Mordercze puzzle

Zacznę od tego, że ostatnio wydarzyły się dwie rzeczy. Pierwszej z nich się nie spodziewałam, bo nie dostałam ostrzegawczego smsa, więc przeżyłam szok. Drugiej z nich się spodziewałam, bo cztery lata temu dostałam ostrzegawcze skurcze, ale i tak przeżyłam szok.

Pierwsza rzecz to wichura, o której dowiedziałam się gdy otworzyłam okno w pokoju i na fali radosnego podmuchu zatrzymałam się w kuchni.

Druga rzecz to urodziny Tamalugi. 🙂

…………………………………………

Moje PlayStation przechodzi kryzys wieku średniego, lodówka menopauzę, a telewizor bunt pięciolatka.

PlayStation zacina się w różnych, trudnych do przewidzenia momentach. Zazwyczaj, gdy postać z gry skacze, turla się albo zjeżdża w dół. PlayStation jest zazdrosne, bo też by tak chciało, ale już nie te lata.

Lodówka ma na zmianę uderzenia zimna i ciepła. Między innymi.

Ekran telewizora powolutku pokrywa postaci malutkimi pikselkami, począwszy od dołu, podchodzi do góry i wkrótce ogarnia całą twarz. Jak jakaś tajemnicza nicość z horroru. Przeważnie najpierw obraz zastyga w bezruchu, zazwyczaj podczas najbardziej idiotycznej sceny. Potem wygląda to tak, jak by rozsypywał się w puzzle. Nie znoszę puzzli, ale korci mnie, żeby podejść do ekranu i poprzesuwać palcem te puzzle, żeby wskoczyły na swoje miejsce. Nie mam cierpliwości do puzzli, za to Tamaluga może układać godzinami. Dostała trochę puzzli pod choinkę i teraz, na urodziny. W ciągu trzech dni opanowuje tę sztukę do perfekcji i układa w tempie ekspresowym. Jednak półka opadła mi dopiero, gdy ułożyła je… obrazkami do podłogi. 😀

Ale wracając.

Niby wiem, że to nie jest wina telewizora, tylko tego takiego (pachtworkowego) kabelka od modemu. (Ale obraz odbieram w telewizorze, więc na niego też jestem zła). On, ten kabelek, wychodzi z modemu i biegnie przy podłodze, i znika w takiej dziurce w ścianie. Tylko, że po drodze napotyka wiele przeszkód, a i sam też w licznych plasterkach. Czasami wystarczy nim poruszać i obraz wraca, ale nie zawsze. Czasami ruszanie nic nie daje i wtedy przechodzę samą siebie w pomysłach jak temu zaradzić. Miesiąc temu, na przykład, po godzinie bezowocnego ruszania kabelkiem zaczęłam go ciąć na takie krótsze kawałki, aż wystraszyłam się, że będzie za krótki i nie sięgnie z powrotem do tej dziury w ścianie. A potem coś mnie tknęło – zadzwoniłam do UPC i dowiedziałam się, że w moim rejonie jest problem z odbiorem i technicy nad tym pracują… Szkoda, że nie wiedziałam tego zanim  i JA zaczęłam „nad tym pracować”!

W zeszłym tygodniu znowu zatrzymał się obraz. Na dwóch sąsiednich kanałach też się zatrzymał, w dodatku ten sam obraz. Normalnie przyjęłabym to ze stoickim spokojem, bo nie miałam w planach żadnych wartych obejrzenia programów. Normalnie nie przejęłabym się za bardzo i zajęła innymi czynnościami. Ale nie było normalnie, bo obraz zatrzymał się na prawym profilu Pawłowicz.

– Odcięli nam kablówkę! – krzyknęłam histerycznie.

– Zapłaciłaś? – zapytał Tomek.

– Tak.

– To dlaczego mieliby odciąć?

– Bo są zawistni, złośliwi i mściwi!

– …

– Nawet ten milutki konsultant, z którym rozmawiałam w grudniu! Coś mi nie pasowało, że on taki milutki. To pewnie on za tym stoi.

– Przecież chciałaś tylko zrezygnować z pakietu Canal+

– Właśnie! Z zemsty to robi. Sabotuje. Zresztą zobacz: minęło półtora miesiąca od rezygnacji, a my nadal mamy Canal+!

– Sprawdzałaś inne kanały? – Tomek wreszcie spojrzał na ekran i krzyknął. – Jezu, co to jest?!

– Pawłowicz, tylko zlała się z garsonką. Piksele już po nią idą z dołu. Pochłonie ją nicość.

– Możesz to wyłączyć?!

Mogłam. Ten przycisk działał bez zarzutu.

 

 

 

Wzięłam oddech, bo nie lubię piwa

Taka oto rada przyozdobiła budy, budki i słupy mojej dzielnicy. Niegłupia rada, zaiste, niegłupia. W mojej obecnej sytuacji wręcz niezastąpiona. Świetna rada (pycha rada) no, więc wzięłam sobie z tych oddechów, jeden głębszy.

Może dzięki temu nabieram ostatnio więcej energii. A może dzięki wiosennej pogodzie. A może dzięki weekendowi w nadmorskim SPA. A może wszystko powyższe (albo „tloseckę tak, a tloseckę nie”, jak mawia Tamaluga).

I tak mnie „wzięło i natchło”, i nawet tym razem nie odmówiłam Majce, która w trakcie rozwodu jest i co weekend ciągnie mnie do nocnego klubu. Wydawało mi się, że i mnie samej wyjście dobrze zrobi, bo Tamaluga, choć cudowna i urocza, to przebywanie z nią, niechodzącą do przedszkola, popycha mnie w objęcia lekkiego obłędu, i ślinię się nieco, i do siebie mówię. Chociaż nie, to drugie to mam od zawsze.

No i tak się złożyło, że koleżanka z dzieciństwa, Sylwia do ojczyzny zjechała. I jeszcze dwie kobiety jakoś po drodze zgarnięte („nie wiem czy od panny młodej, czy pana młodego” gdyż kobiet nie kojarzyłam ani, ani). Acz im bliżej wyjścia było, tym mniejszą miałam ochotę. Ale słowo się rzekło, nie było odwrotu.

Przejrzawszy zawartość szafy stwierdziłam, że nie mam w czym wyjść, i w czym w ogóle teraz wychodzi się do klubu? Czy w dżinsach wypada? A buty? Nie dalej jak dnia poprzedniego w telewizji śniadaniowej goszczono Blankę Lipińską. Kojarzyłam tę pisarkę(?) – celebrytkę, głównie z negatywnych recenzji jej książki. Tym razem, o dziwo, nie o książce prawiła, lecz o czasach szczenięcych, gdy była selekcjonerką. O – zdziwiłam się. – Czyżby owa pani miała coś wspólnego z piłką nożną? A może rozchodzi się o inną dyscyplinę, na przykład taką Lacrosse, indiańską grę zespołową, z takimi jakby siatkami na motyle?

Nic z tych rzeczy. Szybko okazało się, że chodzi o selekcjonerkę innego rodzaju, taką w nocnym klubie. Za moich czasów był bramkarz, za czasów mamy – wykidajło.

Ale! Świat mknie do przodu! (Za moich czasów istniała też nazwa „piwo z kija”, a teraz jest „piwo z nalewaka”, o czym dowiedziałam się następnej nocy, właśnie w owym klubie nocnym).

Ale do brzegu.

W samym klubie było tłoczno, śmierdząco i głośno. Znowu uświadomiłam sobie, jak odwykłam od takich imprez, i jaki przesyt ich miałam w dawnych latach. Zamówiłam piwo, bo wychodziło najtaniej, chociaż nie lubię piwa. Sączyłam je tak wolno, że wolniej to chyba tylko układam puzzle, gdyż nie lubię piwa. Zmęczyłam jedno i postawiono mi kolejne, a przecież nie lubię piwa. Wzięłam mały łyk i napisałam sms do Tomka: „Męczę się”. Błyskawicznie przyszła odpowiedź, a że miała „lekkie” zabarwienie erotyczne, pozostawiłam pełną butelkę piwa, natychmiast i bez żalu (zwłaszcza że nie lubię piwa). Śmiało ruszyłam do szatni z pięcioma numerkami, podając jeden losowo. Trafiłam. Szkoda, że nie mam takiego fartu w Toto Lotku. Powiedziałam dziewczynom to, co mi akurat przyszło do głowy, czyli, że dostałam okres. Wiem, jestem niesamowicie kreatywna. Ich współczucie przekonało mnie, że będę się smażyć w piekle za to kłamstwo, ale póki co miałam to w dupie. W klubie byłam dokładnie 45 minut. Nie chciało mi się czekać na taksówkę, co w sobotę i tak graniczyło z cudem. Wróciłam z klubu pieszo, w środku nocy.

Dwu-i-pół-kilometrowy spacer tak mnie zmęczył, że gdy wróciłam do domu „lekkie zabarwienie erotyczne” smsa niejako straciło na znaczeniu. Ogólnie rzecz ujmując: padłam na ryj. Zachowując jakąś tam resztkę świadomości, sięgnęłam po torebkę w celu wydobycia telefonu. Zamiast telefonu natrafiłam na coś, co rozbudziło mnie totalnie i sprawiło, że wystrzeliłam jak struna, z niemym „O, kurwa!” na ustach. Namacałam, bowiem, i wydobyłam z torebki… klucze od domu Sylwii.

Po pierdylionie nieodebranych połączeń i sześciu milionach smsów, ustaliłyśmy ostatecznie, że zostawię je na parapecie od kuchni.

Rano zerknęłam na parapet całkowicie zasrany ptasimi kupami. Pozostało mi wyrazić cichą nadzieję, że Sylwii udało się odkleić od niego klucze…

 

 

 

RODZINA

Już sam tytuł może być mylący, no bo czym tak naprawdę jest rodzina? No jak to czym – rodzina to „podstawowa komórka społeczna”. Podstawowa komórka społeczna złożona z osób tej samej krwi? Tego samego nazwiska? Żyjących pod wspólnym dachem? Niektórzy ludzie tym więzom krwi przypisują zbyt duże znaczenie. Mają niezrozumiałe parcie na szukanie dalekich krewnych, którzy o ich istnieniu nie mają bladego pojęcia. Znam takich ludzi. Nie kumam ich.

Ale nie o tym ta książka. W ogóle nie o tym.

Raczej o tym, że rodziną może być każdy, kto w krytycznej sytuacji wyciągnie do nas pomocną dłoń. Nawet jeśli ta dłoń ufajdana jest czyjąś krwią. Często szansa na rozwiązanie naszych problemów przesłania nam rzeczywistość. Nie widzimy, albo nie chcemy widzieć, co tak naprawdę kryje się za chęcią pomocy. A gdy już widzimy to kierujemy się stereotypami, oczywiście, bo czymże innym? Ale można się przejechać, a w najłagodniejszym przypadku mocno zdziwić.

Czy ludzie chcący odciąć się od cywilizacji i pomagać sobie wzajemnie to przyjazna komuna, czy może już sekta? Czy uroczy Alex, założyciel raju na ziemi to bezwzględny, samozwańczy guru? Mogę powiedzieć tylko tyle, że w tej książce nic nie jest takie, jakie się wydaje. Nic.

Laura od śmierci ukochanego męża wychowuje samotnie nastoletnią córkę. W małym miasteczku jest personą non grata, gdyż mieszkańcy uważają, że jej mąż – właściciel firmy budowlanej – stawiając dom w toksycznym miejscu, przyczynił się do choroby pewnej dziewczynki. Laurę odrzucają nawet krewni jej zmarłego męża, wykluczając ją z rodziny, czego kobieta nie umie i nie chce zaakceptować. Jej mała kwiaciarnia popada w długi, odzywa się też długo tłumiona choroba. W dodatku nie umie porozumieć się z córką, a ta z kolei skrywa tajemnicę dotyczącą ojca… Gdy Laura jest na skraju załamania, nadchodzi pomoc, i to z najmniej oczekiwanej strony. Laura po nią sięgnie, ale wkrótce pożałuje tej decyzji.

To pierwsza, przeczytana przeze mnie książka tej autorki i jestem naprawdę mile zaskoczona. Już mam w planach kolejne i mam przeczucie, że będą równie dobre.

Ogólnie rzecz ujmując – „Rodzina” to dobry thriller psychologiczny. Rzekłabym, że dosyć łagodny w odbiorze, a jednak mocny i wciągający. Polecam.

SERIALE DLA DZIECI

No i w tym miesiącu znowu nie będzie recenzji filmu, tylko ranking seriali dla dzieci. Ewentualne reklamacje proszę zgłaszać do Herne, gdyż czynię to na jej prośbę. A z matką małych dzieci się nie zadziera. Wiem coś o tym. Niemniej robię to z przyjemnością. Piszę ranking, nie zadzieram 🙂

Seriale dla dzieci, tak jak i filmy, oglądałam razem z moimi córkami. Przynajmniej starałam się na tyle, na ile pozwalał mi czas, ale wynik i tak mam imponujący. Głównie były to seriale na Jetix, Disney XD i Disney Chanel, chociaż nie tylko, i nie tylko animowane. Widzę, że wiele z nich doczekało się ponownych emisji, resztę bez trudu można znaleźć w Internecie. Do rankingu wrzucam seriale unisex (niedziewczyńskie). 😀 dla tych najmłodszych i trochę starszych.

Dla Najmłodszych

Zanim przejdę do seriali, muszę wspomnieć o kanale telewizyjnym BabyFirst. Myślę, że obecnie wchodzi on w pakiet podstawowych usług u większości dostawców. Kanał BabyFirst to chyba pierwszy kanał skierowany do niemowląt. Jest zresztą podzielony na bloki tematyczne i wiekowe, nie ma reklam i jest świetnie dostosowany do rytmu dnia dziecka. Ten program tworzą psychologowie dziecięcy i pedagodzy, a swoją główną siedzibę ma w Kalifornii. U niemowląt wspomaga rozwój i dostarcza im odpowiednie bodźce, pobudzając kiedy trzeba i usypiając obracającą się karuzelą z delikatną muzyką klasyczną. Roczniaki mają zabawę w „A kuku”, poznają kształty i kolory. Dwulatki w świat przedmiotów wprowadza Króliczek Harry, a w świat malarstwa – Mały Vinnie. Trzylatki uczą się liczyć z tajemniczym głosem oraz z kurczakiem na farmie. Dzieci uczą się też rozpoznawać dźwięki otoczenia i kojarzyć je z konkretnymi sytuacjami, przechodzą labirynty, śpiewają, znajdują ukryte przedmioty i tak dalej. Kanał BabyFirst jest rewelacyjny i polecam wszystkim rodzicom.

Dobra, to teraz seriale.

„Klub Przyjaciół Myszki Mickey” to numer jeden Tamalugi. Może go oglądać bez przerwy, nawet te same odcinki. To jest propozycja dla najmłodszych dzieci, takich nawet od 2 do 6 lat. Jeśli dwulatki nie wszystko zrozumieją, to na pewno polubią, bo jest dużo kolorów, zabawy i muzyki. Postaci mówią zabawnymi głosami, słowa opisują gestami, powtarzają całe zdania. Przede wszystkim wciągają do zabawy małych widzów, zadając im proste pytania, prosząc o zrobienie czegoś i dając czas na reakcję. Trochę starsze dzieci nauczą się kształtów i zastosowań różnych przedmiotów, a także rozwiną kreatywność, bo użycie jakiejś rzeczy do konkretnego celu wcale nie jest takie oczywiste. Trzylatki wraz z Mickey poznają cyferki i uczą się liczyć. Niektóre odcinki specjalne wiążą się ze znanymi bajkami, np., „Czarnoksiężnikiem z Oz”, albo „Alicją w Krainie Czarów”.

„Dobranocny Ogród” śmiało polecam dzieciom od 1 roku, a nawet młodszym. Bohaterowie przypominają trochę Teletubisie, ale są naprawdę uroczy. Malutki ludzik płynie łódeczką do tajemniczego lasu, w którym żyją śmieszne stworki. Ich przygody są bardzo proste, imiona śmieszne do wymówienia (Upsy Daisy, Makka Pakka). Narrator miłym głosem opowiada o tym, co się dzieje na ekranie. Podskoki, tańce, milusi kocyk, skacząca piłeczka… Idealna propozycja dla maluszków (Tamaluga nadal to ogląda od czasu do czasu :D)

 

Dla trochę starszych:

1.Fineasz i Ferb (obecnie znowu puszczany na Disney XD). Kocham ich. Serial (w pierwszym sezonie) ma 26 odcinków, a ich akcja rozgrywa się podczas jednych wakacji. Fineasz i Ferb są braćmi, których wręcz rozsadzają pomysły, i oczywiście wszystkie realizują. Tworzą, kreują, budują wbrew jakiejkolwiek logice, np. stok narciarski w środku lata, albo karuzelę sięgającą kosmosu. A wszystko to w małym, przydomowym ogródku. Ich siostra Fretka, szalona nastolatka stara się mieć ich na oku i o wszystkim donosić mamie. Jednak jakoś tak się dzieje, że za każdym razem, gdy mama już, już ma na własne oczy zobaczyć mega budowlę – ta niespodziewanie znika. Fretka jest sfrustrowana i powoli popada w obłęd, ale tak pozytywnie 😀 Serial ma kilka wątków, np. domowe zwierzątko Fineasza – dziobak(!!!) jest tajnym agentem i prowadzi podwójne życie. Jest też czarny charakter – Dundersztyc, któremu Pepe Pan Dziobak próbuje pokrzyżować plany. Fretka, natomiast, jak to nastolatka wisi na telefonie z przyjaciółką i umiera z miłości do Jeremiasza. Są też przyjaciele Fineasza, między innymi Izabela, harcerka zdobywająca ze swoją drużyną kolejne sprawności, i której poziom słodyczy napędza niektóre urządzenia 😀

W każdym odcinku są wpadające w ucho piosenki, a odcinki, niby odrębne są ze sobą powiązane, i czasami np. w trzecim pojawia się w tle, przy okazji, wyjaśnienie pierwszego. Serial jest świetnie wykonany i przemyślany i naprawdę wciągający. Nawet dla dorosłych. Chociaż na to wygląda – nie jest odmóżdżający, to serial na wyższym poziomie, dlatego najpełniej odbiorą go dzieci powyżej 7 lat.

2.”Ach ten Andy!” Przygody nastolatka, mieszkańca małego miasta w Kanadzie. Andy słynie z wycinania ludziom kawałów, co często kończy się kłopotami. Serial jest lekki i zabawny, ale naprawdę dobrze się go ogląda. Nie ma w nim przemocy, za to morał, że nasze czyny mają konsekwencje, że nie zawsze to, co nas śmieszy jest zabawne dla innych, i że łatwo można kogoś skrzywdzić. Dla dzieci w wieku 5+

3.”Wodogrzmoty Małe”. Świetny humor, czasami nieco groteskowy, jak i postaci, dlatego uważam, że wiek dziecka 6+ . Zabawne przygody rodzeństwa – Mabel i Dippera, spędzających wakacje u wujka Stana w Oregonie. Wuj jest dosyć osobliwy, mieszka w chacie pozostawiającej wiele do życzenia i prowadzi dziwaczne muzeum. Wuj wydaje się szorstki i gburowaty, ale w gruncie rzeczy ma dobre serce. Nudne życie w sennym miasteczku trzeba sobie jakoś urozmaicić, toteż rodzeństwo pakuje się w różne przygody i kłopoty. Najczęściej to Dipper, jak na starszego brata przystało, wyciąga Mabel z kłopotów. Są tajemnicze groty, i trolle, i wodne potwory, i krasnale rzygające tęczą… Ale, co bardzo ważne, ten serial podkreśla więzi rodzinne, pokazuje miłość między rodzeństwem, ich wzajemną pomoc, bez względu na wszystko.

4.”Świat według Ludwiczka”. Naprawdę dobry serial. Moje dziewczyny go uwielbiały. Najlepsze jest to, że jest on oparty na prawdziwym życiu bohatera, który już jako dorosły Ludwik opowiada swoim dorosłym głosem o dorastaniu w latach 60. Serial powstał na podstawie opowiadań i autentycznych historii z życia znanego komika i aktora Louie Andersona. Ludwiczek jest marudnym ośmiolatkiem, mieszkającym w fikcyjnym miasteczku z mamą i tatą – weteranem wojennym. Serial zdobył uznanie krytyków, oraz między innymi nagrodę Emmy. Mega ciekawa forma przekazu i o dziwo, trafiająca już do pięciolatków.

5.”Dinopociąg”. Niby bardziej dla chłopców, bo to chłopcy zazwyczaj kochają dinozaury. Cóż, Tamaluga widocznie jest jakaś inna. Jest to serial, że tak powiem, bardziej edukacyjny. To znaczy są fajne postaci, przygody i tak dalej, ale dziecko przede wszystkim uczy się o prehistorycznych stworzeniach. Wraz z sympatyczną rodzinką dinozaurów wyrusza w podróż pociągiem, śladami innych dinozaurów. Poznaje ich nazwy, wygląd, zwyczaje, preferencje kulinarne i tak dalej. Myślę, że rozpiętość wieku jest tu dosyć duża, nawet od 3 – 4 lat wzwyż.  Jednak zupełnie małe dziecko, widząc dinozaura połykającego rybę albo kawał mięcha może być lekko zszokowane.

No, dobra, to chyba na tyle, póki co. Jak zwykle czekam na wasze refleksje.

Selfie, Snapchat, gangsta (i spoiler-gift)

Tytuł może wprawić w dziwowanie tych, którzy już mnie poznali. A to dlatego, że nie jestem szczęśliwą posiadaczką, a raczej jestem w miarę szczęśliwą nie-posiadaczką konta na żadnym portalu, stronie, aplikacji i tak dalej. Tytuł zatem przyświeca znanej zasadzie „nie znam się, to się wypowiem”.

Selfie

Ostatnio, na któregoś tam stycznia przypadał Międzynarodowy Dzień Selfie, (zwanego przez tęgie głowy i znawców tematu – Samojebką). Cóż było robić z tą wiedzą bezużyteczną, nabytą niechcący z telewizji śniadaniowej? Jak to co – upiekłam tort, zaprosiłam znajomych, ale że nie mam fejsa, wyszła ich jakaś skromna garstka. Zaprosiłam zatem jeszcze ich 672 znajomych, oraz 958 znajomych ich znajomych, a także Zenka Martyniuka i żonę Macierewicza. Bawiliśmy się przednio, może dlatego że siedzieliśmy z przodu. Przez większość czasu cmokaliśmy w swoje telefony, nawet kuzyn męża koleżanki, który miał pierwszy model Nokii (bez aparatu), więc cmokał chyba tylko po to by nie odstawać od reszty.

Snapchat

Tę aplikację (?) znałam z opowieści córek. Nie były to kwieciste opowieści, tylko krótkie i zwięzłe, jak i sam Snapchat. Kojarzył mi się z wysyłaniem kilkusekundowych filmików z życia wziętych, czyli co akurat robię, a nie robisz tego ty, więc pewnie mi zazdrościsz. Nie widziałam w tym sensu, ale nie wszystko sens musi mieć. Na dniach zostałam oświecona, ale tak oświecona, że prawie oślepłam. Otóóóóż okazuje się, że aplikacja ta pozwala na śledzenie znajomych i dokładną ich lokalizację. Dokładną. Ich. Lokalizację. Uświadomiła mnie Wika, prezentując powyższe na swoim telefonie, a ja oplułam się spożywaną właśnie kanapką, z szoku, śmiechu i niedowierzania. Bo tam żyją takie małe ludziki. I one, te ludziki są porozsypywane po mieście, kraju, świecie… Naprawdę. I te ludziki mają twarze znajomych Wiki. I widzę jak się przemieszczają, gdzie się przemieszczają i czym się przemieszczają… NIE WIEM CO O TYM SĄDZIĆ! Ciekawa jestem ile zdrad odkryto w ten sposób, gdy okazało się, że ludzik z twarzą małżonka jest zbyt blisko ludzika z twarzą koleżanki. Z drugiej strony, Wika twierdzi, że dzięki takiemu namierzaniu odnaleziono ostatnio uprowadzoną dziewczynkę. Jak powiedział Tomasz, a ja się zgadzam – ten argument przebił wszystko.

Instagram

Dla luzaków – Insta, co niezmiennie kojarzy mi się z gangsta, i niezmiennie pozostaje dla mnie jedną z największych zagadek ludzkości. Kompletnie nie rozumiem, o co w tym chodzi. Ale, jak pokazuje mi życie i partia rządząca – nie zawsze muszę wiedzieć o co chodzi. Wrzuca się zdjęcia, ale takie profesjonalne, bo zwykłych nikt nie ma czasu lubić. Profesjonalna fota profesjonalnie umalowanego fejsa, zręcznie stuningowanej figury, po pięciu obróbkach. I jest moc, a jeśli nie to zawsze można wrzucić buty na szpilkach albo talerz rosołu z fikuśną kępką kopru. I ludzie się cieszą, podziwiają, zazdroszczą, a lajki sypią się niczym świeży śnieg. W sumie rosół jest moją ulubioną zupą, więc pewnie i ja cieszyłabym się na jego widok. Prawdopodobnie nie aż tak, jak gdybym go ujrzała w moim własnym talerzu, na moim własnym stole, tuż przed spożyciem. Ale jest jak jest i pewnych rzeczy nie zmienię, więc gdy moje córki robią fotę obiadu, odbieram to jako największy komplement.

 

Jeden z prezentów świątecznych dla Oliwii nie wytrzymał ciśnienia, gdyż przebył bardzo długą drogę. Papier mu się rozerwał z boku (temu prezentu :D) a Oliwia rozwaliła nas stwierdzeniem, że dostała prezent ze spoilerem…

P.S. Ostatni weekend spędziłam nad morzem… Morze jest cudowne, nawet poza sezonem.

 

ROZWIĄZANIE KONKURSU

Kochani moi, nadejszła wiekopomna chwila, a wraz z nią rozwiązanie konkursu. Przede wszystkim chcę wam bardzo podziękować za udział. Tamaluga jest nieprzewidywalna, więc i konkurs do łatwych nie należał, ale wasze odpowiedzi, jak zawsze, powaliły mnie na łopatki. Prawidłowa odpowiedź była tylko jedna, ale to naprawdę była totalna loteria, więc nie było łatwo, i wszystkim Wam dziękuję!

A oto rozwiązanie konkursu, czyli piosenka, jaką Tamaluga odśpiewała Mikołajowi, aż osmarkał ze śmiechu brodę:

Także, Blog Po Ludzku, gratuluję i zapraszam do kontaktu 🙂

Nie pozwól tacie dłubać w warsztacie

– Tamaluga, ładnie pachniesz.

– Tiak? Mydłem?

– Nie wiem.

– Domkiem?

– Chyba po prostu Tamalugą.

– Ojej, jak miło mówis!

xxxxxxxxxxxxxxxx

Tomek jest bałaganiarzem. No, niestety fakt to już potwierdzony. Takim bałaganiarzem – magikiem. Ja rozumiem, że niektórzy zostali stworzeni do wyższych celów, niż sprzątanie po sobie. Gdy widzę, że na każdym z czterech krzeseł leżą/wiszą Tomkowe ciuchy – czasami po prostu je zbieram w milczeniu i chowam do szafy. Bo ja tolerancyjna jestem i te jego porozwalane ciuchy mogę zaakceptować. Nie umiem zaakceptować tego, że po dziesięciu minutach TE SAME CIUCHY, które przed chwilą schowałam, leżą na krzesłach i na podłodze!

Można?

Bałaganiarz – magik.

Pomijam, że szok niczym w scenie z horroru, a i moją wiarę w umysł własny też zabija. Bo ja już nie wiem, czy naprawdę je schowałam, czy tylko sobie to wyobraziłam.

Opieprzyć też go nie mogę, bo i ja tak mam, że za coś się wezmę, zaraz przypomnę sobie o czymś innym i zabieram się za pięć rzeczy na raz. Tyle, że ja te rzeczy sukcesywnie kończę, tego samego dnia.

Najbardziej wkurza mnie, znoszenie do mieszkania różnych akcesoriów z piwnicy (bo wszystko za chwilę się przyda). Leżą porozrzucane to tu, to tam, chociaż bardziej tu. Gdy potykałam się o nie klęłam pod nosem, ale gdy prawie złamałam nogę – zrobiłam mu wykład, prezentację ze slajdami, przedstawiłam statystyki, możliwe powikłania, wytoczywszy na koniec argument – armatę, czyli że to mogło spotkać Tamalugę. Poskutkowało i przez kilka miesięcy nic nowego się nie pojawiło. Nie wszystko też zostało z powrotem wyniesione, ale większość tak, więc nie czepiajmy się.

Aż do grudnia, gdy wszystko wróciło.

Zrazu niepostrzeżenie, ukryte pod pretekstem choinkowych ozdób. Zanim zdążyłam się zorientować kuchnia naszpikowana została piwnicznymi różnościami. Pojedyncze, niegdyś, rzeczy teraz tworzyły skupiska. Nie wiem, może w ten sposób miały mniej rzucać się w oczy(!) Skupiska zostały nazwane „warsztacikami”, bo najwyraźniej jeden warsztat w piwnicy to za mało. Powstał zatem jeden warsztacik w kuchni, drugi warsztacik w przedpokoju, i naprawdę miałam nadzieję, że na tym koniec. Ale gdy Tomasz rzucił mimochodem niewinne pytanko „Czy nie wiem kiedy dokładnie wraca Oliwia” – ręce mi opadły.

– Nie urządzisz w jej pokoju warsztatu!

– Ale…

– Nie!

– Ale ja już tam zacząłem.

– Co zacząłeś?

– Takie tam dłubanko.

– Tomek, powiedz mi, czy ty naprawdę nie możesz tego dłubanka przenieść do piwnicy?

– W piwnicy mam inne dłubanko. Naprawiam starą konsolę.

– A w kuchni?!

– Składam Tamalugowy tablet.

– Przedpokój?

– Będę czyścił silniczek…

Można?

Przestałam sprzątać, bo w obliczu zaistniałej sytuacji kontynuowanie tej czynności nie miało sensu. Męczyłam się okrutnie, bo nie umiem żyć w bałaganie, ale wytrwałam. Po kilku dniach Tomasz sam zaczął potykać się o swoje warsztaty, i nie ogarniał już gdzie, co ma. Zostawił jeden zredukowany warsztacik, resztę zlikwidował.

xxxxxxxxxxxxxxx

Z Tamalugą niechodzącą do przedszkola popadłam w stan, w którym czuję, że muszę gdzieś wyjść sama, bo zwariuję.

Jednocześnie nic mi się nie chce, z wychodzeniem gdziekolwiek włącznie.

xxxxxxxxxxxxxxxx

Nie używamy przy Tamaludze wulgaryzmów, ale jakoś te frustracje muszą znaleźć ujście. A dziecko chłonie jak gąbka:

– Tamaluga, jest późno.

– Mama, ale ja musę jesce coś zlobić.

– Jutro zrobisz, dobranoc.

– Ale ja musę jesce coś…

– Zamykaj oczy i śpij!

– No, slag mnie tlafi!

 

I tym optymistycznym akcentem kończę, przypominając o konkursie noworocznym – 4 dni do końca. 🙂

KONKURS NOWOROCZNY

No, konkurs robię, bo już mnie nosi.

Tym razem Tamalugowy.

O nagrodzie nie ma co pisać, bo wiadomo, że będzie niesamowicie niesamowita.

Zasady, mniej więcej takie same, co zwykle: jedna prawidłowa odpowiedź – jedna nagroda. Dwie prawidłowe odpowiedzi – dwie nagrody. Więcej prawidłowych odpowiedzi – losowanie jednego zwycięzcy.

No, to zaczynamy!

W tym roku Mikołaj pofatygował swoje szanowne cztery litery i pojawił się u Tamalugi osobiście. Nie była to całkowicie bezinteresowna wizyta, gdyż brodaty jegomość poprosił Tamalugę o zaśpiewanie czegoś. Jeśli spodziewał się tradycyjnej polskiej kolędy – mógł poczuć się nieco zawiedziony (chociaż jego rechot temu przeczył). Zamiast tego, z ust Tamalugi popłynęła:

A. Rosyjska przyśpiewka

B. Niemiecka piosnka powitalna

C. Angielska rymowanka

D. Włoski hymn

E. Hiszpańska pastorałka

Na odpowiedzi czekam do 20 stycznia, roku pańskiego 2020.

Życzę wszystkim powodzenia. 🙂

Junior Eurovision Share The Joy GIF by Eurovision Song Contest - Find & Share on GIPHY

 

 

FILMY DLA DZIECI

Miała być recenzja filmu, ale postanowiłam, że pierwszą recenzją filmu w Nowym Roku będzie brak recenzji filmu. Będzie za to ranking pięciu najlepszych, moim zdaniem, filmów dla dzieci. Noszę się z tym od jakiegoś czasu, gdyż jestem bezwolnym świadkiem coraz większego chłamu w tym temacie. Ale o chłamie szkoda pisać, skupię się na dziełach wartościowych. Kto wie, może ułatwię wybór jakiemuś rodzicowi?

Jak już nie raz wspominałam mam hopla na punkcie filmów animowanych, przez co jestem wobec nich bardziej krytyczna. Gdy moje starsze córki były małe, zanim pozwoliłam im obejrzeć jakiś film, najpierw sama go oglądałam. W rezultacie w latach 2002 – 2010 obejrzałam prawie wszystkie filmy dla dzieci (i nie tylko animowane) jakie weszły do kin (i nie tylko do kin). Rzecz jasna tylko niektóre przypadły mi do gustu. Okazało się, że moje dziewczyny gust mają podobny i lubiłyśmy to samo.

W tamtych latach filmy były dosyć monotematyczne. Chociaż zmieniała się fabuła – środowisko pozostawało to samo, co sprawiło, że po pewnym czasie różne filmy z akcją w tym samym miejscu zaczynały nam się mylić.

I tak, na przykład w temacie mrówek:

„Mrówka Zet”, „Po rozum do mrówek”, „Dawno temu w trawie”, „Artur i Minimki” itd.,

W temacie ryb:

„Gdzie jest Nemo?”, „Sposób na rekina”, „Rybki z ferajny” itd.

W temacie pingwinów:

„Tupot małych stóp”, „Na fali”, „Pingwiny z Madagaskaru” itd.

W temacie ptactwa w ogóle:

„Szeregowiec Dolot”, „Skubani”, „Rico prawie bocian” itd.

W temacie zwierząt:

„Świnka z klasą”, „Zebra z klasą”, „Pajęczyna Charlotty”, „Madagaskar”, „Krowy na wypasie” itd.

Bez kitu, można zwariować.

Brakowało mi w tym wszystkim świeżego pomysłu, nowego scenariusza, a przede wszystkim nowej scenerii.

Seria „Shrek” właściwie jest poza wszelkimi kategoriami. Shrek jest świetny, bez dwóch zdań, ale też bez dwóch zdań nie dla każdego. Dla bardzo dużych dzieci i dla dorosłych. Jego, zatem, zostawmy.

1.Wall-e. Numer jeden na mojej liście. Film dziesięciolecia, jeśli nie stulecia. Od kiedy go zobaczyłam jestem w nim zakochana. Moje dziewczyny też, zwłaszcza Oliwia szalała na jego punkcie.

Zalety: Minimalizm i głębokie przesłanie. Oszczędność słów na rzecz gestów. Ten film trafi nawet do najmłodszych, ale zrozumieją go pięciolatki wzwyż.

Wady: Za każdym razem, gdy go oglądam to ryczę.

Niesamowita opowieść o tym, jak chronić swoją planetę i co się może stać, gdy doprowadzimy ją do ruiny. Mały, niewiele mówiący robocik Wall-e i Eva – robot(ynka) z innej galaktyki z wielką misją na Ziemi. Niesamowity klimat filmu, ogromne wartości jakie ze sobą niesie sprawiają, że nie można przejść obok niego obojętnie.

2.Zaczarowana. To nie jest film animowany. Dobra, jest, ale tylko troszeczkę. Oryginalna fabuła, piękne piosenki i pozytywne, wręcz lukrowe przesłanie. Baśniowa księżniczka (z początku rysunkowa) trafia na ulice Nowego Jorku, już jako realna postać. Wnosi w ten nowy, nieprzystępny świat swój urok i magię i nic już nie jest takie jak przedtem. A na pewno główny bohater, który proponuje jej nocleg, biorąc ją za niegroźną dziwaczkę. Księżniczka, jak to księżniczki mają w zwyczaju – czeka na swojego księcia, ale po drodze czai się zła wiedźma. Baśń wpleciona w szarą rzeczywistość. Jest intryga, jest miłość, jest tolerancja… Film dla dzieci 7 lat +

3.ToyStory. Nie wiem czy trzeba komukolwiek przedstawiać tę serię. (Niedawno w kinach pojawiła się 4 część). Fantastyczny, nietuzinkowy scenariusz, bo to film o zabawkach, a filmu o zabawkach jeszcze nie było. Mocno przemawia do najmłodszych, bo zabawki są zabawne. Wspierają się nawzajem, przeżywają przygody i mają silną potrzebę przynależności do dziecka. Także, spokojnie: wiek już 3+

4.Ratatuj. Filmu o szczurze też wcześniej nie było, a o szczurze-kucharzu to już w ogóle. Fajny pomysł na fabułę, niesamowity klimat Paryża, z francuską muzyką w tle. No i szczur, który pomaga chłopakowi z restauracji stać się wybitnym znawcą kulinariów. Dziecko poznaje tajniki gastronomii i przekonuje się, że szczury nie są aż tak bardzo fuj. Wiek: 8+

5.Piorun. I w tym wypadku muszę pochwalić oryginalność scenariusza. Piorun jest zwyczajnym psem, który sądzi, że jest niezwykły. Od urodzenia gra super-bohatera w kultowym serialu, jest wychowankiem filmowej wytwórni, mieszka w gwiazdorskiej przyczepie. Na pieski los nie może narzekać, jest uwielbiany przez aktorów, karmiony najlepszym żarciem. Tyle, że trochę spacza mu się rzeczywistość. Gdy podejrzewa, że jego filmowa pancia została porwana – rusza na ratunek, przekonany o swoich super mocach. Równie szybko zostaje sprowadzony na ziemię, i daleko od „domu” czuje się podwójnie zagubiony. Taki „Truman Show” i „Big brother” w wersji dla dzieci. Ale ogląda się dobrze. Wiek: 6+

Dobra, wystarczy. Oczywiście filmów wartych uwagi jest dużo więcej, ale obiecałam pięć i jest pięć, żeby nie przeciągać. Może kiedyś powrócę do tematu. Do listy jedynie – w imieniu Tamalugi – dopisuję współczesną „Balerinę”. To jedyny film, jaki Tamaluga może oglądać 3 razy z rzędu, a ja razem z nią, ale o Balerinie już pisałam osobną recenzję.

Tymczasem dziękuję za uwagę, i że dobrnęliście do końca. Ciekawa jestem waszego rankingu, nie wahajcie się zatem w komentarzach. 😀