Prawda czy wezwanie

Dostałam wezwanie do sądu, w charakterze świadka, w sprawie rozwodowej kolegi mojego Tomasza. Kolegę znam, mniej więcej, ale na pewno bardziej mniej niż więcej. Jego żony za to ani trochę. Kiedyś mignęła mi na ulicy, ale o dziwo, trudno było mi na tej podstawie wyrobić sobie jakieś zdanie. Zdziwiło mnie więc niezmiernie to uprzejme zaproszenie pod dachy Temidy. Powiało grozą. Nie nadaję się do takich rzeczy. Wszelkie otarcia o wymiar sprawiedliwości są mi bardzo nie po drodze. Niby próbowałam żyć normalnie, ale w głowie układałam różne scenariusze. Począwszy od: „Wysoki sądzie, to nie ja, przysięgam. To oni, tamci.” Przez „Wysoki Sądzie, to mój stryjeczny kuzyn ze strony babci był mózgiem całej operacji. Jest chory na Alzheimera, więc może dlatego operacja spaliła na panewce.” Aż po buńczuczne:  „Dobra. To ja zeżarłam ostatnią paróweczkę hrabiego, i co mi zrobisz?” Czy też pełną kapitulację: „Tak. Jestem człowiekiem, którego szukacie. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie”. Trwałam w tym obłędzie dopóki nie przypomniałam sobie, że to zwykła sprawa rozwodowa, w dodatku nie moja.

No i wracając do punktu wyjścia – nie mam pojęcia jak wygląda ta kobieta. A co, jeśli każą mi ją zidentyfikować? Jeśli Wysoki Sąd powie „Czy ta kobieta jest na sali? Proszę ją wskazać”. Jak mam ją wskazać, skoro jej nie kojarzę? Mam szans 50 na 50. A jeśli to nie będzie ona? Czy zostanę ukarana za krzywoprzysięstwo? Boszsz co ja gadam. Dlaczego miałabym ją wskazywać, przecież nie popełniła przestępstwa, a to nie jest sprawa karna. Trochę mi ulżyło. No, dobra, a co ja w ogóle mam mówić? Co, jeśli zapytają o mój stosunek do tego kolegi? Przecież zeznaję pod przysięgą. Czy mam powiedzieć zgodnie z prawdą, że gościa nie trawię, że działa mi na nerwy podjeżdżając pod nasz dom,  taki głośny i hałaśliwy, że wkurza mnie jego śmiech z własnych zupełnie nieśmiesznych żartów? Czy mam te żarty przytoczyć? Jedno wezwanie i tyle dylematów. W mojej głowie pojawiło się tak wiele pytań, że niedługo dorównam Tamaludze.

Chociaż jej pytania wciąż ewoluują.

Od bardziej przyziemnych, czy też prze-lotnych, np.

– Mama, co to jest?

– Ten budynek?

– Tak.

– Gazownia.

– Czyli tam sprzedają gazety?

W życiu bym na to nie wpadła.

– Nie, tam sprzedaje się gaz.

Trzy, dwa, jeden…

– Co to jest gaz?

Przez pytania o naturze filozoficzno-egzystencjalnej:

– Kto to jest Anioł Stróż? Naprawdę niewidzialny, ale jak to? Chroni mnie w nocy? To dlaczego nie ochronił gdy mnie gryzły komaly?

Po prawdziwe hardkory na temat Boga i śmierci.

Ale zaraz! Dlaczego to ja mam zmagać się z tym wszystkim? Chyba ma dwoje rodziców, nie? Wychodzę z pokoju i mówię do Tomka, że córka ma do niego kilka pytań. Wraca po minucie przerażony i pyta „Dlaczego ja?” „Bo to ty nie chciałeś posłać Tamalugi na religię, która odwaliłaby za nas połowę roboty. Teraz proszę tam wrócić i odpowiedzieć dziecku na pytania”.

Na drugi dzień Tomasz zapisał Tamalugę na religię.

Kwarantannowa playlista Tamalugi

Przetrwaliśmy kwarantannę. W przetrwaniu jej pomogło: playstation, to, że nikt z nas nie zachorował (póki co, bo nie wiem ile to cholerstwo się wykluwa), a przede wszystkim fakt, że nie mieliśmy innego wyjścia. Nie powiem, że podeszłam do tego na luziku, bo strach był. Kazano się obserwować, więc się obserwowałam, ale nie zauważyłam żadnych istotnych zmian na twarzy. Trochę spuchła mi prawa stopa, ale nie panikowałam. Najbardziej bałam się, że stracę smak, i że nie poczuję już wiśni w czekoladzie. Wobec powyższego, zapobiegawczo zjadłam je wszystkie na raz. Jeśli sądziłam, że dzięki temu poczuję się lepiej to nie mogłam być dalsza od prawdy. Na falach tego samego niepokoju pobiegłam na rynek i kupiłam owoce. Gdybym wiedziała ile zapłacę, to uciekłabym w trakcie zakupu. Osiemdziesiąt dziewięć złotych. Osiemdziesiąt dziewięć złotych!!! W życiu nie zapłaciłam tyle za owoce! Dlaczego, do ciężkiej cholery, nie zapytałam ile kosztuje ananas?! Wracałam do domu wściekła i spłukana. Osiemdziesiąt dziewięć złotych – mamrotałam pod nosem. W domu walnęłam ananasem o stół i kazałam rodzinie go zjeść. Zapewniłam ich również, że jeśli nie zjedzą to podam im go w czopkach.

Co takiego robiłam na kwarantannie? Jak zwykle gotowałam wyszukane obiadki, coś tam popisałam, coś posprzątałam, ale tak naprawdę poza graniem z Tamalugą na pleju, to niewiele. Mało to wychowawcze, ale miałam to gdzieś. Zamówiłam też z nudów nowy czajnik, nowy dzbanek, trzymetrowy panel na ścianę w słoneczniki nie pasujące absolutnie do niczego i farbę do kuchennych szafek. No i właśnie, teraz przestroga będzie. Pamiętajcie, żeby nie sugerować się zdjęciem tylko dokładnie przeczytać opis. Puszka z farbą wyglądała na zdjęciu jak normalna puszka z farbą. Co mogło pójść nie tak? Otóż, to, co przyszło mieści się w dłoni Tamalugi. Oliwia na widok farby opluła się herbatą ze śmiechu: A cena cię nie zdziwiła?  Nie zdziwiła, tylko ucieszyła. Brałam szybko, żeby się nie rozmyślili. Na szczęście Tomek się nie odezwał. Nie od razu. Godzinę później wpadł do pokoju i stwierdził, że gdy już wszystko pomaluję, to żebym mu dała farbę to on jeszcze trzaśnie klatkę schodową… Przezabawny człowiek, no naprawdę.

Tamaluga na kwarantannie, oprócz grania na Playstation to używała jeszcze kuły, czyli tabletu – („Tamarko, cieszysz się, że spędzisz tyle czasu z mamusią i tatusiem?” „No pewnie! Na szczęście mamy playstation i kułę!” Także…) Tamaluga na kule przeważnie słucha piosenek. Trwa u niej nieustająca faza na  kolędy.

– Mama, słuchaj, telaz było „Lulajże Jezuniu”, telaz będzie „ Pszybiezeli do Betlejem”, a wiesz co potem? Potem będzie moja ulubiona: „Chwała na wysokości!”

– Fajnie…

– A wiesz, co jescze potem???

– No co?

– „Ruda tańczy”!

„O Jezu”, pomyślałam, co poniekąd wiąże się z kolędą.

Praca dla Tamalugi

Wczoraj były urodziny Tamalugi, które to musiały odbyć się bez przedszkola i bez gości. Dlatego dzisiaj o Tamaludze.

Tamaluga i architektura

Tamalugowe budowle z klocków zaskakują mnie każdego dnia. Normalnie w szoku jestem widząc co ona tworzy i jak to opisuje. Wtedy wkracza jej starsza siostra, studentka architektury, mówiąc: „wieża południowa jest raczej romańska, więc nie pasuje do całości”. „O.K.” mówi Tamaluga i szepczą coś tam do siebie, a mi opada szczena gdy widzę efekt końcowy.

Może zostanie architektem?

Tamaluga i muzyka

Tamaluga ma niesamowity słuch muzyczny. Potrafi odtworzyć całą melodię, usłyszawszy ją tylko raz, i to ode mnie. Śpiewa czysto i bezbłędnie, normalnie nie możemy wyjść z podziwu. Ponadto w każdym dźwięku z otoczenia słyszy muzykę: w wiertarce, w spłuczce, w wietrze, a nawet w krokach na ulicy. I od razu stara się ją zanucić albo zagrać na tym, co akurat ma pod ręką.

Może zostanie muzykiem?

Tamaluga i dzieci

Tamaluga uwielbia dzieci. W grupie rówieśników odgrywa rolę opiekunki, a widząc młodsze – nie da się oderwać jej od wózka. Zawsze pilnuje żeby każde dziecko było zaspokojone i szczęśliwe. Jej ulubiona gra to opieka nad zwierzątkami wyklutymi z jajek:

– Mama, one są takie zwaliowane. Nie dam sobie lady.

– A ile ich masz?

– Seść.

– A twoja pani w przedszkolu ma was dwadzieścioro pięcioro.

– No, co ty?! O Jezus!

Może zostanie nauczycielką?

Tamaluga jednak nie wiąże swojej przyszłości z żadnym z tych zawodów. Niezmiennie trwa przy tych samych trzech: piłce nożnej, balecie i ratownictwie medycznym – koniecznie z własnym helikopterem, do których dołączyła ostatnio „nauczycielka krów” .

Według testu przydatności zawodowej Tamaluga w przyszłości może, między innymi: rozwalać młotkiem, dowodzić bandą, występować na scenie, leczyć zwierzęta i sprzedawać kapelusze. Nie wiem kto układa te testy i czemu mają służyć, ale przypominają mi sugestie w zakupach online. „Niestety oferta fioletowe lakierki dla dziewczynki jest już nieaktualna. Może podobny przedmiot?” Po czym proponują mi wiertarkę udarową i brelok do kluczy.

Jednego jestem pewna: cokolwiek wybierze Tamaluga, nie będzie to praca w ciszy. Biblioteka i pantomima odpadają. To dziecko nie zamyka się nigdy. Mówi podczas oglądania filmu, mówi podczas jedzenia. Nie milknie nawet w trakcie oczyszczania nosa, co jest czynnością mało przyjemną, i dzieci zazwyczaj wstrzymują oddech czekając aż się skończy. Tamaluga gada nawet wtedy. Gdy prosimy ją, aby chociaż na chwilę przestała mówić to przestaje mówić i zaczyna śpiewać. Cały znany jej repertuar, a gdy ten się wyczerpie – tworzy nowy. Nie mogę przy niej odebrać telefonu, ani obejrzeć telewizji. Nie mogę skupić się na pracy, na książce, na niczym. Cisza zapada, gdy Tamaluga zasypia. Dopiero wtedy. Dlatego właśnie postanowiłam wysłać ją do pracy. Nie wiem jakie ma szanse na pracę w naszym kraju po przedszkolu, ale sądzę, że zbliżone do tych jakie ma się po studiach.

Gdy wczoraj dmuchała świeczki na kawałku owocowego ciasta, przypomnieliśmy jej, że powinna pomyśleć życzenie. Powiedziała:„To moje zycenie: Baldzo kocham was wszystkich”. Uwielbiam ją.

P.S. Czy można w jednym zdaniu przestraszyć i rozśmieszyć? Można. Oto przykład (to co przestraszyło i rozśmieszyło jest pogrubione):

Dzień dobry, tu Sanepid, obejmujemy pani córkę Tamarę kwarantanną, z powodu pozytywnych wyników w grupie Pszczółek.  

Nieznane losy autorów lektur szkolnych

Jak wiecie rzadko sięgam po polskich autorów. Prawie nigdy. Nie wiem, może po prostu jestem uprzedzona. Tym razem zaryzykowałam, bo tytuł mnie zaintrygował, no i uwielbiam biografie, a w nich zwłaszcza takie smaczne sensacyjne kąski, o których nikt nie wie. No i tutaj moja ciekawość (żądza sensacji) została zaspokojona, bo kąsków to ja miałam aż nadto. Nie wiem tylko czy smacznych. Jaką mam refleksję po przeczytaniu książki? Taką, że nasi czcigodni pisarze i poeci, nad którymi panie od polaka rozpływały się w zachwytach to banda perwersyjnych zboczeńców, złodziei, nierobów i psychopatów. Ogólnie rzecz biorąc. Książka jest drugą propozycją Kopra (w tym temacie, bo ogólnie jest autorem ponad 60 książek) i równie kontrowersyjną. Publikacja pierwszej spotkała się zarówno z bardzo ciepłym przyjęciem jak i taką ilością hejtu, że wydanie drugiej stanęło pod znakiem zapytania. Tylko na chwilę stanęło, bo pan Sławomir wyszedł z założenia, że cel uświęca środki. A cel uważa, za zacny – szerzenie prawdy i tylko prawdy i zbijanie z piedestału niektórych światłych postaci. To chyba taki ukłon, głównie w stronę sfrustrowanych przymusowymi lekturami uczniów. Skoro muszą już przeczytać tę klasykę, bo tak trzeba, to niechże choć mają odrobinę radochy, trochę pocieszenia wiedząc co nieco o prywatnym życiu autora.  To też prztyczek w nosy nauczycieli, tych bezkrytycznie podchodzących do tematu, a także wszelkich historyków i publicystów, nie tyle zatajających prawdę, ile ją wypierających i twierdzących coś zupełnie innego.

W końcu nie od dziś wiadomo, że uznany poeta aby tworzyć wiekopomne dzieła musi żyć na skraju ubóstwa albo być co najmniej biedny. Najlepiej jeśli do tego jest nieszczęśliwie zakochany, naznaczony wojną i chorowity. Możliwe, że gdyby nie spełniał tych wymogów to jego książka nie trafiłaby na listę lektur.

Może wzruszamy się losami bohaterów dramatów Słowackiego bo mamy dodatkowo świadomość cierpienia i biedy jaką klepał. Czy mniej bylibyśmy poruszeni wiedząc, że facet grywał namiętnie na giełdzie i dorobił się na tym niezłego majątku? A w ogóle przez wiele lat żył na koszt bogatych krewnych, z którymi podróżował i mógł zamieszkać właściwie w dowolnym miejscu na ziemi.

Czy na nasz odbiór twórczości Kosińskiego wpłynąłby fakt, że facet miał obsesję na punkcie perwersyjnego seksu z prostytutkami i był nałogowym kłamcą, któremu zarzucono nawet plagiat?

Czy ktokolwiek zakwestionowałby przyznanie Miłoszowi Nagrody Nobla, wiedząc, że karierę zrobił dzięki Iwaszkiewiczowi? I jakie tak naprawdę relacje łączyły obu panów?

Piętnaście znanych nazwisk autorów i autorek szkolnych lektur. Niezliczona ilość skandali – pijaństwo, kłamstwa, zdrady (żon i kraju),  propagowanie komunizmu, okultyzm, choroby psychiczne i przestępstwa – a nawet morderstwo w tle. Sławomir Koper opiera się na solidnych źródłach; listach, dokumentach, rozmowach z krewnymi i znajomymi swoich bohaterów. Książka jest ładnie wydana i opatrzona humorystycznymi rysunkami autorstwa Jana Tatury. Myślę, że nie muszę nic więcej dodawać.

Tootsie

reż. Sydney Pollack, 1982

To nie pierwszy film i nie ostatni, w którym facet przebiera się za kobietę, ale na pewno jeden z najlepszych. (Mogą się z nim równać tylko „Pół żartem, pół serio” i „Pani Doubtfire”). I to nie tylko dlatego, że gra w nim Dustin Hoffman. Po prostu to kawałek dobrego kina, w reżyserii świetnego Sydneya Pollacka, z pięknymi zdjęciami Nowego Jorku i cudowną oprawą muzyczną.

Michael Dorsey jest aktorem, który nie może znaleźć pracy ze względu na swój trudny charakter. Agent, pół żartem podsuwa mu pomysł spróbowania szczęścia w przebraniu kobiety. Michael wciela się w postać charyzmatycznej babki w średnim wieku i pod nazwiskiem Dorothy Michaels, udaje się na casting do mydlanej opery. Dostaje rolę i szybko staje się najpopularniejszą postacią w serialu. Michael mógłby długo cieszyć się sukcesem, gdyby nie przeszkodziły mu w tym sprawy sercowe. Gdy zaczyna darzyć uczuciem koleżankę z planu – staje przed niezłą rozkminą. Póki co próbuje zbliżyć się do niej jak… kobieta do kobiety.

Film, chociaż z założenia jest doskonałą komedią (i spełnia swoją rolę) to także ukazanie gorzkiej prawdy o walce płci, z której chyba żadna nie wychodzi zwycięsko. Że tak odkrywczo podsumuję – w pewnych sytuacjach lepiej być facetem, a w innych kobietą, cokolwiek to znaczy. A życie to jednak nie jest opera mydlana, w której kolejny odcinek można dopasować do bohaterów.

Bardzo dobry film. Do śmiechu i do refleksji. Dobre kino się nie starzeje.

W poszukiwaniu różowych śmieci

Zacznę od tego, co powinnam zrobić już dawno temu, ale kurde, jakoś nie zrobiłam. Mianowicie, chcę bardzo podziękować wszystkim za życzenia świąteczno – noworoczne oraz prezenty. W tym miejscu buziaki, przede wszystkim dla Dziubasowej (dziubasowo.wordpress.com), Izzy (naszmalyswiatek.pl), Agnieszki (mycoffeetime.pl) i Aksinii (aksiniakawapudelka.wordpress.com). Sprawiłyście mi dużo radochy, dziewczyny 🙂

Styczeń, co prawda, jeszcze się nie skończył, ale myślę, że mogę już zrobić małe podsumowanko. Otóż miesiąc ten upłynął pod znakiem porządków, które to z kolei były następstwem licznych, prowadzonych przeze mnie z lepszym i gorszym skutkiem, poszukiwań.  

No, więc, najpierw szukałam kolczyka.

Dostałam w prezencie kolczyk, kolczyk i wisiorek. Odpakowawszy, umieściłam kolczyk, kolczyk i wisiorek na stole. Potem na komodzie obok telewizora i to w zasadzie ostatnie znane mi miejsce jego pobytu. Bo potem włożyłam wszystko do szuflady, ale nie mogę sobie przypomnieć czy ten jeden kolczyk jeszcze wtedy był, czy już wtedy nie był ani trochę. W każdym razie odkryłam jego brak w trakcie szukania czegoś zupełnie innego. Po dłuższej chwili byłam skłonna zaangażować do pomocy resztę rodziny, ale wszyscy już spali. Powszechnie bowiem wiadomo, że faza na szukanie ogarnia mnie nocą, gdy wszyscy już śpią i muszę być cicho i cicho przeklinać. Nie mogę bezstresowo wytrząsnąć zawartości szuflady na podłogę, muszę wyjmować z niej wszystko po kolei, po cichu. Potem po cichu wsadzić wszystko z powrotem i znowu wyjąć. Gdy nie przyniosło to rezultatów, naturalną koleją rzeczy jest podejrzenie że wpadł za komodę. Nie mogłam jej odsunąć, nie tylko z powodu hałasu, ale przede wszystkim dlatego, że jest cholernie ciężka. Oświeciłam jej zadnią część latarką, ale niewiele widziałam, bo przerwa między nią a ścianą jest zbyt wąska. Może gdybym miała inaczej usytuowane oczy coś bym zobaczyła, a tak, chociaż przykleiłam się policzkiem do ściany to oczy pozostały na swoim miejscu i nie mogłam nic na to poradzić. Potem przyszło mi do głowy, że kolczyk mógł jakoś wydostać się o własnych siłach z górnej szuflady i spaść piętro niżej. Zabrałam się za dolną szufladę, potem za jeszcze bardziej dolną i w końcu za najdolniejszą. Nic. Pozwoliłam sobie na chwilę odpoczynku, a że akurat mój znajomy był online to mu się pożaliłam. „Zajrzyj pod łóżko” napisał. „Dlaczego pod łóżko?” zapytałam. „Nie wiem, ale większość rzeczy znajduje się pod łóżkiem”. Jaki człowiek tacy znajomi. Ale zajrzałam. Poza całkiem grubą warstwą zakurzenia nic tam nie było. Wtedy wpadł mi do głowy pomysł, którego starałam się nie dopuszczać, bo wiedziałam, że się skuszę. I chociaż obiecałam sobie poczekać do rana, wytrwałam w tym postanowieniu pięć minut. Wyjęłam z zawiasów najdolniejszą szufladę, szufladę wielkości stodoły. Zaparłam się i ciągnęłam, i nie poddałam się, chociaż wiedziałam, że nie włożę jej z powrotem. Jeszcze nigdy nie udała mi się sztuka nasadzenia szuflady na prowadnice. Nigdy. A wyciągałam ją dziesiątki razy. Nie poddałam się, bo wiedziałam, że nawet jeśli nie znajdę kolczyka to na pewno znajdę jakieś inne rzeczy, zaginione dawno temu.

I tak ruszyłam z posad bryłę świata, ale kolczyka nie znalazłam. Wyjątkowo też tym razem nie znalazłam niczego ważnego, poza zużytą chusteczką i gumką do włosów. Za to przytrzasnęłam sobie palec i obudziłam połowę domu. I zostawiłam totalny bałagan.

Sprzątanie nie zawsze jest następstwem szukania. Czasami bywa na odwrót i to szukanie wynika ze sprzątania. I nie mam tu na myśli oczywistej historii, że sprzątając, coś się schowa, zapomni gdzie i potem szuka. Tym razem było inaczej.

Odkurzając Tamalugowy pokój wciągnęłam TĘ RZECZ do odkurzacza. Natychmiast go wyłączyłam i rzuciłam się na szczotkę, rurę, a w końcu na worek. To była mikroskopijnej wielkości szmatka, zwana szumnie „kocykiem króliczka”. Żeby wam zobrazować jak małe jest to gówno, to powiem wam, że królik z jajka niespodzianki nie zdołał się nią przykryć całkowicie. Wystawały mu stopy. Tomek zastał mnie klęczącą na podłodze i grzebiącą w odkurzaczowym worku, którego większość zawartości już wysypałam. Najpierw się śmiał, ale gdy powiedziałam mu czego szukam, natychmiast rzucił się na podłogę i przejął ode mnie worek. Kocyk jest mały, ale za to różowy, jak to możliwe, że nie mogłam go znaleźć? Przecież na ogół nie wciągam różowych śmieci. Chyba nie. Stresowałam się dużo bardziej niż przy kolczyku, co ja mówię: byłam bliska paniki. Przez chwilę wyobraziłam sobie, że Tamaluga zapomina o różowej szmacie i wszyscy żyjemy długo i szczęśliwie. Albo inna wersja: Tamaluga mówi: „mamusiu, nie szkodzi, nic się nie stało” i w podskokach biegniemy zobaczyć zachód słońca. Obie wersje były tak niedorzeczne, że zaśmiałam się gorzko. Dobrze wiedziałam jaki będzie scenariusz: „mamusia wciągnęła kocyk króliczka do odkurzacza i przepadł pośród innych różowych śmieci” – przyznam się, patrząc w bok.  A wtedy jej oczy zrobią się duże i okrągłe, a broda zacznie drżeć. Potem zmusi mnie żebym spojrzała razem z nią na królika, który leży na łóżku z nakrętki od mleka i trzęsie się z zimna bo nie ma swojego kocyka. Nie mogę tego zrobić własnemu dziecku!

Po chwili Tomek triumfalnie uniósł różową szmatkę do góry i odetchnęliśmy z ulgą. Oczywiście od razu pobiegłam ją wyprać w mikroskopijnej pralce.

Bo zdrowie niejedno ma imię

Jak już wspominałam, próbuję we wszystkim znaleźć coś dobrego. Żeby nie zwariować. Do końca. W ten sposób i w obecnej, ciągnącej się od roku sytuacji można znaleźć pozytywy, i nie mam tu na myśli wyników testów.

Przede wszystkim przybyło ludzi dobrej woli. Wzrosło zainteresowanie akcjami charytatywnymi i różnymi formami pomocy. Na przykład Ruch Maitri, z którym jestem związana, odnotował większe wsparcie finansowe w stosunku do lat ubiegłych, a także prawie tysiąc nowych rodziców adopcyjnych. Brawo!

Ponadto pandemia wzbogaciła nasze słownictwo, chociaż jakoś osobiście nie czuję się bogatsza. Jeśli już to głupsza, głupsza tak. Wzbogaciła to słownictwo, między innymi, o słówka takie jak: koronalia, koronaparty, koronaferie, kowidianie, samoizolacja.

Kiedyś lekcje w szkolnym budynku, w klasie z ławkami nazywały się lekcjami. Dzisiaj jest to edukacja bezpośrednia. Co nie znaczy, że jest też edukacja pośrednia, bo zamiast niej jest system zdalny lub hybrydowy.

Słowo „obostrzenia” też trochę rozwaliło mój system. :/

Pojawiły się też znane słowa, o zupełnie nowym znaczeniu, podczas gdy moja wyobraźnia nadal hulała w średniowieczu. I tutaj rządzi, taka na przykład, „przyłbica”. Gdy pani w sklepie przeprosiła mnie oznajmiając, że skoczy tylko po przyłbicę – na chwilę zgłupiałam. Byłam w 90 procentach przekonana, że powróci z zaplecza w stroju rycerza. Trochę się rozczarowałam, w związku z tym. Drugi raz nie dałam się nabrać i słysząc „tarcza antykryzysowa” wiedziałam, że to nie będzie prawdziwa tarcza. Dobrze, że chociaż pasuje do przyłbicy. Fałszywa tarcza, fałszywa przyłbica. Taki rycerz trochę z dupy.

I na końcu – wisienka na torcie – szpitale jednoimienne. W życiu o takich nie słyszałam. Nie miałam pojęcia, że szpitale w ogóle mają imiona. Wiedziałam, że mają nazwy, bo w końcu wszystko ma swoją nazwę, nawet metalowa skuwka przy sznurówce, która nazywa się aglet, co wiem z „Fineasza i Ferba”. Gdy po raz pierwszy usłyszałam o szpitalu jednoimiennym, lekko się zdziwiłam, ale postanowiłam to zignorować. Może dziennikarz się przejęzyczył. Szybko stało się jasne, że takie szpitale istnieją, co więcej – WSZYSTKIE szpitale dzielą się na jednoimienne i dwuimienne (?), wieloimienne (?) Najpierw pomyślałam sobie „wtf?!” , a potem, że jestem niedouczona i serce me załkało. Z drugiej strony  trudno mi było wyobrazić sobie, że szpital w większym mieście może być Franciszkiem Anastazym, w mniejszym tylko Franciszkiem, a w małym miasteczku… Frankiem? A na przykład „Franciszek Anastazy Jan Bernard Trzeci”? No, to już prywatna wypasiona klinika pod wezwaniem Marii Panny w Coronie. Szpital wieloimienny.

„Byłam już dwa razy we Franciszku Anastazym”.

 „Idę do Franciszka, bo mnie boli kiszka”.

„A ja do Frania na badania”.

Innym zjawiskiem, które przybrało na sile w okresie pandemii jest donosicielstwo. Może nie powinnam tego zaliczać do pozytywów, ale nie jest to  zjawisko wyłącznie negatywne, bo zaczęto też zwracać większą uwagę, czy nic złego nie dzieje się za ścianą. Niemniej – podobno przypadków kablowania na sąsiada jest tak dużo, że powstał kolejny słowotwór , którym odtąd posługuje się policja. Nie ma już donosicieli, kapusiów czy nawet informatorów. Teraz są sygnaliści. Żeby nie było – każdy sygnał od sygnalisty jest sprawdzany. Żeby nie było – większość to bzdura. Nasze miasto jest, niestety, niechlubnym przykładem. Gdy pojawiła się plotka, że policja będzie sprawdzać ilość osób na wigilii, chyba nikt ostatecznie nie wziął tego na poważnie. Nikomu też nie przyszło do głowy aby w Radosny Dzień Oczekiwania Narodzin Pana… policzyć sąsiadów. Nikomu, oprócz mieszkańcowi naszego miasta. Człowiek ten policzył samochody, pomnożył przez liczbę dzwonków do drzwi i uprzejmie doniósł odpowiednim służbom. Służby przybyły na miejsce, nie stwierdziły żadnej nieprawidłowości i udzieliły pouczenia nadgorliwemu sąsiadowi.

I tym optymistycznym akcentem… odsyłam do piosenki adekwatnej do tematu 😀

Dzieci moje i nie moje

Od kiedy Tamaluga chodzi do przedszkola niektóre jej zabawy zaczęły mnie niepokoić. Zawsze dotąd bawiła się tak słodko i niewinnie, aż tu nagle…

A było to w czasie wczesnojesiennym, gdy kończył się remont łazienki i szafka pod umywalkę jeszcze stała w pokoju. No, więc, pracuję na laptopie, ale kątem oka widzę, i kątem ucha słyszę, co się dzieje. Tamaluga wsadza do tej szafki zwierzątka i lalki, które płaczą w niebogłosy.

– Co robisz? – pytam.

– No, te dzieci były niegrzeczne, więc je zabieram od rodziców i zamykam w więzieniu.

W tym miejscu następuje mój wykład, dlaczego to nie jest fajna zabawa, dlaczego nie wolno tego robić, a już pod żadnym pozorem odbierać dzieci rodzicom i umieszczać je gdzieś tam, gdzieś tam, że o więzieniu nie wspomnę.

– Ale one są niegrzeczne – tłumaczy Tamaluga.

– Rodzice kochają swoje dzieci, nawet jeśli są niegrzeczne. Nie wolno zamykać dzieci.

– Aha, ok. Pszeplasam.

Przypuszczam, że ta zabawa to wpływ kolegów z przedszkola. Zwłaszcza jednego kolegi. Widzę tu Borysa. Wolę nie myśleć, że wyniósł to z domu.

Kilka miesięcy później:

Tamaluga buduje z klocków miasteczko oraz… izolatkę, gdzie natychmiast umieszcza pieski.

– Dlaczego one tam są? – pytam.

– O, to nic takiego – zapewnia Tamaluga. – Pieski po prostu muszą się uspokoić. Ale to są pieski złodzieje, wies? One musą tam zostać, a te inne pieski będą psynościć im jedzenie.

Wpływ Borysa, jak nic.

Niechcący doprowadziłam to tego, że gdy w głowie Tamalugi pojawia się chęć zniewolenia jakiegoś przedmiotu, pyta mnie, czy może się w to bawić.

Dwa tygodnie temu:

– Mamusiu, a mogę się tak pobawić, ze Ludolf  kalyfel  (renifer) został polwany i lodzice się martwią, i dzwonią na policję, a policja schwyta splawcę?

– Eee… Możesz.

– Ale jak schwyta splawcę to go wsadzi do pudełka, żeby się uspokoił, dobze? Takiego pudełka w parku. Mogę się tak bawić?

Tutaj już wpływ Kevina w Nowym Jorku. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.

…………………………….

Tamaluga: Ciociu Asiu, a możemy tak się odwiedzać w paski?

Ciocia Asia: Jak to w paski?

Tamaluga: No, laz ty odwiedzis mnie, a laz ja ciebie.

…………………………….

Tamaluga: Miałam dzisiaj chmurkę (sen) ze bawiłam się z Mają, moją psyjaciółką z psedskola i był tatuś i tez się bawił. Ale ty nigdy nie jesteś w mojej chmurce… A pseciez cię kocham. Nie wiem dlacego ciebie nigdy nie ma. Nie wiem co się z tobą dzieje, albo ze mną. Nie ma cię w mojej chmurce. Musisz naprawić moją głowę…

………………………………

Tamaluga: Mama, a jak ja już będę dorosła i będę miała pięć lat, to będę rozmawiać tak jak ty z tatusiem. Nie będę juz mówić jak małe dziecko o kwiatkach, serduszkach i miłości, tylko tak jak dorośli.

………………………………..

Franek i dzbanek.

Moja koleżanka opowiedziała mi, że od jakiegoś miesiąca, prawie za każdym razem gdy wchodziła do kuchni to krzesło od stołu było przystawione do kredensu. Duchy? Jej córka wprawdzie uczy się chodzić, ale nie dałaby rady przesunąć krzesła. Pyta więc syna, 3 letniego Franka:

– Franuś, nie wiesz może, kto przesuwa to krzesło pod kredens?

– Wiem, mamusiu, to ja.

– Ale dlaczego?

– Zeby dosięgnąć dzbanka z wodą.

– Po co ci dzbanek, Franusiu?

– Bo ja tak sobie do niego pluję…

………………………………

Borys, 6 lat.

– Mamo, a dlaczego niektórzy ludzie całują się na iksa?

– Jak to na iksa?!

– No, tak przekrzywiają głowy, każdy w inną stronę i wychodzi X…

…………………………………

Spragniona córka Agaty.

– Mamo, maaamoooo!

– Co się stało?!

– Spiciałam!

– Co zrobiłaś?!

– Spiciałam!

– Ale co to znaczy?!

– No, chce mi się pić!

– Nie mówi się „spiciałam”, tylko…

– Ale jak chce mi się jeść, to mówisz, że zgłodniałam.

………………………………….

Przemek, 7 lat.

– Synu, przestań już grać na tym smartfonie! Ja w twoim wieku potrafiłam sobie znaleźć inne zajęcia, a większość czasu spędzałam na dworze!

– Wiem, mamo, i bardzo mi przykro.

– A to dlaczego?

– Bo nie miałaś smartfona.

Podwórkowo, kominowo z podtarciem i pod napięciem

Doczekaliśmy się latarni na podwórku. No, od razu lepiej. Wcześniej czuliśmy się jak w dupie u… No, jak gdzieś, gdzie jest bardzo ciemno. Jednakowoż w niektórych miejscach (czytaj: pod moją klatką) nadal jest ciemnawo, a że wzrok już nie ten, więc tworzą się takie scenki różne, obyczajowe i obczajowe, prawda…

Stoję pod własną bramą, sąsiadka stoi przy narożniku budynku, jakieś 10 metrów dalej. Zazwyczaj po ciemku poznaję ludzi po gabarytach ich psów. Tym razem pies sąsiadki schował się za rogiem, więc jej nie poznałam. Jak się okazało: ona mnie również, ale miała prawo – jest 30 lat starsza ode mnie. Mnie nic nie tłumaczy. Nachylam się, zatem, do przodu i wzrok wytężam, i wytężam, i wytężam, i wiem, że wyglądam dziwnie. Nawet jeśli niewyraźnie. W pewnym momencie i ona się nachyla i przygląda, przygląda… „Ciekawe kto to” – myślę, a ona do mnie: „Będzie pan przestawiał auto?”

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Drugi blok wywalczył sobie słupki, żeby nikt nie parkował pod ich oknami. Kuli nas tymi słupkami w oczy, bo nie od dziś wiadomo, że nasze bloki prowadzą ze sobą cichą, i niezrozumiałą dla mnie wojenkę. Chwalili się tymi słupkami chyba z pół roku przed faktem. – Teraz będą parkować pod waszymi oknami – oznajmiali z triumfem.

Faktycznie, postawiono im te słupki, a nasz blok rył ze śmiechu. Wszyscy myśleli, że wystarczy jakiś niewielki ogranicznik, wysepki jakieś ze dwie… A ci im postawili ponad metrowe słupki, jeden przy drugim, że nawet człowiek nie przejdzie.

Dora: Fajne mamy słupki, nie?

Ja: Słupki? To zasieki jakieś. Elektryczny pastuch. Ty uważaj, bo może w nocy przepuszczą przez to 500 v!

Dora: Nie, nikt nie podłączy prądu.

Boże, jak ja nie kumam ludzi z zerowym poczuciem humoru.

Randomowy sąsiad: – Kurwa mać! Debile pomalowali słupy i nie dali nawet kartki, że świeżo malowane! Kto mi teraz za kurtkę zwróci?!

Obrażona Dora zawinęła do swojej bramy, uprzednio nawołując kota. Szary kot przeciskając się między słupkami zyskał przepiękne białe pręgi.

Ja: O, tygrys bengalski. Miniaturka.

A mina Dory bezcenna.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Trudno mi w to uwierzyć, ale remont prawie skończony! Gdy położono podłogę, w nocy budziłam się kilka razy i szłam sprawdzić, czy to nie sen. – Czy podłoga nie zniknęła? – pytam Tomasza rano. – Nie, mamusiu! – woła Tamaluga, która pobiegła zobaczyć. – Nie zniknęła! Chodź!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Noc sylwestrową spędziliśmy tak wyjątkowo, jak na tę noc przystało. Ja w pokoju przy Netflixie (jeszcze raz dzięki Seekerko), Tomasz w kuchni przy skręcaniu szafek, a Tamaluga przy kule, czyli tablecie. Zadzwoniła do mnie koleżanka z zaproszeniem. Uwielbiam ją, ale czasami tak mnie wkurza swoim podejściem do… wszystkiego.

– Chciałabym z tobą chociaż wypić szampana, przyjedziesz?

– Nie przyjadę.

– No, weź… Siedzę sama.

– Siedzisz sama? Bardzo dobrze!

– Jak to?! To nie przyjedziesz?

– Wiesz, że bardzo bym chciała, ale nie mogę.

– Dlaczego?

– Bo masz covid.

– A… No tak.

Boże. Ręce opadają.

Tydzień wcześniej, gdy powiadomiła mnie o covidzie:

– Mam coś brać na to?

– Gripex max daje radę. – odpisuję. Nie zauważyłam, że „Gripex max” słownik poprawił mi na „Głupek mąż”.

Odpowiedź po chwili:

– No, wiem, że głupek… ale myślisz, że na covid pomoże?

Xxxxxxxxxxxxxxxxxx

Na koniec grudniowa Tamaluga:

Hałas w ścianie.

Tamaluga: Boze. Co to było?

Ja: W przewodzie kominowym.

Tamaluga: Bo się psestlasyłam!

Ja: Nie bój się, to tylko odgłosy w kominie.

Tamaluga: W kominie?! To znacy, ze Mikołaj się sykuje???

Xxxxxxxxxx

Tamaluga bawi się w restaurację.

Ja: Mogę coś zamówić, proszę pani?

Tamaluga: Nie jestem pani. Jestem kuchareczką panią. A teraz idę siusiu do mojej kucharkowej toalety. Cy ty mnie podetrzesz, kobieto?