Konkurs!!!

Kochani, kochani! Nadciąga długo wyczekiwany konkurs! To znaczy mam nadzieję, że czekaliście, bo ja na pewno nie mogłam się doczekać.

Dzisiejsze pytanie dotyczy Tamalugi, czegoś, o czym nie wiecie (chyba), więc będzie zgadywanka. Na odpowiedzi czekam do 23 sierpnia.

Spośród osób, które trafią, wylosuję jednego zwycięzcę. Losowanie, jak zwykle, odbędzie się „na antenie” 😀 , czyli w formie video. Tak, jak i prawidłowa odpowiedź.

W ciągu tygodnia od wyłonienia szczęśliwego zwycięzcy – wyślę nagrodę niespodziankę, a raczej paczkę pełną niespodzianek. Fajnych.

Dum, dum, dum, dum, dum:

Znajomi mówią o Tamaludze, że jest turecko – greckim dzieckiem. Dlaczego?

  1. Tańczy Greka Zorbę, kręcąc się przy tym jak turecki derwisz.
  2. Jej ulubiony zestaw to oliwki popijane ayranem.
  3. Nauczyła się jednego słowa po turecku i jednego po grecku.

Życzę wszystkim powodzenia!

Reklamy

Schudnąć w pięć sekund i dobrze wyglądać na zdjęciu

W lokalnej księgarence pojawił się regał „Uwolnić książkę”. Zachwyciliśmy się, wespół z Tomaszem, chociaż Tomasz mój z tych nieczytających raczej, więc trochę zdziwił mnie jego entuzjazm. Stał tak dobrą chwilę wpatrując się w regał z zachwytem. Zezowałam na niego z ukosa, a na usta cisnęło mi się zapytanie. Cisnęło mi się wiele zapytań, ale Tomasz mój bywa nieodgadniony, jako te księgi w tym regale, zatem przemilczałam.

– Piękne – wyraził swoje uznanie i miał już uczynić w-tył-zwrot, gdy wskazałam na żółtą okładkę. Przyjrzał się, pomacał, wydobył i niemal padł na kolana, niemal posikawszy się uprzednio. Dobrze, że wszystko tylko „niemal”.

„Star Wars” z zapiskami George’a Lucasa, wydanie z siedemdziesiątego któregoś. Tomaszowa Biblia. Papirus dla fanatyków Gwiezdnych Wojen.

Ucałował mnie serdecznie ze łzami w oczach, po czym przebiegł przed kasą, krzycząc do pani Izy „Uwolniłem książkę! Uwolniłem książkę!” Pacnęłam go lekko, lecz stanowczo. Pani Iza zawyła ze śmiechu.

Opuszczona w godzinie próby, pozostałam sama przed regałem. Gdy oczy zaczynały łzawić nieznacznie, pani Iza szepnęła z przejęciem:

„Najlepsze mam w koszu pod ladą”

Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Tylko, że miałam na to mniej więcej 5 minut, dokładnie tyle, ile zajmie siedzącej przez księgarnią Tamaludze zjedzenie dwóch gałek loda.

Wyszłam z bitwy zwycięsko. Z czterema tytułami. Tamaluga też zwycięsko: ostatnimi czasy udaje jej się nie pobrudzić ubrań lodami i innymi takimi.

Z nieokrzesanego łobuza przeistacza się czasami w damę. Aż łzy się cisną. Dobrze, że tylko czasami.

………………..

Wspomniałam wyżej, że Tomasz bywa nieodgadniony. Nooo, zdarza mu się. Na szczęście bywa też przewidywalny, dużo bardziej niż pogoda w TVN Meteo.

– Przytyłam – rzucam mimochodem.

Tomasz milczy dyplomatycznie. (Przypuszczam, że czuje się jak bohater reklamy piwa, który ma dylemat co odpowiedzieć partnerce, bo czego by nie powiedział może zostać źle odebrane, ale na szczęście jest pewny co do wyboru piwa).

To się chyba nazywa konflikt tragiczny.

– Przytyłam – powtarzam z naciskiem.

Tomasz wzdycha, skupiając się na prostej czynności zaparzenia kawy. Spoko, nie jestem na tym punkcie przewrażliwiona, więc nie mam mu za złe. W tym momencie jestem realistką i wiem, że moje nad-kilogramy nie uszły jego uwadze.

W końcu decyduje się zabrać głos:

– Wystarczy, że nie będziesz podjadać w nocy…

– Masz rację – mówię po namyśle. – To oznacza brak tak zwanego współżycia, bo zawsze „po” jestem głodna…

5, 4, 3, 2…

– Ale ty wcale nie przytyłaś! Wyglądasz fantastycznie!

 

Tamaluga jest niezwykle kreatywna. Ostatnio w pożyteczny sposób zaplanowała mi popołudnie. Wychodzimy ze sklepu na zielony skwerek, z którego wystaje tabliczka z przekreślonym psem.

– Co będziemy teraz robić? – pytam Tamalugę.

– Mozie popsiątamy kupy z tlawy, cio?

………………..

Myję naczynia, Tamaluga wchodzi do kuchni.

– Zlób „Iiiiiiiii”!

– Iiiiiiii

I pstryka mi zdjęcie. Potem pokazuje, ale jest wyraźnie niezadowolona z efektu.

– Za ciemne – przyznaję.

– Tak, ciemne.

Szuka w telefonie poprzednich zdjęć, w końcu znajduje takie, które robiła mi kilka dni wcześniej, też przy zmywaniu naczyń, ale to jest lepiej oświetlone.

Pokazuje mi, mówiąc z pretensją:

– O! Właśnie tak maś wyglądać!

Zakład pracy chronionej

Uwielbiam ludzi pozytywnie zakręconych (jak chociażby tata jednej z zaprzyjaźnionych blogerek). Chociaż ich czyny mogą mieć opłakane skutki, to bezustannie wywołują u mnie  uśmiech, a często śmiech nawet.

To są właśnie ludzie, z którymi nie można się nudzić.

Opowiem wam o moim byłym szefie, i przy okazji kilku zabawnych sytuacjach z tamtej pracy, póki jeszcze pamiętam.

Pan Kazio prowadził małą firmę P ze swoją żoną Ela, i to ona była naszą bezpośrednią szefową. Pan Kazio za to często do nas wpadał, starał się być pod ręką, gdy trzeba było coś wynieść, przynieść, dokupić. Było to dosyć trudne, bo sam miał jeszcze inną własną działalność (do dziś zachodzę w głowę jak mu się w ogóle udawało prowadzić jakąkolwiek działalność). Jego wizyty zawsze mnie cieszyły, gdyż szef był pogodnym, przezabawnym, pozytywnie zakręconym niepoprawnym optymistą. Jak wspomniałam, służył nam pomocą i nazwałabym go Złotą Rączką, gdyby nie fakt, że zazwyczaj psuł to, za co się zabierał. Ale był przy tym taki uroczy i zabawny, że nie raz płakaliśmy ze śmiechu. Jego żonie nie zawsze było do śmiechu, często się irytowała, i ja ją poniekąd rozumiałam. W praktyce firma była na jej głowie, czas naglił, zamówienia czekały, a pan Kazio z głową w obłokach.

Do firmy P trafiłam przez przypadek i miała to być praca na chwilę, a zostałam na kilka lat, bo opierała się na zdolnościach manualnych, a ja to uwielbiam. Przede wszystkim jednak zostałam tam dla ludzi i pozytywnej atmosfery, co zawsze było i będzie dla mnie ważniejsze od zarobków.

W pracy używaliśmy różnych kolorów farb, ale bazą do każdej z nich była oczywiście biała, i tej białej nigdy nie mogło nam zabraknąć.

Pewnego dnia szykowaliśmy naprawdę duże zamówienie, w dodatku „na wczoraj”. Pomimo luźnej pogawędki dało się odczuć napięcie i presję czasu. Napięcie sięgnęło zenitu, gdy około 15 okazało się, że biała farba zmierza ku nieuchronnemu końcowi. Potrzebowaliśmy niewiele, po prostu tyle, żeby zamknąć serię. Pani Ela starając się nie wpaść w panikę, zadzwoniła do męża. Pan Kazio przyjechał najszybciej jak mógł, i z nakazem zakupienia Jednej Puszki Białej Farby, wyruszył do sklepu. Pan Kazio wiedział jak ważna jest biała farba, i że każdy kolor można zastąpić innym, tylko nie ten. Pan Kazio wiedział też, jak ważny jest to kontrahent i jak ważne jest zamówienie. Pan Kazio wiedział więc wszystko.

Co mogło pójść nie tak?

Do sklepu było 10 minut autem, więc gdy po godzinie nadal go nie było, stało się jasne, że coś jednak poszło nie tak. Biała skończyła się na amen, pracownicy bębnili palcami w stoliki, pani Ela spacerowała od ściany do ściany. Krótko przed 17, czyli przed końcem pracy, pojawił się uradowany  pan Kazio. Trudno, najwyżej zostaniemy po godzinach. Najważniejsze, że…

– Co ty kupiłeś?! – głos pani Eli był spokojny, bo nie wierzyła w to co widzi.

– No, farbę…

– Miałeś kupić Jedną Puszkę Białej Farby, a to są, Boże dodaj mi sił, dwie puszki czarnej…

Pan Kazio niezwykle z siebie dumny, uśmiechnął się z wyższością. Po minie było widać, że ma asa w rękawie nie zawaha się go użyć:

– Była w promocji.

……………..

Któregoś razu zaciął się zamek w drzwiach w jednym pokoju. Drzwi otwierały się na zewnątrz, czyli w stronę korytarza. Coś tam się w nich wypaczyło, bo nie dało się ich domknąć żeby przekręcić klucz w zamku. Napieraliśmy na nie z całych sił, podczas gdy pani Ela manewrowała kluczem na wszystkie sposoby. Po kilku minutach byliśmy wyczerpani, sfrustrowani, bo każdy chciał już iść do domu. Wtedy raźnym krokiem nadszedł pan Kazio. Przyjrzał się naszym wysiłkom, pokręcił z dezaprobatą głową i stwierdził, że „co się nie da, jak się da”, a także, że „on to zrobi”.

Obadał dokładnie drzwi z zewnątrz, wymacał, opukał, a potem wszedł do pokoju i obadał od wewnątrz. Wreszcie, będąc w środku, zaczął z całej siły ciągnąć klamkę krzycząc, żebyśmy dopychali drzwi z korytarza.  Przekręcił ręką zamek i zamek się zamknął. Tadaaam!

Pan Kazio był wniebowzięty.

– Mówiłem, że to zrobię?! Mówiłem?!

– Owszem, mówiłeś – potwierdziła pani Ela. – A jak teraz wyjdziesz geniuszu?

………………….

Mieliśmy jeszcze jedną przygodę z drzwiami, chociaż nie będącą już udziałem pana Kazia.

Na nasz korytarz wchodziło się bezpośrednio ze schodów, co sprawiało, że czasami wpadały do nas osoby niepożądane. Na przykład kontrola z ZUSu, a wierzcie mi – do ukrycia  Ukraińców w jedynym pustym pokoju naprawdę potrzeba trochę więcej czasu.

Szefowa postanowiła wstawić więc drzwi, choćby prowizoryczne. Powstało więc coś na kształt stelażu, taka drewniana rama oddzielająca schody od korytarza. W tym miejscu stanęły drzwi, ale pozostał pusty metr kwadratowy, który wypełniono grubymi ściankami styropianu. Wszystko to, wbrew pozorom, było mocne i stabilne. Z boku zamontowaliśmy też dzwonek, który zazwyczaj nie działał.

Drzwi otwierały się w mało komfortowy sposób dla wchodzącego, bo w stronę schodów, co zmuszało do zejścia kilka stopni w dół. Drzwi były obite skóropodobnym materiałem, no i nie miały zamka, bo i po co? Były tylko takim straszakiem na nieproszonych gości. Opóźnieniem ZUSowskiej pielgrzymki, zyskaniem cennych minut do ukrycia Wasyla i Aloszy.

Pewnego dnia, do pracującego ze mną w pokoju Mareczka, przyszła w odwiedziny jego narzeczona. Dziewczę próbowało dzwonić, ale dzwonek był zepsuty. Próbowało pukać, ale… próbowaliście kiedyś zapukać w skórzane drzwi?

Tak, więc, siedzimy sobie z Mareczkiem i Jackiem nad robotą, słuchamy radyjka, rozmawiamy. Z korytarza zaczynają dochodzić jakieś dziwne dźwięki, ale cały budynek pełen jest dziwnych dźwięków, głównie z powodu starych rur. Po pewnym czasie dźwięki zaczynają się nasilać, jakieś przytłumione wołanie pomocy(?), jakieś odgłosy walki(?) Po jakimś czasie otwierają się drzwi do naszego pokoju i wchodzi Basia. Ma podarty rękaw, guz na czole i cała jest w styropianie.

Okazało się, że próbowała otworzyć drzwi, ale nie w tę stronę. Do głowy jej nie przyszło, żeby spróbować w drugą. W końcu poddała się i przebiła przez styropian, zahaczając głową o drewnianą ramę, rozdzierając bluzkę o wystające gwoździe. To była ekstremalna przeprawa blondynki, na czworaka, przez grube płaty styropianu. Widok musiał być bezcenny. Na szczęście ten, gdy stanęła w drzwiach też nas zadowolił.

Mareczek zachował zimną krew. My z Jackiem nie byliśmy tak powściągliwi. Mieliśmy jednak na tyle taktu, żeby posikać się ze śmiechu po wyjściu z pokoju.

Takich historyjek z pracy mam więcej, także jeśli kto zainteresowany…

Szewc bez butów piszczy

Czy jest na sali szewc?

Umierający przedstawiciel szanowanego zawodu? To jest, chciałam powiedzieć: szanowany przedstawiciel umierającego zawodu?

Nie taki, jaki ci w utworzonych na sztukę punktach, którzy parają się jedynie wymianą fleków, a każda inna czynność jest dla nich „się nie da”. Niczym krawcowe, o których już kiedyś pisałam, dla których zwężenie czy skrócenie jest krawieckim Mont Everestem. Panowie w szewskich kitlach patrzą znad grubych szkieł jak na idiotkę, na mnie, i na każdego, kto życzy sobie naprawy obuwia, zamiast zakupić nowe. Są tam przez zasiedzenie i sami już nie pamiętają po co.

A ja zakochałam się w tych butach i nie chcę nowych. Rzadko tak mam, ale gdy już mam, to mam. Nadałam im nawet imiona: Klementynka Prawa i Klementynka Lewa, tylko nigdy nie wiem, która na którą stopę. Bo z tego, co wiem, przy butach ma to jednak znaczenie.

Zrozumielibyście moje uczucie, gdybyście wiedzieli jaką drogę przebyły, by do mnie trafić (z Anglii przez Stany. Można?) i jak długo na nie czekałam, na te cudeńka, ręcznie robione w małym londyńskim warsztaciku (hmm), drobnymi paluszkami lokalnych staruszek – rzemieślniczek (hmm hmm).

Okazały się trochę za ciasne, więc na pchlim targu nabyłam przedmiot, uroczo zwany „kopytem rozciągającym” i rozciągnęłam je do pożądanego stanu. Wreszcie były idealne i wygodne.

Piękne w swej prostocie, małe dzieła sztuki, nierozumiane przez innych. Oliwia na ich widok wykrzyknęła „Boże, co to?!”, a Wiktoria opluła się herbatą. Bolałam nie nad tym, jak odmienne mamy gusta, ale nad tym, że ja mam gust, a one to w ogóle się nie znają. Przechrzciły Klementynę Prawą i Klementynę Lewą, nadając im jedną, ogólną nazwę „Robale”.

No, może trochę z boku, faktycznie, ale to z powodu traktorowej podeszwy. Poza tym, czyż wielcy konstruktorzy tego świata nie wzorowali się na budowie owadów?

Pierwszego dnia odpadły ozdobne rzemyki przy kwiatach, co świadczy tylko o ręcznej robocie. Albo właśnie przeciwnie. Nieważne. Były idealne…

A teraz w jednej z Klementyn pękła guma w podeszwie i trochę rozerwał się materiał z tyłu. Bo Klementyny solidne są, lecz delikatne.

Nie powinnam była ich forsować.

Nie powinnam była w nich chodzić!

……….

Ostatnio odkryłam coś niepokojącego, mianowicie: nie umiem piszczeć. Kurde, no, myślałam, że każdy umie. Jest to niepokojące w istocie, gdyż w razie zagrożenia nie wydam z siebie pożądanego dźwięku, a co za tym idzie – nikt mi nie pomoże. Upewniwszy się, że jestem sama, podjęłam kilka prób żałosnych. Coś tam z siebie wydałam, taki jakiś skrzek. No, takie skrzeko – chrząknięcie, że sama bym sobie nie pomogła, a co dopiero inni. Inni to mogliby się, co najwyżej, wystraszyć.

Nie pamiętam, czy od zawsze nie umiem piszczeć, czy z wiekiem zatraciłam tę umiejętność wraz z instynktem samozachowawczym.

Jeszcze nie wiem, co z tym faktem zrobię. Może faktycznie powinnam jeszcze poćwiczyć, ale ściany u nas cienkie i martwię się o sąsiadów.

Cierpię, bo nie mogę nawet zapiszczeć z zachwytu. Na przykład widząc idealne buty.

Idealne buty…

CZY JEST NA SALI SZEWC???!!!

Tamaluga ma problem ze snem :)

Chyba tylko ja tak potrafię – wygnieść ubrania z niegniotącego się materiału. W dodatku nie nosząc, tylko trzymając w szafie. Mało tego, nie da się im przywrócić poprzedniego stanu. A Bóg mi świadkiem – próbowałam. Odkopałam nawet przedmiot, którego nazwy nie wymienię, przeniosłam go na inny specjalny plejs, który pierwej musiałam rozłożyć. Podłączyłam to to do kontaktu i, powstrzymując torsje, przejechałam po owym ubraniu. I nic. A dwa razy sprawdzałam, czy robię to właściwą stroną i czy, na przykład, nie pod prąd. Jestem zdecydowanie antybohaterem w moim domu.

………….

Kotek w dyżurnym telefonie, zainstalowany dla Tamalugi przez Wiktorię wymaga karmienia, wysadzenia na kibelek, zabawienia i snu.  Kotek jest tak przemyślany, żeby nie zabierał dziecku całego dnia – szybko się męczy i długo regeneruje. Tamaluga kładzie go spać i zajmuje się czymś innym. Początkowo z nudów włączała mu lampkę i wyłączała, włączała i wyłączała, przez co kotek zapadał w sen i zaraz zrywał się nieprzytomny. Wywoływało to u Tamalugi niekontrolowany chichot, a ja zastanawiałam się, czy znęcanie się nad wirtualnym zwierzęciem też podlega karze. Na szczęście szybko jej przeszło i czasami, gdy akurat nie ma nic do roboty, przygląda mu się, gdy śpi. Za każdym razem odkrywa coś nowego. Na przykład to, że kotek miewa sny, pojawiające się w chmurce nad jego głową.

– Co on lobi?

– Śni.

– Śłucham?

– Śni mu się coś. To jest sen.

– Sen? Co to jest sen?

Nooo i teraz jak to wytłumaczyć dziecku?

– A tobie nigdy nic się nie śni? – pytam.

Tamaluga pokazuje palcem nad głową i mówi:

– Nie, zobac! Psecies ja nie mam chmulki!

 

………………..

Pierwsze zebranie organizacyjne w przedszkolu już za nami. To znaczy za mną, bo Tomasz miał dojechać i nie dojechał, więc za karę, przy pytaniu „W jaki sposób możesz pomóc w przedszkolu” – zaznaczyłam za niego „prace remontowe”. Zresztą nie powinni pytać, co ty możesz zrobić dla przedszkola, tylko co przedszkole może zrobić dla ciebie. A może dużo, Bóg mi świadkiem…

Póki co, Tamaluga wkracza w przedszkolny etap słuchając piosenek przedszkolaka. Fajne są. Moje dziewczyny też je lubiły. Większość z nich znałam z dzieciństwa, np. „Jadą dzieci drogą”, „Cztery słonie”, „Słoneczko rozchmurz buzię” i takie tam. Śpiewano mi je w domu, bo telewizję zdominowała wtedy Majka Jeżowska. Jej piosenki były bardzo melodyjne i wpadające w ucho, ale często brakowało w nich czegoś dosyć istotnego, mianowicie sensu.

Widać, nie dla wszystkich dzieci wybór między mamą a wikingiem, albo między mamą a kotem był taki oczywisty. I dlaczego ta mama ciągle płakała?

Pamiętacie jakieś piosenki z dzieciństwa?

Tamaluga postawiła na polskie proste piosenki motywujące:

… oraz anglojęzyczne, ale o wyjątkowo łatwym tekście (wymagające jednak jakiejś tam choreografii):

Baśnie, niestety, ryją berety

Niniejszy wpis dedykuję Aksini.

Ja nie wiem, jak ja przetrwałam dzieciństwo bez szwanku. No, dobra, ze szwankiem, ale jak przetrwałam? Wiersze – makabreski z „Księgi Nonsensu” – biblii mojego dzieciństwa nie zdołałyby mnie sponiewierać psychicznie. Nawet wziąwszy pod uwagę, że nie były to wiersze dla dzieci.

Jedyne, co mogło doprowadzić dziecko do zaburzeń psychicznych, w tym nerwicy, lęków, fobii i depresji były baśnie. Może jeszcze muzyka techno, ale wtedy nikt jej nie znał.

Baśnie braci Grimm, Charles’a Perrault, czy Andersena – zwłaszcza Andersena to było jakieś kosmiczne nieporozumienie.

„Mała syrenka”, pokazywała, że dziewczyna nie musi być szczególnie lotna, żeby oczarować faceta. Wystarczy, że ma na nogi, włosy i cycki. Nie musi nawet mówić. Ideał faceta: cycata zgrabna i bez głosu. Ostatecznie ta baśń jakoś się tam broni, bo klientka marnie kończy. Po upojnej nocy, facet po prostu nie ma z nią o czym gadać, więc ona rzuca się w morze. Utopić się nie może, bo wciąż jest syreną poniekąd, zatem zamienia się w jakieś tam bąble i sinice.

„Królowa śniegu”, nie do końca zrozumiała postać o skłonnościach pedofilskich. Jej relacja z Kajem nigdy nie została wyjaśniona. Po cholerę jej pryszczaty nastolatek na dworze?

„Sinobrody” to typowy szef mafii. Szemrane interesy, brudne pieniądze, morderstwa wyglądające na wypadki.

Potem już tylko krew, rzeźnia i jatka.

„Krzesiwo” – masakra na rodzinie królewskiej dokonana przez psy.

„Szyjka od butelki” – patologia bez 500 plus. Można?

„Umarłe dziecko” – … Wyobrażacie sobie, że czytacie dziecku na dobranoc baśń o takim tytule?!

 

Myślałam, że coś się od tamtej pory zmieniło.

No, coś tam się zmieniło. Dzisiaj baśnie są łagodniejsze, wręcz terapeutyczne, poprawne politycznie i antyrasistowskie. Niestety, wiele z nich jest pisanych językiem kompletnie niezrozumiałym dla dziecka, albo nieskładne stylistycznie, albo z błędami.

Po pierdyliardzie beznadziejnych, żeby nie powiedzieć kretyńskich książek, kupiłam Tamaludze książeczkę z popularnymi wierszami i rymowankami. Znałam je wszystkie, co mogło pójść nie tak? Znałam je wszystkie, ale dopiero teraz włos zjeżył mi się na głowie. Przeczytałam je, bowiem, ze zrozumieniem. Nie, co ja gadam? Z jakim zrozumieniem? Czegoś takiego nie da się zrozumieć. Po prostu się wczytałam.

Żałuję, że nie zrobiłam tego zanim przeczytałam je Tamaludze, bo szok jaki przeżyłam w trakcie i próby zastąpienia rymów własnymi, były nie lada wyzwaniem.

„Przyszła mama, kotka zbiła, a skorupki wyrzuciła”.

Nosz kurwa. Jak to zbiła???!!! I ja mam coś takiego przeczytać dziecku?! Wrażliwej Tamaludze, która wie, że nie wolno krzywdzić zwierząt?

„Miała baba koguta, wsadziła go do buta, miała baba indora, wsadziła go do wora.”

WTF?! Kolejny przykład znęcania się nad zwierzętami, bo nad zasadnością samego czynu nie będę się wypowiadać. Może miała już demencję.

„My się go boimy, na palcach chodzimy – jak się zbudzi to nas zje!”

Bez komentarza.

„Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła”.

Ja sama miałam lęki po tej bajce. I na nic zdało się wyjaśnienie w ostatniej zwrotce, że król był z cukru, paź z piernika, a królewna z marcepana. Zwłaszcza, że pojęcia nie miałam, co to marcepan. Przez dwie pierwsze długie zwrotki (moja mama śpiewała podwójnie) zdążyłam się zżyć z bohaterami, więc nie mogłam pogodzić się z ich bezsensowną, tragiczną i męczeńską śmiercią.

Jak widać w dziecięcej literaturze wszyscy się biją, znęcają nad sobą i zjadają żywcem.

Lub też, są niesprawni umysłowo:

„Ele mele zjedz morele,

Bango, bango wcinaj mango”

Czy też

„Ence pence, cztery ręce,

Idzie sobie smok w sukience”

No, to ostatnie niesie chyba ze sobą jakieś przesłanie.

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wywód, życząc wszystkim miłej i bezkrwawej niedzieli.

 

Im baaack

No i po wczasach. Powroty są smutne. Poza tym trudno odnaleźć się w nowej – starej rzeczywistości, chociaż, muszę przyznać, takie powroty pomagają w planowaniu – na przykład wiem już, co będę robić w najbliższych pięciu dniach. Prać.

To były bardzo udane wczasy; większość atrakcji zaliczona, książki kupione, inne takie również, Tamaluga pływała, budowała, skakała na trampolinie, jeździła konno, wspinała się, gnała na hulajnodze, zjeżdżała na linie, itd…

Kasa odpłynęła jako te fale przejrzyste. Przy okazji – byliśmy zaskoczeni czystością morza. Jestem dumna z rodaków, nie przynieśli wstydu. Żadnych Januszów z familią, skarpet w sandałach, brudu po sobie. Brawo oni!

Zaobserwowałam za to kilka typów wczasowiczów, między innymi meduzy, nimfy i syreny.

Meduzy plażują się całą rodziną, zajmują najwięcej miejsca, i zawsze wystają poza obszar koca. Są głośne, absorbujące i co chwilę wciskają swoim dzieciom kanapki z szynką.

Nimfy wczasują się pojedynczo, lub z przyjaciółką – drugą nimfą. Nimfy są zblazowane, snobistyczne i nie rozumieją, dlaczego w restauracji nie wolno im zapalić Eko-papierosa. Przechadzają się krokiem kaczym, kiwając się na boki, a całą swoją pozą starają się sprawiać wrażenie lepszych od reszty społeczeństwa.

Syreny nigdy nie leżą na kocach i leżakach, tylko na ręcznikach. Im mniejszy tym lepszy, bo trzeba go często poprawiać, a syreny czynią to chętnie. Nachylają się wówczas z każdej strony, prezentując się w stroju kąpielowym, którego majtki miały kiedyś pasek, ale został wchłonięty przez pośladki.

Plażowe głośniki co jakiś czas przypominają rodzicom o pilnowaniu dzieci i zapewnieniu im bezpieczeństwa. Wiem, że chodzi o ustrzeżenie przed zatonięciem, ale…  Myślę, że można to różnie rozumieć. Myślę, że dzieci mogą stanowić zagrożenie dla innych. Taka, oto, scenka: Leżę sobie na brzuchu, czytam. Po lewej nimfa, po prawej ojciec, matka i dwoje dzieci. Owe dzieci, chłopiec i dziewczynka zaczynają kopać dół, który szybko im się nudzi. Zaczynają obrzucać się piaskiem. Potem piaskiem i błotem. Potem piaskiem, błotem i łopatkami. Potem piaskiem, błotem, łopatkami i kolbą po gotowaaanej kukuryyyydzy. Zerkam na rodziców: matka meduza śpi, ojciec w telefonie. Obserwuję go dłuższą chwilę – ani razu nie spojrzał na dzieci. Cierpliwie czekam, aż… Tak jest, proszę państwa! Nimfa po lewej oberwała błotem!

– To pani dzieci?

– Boże broń!

Następuje szybka ocena sytuacji, i nimfa zwraca uwagę rodzicom właściwym. Rodzice wydają dzieciom polecenie przejścia na drugą stronę koca. Teraz obrzucają innych…

Bo ja z tych, co to leżing i plażing uprawiają.  Jednak najchętniej i najdłużej przebywam w morzu. Pcham się do morza, bez względu na pogodę i trudno mnie z niego wyciągnąć. W końcu jednak wyłaniam się na powierzchnię, gdyż fiolet ust słabo komponuje się z opalenizną. A w stopniu usmażenia osiągnęłam nirwanę. Ledwo poznaję samą siebie w lustrze.

 

Morze, wczasy i Dziubasy

 

Wczasuję się, kochani. Nad naszym Bałtykiem. Wiecie, co jest najważniejsze we wczasowaniu? Tak, kasa też, ale to nie to. No, dobra, pogoda również, ale to też nie to. Najważniejszy, najważniejsiejszy jest całkowity totalny i zaplanowany brak jakiegokolwiek planu. Nic nie trzeba, niczego nie muszę, nie ma od – do. Wstajemy kiedy chcemy, kładziemy się, kiedy chcemy i przez cały dzień robimy to, co chcemy. Tak, Tamaluga też. Gdy nie jesteśmy spięci i, niczym rasowa Hiszpanka, Luz mamy na drugie imię, wtedy przydarzają się nam cudowne przygody. Wiecie, co jeszcze jest cudowne we wczasowaniu? Spędzenie dnia z Całą Rodziną Dziubasów!

Dziubasowa jest tak fajowa w realu, jak i na blogu.

Dziubas takoż. Dokładnie taki, jak go Dziubasowa opisuje.

Dzieciaki Dziubasów fantastyczne!

To jest niesamowite, tak spotkać się z osobą poznaną na blogu. I polubić poza nim. I żeby tak się rodziny zgrały… Niezapomniane przeżycie, naprawdę. Dziubas chciał wiedzieć jak to się zaczęło, więc oświeciłyśmy go, że od pralki. To znaczy od wpisu o pralce. Potem skojarzyłyśmy, że kiedyś, dawno temu w komentarzach, zastanawiałyśmy się, jak zachowałyby się nasze dzieci, gdyby miały okazję na wspólną zabawę. Stwierdziłam wtedy, że Tamaluga na pewno chciałaby Dziubasowego syna przytulać i całować, na co Dziubasowa, że w takim razie on na pewno by uciekał. To było rzucone przez nas półżartem. Padłyśmy więc, bo dokładnie tak było! Z tym, że on też ją gonił, i bynajmniej nie bronił się przed całusami, rzekłabym, że wręcz przeciwnie 😀

Był chaos, była zabawa, było dużo miłości. A pośrodku słodziak Lolo. Nie spodziewaliśmy się, że nasze dzieci będą bawić się tak cudownie, że nie będą marudzić, tylko piszczeć i śmiać się, zwłaszcza, że były wykończone podróżą.

Na pewno to powtórzymy.

No, dooobra. To teraz garść faktów przedpodróżowych. Czyli jak nie zwariować przed wyjazdem na wczasowanie – antyporadnik.

Cztery dni do wyjazdu:

– Przyniosłeś walizkę piwnicy?

– Tak trochę.

– Jak trochę?!

– No, pamiętam o tym.

 

Trzy dni do wyjazdu:

– Przyniosłeś walizkę?

– Właśnie po nią schodziłem.

 

Dwa dni do wyjazdu:

– Nie widziałeś mojej kurtki czarnej?

– Tej z paskiem z boku?

– Tej samej.

– Eee… Wrzuciłem ją do kontenera PCK… Była w torbie z… Sama mówiłaś…

– ŻE K*RWA CO ZROBIŁEŚ???!!!

– No wiesz?! To zamiast się ucieszyć, że mi się przypomniało i nie będziesz szukać bez sensu, to ty jeszcze na mnie krzyczysz?!

 

Dzień przed wyjazdem:

Przyniosłeś walizkę z piwnicy?

– A, przyniosłem, właśnie, że przyniosłem!

– Śmierdzi. I zepsuta trochę.

– Pierzemy?

– Nie ma czasu. Do której Pepco?

 

Wieczór przed wyjazdem:

– Spakowałeś się?

– W jakim sensie?

– W sensie umieszczenia ubrań i innych takich, w tej walizce, co to leży otwarta od rana, aż się wszyscy potykamy o nią!

– A, no to właściwie prawie tak, chociaż niezupełnie. Chyba nawet jeszcze nie.

 

Podsumowaniem będzie cytat Kevina Arnolda, z drugiego sezonu serialu „Cudowne lata”:

„I wtedy zrobiłem coś, co powinienem był zrobić znacznie wcześniej: zamknąłem drzwi, położyłem się, i przez dwie godziny oddawałem się rozżalaniu nad samym sobą.”

Ja & Dziubasowa

Historia domku dla lalek

Gdy dziewczyny były małe, dostały od babci domek dla lalek. Teraz bawi się nim Tamaluga. Domek przetrwał w bardzo dobrym stanie, a łatwo nie miał. Nie złamały go liczne wypadki, mniejsze i większe katastrofy.

Przewrócenie się na domek wyszczerbiło mu framugę okienną.

Upadek z wysokiej szafy nadłamał filar.

Jednak najgorszy kataklizm nadszedł w 2005 roku, gdy zamieszkał z nami Pan Roniowy, wówczas 3 miesięczny szczeniak.

Dziewczyny musiały się wiele nauczyć, między innymi tego, żeby nigdy, pod żadnym pozorem nie zostawiać otwartych drzwi do swojego pokoju. Ale dotarło to do nich już po…

Pan Roniowy został w domu sam przez całą godzinę. Nie wiem kiedy w jego durnowatym łbie zrodził się pomysł ataku na domek. Może planował to od początku?

Domek ma trzy poziomy, plus prawe skrzydło i lewe skrzydło – stajnię. Domek był w komplecie z małymi lalkami. Jego pierwotnymi mieszkańcami była rodzina Afroamerykanów – matka, ojciec, córka w wieku szkolnym oraz niemowlę, o nieokreślonej płci. No i koń, nie zapominajmy o koniu.

Żyli sobie spokojnie, nie wadząc nikomu. Byli zwykłą, normalną, kochającą się rodziną. Ojciec dbał o swoich bliskich, codziennie ciężko pracował. Mama sprzątała w domu, gotowała. Córka odrabiała lekcje, zajmowała się koniem. A niemowlę miało swoją huśtawkę, zaczepioną o belkę, łączącą część mieszkalną ze stajnią. Co jakiś czas ktoś podchodził i bujał to niemowlę, aż czasami dziw brał, że nigdy się nie porzygało.

W tamten poniedziałek nic nie zapowiadało tragedii. Tata, jak zwykle wyszedł do pracy, córka do szkoły. Mama właśnie wkładała niemowlę do huśtawki. Nagle do pokoju wpadł ogromny żółty potwór. Potwór tak naprawdę był biszkoptowy, ale zestresowani świadkowie zapamiętali inaczej. Rzucił się ostrymi zębami i w kilka minut dokonał prawdziwej masakry. Pożarł dwa fotele i stół. Mamie wyrwał głowę. Tatę najwidoczniej dopadł w miejscu pracy, czyli na pobliskiej szafce. Nie było z niego co zbierać – o ile pamiętam ostała się prawa ręka. Niemowlę nigdy nie zostało odnalezione, prawdopodobnie potwór połknął je w całości. Masakrę, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu, przeżyła córka. Wyobrażacie sobie, co czuła po powrocie ze szkoły?!

Aha, przetrwał też koń, nie zapominajmy o koniu.

Od tamtej pory to nie byli ci sami ludzie. Córka rzuciła szkołę i od rana do wieczora czesała konia. Aż dziw bierze, że się nie porzygał. Matce na SORze zdołali przyszyć głowę, ale jakby zapadła się w siebie. Dosłownie. Cierpiała na pourazowy syndrom braku szyi: bezpośrednio pod głową umiejscowiły się ramiona. Wyraźnie też kulała, ale i tak nie wychodziła z domu. Całe dnie spędzała na tarasie, milcząca, nieobecna patrzyła przed siebie. Zupełnie jak by wciąż czekała na swojego męża. Albo na listonosza z rentą.

 

Gdy tamtego dnia, już po wszystkim, weszłyśmy do pokoju to przez chwilę stałyśmy w absolutnym szoku. Potem dziewczyny się załamały, a ja, zanim zaczęłam je pocieszać, zamknęłam się na chwilę w toalecie, gdzie dostałam histerycznego ataku śmiechu.

Domek funkcjonował jeszcze długo, co jakiś czas zmieniając mieszkańców.

Ostatnie dziesięć lat przeleżał w piwnicy.

Od ponad pół roku należy do Tamalugi.

Tamaluga dobrze go traktuje i często się nim bawi. Obserwuję tę zabawę z radością, wzruszeniem i  lekkim niepokojem. Otóż , nieważne jak poukładam mieszkańców, kończy się zawsze tak samo: wszystkie lalki ściśnięte w stajni, a w pustym domu, w salonie, koń rozwalony na kanapie ogląda TV. Nie zadaję pytań.

Ostatnio Tamaluga zdecydowała, że jedynym mieszkańcem domku może być Mistrz Yoda, który wcześniej pilnował drzwi.

Jest taki bezproblemowy; nie przewraca się, nie robi zamieszania. Stoi tylko i filozoficznie patrzy w okno. Przygarnęła mu psa pasterskiego.

No i konia, nie zapominajmy o koniu.