pięć.

Wydech. Sześć.

Co następne? Może brak kondycji fizycznej. Czekam na auto z dużym bagażnikiem… O! I poszło!

Wdech. Ile to było? Siedem.

Wydech. Osiem.

Z rachunkami i długami czekam na tira. Nie dosyć, że pokaźny, to jeszcze jeździ  w dalekie trasy. Poszło!

Wdech. Dziewięć?

Wydech. Dziesięć.

Wdech. Jedenaście.

Wydech. Dwanaście.

Do głowy przychodzi mi Ola. Ktoś kiedyś powiedział, że matka w pewnym wieku zaczyna żyć problemami swoich dorosłych dzieci. I to, cholera, prawda. Zbieram problemy Oliwki i rozdzielam na dwie kupki. Czekam na tramwaj. Problemy sercowe wrzucam byle jak do pierwszego wagonu. Cały drugi wagon zajmują uczelniane zadania i egzaminy. Ponieważ, z niezrozumiałych przyczyn, tramwaj ma dziwną manię zatrzymywania się co chwilę, wyobrażam sobie, że te problemy wysiadają na każdym przystanku i wracają z kapcia do domu. Nosz, kurde, no! Tramwaj to jednak nie był dobry pomysł.

Wydech… Trzynaście?

Wdech. Czternaście.

Wydech. Piętnaście.

Wdech. Szesnaście.

Wydech…

– Mama, śpisz? ŚPISZ, MAMA?

– Nie.

– A co robisz?

– Nic.

– To pobaw się ze mną. W smoczy zamek.

– Jestem chwilowo zajęta.

– Ale przecież nic nie robisz!

Właśnie. NIC. Czyli też nie oddycham. Gdy mi brutalnie przerwano, byłam na piętnaście, czy szesnaście? Jak długo rozmawiam z Tamalugą? Przestałam liczyć oddechy. A jeśli w tym czasie nie oddychałam? CZY W TYM CZASIE NIE ODDYCHAŁAM?  Jezu, czy mój mózg jest niedotleniony?!

– Mama! Pobaw się ze mną smokami w zamku!

Nie chcę tego (zła matka, zła matka!), ale moja wyobraźnia żyje swoim życiem, i właśnie osadzam na chmurce Tamalugę. Na wszelki wypadek w szczelnym baloniku. Wrzucam jej tam butelkę z wodą i biszkopty. W osobne baloniki wsadzam każdego smoka, a na końcu ich smoczy zamek, w taką jebitną, gradową chmurę. Chmura ma dziwny kształt, bo muszą się zmieścić obie zamkowe wieże. Chmura wygląda jak biustonosz Madonny z trasy koncertowej „Blonde Ambition”.

Tamaluga i smoki odpływają na chmurkach.

Okazuje się, że to tak nie działa.

Wdech. Eeee… szesnaście? Siedemnaście?

Wydech… …pszpsznaście.

Wdech… Kurwa, nie pamiętam.

– MAMA!

Moje prawe oko jest otwierane przez siły zewnętrzne. Nie ma sensu go zaciskać. Nie ma sensu liczyć oddechów.

– Mama, a zaśpiewać ci piosenkę z przedszkola?

Właśnie: przedszkole! Mają otworzyć w poniedziałek! O, Panie… Nieskończony w swej dobroci…

– Mogę zaśpiewać?

– Śpiewaj, kochanie, śpiewaj.

– Ale nie znam całej.

– To zaśpiewaj ile znasz.

Medytację i tak diabli wzięli.

Na bajkową łąkę przyleciała pszczółka… Chyba dalej nie pamiętam. Mogę pograć w playstation?

……………………

A kto chce mieć drzewa w tle?

Dobra. Mój blog z założenia ma odmóżdżać, relaksować i bawić. Nie poruszam, albo prawie nie poruszam w nim tematów kontrowersyjnych, smutnych, ani nawet wymagających myślenia. Dlatego przepraszam, że dzisiaj zacznę od tematu przygnębiającego, ale szlag mnie trafia i po prostu muszę.

Ludzie nałogowo wycinają drzewa. To stało się ostatnio jakimś chorym narodowym trendem. Nie potrafię i nie chcę tego zrozumieć, ale muszę o tym napisać. Drzewa zajmują wysoką pozycję na naszej, Tomkowej i mojej liście rzeczy najważniejszych. Na naszym podwórku rosną trzy drzewa, tylko trzy! Klon, śliwa i orzech. Śliwę i orzecha udało mi się ochronić przed wycinką. Chociaż to może idiotyczne i już passe, ale byłam skłonna przywiązać się do nich. Dosłownie, gdyby zaszła taka potrzeba. Na szczęście obyło się bez tego, i drzewa zostały, ale na jak długo? Śliwę 3 lata temu zaatakowały larwy namiotnika, ale i z tym sobie poradziłam. Teraz są zupełnie zdrowe. Nie wiem komu i w czym przeszkadzają zdrowe drzewa, w dodatku dające owoce.

Przeszłam się na spacer obok mojej podstawówki i doznałam szoku. Cały szpaler drzew został wycięty, pozostały tylko kikuty.  Szpaler drzew, pod którymi bawiliśmy się na przerwach, z którymi wiązało się moje dzieciństwo. Okazało się, że nie ma winnych. Jeden zwalał na drugiego. Podobno wycięto je zapobiegawczo, bo gdzieś tam w Łodzi drzewo rosnące na szkolnym terenie zwaliło się na dziecko. Nikt nie umiał wytłumaczyć, co to ma wspólnego z naszymi drzewami. Mało tego – prezydent miasta stwierdził, że nie miał z tym nic wspólnego i odsyłał do zastępcy. Zastępca przyznał, że nawet nie słyszał o wypadku w Łodzi. Pod naciskiem mieszkańców, w miejscu starych drzew posadzono nowe. To nie wyjaśnia niczego i nie rozwiązuje problemu.

Ostatnio wracam do domu i widzę, że sąsiad przygląda się klonowi rosnącemu przy moim bloku. Przeczuwając, co się święci, zapytałam po co się tam tak gapi. No, jak to po co? Planuje wyciąć to drzewo. Szlag mnie trafił, chociaż naprawdę starałam się nad sobą panować.

– Dlaczego chcesz wyciąć to drzewo?

– A, bo tak w sumie niepotrzebne nikomu, bezużyteczne.

– Bezużyteczne?! – zagotowałam się, i kazałam łeb zadrzeć do góry. – Widzisz to gniazdo? To jest dom srok. Mają pisklęta. Może ich zapytaj, czy bezużyteczne!

– No, ale mogą sobie znaleźć inne drzewo…

– Które też za chwilę wytniecie?!

– Gałęzie ludziom na balkony włażą…

– Tobie nie włażą, masz okna z drugiej strony, a ci którym włażą jakoś się nie skarżą!

– Drzewa trzeba wycinać – oznajmił bez sensu, już kompletnie zbity z tropu.

– Gówno prawda!  Do drzew się trzeba przytulać! Ludzi już zupełnie pojebało! Narzekają, że nie ma czym oddychać, że brakuje czystego powietrza, a pozbywają się ostatnich jego dostawców!

Sąsiad, nie mając już żadnego argumentu zawinął się do domu. Ale takich psycholi jest więcej. Błagam was, walczcie o drzewa, bo inaczej obudzimy się po środku betonowej pustyni.

…………………………………………………….

Dostrzegacie czasami tło? Taka Mona Lisa, na przykład. Wszyscy skupiają się na jej twarzy, nie przyglądając się temu, co ma za plecami (czy też plecyma, jak mawiała Renia z teatru). Otóż Mona Lisa za plecami ma okno albo fototapetę. Nie, to jednak okno, bo na parapecie stoi jakiś kałamarz albo inny młynek. Okno jak okno: nieszczelne drewno, kawałek szyby. Za to widok jaki się za nim rozpościera… To nie jest normalne renesansowe podwórze. To nie jest żadne normalne podwórze. To nie jest też zwykły las, jak utrzymują niektórzy. To jest pejzaż po apokalipsie. Po wojnie planet. Koniec świata. Skałotwory. Wszak nie od dziś wiadomo, że Leonardo wielkim wizjonerem był. Nie brnijmy w to, zatem. Raczej skupmy się na tym, czy modelka miała świadomość tego, co rozpościera się za jej plecami (czy też plecyma, jak mawiała Renia z teatru). Zastanowiłam się nad tym, gdyż wydaje mi się, że w czasach obecnych każdy bardzo dba o to, co ma za plecami. W każdym znaczeniu.

Weźmy na przykład taki program telewizyjny, w którym prowadzący łączą się na żywo z reporterami, ekspertami, politykami i tak dalej. Czy ktoś z was przywiązuje wagę do tego, co znajduje się w ich tle? Książki są trendy i na topie. Wtedy wygląda się na mądrzejszego niż się jest w rzeczywistości. Wiele książek ma niewyraźne grzbiety, żeby trudno było odczytać tytuły, i żeby nie było, że tu niby poważny pan doktor, a w tle „50 twarzy Greya”.  Najczęściej na łączach są politycy, wirusolodzy i – co coraz bardziej zrozumiałe – psychiatrzy. Zastanawiam się, czy to, co mają w tle może wpłynąć na nasz odbiór. Czy wpływa też na odbiór prowadzącego. No, bo jeden taki gościu z  kontrowersyjnej partii jest ciągle uciszany i przerywany. Facet za ramieniem ma naturalnej wielkości szturmowca z Gwiezdnych Wojen, a czasami pacynki z animowanej dobranocki „Sąsiedzi”. Gdybym miała go oceniać tylko po tym, to bez względu na poglądy – już człowieka kocham. Ale! Czy na scenie politycznej można go traktować poważnie? Albo, gdy widzimy takiego wirusologa, a w jego tle kiczowate obrazki na ścianie, to jakoś nam on na eksperta nie wygląda. A może to my mamy wygórowane wymagania? Może wyobrażamy sobie, że taki covidowy ekspert powinien wypowiadać się na tle powiększonego modelu wirusa, albo przynajmniej mikroskopu. Mikroskopu w makroskali.

 Zastanawiam się, co ja sama mam w tle gdy rozmawiam na Skypie. Zapewne nierzadko bajzel. No, ale żaden ze mnie ekspert. Rozmawiam przez kamerę tylko z mamą.

Tadeusz i podróże łososia

Boszsz, jaki ja mam kocioł ostatnio. Tubylcy mi się skumulowali: Tomek na zwolnieniu, Tamaluga bez przedszkola, Ola na zdalnym. Jeszcze dzień lub dwa, a przyjadą po mnie sanitariusze. Bynajmniej nie covidowi. W środę przeżyłam apogeum, stojąc nad prawie palącymi się garami. Dlaczego gary się prawie paliły? A dlatego, że Ola blokowała mi do nich dostęp, w ślimaczym tempie robiąc herbatę. Gdy wreszcie mogłam się do nich dostać – kurier Norbert właśnie wtedy postanowił przywieść dwumetrowe biurko. Uroczy człowiek. Zatrzymałam go typowym „Hola, hola”, czyli zapukałam w okno i popukałam się w czoło. Wtedy zadzwoniła mama. Przypomnijmy: stoję nad kuchenką w zaparowanych okularach. Jedną ręką mieszam makaron, drugą ręką robię hola, hola w stronę okna, uchem i ramieniem przytrzymuję telefon. Obyś, mamo, dzwoniła z czymś ważnym. Na przykład z informacją, że właśnie wysyłasz mi 1000 dolarów. Okazało się, że mama dzwoni, żeby mnie zestresować. Jak bym nie była wystarczająco zestresowana. Poinformowała mnie, że kolejny jej znajomy ma poszczepionkowe powikłania, i żebym jeszcze raz zastanowiła się nad szczepionką. W tym momencie Tamaluga popukała mnie w plecy, wołając „Mama, patrz! Samolot!”

To było, że tak zacytuję klasyków,  too much na jednego człowieka. Tego, co krzyknęłam, chcąc nie chcąc, do słuchawki, wolę nie przytaczać. Rozłączyłam się z mamą, kazałam kurierowi zostawić mebel pod bramą, i łyknęłam sobie Positivum. Akurat to miałam w domu, nie wiem skąd. W reklamie to po tym tak się wszystko wszystkim układało, i ludzie byli dla siebie mili, i pies już nie szczekał, a jeśli szczekał to nie wkurwiał sąsiadki.

Wzięłam i ja.

Najpierw mnie przymuliło i spowolniło i jeszcze zrobiło coś innego, bo olałam wszystko, przysiadłam na krzesełku i zaczęłam się szczerze uśmiechać. Tomek przyjrzał mi się uważnie, a potem przeczytał skład na opakowaniu, ale nic nie powiedział. Na koniec dnia miałam fantastyczny humor i nic nie było w stanie go zepsuć. I pomyśleć: po jednym tabsie.

Wieczorem poczułam się tak dobrze, że postanowiłam oddać się wyszukanej rozrywce i wspiąć na wyżyny intelektualnego Mont Everestu – sięgnęłam po krzyżówkę. Krzyżówka okazała się jedynie pagórkiem, ale i tak dobitnie obnażyła moje braki.

„Podróże łososia” na 6 liter.

Dobra. Wiem, że łosoś migruje, ale nie wiedziałam, że to ma swoją nazwę. Szukam w zakamarkach pamięci i najgłupsze rzeczy przychodzą mi do głowy. Zaraz… a może chodzi o jakąś postać z bajki, filmu, o której nie słyszałam. Wpisuję w wyszukiwarkę: „Łosoś, który podróżował”. „Łosoś podróżnik”. „Wyprawy migrującej ryby”. Pierdylion razy czytam określenie, jak by to miało mnie nagle oświecić. Podróże łososia, podróże łososia… Wisiałam zaśliniona nad hasłem i powoli trafiał mnie szlag. Po pół godzinie intensywnych umysłowych wygibasów, jednak przeczytałam określenie po raz pierdylion pierwszy. Może tym razem coś to zmieni. I zmieniło. To nie było „podróże łososia” tylko „poroże łosia”.

Także…

Jedziemy dalej.

„Ostatni” w podtytule „Pana Tadeusza”.

No, to łatwe. Wpisuję. Nie zgadza się ilość liter. Co jest grane?

Nie powiem, ambitna jestem. Nie sprawdzam w necie. Nie od razu. No, co jak co, ale to chyba pamiętam! Próbuję na siłę dopasować słowo. Kurde, byłoby łatwiej, gdyby zabrakło kratek, wtedy mogłabym od biedy wcisnąć dwie litery w jedną. Ale jest o jedną za dużo, i co teraz? Jak to rozciągnę?

Dobra, sprawdzam. Sprawdzam i oczom nie wierzę. Nie!

Serio? To jest ZAJAZD a nie ZJAZD?

Zatkało mnie. Dobra, nigdy nie ukrywałam, że z lekturami szkolnymi było mi nie po drodze, a z Tadkiem zwłaszcza, no ale taka pomyłka? Byłam pewna, że przeczytałam inwokację i kawałek rozdziału, z którego miałam być pytana, a tu się okazuje, że nie przebrnęłam nawet przez tytuł! Chyba powinno być mi wstyd, ale przede wszystkim byłam zdumiona jak ja przetrwałam podstawówkę i liceum z… czymś takim. Lata PRLu to i zjazdy miałam w głowie. Byłam pewna, że zjechali się na tę Litwę i debatowali o sytuacji w kraju, na świecie, w ogrodzie i zagrodzie i o zamążpójściu Zosi. Albo całe towarzycho żuło / wciągało jakąś ziołową tabakę, względnie zażyło tabletki Positivum i miało zjazd.

 Ale z a j a z d? Dlaczego zajazd? Przecież to nie była jakaś gospoda tylko dom prywatny, z drewna lecz podmurowany, gdzie świeciły się z daleka pobielane ściany…

No przecież to nie ma sensu.

Poświątecznie jeszcze…

Wielka Sobota. Post.

Ja wiem, że post jest siłą woli i charakteru. Ja wiem, że to bardziej mentalnie niż fizycznie, i Bóg mi świadkiem, że próbowałam. Nie tyle powstrzymać się od jedzenia, ile od myśli o nim. Nie dawałam rady. Krążyłam po mieszkaniu mówiąc „czternaście godzin i dwadzieścia minut”. Trzynaście godzin i piętnaście minut”…

– I co? – pyta Tomek.

– I będę mogła zjeść boczek.

– Jaki boczek? Nie ma już boczku. Zginął w odmętach żurku.

– To nic. Gotowany też zajebisty.

Ale potem było już tylko gorzej. Jeszcze nigdy tyle negatywnych mocy nie sprzysięgło się przeciwko jednej niewinnej zupie. Ona po prostu nie mogła się udać, ale się udała. Szok.

Tradycyjnie, w każdą Wielkanoc, żurek jest domeną Tomka. Wszyscy czekamy na to cały rok. Dzwoni Kasia, z zapytaniem czy nie chcemy żurku, bo strasznie dużo jej wyszło, a we dwie z mamą na pewno tego nie zjedzą. Uprzejmie odmawiam, bo Tomkowy żurek to Tomkowy żurek. Po godzinie Kasia ponawia pytanie, już z lekką paniką w głosie, więc wyobrażam sobie, że ten żur to jej się z gara wylewa i płynie po kuchni. I tym razem znowu odmawiam. Twarda jestem. Po kolejnych dwóch godzinach to ja dzwonię do niej, a ona odbiera z nadzieją, że w żurkowej sprawie. No, nie. Po prostu skończyła mi się mąka do ciasta.

Niestety w Wielką Sobotę Tomek zaniemógł, ale jeszcze nic nie zapowiadało klęski. Przespał się za dnia i obiecał dokończyć dzieło w nocy. Jednak w nocy szkoda mi się go zrobiło, więc postanowiłam go nie budzić i zrobić to sama. No, więc kroję i wrzucam warzywka, i tak dalej, choć z nóg padam i prawie nie kontaktuję. Skupiam się jeno na tym, żeby go wyłączyć przed snem.

W niedzielę wszyscy zajadają się żurkiem, smacznym skądinąd, który w ogóle  jak żurek nie smakuje. Oczywiście: brak żurku w żurku…

Nie szkodzi. Tomek jutro naprawi błąd.

W poniedziałek Tomek otwiera żurek i dolewa do zupy, po czym próbuje i patrzy na mnie spanikowany. Żurek jest zepsuty. Moja błyskawiczna decyzja: wywalam naczynia ze zlewu i wylewam zupę przez sito, płuczę w zimnej wodzie jej części składowe i ponownie zalewamy garnek wodą. Patrzę na zbolałą minę Tomka: „Nie martw się. Zawsze możemy zadzwonić do Kaśki”.

To niewiarygodne, ale udaje się go uratować i smakuje wybornie. Zwłaszcza w talerzu wydrążonym z chleba.

…………..

Święta skłaniają do różnych ważnych przemyśleń.

Taka drapaczka do pleców. Przez lata była plastikową packą na muchy, w tym celu została stworzona, a potem zakupiona. Packą była taką sobie, ani lepszą, ani gorszą od innych pacek. Aż odpadł jej łepek, tzn. ta część właściwa, oddająca jej charakter jako packi. Wtedy już była gorsza od innych pacek, wtedy już tak, no zdecydowanie. Został z niej badyl taki, trzonek zielony. Gdyby uparła się pozostać packą, jej istnienie nie miałoby sensu. Ale ona się nie upierała jakoś za bardzo, a ja dzięki temu jej nie wyrzuciłam. Odkryłam, bowiem, że fantastycznie spełnia się jako drapaczka do pleców. Mało tego – ja nie wiem jak mogłam żyć do tej pory nie posiadając takiego sprzętu! Mam do niej dużo więcej sympatii i szacunku niż wcześniej. Myślę też, że nadałam jej życiu lepszej jakości, w końcu była – nie bójmy się tego powiedzieć – narzędziem zbrodni. Teraz jest pożyteczna, ma swoje miejsce pod moją poduszką, zasypia ze mną, i przy mnie się budzi. Prawie jak Tomek, chociaż jeszcze mu nie dorównuje, bo on i po plecach podrapie i muchę przegoni. W sumie na wielu polach bywa użyteczny, ale doprawdy nie wiem jak by to było, gdyby odpadł mu łepek.

………………………………………………………..

Tamaluga tęskni za przedszkolem, i ja tęsknię niemal tak samo. A są momenty, że i bardziej. Rozpuściłam to dziecko. Staram się czas nasz urozmaicić, ale ona i tak tęsknie spogląda na Playstation. I pomyśleć, że zaczęło się to za moją aprobatą. Stworzyłam potwora. W dodatku na swój obraz i podobieństwo. Pomyślałam, że zachęcę ją do czegoś innego, że czymś ją zainteresuję, że coś jej przeczytam. Tylko co? No, coś innego, niż zwykle, niż te jej baśnie, niż wierszyki, które uwielbia. Tylko co? „Ch** tam”, pomyślałam jak zwykle elokwentnie. „Przeczytam jej cokolwiek”. I jakby na tę myśl, otwarły się niebiosa i na ekranie telewizora pojawił się horoskop Wodnika.

Ja: Tamalugo, przed tobą nienajlepszy miesiąc.

Tamaluga: ……………..

Ja: Czeka cię sporo wydatków.

Tamaluga: ……………..

Ja: Niekorzystne transakcje. Przede wszystkim w nic nie inwestuj, bo stracisz, dobrze?

Tamaluga: Dobrze.

Ja: Jeśli jesteś samotna, to nie możesz przegapić okazji do zawarcia ciekawych znajomości. Jowisz sprzyja zawieraniu znajomości, wiesz?

Tamaluga (zwariowana na punkcie kosmosu): Wiem. Jowisz, Saturn, Uran, Neptun…

Ja: No, właśnie…

Tamaluga: Fajnie!

Ja: ………………..

O naleśnikach i psim patrolu

Po pięciu miesiącach od rozstania z Matem, Oliwia zdecydowała się na randkę, zaaranżowaną przez koleżanki. Wybierała się na nią jak sójka za morze, i poszła bez przekonania. Była godzina siódma.

O ósmej trzydzieści dzwonię do niej:

– Oliwia, jeśli twoja randka okazała się koszmarem to masz teraz prawdopodobnie jedyną i niepowtarzalną okazję do odwrotu. Udawaj, że jesteś przerażona, i mów: „O, Jezu, naprawdę? Dobrze, już wracam!” W razie czego, to coś tam mi nagle wypadło i musisz wrócić żeby zostać z Tamalugą!

Oliwia wysłuchawszy mnie, dostała takiego ataku śmiechu, że nie była w stanie nic mi odpowiedzieć. Nie wiedziałam, zatem, czy to faktycznie koszmarna randka, czy wręcz przeciwnie.

Wróciła godzinę później.

– Jak było?

– O.K.

– …?

– No, miły, dżentelmen, drzwi otwierał, krzesło podsuwał…

– Ale?

– Ale miał coś takiego w oczach…

– Zeza?

– Nudę.

,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,

Tomasz postanowił zrobić naleśniki. Nie, nie postanowił, obiecał Tamaludze. W piątek. Postanowił dwa dni później. W niedzielę. Zabierał się do tego jak do jeża. Uznałam, że przez pierwszy dzień trawił obietnicę, przez drugi przygotowywał się psychicznie. Wreszcie nastał TEN DZIEŃ. Tomasz zażądał absolutnej czystości w kuchni i okolicach. Następnie zakupił potrzebne artykuły. Potem przywdział fartuch kuchenny, szumnie zwany przez niego zapaską. Po totalnym kipiszu, hałasach i dźwiękach, uznawanych za wulgaryzmy, kucharz wyszedł z kuchni z 6 (słownie: sześcioma) naleśnikami. Po dwa dla Oliwii, dla Tamalugi i dla mnie. Sześć naleśników. Dwa dni przygotowań mentalnych. Jeden dzień przygotowań fizycznych. Sześć naleśników. Posikałam się. Ze śmiechu nie mogłam złapać oddechu, a Tamaluga, chociaż nie wiedziała z czego się śmieję, zaczęła śmiać się razem ze mną. Dobrze, że nie założył czapki kucharskiej, bo chyba bym umarła.

– Smakuje? – zapytał mistrz patelni.

– Smakuje.

– No. Tylko nie waż się o tym pisać na blogu!

– Zwariowałeś?! OCZYWIŚCIE, że o tym napiszę. Dawno się tak nie uśmiałam.

Dawno tego nie robiłam, ale postanowiłam zadziałać w prima aprilis. Najpierw wkręciłam Oliwię. Zadzwoniłam z jednego mojego telefonu na drugi, po czym weszłam do jej pokoju, mówiąc, że jej wykładowca do mnie dzwoni i chce z nią pilnie rozmawiać. Jestem kiepska w takich rzeczach, ale liczy się odpowiedni moment. Oliwia miała akurat spotkanie grupowe online, i omawiała wspólny projekt. Myśli więc miała skupione na tej jednej rzeczy, tracąc czujność przy innych. To jest idealna sytuacja, bo człowiek nie myśli wtedy logicznie i nie zastanowi się, skąd niby do cholery wykładowca miałby mój numer. Podałam Oliwii telefon, odebrała spanikowana „Halo?” „ Prima Aprilis” mówię z drugiego. Jej mina bezcenna, za to na monitorze wybuch śmiechu. Nie zdążyła wyłączyć kamery.

………………………………………..

To na koniec Tamaluga.

Grzebie w worku z zabawkami, każąc nam zgadywać, co wyciągnie.

– Co teraz wyjmę na literę „LI”

– Nie wiem.

– LIS!

– …

– Co teraz wyjmę na literkę „CI”

– Nie wiem.

-CI…

-Nie mam pojęcia.

– CI…PA…

– Eee… że co?

– CI PA TROL!

Dobra, no to w sumie tyle na dzisiaj.

Życzę wam wspaniałych i radosnych świąt, dużo zdrowia, cierpliwości, wytrwałości i silnej psychiki, która pozwoli nam wszystkim przetrwać wiadomo co. Amen i Alleluja.

O niestabilności zębów i świata

Tamaluga jest świetnym obserwatorem ludzkich charakterów. Narysowała piękny rysunek, na którym Oliwia stoi spokojnie z kwiatem w dłoni, tata jest na rowerze, a ja… na deskorolce. Przez pięć lat nie mogło ujść jej uwadze, że nasza rodzina do normalnych nie należy, więc zrobiła to, co mogła zrobić w takiej sytuacji – przeszła nad tym do porządku dziennego, przepracowując traumę rysunkami.

Ostatnio zaczęła też kolorować, a nawet zabrała się za zeszyt z księżniczkowymi naklejkami. Tyle, że Tamaluga nie zna księżniczek od Disneya. Mgliście kojarzy jeno Kopciuszka i Śnieżkę. Po skończonej robocie poinformowała mnie, zatem, że: „No, skończyłam ostatnią księżniczkę. Taką w żółtym ubranku, co TAŃCOWAŁA Z LEWEM.”

Chwilę zabrało, zanim zorientowałam się, że to „Piękna i Bestia”.

xxxxxxxxxxxx

Gdy zapowiedzieli nowe pierwsze restrykcje, nie bardzo orientowałam się w temacie. Niby coś tam słyszałam, w jakimś kościele dzwonili… Ale tak naprawdę, gdy wprost proporcjonalnie do zapodawania szczepionki, drastycznie wzrastała liczba zachorowań, to nic już nie rozumiałam, i wzięłam się i odcięłam. Przerzuciłam się na bezpieczne tereny Playstation i Netflixa. W końcu jednak trzeba było sprawdzić co jest grane.

– Trzeba sprawdzić, co jest grane – stwierdził Tomasz, równie obeznany w temacie, co i ja. – Żebyśmy się nie obudzili w Tamalugowym nocniku. Pójdźże, niewiasto, i wygugluj.

Poszłam, zatem, i wyguglowałam. Całą listę przybytków rozkoszy z wyrokiem do zamknięcia. Wróciłam do Tomasza przygnębiona, posuwistym krokiem, szurając smętnie kapciami.

– I co? – zapytuje.

– Zamkną solaria. Tyle zapamiętałam.

– A przedszkola?

– Nic nie wiem, nic nie wiem. Z drogi, człowieku. Muszę się napić.

Sięgnęłam po ukrytą na czarną godzinę butelczynę whisky.

No niech mi ktoś mądry wytłumaczy, co im te solaria zawadzają. Nie znam drugiego, równie czystego i zdezynfekowanego miejsca. Że o promieniach UV, zabijających wirusy, nie wspomnę.

Świat stał się taki niepewny, niestabilny. Snułam przemyślenia, sącząc powolutku drinka.

Obudziła się Tamaluga, też coś nie w sosie.

– Mogę jutro nie iść do przedszkola?

– Możesz, a dlaczego?

– Bo nasza pani jest chora i mamy inną. Nie chcę tej innej, tęsknię wtedy za wami.

– Ta inna pani nie jest fajna?

– Jest fajna, ale to nie jest nasza pani. Ma inną twarz i głos.

Wiem o co chodzi. Tamaluga też potrzebuje stabilności tego świata.

Mam nadzieję, że nie zamkną gabinetów dentystycznych, gdzie Tamaluga we wtorek musi odbyć pierwszą wizytę. Tak, prawie wybiła sobie dwa zęby na przedszkolnym placu zabaw. Zadzwoniono do mnie z informacją, że biegła, że drabinki, że krew się leje i ząb się rusza. Przybyliśmy we dwoje. Ciocia Marta wyszła nam naprzeciw. „O, ciocia Marta”, mruknął Tomasz. „Jakoś mnie to nie dziwi. Wszystkie wypadki zdarzają się przy cioci Marcie. Przypadek?”

Ciocia Marta miała poczucie winy wyryte dłutem na twarzy.

–  Bo Tamaluga tak szybko biega, czasami nie mogę jej zatrzymać…

– Wiem – westchnęłam, bo naprawdę wiedziałam.

– Bardzo przepraszam…

– W porządku, rozumiem – zapewniłam. –  W grupie jest 25 dzieci, trudno ich upilnować.  Wyobrażam sobie jak często musicie panie dzwonić po rodziców.

– Właściwie dzwonimy tylko do pani…

Kurtyna.

Zmiana programu

Doczekałam się wreszcie nowej pralki i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Ma tak dużo programów, że bezustannie dostarcza mi rozrywki. Już sam wybór odpowiedniego programu jest wyzwaniem, a potem ten cudowny podział ciuchów… Wcześniej dzieliłam brudy na trzy grupy: „białe”, „kolorowe” i „nie mam pojęcia”.  Teraz doszły jeszcze „delikatne”, „bardziej delikatne”, „wybitnie delikatne” i  „Jezu-zaraz-się-rozlecą”, a także pranie w 30 i 20 stopniach. 20 stopniach?! Nie wiedziałam, że w ogóle można prać w takiej temperaturze! No i poza tym wełna, satyna, wełno-satyna, codzienne, codzienne zmiksowane, inne zmiksowane, i tak dalej… Dawniej podział prania zabierał mi 10 sekund, a pranie ponad dwie godziny. Teraz dzielę ciuchy przez pół godziny, następne 10 minut spędzam w zawieszeniu nad pralką, zastanawiając się nad programem, a samo pranie trwa nieco ponad 40 minut. Nic nie piszczy, nie wyje, nie trzęsie. Papier toaletowy stał się prawdziwym chojrakiem – może na niej stać bez trzymanki i bez strachu, że przy wirowaniu wpadnie do kibla. No, bajeczka, normalnie. Oczywiście, starą pralkę żegnałam z pompą i łzami w oczach. Przy utworze „Yesterday”, Bitelsów (bo przecież wczoraj jeszcze pracowała na swoich ostatnich, pełnych obrotach), odprowadzałam ją wzrokiem w ostatniej drodze na śmietnik.

Jak wspomniałam, nowa pralka i ja pokochałyśmy się od pierwszego, że tak się wyrażę, wsadu. Kochana jest, tylko niesforna. Lubi płatać figle. Ostatnio zerkam na wyświetlacz, na którym – ponieważ pranie się właśnie skończyło – widniał napis END. Nie wiem jak to się stało, bo odległość i brak okularów chyba mnie nie tłumaczą, ale odczytałam napis FUCK. Boże, myślę w pierwszej chwili, Wkradł się jakiś błąd i pralka się wkurzyła… Trochę mi zajęło, zanim zorientowałam się, że przecież to nie może być FUCK. Zwłaszcza w przypadku tak porządnej i szanującej się pralki.

Pozostając w temacie programów. Interes życia zawarty w grudniu okazał się fiaskiem. Ulegając, mianowicie, namowom Tomasza (gdyż jego kolega zakupił i chwali sobie) zgodziłam się na zmianę oferty w firmie internetowo – kablowej, związaną z wymianą dekodera.

Po pierwsze: miałam płacić mniej, a płacę tyle samo.

Po drugie: Internet miał hulać jak halny na polu, lub między budynkami w kieleckim, a zawiesza się już przy podłączeniu drugiego laptopa.

Po trzecie: nagrywarka ma małą pojemność i ciągle muszę coś kasować, żeby zrobić miejsce.

Po czwarte: najstarsze nagrane programy są usuwane i nie mogę tego procesu zablokować, tak jak to mogłam zrobić na starej nagrywarce.

Po piąte: niektórych nagranych programów nie da się przewinąć do przodu, żeby, np. ominąć reklamy.

Po szóste: nagrywanie czterech programów jednocześnie mogę między bajki włożyć.

Po siódme: wbrew temu, o czym zapewniano, nie mogę zrezygnować z niechcianych kanałów i jestem z nimi udupiona na dwa lata. Wlicza się w to pierdylion kanałów sportowych, na których godzinami ustawiają bramki do polo i grają w szachy.

Po ósme: co kilka dni na ekranie pojawia się informacja „Wymień baterie w pilocie”, co jest oczywistą bzdurą. Mało tego, pilot wówczas traci wszystkie funkcje, poza regulacją głośności. Dzieje się to nagle i bez ostrzeżenia. Dawniej nie było żadnego napisu, po prostu pilot działał wolniej i wolniej zanim wyzionął ducha. Teraz jestem zmuszona oglądać kanał, na którym utknęłam. I tak przez całe wczorajsze przedpołudnie musiałam obejrzeć program o konstrukcjach, potem o kanałach, potem o konstrukcjach w tych kanałach, a następnie o motoryzacji i budowie silników samochodów z rocznika 2000. Oczy mi łzawiły i drgała powieka. Byłam na skraju załamania nerwowego i w końcu zaczęłam walić głową w stół, wolno, acz miarowo. W takim stanie zastał mnie Tomasz, a dookoła mnie walały się stosy baterii. Żadne nie działały, nawet ich przeróżne wariacje, tak że w końcu nie wiedziałam już które są stare, które nowe, i bardzo możliwe, że przez ostatnią godzinę wkładałam różne kombinacje tych zużytych. Nie mogłam nawet zrestartować modemu, bo odcięłabym Oliwii Internet, a miała właśnie wykłady.

Tomasz ulżył mojemu cierpieniu i zakupił baterie z wyższej półki. Te wreszcie zadziałały, co jakoś mnie nie zdziwiło. W tamtej chwili miałam to gdzieś, najważniejsze, że pozbyłam się wizji konstrukcji w kanałach i smrodu silników dwudziestoletnich aut, który – przysięgam – czułam już w pokoju.

Jednak co się zobaczyło, nie da się odzobaczyć. Mój mózg przepełniony wiedzą bezużyteczną poszerzył się o dwa rozmiary. Aby zniwelować dysproporcje, postanowiłam poszerzyć też dolne rejony i udałam się do kuchni w poszukiwaniu słoika z Nutellą. Następnie, dla jeszcze lepszego samopoczucia postanowiłam oddać się mojej ostatnio ulubionej aktywności: wstawiłam pranie.