O utrzymaniu moczu i teorii spiskowej

Na wstępie mojego kolejnego, jakże uroczego postu pragnę podzielić się z wami radosną nowiną. Otóż nadciąga koniec problemów z nietrzymaniem moczu. Przynajmniej tak obiecano mi w jednym z kilkunastu e-maili zawalających codziennie moją skrzynkę. Nieważne, czy sama borykałam się z tym problemem, czy nie. Najważniejsze, że on, ten problem skończy się szybko. Tak samo szybko pozbędę się haluksów, nadmiaru wody, kłopotów z erekcją i łysienia plackowatego. Czyż to nie są wspaniałe wieści?! Cała drżę z niecierpliwości, nie mogę się doczekać, zwłaszcza tej erekcji.

A z rzeczy bardziej przyziemnych to… neverending bathroom story, czyli niekończący się remont łazienki. Znacie to? Pukniesz w kafelek – odlezą trzy inne. Tak, więc, odlazły. Tomek robi co może, nie mam do niego pretensji. Gdybyśmy chcieli zamknąć się w kilku dniach to:

  1. Tomek musiałby rzucić pracę i skupić się wyłącznie na łazience.
  2. Oliwia, Tamaluga i ja musiałybyśmy wyprowadzić się na czas remontu. (O ile wyobrażam sobie życie bez wanny, o tyle bez kibla już niekoniecznie).
  3. Tomasz wynająłby kogoś do pomocy.

Żadne z powyższych nie wchodzi w grę, zatem…. Zatem, kurwa, no właśnie.

Poza tym, tak zupełnie bez związku zj… zepsuł nam się zlew w kuchni. Bez związku z łazienką.

Ale życie jest cudowne i obfitujące w zabawne sytuacje, jak mniemam po to, by remont ten nam umilić:

Tomasz leży pod zlewem z wężykiem pod pachą i latarką w zębach.  Ja stoję, a raczej na wpół klęczę  w tak zwanym pobliżu, jako ta, no, przynieś, wynieś, pozamiataj, czyli doręczająca mu potrzebne akcesoria. W pewnej chwili Tomasz dostaje smsa, którego ignoruje. Po chwili dzwoni telefon.  „Chuchwa!” rzecze Tomasz, a może rzecze coś innego, ale pod zlewem jest kiepska akustyka, no i ta latarka w zębach…

Dzwoni sąsiad, Misiek z bramy obok.

Po krótkiej wymianie zdań, Tomasz spogląda na mnie przepraszająco. „Muszę wyjść na chwilkę, sąsiad ma chyba jakiś większy problem”.

Większy niż zlew? Na to wychodzi.

Sąsiad Misiek czeka przed naszym oknem, więc chcąc nie chcąc słyszę całą konwersację.

Misiek: Słuchaj, sąsiad, nie jest dobrze.

Tomek: Co się stało?

Misiek: Nie jest dobrze.

Tomek: Ale co się stało?

Mam ochotę wyjść tam i kopnąć ich w kupry żeby przyspieszyć akcję.

Misiek: Miałem niebezpieczne starcie.

Tomek: Z kim?

Misiek: Z jakimś szpiclem, co tu węszy.

Tomek: Jakim szpiclem?

Misiek: Słuchaj, sąsiad: jestem na podwórku, godzina 20, podchodzi do mnie facet… Rozumiesz?! Podchodzi. Facet. Do mnie. Wyobrażasz sobie?!

Ja (w myślach): Trudno mi to sobie wyobrazić.

Tomek: …………….

Misiek: I facet pyta, jak tu się mieszka. Znaczy w naszych blokach. Czy tu patologia jakaś, czy coś… Normalnie bezczelnie się pyta!

Tomek: …………

Misiek:  Podobno facet chce tu wynająć mieszkanie.

Tomek: No i co w tym dziwnego?

Misiek: No, jak to?! To jakiś szpicel! W środku nocy?!

Tomek: Mówiłeś, że była dwudziesta.

Misiek: Właśnie! Jeszcze był w cywilu, dla zmyłki. To podejrzane! O co mu mogło chodzić, o co mu mogło chodzić…?

Tomek: Może o to, że chce wynająć tu mieszkanie?

Misiek: Prawda, że podejrzane? Poza tym był z psem!

Tomek: Być nie może!

Misiek : Przysięgam: był z psem!

Tomek przygląda się sąsiadowi uważnie. Jest ciemno, a Tomasz ma słaby wzrok, ale i tak mógłby przysiąc, że sąsiad trzeźwy. Nie wygląda też na takiego, co zażywa, tak zwane, substancje.

Tomek: Czy to jest właśnie to, co chciałeś mi powiedzieć, teraz, natychmiast i już, odrywając mnie od ważnej roboty?!

Misiek: No tak! Od razu sobie, sąsiad, o tobie pomyślałem, bo taki mam respekt do ciebie, tak cię szanuję, wiesz?

Tomek: …….

Misiek: ………..

Tomek: Wiesz co, sąsiad? Następnym razem, gdy ktoś tam bezczelnie podejdzie do ciebie z psem i zagada o warunki mieszkaniowe to się nie zastanawiaj. W ogóle się nie zastanawiaj. Od razu wal w mordę!

Misiek: Racja, sąsiad! Dzięki…

 

^^^^^^^^^^^^

 

Znalazłam w piwnicy słoik kiszonych ogórków. Według nalepki pochodzą z 1989 roku. Czy ktoś orientuje się jak długo mogą przetrwać ogórki? Będę wdzięczna za wszystkie, nawet najbardziej niedorzeczne komentarze. Zwłaszcza za takie.

Reklamy

Przewodniczka z podkową bizona

Ostatnio poczułam się prawie jak Mojżesz przeprowadzający wiernych przez Morze Czerwone. Morze co prawda było brązowo – brunatnym błotem z dziwnym czymś, czemu wolałam się nie przyglądać. Rozkopano nam ulice dookoła rynku. Można dojść, że tak się wyrażę, od tyłu przez parking, ale jeśli się komu spieszy to może ewentualnie przefrunąć. Wyszłam z rynku i zastanawiałam się, którędy przejść w miarę bezboleśnie i podobną rozkminę mieli inni. W końcu ruszyłam, zrazu nieśmiało, tam gdzie chodnika było najwięcej. Potem po kamyczkach, po kamyczkach, krok przez błoto, wysepka, krok przez błoto. Ośmielona własnym sprytem popadłam w samozachwyt i byłam skłonna  sama sobie przyznać lajka, albo dwa. Zamiast tego zerknęłam za siebie i zobaczyłam, że zwarty tłumek podąża za mną gęsiego. To już zasługiwało na 3 polubienia i „obserwuj chód”. Gdy dotarliśmy do Ziemi Obiecanej, czyli na chodnik, niemal spodziewałam się usłyszeć brawa. Nie obyło się bez ofiar – buty czyściłam chyba z dwie godziny, ale jaka satysfakcja!

^^^^^^^^^^

Wylazło mi zimno na ustach. Na dolnej wardze, bo tylko na tej mi wyłazi od czterdziestu lat. Jak już kiedyś wspominałam, pokazuje mi się toto co jakiś czas i swoje musi odsiedzieć. Gdy mam szczęście to nie wygląda tak tragicznie, częściej jednak szczęścia nie mam. Obecnie wyglądam nie tylko jak kobieta z afrykańskiego plemienia, ale jak kobieta z afrykańskiego plemienia, która dodatkowo, w ramach rozrywki wypchała sobie usta podkową bizona. Widząc telewizyjne reklamy cudownych maści (które, swoją drogą można o kant dupy i tak dalej) to nie mogę wyjść z podziwu. Wszystkim tym kobietom zimno wyłazi, nie dość, że na górnej wardze to jeszcze w postaci malutkiego seksownego pieprzyka. Ciśnie mi się wówczas, na te moje opuchnięte usta, wiele słów a wszystkie niecenzuralne. Plus jest taki, że to jest zazwyczaj jedyna forma w jakiej łapie mnie przeziębienie.

Tomasz mi się buntuje. Zażądał autoryzacji. „Autoryzacji czego?”, zapytuję. „Wpisów o mnie na blogu”, powiada. „Przecież nawet nie wiesz, co o tobie piszę”. „No właśnie”. „Ale ja piszę o tobie same miłe rzeczy. Śmieszne, ale miłe”.

Eee… prawda?

^^^^^^^^^^

Kilka dni temu ktoś włączył disko z pola, na cały regulator. Nie wiem, czy to w moim bloku, czy naprzeciwko, bo echo tak niesie, że można zgłupieć. To było nie do zniesienia. Słychać było nawet przy zamkniętym oknie. Dwa razy głośniej niż radio Maryja u sąsiada spod ósemki. Trwało i trwało i trwało i bałam się, że obudzi Tamalugę i skrzywi ją psychicznie, naznaczy na całe życie. Od razu przypomniałam sobie idiotów, twierdzących, że disko z pola słucha każdy (tylko nie każdy się przyznaje) i że „nóżka sama lata” i że „nas nosi”. Nosiło mnie, to fakt, ale z zupełnie innego powodu.

^^^^^^^^^^

Pewna mama pewnego dziecka w pewnym przedszkolu (nie, nie naszym) nazywała swoją córkę „Gwiazda”. „Ciekawe przezwisko”, zauważa mama innego dziecka. „Prawda?”, ożywia się mama Gwiazdy. „Chcieliśmy dać jej tak na imię, ale nie zgodzili się w urzędzie, a niby mamy wolność wyboru!”

Jak to dobrze, że czasami ta wolność jest nam ograniczana. Szkoda tylko, że głupocie nie narzuca się żadnych granic i rozprzestrzenia się z prędkością światła.

A oto droga wokół rynku. Przynajmniej nie ma już błota.

   

 

Desperacko i na przekór wszystkim moknę

Popierniczonych dni to ja mam tyle, że w zasadzie mogłabym opisywać każdy, co z wiadomych względów jest raczej niemożliwe. Pozwolę sobie zatem robić to wybiórczo.

Tamaluga zaczęła zabierać do przedszkola szarą, sfilcowaną fokę. Zwędziła ją Wiktorii z pokoju. Wiadomo jak to jest – regał pełen zabawek, ale te siostrzane smakują najlepiej. Wika podczas przeprowadzki wspaniałomyślnie zgodziła się żeby ją zatrzymała. No, więc targa tę fokę codziennie, w tę i z powrotem, ale w czwartek tylko w tę, bo cholera, zapomniałyśmy o niej z powrotem. Przypomniała sobie wieczorem, przed zaśnięciem. Gorszej pory nie mogła wybrać. No i zaczęło się, że foka tam sama, i boi się, i tęskni, i ojojoj i ojojoj. Wreszcie, po kwiecistej opowieści Tomka, jak to właśnie teraz foka buszuje po pustym przedszkolu i bawi się z innymi zabawkami – zasnęła. Rano, oczywiście, niecierpliwie nas poganiała, więc odprowadzający ją Tomek miał misję. Foka leżała tam, gdzie ją zostawiłyśmy, czyli na ławce w szatni.

Potem lunął deszcz. I lał do wieczora. Oliwia zaoferowała, że pójdzie po Tamalugę ze mną. Jako osoba upoważniona do jej odbioru chciała też dowiedzieć się, gdzie to przedszkole w ogóle się mieści. Przez całą drogę rozpościerała nade mną parasol, przed którym ja robiłam uniki, wyglądało to więc co najmniej dziwnie i średnio komfortowo. Dźgała mnie w głowę normalnie. Dotarłam na miejsce kompletnie przemoczona. I potargana od dźgania parasolem. Okazało się, że drzwi wreszcie są zamykane na zamek, który muszę piknąć brelokiem. Ubrałam Tamalugę w przyniesione ze sobą akcesoria, czyli kalosze i płaszcz przeciwdeszczowy. W drodze powrotnej  przypomniałam sobie, że nie piknęłam w czytnik czasu. Zdążyłyśmy odejść z jakieś 100 metrów. Tamaluga radośnie skakała po kałużach, nieświadoma rozkminy w mojej głowie: wrócić czy nie. Ostatecznie uznałam, że jeśli naliczą mi czas do końca, to jeden dzień jakoś specjalnie nie uderzy mnie po kieszeni. Po kolejnych 100 metrach nabrałam wątpliwości, ale szłam dalej. Po kolejnych 100 uświadomiłam sobie, że i tak muszę wrócić po cholerną fokę!!! Drugi raz Tamaluga mi nie wybaczy. Zwłaszcza, że był piątek, więc foka kiblowałaby tam przez cały weekend. Biegnąc w strugach deszczu widziałam dopiero co zaleczone przeziębienie, machające mi radośnie zza zakrętu.

W domu okazało się, że zepsuła mi się kuła (telefon – dla niewtajemniczonych). Przestał reagować na dotyk, potem trochę reagował, a trochę nie reagował, a potem w ogóle zaczął żyć własnym życiem i zażądał podwyżki.

Wrócił Tomek i miał się zabrać za łazienkę, ale stwierdził, że… umyje lodówkę. I ja się zawsze na to nabieram. Za każdym razem zapominam, że czynność, która zajmuje mi godzinę, dla Tomka jest pięcioma godzinami wyciętymi z życiorysu. Bo on to robi po-rząd-nie. Tak, jak bym ja nie robiła porządnie. Ja wszystko robię porządnie, tyle, że dużo krócej. Lata praktyki.

Zajęłam się więc Tamalugą i jej nową ulubioną czynnością – rozwiązywaniem łamigłówek.

„Cholerna lodówka!” dobiegło z kuchni po godzinie. Po pięciu minutach coś się stłukło, po dziesięciu coś spadło, po piętnastu dobiegł mnie łomot, który z niczym mi się nie kojarzył, a tuż po nim nastąpiło „kurwa!” Tamaluga bardzo rzadko to słyszy, ale wie, że to brzydkie słowo. Przewróciła oczami i pokręciła głową z dezaprobatą. Na wszelki wypadek zamknęłam drzwi.

Zajęłyśmy się wycinanką, a potem smoczym zamkiem, aż zrobiłyśmy się głodne. Niestety dostęp do kuchni był, delikatnie rzecz ujmując, lekko ograniczony. Lodówka wyjechała na środek, po czym zaczęła się przemieszczać w różnych kierunkach. Dołączyła do niej szafka, którą Tomek też postanowił „porządnie umyć”. Tak, więc, drzwi zastawione były raz lodówką, raz szafką, a raz tylną częścią Tomasza szorującego podłogę.

W obliczu takiego kataklizmu wycofywałam się dyskretnie. W pokoju dysponowałam jedynie pestkami z dyni więc spożyłyśmy je z Tamalugą w milczeniu.

Dżeku się dobijał, ale z uwagi na zepsutą kułę nie mogłam ani odebrać połączenia, ani napisać esemesa.

Gdy wykąpałam Tamalugę zażądałam dostępu do kuchni. Zrobiłam jej kolację na dziesięciocentymetrowym skrawku wolnego blatu. Cała reszta zawalona była zawartością lodówki. Pośród produktów spożywczych walała się rolka papieru toaletowego, okulary i przewrócona szklanka, której nikt nie podniósł, i z której cały czas sączyła się woda. Cofając się wdepnęłam nogą w coś, o czym nie chcę wiedzieć, a potem przewróciłam śmietnik, który nie wiedzieć dlaczego stal na środku podłogi.

Po jakimś czasie sytuacja była w miarę opanowana (Tamaluga jadła, Tomek wyniósł śmieci, a kuchnia wróciła do pierwotnego wyglądu, z tym że, oczywiście lodówka była „porządnie umyta”). Zabrałam się za nawlekanie grzybów na nitkę. Zabrało mi to trochę czasu, ale byłam zadowolona z efektu. Przyjrzałam się naszyjnikowi, westchnęłam w zachwycie i uniosłam do góry by przymocować go do kaloryfera. Naprawdę nie wiem jak to się stało, że połowa grzybów odpadła. Część wleciała do suszących się butów i do śmietnika. Chcąc je złapać zwaliłam łokciem doniczkę z kwiatem.

W tym samym momencie Tamaluga zaczęła domagać się ayranu, Tomek przywalił nogą w stół, a ja dostałam ataku śmiechu.

……………………..

– Ty nie umiesz chodzić pod parasolem – stwierdził Tomek z wyrzutem, gdy na drugi dzień szliśmy po Tamalugę do przedszkola.

Całą drogę starał się osłonić mnie przed deszczem, a ja robiłam uniki. O ile Oliwia dźgała mnie tylko, o tyle Tomasz niemal wydłubał mi oko. Myślałam, że szlag mnie trafi. Cofnęłam się o kilka kroków.

– Y mememe olem – powiedział.

– Co tam nawijasz? – deszcz tak zacinał, że w ogóle go nie słyszałam.

– Ty nie umiesz chodzić pod parasolem! – powtórzył.

– W ogóle – zgodziłam się bez wahania. – Ale tylko pod czyimś. Pod swoim umiem.

Przez chwilę szedł w milczeniu próbując zaakceptować taką odpowiedź.

– Przecież ty nie masz parasola! – skojarzył.

SEARCHING

Searching, 2018, reżyseria i scenariusz: Aneesh Chaganty

Muszę przyznać, że film mnie zaskoczył. Bardzo pozytywnie. A to sztuka, zważywszy, że akcja dzieje się właściwie w jednym miejscu. W ogóle zauważyłam, że lubuję się ostatnio w filmach, gdzie akcja dzieje się w jednym miejscu albo gra niewielu aktorów albo pada niewiele słów. W „Searching” słów pada bardzo dużo, ale głównie pisanych – film jest jednym wielkim czatem internetowym. Jeśli ktoś jeszcze uchował się w dziewiczej ignorancji na temat portali randkowych, społecznościowych, streamingowych itede itepe – to natychmiast zostanie rozdziewiczony. Na godzinę i czterdzieści minut ekran telewizora zamienia się w ekran laptopa. Widzimy to, co widzi surfujący po Internecie bohater, wraz z nim otwieramy dziesiątki przeglądarek, czatujemy z ludźmi, kopiujemy i wklejamy treści. Razem z nim wahamy się nad każdym zdaniem, kasujemy, zmieniamy, szukamy właściwych słów… I szukamy jego córki.

Bo to zwykły facet jest. Ojciec samotnie wychowujący nastolatkę, która właśnie zaginęła. Człowiek, który już stracił żonę, a miłość do córki jest sensem jego życia. Może dlatego nie naciska, nie kontroluje, a gdy przychodzi co do czego okazuje się, że nie zna własnego dziecka, nie ma pojęcia o jej dylematach i wyborach, nie wie w jakich kręgach się obraca. Na pytanie pani detektyw, czy skontaktował się z przyjaciółmi córki z facebooka, odpowiada: „Tak. Każda z tych 94 osób tak naprawdę się z nią nie przyjaźniła”. Idealne podsumowanie wirtualnego życia młodych ludzi. Idealne, chociaż bardzo smutne.

Przeładowanie internetowych treści nadaje filmowi niesamowite wrażenie. Jak też całą masę związanych z tym odczuć, zachowań, tak nieobcych w dzisiejszym świecie. Sensacja podtrzymywana przez media, szukanie winnych, pochopny osąd i wirtualny wyrok.

W związku z tak oryginalnym przekazem trudno mi ten film sklasyfikować. Widnieje pod hasłem „thrillery”, ale z tym się nie zgodzę. Kryminał? No, tak, niewątpliwie, tyle że nie jest to tutaj wybijający się gatunek. Tak czy siak naprawdę polecam.

Pytanie do was, jakie nasunęło mi się po seansie mam tylko jedno: Jak daleko posunie się człowiek, żeby ratować swoje dziecko?

GŁĘBOKO UKRYTE

 

Głęboko ukryte, 2017

To całkiem niezły kryminał, trochę w klimacie Sherloka osadzonego we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Rolniczych stanach. Zamiast uliczek Londynu – pola kukurydzy. Zamiast listów na pergaminie – smsy i e-maile.

Fabuła może wydawać się oklepana: zabójstwo sprzed lat, ucieczka od przeszłości i ostateczny do niej powrót, a w tle miasteczko, dom, intryga i kolejny trup. Jednak to dobra podwalina do całkiem zgrabnej historii. Co dzieje się w rodzinie – pozostaje w rodzinie, chociaż główna bohaterka Sara, nie do końca czuje się jej częścią. Co prawda jest żoną człowieka, który do tej konkretnej rodziny zdecydowanie należy, ale ona sama nie zna pozostałych członków. Nie zna nikogo, ale z miłości do męża wyrusza z nim w podróż do przeszłości żeby pomóc mu uporać się ze zmorami z dzieciństwa. Odczuwa nieodpartą chęć wyszperania kilku sekretów – w końcu jest dziennikarką – przez co sama wplątuje się w intrygę i naraża na niebezpieczeństwo. I chciałaby, i boi się, ale to nie jest strach o własne życie. Boi się tego, co znajdzie, gdy zacznie kopać zbyt głęboko, wszak wszystko dotyczy rodziny jej męża i jego samego, czyż nie? A najbardziej przeraża ją to, że nie wie komu może zaufać. I zadaje sobie zasadnicze pytania: Czy można spędzić z kimś całe życie i powiedzieć, że zna się go tak naprawdę? Albo na odwrót: Czy można pochopnie zwątpić w człowieka, którego zna się całe życie?

No, trochę refleksji w tym jest. Ale spokojnie, to przede wszystkim dobra wciągająca lektura.

Cztery grosze kokotało*

Pewnie każdy z was przynajmniej raz wszedł na obcojęzyczną stronę z guglowym tłumaczem na polski. Przyznacie, że zabawa jest przednia. Ostatnio otwierając link do anglojęzycznej strony, niechcący kliknęłam w „przetłumacz stronę”. Niechcący – więc nie od razu zorientowałam się, że jest to tekst z tłumaczeniem, i tylko w miarę czytania coraz częściej marszczyłam brew. Pomyślałam, że muszę być zmęczona bardziej niż sądziłam, albo ktoś robi sobie ze mnie jaja i tę stronę podrzucił mi specjalnie. Trafiłam akurat na portal kryminalny o osobach zaginionych. (Nie, nie wchodzę tam regularnie, raczej wtedy, gdy chodzi o jakąś głośną sprawę. I od kiedy w dziale „poszukiwani” natrafiłam na koleżankę.)

Tekst w takich wypadkach jest krótki, bo ogranicza się do daty zaginięcia, wzrostu, koloru oczu i tak dalej, w związku z tym nie załapałam, że to tłumaczenie z angielskiego. Zastanowić powinno mnie ostatnie zdanie, które brzmiało: „Każdy kto zna miejsce swojego pobytu proszony jest o kontakt…”  ale nie zastanowiło. Pomyślałam tylko, że ja chyba znam swoje miejsce pobytu, i podniecona tym odkryciem już, już miałam dzwonić… Ale! Czy to aby nie jest podchwytliwe pytanie? Czy każdy z nas może tak na sto procent stwierdzić, że zna miejsce swojego pobytu? I tu pozostawię wam czas na refleksję.

Pozostanę jednak przy temacie guglowych tłumaczeń. Nie będę się rozpisywać jak to wygląda w praktyce, a temu kto nie wie, polecam spróbować na dowolnym tekście. Nie wiem, co mnie ostatnio podkusiło, żeby ustawić opcję tłumaczenia w blogu moim osobistym. Z czystej ciekawości przepuściłam przez niego mój ostatni wpis. Jezusicku, jak ja żałuję, że to zobaczyłam! Już po pierwszych zdaniach wpadłam w popłoch i nie wiedziałam, co robić, edytować, kasować, czy wywalić ten cholerny widget (co ostatecznie uczyniłam). W miarę czytania uspokajałam się nieco, stwierdzając, że to nawet całkiem zabawne jest. Pod koniec wyłam już ze śmiechu. Gdy dotarłam do zdania, że w berecie (i w innych nakryciach głowy) wyglądam zajebiście – tarzałam się na stole. Otóż tłumacz przetłumaczył, że w berecie wyglądam na napaloną (i w innych nakryciach głowy takoż). To zresztą działa w dwie strony. Podobne bzdury wychodzą przy tłumaczeniu zagranicznych blogów na polski. Gdybyż to była tylko kwestia kilku przekręconych słów. Niestety, w większości przypadków cały post wygląda tak, jak by pisał go niezrównoważony psychicznie grafoman. Niektóre teksty są tak pozbawione sensu, że nie ratują ich nawet zdjęcia. Wyobrażam sobie, że taki Anglik czy Włoch czytają mój blog i targają nimi różne uczucia. Ostatecznie uznają, że mam nierówno pod sufitem, co tłumaczyłoby wystawione przez nich lajki. To nic innego jak współczucie.

Oliwia wracając z przyjaciółmi drogą przy lesie, nawet w ten las się nie zapuszczając znalazła sporo grzybów. Powszechnie wiadomo, że wszyscy w naszej rodzinie lubią grzyby. Powszechnie wiadomo, że wszyscy w naszej rodzinie średnio się na nich znają. No, mniej więcej tak, jak większość społeczeństwa – badając spód kapelusza, ewentualnie dotykając językiem. Teraz leżą rozłożone w kuchni i patrzą na mnie. Wśród nich są kanie, podobne do sromotników. Kani nigdy nie zbierałam, z powyższego powodu.

Przypomniało mi się, jak kiedyś wybraliśmy się na grzyby z Dżekiem i moim ówczesnym mężem. Łaziliśmy z pięć godzin, ale grzybów nie było. Udało nam się znaleźć 11 sztuk . Ja znalazłam 6, Dżeku 4, a małżonek mój 1 (słownie: jednego grzyba). Wstydziliśmy się wsiąść do autobusu z tak lichym zbiorem, zwłaszcza, że ludziska skądś tam targali wielkie kosze. Mąż wstydził się do tego stopnia, że przeszedł na koniec autobusu udając, że nas nie zna, i nie ma nic wspólnego z tą garstką grzybów ledwie zakrywających dno koszyka. Postanowiliśmy się na nim zemścić. Wysiedliśmy przystanek wcześniej, a ja na cały autobus zawołałam:

– Hej! My tutaj wysiadamy! Rzucam ci twojego grzyba!

I tym optymistycznym akcentem kończę i udam się do kuchni usmażyć sobie kanie. Jeśli okazałoby się, że to moja ostatnia wieczerza, a kanie kaniami nie są – żegnam was serdecznie.

*Wyjaśnienie tytułu:

Pomarańczowe cycki i czterooki Tadzio

Położyłam się na słuchawce i chcąc nie chcąc dowiedziałam się, że najlepsze pomarańcze mają cycki. Tomek i Tamaluga już spali, ale słuchawka wciąż podłączona była do telewizora, w którym leciał program o tym, że trzeba wiedzieć, co się je. No i kładąc się trafiłam uchem na tę słuchawkę, a że pilot leżał z jakieś piętnaście kilometrów dalej, dowiedziałam się z jednego ucha i jedynego otwartego oka, że pomarańcza pomarańczy nierówna. Resztką zaspanego umysłu zarejestrowałam, że to w zasadzie ważne jest chyba. Skupiłam w sobie resztki świadomości i przy pomocy palca wskazującego uniosłam opadającą powiekę w jedynym otwartym oku. Niestety, chociaż bardzo się starałam, naprawdę bardzo to nie byłam w stanie odróżnić od siebie tych pomarańczy. To było irytujące, gdyż pancia na ekranie wyraźnie pokazywała jak różnią się wielkością, gruboskórnością i – o zgrozo – nawet kolorem, a ja nie miałam pojęcia o czym ona mówi. Dla mnie wszystkie wyglądały tak samo: były jedną wielką bezkształtną masą w odcieniu szarości. Jedyne, co udało mi się zapamiętać, to ten cycek na skórce. Że im większy cycek, tym bardziej wart uwagi. „Jak w życiu”, pomyślałam smutno, a potem jeszcze coś pomyślałam, ale już nie pamiętam.

……….

W środę miałam urodziny. Takie nierówne. W sensie nieokrągłe. Zazwyczaj nie wyprawiam urodzin, zwłaszcza nieokrągłych, ale te fajne były, bo takie spontaniczne, dla rodziny. Dla dziewczyn z chłopakami. Spędziliśmy je właściwie tak, jak spędzamy niedziele – obiad, wygłupy i planszówki. Dostałam fajne prezenty, których się nie spodziewałam. Wpadł też my best friend z dzieciństwa –  Dżeku i przyniósł mi książkę, na którą polowałam od jakiegoś czasu. Wpadł też ślimak, ale nic nie przyniósł. Z tym, że nie wiedział o urodzinach. Od nas za to dostał liść i plaster ogórka. Tamaluga przytargała go z dworu i w ten oto sposób mieliśmy przez kilkanaście godzin nowe zwierzątko domowe. Tadzio wzbudził powszechne zainteresowanie. Tomasz przyniósł lupę i stwierdził, że Tadzio ślimak ma zajebiste oczka, więc ustawiła się kolejka chętnych do walki na wzrok z Tadziem ślimakiem. Po wszystkim, Tadzio ślimak udał się na zasłużony odpoczynek do koszyczka wyłożonego liściem. Rano Tamaluga skierowała do niego swoje pierwsze kroki i wybuchła płaczem, że Tadzio ślimak umarł. Wytłumaczyliśmy, że tylko śpi. Przy okazji: orientuje się ktoś, czy ślimaki hibernują na zimę???!!!

……….

Moja średnia córka, Oliwią zwana, powróciła z wojaży. Pracowała we francuskiej winnicy, na słonecznym południu, które okazało się nie być słonecznym w ostatnich dniach. Wróciła przemarznięta i prześmierdła – zatkawszy nos, wysypałam zawartość jej walizki bezpośrednio do pralki. Nie zdawałam sobie sprawy jak mogą walić sfermentowane winogrona wtarte wraz z błotem w ubranie. Oliwia zrobiła mi niesamowitą niespodziankę, kończąc pracę przed czasem żeby przyjechać dokładnie w moje urodziny. Po drodze zahaczyła o Paryż, skąd przywiozła mi prawdziwy paryski beret, zaznaczając przy tym, że nie moherowy. Nigdy nie nosiłam beretu, i okazało się, że wyglądam w nim zajebiście. Zresztą, o dziwo, wyglądam zajebiście w każdym nakryciu głowy. W każdym razie wzruszyłam się jej przyjazdem i wzruszam się nawet teraz, gdy o tym piszę.

……….

Siódma rano. Dzwoni mój telefon. Nieprzytomna zerkam na wyświetlacz: Dżeku. Czego on chce tak rano?!

– Kto to? – pyta Tomek.

– Dżeku. Odbierz i powiedz, że śpię.

Tomek bierze komórkę, przygląda się…

– To „Drzemka”. Nastawiłaś budzik.

– …….

Musicie przyznać, że słowa podobne.

Dżeku ze śmiechu się zwijał, gdy mu to opowiedziałam. Musiałam to zrobić, bo wiedziałam, że Tomek mu powie i chciałam go wyprzedzić.

……….

Zauważyłam, że ile nie dałabym Tomkowi na zakupy, on zawsze przynosi 50 złotych reszty. Zanotowałam w pamięci, żeby następnym razem dać mu 50. Z czystej ciekawości.

……….

To jeszcze, na koniec:

– Dżeku, byłeś na tym spotkaniu?

– Tak, ale dziwnie się czułem.

– Czyli jak?

– Byłem zakręcony jak skurwysyn w Dzień Ojca.

Padłam.

Opowieści z szaletu

Niech Bóg ma nas w swojej opiece – zaczęliśmy remont łazienki. Niby nic w porównaniu do remontu sprzed dziesięciu lat, który zasłynął w naszej rodzinie tym, że był robiony od podstaw. Niosło to ze sobą szereg przygód, takich jak olanie nas przez ekipę numer jeden i pozostawienie bez słowa pośrodku gruzowiska z dwiema dziurami w podłodze. Ostatecznie remont dokończyła ekipa numer trzy, w osobie wesołego marynarza. Wesoły marynarz, z kolei, zasłynął w naszej rodzinie tym, że na każdą okoliczność miał jakieś powiedzonko. Oczywiście poza faktem, że był rewelacyjnym fachowcem. Do najczęściej powtarzanych przez niego powiedzonek należało: „Władzę ma ten, kto ma klucz do kibla”. Głębokie. Że tak powiem, dosłownie. Nam, pozbawionym kibla na kilka tygodni nie musiał tego tłumaczyć. Zresztą sam też pewnie miał bogate doświadczenie. Zastanawialiście się kiedyś, ilu marynarzy cierpi na problemy obstrukcyjno-biegunkowe? Nie mylić z dwubiegunówką.

Pozostając przy temacie, to wyczytałam ostatnio, że powinno się spuszczać wodę już w momencie robienia kupy. Jeszcze nie wiem jak ta informacja wpłynie na moje życie, ale lubię uczyć się o rzeczach ważnych. Szkoda tylko, że autor nie rozwinął tematu, bo chętnie dowiedziałabym się dlaczego. Nie ma to jak rzucić hasłem, rozbudzić ciekawość i się wycofać. A człowiek czuje „kupny niedosyt”. Nie mylić z zakupami.

A propos spraw ważnych. Mój ojciec (z tego co pamiętam) uwielbiał opowiadać anegdoty. Wiele dotyczyło pracy, jaką podjął tuż po studiach, a oto jedna z nich:

Któregoś dnia zwołano zebranie. To było ważne zebranie, bo nowy klient, bo czekająca ich odgórna kontrola. Dyrektor patrzył z nadzieją na zebranych, licząc na ich pomoc w kwestiach organizacyjnych oraz na nowe pomysły. Niestety, wszyscy byli tak zdenerwowani, że ich kreatywność spadła do zera. Dyrektor był już bliski załamania, gdy rękę podniósł Rafałek, pracownicza pierdoła.

– Tak? – zapytał dyrektor z nadzieją. Może oto właśnie, na jego oczach rodził się talent…

Rafałek wstał, przygładził włosy i powiedział:

– Chciałbym zauważyć, że przekazywanie sobie klucza do kibla jest niehigieniczne. Wnoszę o to, by kibel był otwarty.

…….

W związku z remontem, który już poniekąd się zaczął, w łazience zapanował chaos. Wyobrażacie sobie chaos na dwóch metrach kwadratowych? No, to mniej więcej tak. Gdy wanna wyjechała na korytarz, a wybite kafelki utworzyły kształtną kupkę gruzu, przestałam poznawać to pomieszczenie. Weszłam, przeprosiłam za pomyłkę i wyszłam. Potem jednak dotarło do mnie, że to moja łazienka i muszę wyjąć z pralki pranie. Byłam akurat zakatarzona, kasłająca i bez mocy. Przełożyłam pranie do torby na pranie, a torbę zarzuciłam na ramię. W rękę chwyciłam kubek ze szczoteczką i pastą, co by ewakuować go do kuchni. (Zwłaszcza, że kran przy umywalce zjebał się, tak zupełnie przy okazji, niezależnie od remontu). Przedstawiałam sobą obraz nędzy i rozpaczy, gdy tak wychodziłam z tą torbą na ramieniu, z tym kubkiem w dłoni. Ale! Od czego jest wyobraźnia? Przez chwilę poczułam się jak bogata celebrytka. Gdybyż tylko dres mój powyciągany był garsonką Chanel, torba z praniem – torebką od Diora, a kubek ze szczoteczką – kubkiem Starbucks’a…..  Można?

Chaos ma to do siebie, że zatacza coraz szersze kręgi. Nasz chaos wyrwał murom zęby krat i rozniósł się na resztę mieszkania. Zapanował w pokojach, kuchni i przedpokoju, zahaczając nawet o fragment klatki schodowej.

Chaos w naszym pokoju wyglądał następująco:

Ja – kaszląca, smarkająca i słaba usiłuję naciągnąć wypraną poszewkę na Tamalugowy materac. W tym celu ulokowałam się na samym środku podłogi. Dookoła mnie i materaca panuje pobojowisko z ciuchów, klocków, zabawek i chusteczek. Tamaluga siedzi w wannie i śpiewa pieśń korsarzy, czyli „Mary had a Little lamb”. Telewizor stara się ją przekrzyczeć. Tomek biega w popłochu od kąpiącej się Tamalugi do pokoju, szukając jej piżamki. Szukając ręcznika. Szukając pilota żeby przyciszyć dźwięk. Widzi mnie, męczącą się z materacem, i przysiada żeby mi pomóc. Ponieważ udało mi się nałożyć poszewkę tylko na jedną trzecią długości materaca, jak też biorąc pod uwagę ogólną sytuację, dostaję napadu histerycznego śmiechu. Połączonego z kaszlem, bo przecież niedomagam. I w tym właśnie momencie Tamaluga krzyczy „Tataaa chce sikuuuu!” Tomasz w sekundę podrywa się z podłogi. Puszczony przez niego materac zalicza glebę, przy okazji uwalniając się z jednej trzeciej poszewki, która zostaje mi w dłoniach. Tomasz, biegnąc do łazienki przejeżdża się na klocku, a potem próbuje ominąć wieżę i przywala ręką w drzwi. Ostatkiem sił dobiega do toalety, z której Tamaluga zdążyła w międzyczasie ponowić apel: „Tataaa chce sikuuuu!” Oto rycerz, niezważający na trudy i znoje. Oto rycerz spieszący do swojej królewny, żeby wyciągnąć ją z wanny i usadzić na tronie. Oto rycerz…

– Tata, a mała kacuska chce siku!

…………

W tak pięknie rozpoczętym tygodniu, życzę wszystkim otwartości kibla.

Zajęcia dodatkowe dla chorych na głowę

Tamaluga ma na policzku półokrąg, a właściwie niepełne-prawie-kółko. To wygląda jak stempel zrobiony czymś okrągłym, o średnicy większej niż zakrętka pisaka i mniejszym niż naparstek.

Pierwszego dnia wyszła z przedszkola w odwrotnie założonych kapciach.

Drugiego dnia wyszła z przedszkola z rozciętym palcem i katarem.

Trzeciego dnia wyszła z przedszkola w jednym kapciu, z potężnym katarem i właśnie takim znaczkiem na policzku.

W pierwszym odruchu chciałam go zmyć chusteczką, ale krzyknęła, że boli. Okazało się, że to siniak, który – według Tamalugi – został nabyty w domu.

Według Tamalugi, ale kto ją tam wie.

Tej samej Tamalugi, która na pytanie jaką zupę jadła w przedszkolu, odpowiada, że pomarańczową, a potem, że jednak zieloną.

Tamaluga twierdzi, że pani w przedszkolu też pytała o tego siniaka. Tomek uznał, że to plus dla przedszkola. Ciekawe co by powiedział, gdyby to przedszkole nasłało na nas opiekę społeczną, zważywszy, że według poszkodowanej stało się to w domu. A ślad jest nietypowy. Faktycznie, że przed wyjściem było bum. Takie bum, że aż wybiegłam z łazienki. Tamaluga skakała po kanapie, z której w końcu spadła i nabiła sobie wielkiego siniaka na udzie. Najwidoczniej musiała nadziać się policzkiem na kant stołu, o czym słowem nie wspomniała, a na pewno musiało ją boleć.

Koniec końców przedszkole przemilczało domowy uraz policzka, a my przemilczeliśmy przedszkolne rozcięcie palca. Jeden : jeden.

Zaliczyliśmy pierwsze zebranie rodziców. Nie bardzo wiedziałam jak się na nie przygotować, ale wiedziałam na pewno, że muszę zabrać ze sobą portfel. Wieloletnie doświadczenie. Bo ja jestem weteranką zebrań. Byłam już na zebraniach w zerówce, podstawówce, gimnazjum, liceum i technikum. Szczerze mówiąc niewiele się różnią. O zebraniach pisałam  TU

Najwyraźniej tak mi ich brakowało, że przerzuciłam się na przedszkolne.

Fajnie, w sumie.

Tylko rodzice…

Niemal wszyscy chcieli zapisać dzieci na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe, oraz te dodatkowo dodatkowe. Piłkę, taniec towarzyski, balet, śpiew, karate, robotykę, albo akrobatykę bo niedosłyszałam, oraz zapewne na rysowanie węglem z elementami stepowania czy ekstremalne warsztaty wiązania sznurowadeł. Biedne, biedne dzieci. Dodam, że trzylatki, gdyby ktoś zapomniał.  Ja zaś, w myśl zasady mojej mamy – nadgorliwość gorsza od sraczki – obserwowałam wszystko spokojnie z pozycji krasnoludkowego krzesełka. Obserwowałam i kiwałam się miarowo i wymieniałam z Tomaszem znaczące spojrzenia. Nawet panie nauczycielki wydawały się zażenowane postawą rodziców. Gdy jedna mama stwierdziła, że zajęć dodatkowych jest za mało, druga zapytała kiedy będzie nauka pisania, a jakiś tatuś stwierdził, że może załatwić wycieczkę za granicę – obie nauczycielki stwierdziły, że czas kończyć tę nierówną walkę. Także, rodzice zdecydowanie jacyś nie ten tego, jak śpiewają Trolle w „Krainie Lodu”.

Pozostając przy krainie lodu. Wyszłam z domu i zamarzłam. Pomyślałam sobie „Co jest, k*rwa?” i  jeszcze „Ja pie*dole!” Zupełnie jak by wraz z końcem wakacji ktoś słońcu z dupki wyjął bateryjki. Postałam chwilę przed domem usiłując ogarnąć to umysłem. Przy okazji, trochę z nudów, trochę ze zrywu serca, uwolniłam ćmę z pajęczyny. Nie powiem, żeby była mi jakoś szczególnie wdzięczna, ale i też wielkich czynów nie robi się dla poklasku, czyż nie? Odplątałam jej zadnią, że tak powiem, nóżkę. Dalej musi sobie radzić sama.

Leć, ciemko, leć ku nowej przygodzie!!!