Najmroczniejszy sekret

   Alex Marwood, 2015

Tak naprawdę to nie wiem, czy powinnam z czystym sumieniem polecać tę książkę. To znaczy czyta się ją dobrze i jest dosyć wciągająca, ale ja to chyba jestem zbyt wrażliwa na takie klimaty. Czy to gwałt i zabójstwo, nie daj Boże, czy też zwykła intryga – gdy w grę wchodzi dziecko – ja się poddaję. Odpadam. Wymiękam. Płakałam czytając ją, naprawdę płakałam, chociaż nie ma w niej drastycznych opisów, potwornych szczegółów i tak dalej. Płakałam ze złości, z bezsilności na ludzką głupotę i egoizm. Szlag mnie trafiał i to, mam nadzieję, normalna reakcja matki, i też mam nadzieję, że nie tylko matki. To nie jest ostry thriller, ociekający krwią, zdecydowanie nie. To zwyczajna opowieść, która przez swoją zwyczajność tym bardziej przeraża. Minęło już trochę czasu od kiedy przeczytałam tę książkę, ale cały czas nie mogę o niej zapomnieć. Nie mogę też oprzeć się porównaniu do głośnej sprawy Madleine Mc Kain, najbardziej tajemniczego przypadku zaginionego dziecka. Wściekłość i poczucie niesprawiedliwości to emocje, które podczas lektury towarzyszyły mi najczęściej. I świadomość, że takich ludzi, i takich przypadków jest wiele, oraz to, że większość z nich nigdy nie została wyjaśniona.

Bogacze pławią się w luksusie. W ich świecie, niby takim samym jak reszty śmiertelników, częściej pojawia się egoizm, zniechęcenie, próżność, snobizm, imprezy oraz – często przypadkowy – seks i – często przypadkowe – opiekunki do dzieci. Więcej jest w takich rodzinach komplikacji i chaosu, więcej młodych macoch i ojczymów. Zacierają się granice, kto z kim, kiedy i dlaczego. Jak się okazuje, w tym środowisku pieniądze i prestiż mogą skutecznie stłumić wyrzuty sumienia.

Sean Jackson, który dorobił się majątku na sprzedaży domów, obchodzi 50 urodziny. Zaplanował na ten dzień huczną imprezę w gronie przyjaciół, właśnie w jednym z domów na sprzedaż. Wszystko ma dokładnie zaplanowane; od rodzajów trunków (i dragów), przez wykwintne menu, aż po kolor sukienki swojej żony. Żony, która zresztą już mu się znudziła. Chociaż wszyscy uczestnicy, w tym również Sean mają dzieci, nikt nie skupia na nich większej uwagi. Dzieci są zbędnym dodatkiem, którym trzeba się jakoś zająć za dnia, zmęczyć, żeby grzecznie poszły spać i nie przeszkadzały w imprezowaniu. Sean uważa, że jest najlepszy we wszystkim, ale jest beznadziejnym ojcem. Nie potrafi odnaleźć się w tej roli ani dla trzyletnich bliźniaczek, ani dla nastolatek z pierwszego małżeństwa. Jest wkurzony, gdy dziewczyny nagle pojawiają się na jego urodzinach, a zniknięcie jednej z córeczek Seana staje się niewygodnym problemem, który jakoś trzeba oznajmić światu. A potem… a potem robi się dziwniej, tzn, robi się zwyczajnie, co właśnie jest dziwne. Mijają lata, ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.

Narracja poprowadzona sprawnie, przechodzi od jednego uczestnika wydarzeń do kolejnego, aby ostatecznie pozostać przy, dorosłej już teraz, pierwszej córce Seana. Dziewczyna niewiele wie o zniknięciu przyrodniej siostry, nie było jej przy tym, więc razem z nią powoli odkrywamy prawdę. Albo półprawdę. Kilka wątków pobocznych nigdy nie zostaje wyjaśnionych, ale nietrudno odgadnąć co się stało.

Nie jest to powieść wybitna, podobno słabsza niż ta, dzięki której Alex Marwood zyskała rozgłos: „Dziewczyny, które zabiły Chloe”. Nie wiem, nie czytałam, natomiast „Najmroczniejszy sekret” polecam, chociaż może nie przewrażliwionym mamom.

O zwierzątkach

No i skończyły się upały, których i tak było niewiele w tym roku. Teraz leje deszcz i nie przeszkadzałoby mi to zupełnie, bo deszcz lubię, ale dlaczego przy tym musi być tak strasznie zimno?! Pogoda jest taka, że spać mi się chce bez przerwy i włączam w sobie dodatkowe zasilanie awaryjne żeby pobawić się z Tamalugą. Wszystko na pół gwizdka. Choć refleks już nie ten i energia jak wyżej, to jednak jakieś tam bodźce jeszcze odbieram. I tak oto dojrzałam kątem oka jakieś bydle przeogromne.

Najpierw pomyślałam, że szczur, ale szczur chyba nie zmieściłby się za listwą przypodłogową. Mysz? Zerkam w bok i widzę jak po moich panelach zasuwa największy pająk w historii świata. No, dobra: w mojej historii. Akcja pająk rozpoczęła się o 21 z minutami i trwała do 22. Objęła, między innymi rozkręcenie kanapy do ostatniej śrubki, odkurzenie pod nią i w niej oraz wygotowanie koca. Normalnie pająki mnie nie przerażają, tzn, nie na tyle żeby uciekać z wrzaskiem. Po prostu biorę szklankę, kartkę i wynoszę gościa na zewnątrz. Tym razem gościu był naprawdę duży. Najpierw uspokoiłam oddech, a potem poszłam do drugiego pokoju i mówię do Tomasza, by porzucił cokolwiek robi, bo jest akcja pająk. Tomasz potraktował sprawę poważnie, uznając, że skoro wołam go do pająka to nie może być zwykły krzyżak. Wkroczył do akcji z odkurzaczem. Potwór początkowo się ukrył, ale po chwili ruszył na niego z atakiem! Chłop mój, jak to zazwyczaj chłopy, pająków się nie boi, ale w tym wypadku aż zaniemówił. „Jezu, jaki wielki!” Nie wiem czy w tym momencie przeszło mu przed oczami całe życie, w każdym razie mi przeszły przed oczami wszystkie artykuły o tropikalnych pająkach, które przeniosły się do Polski, bo taki mamy klimat. W sensie, że coraz cieplejszy. W ostatniej chwili wciągnął go do odkurzacza, gdzie, rzeczony zwierz przepadł w odmętach brudu i kurzu, a przynajmniej mam taką nadzieję. Ciekawe czy i jemu przeleciało przed oczami całe jego pajęcze życie. Osiem razy, bo chyba tyle mają oczu (oczy?) Jezu.

Tamaluga zachwycona zamieszaniem, upatrując kolejnej szansy na przedłużenie „niespania”, stwierdziła ochoczo, że „pomoze”. Ponowiła propozycję kilkukrotnie, a nie doczekawszy się odpowiedzi, wzruszyła ramionami i z koca oraz poduch, rzuconych w pośpiechu na jej łóżko, zrobiła sobie zjeżdżalnię.

Zaraz potem z nadmorskich wojaży przyjechała Oliwia i Mat. Oliwii zrobiło się słabo na wieść o pająku, a Mat zagrał na ukulele uspokajając moje skołatane nerwy. Oczywiście dźwięki ukulele były dla Tamalugi kolejnym pretekstem żeby nie spać, więc brzdąkała z Matem do 23. Nie ogarniam tego dziecka.

xxxxxxxxxxxxx

Przybłąkał się do nas pies. W zasadzie nie wiem czy to dobre określenie, bo przyprowadził go Tomek, a psy do Tomka lgną jak pszczoły do miodu. Jestem pewna, że w poprzednim wcieleniu był psem, a nawet suką. Zanim go poznałam, sądziłam że to ja jestem największą psiarą na dzielni. Chociaż może i tak, bo Tomek nie jest z mojej dzielni. W każdym razie przylazł za nim mały kundel, staruszek z postępującą ślepotą. Nakarmiliśmy go, i tak dalej, ale w domu zostać nie chciał. Wynieśliśmy więc starą kołdrę, która i tak miała trafić do schroniska i ułożyliśmy na skwerku pod ławką. Noc była gorąca, postawiliśmy miseczkę z wodą i z ciężkim sercem poszliśmy spać. Rano pies wciąż tam był, przeciągnął się zadowolony i gotowy na nowy dzień. Zaczęły się poszukiwania właściciela. Na szczęście była niedziela, więc Tomek wziął Tamalugę i udali się na zwiady. Wreszcie pani z Żabki stwierdziła, że zna i psa i właściciela i że ten właściciel go szuka. Pies został w Żabce, a wieczorem czekała na nas miła niespodzianka: pancio, w ramach wdzięczności zostawił dla nas słodycze.

xxxxxxxxxxxxxxxxx

W ostatnie upalne dni wymiotło ptaki z podwórka. Nie było nawet jednego wróbla. Był za to gołąb. Codziennie, niestrudzenie dreptał po podwórku wyszukując gałązek. Gdy znalazł ich kilka rozkładał przed sobą i wybierał tę najodpowiedniejszą. Nie wiem na jakiej zasadzie odbywała się selekcja, ale w końcu ważył je w dziobie, znajdował środek ciężkości i ulatywał z tym lepszym sortem na dach. Po chwili sfruwał z powrotem i cała akcja od początku. I tak od rana do wieczora, przez trzy dni. Nie wiem, czy budował gniazdo na dachu, czy może z tego dachu leciał dalej, na drzewo. Nie wiedziałam nawet, że gołębie budują gniazda. Ze smutkiem przyznaję, że chociaż bardzo lubię ptaki to niewiele o nich wiem. Czwartego dnia go nie było, za to pod krzakami unosiło się kilka gołębich piór. Pomyślałam, że to sprawka Maćka, i że jak dorwę futrzaka to osobiście sprawdzę czy rzeczywiście spada na cztery łapy i do jakiej wysokości.

Czarnym scenariuszem podzieliłam się z Tomkiem.

– A nie przyszło ci do głowy, że skoro budował gniazdo przez trzy dni, to w końcu je wybudował?

O tym nie pomyślałam.

Faktycznie pojawił się po południu i zgarnąwszy dwie gałązki uleciał, i tyle go widziałam. Widocznie w budowie zostały już tylko drobne poprawki. Kosmetyka. W sumie przez trzy dni mógł wybudować gałęziowy apartament. Studio. Skoro wybudowanie prawdziwego domu zajmuje ekipie Katarzyny Dowbor tylko pięć dni…

O tym jak miałyśmy wywalone i o strefie wolnej od RGBD

Ostatnio miałyśmy wywalone. Tamaluga i ja. Z tym, że ja standardowo na ustach, a Tamaluga pod nosem. Z moimi ustami to nic nowego – wirus opryszczki uaktywnia się u mnie co jakiś czas, przez cały rok, a już latem to obowiązkowo. U Tamalugi to coś nowego. Wywaliło jej obie dziurki od nosa. Najpierw myślałam, że ma katar, i obrażenia powstały przez wycieranie nosa. Jednak nie zaobserwowałam żadnego kataru, ani wycierania nosa. Potem pomyślałam, że coś ją ugryzło, ale tę myśl także odrzuciłam. Jakaś kobieta w kolejce stwierdziła, że to gronkowiec. No i to faktycznie gronkowiec. Szlag.

……….

Na skwerku jest już obudowana piaskownica. A w piaskownicy nowiuśki piasek. Sama z radości brodziłam w nim pół godziny. Niby do placu zabaw nie mamy daleko, ale co pod nosem to pod nosem. Zwłaszcza, gdy gorąco i nie chce się nigdzie iść. Teraz panowie sąsiedzi debatują nad sprawą huśtawki i zjeżdżalni. Zorientowali się, że potrzebujemy zezwolenia, w sensie atestu.

A cena z atestem, a cena z atestem, a cena z atestem jest powalająca! Chyba przywiążę do drzewa sznurek z oponą. Z drugiej strony podstawię deskę po starej ławce i git. Na dole postawi się dyżurnego, który będzie wyciągał dzieciom drzazgi z tyłków.

……….

Wczoraj byliśmy nad morzem. Tomek rozgląda się po tęczowych parawanach i parasolach, i mówi:

– Zobacz ilu plażowiczów popiera RGBD.

Spoglądam na niego, marszcząc brew. W sumie to ma sens, bo z tego co kojarzę RGB to jakiś program z kodowaniem kolorów, tylko to „D” mi nie pasowało. Ale wiem, że nie o to się tu rozchodzi.

– LGBT? – pytam.

– Uff – oddycha z ulgą. – Wiedziałem, że coś pochrzaniłem.

……….

Pozostając w temacie:

Rozmawiam z bliskim kolegą gejem.

– Słyszałaś ile hajsu dostaną gminy za strefy wolne od LGBT?

– Słyszałam, ale powinieneś się cieszyć. Utwórz sobie taką strefę w domu, na przykład w łazience i po prostu tam nie wchodź.

Kolega najpierw padł ze śmiechu, a potem stwierdził, że w takim razie będzie zmuszony korzystać z mojej łazienki, na co ja stwierdziłam, że w takim razie będzie również zmuszony coś mi odpalić. Przyjaźń przyjaźnią, no ale halo. Już pomijam, że pomysł był mój.

……….

To na koniec Tamaluga:

– Mamusiu, idę pobawić się z Małgosią. Małgosia to taki wspaniały dzieciak.

xxx

Sąsiad: Tamalugo, widziałaś kiedyś domek dla jeża?

Tamaluga: Nie, dla jeza nie ma domku, bo jeze zyją w lasu, a ja w lasu nie byłam. Tylko na jeden dzieniu byłam, ale nie widziałam jeza. Ale byłam w Międzyzdloju, i tam tez nie było jeza, tylko Tomikołaj mi przyniósł, i ja go głaskałam i psytulałam, ale to nie był plawdziwy jez, tylko zabawka. Tomikołaj mi przyniósł, ale nie ten Tomikołaj, co nosi plezenty zimą, tylko inny Tomikołaj, Tomikołaj chłopiec, od cioci Kasi, wies?

A mina jego bezcenna.

Doktor Dobranoc

Roboty na Skwerku zamarły, acz sam Skwerek otoczony taśmą robi wrażenie. Ubaw mam, gdy widzę jak niewtajemniczeni sąsiedzi przystają, biorą się pod boki i dziwują: po co ta taśma i o co chodzi. Jedna sąsiadka zapyta mnie o to cztery razy, więc za każdym razem mówiłam jej co innego. Gdy zapytała po raz piąty, odpowiedziałam, że to przez Covid. Trudno powiedzieć, jakie wrażenie wywarła na niej ta informacja, ale dla spokojności odsunęła się kilka kroków. Nie przyszło jej do głowy zastanowić się, gdzie niby ten Covid miałby się znajdować, na ławce? W piaskownicy? Na drzewie?

Pozostając przy temacie pandemii, to nie ominęła nawet Świnki Peppy. Jedna z książeczek pod tytułem „Często myję ręce” traktuje właśnie o wirusach i bakteriach. Tata Świnka nakazuje Peppie myć ręce nie krócej niż 30 sekund, albo dwukrotne odśpiewanie „100 lat”. Do tej pory słyszałam wersję z myciem rąk i śpiewaniem „Happy Birthday”, a przecież obie przyśpiewki nie trwają tyle samo. A może trwają? Ktoś to w ogóle policzył???

W zeszły piątek byliśmy w Międzyzdrojach, ale widząc tłumy bezmaseczkowców od razu udaliśmy się na psią plażę. Tam, na szczęście mniej ludzi. Ale coś za coś: woda w morzu była pełna wodorostów i wyglądała jak szczawiowa (na szczęście bez jajka, chociaż nigdy nie wiadomo). Wieczorem w domu przez pół godziny wyczesywałam z włosów zielone gadżety, potem je umyłam (włosy, nie gażdżety), znowu umyłam i nadal wyczesywałam.

 

I na koniec, taka oto scenka. Godzina 22. Tamaluga udaje, że śpi. Tomek nie udaje – prawie zasypia. Ja leżę i czytam książkę.

Mat wychodzi od Oliwii i żegna się z przedpokoju.

Mat: Dobranoc!

Ja: Dobranoc.

Tomek (w półśnie): Dobranoc.

Tamaluga: Doblanoc!

Mat: Dobranoc, Tamalugo.

Wyszedł. Wraca. Zapomniał telefonu.

Mat: No, to już na pewno dobranoc.

Oliwia: Dobranoc.

Ja: Dobranoc.

Tamaluga: Doblanoc!

Mat: Dobranoc, Tamalugo.

Tomek: Hę? Dobranoc!

Mat: Dobranoc.

W tym momencie dostaję histerycznego napadu śmiechu. Rozbudzony Tomasz jęczy pod nosem „dobranoc, dobranoc, dobranoc”. Nagle i on wybucha śmiechem i pyta: Pamiętasz scenę z filmu „Szpiedzy tacy jak my”? Teraz wyjemy już oboje plus Tamaluga dla towarzystwa.

Scena, w której Chevy Chase i Dan Aykroyd podają się za lekarzy rozwala mnie od dzieciństwa.

A oto ta scena:

 

RESZTKI

Remainder, Tom McCarthy, 2013,

Jak wspominałam, od jakiegoś czasu wpadają w moje ręce książki dziwne. Dziwne i coraz dziwniejsze. Ale ta przebija chyba wszystkie. Tak pokręcona fabuła mogła powstać wyłącznie w nie do końca normalnym umyśle. Aż sobie wyguglowałam autora. I szok – on wygląda całkiem normalnie, przystojnie nawet. I ta książka akurat jest jego debiutem, co tym bardziej przeraża i daje do myślenia… Co będzie next? Albo co było next, bo chyba coś tam od tego czasu spłodził. W związku z powyższym nie mogę przybliżyć autora, zatem przejdę do fabuły. Historia na pewno jest oryginalna. Nie pamiętam żebym spotkała się dotąd z czymś takim. I chociaż sporo w niej przemyśleń i filozoficznych retrospekcji głównego bohatera (występującego w roli narratora, co jeszcze potęguje efekt) to jednak czyta się ją bardzo dobrze. I daje do myślenia, to na pewno! Książka jest też pełna niedopowiedzeń, a niektóre wątki powstały w ogóle bez sensu, bo niczego nie wnoszą. Może mają na celu lekkie nakreślenie głównego bohatera, tego jakim człowiekiem był wcześniej, zanim.

Rzecz dzieje się w Londynie. Główny bohater, którego imienia nie znam (nie pamiętam czy kiedykolwiek je wymieniono) zostaje ranny w wypadku. Szedł sobie ulicą i spadło na niego coś, co też nie zostaje do końca wyjaśnione, ale można poniekąd domyślić się, że chyba była to jakaś część rozbitego samolotu. W każdym razie żadne tam UFO czy inne nadnaturalne zjawiska, bo ktoś tam realny poczuwa się do odpowiedzialności i proponuje Ugodę. Zajmuje się tym adwokat bohatera, bo ten ledwo jarzy pogrążony najpierw w śpiączce, a potem w długich miesiącach rehabilitacji. Po wszystkim, dzięki Ugodzie, z dnia na dzień zostaje milionerem.

Jest postacią trochę nijaką, bo niczego się o nim nie dowiadujemy. Kilku rzeczy z jego przeszłości możemy się tylko domyślić ze skąpych, pojedynczych zdań. My poznajemy go tu i teraz, czyli tuż po wyjściu ze szpitala. Prawdopodobnie ta część samolotu, która go walnęła spowodowała jakieś nieznane bliżej szkody w jego… umyśle/osobowości/charakterze. Dowiadujemy się też, że cierpi na  częściową amnezję, ale książka skąpi nam szczegółów, również tych, dotyczących jego rodziny i w ogóle przeszłości. Fabuła skupia się na jego doraźnych przemyśleniach i potrzebach, których na początku on sam nie ogrania. Zaczynamy je ogarniać razem z nim, powoli zagłębiając się w jego psychikę. I to już jest jazda bez trzymanki, bynajmniej nie tramwajem!

Facet czuje się nierealny, ale nie wiadomo w jakim sensie i co to dokładnie oznacza. Wiadomo tylko, że za wszelką cenę chce poczuć się „prawdziwy” i dąży do tego wręcz obsesyjnie. Po wypadku nic go nie cieszy, nie smuci, nie wkurza. Czuje się obojętny na tak zwany całokształt. Poszukuje sensu życia, zastanawiając się gdzie ulokować swoją fortunę, żeby czuć, że JEST, że istnieje.

Pewnego razu doznaje olśnienia, a dokładnie przebłysku wspomnień. Widząc pęknięcie na ścianie w toalecie obcego domu, przypomina sobie, że kiedyś mieszkał w kamienicy z podobnym pęknięciem na ścianie. Wytężając umysł i podążając tym tropem widzi sąsiadów i konkretne, przypisane im role. Wynajmuje „faceta od wszystkiego” i każe mu znaleźć, wykupić i idealnie odwzorować budynek z jego wspomnień, a także całą okolicę i wynająć wybranych z castingu ludzi, którzy będą mu przypominać dawnych sąsiadów. Olbrzymie przedsięwzięcie zamyka całą londyńską dzielnicę. Gość dobrze płaci swoim aktorom, każąc im odgrywać ciągle te same role. Wszystko jest obliczone co do milimetra; wzory na posadzce, brud, spadzistość dachu, składzik dozorczyni, dźwięki i zapachy…

Ale to ciągle nie to. Bohater zaczyna odgrywać coraz to inne role, zatrudniać coraz więcej ludzi, brnąć w coraz okrutniejsze sceny. Do czego może się posunąć facet ogarnięty obsesją?

 

 

 

 

 

MADRE

Madre, Chile, reż. Aaron Burns, 2016.

Trafiłam na kawałek niezłego, hiszpańskiego kina. No, dobra: chilijskiego. Thriller i dramat z elementami… horroru? Reżyser Aaron Burns tak poprowadził historię, że stała się realna i wciągająca. Nie jest to dzieło godne Oscara, ale na pewno warte zobaczenia. Ponadto świetnie obsadzone trzy główne role: Diany (Daniela Ramirez), Luz (Aida Jabolin) i Martina (Matias Bassi). Ten film nie ma nigdzie opisu, a wielu aktorów jest mało znanych ale trzyma w napięciu, nie jest przesadzony i napompowany. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to zakończenie. Mam wrażenie, że takie trochę nie do końca przemyślane, a na pewno można było wymyślić coś lepszego.

Diana wychowuje autystycznego syna Martina. Jej mąż, Tomas, pracuje w Japonii i przyjeżdża tylko co jakiś czas na kilka dni. Kobieta nie mogąc liczyć na jego pomoc w codziennych obowiązkach jest coraz bardziej sfrustrowana i wykończona. Zwłaszcza, że spodziewa się kolejnego dziecka. Autyzm Martina objawia się częstymi napadami szału, podczas których chłopiec bije Dianę, rzuca w nią przedmiotami, pluje. Nie można nawiązać z nim kontaktu; nie mówi, nie słucha, załatwia się w pieluchy, nie umie jeść samodzielnie i nie jest w stanie wykonać koło siebie żadnych czynności. Diana, dla własnego bezpieczeństwa, a przede wszystkim dla bezpieczeństwa syna – przywiązuje go w nocy  pasami do łóżka, a pokój zamyka na klucz.

Jej życie polega na bezustannym opiekowaniu się synem, na szeregu tych samych, powtarzających się codziennie czynności. Diana, pomimo skrajnego wyczerpania, bardzo kocha Martina i stara się być dobrą matką. Dodatkowego stresu dostarcza jej ciąża i strach o to, czy dziecko nie podzieli losu brata.

W końcu zatrudnia w roli niańki przypadkowo poznaną kobietę, Filipinkę. I wtedy… Wtedy to dopiero zaczyna się dziać… Dobra. Wystarczy.

 

Tamaluga, chłopaki i nieznana mi ryba

Komar mnie dziabnął w powiekę. Wyglądam jak Rocky po walce. Tyle, że ja z nimi nie walczyłam. Nie dały mi szans na równą walkę, bo atakują w nocy, gdy śpię. Ja doprawdy tego nie kumam: Tamaluga zero obrażeń, Tomasz zero obrażeń, Oliwia zero obrażeń. Ja przejmuję wszystkie ataki! I tak co roku, za każdym razem! Oprócz lewej powieki mam ukąszenia na plecach, obu rękach, nogach i szyi! Oczywiście, cieszę się, że reszta rodziny bez szwanku, no ale do cholery! Trochę to niesprawiedliwe, nie uważacie?

Tamaluga na placu zabaw niezmiennie mnie zadziwia. Bawi się głównie z chłopakami, zwłaszcza starszymi (powinnam się niepokoić?) Od kiedy pamiętam, zawsze wybierała towarzystwo chłopców. Chyba tylko oni mogli dorównać jej energią i temperamentem.

Podchodzi do grupki chłopców 10 – 12 lat i mówi swoją formułkę „Ceść, jestem Tamalka  i mam cztely lata. Pobawicie się ze mną?” I chociaż niewątpliwie krzyżuje im plany, bo przyszli na plac zabaw pograć w spokoju na telefonach, zaczynają się z nią bawić. Patrzę na nich ze swojego punktu obserwacyjnego, za drzewami i nadziwić się nie mogę. Widzę jak Tamaluga robi im trening życia, który niektórym faktycznie by się przydał. Biega jak oszalała z jednego końca na drugi, krzycząc „Gońcie mnie! Łapcie!” I oni za nią zasuwają, z zadyszką, potem i tak dalej. Gdy zażyczyła sobie kręciołka, chyba im się spodobało, bo dawno już zeszła, a oni nadal obracali się dookoła, ze zdziwieniem stwierdzając, że to fajne jest.

Innym razem weszła na boisko, na którym grało z dziesięciu chłopców z ojcami. Taszcząc pod pachą swoją piłkę, stanęła na środku i zawołała „Mogę grać z wami?!” „Nie, jesteś za mała!” odkrzyknął jakiś chłopiec, ale jego tata powiedział „Oczywiście, że możesz!” Po pięciu minutach wszyscy stanęli jak wryci patrząc na Tamalugę zasuwającą z piłką przy nodze, wymijającą ich i strzelającą gole. „Dziecko, ile ty masz lat?!” zapytał jakiś tata. „Ja mam cztely latka i mam na imię Tamala”. Ów tata podszedł do nas i mówi „Jestem w szoku. Czy ona chodzi na jakieś zajęcia z piłki nożnej?” „Nie!” –  jeszcze tego by brakowało.

Dzisiaj na placu zabaw, chociaż miała do dyspozycji aż dwie dziewczynki (i faktycznie pobawiła się z nimi chwilę) zaraz ruszyła do chłopców. I teraz muszę wam zobrazować, jak ci chłopcy wyglądali. Ludzie z mojego pokolenia skumają w czym rzecz. Ci chłopcy byli jak wyjęci z jakiegoś serialu z lat 80. Wiek, mniej więcej 5 lat, 6 i 9. Łobuziaki o wyglądzie aniołków. Jasne włoski i błękitne oczy. Brudne, podarte koszulki, jeden boso, drugi w kaloszach… Najpierw łapali Tamalugę i przewracali się z nią. Potem szaleli na zjeżdżalni, a potem na kręciołku. W końcu, po godzinie Tamaluga wskoczyła na dużą huśtawkę do jakiejś dziewczynki, korzystając z okazji, że dziadek buja. Po chwili podchodzą chłopcy. „Tamarka, chodź z nami, mamy takie kulki co się rzuca i strzelają”. „Ale o co chodzi?”, pyta Tamaluga. „No, rzucasz w ziemię i robi się wybuch”. „Acha, to wy tak sobie stselacie?” „Tak” „To stselajcie sobie, a ja nie chcę, ja się tełaz bawię z dziewcynką”. „Tamarkaaa, no chodź, będzie fajnieeee” „Nie, bo ja zalaz idę do domu, wies? Mamusia ceka”. „No, weź, na chwilę…” „No, dobze. Co mam lobić?” „Weź ostrożnie i rzuć daleko od siebie” „Ale fajne stselanie! Dziękuję!”

Że tak się powtórzę: powinnam się martwić?

Mój telefon mocno szwankuje. Spieprzył się dotyk: przestał działać na skrajnych literach, na cyfrach i interpunkcji. Czasami uda mi się go obrócić i działa. Ale rzadko. W zasadzie obrót też się spierniczył. W poniedziałek byliśmy na grillu. Oliwia siedziała w cieniu i rysowała (tak, ona cały czas ma egzaminy i zaliczenia, i chociaż byliśmy już na wczasach, to dla niej wakacje jeszcze się formalnie nie zaczęły). Ja krążyłam wokoło, usiłując napisać sms, przekrzywiając telefon pod różnymi kątami. „Mama, ale ty wiesz, że jest coś takiego jak sms głosowy?” zapytała Oliwia, nie odrywając się od rysunku. Jezu. No niby coś tam wiedziałam, ale zapomniałam i nie kojarzyłam tego z moim telefonem! I wtedy córka ma średnia, wzięła mój telefon i oświeciła mnie. Tak, po prostu. O, Bogowie! Świat nagle stał się dużo prostszy! Ileż zaoszczędzonego czasu i nerwów! Zaraz zaczęłam próbować, oczywiście, a Tamaluga, dla której telefon, tablet i laptop nadal występują pod jednym określeniem: kuła, zapytała czy kuła mnie rozumie, gdy tak do niej mówię.

Dzisiaj smażąc kotlety, położyłam telefon na stole, w pewnej odległości. Dyktując smsy gadałam głośno sama do siebie. Tomasz zajrzał tylko raz i wycofał się bez słowa.
Oliwia zajrzała dwa razy z pytaniem, czy wszystko ze mną OK. Oboje jednak znają mnie na tyle, że nic już nie jest w stanie ich zdziwić. Wymieniałam się  akurat smsami z Dziubasową, i zdania dyktowane przez mnie, nawiązujące do poprzedniego kontekstu, rzeczywiście mogły nie mieć sensu. Jedno z nich brzmiało na przykład:  „Ja nie znam jemy rybę”.

Także…

Między nami sąsiadami

Tu narazie jest ściernisko, ale będzie wiadomo co.

Zmiany nadciągają, zmiany… Nie w polityce, bo tutaj, jak wiadomo, żadnych, niestety nie przewiduję. Zmiany nadchodzą na moim podwórku. Na skwerku miedzy blokami, co to nie wiadomo do kogo należy. W tzw. czynie społecznym skrzyknęli się sąsiedzi (trzej) w osobie Tomasza, Krisa i Dziwnego Michała. Tomasz mój wpadł był na pomysł, skwerek do stanu używalności przywrócić, co by lata świetności sobie przypomniał. Bo lata świetności były, oj były. Były i huśtawki, i inne takie, i piaskownica, i trawka, i drzewka, i ławeczki.

Huśtawka i inne takie zniknęła w bliżej nieokreślonych okolicznościach, mniej więcej 15 lat temu. Ławki dewastowane były sukcesywnie, przez żulków okolicznych, którzy najpierw komara na nich przycinali, a potem (chyba) zabierali kawałek na pamiątkę. Piasek w piaskownicy dawno piaskiem być przestał, tyle się go jeno ostało, co by na kuwetę starczyło, z czego korzystały ochoczo wszystkie okoliczne koty, plus ich znajomi i znajomi ich znajomych.

Zatem Tomasz wpadł na pomysł i miał plan. Chciał odnowić skwerek dla Tamalugi, więc uderzył z pomysłem do dzieciatych. Do, w miarę normalnych ojców, należy Kris i on od razu podchwycił. Dziwny Michał dzieci nie ma, ale zwerbowali go sposobem – wciąż jest przekonany, że robi wybieg dla psów. Bardzo byłam ciekawa jak im pójdzie, gdy wreszcie zaczną, bo zacząć też łatwo nie było. Zebrało się, oto, trzech chłopa, z których każdy był samozwańczym pomysłodawcą, kierownikiem budowy i prezesem całego zamieszania. Dylematy ich też iście prezesowskie były, bo gdy po raz piąty w ciągu 10 minut zawołano mnie do oceny czy ławka stoi prosto – przeszłam podwórkowe załamanie nerwowe. I choćby była najbardziej krzywą ławką świata – i tak stwierdziłam, że jest równo, bo to już było nie do zniesienia. Tomasz, wziąwszy sobie wówczas wolne od czynu społecznego –  chichocząc zaproponował im sześć innych poziomic, skoro ta nie działa . Na wypadek, gdyby poddawali w wątpliwość moje oko, oznajmiłam, że przez czas dłuższy pracowałam w reklamie wizualnej, przez co kwestię „równo i prosto” mam w małym palcu u stopy. Uspokojeni zapewnieniem wbili wreszcie  ławkę, która była nieco krzywa.

Następnie zajęli się piaskownicą. Tomek wylał beton na brakujące bloki i jakoś im sprawnie to poszło. Już mięli sobie przybijać żółwiki, gdy nadleciał Snajper lamentując, że miała tam posadzone trzy krzaczki winogron i dwa krzaczki pomidorków koktajlowych.

– Pffff – powiadomili ją wspólnie, gdyż było już za późno. Winogrona i pomidory zgodnie poszły się… Ich nie ruszyło, ale mnie trochę tak. Zwłaszcza utrata pomidorków koktajlowych. Ze zdumieniem stwierdziłam, że po raz drugi w ciągu niespełna tygodnia staję po stronie Snajpera! (Pierwszy raz był po wyborach, po których to Snajper wyraziła swoją – delikatnie mówiąc – dezaprobatę, po której to z kolei, wywalili ją z Facebooka).

Gdy stanęły pierwsze ławki, ktoś musiał je przetestować. Wtedy to zeszła z góry sztywna Jola. Jola tak naprawdę nie jest sztywna, tyle, że jest po operacji kręgosłupa, więc sztywno, że tak powiem, się przemieszcza. Sztywna Jola udała się wprost ku słońcu, choć nadciągał już wieczór. Uprzejmie zapytała, czy zechcę jej towarzyszyć w rozpuście i upodleniu, gdyż jest już po czterech Desperadosach. Przystałam ochoczo. Jola miała pierwszą wyjściówkę od kiedy udało jej się wstać o własnych siłach. Ja, co prawda operacji nie miałam, ale też nie pamiętałam kiedy ostatni raz miałam wychodne bez ogona i na dłużej niż 15 minut. Tomasz po ciężkim dniu udał się na zasłużony spoczynek, Tamaluga wręcz przeciwnie, ale chwilowo wyrzuciłam to z głowy.

Zasiadłyśmy na pierwszej z trzech nowych ławek, ja z whisky, ona też z whisky, gdyż zrobiłam jej drinka widząc, że po Desperadosach ostało się jeno wspomnienie. Gwoli ścisłości: Jola nie jest jakąś moją bliską koleżanką (w każdym razie nie była do tej pory), po prostu sąsiadką z zaledwie rocznym stażem. No, panie i panowie, nie wiedziałam, że ona taka Hej do przodu! Nie znałam koleżanki tej strony! Po zdawkowym „co u niej”, przeszła przez „Jezu, jak ja uwielbiam ciebie i Tomka”, aż po „Tamaluga jest najbardziej niesamowitym dzieckiem świata”. Potem poznałam tajniki jej krwawego porodu, a potem dołączył do nas Dziwny Michał. On też musiał walnąć karniaka, czyli wysłuchać Joli od początku – o mnie i Tomku, o niesamowitej Tamaludze oraz – tak – o Jolinym porodzie.

Sąsiad też miał już w czubie, więc wysłuchał porodu z uwagą, po czym stwierdził, że mój Tomasz jest najlepszym kolegą, jakiego kiedykolwiek miał, ja jestem najpiękniejszą kobietą podwórka (!), a Tamaluga najcudowniejszym dzieckiem jakie kiedykolwiek spotkał. Oczekując rewanżu, zapytał co ja o nim sądzę. Nie bardzo widziałam, co powiedzieć, więc stwierdziłam szczerze, że według mnie za dużo pije. Po tych słowach zaległa cisza, więc skoczyłam do domu zrobić sobie i Joli kolejnego drinka. Potem obgadaliśmy trochę siedemdziesięcioletnią sąsiadkę z parteru, która nocami ogląda pornole. Dowiedziałam się tego od Tomka, który kiedyś wieczorem przechodził pod jej oknem. Dziwny Michał położył się twarzą na ławce stwierdzając, że pewnych rzeczy nie da się odsłyszeć, i że już nigdy nie spojrzy na nią normalnie. I dobrze. Dlaczego tylko ja mam tak mieć?

Potem udałam się po kolejne drinki i Dziwny Michał zaczął opowiadać o czasach, gdy był ratownikiem medycznym i ratował ciężarną z wypadku. Jola nie chcąc być gorszą, nadmieniła, że pracuje w psychiatryku i sama niedługo zacznie brać psychotropy. Póki co, bierze silne tabletki przeciwbólowe na kręgosłup. Przy kolejnym drinku zaczęli się wymieniać nazwami tabletek i nazwiskami psychiatrów, więc oddaliłam się nieco.

Po kolejnym drinku dowiedziałam się o nowej miłości Joli i o lękach Dziwnego Michała, więc kiwałam głową uprzejmie. Potem Dziwny Michał zadał mi jakieś pytanie, a że nie słuchałam uważnie (zastanawiając się czy Tamaluga już śpi, czy potrzebuje mojej interwencji) nie miałam pojęcia co odpowiedzieć. Na szczęście Jola przyszła mi z pomocą wymiotując głośno i spektakularnie, tuż obok nowej ławki.

Z Dziwnym Michałem porozumieliśmy się bez słów. Dźwignęliśmy Jolę pod ramiona i zatargaliśmy do domu, co było trudne, gdyż – pijana czy nie – nadal była sztywna. A może nawet bardziej. W połowie schodów miałam kryzys, ale dzielnie dobrnęłam do końca. Na szczęście to tylko pierwsze piętro.

Ułożyliśmy Jolę w łóżku i wyszliśmy. To znaczy ja wyszłam, bo myślałam, że sąsiad idzie za mną. On jednak nie wyszedł. Wróciłam na ławkę, posprzątałam, wyniosłam Joline butelki na śmietnik – on wciąż nie wychodził. Nie znałam go dobrze, poza tym był przecież Dziwny. Wróciłam do mieszkania Joli, ale Dziwny Michał właśnie z niego wychodził. Dochodziła trzecia, więc pożegnaliśmy się i udali do swoich domostw. Potem nie widziałam Joli cały dzień. Po głowie chodziły mi nagłówki z „Faktu”: „Sąsiedzka popijawa zakończona morderstwem”. „Tragedia na podwórkowym skwerku”. Zastanowiłam się, czy i kiedy zapuka do mnie policja, bo widziałam ją jako jedna z ostatnich. Jolę, nie policję.

Na szczęście dzisiaj ją zobaczyłam. Podeszła do mnie sztywno, jak to ona, i uściskała serdecznie.

– To za miskę – powiedziała wzruszona.

– Jaką miskę?!

– Postawioną koło łóżka. Bardzo się przydała…

 

 

Nielegalna mięta i napis na chodniku

Na początek mam dwa pytania. Tylko proszę o szczerość.

1.Jak często zdarza wam się odkręcić prysznic, ze słuchawką skierowaną w twarz albo w ubranie?

2.Jak często zdarza wam się kupić coś, co jest wam absolutnie niepotrzebne? Nie mam tu na myśli chwilowej fascynacji czymś, co planujecie nosić i używać, a nie nosicie i nie używacie. Chodzi mi raczej o sytuację, gdy nie macie pojęcia dlaczego kupiliście tę rzecz, jaki genialny cel wam przyświecał w momencie zakupu, a w ogóle to nie ogarniacie jak do tego doszło (i w skrajnych przypadkach: kiedy).

Zważywszy, że jesteście osobami o światłych i wnikliwych umysłach, na pewno zauważyliście, że pytania zaczęłam nie od „Czy”, ale od „Jak często”. Nie zastanawiajcie się jednak nad tym zbyt długo i nie wyciągajcie pochopnych wniosków.

xxx

Osy to są mściwe bestie. Nie macie czasami wrażenia, że one żądlą dla satysfakcji? Spróbuj jakąś zabić, a zaraz zlecą się jej koleżanki w odwecie. Nie dlatego, że były w jakiś szczególny sposób związane emocjonalnie ze zmarłą. Robią to, bo mają pretekst. Zupełnie jak kibole.

xxx

Polityka i temat wyborów, oczywiście, niepodzielnie na ekranie, od południa do wieczora. Cieszę się, że Tomek, albo jest w pracy, albo czymś zajęty i mogę sobie oglądać i słuchać bezkarnie. Szkoda mi tylko Tamalugi. Nie zdawałam sobie sprawy jak to na nią działa, aż do momentu gdy usłyszałam jak skanduje wyborcze hasła. Robiła to półgłosem, więc nie jestem pewna, ale brzmiało jak ZWY-CIĘ-ŻYMY! ZWY-CIĘ-ŻYMY! Wykonała to idealnie, równo z tłumem, ani razu nie odrywając się od rysowania.

xxx

Zakupiłam miętę w doniczce. W stanie agonalnym. Zawsze kupuję rośliny w stanie agonalnym, żeby je wyleczyć. Niosłam ją ostrożnie na trasie Biedronka – dom, po drodze mijając patrol policji. Uświadomiłam sobie, że skoro mentolowe papierosy są zabronione to mięta staje się rośliną nielegalną. Poczułam się jak bym dzierżyła marychę. Serce podeszło mi do gardła, ale przeszli dalej.

xxx

Internetowe wydanie Faktu nie ma sobie równych. Już kiedyś o tym pisałam. Od zawsze było świetnym przykładem o czym pisać, gdy nie ma o czym pisać. Oprócz tego jest też świetnym przykładem jakie zdjęcia wkleić, gdy nie ma czego wkleić. I tak, ostatnio trafiłam na połączenie tych dwóch przykładów. Oplułam się kawą.

Otóż, na pewnym polskim podwórzu, ktoś kredą na chodniku napisał brzydkie zdanie na kogoś o odmiennej orientacji seksualnej. Oczywiście, sam czyn godny potępienia, ale Fakt to się tak rozpisał, tak rozdmuchał to wydarzenie… Tak jak by to był jedyny chodnik w Polsce, na którym kiedykolwiek napisano coś brzydkiego. Dobra, spoko, zabrakło ciekawych tematów. Ale! Okazało się, że zabrakło też zdjęć do tego gorącego newsa. No, bo tak: można wkleić fotę napisu (z zamazanym słowem). Można wkleić zdjęcie samego podwórka (widok po różnym kątem). No i co jeszcze?

Ostatnie zdjęcie zwaliło mnie z nóg:

Przysięgam.

Z podpisem KREDA, ażeby pozbawić nas resztek złudzeń.

Można?

xxx

To na zakończenie Tamaluga krzycząca przez cały plac zabaw:

– Chłopakuuu! Pocekaj na mnie, chłopakuuu! Zalaz psyjdę, tylko zlobię siusiuuu!

 

I jeszcze na zakończenie, idealnie dopasowane głosy w absolutnie rewelacyjnym utworze, w którym jestem zakochana od chwili, gdy go odkryłam. Jak stwierdziła Oliwia, gdy jej go puściłam – Jego jedyną wadą jest to, że jest za krótki. Niestety dłuższy być nie może, bo nigdy tak naprawdę nie został dokończony.

Założę się, że większość z was nigdy go nie słyszała. Enjoy! 🙂