Jak odpuścić?

…bo zapuściłam się.

To zdrowo.

Poniekąd to wina moja, ale tylko poniekąd, bo jak wiadomo, i że tak zrymuję: „winni są zawsze inni”. W tym konkretnym przypadku – zamknięte fryzjery, i inne takie, i zamknięta ja, w czterech ścianach. A co jest już szczytem szczytów: w czterech ścianach z lodówką. W dodatku zawsze pełną, przez zapasy, co to mi je kazali zrobić, z zawiści chyba, no bo nie z konkretnej potrzeby. Efekt jest taki, że wyglądam jak wyglądam, ale jak, to do końca nie wiem, bo nie mogę na siebie patrzeć. Już od czasu jakiegoś. Od 2 miesięcy. Przypadek?

W ramach protestu zrobiliśmy z Tomaszem nasze własne wybory. Nie wiem, na ile one demokratyczne, bo niby przez publiczne głosowanie, a nawet zdecydowany aplauz, ale wyraźnie widać, że ktoś manipuluje, bo zawsze wygrywa Tomasz. W zasadzie cieszę się, że on zawsze wygrywa, bo głosowanie dotyczy tego, kto pójdzie do sklepu. I tym sposobem nie pamiętam już jak wygląda nasz Społem. Moglibyśmy też, w zasadzie, ciągnąć losy. Tylko, że nikomu nie chce się ich robić. Zaproponowałam rzut monetą, na co Tomasz stwierdził, że nie jest szczęśliwym ich posiadaczem, na co ja, że hmm to zastanawiające, bo notorycznie podbiera mi je z portfela. Na co on prawie się obraził, ale zanim, to jeszcze zaproponował rzut Monetem. I faktycznie: zwinął w rulon plakat obrazu Moneta i pizdnął nim przez pokój. Tyle, że nic z tego nie wynikło, bo nie zdążyliśmy ustalić czyj jest wierzch, a czyj spód.

Siedząc w domu, poza, oczywiście całą masą pożytecznych rzeczy, zdobywałam, chcąc nie chcąc całą masę wiedzy bezużytecznej. Dowiedziałam się, na przykład, że keczup bywa zdrowszy od pomidorów, szlaban można łatwo staranować, a Paul McCartney , jeszcze z Bitelsami skomponował piosenkę w taki sposób, żeby dźwięk był słyszany i odbierany przez jego psa. Gdyby ktoś był zainteresowany – wklejam na końcu.

Tamaluga nadal produkuje świeczniki, wykorzystując dary lasu i plaży. Najprzyjemniejszą częścią jest dla niej barwienie soli. Dla mnie mniej. Ale nie zawsze mamy to, co chcemy, nieprawdaż? Chciałam żeby Tamaluga zabierała na wakacje idealnie wykonaną lalkę. I kompletnie nie mam wpływu na to, że zabiera trzy zdezelowane misie, pamiętające dwa pokolenia, a co jeden to bardziej wypaczony. Gdy żył Pan Roniowy, najdoskonalszy golden retriever jakiego nosiła ziemia, dystyngowany i sikający pod wiatr – zawsze uważałam, że do tak wspaniałego psa pasują wyłącznie estetyczne zabawki. I kompletnie nie miałam wpływu na to, że zabierał na wakacje rozciągnięty, brudny i zapluty  kawał  gumy, który kiedyś był piłką w kształcie lwa. O, i teraz wy staliście się posiadaczami wiedzy bezużytecznej. No, chyba że kogoś żywo zainteresowała przeżuta guma mojego psa, a myślę, że wśród was znajdą się tacy.

Poza zdobywaniem wiedzy bezużytecznej, miałam mnóstwo czasu żeby zrozumieć, że nic nie rozumiem. Z tego co się dzieje w naszym kraju. Gdy byłam dzieckiem nie rozumiałam wielu rzeczy, i miałam nadzieję, że wszystko wyjaśni się, gdy będę dorosła. Okazało się, że jako dorosła rozumiem jeszcze mniej.

Będąc dzieckiem, nie rozumiałam na przykład powiedzonka dorosłych „Musisz zjeść obiad do końca, bo dzieci w Afryce głodują”. Gdzie tu sens, gdzie logika? Czy jeśli zjem obiad, to dzieci w Afryce też się najedzą? Według małej mnie, bardziej logiczne byłoby spakowanie tego obiadu i wysłanie go do Afryki, ale byłam tylko dzieckiem, więc mogłam się mylić.

A poza tym, co jakiś czas staram się ćwiczyć. Co jakiś czas. Nie mam ja farta do internetowych propozycji, a przecież wybieram tylko ćwiczenia dla dzieci! Małpka siedzi i kręci stopami, myślę – idealnie! Oto ćwiczenie na miarę moich możliwości. Okazało się, że małpka siedzi i kręci stopami zapraszając do kliknięcia. Na ćwiczenia właściwe. Na tyrę i mordęgę wszechczasów.

Unikajcie małp.

Jeden ze świeczników Tamalugi.

Piosenka Paula dla psa:

 

 

 

Garść Tamalugi

Tamaluga bawi się smokami. Piszę akurat pracę, więc obserwuję ją kątem oka i widzę, że smoki chorują, jeden po drugim. Podjeżdża karetka na sygnale i zabiera smoki po kolei. Przy szóstej rundzie Tamaluga ma dosyć. Jest symbolem obecnej kondycji całej służby zdrowia. Widzę, że sfrustrowana, wrzuca wszystkie smoki do smoczego zamku. Widzę, że wyciąga wstążkę. Widzę, że tą wstążką, niczym taśmą policyjną, owija cały smoczy zamek. Następnie odkaża ręce, mówiąc „Tam jest wilus i choloba. Nie mam siły.”

 

Tamaluga maluje. „Ładna pustynia?” „Ładna, ale na pustyni nic nie rośnie.” „A palmy losną?” „Nie”. „A w dziungi?” „A w dżungli jest mnóstwo roślin.” „No, to narysuję dziungi.”

 

„Mama, a wies jak się nazywają takie małe, białe dzewka?” „Jak?” „Wakacje!”

 

„Muszę iść wolno, bo jak będę szybko idziła to może burczeć brzuszek”.

 

„Idziemy już?” „Tak, tylko nie wiem w co cię ubrać”. „No to się zastanów.” „Zastanawiam i nie wiem.” „No to zastanów się cały łas.”

 

„Tamarka, kończ już, bo jest bardzo późno.” „A mogę dokońcyć bajkę?” „Dobrze.” „No, a ty mozes udawać.” „Co udawać?” „Mozes udawać, ze jest nie tak baldzo późno.”

 

„Zobacz, mamusię boli główka. Pogłaszcz mamusię po rączce.”

„Nie mogę, tatusiu, bo będę głascyć i powiem ze juz, a ona powie ze jesce, i sie zlobi godzina baldzo jedenasta.”

 

Tamaluga ma kucyka Ponny, który śpiewa, ma mikrofon i można śpiewać razem z nim, a oprócz tego coś tam gada. Siedzę w drugim pokoju i słyszę dialog Tamalugi z kucykiem:

Kucyk: Hellooo! Jest tu ktoś?

Tamaluga: Tak, ja tutaj jestem, bo tatusia nie ma. Pojechał. Tylko ja jestem, wies? I baldzo cię kocham.

Kucyk: Zaśpiewajmy razem!

Tamaluga: Dodzie (dobrze). Ale za chwilkę, wies?

Kucyk: Jesteś świetna!

Chwila ciszy. Tamaluga wzdycha: Nie, nie jestem taka świetna.

 

To na deser ja.

Mam (nadzieję, że nie tylko ja) czasami często takie dni, że nie do końca ogarniam co się dzieje, nie mogę się skoncentrować i przejęzyczam się częściej niż zwykle.

Leci jakiś film przyrodniczy i właśnie wylęgły się larwy. Jednej z nich dają mega zbliżenie, więc gapię się zafascynowana poniekąd, chociaż nie jestem pewna czy dociera do mnie, co oglądam. Wchodzi Tomasz, zerka w ekran i pyta: – Co to jest?

– laura.

– Kto???

– laura.

Gdy dociera do mnie, co powiedziałam, próbuję się poprawić i mówię:

– lawra

Jesssssu, jakie to frustrujące, ale Tomasz wyje ze śmiechu, więc wyję i ja. Tylko, że on jest bezlitosny. Odtąd każdy napotkany robal jest dla niego Laurą… :/

„Dziungi”

„Sklep z kokardami”

„Morze i pirackowy statek”

„Plaża”

Nie mam pojęcia 😀

Kucyk daje koncert dla służb ratowniczych, wszyscy oglądają z aut (i dachów) z uwagi na pandemię.

Odkrycia

Siedząc posłusznie w domu (przez większość czasu) dokonałam wielu ważnych dla ludzkości odkryć. Oto one:

1. Gdy opłaca się rachunki regularnie to one jakby rzadziej przychodzą. W sensie w większych odstępach.

2. Nutellę można jeść na śniadanie, obiad i kolację. Można nią rysować i w niej rysować. Można wsadzać do niej różne rzeczy, na przykład palce albo patyki. W słoiczku po niej można wyhodować szczep bakterii (nie mylić z wirusami) albo użyć go do masowej lub indywidualnej produkcji czegokolwiek.

3. Gdy coś schowam w dziwnym miejscu żeby pamiętać to prawie na pewno zapomnę. O dziwo nie dotyczy to butelki Walkera.

4. Tamaluga jest w posiadaniu 6 zabawek interaktywnych. Do tej pory nie wiedziałam, że jest ich aż tyle. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie chodziły wszystkie na raz.

xxxxxxxx

Umysł mój, nadwątlony już mocno „przed”, w izolacji ciągnął resztkami sił. Dlatego ucieszyłam się, że naszym krajem rządzą cudotwórcy. Raz dwa uporali się z wirusem, co, wraz z trzynastą emeryturą, tylko przypadkiem zbiegło się z wyborami.  Nieważne. Najważniejsze były te otwarte lasy i plaże.

Oczywiście po pierwsze udałam się do lasu.

Udali się też inni. Wielu innych. Przypuszczam, że do lasu przyszli nawet ci, którzy dotąd nie mieli pojęcia, że mamy w ogóle jakiś las.

Oczywiście po drugie udałam się nad morze.

Z pewną dozą nieśmiałości jednak, nie wiedząc czy zaraz zza rogu nie wyskoczy ktoś z nową dyrektywą. A to byłoby straszne, bo ja już przestałam ogarniać te istniejące. Udałam się, zatem, cichaczem i z partyzanta. Po drodze, zatrzymaliśmy się na piknik w środku lasu, z którego to postoju Mat przywiózł dwa kleszcze, a Oliwia jednego.

Oczywiście po trzecie udałam się na działkowego grilla. Co prawda do 1 (słownie: jednej) osoby, ale…

… Nie mając pojęcia, czy można, i co można, i czy siedzieć na działce tak, ale grillować to już nie, a jeśli grillować tak, to w ile osób i co?

Ja już nawet nie jestem pewna ile trzeba mieć lat, żeby w ogóle wyjść z domu.

I w jakiej odległości od partnera spacerować?

I czy odstęp między małżonkami może być krótszy, niż między konkubentami?

A jeśli tak, to czy małżonkowie po ślubie cywilnym mogą być tak samo blisko jak po ślubie kościelnym?

xxxxxxxxxx

Kiedyś dla adrenaliny robiłam dosyć ekstremalne rzeczy. Dzisiaj adrenaliną jest dla mnie puszczenie losowo listy przebojów w aucie.

I w związku z ta adrenaliną, tą obecną adrenaliną, adrenaliną na miarę moich możliwości –  ścisnęłam sobie kieszeń. Bo tak sobie szłam, i szłam, i szłam i wyczułam coś w kieszeni, ale tak, bez wsadzenia ręki. Strasznie mnie intrygowało co to, i najprościej byłoby sięgnąć i to wyjąć, ale nie! Adrenaliny mam w życiu tak mało…

To nie były klucze, nie chusteczki, właściwie kształt nic mi nie mówił. Ale fajnie się klikało. To znaczy naciskałam to coś, a to coś wydawało taki klik. Krok, ścisk, klik. Krok, ścisk, klik. W połowie drogi do domu wyklikałam już amerykańską pieśń z czasów wojny secesyjnej, a i klik robił się coraz bardziej niemrawy. Jakiś taki słabszy i bez mocy. W końcu nie wytrzymałam, wsadziłam rękę do kieszeni i natychmiast wyjęłam z odrazą. Wszystko było w jakiejś dziwnej mazi; ręka, kieszeń, spodnie…

Wynieście z tego naukę żeby nie klikać bez powodu.

Dla zainteresowanych: to był żel antybakteryjny.

OA

No tak. Kategoria „Na ekranie” w założeniu miała być o filmach, nie o serialach, bo z serialami zawsze było mi jakoś nie po drodze. Ale się skusiłam. Na OA. To drugi serial, po ST, który mnie lekko pochłonął. Za namową i dzięki Sylwii  , dotarłam szczęśliwie do końca sezonu, i tak sobie pomyślałam, a co tam, napiszę o nim.

Tylko, że bardzo trudno go zdefiniować. Naprawę trudno. Niesamowity klimat i mieszanina gatunku. Myślę, że dzięki temu nie ma konkretnej grupy odbiorców, i że może trafić do każdego. Dobra, jest specyficzny, więc może jednak nie do każdego. Gdybym tak chciała jednym zdaniem, jedną jakąś myśl filozoficzno refleksyjną wyłonić to może zaczęłabym od tego, że jest TAM COŚ. Po tamtej stronie. Ale światełko w tunelu stało się passe. Teraz na topie są inne rejony. Jądro Ziemi, pierścień Saturna? W końcu kosmos to też niebo, co nie? I powiem wam, że taka wersja jest całkiem niezła.

A dziewczyna niezwykła. To na pewno. Świetne role mało znanych aktorów. Przejmujące jak cały serial. Z jednej strony trudno go opowiedzieć, nie zdradzając fabuły. Z drugiej strony łatwo go opowiedzieć, nie zdradzając fabuły, bo jest ona tak rozbudowana i fantastyczna, że wyławiając jeden wątek, nie opowie się nic.

Dobra, próbuję.

Zaginiona dziewczynka Prairie odnajduje się po 7 latach, ku wielkiej radości adopcyjnych rodziców, którzy jednak pomimo usilnych starań nie mogą się niczego od niej dowiedzieć. Prairie w taki czy inny sposób przyciąga do siebie kilku mieszkańców miasteczka, zagubionych, zbuntowanych, z problemami. To im decyduje się opowiedzieć swoją historię. Każdego wieczora spotykają się w opuszczonym domu, poznając nie tylko okoliczności zaginięcia dziewczyny, ale też całą historię jej życia. Jednocześnie zmagają się na co dzień z własnymi demonami. Wydawałoby się, że nigdy nie osiągną spójności i harmonii, a właśnie spójności i harmonii potrzebuje Prairie do realizacji pewnego planu. Trochę to zagmatwane, ale opowieść jest piękna. Jest w niej pasja, wytrwałość, miłość i empatia. Dobro w odpowiedzi na zło. Bo dobro jest zaraźliwe. Bardziej niż wirus. No i jest też tamta strona, czyli NDE – Near Death Experience. Krótkie stany śmierci klinicznej. Wizje z pogranicza życia i śmierci, miejsca, których nie można odwiedzić za życia, wybory, które wcale nie są oczywiste. Lekarz ci powie, że to nadczynność szyszynki, ale nie daj się zwieść. Obejrzyj OA i sam oceń. Mogę dodać jeszcze, że odtwórczyni głównej roli jest jednocześnie współscenarzystą serialu. Udźwignęła więc go podwójnie, a jako Preirie vel OA jest rewelacyjna.

 

 

ODBIORĘ CI WSZYSTKO

2019

Historia prosto z Norwegii, i między innymi to mnie skusiło, bo lubię skandynawskie kino i literaturę. Autorki – Ruth Lillegraven nie znałam do tej pory. Ładna babka, która właśnie przekroczyła czterdziestkę. Pisze całkiem nieźle, tak dojrzale, jak by miała ze dwadzieścia lat więcej. I w skomplikowanym norweskim systemie politycznym też się dobrze rozeznaje, bo polityki w książce sporo. Ale! Niech nie zraża to tych, którzy polityki nie lubią, w każdym razie w książkach. Cała akcja jest tak poprowadzona, że nie ma czasu się znudzić.

Fabuła przebiega kilkutorowo, a właściwie dwutorowo, chociaż ostatecznie i tak wszystko sprowadza się do jednego „tramwaju”. Tramwaju zwanego zemstą. Ale to pięknie określiłam. Na tapecie mamy małżeństwo z dwojgiem dzieci, dzielące życie między pracą, a domem. Przy czym praca pochłania ich bardziej. Zwłaszcza ją – Clarę, która pracuje w Ministerstwie Sprawiedliwości, i która usiłuje naprawdę zrobić coś dla świata, dokładnie dla maltretowanych dzieci. Póki co, próbuje przeforsować ustawę w tej sprawie, a potem zacząć realnie działać. Niestety coraz trudniej jest jej złapać kontakt z własnymi synami. Trochę z powodu zaangażowania w pracę, trochę z powodu kryzysu w małżeństwie, a trochę w związku z traumatycznymi przeżyciami w dzieciństwie.

Jej mąż, Haavard jest lekarzem, pracującym w publicznym szpitalu. Na co dzień spotyka się z cierpieniem dzieci, co wykańcza go psychicznie i fizycznie. Zwłaszcza jeśli te dzieci są ofiarami własnych rodziców. Tajnymi dojściami, choć bez konkretnego planu, gromadzi dane rodziców, którzy dopuszczają się przemocy wobec dzieci, i sporządza listę. Zapisana w komputerze nie wygląda groźnie, ale nagle ludzie z listy zaczynają umierać w dziwnych okolicznościach. A to już jest dla policji podejrzane. Haavard jest podejrzany.

Obok głównego wątku, biegną sobie wątki poboczne, że tak już przy torowisku zostanę. Narracja rozłożona jest na kilka postaci, przede wszystkim na Clarę i Haavarda, ale też poznajemy współpracowników obojga i ojca Clary, z którym kobieta jest bardzo związana. Powoli odkrywamy tajemnicę z jej dzieciństwa, no i standardowo już, zadajemy sobie pytanie, czy każdy czyn w dobrej wierze można usprawiedliwić?

Książkę czytało się dobrze i szybko. Pomijając kilka sytuacji, w których działania bohaterów uznałam za irracjonalne, a przynajmniej dziwne. Ale to w końcu potomkowie Wikingów, także…

 

Uzbrojona i niezdolna

No? Jak się trzymacie? Przesyłam wam pozytywne myśli, ale nie wiem czy dochodzą, bo wszystkie są w maseczkach. Czasami jestem pełna wiary i optymizmu, a czasami nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Wtedy mam ochotę zawinąć się w kołdrę i obudzić w starym, dobrym świecie. Innym razem myślę, że nic się nie dzieje bez powodu, i że musimy to przetrwać, bo jest nam to potrzebne do… do… nie wiem do czego, ale do czegoś na pewno. I że uczy nas… nie wiem czego, ale czegoś na pewno, i gdy już coś wymyślę, to dowiecie się pierwsi, o!

A co do maseczek to przeżywam podwójną traumę.

Po pierwsze dostaję w niej ataku klaustrofobii i wpadam w panikę.

Po drugie, nigdy nie miałam pamięci do twarzy, więc możecie sobie wyobrazić co czuję, gdy wszyscy są w maseczkach.

Musiałam pójść na rynek. Założyłam maseczkę, ale coś było nie tak. Zorientowałam się, że założyłam ją do góry nogami. Jeśli to w ogóle robiło jakąś różnicę, i maseczka ma górę i nogi. Moja miała. Po krótkiej szarpaninie udało mi się ją zdjąć i ponownie przywdziać. Tym razem, że tak powiem, wnętrzem do zewnętrza. To już chyba robiło różnicę, ale nie wiem. Kolejny raz ją zdjęłam, razem z kępką włosów i okularami, oraz ponownie założyłam.

Wyszłam niepewnie i chwiejnie i naprawdę siłą woli powstrzymywałam się od podpierania o drzewa i słupy. W połowie drogi stwierdziłam, że nie oddycham, ale nie mogłam sobie przypomnieć od kiedy. Wpadłam w panikę, ale przecież nie zawrócę.

Na rynku dostałam histerycznego napadu śmiechu. Zrozumieją ci, którzy oglądali kiedyś serial „Allo, Allo”  (przypomnienie na końcu). Uzbrojona w maseczkę zajrzałam do sklepu kolegi. Rozejrzałam się konspiracyjnie na boki, a potem zdjęłam maseczkę mówiąc „To ja, Leclerc”. Kolega padł ze śmiechu, a tekst „To ja, Leclerc” wykorzystujemy przy każdej okazji.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Póki co, pracuję w domu, jak pracowałam, zapierniczam jak zapierniczałam i jeszcze więcej czasu (jeśli to w ogóle możliwe) poświęcam Tamaludze. Realizujemy zadania podsyłane przez jej przedszkole i ledwo z nimi nadążamy. Wybieram, w sumie, tylko te najciekawsze (a czasami – Boże, przebacz – te najmniej absorbujące). A i tak jest tego od cholery!

Ale! Nie byłabym sobą (czytaj: mamą bohaterką) gdybym jeszcze nie dodała czegoś od siebie. A raczej od Internetu. Stwierdziłam, bowiem, że strawa dla ducha OK, kreatywność i manualność jak najbardziej, ale strawa dla ciała też musi być. Wpadłam zatem na, zajebisty jak mi się wydawało, pomysł wykonania prostych ćwiczeń. Wyszukałam w Internecie gimnastykę dla dzieci i trafiłam na „Ćwicz z Lusią” czy „Ćwicz z Dusią”, czy „Ćwicz z Terminatorem”, nie pamiętam. Ja, dla której tężyzna fizyczna od dawna jest abstrakcją, poskakanie z córką w rytm muzyki uznałam za niewielkie poświęcenie. W końcu to ćwiczenia dla dzieci, nie? Co może pójść nie tak?

Temat ćwiczeń z Lusią czy Dusią czy Terminatorem brzmiał „Wizyta w Zoo”. Super, myślę, poskaczemy jak małpki, poprzeciągamy się jak lwy i nara.

Zawołałam Tamalugę, która ma w sobie takie pokłady niewyczerpalnej energii, że nie musiałam jej namawiać. Podsunęłam jej piankową matę w zwierzątka, sama zajmując miejsce na podłodze obok. Taka ze mnie twardzielka. Odpaliłam filmik z Lusią, Dusią, czy Terminatorem.

Zaczęło się całkiem niewinnie. Raz, dwa, podnoszenie kolanek. Raz, dwa, podnoszenie kolanek. Po minucie poczułam się trochę nieswojo, ale nie mogłam skapitulować przy Tamaludze. Potem ćwiczenia przeszły w obserwację terenu, czyli marsz z przysiadami i obrotami tułowiem. Odezwały mi się kości, o których w natłoku ostatnich 20 lat nieco zapomniałam. Ale co tam. Trzymałam się dzielnie. Potem nadeszły gazele. Jezu, dlaczego one tak skaczą?! To jakieś chore jest. Wzrok zrobił mi się błędny, ale zerkam na Tamalugę. Dla niej to była dopiero rozgrzewka i nie mogąc ustać w miejscu czekała na ciąg dalszy. No i się doczekała: nadeszła reszta zwierząt, pełzających, skaczących, turlających i rozciągających. Po kozicach padłam twarzą na powierzchnię pierwszego wyboru, czyli na twardą podłogę. Moje wszystko odmówiło współpracy.

Na skraju utraty świadomości odnotowałam, że Tamaluga usiłuje przeciągnąć mnie na matę. Kochana córeczka. „Mamusiu, wsystko dobze?” zapytała niewinnie, a ja poczułam się jak bokser po nokaucie, bo usłyszałam: Młłłłaaammuuuusiuuuu, wssssyyyyyskłłłłłoooo dłłłooobzeeee?

Leżałam na podłodze nie wiem jak długo, ale wziąwszy po uwagę jak bardzo chciało mi się pić, musiał minąć z miesiąc. Resztką wysiłku podczołgałam się do stołu, wyciągnęłam rękę na ile mogłam i nakierowałam kursorem na dolny pasek filmu. Zostało 9 minut. DZIEWIĘĆ MINUT! Przecież-to-ku*wa-jakiś-żart.

„Mamusiu, mamusiu! Telas skaczemy jak zabki!”

Jasne. Się robi. Momencik. Tylko zagarnę się na szufelkę do kupki.

„Mamusiuuuuu! Chodź, chodź, jest pan słoń!”

Pan słoń wyciągał trąbę-ręce w przód, a potem w tył. W przód, a potem w tył. Tylko dlaczego, przy okazji przeszedł po mnie zaczynając od głowy, na stopach kończąc? Zmiażdżył mnie. Wgniótł. Słoniocy – pomocy!

Nie wiem, co było dalej, kto podniósł mnie z podłogi i jak znalazłam się w łóżku. Nie muszę chyba dodawać, że obudziłam się rano niezdolna. Do czegokolwiek. Bolało mnie wszystko, łącznie z dziurkami od nosa, po które miałam jakiekolwiek ćwiczenia.

Trzy dni później Tamaluga szczęśliwie zapomniała o gimnastyce i przerzuciła się na produkcję świeczników. A ja, gdy odzyskałam już zdolność ruchu, przejrzałam stare książki i trafiłam na:

 

Przypadek?

Epilog: Na początku wspomniałam, że to wszystko jest po coś, i że nie wiem po co, ale jednak chyba wiem. Myślę, że przede wszystkim po to, żeby sobie pomagać. Od czasu ogłoszenia epidemii udało mi się kilku osobom zorganizować zapasy, kupić dziewczynce laptop i drukarkę, wspomóc finansowo kilka akcji, zrobić zakupy sąsiadkom i wypełnić kartę deklaracji pomocy lekarzom. Może niewiele, ale zawsze coś. Chodzi o to, żeby pomóc na tyle, na ile można. Czasami wydaje nam się, że coś nie ma znaczenia, a dla kogoś może być bardzo ważne. Takie nawet najdrobniejsze gesty to jest coś wspaniałego, a nie wszyscy potrafią o tę pomoc poprosić. My też możemy sobie pomagać i wspierać się międzyblogowo takimi drobnymi gestami. Za jeden z takich gestów jeszcze raz dziękuję Sylwii. No, to w sumie tyle na dziś. Bądźcie dzielni i zamaskowani. Czuwaj!

TO JA, LECLERC

 

 

 

Sny i gry

Epidemia trwa nadal, powiedziałabym, że w najlepsze, ale jakoś mi to słowo nie pasuje. Na początku, gdy odnotowano w Polsce pierwsze przypadki śniło mi się, że liczba zachorowań dojdzie do 4500. Jak widać, niestety, nie był to sen proroczy. W ogóle od kiedy się to zaczęło miewam dziwne sny. To znaczy one zawsze były dziwne, ale teraz robią się takie dziwne inaczej. Na przykład ostatnio śniło mi się, że wchodzę do jakiegoś pustostanu, po jaką cholerę – nie mam pojęcia. W każdym razie wchodzę, a tam… papież Franciszek. Już mam się wycofać dyskretnie, ale widzi mnie i zaprasza gestem. Podchodzę. Mam przeczucie, w tym śnie, że oto jestem świadkiem jakiejś bardzo ważnej rzeczy. Że ważą się losy świata, a ja bohaterka mogę nas wszystkich uratować. Że nie wlazłam do tego pustostanu przypadkowo, że to ma sens, że wreszcie raz na zawsze skończymy z tym wirusem, bo przecież dlatego śni mi się papież, co nie?

– Witaj córko – mówi, a ja czuję się tak wyjątkowo.

– Witaj Ojcze – odpowiadam, starając się wyrzucić z głowy obraz Wadera.

– Masz pytanie – stwierdza, a ja myślę: teraz albo nigdy. To jest ten czas. Mój czas. Nabieram powietrza i…

– Oglądał Ojciec „Stranger things”?

No i chuj. To by było na tyle.

Jak mawiają, dobre pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz.

 

A jeśli chodzi o kreatywne spędzenie tego czasu, to mogę wam podrzucić kilka pomysłów, które wprowadziliśmy w życie. Oto one:

ZABAWY W DOMU:

Skarpeta – kometa. Gra zręcznościowa. Stajecie w przepisowej odległości 4 metrów i rzucacie w siebie skarpetkami zwiniętymi w kulkę. Level hard – rozwijacie skarpetki i rzucacie pojedynczo.

Głuchy telefon. Zabawa dla większej liczby domowników. Łączycie ze sobą te 98 rolek jakie wam zostały po zużytym dotąd papierze toaletowym, sklejacie taśmą, rozdzielacie na 3-4 części. Stajecie w kółku, w odległości pierwszych przepisowych 2 metrów od siebie, każdy ze swoją rurą. Nakierowujecie rurę do ucha gościa po prawej, mówicie hasło, on swoją rurą podaje kolejnemu i tak dalej.

Maskę włóż! Kładziecie swoje maseczki w jednym miejscu, np. pod poduszką albo zawieszacie na krześle. Potem tańczycie do piosenki „Mydełko Fa”, a gdy muzyka zostanie przerwana i padnie hasło „Wirus!” – biegniecie po maseczkę i zakładacie ją. Kto zrobi to pierwszy dostaje 10 punktów. 5 punktów odejmuje się za włożenie cudzej.

Zamaskowane kalambury. Na maseczce piszemy hasło albo je rysujemy. Następnie zakładamy maseczkę jakiejś osobie i ona musi to hasło zgadnąć. Reszta naprowadza ją gestami, mimiką albo słowami pokrewnymi. Panuje tu duża dowolność.

ZABAWY POZA DOMEM:

Spróbuj, cwaniaku! – wyścigi na czas w sklepie. Zakładacie te ich foliowe rękawiczki i próbujecie otworzyć jednorazową reklamówkę. Level hard – przy kasie, w tych samych rękawiczkach próbujecie wyjąć drobne z portfela.

Podchody. Wychodzicie z domu, trzymając się przepisowej odległości 4 metrów. Pierwsza osoba rysuje na chodniku strzałki, żeby kolejna mogła ją namierzyć. Zabawę można urozmaicić np., rysunkiem sklepu, garażu albo śmietnika, żeby rozwiać wątpliwości albo dla zmyłki. Zresztą można też bawić się w to w domu. Strzałki rysujemy na karteczkach, od czasu do czasu dorzucając na drodze jakiś gadżet, np. gąbkę albo wałek do ciasta. I wtedy szuka się w kuchni albo w łazience. Chyba, że to zmyłka i jesteśmy, na przykład na balkonie…

Jezu.

Źle z moją głową. Bardzo.

W każdym razie życzę udanej zabawy. Mam nadzieję, że pomogłam.

Jeśli macie swoje propozycje to śmiało.

Niebieskie i czerwone

Ostatnio pograłyśmy trochę z Tamalugą w „The Sims” na Playstation. Zredukowałam oglądanie telewizji do niezbędnego minimum, bo nie jestem już w stanie słuchać tych pesymistycznych rewelacji. W wolnym od wirusa, wirtualnym świecie wybudowałyśmy sobie domek i kupiłyśmy szpanerskie sprzęty. Naszej Simce Emmie pozostawiłyśmy sporo wolnej woli i obdarzyłyśmy charyzmą, odwagą i artyzmem w każdej dziedzinie szeroko pojętej sztuki. Oczekiwałam, zatem, że Simka Emma bez rozkazów zajmie się malowaniem obrazu, grą na gitarze lub rozszerzaniem kontaktów towarzyskich. Rzecz jasna, owych kontaktów nie ograniczyłyśmy do 4 metrów, bowiem trzymamy Emmę w błogiej nieświadomości odnośnie pandemii w realnym świecie. Najwidoczniej jednak nasze podświadome lęki udzieliły się Simce w jakiś sposób. Możliwe też, że nie doceniłam potęgi mediów i nieograniczonego dostępu do informacji. Otóż, albowiem, Tamalugowa Simka w chwilach wolnych, gdy do niczego jej nie zmuszamy…… zaiwania do łazienki i myje ręce. Robi to tak często, długo i namiętnie, że moje własne mi opadły. Przypadek? Nie sądzę.

A propos mycia rąk. Moje dłonie są już tak wysuszone, że smartfon mnie nie poznaje. Uznaje mój kciuk za obcy kciuk, albo kciuk Obcego i uruchamia cichy alarm. Cymbał. Odtrąca rękę, która go karmi, z narażeniem jedynej w domu, dyżurnej ładowarki. Skoro tak, to jeszcze zobaczymy!

Z Tamalugowymi dłońmi jest jeszcze gorzej, chyba ma jakieś potworne uczulenie na… mydło? Żel dezynfekujący?

Pomimo siedzenia w domu, prowadzę dość intensywne życie, a niektóre dni wręcz mnie wykańczają. Coraz częściej poznaję osobiście określenie „padać na twarz”, gdyż na tę twarz naprawdę padam i natychmiast zasypiam, czasami w pełnym opakowaniu.

Nasz lokalny sklep, onegdaj całodobowy, zredukował godziny pracy do sześciu, a klientów do dziewięciu w jednym czasie. Dlaczego akurat do dziewięciu – pozostaje dla mnie tajemnicą. Może to jakaś ważna cyfra w astrologii. W drzwiach stoi ochroniarz w białych rękawiczkach i zawiaduje ruchem. DJ SPOŁEM. Brakuje mu tylko gwizdka i muzyki techno w tle. Wszystkie inne sklepy zamknięte do odwołania. Poza budą z warzywami naprzeciwko. Ten cwany dusigrosz pozostałby otwarty, nawet gdyby tuż obok rozbił się obóz trędowatych. Co więcej – zrobiłby dla nich specjalną promocję na czosnek.

Zaskakuje mnie i przeraża ilość ludzi na ulicach. Ostatnio policja nawoływała do odwrotu, podobno też zabrano kogoś z bloku obok. Podobno. Zauważyłam też taką prawidłowość, że zakaz łamią przeważnie osoby młode i w podeszłym wieku. Starsi ludzie są uparci z definicji i trudno ich do czegokolwiek przekonać. Młodzi, natomiast, urodzeni po upadku komuny, nie tyle cenią wolność (bo trudno jest cenić coś, czego się nie straciło), ale są w tej wolności wychowani. Nie znają innego życia i nie wyobrażają sobie, że tę wolność mogłoby cokolwiek ograniczyć. Na szczęście moje córki wzięły sobie do serca nakazy i zakazy i się stosują.

W poprzednią sobotę, gdy jeszcze „było można” wyskoczyliśmy na godzinę do lasu. Trochę trwało zanim znaleźliśmy totalne zadupie, bo na tych mniej totalnych to auto na aucie, i nie mam tu na myśli lawety. Młodzieży (w roli młodzieży Oliwia i Mat) siedzenie w domu tak padło na mózgi, że w lesie od razu wdrapali się na drzewo. Tamaluga, rzecz jasna, podążyła w ich ślady, więc musieli ją za sobą wciągnąć. Potem żadne nie mogło zejść, no ja pierdole…

Potem pograliśmy trochę w piłkę i takie tam, a potem za przykładem Tomka przytulaliśmy się do drzew. W sumie nie ma w tym nic niezwykłego – lubimy przytulać się do drzew, bo dają nam energię, ale… Jeśli to wszystko szybko się nie skończy to zatracimy się w szaleństwie.

Gdy już wracaliśmy to znalazłam w trawie niebieską jaszczurkę. Nigdy takiej nie widziałam i mam wątpliwości czy w ogóle istnieją. W ogóle to mam tendencję do znajdowania w lesie niebieskich rzeczy. (Dowody poniżej.)

A potem zadzwoniła moja mama, żeby mnie uspokoić, że ona na pewno nie zachoruje, bo na  przegubie lewej ręki nosi czerwoną kokardkę.

– ŻE CO?! – wydarłam się do słuchawki z nadzieją, że źle usłyszałam, bo Tomasz pogłośnił w aucie swoje „Dire Straits”.

– Kokardkę!

– Czerwoną?! – upewniam się.

– Czerwoną!

– To fantastycznie, mamo. Bardzo mi ulżyło.