KLINIKA ŚMIERCI

„Klinika śmierci” to że tak powiem książka na czasie, bo o wirusie. Między innymi. Nie o tym, który straszy teraz, czyli o Covidzie, ale o tym, który straszył wtedy, czyli o AIDS. Dziwnie się ją czyta, inne mamy emocje z perspektywy czasu, gdy wiemy już, że z wirusem HIV można żyć długie lata. Niektórzy się zdziwią, inni przypomną sobie jakie kiedyś budził przerażenie, i że walka z nim była priorytetem każdej kliniki i każdego laboratorium. Mam nadzieję, że z takim samym dystansem i luzem przeczytamy kiedyś książkę o Covidzie.

„Klinika śmierci” została po raz pierwszy wydana na początku lat dziewięćdziesiątych. Coben niczego w niej jednak nie poprawiał, przez dwadzieścia lat nawet do niej nie zajrzał. Wypowiada się o niej z lekkim zawstydzeniem, typowym dla znanego autora, który nagle pokazuje światu zapomniane już dzieło, z początków swojej twórczości. Sam Coben, z wrodzonym poczuciem humoru rozpoczyna ją słowami: „No dobrze, jeśli to moja pierwsza powieść, po którą sięgnęliście, nie czytajcie jej. Zwróćcie ją. Weźcie inną. Nie ma problemu, zaczekam.”

Jednak książkę czyta się dobrze, a fakt, że upłynęło tyle czasu chyba nawet wychodzi na plus. Zresztą, wirus to wirus – książka na czasie? Na czasie. Wszystko się zgadza.

No, to lecimy.

Klinika, o której mowa to znana, prestiżowa placówka w Nowym Yorku, specjalizująca się w walce z AIDS. Jej pracownicy oddają się temu z wielkim poświęceniem, czasami graniczącym z obłędem. Wśród nich jest Harvey Riker, który za wszelką cenę stara się pozyskać środki na badania od znanych i wpływowych mieszkańców miasta. I tutaj pierwszy dylemacik: no, bo żeby zyskać kolejne dotacje należałoby udowodnić sukcesy, a co się z tym wiąże – pokazać ozdrowieńców. Z drugiej strony, pacjenci kliniki to często znane osobistości, z wiadomych względów pragnące zachować anonimowość. Zwłaszcza, że AIDS wówczas kojarzone było głównie z homoseksualizmem, także, tego…

Jednak ktoś bardzo się stara aby o klinice było głośno – seryjnie morduje jej pacjentów. Tych ozdrowiałych, żeby nie było. Policjantowi prowadzącemu śledztwo trudno jest znaleźć powiązania; czy chodzi o AIDS, czy o klinikę, czy o orientację seksualną ofiar.

Dla kontrastu – heteroseksualna para: dziennikarka Sara Lowell i koszykarz NBA Michael Silverman. Oboje sławni, piękni i bogaci, ale oderwani od rzeczywistości, bo tacy mili, skromni i prawdziwi. Powinni żyć długo i szczęśliwie, a nagle świat im się trochę wali. Co zrobisz? Nic nie zrobisz. A może?

Chociaż właściwie od początku towarzyszy nam monolog mordercy, to i tak go nie znamy, a nazwisko nic nam nie mówi. I tu jest haczyk, bo on działa na zlecenie, więc może sobie bywać narratorem bez spojlera. Do końca nie wiadomo, ale kto, ale jak, ale dlaczego i co się wydarzy. Historia jest naszpikowana zwrotami akcji, tak, że niektóre aż wydają się nieprawdopodobne. No, ale sami ocenicie, jeśli dacie facetowi szansę.

CZERWONA KRÓLOWA

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie ck-okladka.jpg

Dzisiaj miałam pisać o zupełnie innym filmie, ale się wyłamałam. Znowu napiszę o serialu. Telewizji publicznej nie oglądam już od kilku lat, ale czasami wędrując po kanałach, zwłaszcza po restarcie nagrywarki, przechodzę przez jedynkę i dwójkę. Zazwyczaj omijam je szybko, ale tym razem zaciekawił mnie tytuł, kliknęłam w informację, obejrzałam kawałek i wsiąkłam. Rosyjsko – Ukraiński serial liczy 12 odcinków i, jeśli ktoś zainteresowany to jest też na VOD, sprawdziłam.

Rzecz dzieje się w byłym Związku Radzieckim, w latach 50 – 80. Opowiada o losach sławnej radzieckiej modelki Moskiewskiego Domu Mody, co już samo w sobie jest kontrowersyjne.  Piękną Reginę Kolesnikową gra debiutantka – jeszcze piękniejsza Kseniya Lukyanchikova. Uwielbiam filmy oparte na faktach, ale trudno mi było uwierzyć w to wszystko, co przydarzyło się głównej bohaterce. Każdy odcinek wciąga niesamowicie i nie można doczekać się kolejnego.

Pod koniec lat 50 młoda dziewczyna, po tragedii w wiejskim, rodzinnym domu, ucieka do Moskwy. Tam zmienia imię na Regina, wynajmuje skromny pokój i wypożycza dużo książek. Po krótkim czasie niewiarygodnie poszerza swoją wiedzę, biegle włada czterema językami i uczy się dobrych manier. Tam też zakochuje się po raz pierwszy, a po rozstaniu z kochankiem dostaje się na studia do moskiewskiej szkoły filmowej. Przypadek sprawia, że odkrywa ją znana projektantka mody i Regina trafia na światowe wybiegi. Obcokrajowcy nazywają ją „Najpiękniejszą bronią Kremla” a KGB próbuje to wykorzystać. Niestety życie nie szczędzi dziewczynie cierpień, a ona sama wciąż dokonuje złych wyborów. 

Ponadto problemy życia codziennego; kariera, obsesyjna chęć posiadania dziecka, toksyczna miłość, zawiść między modelkami i tak dalej.

Świetnie dobrane postaci, niektóre groźne, inne śmieszne, wręcz karykaturalne w swych przekonaniach i działaniach. Społeczeństwo ukazano takim, jakie faktycznie jest: niejednakowe. Bo ludzie różnią się od siebie, różnili się i różnić się będą – oto prawda tego filmu (prawda ekranu, prawda..). Niektórzy członkowie czerwonej elity są wierni wpajanej im ideologii, inni są bezwolnymi niewolnikami czasów, w jakich się znaleźli.

Serial świetnie ukazuje realia głębokiej komuny: sowieckich ideologii, niedorzecznych wymogów i wszechobecnej paranoi rządzących. Przedstawia też dzielnych ludzi, próbujących przeciwstawić się panującym regułom i żyć według własnych zasad.

W tle, niby nic nie znaczące detale, takie jak:

– Gdzie pan dostał choinkę?

– Za rogiem.

– Długo pan stał w kolejce?

– Nie, tylko 3 godziny.

Doskonale oddające życie wtedy i tam. Zakaz przewożenia do kraju czasopism modowych, kolekcje muszące wpisać się w socjalistyczny wzorzec, zakaz produkcji kozaków (mało kto wie, że wymyślono je właśnie w Moskwie!)

Kim była prawdziwa Regina Kolesnikowa? Zadziwiająco mało jest informacji na ten temat. W Internecie można znaleźć kilka zdjęć i relacji z pokazów, ale prywatne życie tej kobiety owiane jest tajemnicą. I – jeśli chcecie obejrzeć serial – nie wyszukujcie, bo to odbierze wam całą radochę. A serial bardzo polecam, naprawdę.

 

Zdjęcia: teleman.pl, upflix.pl, granice.pl, radiozet.pl, eska.pl

Wykłady, ankiety i Wróżka Zębuszka

Cieszę się, że moja Oliwia, chociaż już 20 latka, nadal lubi spędzać ze mną czas. Obojętnie co robimy. Ostatnio mamy takie wspólne zajęcie, któremu oddajemy się w każdy czwartek o 15. Przychodzę do jej pokoju z popcornem albo bake Rollsami, albo popcornem i bake rolsami i ciastkami. Oliwia zaparza nam swoją specjalną zieloną herbatę, po czym… odpala wykłady na laptopie. Obecnie przerabiają architekturę gotyku, i zaraz po jej prezentacji, wysłuchujemy prezentacji innych. Wiem, że trochę to nienormalne, że zamiast dobrego filmu włączamy sobie wykłady i prezentacje z jej uczelni, ale co zrobić? To już taki nasz rytuał. Nie obgadujemy ludzi, to znaczy przeważnie nie, ale nie szczędzimy sobie komentarzy przy których ryjemy ze śmiechu, a Oliwka co chwilę sprawdza, czy na pewno wyłączyła mikrofon. W zeszły czwartek architekturę włoskiego gotyku prezentował jej kolega Simon. Tak się rozgadał, że wysłałyśmy  mu smsa i fotkę prawie opróżnionej miski z popcornem, dopisując: „Czym różni się twoja prezentacja od popcornu? Popcorn kiedyś się kończy!” Po chwili wszyscy, z wykładowcą włącznie, usłyszeli jak parsknął śmiechem i ledwo udało mu się wrócić do przerwanego wątku. Sam sobie winny: kto normalny czyta smsy podczas prezentacji?

Podpowiem wam teraz jak zakończyć remont łazienki: wystarczy go olać. Tak też uczyniłam, i właściwie mogłabym cieszyć się już swobodą i wizją świąt, gdyby nie to, że zaczęłam remont kuchni. Bo, jak to już zostało dawno ustalone: u nas nie może być normalnie. Remont kuchni, póki co, prezentuje się tak, że wszystkie kuchenne meble i akcesoria zalegają w całym mieszkaniu. Ku mojej rozpaczy i ku radości Tamalugi. Ale są też plusy dodatnie: taki stan rzeczy wspomaga odchudzanie. Jeśli nie masz zielonego pojęcia, gdzie jest chleb, gdzie masło, gdzie sztućce, a gdzie talerze to głód przechodzi jak ręką odjął. Głód vs Lenistwo, rozpacz i frustracja  – 0:1.

Dostaliśmy z przedszkola ankietę. Nie, no my z Tomaszem jesteśmy mistrzami ankiet. Oto dowód: (https://tamaluga.wordpress.com/2017/06/21/to-co-bonnie-clyde-lubia-najbardziej-czyli-zebranie-sie-do-kupy/) Odczuwałam radosne podniecenie, które opadało w miarę czytania pytań. Wszystkie na jedno kopyto, zero kreatywności. Drugie wypływało z pierwszego, trzecie z drugiego i tak dalej, a skoro nie zna się odpowiedzi na pierwsze to w zasadzie można sobie tę ankietę… odpuścić.

1.Czy uważają państwo, że przedszkole stara się zapewnić dzieciom bezpieczeństwo?

A skąd mam wiedzieć? Przecież Tamaluga tam chodzi, nie ja. Poza tym jakie bezpieczeństwo? W takim sensie ogólnym, czy covidowym? Bo jeśli covidowym, to byłoby to na przykład zachowanie dystansu. Fotki skotłowanych na podłodze dzieci, wrzucane ochoczo na stronę przedszkola sugerują coś skrajnie innego. Tak, więc zero dystansu – i na upartego – zero higieny (patrz: podłoga).

2.Czy przedszkole informuje dzieci o możliwych zagrożeniach?

Oh, na pewno.

3. W jaki sposób?

Zważywszy, że Tamaluga zna niemal na pamięć piosenkę o „Brzydkim wirusie”, mniemam, że w sposób dźwiękowo – wokalny, przy użyciu serwisu Youtub.

4.W jaki sposób panie w przedszkolu angażują się bezpośrednio w informowanie o zagrożeniu?

No, nie wiem… Same śpiewają o brzydkim wirusie?

5.Co świadczy o tym, że dzieci czują się w przedszkolu bezpieczne?

Oho, pytanie – pułapka i od razu z grubej rury. Zapewne chodzi o to jakie środki ostrożności zostają wdrażane, ale wobec tego, pytanie jest niewłaściwie sformułowane. No, bo na pytanie „Co świadczy o tym, że dzieci czują się w przedszkolu bezpieczne” nie można odpowiedzieć na przykład „higiena” lub „dystans”. Ja odpowiedziałam, że „Tamaluga zrywa się rześko każdego ranka”. To chyba o tym świadczy, co nie?

I z ostatniej chwili:

Tamaluga: Mama, a wszyszczy już śpią?

Ja: Tak.

Tamaluga: I wlóżki tez?

Ja: Tak.

Tamaluga: A wlóżka zębuszka?

Ja: Też śpi.

Chwila ciszy.

Tamaluga: Mama, a ja mam w psedskolu Michalinę, co nie ma duzo zębów, wies? Tylko tlochę ma. Tlochę na dole. Taka to Michalina.

Popłakałam się ze śmiechu.

Trochę Kultury i Dziwactwa Domowego

Baśń o „Śnieżce i 7 krasnoludkach” już kiedyś opowiadałam Tamaludze. Jednak minęło trochę czasu, a i moja opowieść za każdym razem ewoluowała i obfitowała w więcej szczegółów. Tym razem było tak:

Ja: (…) „I zła królowa, która była czarownicą…”

Tamaluga: Zalaz! To klulową czy czalownicą?

Ja: Królową i czarownicą.

Tamaluga:  Acha.

Ja: (…) „I stanęła przed magicznym lustrem, i zapytała: „Lustereczko, powiedz przecie…”

Tamaluga: A duze było to lustlo?

Ja: Duże. „I zapytała: Lustereczko, powiedz…”

Tamaluga: Takie jak w łazience?

Ja: Myślę, że większe. „(…) I wygnała Śnieżkę do lasu, żeby tam umarła…”

Tamaluga zatrzymuje mnie gestem, łapie się za policzki i mówi: „Jezus. Jezus Malia.”

Ja: Mogę dalej?

Tamaluga: Tak!

Ja: „(…) I gotowała Krasnoludkom obiady”.

Tamaluga: Jakie obiady?

Ja: Zupę.

Tamaluga: Jaką zupę?

Ja: Eee… Ogórkową!

Tamaluga: Mmmm! Ogólkowa! Pycha!

Ja: „(…) Krasnoludki ostrzegały Śnieżkę, że zła królowa może ją odnaleźć, i prosiły żeby nie otwierała nikomu drzwi, ale Śnieżka wzięła od królowej zatrute jabłko…”

Tamaluga: O Matko! Dlacego? Nie poznała jej?

Ja: Nie, bo królowa miała na twarzy maseczkę.

Tomek, który do moich słów robił efekty wizualno-dźwiękowe padł na twarz ze śmiechu.

Ja: „(…) I królewicz zauważył piękną dziewczynę leżącą na łące, a wokół niej siedmiu płaczących Krasnali. Podszedł bliżej i powiedział…

Tamaluga: Co? Co powiedział?!

Ja: „Powiedział: Co to za zbiegowisko? Zakaz zgromadzeń powyżej pięciu osób!”

Tomek, który właśnie imitował szum drzewa, posmarkał się ze śmiechu. Tamaluga, choć zachichotała pod nosem, wykazała się większą świadomością covidową i przyjęła to ze zrozumieniem.

Tamaluga: No, tak. Wilus.

Ja: „(…) I królewicz potrząsnął dziewczyną i wypadł z jej ust kawałek jabłka…”

Tomek: Boże, kto ci opowiadał tę baśń w dzieciństwie?

Ja: Nie pamiętam, ale to brzmi logicznie.

Tomek: Logicznie?! Że kawałek jabłka stanął jej w gardle? To nikt nie zrobił jej chwytu Heimlicha?

Ja: No nie. Ale przynajmniej wiemy, dlaczego zemdlała: była niedotleniona.

Tomek: Przez trzy dni?!

Ja: Dlaczego przez trzy dni? Królewicz mógł pojawić się od razu…

Tomek: Celowo unikasz Pocałunku Prawdziwej Miłości?

Ja: Nie wiem. Brzmi mniej logicznie, niż zakrztuszenie.

Tomek: Ale to jest baśń! To nie ma być logiczne tylko magiczne!

………….

– Mama, co cytas?

– O Japonii.

– O Japonii?

– O kobietach w Japonii.

– Przeczytas mi o kokietach Japonii?

– Niunia, nie przeczytam, bo to nie jest ciekawe dla dzieci.

– No, przecytaj tlochę o kokietach Japonii, no plosę, o tutaj psecytaj.

– Dobrze: „Haru całe dni spędzała na medytacji. Nie do końca wiedziała, co ze sobą zrobić. Czuła w sobie niedającą się poskromić potrzebę działania. Za radą postępowego przyjaciela założyła w 1911 roku literacki magazyn dla kobiet i nazwała go „Seito” [Błękitna Pończocha]. Zainspirowała ją grupa Angielek, która w drugiej połowie XVIII wieku – w proteście przeciwko gęsto utkanej sieci społecznych oczekiwań – powołała do życia pierwszą organizację kobiecą.”

Mina Tamalugi bezcenna.

Boso, ale w ostrogach

Śniło mi się, że jest lato i wyjeżdżamy na wakacje. Nawet we śnie coś mi nie hulało: wiedziałam, że czas szybko leci, ale to już była gruba przesada. Zadzwoniłam do koleżanki, w tym śnie, i poskarżyłam się, że jesień pamiętam mgliście, a zimy to już w ogóle. Ona na to: „To ty nic nie wiesz? Przecież nie było zimy w tym roku przez covid!” No i zajebiście. Taką pandemię to ja rozumiem. Potem przypomniałam sobie, w tym śnie, że rząd obiecał abstrakcyjne bony turystyczne. Wyjechaliśmy, zatem, z abstrakcyjnym bonem i abstrakcyjnymi pieniędzmi na abstrakcyjne wakacje w abstrakcyjne miejsce. No, ale jak to w snach bywa – bawiliśmy się świetnie. Coś tam było jeszcze o pustej walizce, bo ciuchy też były abstrakcyjne, no i do pensjonatu włamywaliśmy się przez dach, bo recepcja stała w opozycji (do drzwi) i nie uznawała tych bonów, ale kto by się tym przejmował. Abstrakcyjnym wczasom w walizki się nie zagląda.

…………………………………………..

Dialog w Żabce:

On: Cześć!

Ja: Cześć!

On: Długo się nie widzieliśmy.

Ja (jak zwykle elokwentnie): No.

On: Jak zdrowie?

Ja (mając nadzieję, że nie pyta o psychiczne): A, chwalić Boga, w normie. A twoje?

On: Wszystko OK. Może wpadniesz na kawę?

Ja: Pewnie!

Czy muszę dodawać, że nie mam pojęcia z kim rozmawiałam? Oni wszyscy w tych maseczkach, w dodatku z czapką naciągniętą na oczy, wyglądają tak samo. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.

Kilka dni później przychodzi sms:

„Witam, przyjechaliśmy do Polski”.

Osioł ze Shreka, poproszony o znalezienie niebieskiego kwiatu z kolcami, stwierdził, że byłoby łatwiej gdyby nie był daltonistą. Ja stwierdziłam, że byłoby łatwiej, gdybym wraz ze starym telefonem nie straciła wszystkich kontaktów. Pojęcia nie miałam, kto pisze. Normalny człowiek zapytałby kto zacz, ale to normalny człowiek. Ja odpisałam „Bardzo się cieszę, bo Polska to piękny kraj”.

A potem się dziwię, że nie mam znajomych.

Na wszelki wypadek do Żabki już nie chodzę. Wysyłam Tomasza. I od razu muszę pogodzić się z tym, że chociaż dostaje listę to i tak czegoś tam nie kupi. Zazwyczaj czegoś najważniejszego. A ja tak się staram! Wiedząc, że bez okularów może nie doczytać, piszę drukowanymi, rysuję, stosuję ułatwiające życie skróty… Ostatnio uzbrojony w moją listę, dzwoni ze Społem:

 – Co to jest serek LGBT???

– No jak to? – mówię. – No przecież serek homogenizowany…

………………………..

Na koniec na wesoło. Bo człowiek nawet w okresie pandemii powinien szukać pozytywnych stron i dostrzegać komizm różnych sytuacji. Ja dostrzegłam taki komizm na fotelu ginekologicznym i dostałam napadu śmiechu. Uświadomiłam sobie, że jestem bez spodni i gaci, za to w maseczce na gębie. Jak to mawiają, „boso ale w ostrogach!”

Sprawa Kramerów

reż. Robert Benton, 1979

Kontynuacja serii „Stare ale jare”. I już sięgam pamięcią do roku 1979. Pamięcią filmową, rzecz jasna. Fabuła „Sprawy Kramerów” nie straciła na aktualności. Niestety. Niestety, bo dotyczy dziecka rozdartego emocjonalnie przez rozwodzących się rodziców.

Ted Kramer jest zapracowanym facetem w średnim wieku. Zajęty karierą, cały trud wychowania 7 letniego syna pozostawia żonie Joannie. Przyzwyczajony do takiego podziału ról, nie spodziewa się, że pewnego dnia kobieta postanowi opuścić rodzinę. Ted początkowo nie radzi sobie ani w kontaktach z synkiem, ani w codziennych obowiązkach. Nie potrafi pogodzić pracy z wychowaniem dziecka, co odbija się na jego życiu zawodowym. Z czasem ojciec i syn budują swój własny świat i nawiązuje się między nimi wyjątkowa więź. Ich poukładane życie burzy nagłe pojawienie się Joanny.

Film dostarcza wielu różnych emocji; między innymi wzrusza do łez, ale też rozśmiesza zabawnymi sytuacjami i dialogami. Widz sympatyzuje z Tedem i kibicuje mu do końca, ale trzeba przyznać, że nie ma tu ostrego podziału na dobrego i złego glinę. Wiele kobiet mogłoby utożsamić się z Joanną, wypaloną, zmęczoną, potrzebującą uwagi żoną i matką.

Świetnie ukazany obraz przeciętnego małżeństwa, doskonałego w swojej niedoskonałości, ich problemów wciąż aktualnych, niezależnie od czasów w jakich przyszło się z nimi zmierzyć. Doskonałe za to są sceny, świetnie dobrana muzyka, a obsada po prostu wymiata – Meryl Streep w roli Joanny i uwielbiany przeze mnie Dustin Hoffman jako Ted.

Każdy jej strach

Ktoś wie co to jest phrogging? Słyszeliście w ogóle takie określenie? W tej książce po raz pierwszy zetknęłam się z tym zjawiskiem. Nie zostało ono w niej nazwane, ale w tym samym czasie trafiłam na film, w którym też się to wydarzyło, więc z ciekawości zaczęłam szukać, a że „szukajcie, a znajdziecie”, to ja szukałam, a znalazłam. I już wiem, że takie coś istnieje i nazywa się phrogging. Czego to młodzi ludzie nie wymyślą dla fanu i oglądalności (kręcę z niedowierzaniem głową).

W dzisiejszych czasach nie wystarczy się włamać do domu w celach rabunkowych. Przecież to zbyt oczywiste. W dodatku pod nieobecność właścicieli? Pfff! Nudy na pudy. Trzeba podążać z duchem czasu, a nowa zabawa polega na tym, aby dostać się do czyjegoś domu i… w nim zamieszkać. Nie w pustostanie, nie w przybudówce, żeby była jasność. W domu jak najbardziej zamieszkałym, przy pełnej obsadzie, przy czym strych i piwnica, czyli miejsca rzadko używane też powoli robią się passe. Chcesz być gość to musisz się wykazać. Lajki nie zrobią się same. Lajki wymagają większego ryzyka. Na topie, zatem, jest pokój gościnny, miejsce pod schodami a nawet pod łóżkiem w sypialni państwa domu. Im dłużej tym lepiej, korzystając przy tym z łazienki, kuchni i innych przybytków rozkoszy. To jest właśnie phrogging.

Ale nie o tym, właściwie, w tej książce, w każdym razie nie tylko. Napisałam to jako ciekawostkę. A o czym książka?

O nieco znerwicowanej dziewczynie imieniem Kate, od dzieciństwa zmagającej się z atakami paniki, które spotęgowały jeszcze niedawne wydarzenia. Kate musi zmienić środowisko, żeby uspokoić się, wyciszyć i odzyskać równowagę.  Dla niej jest to przekroczenie strefy komfortu, bo decyduje się na dość radykalny krok: zamianę mieszkań z kuzynem. Kate opuszcza Anglię i na pół roku przenosi się do Stanów, do luksusowego apartamentu ekskluzywnej dzielnicy Bostonu. Niestety nie odnajduje tam upragnionego spokoju, bo właśnie wtedy w budynku zaczynają się dziać dziwne rzeczy, z morderstwem włącznie. A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na jej kuzyna, którego zna tylko z rodzinnych opowieści i wymiany kilku e-maili, a który właśnie mieszka w jej domu…

Pomysł nowy, fabuła pełna zwrotów akcji. Autora Petera Swansona dotąd nie znałam, ale facet daje radę. Także, no cóż, polecam.

 

Szafa z Narnii

Trwa u nas remont łazienki, który jest remontem dziwnym, bo jednocześnie się nie skończył jak i właściwie nie zaczął. Można?

Po ostatnich dłubaniach fachowców, trzeba było trochę poprawić. No i – co jest standardem w takiej sytuacji – bierzesz się za jedną rzecz – pieprzy się pięć innych. Przy czym każda nowa spieprzona rzecz jest gorsza od poprzedniej. Pierwsza wydaje się drobnym mankamentem. Trzecia doprowadza do łez, a przy piątej bluzgasz na samego siebie, że  w ogóle zaczynałeś tę pierwszą.

Gdy wreszcie zostało „tylko” poprawić elektrykę, obudować wannę kaflami i wymienić umywalkę wraz z szafką – wzięło się i się w pizdu zatrzymało. I nie ma komu tego dokończyć. Szafka  łazienkowa już dawno kupiona, stanęła w pokoju, przy ścianie. Dołączyła do reszty Rzeczy Kompletnie Zbytecznych lub Co Najmniej Niepasujących. Przylgnęła do wielkiego lustra, które Tomek tam postawił  z cyklu rzeczy Co Najmniej Nie Pasujących. A to dlatego, że ani szafka ani lustro nie pasują do pokoju, za to w jakiś niepojęty sposób pasują do siebie nawzajem. Tworzą magiczny klimat szafy z Narnii, bo drzwiczki po otwarciu ukazują magiczną lustrzaną głębię… Tamaluga to odkryła, no bo kto. I przejęła tę szafkę na wyłączność, i pochowała tam swoje zabawki, a na zewnątrz zrobiła toaletkę. Codziennie przysuwa do niej krzesełko, patrzy w lustro i czesze włosy księżniczkową szczotką od babci. Babcia zaszczepiła pierwiastek kobiecości w dziewczynce, której ulubioną zabawą jest berek, a zabawką – koparka. Babcia stworzyła potwora.

Mówię w końcu do Tomka, że Tamaluga się za bardzo przyzwyczaja, i żeby przypomniał jej, że szafka docelowo trafi do łazienki.

Tomek: – Tamalugo, ta szafka stoi tu tylko na chwilę, wiesz?

Posłała mu sceptyczne spojrzenie. Mądre dziecko. Wie co przy tacie znaczy „na chwilę”.

Tamaluga: – Dlacego?

Tomek: Bo to jest szafka, na której będzie stała umywalka. Dlatego ma tę dziurę na blacie.

Tamaluga: – Tak??? Myślałam, że ta dziula jest do wzucania zabawek od góly.

No.

Ale wracając do łazienki.

Gdy wymieniano nam piony i rozkuto połowę łazienki, przez dłuższy czas nic z tym nie robiłam, bo „oni mieli jeszcze coś sprawdzić”. Czekałam, zatem, na „nich”, ale minął rok a „oni” się nie pojawili. W końcu położyliśmy kafelki, aż tu nagle, dwa tygodnie temu ogłoszenie na klatce:

„W dniu…X… nastąpi przegląd instalacji rur. Prosimy o udostępnienie łazienek.”

No, to chyba, ku*wa jakiś żart. Po dwóch latach grupka ludzi przypomniała sobie, że wstawiali nam rury, rozwalili łazienki, i że chyba mięli jeszcze coś tam sprawdzić. Zapewne sądzili, że potulni mieszkańcy czekają tak sobie na nich cierpliwie z ziejącymi cegłą dziurami w ścianach i sypiącym się tynkiem.

Postanowiłam, że zabarykaduję się w mieszkaniu niczym mój kolega Szymon. Robił to na tyle skutecznie, że przez dłuższy czas miał święty spokój. Zazdrościłam mu. Dopiero później zdiagnozowano u niego schizofrenię.

Zaczęłam się zastanawiać czym mogę zastawić drzwi i wyszło mi, że pralką, stołem, krzesłami, suszarką do prania albo Playstation. Tylko te rzeczy mam w miarę ruchome. Telewizor i lodówka wydały mi się zbyt cenne, odkurzacz niedorzeczny, a stół kreślarski Oliwii mało stabilny. Żywcem mnie nie wezmą, tego byłam pewna. Gdy nadszedł dzień …X… byłam już kompletnie niegotowa. Miły pan z miłą panią zastali mnie stojącą bez sensu na klatce schodowej i jedzącą śliwkę. Ten widok wydał im się tak dziwny, że przez chwilę stali w milczeniu gapiąc się na mnie. „No?”, zachęciłam. „Bo my do sprawdzenia rur.” „Ja nic nie wiem, zresztą już zeznawałam”, powiedziałam. Byli tak bardzo zszokowani, że aż zrobiło mi się ich szkoda. Dokończyłam śliwkę, spektakularnie wyplułam pestkę ponad ich głowami i gestem zaprosiłam ich do środka. Byli tak przerażeni i zakręceni, że ledwo zerknęli na łazienkę. Po moim stwierdzeniu, że nic więcej nie pokażę, woleli nie czekać aż zmienię zdanie i szybciutko wycofali się do wyjścia.

Pani trafiła dobrze, ale pan z nerwów, zamiast do drzwi wejściowych, wszedł do pokoju. Szybko odkrył pomyłkę i wycofał się przepraszając. Szybko, ale nie dość szybko:

– O, ceść! Kto ty jesteś? Ja jestem Tamalka i mam cztely lata, pobawimy się autkami!

Gdy wreszcie udało im się wyjść na klatkę schodową, zderzyli się z Tomkiem.

– To, co? Schodzimy do piwnicy? – zapytał szeptem zacierając ręce.

Dziesięć minut później opuszczali nasz blok w pośpiechu. Myślę, że prędko nie wrócą.

A obiecywali co innego:

Śledź to nie ryba. A krowa to krowa

Tomkowi zdarza się zasnąć ze słuchawkami na uszach, chociaż „zdarza się” nie jest może najtrafniejszym słowem. On po prostu lubi zasypiać przy ulubionych programach, przy czym wizja wysiada mu niemal od razu. Nie wiem na co mu fonia, skoro śpi już przecież, ale spróbuj mu zdjąć słuchawki! Natychmiast zaczyna marudzić przez sen, że on to przecież ogląda, i że to jest – uwaga – bardzo interesujący program. Co jakiś czas prowadzimy bitwę na tym polu bo czasami i ja chciałabym coś obejrzeć do poduszki. Wtedy jest tak, że gdy nadchodzi pora snu to próbujemy się nawzajem przetrzymać. Gdy jedno z nas zasypia, drugie najciszej jak umie zabiera mu słuchawki. Czasami się udaje, czasami nie. Durne to i dziecinne, ale czego można od nas wymagać?

Boszsz jak on to potrafi przedłużać… Na noc musi się jeszcze dobrać do słodyczy, a – z oczywistych względów – nie zrobi tego przed zaśnięciem Tamalugi. A i to nie zawsze się udaje, czasem nie wytrzymuje i robi to, gdy ona jeszcze jest na spidzie.

Ja nie wiem co on sobie myśli wchodząc do pokoju z miską ciastek, czy czegoś tam, ukrytą za plecami.

Przedwczoraj:

– Co tam mas? – ożywia się Tamaluga, która, przysięgłabym, jeszcze przed minutą liczyła barany.

– Takie, tam. Niedobre.

– Ale CO?

– Eee… Śledzie.

– A co to jest?

Tomek patrzy na mnie spanikowany.

– I co ja mam jej powiedzieć? – pyta szeptem.

– Jak brzmi nasza pierwsza zasada? – pytam.

– Nie znoś mi tego gówna do domu?

– Nie ta, ta druga.

– Nie okłamuj dziecka.

– Właśnie. To co tam masz?

– Naprawdę śledzie!

– No to w czym problem? – pytam.

– bo ona pyta CO TO SĄ ŚLEDZIE. I co mam jej powiedzieć? Prawdę?

– W żadnym wypadku! Powiedz, że to takie jedzonko.

……………

Boszsz, myślałam, że ten wieczór nigdy się nie skończy. Wreszcie Tamaluga poszła spać, a potem Tomek. W końcu uznałam, że czas przypuścić atak na słuchawki i telewizję.

Rozgrzałam nadgarstki i palce. Zrobiłam kilka wdechów i kilka prób na niby. W końcu przystąpiłam do zdjęcia Tomkowi słuchawek. Z lewą poszło gładko, z prawą było gorzej. Gdy już gratulowałam sobie w myślach sukcesu, Tomasz otworzył nieprzytomnie jedno oko i wygłosił formułkę:

„Hej, ja to ogodam. To jesss brdzo ciekawy film jesss.”

Zważywszy, że na ekranie odbywał się właśnie poród krowy, uznałam, że albo postradał zmysły, albo oglądany przez niego film już się skończył. ALBO od początku było mu wszystko jedno co ogląda, byleby wygrać ze mną tę walkę. Istniała jeszcze jedna możliwość, że weterynarz zanurzony po łokcie w krowim kanale rodnym mógł być dla Tomka fascynujący. Ten wariant odrzuciłam od razu, ale może niesłusznie? Z nim nigdy nic niewiadomo.

Wreszcie dobrałam się do słuchawek i pomknęłam rączo po kanałach. Natrafiłam na program „Mój stuknięty Ex”. Nie wiedzieć dlaczego temat wydał mi się bliski i na tym kanale pozostałam. Kobieta opowiadała o swoim partnerze, który za wszelką cenę chciał trafić do Księgi Guinessa, pobijając jakikolwiek rekord. Od podtapiania w basenie, przez rażenie się prądem, aż po najdłużej trwający uścisk. Gdy pobijał ten ostatni, przytulając się ze swoim równie stukniętym kolegą, w pewnej chwili obaj zasnęli, upadli na podłogę i rozbili sobie łby. Dostałam takiego napadu śmiechu, że oczywiście obudziłam Tomka.

– Czy ttt mój fffilm? – zapytał.

– Oczywiście, kochanie. Cielak właśnie wyskoczył z macicy i kopnął weterynarza w głowę.