No, to jestem

Wszystko, co piękne, i tak dalej… Wróciliśmy znad jeziora z uczuciem skrajnego niedosytu, ale i wyciszenia, nostalgii i spokoju. Cóż mogę rzec – zyskaliśmy kolejną miejscówkę na letnie wypady. Mam nadzieję.  Minęły już dwa tygodnie od powrotu, a ja ciągle nie mogę wrócić do rzeczywistości. 
No więc jeszcze tak pozostając w klimacie
Gospodarzami ośrodka było dwóch panów, których imiona i nazwiska umieszczono na oknie „recepcji”. Z nazwiska domyśliłam się, że są spokrewnieni, prawdopodobnie ojciec i syn, a z imion –który jest który. Założyłam, że Józef to ojciec, a Robert to syn, chociaż w zasadzie nigdy nic nie wiadomo. W tym miejscu przypomina mi się odcinek „Beverly Hills 90210”, kiedy to Steve i Brandon ogłosili casting na asystentkę osobistą. Zgłosiły się dwie panie: siedemdziesięciolatka i dwudziestolatka. Napaleni chłopcy nie wiedzieli, która jest która, mieli tylko zapisane ich imiona, a jedno z nich brzmiało „Mildret”. Wyszli więc do poczekalni i oznajmili, że Mildret podziękują i zatrudnią tę drugą, po czym, ku ich zdziwieniu i rozpaczy,  dwudziestolatka wstała i wyszła 😂

Ale wracając. Z imionami miałam rację: Józef tata, Robert – syn. Na miejscu właściwie nie było żadnego. W sensie tak 24 na dobę. Pan Józef tylko przyjeżdżał na godzinę, dwie dziennie (jeśli w ogóle), syna zobaczyłam po raz pierwszy w przeddzień wyjazdu. W związku z powyższym, do wypożyczenia łodzi czy innych atrakcji ustawiała się kolejka, z której nic nie wynikało. Na szczęście my sami się obsłużyliśmy i –żeby nie było – zapłaciliśmy uczciwie gdy już Pan Józef się zjawił. W związku z powyższym, również, nie było komu interweniować, gdy hałaśliwa paczka w sąsiednim domku urządziła sobie biesiadę do 1 rano. Na drugi dzień miałam zamiar ich opieprzyć, ale okazało się, że średnia wieku wynosi 70 lat i dałam sobie spokój. To też tłumaczyło, poniekąd, dlaczego byli aż tak głośni… 😀
Nikt z panów gospodarzy nie poinformował nas też o sali z bilardem. Sama go odkryłam zaglądając do okna. Oprócz stołu bilardowego i tarczy z rzutkami, była też konsola z ogromnymi głośnikami, więc… zrobiliśmy sobie własną imprezę. Klimat trochę PRLowski, i takież usterki, ale… w ogólnym rozrachunku było bardzo fajnie.

Powrót do rzeczywistości, to między innymi przedszkole Tamalugi i przedstawienie, o którym więcej w następnym wpisie. Ale, będąc w temacie przedszkola…
Mój totalny brak pamięci do twarzy jest już chyba wszystkim znany. Jeśli dorzucić do tego (nie)pamięć do osób w ogóle, to rysuje się obraz rozkojarzonej, zakręconej i psychicznie zwichrowanej osoby. Mojej osoby, dla ścisłości. Nie ogarniam matek. Dzieci w sumie też. Chociaż ostatnio poczyniłam postępy, bo dotąd Tamaluga przechodziła załamanie nerwowe, gdy po raz kolejny na zdjęciach nie odróżniam jej kolegów i koleżanek (zamiast cieszyć się, że odróżniam koleżanki od kolegów.) Ale tak w ogóle, to chyba najbardziej nie kojarzę matek. Jakiś czas temu wspomniałam, że namówiły mnie (te mamy) na Whatsappa. Mnie, która nie ma nic wspólnego z mediami społecznościowymi, zatem nie kumając twarzy rodziców i dzieci – na dokładkę – nie mam szansy zweryfikować ich, np. na Facebooku. 
Gdy Tamaluga poznaje kolejną koleżankę na placu zabaw, ja siłą rzeczy, chcąc nie chcąc (a przeważnie bardziej nie chcąc) muszę poznać jej mamę. Wpisuje je wszystkie  do telefonu, kolejno: „Natalia, matka Zosi”, „Alicja, matka Zuzi”, „Beata, matka Kornelii”. I luz. 
Gorzej z tym cholernym Whatsappem. Tam, gdy tylko dołączono mnie do… sekty? Grupy? Zostałam rzucona w wir matek i ich dzieci, i k*rwa, naprawdę nie nadążam! Pół biedy, gdy pisze jedna, bo wtedy kopiuję sobie jej numer, wchodzę na profil i – jeśli mam szczęście i w profilu jest fotka - widzę jej twarz (która nic mi nie mówi, ale przynajmniej wiem jak wygląda). Tylko, że one często piszą wszystkie na raz! To znaczy jedna, po drugiej. Jedna po drugiej! Mają do mnie mnóstwo pytań, na które nie znam odpowiedzi. Może gdybym kojarzyła kto to, i czyja to mama, i dlaczego o to pyta, to jakoś dałabym radę… Ale nie! No, nie! Jedna po drugiej, jedna po drugiej, no napierają z każdej strony!
Dołączyłam do WhatsAppa to tylko z powodu przedszkola, nie mam zamiaru udzielać się na tym polu gdzie indziej. Przybrałam zatem nick, coś w rodzaju „mama Tamalugi”. One nie. Tylko u nielicznych widzę: „Krysia mama Bożenki”, czy „Magda od Kamila”, i te nieliczne kobiety nie mają pojęcia jak jestem im za to wdzięczna. Ale! I tak, gdy zaczynają wszystkie na raz… No, wszystkie na raz… I teraz nagle jakiś Michał, i ja już nie wiem, czy powinnam go znać? Czy Michał to dzieciak z przedszkola, czy Michał to ojciec Adama, pierwszy facet który dołączył do grupy, czy co??? A muszę to wszystko ogarniać, bo podjęłam się pewnego przedsięwzięcia (jak to się stało?) i sama sobie zapodałam taki hardkor. O tym też, w jednym z następnych wpisów. 



Trauma

Od jakiegoś już czasu Sophie Hannah należy do moich ulubionych pisarzy, a kolejne pozycje tylko mnie w tym utwierdzają. Bardzo lubię jej styl. Uwielbiam jej osobistą analizę własnych myśli i odczuć. To znaczy myśli i odczuć bohaterki. Bo u niej zawsze wyraźnie zaznaczony jest główny bohater, przeważnie kobieta w średnim wieku, matka i żona. Postaci Hannah są przeciętne, tak pod względem urody, jak i charakteru. Są szlachetne i jednocześnie wkurzające, empatyczne i stroniące od ludzi. Cała paleta barw. Wszystkie cechy normalnego, nieprzerysowanego człowieka. I to mi się podoba.  Łatwiej się z kimś takim utożsamić. Sophie świetnie buduje napięcie do… całkiem zwyczajnego thrillera/kryminału, co o dziwo odbieram na plus. Tam nie ma wielkich dramatów, ani morderstwa/przestępstwa wielkiej wagi, ale właśnie to napięcie, to dążenie do poznania prawdy „robi całą książkę”. Czasami taki zabieg wkurza, mamy wrażenie, że napięcie jest sztucznie pompowane a efekt mizerny. Tutaj tego nie ma. Nie odczułam niedosytu, ani rozczarowania.

Niestety (albo stety) tytuł wprowadza w błąd. Osobiście nie odkryłam żadnej traumy, a przynajmniej nie takiej, jakiej czytelnik spodziewa się otwierając książkę. Portrety psychologiczne postaci są głębokie, a jednoczenie takie zwyczajne. Zyskujemy dużą dawkę wiedzy z dziedziny psychologii i zaburzeń emocjonalnych, ale taką łatwą do przełknięcia, a raczej do zrozumienia. Kiwamy wtedy głową, myśląc „No, tak. To miało prawo tak się potoczyć”.  Tutaj przewidywalność jakimś cudem nie drażni, zostawia nas raczej z kolejną porcją wiedzy i refleksją.

Amber Hewerdine poznajemy w drodze do… hipnotyzerki, która ma wyleczyć ją z bezsenności, dręczącej Amber od czasu śmierci jej przyjaciółki Sharon. Kobieta nie wierzy w hipnozę, nie wierzy nawet w psychoterapeutów, ale chce mieć pewność, że zrobiła wszystko co możliwe, by wrócić do normalności. Zwłaszcza, że stała się prawną opiekunką córeczek Sharon. Klientka niewierząca w hipnozę oznacza, że hipnoza po prostu nie może się udać. A jednak chyba się udaje, bo Amber w transie wypowiada słowa, które dla niej samej brzmią obco, a które stają się zwrotem akcji w sprawie morderstwa… Bo z magicznego zdania, Amber zwierza się pierwszej napotkanej w poczekalni osobie, a tą osobą przypadkowo jest policjantka. Od tego momentu poznajemy rodzinę Amber, która tak naprawdę jest rodziną jej męża Luca. Poznajemy ich zwyczaje i, czasami skrajnie dziwne zachowania. Wszystko też wydaje się prowadzić do wydarzeń sprzed prawie dekady, kiedy to w tajemniczych okolicznościach, z jednego domu zniknęła – na chwilę – połowa krewnych Luca.

Po lekturze można sobie zadać pytanie, czy żyjemy tak naprawdę dla nas samych, czy dla innych i jak to możliwe, że ich wyobrażenia o nas mogą mieć tak ogromne znaczenie. Zazwyczaj jedno kłamstwo prowadzi do kolejnego, wiadomo, ale żeby budować na nich całe swoje życie, podczas gdy można było od samego początku łatwiej, prościej, bez spiny i kryminału. No, ale niektórzy tak mają – wolą pod górkę. Albo nie znają innych możliwości i nie potrafią dokonać lepszych wyborów. A tutaj z kolej wpływ na to ma rodzina i środowisko, w jakim się dorasta. To może tutaj ta trauma? Zawoalowana, subtelna, ale jednak trauma? Pozostawiam subiektywnej ocenie.

Wróćmy na jeziora. Wpis bardzo sentymentalny

Jestem w raju. No prawie, bo brak tu morza, TV nie działa, a cały domek spowijają pajęczyny, pamiętające jeszcze szalone lata 70, ale widoki są cudowne. Dla takich chwil… i tak dalej. Spędzamy tutaj ostatni tydzień sierpnia, a stało się tak przez totalny przypadek.

Od niepamiętnych czasów, dwa tygodnie lata spędzamy w Międzyzdrojach. Jak już kiedyś wspominałam, to moje ukochane miejsce i całe moje dzieciństwo. Ponieważ wiadomo ile kosztuje urlop nad polskim morzem, stać nas na nie tylko raz do roku. Nawet nie zastanawialiśmy się nad innymi możliwościami. I to nie tylko z powodu pieniędzy, bo jeśli się uprę, to stanę na głowie, a wyjadę. Raczej dlatego, że przez lata przyzwyczailiśmy się do wyjazdu z psem. Pana Roniowego nie ma już z nami od 4 lat, a my wciąż wybieramy łatwe i szybkie trasy, gdzie (ze względu na cierpiącego na chorobę lokomocyjną, psa) dotrzemy bezboleśnie pociągiem.

Na początku lipca zrobiliśmy sobie z moim przyjacielem Dżekiem tydzień wspomnień, (który trwa do tej pory). W tym samym czasie Segula na swoim blogu wspominała wyjazdy za czasów komuny nad jeziora, gdzie do łodzi zabierało się cały ekwipunek. To wszystko uruchomiło machinkę w mojej głowie i cofnęło mnie w czasy dzieciństwa. Przypomniałam sobie, że nie tylko wyjeżdżałam z mamą do Międzyzdrojów, ale też spędzałam połowę wakacji z dziadkami na biwaku. Mieliśmy takie dwa ulubione miejsca. Jedno pamiętałam, ale drugiego za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć. Wkrótce potem zadzwoniła moja mama, więc zapytałam ją, czy pamięta tamto drugie miejsce, gdzie dziadkowie zabierali mnie na wakacje. Zapomniała nazwy, ale oddzwoniła po godzinie i podała mi ją. To, z kolei, uruchomiło machinkę wspomnień w głowie mojej mamy. Okazało się, że zanim się urodziłam, moja mama jeździła tam z moim przyszłym ojcem i swoimi przyszłymi teściami. Zamilkła na chwilę, porażona niespodziewaną dawką wspomnień. Zaczęła mi je opowiadać, na chybił trafił, wzruszając się i rechocząc, na zmianę. W końcu zaśmiewając się do łez, opowiedziała mi pewną historię. Gdy była z moim przyszłym ojcem w okresie narzeczeństwa, każde z nich miało swój własny namiot, a moi przyszli dziadkowie  swój. Moja przyszła babcia, a jej przyszła teściowa, zamontowała im przy wejściach do namiotów… dzwonki, żeby usłyszeć, gdy będą, nie daj Boże, przechodzić do siebie w nocy…

Ja pamiętam z wakacji z dziadkami tylko urywki. Jednak są one bardzo wyraźne. Teraz podzielę się nimi z wami, i miejcie świadomość, że dzielę się czymś bardzo osobistym.

Mam 3, 4 albo 5 lat. Jedziemy maluchem (Fiatem 126p). Ja szaleję na tylnym siedzeniu – wtedy nie było konkretnych wymogów co do przewożenia dziecka. Klęczę na siedzeniu i patrzę przez tylne okno, na przyczepę z zieloną łódką. Mój dziadek zrobił ją sam. Dla mnie.

Siedzę z dziadkiem w łódce i łowimy ryby. Uczy mnie zakładać przynętę na haczyk. Potem pływamy bez celu i wystawiamy buzie do słońca.

Mam 3, 4 albo 5 lat. Babcia każe mi ubrać buty, bo wchodzimy do lasu, ja upieram się iść boso. Już na początku spotykam zaskrońca i krzyczę w niebogłosy. Babcia bierze mnie na ręce.

Mamy przepiękny, ogromny namiot z 3 pokojami. Dziadkowie kupili go w NRD. Babcia kąpie mnie w rozkładanej gumowej umywalce na trzech nóżkach.

Jedna pani z namiotu obok ma psa, spaniela, o imieniu Goga.

Inna pani wypala (nie wiem czy to właściwe słowo, ale tak to odebrałam będąc dzieckiem) dywany. Przepiękne. Ma taki specjalny przyrząd, który nagrzewa,  a wokoło mnóstwo gapiów, i każdy chce kupić taki dywanik.

Gospodyni z zaprzyjaźnionego domu (za płotem) przynosi mi codziennie mleko prosto od krowy, jeszcze ciepłe.

Ale, wracając do tematu. Gdy po rozmowie z mamą (naładowana wspomnieniami nas obu) znałam już nazwę jeziora i miejscowości, postanowiłam ją sobie wyguglować. Znalazłam kilka ośrodków wypoczynkowych. Pomyślałam, że fajnie byłoby tam kiedyś pojechać. Kiedyś, kiedyś… A dlaczego nie teraz? Napisałam do nich, ot tak. Odpisał jeden. Honorował bony 500. Zadzwoniłam, wpłaciłam zaliczkę, do samego końca nie wierząc, że to się uda, że wreszcie znowu zobaczę jezioro z mojego dzieciństwa.

I, proszę, jestem tu…

Wakacje z Tamalugą

Czy ja  w te wakacje, tak naprawę, ale tak z ręką na sercu, odpoczywam? Trudno powiedzieć. Sprzątam, gotuję, piszę, czyli tak, jak przez resztę roku. Czasami jestem zmęczona i nic mi się nie chce, i wtedy odpuszczam: nie sprzątam, nie gotuję, nie pracuję. Olewam temat. Ale przy okazji odkrywam dziwną prawidłowość: Im dłużej olewam temat, tym więcej mam później do roboty, także średnio mi się opłaca. Do tego Tamaluga, będąca dzieckiem w tym samym stopniu kochanym i pomocnym, co żywiołowym. Nie ma dnia, żeby gdzieś nie przywaliła, z czegoś nie spadła, z czymś się nie zderzyła. Do tego bez przerwy mówi, a mówiąc, przeważnie skacze, albo biega, albo się wygina. Nie potrafi stanąć w miejscu, a stanąć w miejscu w milczeniu, to już w ogóle. Ostatnio, pracowałam nad czymś, a Tamaluga w tym czasie wchodziła na krzesło i zeskakiwała z niego, wchodziła i zeskakiwała. Czekałam kiedy jej się znudzi, ale nic z tych rzeczy. Ona w ogóle się nie męczy, w przeciwieństwie do krzesła. Zastanawiałam się, który lot będzie tym ostatnim. Trwało to bardzo długo, i pewnie trwałoby dłużej, gdybym w końcu tego nie przerwała.  To samo jest ze snem Tamalugi. Ja rozumiem, że są wakacje, ale żeby pięciolatka zasypiała o 23, to już przesada. Przed snem, chce, jak zwykle pierdylion rzeczy, opóźniając ten moment jak najdłużej się da. To nasza wina; zbyt wiele jej odpuszczamy i na zbyt wiele pozwalamy. O ile u mnie jeszcze występuje jakiś limit, o tyle Tomasz w tym przoduje. Okręciła go sobie wokół palca. Przykład pierwszy z brzegu: Tamaluga, oczywiście, sama myje ręce, buzię i zęby, ale żąda, żeby ktoś jej w tym towarzyszył. Może nawet stać w progu łazienki, byleby był.  Jej żądanie wygląda jak prośba, więc weź się w tym, człowieku, połap. „Bardzo cię (tato/mamo) kocham, i wiem, że na pewno chcesz popatrzeć, jak myję ząbki.”

Tomasz: Ja chyba wiem, o co chodzi. Tamaluga martwi się, po prostu, że zgaśnie światło w łazience, a ona boi się ciemności.

Ja: No, brawo! Podsunąłeś jej świetny pomysł, jeszcze minutę temu o tym nie wiedziała. I teraz patrz:

Tamaluga: Tak, tatusiu! Masz rację! Ja boję się, że zgaśnie światło i wtedy nic nie zobaczę, bo nie będzie światła. I wtedy mogę spaść z taborecika, i mogę nie zakręcić kranu, i mogę nie odłożyć szczoteczki i kubeczka na miejsce! (pal licho potwory w ciemności – porządek przede wszystkim!)

Ja do Tomka: Masz więcej takich świetnych pomysłów?

Tomasz (powstrzymując śmiech): Nie… Przepraszam!

………………………………………………….

Tamaluga: Mamusiu, przebierzesz mnie w piżamkę?

Ja: Nie, bo sama to potrafisz.

Tamaluga: O, Matko! Jaka ty jesteś leniwa, mamusiu!

…………………………………………………..

Tamaluga nie należy do dzieci, którym wystarczy puścić bajkę albo dać grę, żeby mieć chwilę spokoju. Ona te bajki komentuje, woła do wspólnego oglądania, gdyż osobą jest bardzo społeczną. Z grami jest jeszcze gorzej. Przy okazji – Google wypuściły fajną gierkę olimpijską, która pochłonęła nas obie i jeszcze Oliwię. No, ale ten ludzik-zwierzak nie tylko uprawia sport, on jeszcze wchodzi w interakcje z innymi ludzikami – zwierzakami. No i wtedy muszę co chwilę odrywać się od domowych aktywności, bo Tamaluga woła żeby coś jej przeczytać. I tak to wygląda. Gdy wychodzę z nią na plac zabaw, mam dwie godziny spokoju, ale już na przykład na działkę, to niekoniecznie. Wystarczy, że walnę się na leżak, a już po chwili przybiega, żeby zagrać z nią w piłkę, żeby umyć jej owoce, które właśnie zerwała z krzaczka, albo po prostu, żeby mnie oblać zimną wodą. Wnioski końcowe: Jestem w te wakacje umęczona bardziej niż w ciągu roku.

Ale ja nie po to, to wszystko, żeby się skarżyć, o nie! Uwielbiam moją małą wariatkę, a poza tym, motywuje mnie do działania, bo gdyby nie ona, to pewnie olałabym temat na dużo dłużej i zgnuśniała w pieleszach.

Mój klucz od domu pozbawiony jest jestestwa. Nie wiem na jak długo. Ongiś miał breloczki, i inne klucze przy boku, z którymi się przyjaźnił, a także zapewne  cele, i marzenia… Teraz nagi i smutny wisi w przedpokojowym domku. To, kurde, nie jest fair, ani trochę! W ogóle nie wiem jak i kiedy to się stało, ale ostał nam się tylko jeden klucz. TYLKO JEDEN. MÓJ. Oliwia zgubiła swój dawno temu, Tomasz połamał swój przed miesiącem.

Normalnym krokiem przy zaistniałej sytuacji jest wezwanie ślusarza i zmiana zamka. Tyle, że, nasz zamek jest specyficzny. Nie da się go wymienić, nie uszkadzając drzwi. Nie ma wkładki, zapadki i tak dalej. W tym wypadku najłatwiej jest chyba wymienić drzwi… Tak więc, zatem i póki co, udostępniłam reszcie domowników mój osobisty klucz. Od tej pory jesteśmy ze sobą jakby bardziej związani… Ustalamy grafik wychodów i przychodów. Ale, do ciężkiej cholery, dlaczego Tomasz uznał, że mój klucz należy pozbawić otoczki. Jakież to smutne i niestosowne… A miałam przy nim, oprócz innych kluczy, kamień – prezent od Oliwii z którejś z wycieczek, połówkę serca, literę A i kilka piórek. A teraz? Łysy i nagi dynda samotnie, przemieszczając się z rąk do rąk…

…………………………………

Tamaluga: Mama, a często płakałam, gdy byłam mała?

Ja: Czasami tak, bo miałaś kolki i bolał cię brzuszek.

Tamaluga, dwa dni później: Mama, ratuj, mam kolkę w plecach!

…………………………………

Aaaaaa, tak w ogóle, to niedawno się ogarnęłam, że mój blog w lipcu skończył pięć lat. Także, tego. Dziękuję wszystkim! 💗

Idealne dziecko

Powielona fabuła, pomyślałam z początku, ale jednak nie. Thrillerów z dzieckiem w roli głównej było już wiele. I z dzieckiem w charakterze prześladowcy, i z dzieckiem w charakterze ofiary. Tych drugich, zresztą, unikam jak ognia, z wiadomych względów. Tutaj nic nie jest oczywiste, poza całą paką problemów do przepracowania, jak zwykle. Nie do końca wiadomo, jaką rolę pełni dziecko, niemal przez całą opowieść, a i koniec zostawia niedomkniętą furtkę, pozwalając na własne domysły i podsumowanie.

Chris i Hannah są kochającym się małżeństwem. Uzupełniają się prywatnie i zawodowo – on jest chirurgiem ortopedą, ona pielęgniarką. Oboje dawno już porzucili marzenia o biologicznym dziecku i podjęli decyzję o adopcji. Niestety, również na tym polu droga jest wyboista i niepewna. Okazja nadchodzi sama: do szpitala, w którym pracują trafia dziewczynka, znaleziona na parkingu. Dziecko jest brudne, głodne i zaniedbane, a przede wszystkim nosi ślady długotrwałej przemocy. Chris podejmuje się operacji, po której między nim, a dzieckiem rodzi się silna więź. Hannah staje trochę przed faktem dokonanym, ale i ona bardzo pragnie zaadoptować Jane. Z całym jej balastem, chociaż takiego obrotu sprawy na pewno się nie spodziewali.

Książka ukazuje rażące braki w instytucji pomocy społecznej. Narzekamy na swoją, a tu okazuje się, że i w Stanach jest podobnie. Tyle, że to żadne pocieszenie, prawda? Całość podzielona jest na przemyślenia Chrisa i Hannah, a także zeznania składane na policji przez opiekunkę przydzieloną rodzinie.

Co do autorki to niewiele mam do powiedzenia. Wyczytałam, że jest psychologiem, specjalizującym się w dziecięcych traumach. Umiejętnie prowadzi czytelnika przez wyboiste drogi ludzkiej psychiki, potrafi zaskoczyć, przerazić i skłonić do refleksji.

Struna, kosmos i leżanka

Tamaluga faluje palcami w powietrzu.

Tamaluga: Jaki to instrument?

Ja: pianino.

Tamaluga: Dobrze!

Tamaluga wykonuje zamaszyste ruchy w okolicach szyi.

Tamaluga: Jaki to instrument?

Ja: Skrzypce.

Tamaluga: Tak, skrzypce!

Tamaluga jedną rękę wyciąga do góry, a drugą szarpie po brzuchu.

Tamaluga: Jaki to instrument?

Ja: Gitara.

Tamaluga: Nie.

Powtarza czynność.

Ja: No, gitara!

Tamaluga: Nie.

Ja: No, to co?

Tamaluga: Struna.

Ja: Co?

Tamaluga: S t r u n a.

Ja: Nie ma takiego instrumentu.

Tamaluga: Jest! Sensei powiedział do jednego Ninja: Nie wiedziałem, że umiesz tak dobrze szarpać strunę.

…………………………….

Tomek ogląda programy o kosmosie, kosmitach i takich tam, i chcąc nie chcąc, docierają do mnie odgłosy z telewizora. Staram się je ignorować, ale nie zawsze mi się udaje. To nawet nie jest kwestia tego, czy w to wierzę, po prostu uważam, że bez sensu jest zabierać się za kosmos, skoro na naszej planecie tyle jeszcze jest do odkrycia i do zrobienia.

Podróże w kosmos stają się powoli czymś normalnym?

W to akurat wierzę. Spieprzyliśmy na Ziemi wszystko, co było do spieprzenia, więc zabieramy się za inne planety, żeby tam też coś spieprzyć. A, co ja nie potrafię? Potrzymaj mi skafander!

Jak wspomniałam, nie zawsze udaje mi się ignorować to, co słyszę w tych Tomkowych programach. I tak nagle, narrator głosem Morgana Freemana, informuje mnie, że kosmici są, będą, i byli jeszcze przed nami. A w ogóle to wielu z nas jest ich potomkami. A porwania przez nich są faktem, i zdarzają się bardzo często. Tyle, że tego nie pamiętamy. Rozwieszam akurat pranie na suszarce, gdy Morgan Freeman mówi coś, co sprawia, że upuszczam je na podłogę: 

U wszystkich osób uprowadzonych przez obcych, zaobserwowano te same cechy: Zielone oczy, przedłużoną kość ogonową i grupę krwi AB.

Zamieram z przerażenia, ale nie daję niczego po sobie poznać. Nadal rozwieszam pranie, choć trzęsącymi rękami. Kątem oka lukam na Tomka: Czy zorientowałby się, że nagle, w środku nocy nie ma mnie w łóżku? Że zabrała mnie jakaś nadprzyrodzona siła? Patrzę na niego; jak zwykle śpi posapując cicho. Gówno by zauważył. A nawet jeśli, jakimś cudem przebudziłby się podczas mojej podróży, czy ucieszyłby się, że dzięki mnie, ma kontakt z Obcymi? Jak, nie przymierzając, jakiś Kosmiczny Alfons? Oto jest pytanie, oto jest pytanie…

Porwania to jedno, ale dziedzictwo?

Boże, zawsze sądziłam, że tę przedłużoną kość ogonową odziedziczyłam po przodkach. Ale takich bliskich przodkach, jak ojciec, dziadek… Ewentualnie małpa na drzewie. Zielone oczy mam na pewno po rodzicach, ale… Kosmici?!

To mnie przerasta.  

W związku z powyższym, wzrosło u mnie zapotrzebowanie na pozytywne treści, a przynajmniej jakieś takie swojskie, mniej kosmiczne, bardziej przyziemne. Otwieram więc pierwszą lepszą stronę z informacjami. Właściwie nie muszę nawet klikać w treść, wystarczą mi tytuły wraz z linkami do kompletu, np.;

Tytuł: Kossakowski i Wojciechowska nie są już razem! Link: Biura detektywistyczne w Warszawie.

Tytuł: Kozidrak dziękuje byłemu mężowi. Link: Kancelarie od spraw rozwodowych.

Tytuł: Sąsiad podpalił dom sąsiada. Link: Trwałe i solidne płyty dachowe.

Tytuł: Dramat celebrytki – znany reżyser musnął jej pierś. Link: Telefon zaufania w sytuacjach kryzysowych.

I mój absolutny faworyt:

Tytuł: Skazany na odsiadkę. Link: Najwygodniejsze siedziska i leżaki ogrodowe.

Życzę wszystkim fantastycznego weekendu.

O rzucaniu butami, partii i placowej niepamięci

Nie wiem, czy macie tego świadomość, ale czynność, wydawałoby się tak prosta, jak założenie moskitiery, potrafi człowieka przerosnąć. Zwłaszcza, gdy się wymierzy i dotnie, a po powyższych czynnościach, no ni ch*ja nie pasuje do okna. W kuchennym zabrakło około 30 cm, a w pokoju Oliwii z jakieś 10. Tomasz stwierdził, że dwóch architektów (u Oliwii był kolega z roku) poradzi sobie bez trudu, i nie ma lepszych praktyk dla studentów owego kierunku, niźli dosztukowanie moskitiery. Od czegoś przecie, trza zacząć. No i dosztukowali, przykleili i git! Natomiast kuchenne okno nadal wygląda jak rozchełstana dziewica. Moskitiera przypomina mi wdzianko poporodowe, w szpitalach publicznych; niby kroczę zasłania, a wszystko widać. Komary, muchy, ćmy i inne takie, nic sobie z tego nie robią, i bezczelnie przełażą z wyzywającym wyrazem szczękoczułek. A, że nie mam serca zabić owada, no to latam jak ten czubek ze szklaneczką, wyłapuję i wypuszczam. No, może poza komarami, bo te tłukę. Na śmierć.

Tamaluga: Mamusiu, dlaczego ta mucha mizia tylko ciebie, a nie mnie? Ja też chcę, żeby na mnie usiadła!

Ja: Chciałabym ci powiedzieć, że mam magiczną moc przyciągania much, ale prawda jest taka, że moje dłonie pachną pastą rybną.

Pozostając, niejako, w temacie Tomka (gdyż to jego wina, wielka wina, jak zwykle zresztą), muszę jeszcze nadmienić, że jest on wyjątkowo powolny w swych działaniach. To znaczy, jak już kiedyś pisałam, jest szybki, gdy sytuacja wymaga strategii i przemyślenia, a powolny, gdy działamy pod presją czasu. Nie zliczę już nawet, ile razy spóźniliśmy się przez niego w naprawdę ważnych sprawach. Gdy wchodzi do domu, a ja o coś go proszę, to muszę doliczyć studencki kwadrans razy dwa. Także, jeśli na ten przykład siedziałabym na kiblu i czekała na papier to kaplica. Zanim zdejmie buty, rozsznurowując każdy z pietyzmem (czego chcesz, kobieto? Gdy zdejmowałem tarciem nogi o nogę, to jęczałaś, że psuję obuwie!) a potem myje ręce, szuka szklanki, nalewa sobie wodę, pije, wisi nad otwartą lodówką… Ale wróćmy do zdejmowania butów.  Zdumiewające, że zajmuje mu to tyle czasu, skoro rzuca je gdzie popadnie. Ileż to razy potknęłam się o nie, ile razy lądowałam gębą na drzwiach… Gdyby odkładał je równiutko na półkę, zrozumiałabym tę opieszałość, ale nie! Rzuca je byle gdzie! A może to wcale nie jest byle gdzie? Może jest w tym sens, logistyka i strategia? Może prawy ma właśnie wylądować dokładnie na środku podłogi, a lewy u progu kuchni?

……………………………………………………………………………..

Tomasz, sprzątając piwnicę, znalazł moje stare szachy. Przyniósł je do domu, odświeżył…

Ja: Ojej! Całe wieki nie grałam!

Tamaluga: Mamusia, nauczysz mnie? Proszę!

Ja: Jesteś trochę za mała, ale właściwie, czemu nie?

Tamaluga: Ale ja widziałam na kule (tablecie). Koniki skaczą w kształcie L, te po skosie, a wieża w pionie i w poziomie.

Zbieram szczękę z podłogi.

Tamaluga: A ty, tatusiu, zagrasz ze mną?

Tomek: Tak, oczywiście!

Tamaluga: A zagrasz z mamusią?

Tomek: Nie!!!

Tamaluga: Dlaczego?

Tomek: Bo… nie i już!

Dygresyjka: Tomek, na początku naszej znajomości namówił mnie na partyjkę. Wzbraniałam się, bo nie grałam od dzieciństwa, ale on tak mnie prosił, i tak zacierał ręce… Uległam. Zagraliśmy pięć partii. Rozwaliłam go pięć razy. Od tamtej pory nie gramy.

Nauczyłam Tamalugę, na tyle, na ile to możliwe z pięciolatką. Za trzecim razem zrobiła mi szacha. WTF?!

Moja krew!

A potem przypomniałam sobie, że byłam dokładnie w wieku Tamalugi, gdy mój ukochany Dziadek nauczył mnie grać. Tamaluga nie jest za mała…

A prze -potem, jak mawia Tamaluga, poddałam się wspomnieniom i naszła mnie refleksja, że miałam w sumie fajnie dzieciństwo. Dziadek nauczył mnie grać w szachy, a mama w brydża. Szkoda, że nie mam okazji do żadnej z tych gier.

………………………………………………………………..

Tomek zabrał Tamalugę na plac zabaw. Poznała tam rówieśniczkę, z którą umówiła się na następny dzień. Tym razem poszłam z nią ja, uzbrojona przez Tomka w informacje: mama w ciąży, pięciolatka o rudych włoskach. Tamaluga bawi się z dziećmi, ale co chwilę pyta kiedy przyjdzie koleżanka.

– A pamiętasz chociaż, jak ona ma na imię?

– Nie.

– Może Marysia? – podsuwam.

– Nie, nie Marysia.

– To może Zuzia?

– No, co ty! Żadna Zuzia.

Po kilku minutach nadchodzi pani w ciąży z rudowłosą pięciolatką. Wołam Tamalugę.

– Zobacz, twoja koleżanka przyszła.

Tamaluga, po uważnej lustracji: – To nie ona.

– Co?!

Zwariowałam. Jakie jest prawdopodobieństwo, że na nasz lokalny plac zabaw przychodzą dwie ciężarne z rudymi pięciolatkami? Z matmy szło mi tak sobie, ale mam przeczucie, że łatwiej trafić w Multi.

Oczywiście, to była TA dziewczynka, w dodatku Zuzia. Przestraszyłam się, że Tamaluga odziedziczyła po mnie kompletny brak pamięci do twarzy, ale okazało się, że Zuzia też nie poznała Tamalugi, chociaż specjalnie dla niej przyszła na plac… No, ale mniejsza z tym. Ważne, że Tamaluga poznała nową koleżankę, u której spędza dużo czasu! Piękny to czas, czas tylko dla mnie, czas gdy powinnam odpoczywać, tymczasem zapieprzam jak zwykle. Szafki kuchenne błyszczą w środku i na zewnątrz.

Pierwszego dnia zastanawiałam się, o której powinnam ją odebrać, żeby nie przegiąć z gościnnością, bo jej więcej nie zaproszą, nie daj Boże! Wysłałam więc, tej mamie smsa z zapytaniem.

A ona odpisała:

„Tamaluga obiecała, że powie, kiedy będzie chciała iść do domu”.

O tak, na  pewno!

Dawno tak się nie uśmiałam.

Upewniwszy się, że pamiętam adres oraz imię tej mamy – Alicja – walnęłam się na kanapę z książką.

No, to adekwatnie do tematu:

O lenistwie, kukurydzy i freskach

Stwierdziłam ostatnio, że lenistwo rozlało się po moim domu, szczęśliwie omijając mnie, bo wtedy byłby koniec świata. Nie wiem, czy to lato tak wpływa na domowników, czy pogoda, czy może jeszcze coś innego. Tomasz leży na kanapie i kombinuje, jak bez wstawania przysunąć sobie pilota. Tamaluga udaje, że śpi, żeby nie sprzątać klocków, a Oliwia wysyła mi smsy ze swojego pokoju… A ja, jak ten wół, nie przymierzając, zasuwam od rana, krzątam się, przemieszczam produktywnie, i podejmuję szereg czynności, bez których reszta rodziny padłaby niechybnie z głodu, z brudu lub z nudów. Nie chcę nawet myśleć, co by było, gdybym tak na ten przykład zaniemogła. Albo lepiej – wzięła, pierdyknęła gary, wytarła dłonie po 14 zmyciu naczyń i wyszła z domu na cały dzień. Nierealne. Podziwiam samą siebie, że chce mi się jeszcze w kuchni wspinać na wyżyny kreatywności, serwując im przeróżne posiłki, niemalże prosto do paszcz. Rzeczy się podejmuję takich, że to już trąca o jakąś chorobę psychiczną.

Mieliśmy w kuchni zawiesić moskitierę. W związku z tym, postanowiłam umyć okno. Okno bardzo się ucieszyło, bo nie pamiętało już, kiedy ostatnio było myte. No, ale żeby zrobić to porządnie, to oprócz mycia, wzięłam się za usuwanie starego, zaschniętego kleju po różnych dziwnych rzeczach. Okazało się, że całe ramy są tym klejem spowite, i to nie tylko wewnątrz. Po pierdyliardzie prób, wyszło na to, że zmywacz do paznokci nie ma sobie równych. Zużyłam całą butelkę i zgrzewkę wacików. Zanotowałam w pamięci, że muszę te rzeczy sobie odkupić, jednak po skończonej robocie spojrzałam na swoje paznokcie, a raczej na to, co z nich zostało i stwierdziłam, że nie ma sensu. Pot zalewał mi oczy, ale ja tyrałam dalej. Idąc za ciosem, postanowiłam odkleić od parapetu starą folię. Ja pier… Odklejała się skrawkami centymetr na centymetr. Nawet po podgrzaniu. Tamaluga zlitowała się nade mnę i pomagała zrywać. Sto godzin później widziałam podwójnie, ale wzięłam się za przesadzanie kwiatów. Na szczęście po 3 doniczce skończyła się ziemia, bo padłabym na ryj, jak nic. W międzyczasie zrobiłam obiad, nie pamiętam jak i co. Po obiedzie wypadałoby pozmywać, spojrzałam w zawalony zlew i załkałam cicho. Ale cóż to? Oto Tomasz leci z odsieczą! Czyżbym źle go oceniła?

– Zostaw te naczynia! – woła z daleka. – Daj spokój, jesteś zmęczona.

– Naprawdę? – pytam, a serce me się raduje.

– No pewnie. Umyjesz później.

– ….

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Siedzimy na plaży w Międzyzdrojach. Nagle do Oliwii dzwoni jej wykładowca.

– O, dzień dobry Panie Profesorze.

– Dzień dobry. Prosiła Pani o konsultacje w sprawie projektu.

– Tak, zgadza się. Dziękuję za telefon.

– Dobrze. Czyli ma Pani laptop przed sobą i możemy omówić projekt?

– Właściwie to….

– GORĄCA KUKURYDZAAAAAAAAAAAAAA! LODY BAMBINOOOOO!

Nie zdążyła wyciszyć telefonu. 😂    

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Pozostając w temacie Oli, poniekąd. Córka nasza średnia dorosła już jest, lecz wciąż dzieli się z nami swoim życiem. W mniejszym lub większym stopniu. Nie wszystkim, rzecz jasna. Ale wciąż jeździ z nami na wakacje. Ponadto, jak już wspominałam, często razem z nią biorę udział w wykładach online. Mniej ze struktury betonu, więcej z historii sztuki i architektury. Chcąc nie chcąc, dowiaduję się różnych ciekawych rzeczy i poznaję architektów, o których nigdy nie słyszałam. Ola podchodzi do tego bardzo ambitnie; słucha, notuje, rysuje, zapamiętuje. Ja, czasami odpływam myślami, aczkolwiek krążę wokół tematu. Na jednym z ostatnich wykładów poznałam architekta Sebastiano Serlio. I jedna myśl wbiła mi się do głowy i ustąpić nie chciała. Mianowicie, zastanowiło mnie, czy w renesansie mówiono do niego Sebol, albo Seba. Tak się w to wkręciłam, że ujrzałam całą scenkę. Klasa 7 a. Wśród uczniów, między innymi Antonio da Sangallo i Rafael Santi. Sebastiano wbiega spóźniony i siada w ławce za Bartolomeo Suardim.

Bartolomeo: – Ty, Sebol,

Sebastiano: – …

Bartolomeo: – Sebol!

Sebastiano: – …

Bartolomeo: – SEBA!

Sebastiano: – Co?!

Bartolomeo: – Gdzieżeś zabalował?

Sebastiano: – W szynku na Placu Watykańskim.

Bartolomeo: – Co ty prawisz?!

Nauczyciel: – Cisza, Panowie. Sprawdzę teraz wasze zadania domowe.

Sebastiano, który rzeczonego zadania nie miał, powiercił się nerwowo, i udając, że pod stołem ciżemkę poprawia, nachyla się do Bartolomea:

– Bartek!

– No?

– Co było zadane?

– Freski.

– Jakie, k*rwa freski?!

– Na zamku w Burgundii.

– Osz k*rwa! Ja p*erdolę!

Czy ja jestem normalna?

Kobieta w oknie

Przeczytawszy tytuł, byłam przekonana, że autor jest kobietą. Nie wiem dlaczego, może wydawało mi się, że o kobiecie w oknie może napisać tylko inna kobieta (w oknie). Pozbyłam się złudzeń już po otwarciu strony, gdyż na wewnętrznej stronie okładki, ukazało się zdjęcie, całkiem przystojnego mężczyzny. Następnie (wyguglowawszy go) dowiedziałam się, że ta książka to jego debiut… Całkiem udany debiut, a w zasadzie, jak na debiut to zajebisty.

Anna, z zawodu psycholog dziecięcy, mieszka samotnie w ogromnym domu, którego od roku nie opuszcza. Cierpi na agorafobię –  zaburzenie, będące następstwem powypadkowego stresu.

Anna ma niespełna 40 lat, a czuje się jak staruszka. Zaniedbana staruszka. Nie ma motywacji, żeby się wykąpać, nie ma motywacji żeby się ubrać, nie ma motywacji, żeby zrobić cokolwiek ze swoim życiem. Dni spędza w Internecie – grając w szachy i udzielając porad, oraz w oknie – obserwując sąsiadów. Jej towarzyszami, niezmiennie są: kot, stare filmy i butelki wina, w ilościach hurtowych. Ma też kontakt z lekarzem, a jakże, i z terapeutką, no i z rodziną, którą ją opuściła: mężem i córeczką. To właśnie mąż często podpowiada jej, co robić, i zazwyczaj ma rację.

Pewnego dnia, Anna obserwuje rodzinę, wprowadzającą się do domu naprzeciwko. Wkrótce poznaje ich syna, nastoletniego Ethana, a potem Jane, jego matkę. Kobieta odwiedza Annę, i obie spędzają miły wieczór. Dzień później Anna widzi przez okno, jak ktoś morduje jej nową przyjaciółkę. Policja niespecjalnie chce uwierzyć wariatce na prochach łączonych z alkoholem. W końcu i sama Anna zaczyna wątpić w to, czego jeszcze przed chwilą była pewna. Nie podoba jej się sąsiad z naprzeciwka, mąż Jane, który w dodatku zaczyna jej grozić. Nie ufa też lokatorowi, zajmującemu jej suterynę. Osaczona i odrzucona przez wszystkich zaczyna naprawdę popadać w obłęd.

Może jestem niesamowicie niesamowita, a może trening czyni mistrza, a może po prostu książka jest przewidywalna? Nie wiem, w każdym razie dość szybko domyśliłam się o co chodzi i co się może wydarzyć. Choć nie do końca, oczywiście. Określona jest jako thriller, i chociaż są ku temu powody, ja raczej uznałabym ją za dramat psychologiczny. Pisana jest w pierwszej osobie, na fali odczuć i przemyśleń głównej bohaterki. Niektórym to przeszkadza, innym wręcz przeciwnie. Ja uważam, że książka jest bardzo wciągająca i warta przeczytania. Autor fajnie bawi się myślami i słowami, nie znalazłam niedociągnięć, ani błędów. Dodatkowym autem są tytuły starych, amerykańskich filmów, zwłaszcza tych niedocenionych przez krytyków lub/i widownię, a wartych uwagi. Na koniec przypomnę, że jest to debiut A. J. Finna, także podwójne brawo.

P.S. Właśnie widzę, że na platformie Netflix  powstaje/powstał? film na jej podstawie.