THE HAUNTING OF HILL HOUSE

The Haunting of Hill House / Nawiedzony Dom na Wzgórzu / 2018

Miałam już skończyć z serialami (nie wierzę, że w ogóle zaczęłam) ale życie bywa przewrotne. Za namową Pani Seeker (i dzięki niej) obejrzałam jeszcze jeden. I za jej też (wcale nie nachalną) namową piszę tę recenzję.

Jak już wspominałam, z horrorów wyrosłam gdzieś pomiędzy osiemnastką a urodzeniem dzieci. Duchy, zjawy i inne wampiry przestały mnie bawić, a raczej zaczęły mnie bawić w dosłownym znaczeniu tego słowa. Podchodziłam więc do tego serialu jak do jeża, albo innego kleszcza, ale słowo się rzekło.

Pierwszy odcinek wydał mi się nudnawy, tak gdzieś do połowy, ale ja nie z tych, co łatwo rezygnują. Skoro „Sikerka” poleca to coś tam na rzeczy być musi. Istniało jeszcze prawdopodobieństwo, że robi sobie ze mnie jaja i poleciła mi jakiegoś gniota. Albo też – druga możliwość, znając jej zamiłowanie do horrorów – teoretycznie mogło jej się podobać wszystko, co horrorem jest. Tak, nawet gniot. 😛

W drugiej połowie akcja zaczęła się ożywiać na tyle, żebym odpaliła kolejny odcinek, a potem już poszło. Wciągnęłam się niesamowicie.

No, bo to niby jest horror. No, jest, niezaprzeczalnie. Tylko, że inny niż te, z którymi (za młodu) miałam do czynienia. Głębszy i zdecydowanie bardziej skomplikowany, chociaż oparty na zwyczajnej prozie życia.

Jeśli miałabym podsumować całość jednozdaniową refleksją, napisałabym, że tym co najbardziej nas przeraża jesteśmy my sami. We wszystkich możliwych znaczeniach tego śmiałego stwierdzenia. We wszystkich.

Akcja przeplata się ze sobą w dwóch zderzeniach czasowych. Dosłownie: zderzeniach. Mamy lata dziewięćdziesiąte i rodzinę wprowadzającą się do nawiedzonego domu. Mamy też czasy obecne i tę samą rodzinę, z dorosłymi już dziećmi, na której pobyt w owym domu odcisnął ogromne piętno. Wszyscy przecież byli świadkami niesamowitych zdarzeń, wszyscy przeżyli tragedię, co miało bezpośredni i pośredni związek z ich teraźniejszym życiem.

Olivia (Carla Gugino) i Hugh ( Henry Thomas, Elliott z E.T. 😀 ) są rodzicami piątki dzieci: Stevena, Shirley, Theodory, Luke’a i Nell. Zajmują się remontami starych domów, które potem sprzedają z dużym zyskiem. W każdym zabawiają nie dłużej niż kilka tygodni, przez co skazani są na ciągłe przeprowadzki . Oczywiście już sam ten fakt nie pozostaje bez wpływu na dzieci, ale do wszystkiego można przywyknąć i jakoś to dotąd funkcjonowało.

Z domem na wzgórzu jest inaczej. Ma swoją historię i swoje mroczne sekrety, a przede wszystkim – chociaż dorosłym jak zwykle trudno w to uwierzyć – jest nawiedzony. Z dziwnymi zjawiskami stykają się dzieci, ale cierpliwie znoszą wyjaśnienia o starych, zardzewiałych rurach, złych snach i innych rzeczach, bo przecież wszystko da się logicznie wytłumaczyć. Dom ich niszczy, żerując zwłaszcza na jednym z domowników. Wysysa energię, logikę i zdrowy rozsądek, pogarsza samopoczucie, zmusza do irracjonalnych zachowań. Gdyby tylko ktoś uwierzył dzieciom, to może wszystko potoczyłoby się inaczej.

W obecnych czasach najstarszy z rodzeństwa – Steven – jest pisarzem, który wybił się pisząc o nawiedzonych domach. Nieco młodsza Shirley prowadzi z mężem zakład pogrzebowy. Theo za dnia jest poważną panią psycholog, a nocami szaleje po nocnych klubach, licząc na przypadkowy seks. Luke jest uzależnionym od narkotyków nieudacznikiem, a Nell, jego siostra bliźniaczka –  rozchwianą emocjonalnie dziewczyną, której nikt nie traktuje poważnie.

Z odcinka na odcinek zagłębiamy się w ich życiu i jesteśmy świadkami przeplatających się ze sobą zdarzeń. Czasami tempo akcji i nakładające się na siebie historie przyprawiają o zawrót głowy, jednak szybko odzyskujemy równowagę i znajdujemy wyjaśnienie. Prawie wszystkiego.

Jak w wielu poprzednich, recenzowanych przeze mnie filmach, i tutaj powraca pytanie; w jakim stopniu przeżycia z dzieciństwa wpływają na nasze teraźniejsze życie. Na ukształtowanie osobowości, na siłę lub jej brak, na podejmowane decyzje; te ważne i te z pozoru bez znaczenia, a nawet na wykonywany zawód. I jeszcze jedno: czy definicja rodziny jest tylko urzędową formułką, która rozpadnie się w obliczu zagrożenia, czy też kręgiem bliskich sobie osób, które odrzucając dawne spory staną na wysokości zadania i będą dla siebie wsparciem.

Do Domu na wzgórzu, oczywiście, zapraszam 🙂

The Haunting of Hill House

 

 

MAM NA IMIĘ ANIA

2013

 

Determinacja ludzkiej płci zaczyna się w szóstym tygodniu ciąży. Obecność chromosomu Y warunkuje powstawanie jąder, produkcję testosteronu. Nieco później natomiast, po ukształtowaniu się płci biologicznej, następuje tworzenie informacji mówiącej o poczuciu własnej płci. Najprawdopodobniej u osób transseksualnych w tym momencie występuje jakiś czynnik hamujący działanie odpowiedniego hormonu.

Posłankę Grodzką znałam, oczywiście, i podziwiałam za takt i klasę. Chyba najgłośniej było o niej w 2013 roku, w związku z konfliktem z Krystyną Pawłowicz. Homofobiczne i obraźliwe wypowiedzi tej ostatniej (za co została ukarana jeno naganą) stały się przez chwilę tematem numer jeden. Słuchając obu pań, nie mogłam otrząsnąć się z szoku, że to ta druga ma tytuł profesora i pracuje z młodzieżą.

Ale ja nie o tym, oczywiście, nie o polityce, a i Anna też tego tematu w książce nie porusza.

To może tak tylko, dla przybliżenia:

Anna Grodzka, z wykształcenia psycholog, urodzona jako Krzysztof Bęgowski jest polską działaczką społeczną, politykiem i założycielką Fundacji Trans-Fuzja. Jest też pierwszą transseksualną osobą w polskim parlamencie.

Książka jest świadectwem, rodzajem pamiętnika, pisanego może trochę chaotycznie, ale takie właśnie było jej życie. Wtedy. Przed zmianą płci, na którą zdecydowała się dopiero, gdy jej syn był już dorosły. Zresztą on jako pierwszy to zaakceptował, zapewniając ojca o dozgonnej miłości. Szacunek dziecka jest najlepszym dowodem na to, jakim człowiekiem jest Anna Grodzka. Jak to określił jej syn „Masz najlepsze cechy obu płci”.

Zyskała mój szacunek już przy starciu z Pawłowicz, ale po przeczytaniu książki wzrósł on, co najmniej dwukrotnie. I jeśli nadal miałam jakiekolwiek wątpliwości co do osób transpłciowych, to już ich nie mam. No, bo to jest tak: lekarze, eksperci i badacze mogą nam mówić, że coś nie jest chorobą, że jest zjawiskiem (rzadkim, bo rzadkim) ale normalnym, to myślimy „Aha, ok.” Tak naprawdę jednak, jeśli ktoś sam tego nie doświadczył, albo nie zna nikogo takiego, to nie uwierzy do końca, nie zrozumie. Trzeba poznać myśli i uczucia takiej osoby, a Anna opisuje swoje myśli i uczucia bardzo dokładnie. Wyjaśnia różnice między transwestytyzmem, a transpłciowością. Czytając tę książkę zrozumiałam przede wszystkim, jak słabo wyedukowane jest nasze społeczeństwo w tej kwestii. Wciąż, nieświadomie, podążamy za stereotypami, nie widząc różnic w pojęciach i utożsamiając, np. operację zmiany płci z „przeróbką genitaliów”, a to zupełnie co innego.

W książce Anna opisuje swoje życie, urywkami, scenami, które dla niej wydają się ważne. Od wczesnego dzieciństwa, przyjaciół, szkołę, aż po studia, działalność społeczną, pierwsze zauroczenia, miłość, ślub i tak dalej… Poznajemy jej trudne dzieciństwo, szykany, wyzwiska i bójki w szkole podstawowej. Potem zmianę otoczenia, wyciszenie i pierwsze przyjaźnie. Przede wszystkim, jednak, poznajemy jej rozterki, rozbicie emocjonalne, niepewność, strach… W latach 60, 70, pojęcie transpłciowości nie było znane, a gdy już pojawiło się w zacnych księgach medycznych, stało obok koprofilii, nekrofilii, pedofilii, czyli ogólnie chorób i zaburzeń, które trzeba leczyć. Nic więc dziwnego, że ludzie borykający się z tym problemem uważali się za dziwaków, odmieńców i chorych psychicznie. Nic, więc, dziwnego, że próbowali stłumić w sobie tę drugą osobowość, tę prawdziwą.

Kto powinien sięgnąć po tę książkę? Chyba każdy. Chociażby po to, by zrozumieć, by dowiedzieć się ciekawych rzeczy. By odkryć to, co tak naprawdę wciąż jeszcze nieodkryte, co wciąż jeszcze jest tematem tabu. Wyobraźcie sobie, że wasze życie jest poprawne, ale kosztem was samych, waszej wolności i swobody. Robicie to, czego od was oczekują, jednocześnie tłumiąc w sobie prawdziwe emocje. Nagle staje przed wami szansa zmiany, uzewnętrznienia siebie i swoich potrzeb, ale to wszystko oznaczałoby koniec życia takiego, jakie macie do tej pory, rozstanie z rodziną, którą kochacie. To jest tak trudne, że wielu transseksualistów nie decyduje się na zmianę. Warto zdać sobie sprawę, że taki przewrót jest szokiem nie tylko dla tej osoby, ale też dla jej rodziny. Dlatego Fundacja Trans- Fuzja obejmuje, między innymi, opieką psychologiczną nie tylko osoby transseksualne, ale także ich bliskich.

Jedynym minusem książki mogą być powtarzające się opisy samego sedna problemu, postrzegania go przez innych, ciągłe powtarzanie różnic między pewnymi zwrotami, rozterki bohaterki, jej wahania i refleksje. Jednak, można to wybaczyć, bo coś, co jest powtarzane wielokrotnie ma większą szansę utrwalić się w pamięci. Poza tym podkreśla szczerość opowieści, uwydatniając istotę problemu.

Kilka rzeczy bardzo mnie zaskoczyło, np. to, że o zmianę płci należy wystąpić do sądu, a wniosek poprzeć opiniami kilku niezależnych psychiatrów, psychologów i seksuologów, a sąd i tak dodatkowo powołuje biegłego. A teraz najlepsze – niezależnie od tego czy ma się 20 lat, czy czterdzieści, (a trzeba być pełnoletnim) – do sądu pozywani są rodzice i muszą oni wyrazić zgodę na zmianę płci dziecka.

Pod koniec wspomniano (wiedziałam, że wspomną) tragiczny w skutkach eksperyment Moneya. Jest też kilka historii z życia osób transpłciowych, objętych opieką Fundacji. Jest też cała lista nazwisk sławnych ludzi, którzy poddali się przemianie, oraz tych którzy się na to nie zdecydowali i wykorzystują swoją trans płciowość jako np., wizerunek sceniczny. Przyznam, że niektóre nazwiska były dla mnie zaskoczeniem.

Także, no… polecam.

(…)Idziesz przez życie, nawiązując relacje z otoczeniem tylko przez szybę. Jesteś kobietą. Na szkle jednak namalowałaś obrazek faceta. Ludzie wchodzą z tym obrazkiem w dialog, w relacje, ale czy rozmawiają z tobą? Jakiś facet mówi do faceta namalowanego na szybie, opowiada o ostatnim meczu, o tym, że szybciej niż koleś obok wystartował ze skrzyżowania, mówi, jaką poznał superlaskę itd. Słyszy nawet twój głos, gdy mu odpowiadasz, ale nie widzi ciebie. Czujesz się podle, że robisz gościa w balona. Nie możesz powiedzieć, że nic cię to nie obchodzi, że o lasce masz ochotę donieść jego żonie(…) I choć na poziomie języka rozumiecie się bez problemów, bo słowa mają określone znaczenie, to nie wszystko możesz mu powiedzieć i nie o wszystkim chcesz słyszeć(…)

Czekają mnie wiatry i video w torbie

Wszystko, co piękne szybko się kończy, czyż nie?

Nad morzem, między innymi zaliczyliśmy planetarium i pokaz o cudach wszechświata. I cud się stał. Czteroletnia Tamaluga, która nie usiedziała dotąd na żadnej bajce, wytrzymała do końca wpatrując się z zachwytem w galaktyki śmigające nad jej głową. Wspominałam już, że ma obsesję na punkcie kosmosu?

Zaliczyliśmy też Woliński Park Narodowy, czyli żubry i inne zwierzęta. Nawet kota, który – lekko co prawda, ale jednak – ugryzł w rękę głaszczącą go Tamalugę. Popłakała się z żalu i szukała u nas pocieszenia. Tomek wyjaśnił, że kotek chciał się tylko pobawić. Ja wyjaśniłam, że koty to france i nie można im ufać. Następnie widzieliśmy sarenki, dziki i inne takie, oraz zagrodę dla orła, bo sam orzeł gdzieś  spierniczył.  Wreszcie dotarliśmy do zagrody żubrów i widzieliśmy małego cielaczka, ale Tamaluga uparła się na ogromniastego samca Alfa i niezmordowanie przywoływała go do płotu. W końcu i on, wielki przewodnik stada ugiął się pod taką presją, dźwignął ogromniaste cielsko i podszedł do nas. Chcąc jednak zachować resztki godności(?) i pokazać, kto tu rządzi – trzasnął spektakularną kupę. Gdyby zastosować ją zamiast ziemi starczyłoby mi na dziesięć doniczek. Ciekawe co by na niej wyrosło. Może mały żubrzyk? Tamaluga nie zraziła się, bynajmniej, tylko stwierdziła z charakterystyczną dla siebie troską o innych, że kupa była duża, więc już go brzuszek nie boli. Rozbolał za to mnie, z głodu, więc udaliśmy się do pizzerii.

W pizzerii młody kelner z wesołą twarzą zachwalał drinka jakiejś parze, której chyba już nie robiło różnicy, co piją. Stwierdziłam, że opis drinka brzmi nieźle, więc szarmancki Tomasz postanowił zamówić go dla mnie. Wesoły kelner jednak tak się rozgadał, że nie widział machania. W końcu Tomasz zawołał go „Darek!”, co podziałało, bo podszedł i przyjął zamówienie.

– Skąd wiesz, że to Darek? – pytam Tomka. – Przecież nie ma plakietki.

– Tak mi jakoś wygląda na Dariusza. Tobie nie?

– Mi wygląda na Tomka.

– Dlaczego?

– Bo przypomina mi takiego Tomka z kolonii.

– Z kolonii?

– Właściwie to on był z Łodzi.

– Dobra, zaraz się dowiemy. Dareeekkk! Jak masz na imię?

– Łukasz.

,,,,,,,

Po urlopie czuję się opalona i taka jakby smuklejsza, ale waga śmiejąc się szyderczo sprowadziła mnie na ziemię. Zdzira. A ja tak o nią dbałam, ściereczką traktowałam, miejscówkę ładną pod szafką z butami znalazłam… Ech, okaż tu serce, człowieku. A przecież nie przesadziłam z goframi, ani trochę! Ze słodyczy to tylko ciasteczko z wróżbą. Po złoty, pięćdziesiąt w tym roku, a było za złotówkę. Potem dorwałam się do wróżby, siedząc z Dziubasami w kawiarni. Postanowiłam podzielić się z nimi tą moją wyjątkową przepowiednią i odczytać ją na głos. Niestety nie wzięłam okularów i poinformowałam Dziubasów, że … „Video w torbie”, co uznałam za oczywistą bzdurę, ale dyskretnie zajrzałam do torebki: brak jakiegokolwiek video. Następnie przeczytałam, że „Skucha boli”. Dziwnie napisane, ale w sumie prawda. Potem przeczytałam „Wiatry będziesz mieć” – O, i to mogłoby być prorocze, zważywszy na mix spożywanych przez mnie produktów.

Widzicie w tym coś śmiesznego? No, właśnie, a Dziubasy, kelnerka i jeszcze kilku gości chichotali jak wariaty. Doprawdy, no.

Boszszsz.

Okazało się, oczywiście, że „video w torbie” to tak naprawdę „wiedza w tobie”. „Skucha boli” to sukces uwolnić”, a „wiatry będziesz mieć” to „wiara będzie cię nieść”.

Także…

Co komu pisane.

Dziubasowa & ja

Tamaluga & ja

Tamaluga & Bob

Wczasy i Dziubasy II

Zacznę od tego, że od tygodnia jestem na wakacjach. Nad morzem. Nad polskim morzem, rzecz jasna. Nad Bałtykiem, że tak przybliżę tym, którzy na lekcjach geografii rzucali styropianowymi kulkami.

Stąd też mój poślizg z postem i waszymi blogami.

Jest też i Dziubasowa, więc jeśli się ktoś zastanawia co u niej, to śpieszę uspokoić, iż cała jest dziewoja i zdrowa, reszta Dziubasowa takoż. Jak zwykle fantastyczni, a chłopaki to już w ogóle… Fota w kolejnym wpisie po obróbce 😀

Dziubasowy Bob to oaza spokoju. Tamaluga jest przy nim nakręconą sprężynką, więc się uzupełniają. Jednak trudno im czasami dotrzymać sobie kroku, i tak np. Bob podejmuje wątek, który to postanawia przybliżyć Tamaludze w szczegółach. Tamaluga stara się wysłuchać go cierpliwie, ale po drugim zdaniu, uśmiecha się przepraszająco i wyrywa do przodu biegiem. Wreszcie powraca, więc Bob zaczyna przerwany wątek od początku. Tamaluga znowu znika, po czym wraca. Bob, wciąż niemogący dokończyć tematu, który uznał za istotny, nie okazując frustracji próbuje od nowa.  W końcu Tamaluga staje na środku deptaku i wybucha tak głośnym płaczem, że mijający nas ludzie przystają zszokowani. Obie z Dziubasową pytamy co się stało, przekonane, że coś ją użądliło…

– Bo Bob tak duzo mówi… I mówi…!!!

Padłyśmy.

To musiał być dopiero widok. Dziecko wyjące w niebogłosy i nachylone nad nim kobiety, które zamiast pomóc płaczą ze śmiechu. Bob niewzruszony całym zamieszaniem, spokojnie i cicho dokończył to, co miał do powiedzenia.

….

Siedzimy w kawiarni, dostaję ważny telefon, więc wychodzę za róg żeby spokojnie odebrać. W rozmowę wbijają się wrzaski i płacze dzieci, a ja myślę „Jak dobrze, że to nie nasi”. Wracam do stolika i okazuje się, że to NASI. Mały Lolo rozpłakał się ze zmęczenia, Tamaluga, równie zmęczona wtóruje mu, że chce siku. Tomek i Dziubasowa biegają jak w ukropie, i tylko Bob wzruszając ramionami spokojnie dokańcza lody.

Tamaluga zaprzyjaźniła się z synkiem właścicieli domu, w którym co roku spędzamy wakacje. Chłopczyk ma na imię Mikołaj, czyli Tomikołaj, bo dla Tamalugi to jeden wyraz. Wzięło się to ze świątecznej piosenki „To Mikołaj, to Mikołaj, to Mikołaj święty…”

– Tomikołajuuuu! Chodź się ze mną pobawić na dwolku!

– Jus idę Tamalkoooo!

Tomikołaj pokazuje Tamaludze ślimaki.

Tamaluga:  Tomikołaju, musimy je nakalmić.

Tomikołaj:  A ty wies, co jedzą ślimaki?

Tamaluga:  Wiem. Jedzą listki.

Tomikołaj:   I kamienie.

Tamaluga:  Co ty mówis?! Ślimaki jedzą listki!

Tomikołaj:  Skąd wies?

Tamaluga:   Lodzice mówiły…

….

– Mamusiu, idę pobawić się z Tomikołajem.

– Ale jego nie ma.

– Tak, ale jest dlugi Tomikołaj.

– Jak to? Inny chłopiec też ma na imię Tomikołaj?

– Tak.

– Tak ci powiedział?

– Nie, ja tak powiedziałam.

 

Tamaluga zaczepia wszystkie dzieci, nie ma najmniejszego problemu z nawiązaniem rozmowy. Po prostu podchodzi do jakiejś grupki dzieci, obojętnie w jakim wieku i pyta co robią, i czy może się z nimi pobawić. Podchodzi? Nie: ona do nich biegnie. Do zupełnie obcych dzieci. Nie ma żadnej blokady i taka jest od zawsze. Tamaluga i social distance to jest jakaś abstrakcja. Martwię się, bo nie jestem w stanie kontrolować jej na każdym kroku. Zakładając jej maseczkę w ogóle czuję się okropnie, chociaż wiem, że ona to rozumie.

Dobra, to na koniec życzenia, chociaż nieco spóźnione. Jak to ktoś kiedyś napisał i zrobił z tego magnes na lodówkę – „Każdy może być ojcem, ale nie każdy jest tatusiem”. Z okazji Dnia Ojca życzę wszystkim ojcom żeby byli tatusiami. A w prezencie piosenka – mój ulubiony cover o tym, jak fajnie jest być tatusiem.

 

Jezus na plusie (mamy plusy u Jezusa?)

Tamaluga zerka na oglądany przeze mnie reportaż. Dom, pokój, na ścianie Jezus na krzyżu. Tamaluga zrywa się ożywiona – My tes mamy taki plus nad dzwiami!

…………………………………………………..

Tomasz usypia Tamalugę. (Haha! Brawo on!) Po odbębnieniu cowieczornego rytuału, zalega w pieleszach. Ale! Tamaluga właśnie wtedy potrzebuje wszystkiego na cito, a żadna z tych rzeczy nie wiąże się ze spaniem. Milczę. Obserwuję. Ciekawam, jak on sobie poradzi.

– Tamalugo, zagrajmy w grę – mówi Tomasz.

– Jaką grę?! – ożywia się dziecię.

– Oboje zamkniemy oczy, a kto otworzy, ten przegra.

Tamaluga zamyka oczy.

– Otworzyłaś oczy! – woła radośnie Tomasz.

– A skąd wies?

– Bo ja też otworzyłem – przyznaje niechętnie.

– Otwozyłeś? Dlacego?

– Żeby zobaczyć jak się przegrywa.

……………………………………………

Śledząc wiadomości dowiedziałam się, że coś tam się zadziało w kosmosie. Poczyniono jakieś ruchy, ktoś tam kogoś wysłał w pizdu. W każdym razie jest to wiekopomne wydarzenie, którym wszyscy musimy się zbiorowo podniecać. Ja naprawdę zdaję sobie sprawę z wagi przedsięwzięcia. Naprawdę. I bardzo, naprawdę z całych sił starałam się odczuć to podniecenie, ale nie umiem, nie potrafię. (Tamaluga powiedziałaby „To um!”, „To potraf!”) No, nie i już. I to nie tak, że nie interesuje mnie kosmos. Uwielbiam patrzeć w gwiazdy i takie tam, ale… Wyprawy w kosmos mnie przerastają. Właściwie najgorszą karą i torturą jaka mogłaby mnie spotkać, to wyprawa rakietą. Kiedyś myślałam, że wyrzucenie na środek oceanu, ale nie. Kosmos to wszystko przebija. Nie rozumiem ludzi, którzy pchają się tam z własnej i nieprzymuszonej woli. Dobra, może przyświeca im szczytny cel, może chcą dokonać ważnych odkryć. Tylko po co, ja się pytam, skoro na Ziemi jest tyle nieodkrytych miejsc? Nie rozumiem Tomka i Tamalugi, zafascynowanych kosmosem. Nie rozumiem, ale szanuję, więc Tamaluga na Dzień Dziecka dostała teleskop. (Albo Tomek dostał.) W każdym razie była zachwycona. Ona ma księżycową obsesję, od kiedy pierwszy raz spojrzała wieczorem w niebo. Przysięgam! Nic się nie liczy, gdy Tamaluga zobaczy księżyc. Po tatusiu.

Bo my z Tomaszem to jesteśmy inaczej zaprogramowani.

Jego programy to astronomia, historia i samochody.

Moje programy to polityka, biologia i kryminał.

Gdy przez przypadek skasuję mu serię z kosmosem potrafi obrazić się na całą godzinę. Gdy on przełączy mi obrady sejmu, albo poranną debatę – wpadam w furię.

Na szczęście jest też kilka programów, które nas łączą. I w życiu, i na ekranie. Ufff.

………………………………………………..

Te ajfony to jednak dziwne są. A może nie? Może ajfon srajfon prawdę ci powie?

Siedzimy z Oliwią przy stoliku, w ogródku kawiarni. Oliwia proponuje, że zainstaluje mi snap chat, do naszego osobistego kontaktu. Grzebie mi w tym telefonie i pyta, czy sama ściągnęłam sobie aplikację „Czas przed ekranem”. Ta, jasne. Nie wiem czy kiedykolwiek ściągnęłam sobie jakąkolwiek aplikację. Oliwia mówi, że może mi to usunąć, ale zanim, to zaczyna czytać czego używałam najczęściej i wybucha śmiechem.

– Co jest?! – pytam.

– Mama, wynika z tego, że najdłużej, bo aż trzy godziny używałaś… kompasu!

Poplułyśmy się obie, ona lodami, a ja kawą.

– Przecież to niemożliwe – mówię.

Przez następną chwilę myślimy intensywnie i nagle obie wpadamy na to samo:

– Tamaluga…

 

Nigdy dotąd nie narzucałam się wam z Michaelem, ale dosyć tego dobrego. Raz na jakiś czas mogę. Znamy się już na tyle, że musicie mnie akceptować ze wszystkimi dziwactwami.

Piosenka oddaje nastrój jaki ostatnio mnie dopada. Kto jeszcze jej nie zna, to proszszsz, zapraszszszm.

Naga prawda

Wirus – teorie spiskowe i jedyna słuszna.

Dookoła wirusa narosło wiele teorii spiskowych. Znam je wszystkie, a niektóre nawet bardziej, niż bym chciała. Nie odrzuciłam ich z miejsca, pochyliłam się nad nimi, podumałam, poszperałam, połączyłam fakty. Podjąwszy własne śledztwo odkryłam jedyną najprawdziwszą prawdę. Wyjawiając ją wam, prawdopodobnie będę zmuszona nie tylko usunąć blog i zatrzeć wszelkie ślady, ale też opuścić kraj, przyjąć nowe nazwisko i nowy numer ubezpieczenia, i może nawet nową twarz (Boże, spraw, żeby była bez zmarszczek).

Ale liczę się z tym. Uważam, że każdy człowiek, który dokonał ważnego odkrycia powinien podzielić się nim z resztą społeczeństwa. Odkrycia tej przerażającej prawdy dokonałam oglądając film na bazie ulubionego serialu, ćwicząc jednocześnie pajacyki na macie, co brzmi jeszcze bardziej przerażająco. Wynik mojego śledztwa wklejam na dole, póki co musicie przebrnąć przez inne moje wynurzenia.

Jak mawiała moja Babcia, po uraczeniu jej długą i kwiecistą opowieścią z mojego życia – „Taaa…. A co poza tym słychać?”, podaję, co następuje.

A, no nic. Ruskie mierzą libido.

Będąc na odwyku od seryjnych morderców, których dotąd oglądałam do poduszki, z niechęcią odkrywam inne kanały w telewizji. I tak oto trafiłam na rosyjski program, ale o czym, to do końca nie wiem. Śpiącym okiem zarejestrowałam jeno, że para seksuologów przeprowadziła pospolite ruszenie w ichniej galerii handlowej. I powiem wam: Jessssuuu jakie te Ruskie zboczone wyzwolone!

Eksperyment polegał na tym, żeby grupka przypadkowych osób określiła, kto w grupce innych przypadkowych osób ma największe potrzeby seksualne. Wszyscy stawiali na pryszczatego małolata, który wcześniej w ankiecie deklarował seks raz na dwa lata. „Spoko”, pomyślałam. „Program ma zapewne na celu obalenie stereotypów. Pewnie teraz prowadzący pokażą wszystkim figę, i każdy pójdzie w swoją stronę”.  Ale nie. Okazuje się, bowiem, że nasi sowieccy bracia wiedzą wszystko i wszystko potrafią wytłumaczyć. Zmierzyli ludzi, zmierzyli ich prawe nogi, a potem podzielili wzrost przez długość nogi. Wygrani (albo przegrani, zależy jak na to spojrzeć), u których wynik był najwyższy mieli największy popęd seksualny. Oczywiście, wyjaśniono też dlaczego. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Chociaż ożywiłam się nieco na sam temat seksu, gdyż pochrapywanie po lewej sugerowało dobitnie, że seks w TV jest jedynym, na jaki mogę liczyć – to jednak sama przysypiałam i było już późno.  Ogarnęłam, że rozchodzi się o kości (po kościach się rozeszło). To znaczy, że pewna kość w nodze, odpowiedzialna za przyrost na długość, wykazuje zahamowanie podczas wzmożonego popędu płciowego. Czy coś. Reasumując: im krótsze nogi tym większe potrzeby. Teoria jaskiniowa.

Ale co ja wam tutaj.

Czas na prawdę.

Jedyną prawdę, słuszną prawdę, prawdę, tylko prawdę i gówno prawdę.

Jeśli jesteście odważni – dotrwacie do końca (to tylko kilka sekund, na więcej się nie odważyłam). Nie publikujcie tego u siebie. Wymarzcie, zapomnijcie. W razie czego się nie znamy.

Na wszelki wypadek pożegnam się z wami. Byliście cudowni. Wspominajcie mnie ciepło.

OTO PRAWDA O COVID 19:

EPIDEMIA

Zaskoczeni? Bo ja tak. Znalazłam ją przypadkiem w swoich zbiorach. Przypadek? Nie ma przypadków!!!

Robina Cooka lubię, i kiedyś czytywałam namiętnie. W jego thrillerach medycznych wybija się, przede wszystkim, fachowa wiedza – w końcu jest doktorem medycyny. Jest też dobrym obserwatorem i ma świetne pióro.

Rzecz dzieje się w kilku Stanach Ameryki, w latach 80, ale jakże na czasie! Z każdą stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że nic się w kwestii epidemii nie zmieniło. Wręcz przeciwnie – rzekłabym, że kiedyś radzono sobie z nią lepiej, przynajmniej w Ameryce. Podobny schemat, te same środki ostrożności, taki sam wywiad z pacjentem, identyczne procedury. Jeśli ktoś liczy na drastyczne fakty i dokładne opisy przebiegu choroby to trochę się zawiedzie. Książka – jak to zazwyczaj u Cooka – skupia się na osobach lekarzy, etyce zawodowej, potędze pieniądza, przysiędze Hipokratesa i wpieprzającej się we wszystko polityce.

Marissa Blumenthal; lekarka z Centrum Kontroli Epidemiologicznej w Atlancie jest nowa i niedoświadczona. Gdy wybucha epidemia, Marissa reprezentując zespół zostaje rzucona na pierwszą linię frontu. Stara się wykonywać swoją pracę jak najlepiej, polegając na niewielkim doświadczeniu, ale przede wszystkim na własnej intuicji. Zbierając informacje o pacjentach nie znajduje żadnego punktu zaczepienia. Czas do pojawienia się pierwszych objawów wydaje się nietypowy, jednak same objawy przypominają gorączkę krwotoczną. Nie mogąc znaleźć cech wspólnych u pacjentów, Marissa drąży głębiej i przypadkowo natrafia na coś, co przeraża ją bardziej niż ryzyko zakażenia, na które naraża się każdego dnia. Komuś też zaczyna wyraźnie zależeć żeby odsunąć ją od sprawy.

Szybkie tempo, niesamowite zwroty akcji, czasami wręcz nierealne. Niepewność kto wróg twój, a kto przyjaciel. Niepewność komu zaufać, gdy trzeba postawić wszystko na jedną kartę i ma się na to tylko kilka minut. Żeby opanować epidemię należy odkryć jej źródło. Nie zawsze jest to kluczowe, ale tutaj jest. Wie o tym Marissa, i wiedzą o tym jej wrogowie. Kobieta odkrywa wreszcie pewien incydent, łączący wszystkich zakażonych i od tej pory jej życie zmienia się całkowicie.

ZATRZYJ ŚLADY

Debra Granik, 2018

Dziwny to film, zaiste. Dziwny. Ale ja takie lubię. Odskocznia od mainstreamu. Odskocznia od zgiełku wielkiego miasta, od rzeczy trendy i na czasie, od komercji i liniowych schematów. Coś, co nie zawsze ma drugie dno, a jeśli ma, to nie takie, jakiego się spodziewamy. Nie do końca wyjaśnione, nie do końca zrozumiałe, ale gdy się tak przyjrzeć to ważne i mądre i chwytające za serce, choć inne.

Will, weteran wojenny, wraz z nastoletnią córką Tom mieszka w lesie. Początkowo wygląda to na zwykły rodzinny biwak, ale tylko przez pierwsze minuty filmu. Dalej staje się jasne, że coś jest nie tak. Tych dwoje nie tylko je, śpi i myje się w spartańskich warunkach, ale wręcz walczy o przetrwanie, z ćwiczeniami kamuflażu włącznie. Ukrywają się, to oczywiste, ale jak długo, przed kim i dlaczego? Ojciec wydaje się pewny tego, co robi, dziewczynka już mniej (Tak, Herne, 13 latka to dla mnie wciąż dziewczynka 😛 😀 ) Jednak wykonuje polecenia ojca, pomaga mu i radzi sobie całkiem nieźle. Do czasu. Pewnego dnia dostrzega ją jakiś miłośnik joggingu i zgłasza to policji. Do akcji wkracza opieka społeczna i inne takie. Działają szablonowo, tak, jak się zazwyczaj działa w podobnych przypadkach. Chociaż starają się jak najlepiej dla dobra dziecka i rodzica, to  w tym miejscu można zadać sobie pytanie , co, tak naprawdę jest dla nich najlepsze. Skąd to wiadomo i kto to ustala. Czy wszyscy musimy żyć i zachowywać się konwencjonalnie? Czy wszyscy potrzebujemy korzeni, żeby gdzieś się zadomowić, czy wystarczy bycie ze sobą? Przecież każdy wie, że dziecko izolowane, wychowane i kształcone przez rodzica musi poznać relacje  społeczne, musi mieć kontakt z rówieśnikami.

Ale czy na pewno?

Film daje do myślenia. Mocno. Reżyserka znana już z tak dobrych filmów, jak „Do szpiku kości” na przykład, znowu świetnie się spisała. Aktorzy też stanęli na wysokości zadania, Ben Foster I w roli Willa i Thomasin McKenzie jako Tom. Podoba mi się to, że postaci nie są jednoznaczne, że nikogo nie kreuje na bohatera i ofiarę. Wszystko toczy się swoim torem, przez co jest bardzo wiarygodne. Mimo tego, że niedopowiedziane. Albo właśnie dlatego.

Jak odpuścić?

…bo zapuściłam się.

To zdrowo.

Poniekąd to wina moja, ale tylko poniekąd, bo jak wiadomo, i że tak zrymuję: „winni są zawsze inni”. W tym konkretnym przypadku – zamknięte fryzjery, i inne takie, i zamknięta ja, w czterech ścianach. A co jest już szczytem szczytów: w czterech ścianach z lodówką. W dodatku zawsze pełną, przez zapasy, co to mi je kazali zrobić, z zawiści chyba, no bo nie z konkretnej potrzeby. Efekt jest taki, że wyglądam jak wyglądam, ale jak, to do końca nie wiem, bo nie mogę na siebie patrzeć. Już od czasu jakiegoś. Od 2 miesięcy. Przypadek?

W ramach protestu zrobiliśmy z Tomaszem nasze własne wybory. Nie wiem, na ile one demokratyczne, bo niby przez publiczne głosowanie, a nawet zdecydowany aplauz, ale wyraźnie widać, że ktoś manipuluje, bo zawsze wygrywa Tomasz. W zasadzie cieszę się, że on zawsze wygrywa, bo głosowanie dotyczy tego, kto pójdzie do sklepu. I tym sposobem nie pamiętam już jak wygląda nasz Społem. Moglibyśmy też, w zasadzie, ciągnąć losy. Tylko, że nikomu nie chce się ich robić. Zaproponowałam rzut monetą, na co Tomasz stwierdził, że nie jest szczęśliwym ich posiadaczem, na co ja, że hmm to zastanawiające, bo notorycznie podbiera mi je z portfela. Na co on prawie się obraził, ale zanim, to jeszcze zaproponował rzut Monetem. I faktycznie: zwinął w rulon plakat obrazu Moneta i pizdnął nim przez pokój. Tyle, że nic z tego nie wynikło, bo nie zdążyliśmy ustalić czyj jest wierzch, a czyj spód.

Siedząc w domu, poza, oczywiście całą masą pożytecznych rzeczy, zdobywałam, chcąc nie chcąc całą masę wiedzy bezużytecznej. Dowiedziałam się, na przykład, że keczup bywa zdrowszy od pomidorów, szlaban można łatwo staranować, a Paul McCartney , jeszcze z Bitelsami skomponował piosenkę w taki sposób, żeby dźwięk był słyszany i odbierany przez jego psa. Gdyby ktoś był zainteresowany – wklejam na końcu.

Tamaluga nadal produkuje świeczniki, wykorzystując dary lasu i plaży. Najprzyjemniejszą częścią jest dla niej barwienie soli. Dla mnie mniej. Ale nie zawsze mamy to, co chcemy, nieprawdaż? Chciałam żeby Tamaluga zabierała na wakacje idealnie wykonaną lalkę. I kompletnie nie mam wpływu na to, że zabiera trzy zdezelowane misie, pamiętające dwa pokolenia, a co jeden to bardziej wypaczony. Gdy żył Pan Roniowy, najdoskonalszy golden retriever jakiego nosiła ziemia, dystyngowany i sikający pod wiatr – zawsze uważałam, że do tak wspaniałego psa pasują wyłącznie estetyczne zabawki. I kompletnie nie miałam wpływu na to, że zabierał na wakacje rozciągnięty, brudny i zapluty  kawał  gumy, który kiedyś był piłką w kształcie lwa. O, i teraz wy staliście się posiadaczami wiedzy bezużytecznej. No, chyba że kogoś żywo zainteresowała przeżuta guma mojego psa, a myślę, że wśród was znajdą się tacy.

Poza zdobywaniem wiedzy bezużytecznej, miałam mnóstwo czasu żeby zrozumieć, że nic nie rozumiem. Z tego co się dzieje w naszym kraju. Gdy byłam dzieckiem nie rozumiałam wielu rzeczy, i miałam nadzieję, że wszystko wyjaśni się, gdy będę dorosła. Okazało się, że jako dorosła rozumiem jeszcze mniej.

Będąc dzieckiem, nie rozumiałam na przykład powiedzonka dorosłych „Musisz zjeść obiad do końca, bo dzieci w Afryce głodują”. Gdzie tu sens, gdzie logika? Czy jeśli zjem obiad, to dzieci w Afryce też się najedzą? Według małej mnie, bardziej logiczne byłoby spakowanie tego obiadu i wysłanie go do Afryki, ale byłam tylko dzieckiem, więc mogłam się mylić.

A poza tym, co jakiś czas staram się ćwiczyć. Co jakiś czas. Nie mam ja farta do internetowych propozycji, a przecież wybieram tylko ćwiczenia dla dzieci! Małpka siedzi i kręci stopami, myślę – idealnie! Oto ćwiczenie na miarę moich możliwości. Okazało się, że małpka siedzi i kręci stopami zapraszając do kliknięcia. Na ćwiczenia właściwe. Na tyrę i mordęgę wszechczasów.

Unikajcie małp.

Jeden ze świeczników Tamalugi.

Piosenka Paula dla psa: