Perły w koronie

Niby nic się nie zmieniło, a wszystko się zmieniło. Aż nadziwić się nie mogę, że natura o niczym nie wie i normalnie przyszła sobie wiosna.

– Muszę siedzieć w domu.

– Przecież i tak siedziałaś.

– Ale teraz muszę.

Taki oto dialog odbyłam z sąsiadką i dokładnie oddaje mój stan.

Jeśli nie mogę zmienić rzeczywistości – szukam pozytywów. Trudno jest znaleźć pozytywy w samej epidemii, ale w siedzeniu w domu już tak.

1.Tomek jest w domu, ku wielkiej radości Tamalugi. Wykorzystuję ten fakt bezczelnie, a Tamaluga słyszy ode mnie ostatnio: „Powiedz tatusiowi”, „Poproś tatusia”, „Tatuś ci przyniesie/poda/naprawi/wyjaśni”. A także, od trzech dni: „Tatuś przeczyta ci książeczkę”.

Z czytaniem książeczki i opowiadaniem bajek to jest taka historia, że od kiedy wykańcza mnie kaszel, czytanie i opowiadanie jest dla mnie wielkim wysiłkiem. Tomasz, o dziwo, ochoczo przejął pałeczkę. Stara się jak może, nawet głos moduluje, ale efekt jest taki, że Tamaluga albo się marszczy, albo chichocze. Wczoraj to nawet w połowie bajki pogłaskała Tomka po głowie, mówiąc, że jest zmęczona i lepiej już pójdzie spać. 😀

2.Moje rośliny nigdy nie były tak zadbane jak teraz. Żeby nie było: dbam o nie regularnie, ratuję z opresji, i wyglądają oszałamiająco, ale w ostatnich dniach przeszły kurację SPA, z masażem, liftingiem i muzykoterapią. Mało brakowało, a zaplatałabym im warkocze z liści, nucąc „W moim ogródeczku”. (Póki co zaplatam warkoczyki Tamaludze, nucąc motyw przewodni z filmu „Kevin sam w domu”). Przy okazji zauważyłam, że jedną z roślin coś wpierdala. Znowu! Już pół roku temu miałam ten sam problem, ale nie mogłam dorwać intruza. Poddałam ją więc prysznicowej terapii szokowej i problem zniknął. Dzisiaj znowu to samo: liście wyglądają jak pocięte nożyczkami.  (Ktoś spotkał się z czymś takim?) Uprzedzając pytania: nie, to nie robota Tamalugi, bo, po pierwsze; ona uwielbia rośliny ponad wszystko. Po drugie; dopiero uczy się posługiwać nożyczkami i w życiu nie zrobiłaby tego tak idealnie. A że mało rzeczy wkurza mnie tak, jak atakowanie mojego parapetowego ogródka, śmiało ruszyłam do akcji. Nie było mowy żeby odłożyć to do jutra, więc w środku nocy pełzając po parapecie, akcję „Ratuj roślinę” ogłosiłam za otwartą.

3.Moje mieszkanie jest tak wysprzątane, że ledwo je poznaję. Gdy dobiłam do kuchennej sterty rupieci, niemal czułam, że odkryję kolejny pokój.

4.Nareszcie mogę spędzić dużo czasu z Oliwią, ale coś za coś – bardzo tęsknię za Wiką, więc dzwonimy do siebie codziennie, udając, że się trzymamy.

5.Mogę bardziej skupić się na pomocy tym, którzy tego potrzebują. Wspominałam już, że nie robię zapasów, więc sprecyzuję: dla siebie. Do innych już poszły.

6.Szpitale i kliniki nie wykonują zabiegów, co odracza operację trzeciego migdałka u Tamalugi. Ufff.

7.Tamaluga cudownie ozdrowiała… To znaczy nie ma już kataru. Kataru, który trwał niezmiennie od września. Trzech niezależnych laryngologów przekonywało, że z powodu przerośniętego migdała jest to niemożliwe. Poprawił jej się też słuch. Nie wiemy co o tym myśleć i trwamy z Tomaszem w szoku już piąty dzień.

8.Okazało się, że sąsiedzi, których w większości brałam za świrów, potrafią się zjednoczyć i są naprawdę spoko. (Chociaż nadal uważam, że to w większości świry).

9.Nie pozabijaliśmy się dotąd z Tomaszem, więc uważam, że jest OK. Co więcej, nawet się nie kłócimy, i mamy jeszcze więcej cierpliwości do Tamalugi i siebie nawzajem. (Dziubasowa, jeśli twój sen okaże się proroczy, to nie wiem co ci zrobię! 😛 😀 )

10.Mam dużo czasu na różne takie, nazwijmy to umownie „przemyślenia”. Codziennie też dziękuję Bogu za to, że wciąż jesteśmy zdrowi (chociaż za ten kaszel trochę Mu nawtykałam). I za to, że mieliśmy jakieś oszczędności (głównie na operację Tamalugi) i brak Tomkowej pracy nie uczynił nam szkody.

No, to na tyle, póki co.

Uwaga, teraz będzie wylewnie, więc po wszystkim, po prostu o tym zapomnijcie: Kocham was.

Jakoś to przetrwamy.

Tamaluga w warkoczykach.

 T&T. Tamaluga i Tomasz.

Zamrożona kobiecość i zapasy

W sklepach zostało niewiele towarów. Nie aż tak, żeby panikować, ale aż tak żeby się pospieszyć. Wszyscy robią zapasy, pomyślałam, że zrobię i ja. Tyle, że ja kompletnie nie orientuję się w temacie. Nigdy nie robiłam zapasów. Nawet przetworów na zimę.

Przeszłam się po sklepie i zajrzałam do kilku wózków. Poczułam się jak bym ściągała na egzaminie, ale cel uświęcał środki. Ludzie brali cukier, sięgnęłam i ja, ale jednak coś mi nie grało. Może to, że u nas w domu w ogóle nie używa się cukru? Cukier odłożyłam. Za przykładem innych sięgnęłam po mąkę. Następnie zamyśliłam się głęboko nad tym, kiedy ostatni raz korzystałam z mąki. Wyszło mi, że dwa miesiące temu przy pieczeniu ciasta, i później przy zagęszczaniu sosu. Mąkę odłożyłam. Stanęłam bezradnie przy mrożonkach. Mieszanka chińska, meksykańska, włoska, polska. Którą wybrać, skoro żadnej nie lubię? Jednak stan wyjątkowy wymaga od nas poświęceń. Może jednym z nich jest siedzenie w chacie i żarcie nielubianych mrożonek.

Wydobyłam notes, długopis, i zmusiłam komórki mózgowe do przypomnienia sobie matmy z liceum. Zaczęłam obliczać jakie jest prawdopodobieństwo, że przez dwa tygodnie będę odżywiać się potrawą złożoną z mąki, cukru i mrożonki meksykańskiej. Wyszedł mi wynik minus 85, ale mogłam coś pokręcić.

Zresztą miałam inne zmartwienie:

– Mięsa nie ma – zauważam na głos.

– Nie ma, nie ma, kochana, już od dawna – informuje jakaś pani.

– Pozostaje zjadać to, co mamy w zamrażarkach – stwierdza druga.

– No, właśnie – dodaje trzecia. – Bez paniki. Przeżyjemy na własnych mrożonkach.

– Ale czy wystarczy? – pyta z trwogą ta pierwsza.

– Pewnie, że wystarczy! Wydaje się, że tego mało, a okazuje się, że całkiem sporo.

– To prawda. Prawdziwa kobieta zawsze ma dużo mięsa w zamrażarce.

To był ten moment, w którym zdecydowałam się oddalić w innym kierunku, nonszalancko machając koszykiem. Niby pogwizdywałam wesoło, ale czułam się zdruzgotana. Nikt dotąd nie poddał tak w wątpliwość mojej kobiecości.

I cóż ja miałam rzec? Że w mojej zamrażarce jest tylko lód do drinków?

Nie wiedziałam, że trzeba mieć mrożone mięso, bo mięso zawsze kupuję na bieżąco…

Zerknęłam w koszyk, w którym miałam płyn do mycia naczyń, ręcznik papierowy, chleb i jogurt. Nagle zapragnęłam być już w domu, trochę dla bezpieczeństwa, a głównie dlatego, że nadciągał atak kaszlu, a uznałam tę czynność za zbyt intymną, by się nią z kimś dzielić.

Stanęłam w kolejce, która zawsze jest długa, ale teraz to już przeszła samą siebie. Byłam piąta w kolejce, jakim więc cudem znowu stałam przy mrożonkach na drugim końcu sklepu?! A, takim cudem, że ludzie w kolejce stali od siebie w metrowych odległościach.

………………….

Tak, kaszlę. Tomasz, gdy sądził, że już śpię zaczął mi machać termometrem przy czole. Zdrajca.  Jakoś godzinę wcześniej mu to nie przeszkadzało.

Wychodzę z Tamalugą na spacery, ale ogólnie siedzę w domu. Czuję się jak byśmy byli na tej kwarantannie z miesiąc, i byłam w lekkim szoku uświadamiając sobie, że to tak naprawdę TRZECI DZIEŃ.

………………….

Ludzie w telewizorze nie przestają mnie szokować. Rozumiem instrukcję mycia rąk. Akceptuję instrukcję powitania z łokciem. Jednak ostatnie wytyczne powaliły mnie na łopatki. „Co można zrobić z dzieckiem w domu”. Najpierw myślałam, że się przesłyszałam, ale towarzyszyły temu filmiki turtoriale, na których… rodzice nosili dziecko na barana, podrzucali do góry, grali w piłkę i gry planszowe, malowali… Nie, no zajebiście. Po prostu nie miałam pojęcia, że trzeba tego kogokolwiek uczyć! Najpierw wydało mi się to niewiarygodne. Potem śmieszne. A potem bardzo smutne, chyba smutniejsze od wirusa.

I z tą refleksją was zostawiam, kochani, życząc byśmy się trzymali, nie dali, wytrwali i pozostali w zdrowiu.

A teraz trochę optymizmu w tym trudnym czasie. Widok przed moim blokiem. Jakaż miła odmiana od muszli sedesowej, nieprawdaż?

Telewizor jest fajny

Czekamy z Tamalugą w poczekalni u laryngologa. Na stoliku stoi srebrny sześcian z dwoma pokrętłami, z którego wydobywa się muzyka. Tamaluga patrzy jak zaczarowana, dotyka, przysuwa ucho.

– Mama, pats! Pats, mama! Co to jest?

– Radio.

– Radio?

– Tak. Wiesz co to jest radio?

Tamaluga rozkłada ręce w geście bezradności.

– Nie wiem… Lobi zdjęcia?

I w tym momencie uświadomiłam sobie, że Tamaluga nigdy nie widziała radia. Nasze kuchenne pożyczył sobie Tomasz do pracy, dawno temu, nie może go pamiętać.

To tak o radiu, słowem wstępu. Później będzie o telewizorze.

……………………………

No, to strach jest. Jeszcze nie w porywach do paniki, ale jest. Największe zagrożenie dla rodziny stanowią Tomasz i Oliwia. Tylko oni mają styczność z ludźmi; Tomasz w pracy, Oliwia na uczelni i podczas podróży do Poznania (i nie tylko. Ostatnio była w Egipcie i szlag mnie trafił, zwłaszcza że wróciła chora). Także, jeśli załapać to tylko od nich. Tamaluga i ja grzecznie siedzimy w domu, wychodząc jedynie na poranne spacery.

Czasami sama udaję się na rynek, z którego wracam spocona i purpurowa na twarzy. Nie tyle z powodu dźwigania owoców, ile z powodu wstrzymywania kaszlu. Doszło do tego, że boję się zakaszleć w miejscu publicznym. Wyobrażam wtedy sobie, że ruch dokoła zamiera i wszyscy ludzie patrzą na mnie wskazując palcem, a zza rogu bezszelestnie wyskakują sapiące postaci w białych kombinezonach i siłą zaciągają mnie do karetki.

Bardziej niż swojej własnej osobistej paniki, obawiam się paniki innych ludzi. Sklepy n a p r a w d ę pustoszeją, tylko nie wiem czy z powodu wirusa czy niedzieli niehandlowej, bo sumie wygląda podobnie.

W wolnych chwilach ćwiczę z telewizorem. Chciałabym powiedzieć, że taniec lub jogę, ale nic z tych rzeczy. Ćwiczę mycie rąk, okazuje się bowiem, że nie robiłam tego prawidłowo! Jakże brudna się poczułam, zawstydzona i zbrukana. Nie wiem na pewno, ale mam podejrzenia, że robiłam to krócej i w złą stronę, nie mówiąc już o niewłaściwym ruchu okrężnym. Pierwsze próby były trudne, gdyż – w co zapewne trudno uwierzyć – nie mam w kiblu telewizora. Biegałam więc w tę i nazad, z łazienki do pokoju, chlapiąc podłogę. Teraz powoli dochodzę do poziomu mistrzowskiego, może nawet pojadę na olimpiadę, ale to jeszcze zbyt śmiałe plany.

Ćwiczę też nowe powitanie, zaprezentowane przez pana ministra z panem wicepremierem. Wyrażenie „przywalić z łokcia” nabrało całkiem innego znaczenia. Tutaj jeszcze mam pewne braki, u nich wychodzi tak lekko i naturalnie, a ja testując ze ścianą mam już mocno poobijaną rękę. Ale się nie poddaję. Na razie walczę o brązowy nałokietnik, a z czasem – kto wie – może nawet czarny?

A w ogóle to bardzo się cieszę, że mamy w telewizorze takich mądrych ludzi, którzy się znają i wypowiadają. Z drugiej strony, nadmiar telewizji chyba mi szkodzi, bo zaczynam mieć omamy wzrokowe. Widzę gościa, eksperta od koronawirusa, i głowę bym dała, że on wczoraj był ekspertem od czegoś innego. Ruchu drogowego? Rozwoju niemowląt? Nie wiem na pewno, bo w tych brodach wszyscy wyglądają tak samo. Nie rozumiem tej mody. Gdyby Tomek, nie daj Boże, zapuścił brodę, to szlag by mnie trafił. Na szczęście on źle się czuje nawet przy lekkim zaroście, głównie dlatego, że nie mógłby przytulać Tamalugi, co jest dla niego największą motywacją. (Pewnie, ch*j tam ze mną.)

Mówię wam, w telewizorze mieszkają mądrzy ludzie, którzy udzielają wielu cennych wskazówek. Tylko w jednym dniu poznałam całą masę ważnych informacji. Najpierw dowiedziałam się jak myć ręce i jak się witać. Potem dowiedziałam się, że pluton nie jest już planetą (k*rwa, od kiedy?! Od 14 lat?!) Potem dowiedziałam się, że na świecie żyje 525 milionów psów, (czy to nie cudowne?) Jeszcze potem dowiedziałam się, że te psy robią kupę, ustawiając się w kierunku północ- południe wzdłuż osi ziemskiej.

Można?

Zabawa u Herne

Zabawę podjęłam.

Na blogu u Herne ——->  PEGAZANIA

A aktualny jej etap brzmi „Co byś przekazała swojej młodszej wersji?”

Po długich i burzliwych obradach odbywających się w moim mózgu, po przeprowadzeniu skomplikowanego procesu, który to, w przypływach optymizmu nazywam myśleniem, oznajmiam, co następuje:

Już po wstępnej fazie procesu stwierdziłam, że przekazałabym swojej młodszej wersji CAŁE MNÓSTWO RZECZY.

Począwszy od klucza do piwnicy, który wiecznie ginie. Tak, żeby miała jeden, jak coś.

I powiedziałabym jej:

Po pierwsze, nie daj się poderwać chłopakowi w niebieskich butach Nike, gdyż wstąpisz z nim w związek małżeński, co okaże się katastrofą.

Po drugie, to nieprawda, że kalafior jest obrzydliwy. Zmarnujesz 30 lat wierząc w to, co powiedział ci dzieciak z przedszkola.

Po trzecie, wiosną 1995 roku Pawłowscy zaproszą cię na imprezę. Nie idź tam, bo umrzesz z nudów i ominie cię fajny koncert.

Po czwarte, załatw sobie transport z imprezy pracowniczej, latem 94, bo wracając zaliczysz wszystkie płoty, siatki i ogrodzenia, a i tak nie będziesz tego pamiętać.

Dochodząc do punktu piątego zatrzymałam się na moment, bo mnie oświeciło. Zorientowałam się, że to nie ma sensu. Między innymi dlatego, że ta lista nigdy się nie skończy, ale przede wszystkim dlatego, że przypomniałam sobie słowa doktora Emmeta Browna z „Powrotu do przyszłości”. Przecież to zaburzyłoby tę całą, no… Zakłóciłoby kontinuum czasoprzestrzenne! Nie można, no, naprawdę nie można robić takich rzeczy! Żadnych rad i ostrzeżeń, bo każda najmniejsza akcja będzie miała swoje konsekwencje w przyszłości! (Nie mówiąc już o tym, że gdybym trzymała się z daleka od niebieskich adidasów – nie miałabym teraz moich cudownych córek). Boszszsz, no! O mały włos…

W związku z powyższym, gdybym mogła przenieść się do przeszłości to NIC BYM SOBIE NIE POWIEDZIAŁA. Na wypadek, gdyby mnie korciło – zakleiłabym sobie usta podwójną taśmą klejącą, a dla pewności jeszcze założyła maseczkę chirurgiczną za 75 złotych. Tak zabezpieczona podkradłabym się pod okno tylko żeby popatrzeć na siebie, jaka byłam młoda, głupia, szczupła i zgrabna. Potem odwróciłabym wzrok, westchnęła, jeszcze raz rzuciła okiem jaka byłam szczupła i zgrabna, zaklęła siarczyście, co zostałoby stłumione przez taśmę i maseczkę. Następnie z ociąganiem wróciłabym wehikułem czasu, w postaci brunatno kopytnego jednorożca, do czasów obecnych, z poczuciem kompletnego zawalenia misji.

*Swoją drogą to zastanawiające, jak wiele porad dotyczyłoby imprez i picia. Muszę nad tym pomyśleć. Albo lepiej nie.

W poszukiwaniu rutyny

Sprzedawca wyrobów cukierniczych już sam w sobie powinien ociekać słodyczą. Niestety, babsko siedzące u nas w pączkach ma tak skrzywioną gębę, że rzadko kto decyduje się podejść do okienka. I bardzo dobrze! Podejdę 3 razy, a potem nie zmieszczę się w spodnie. Ostatnio znalazłam w szafie takie, których nie nosiłam od lat. Bojówki z wiszącym krokiem. Powiem tak: może ten krok kiedyś i zwisał sam z siebie. Teraz muszę go spuszczać i naciągać. Może ten krok kiedyś i zwisał seksownie. Dziś wyglądam jakbym się zesrała.

A że podobno nadciąga wiosna, tak mówią, w związku z czym należałoby wrócić do jako takiej formy.

Należałoby ograniczyć żarcie i zapisać się na siłownię.

Nie, no bez jaj. To taki żarcik sytuacyjny. Swoją drogą szkoda, że nie można schudnąć od samego zapisania się na siłownię. Nawet nie musiałabym się ruszać z domu, wypełniłabym formularz online i gotowe. Pozostałoby tylko siedzieć na kanapie i czekać na efekty. Tak… bardzo szkoda.

Co do ograniczenia żarcia, to chyba zaczęłam ostatnio podjadać. To znaczy bardziej niż zwykle. Nie wiem z czego to wynika, ale w Internetach wiedzą. Na kilku niezależnych stronach udzielają dokładnie tej samej rady: poznać swoje przyzwyczajenia. Lustracja codziennej rutyny pomoże nie tylko ograniczyć podjadanie, wyeliminować słodycze, ale też rzucić palenie i inne używki. Należy „tylko” zorientować się w jakich sytuacjach palimy, czy podjadamy i starać się wtedy zastąpić palenie czy podjadanie czymś innym. Czym, nie powiedzieli, ale to i tak jest nieważne w obliczu tego, co odkryłam. Mianowicie, ze zgrozą i niedowierzaniem odkryłam, że nie mam żadnej rutyny.*

Zawsze wiedziałam, że moje życie to chaos, ale żeby aż tak?!

Jeśli sięgamy po słodycz przy porannej kawie – wyeliminujmy ten odruch. Czy ja piję poranną kawę? Może inaczej: czy pitą przez mnie kawę można nazwać poranną? Jeśli budzę się o siódmej to śmiało, ale jeśli o dziesiątej trzydzieści to chyba nie bardzo. A nie oszukujmy się: od kiedy Tamaluga nie chodzi do przedszkola, znacznie częściej realizuję ten drugi wariant. Czasami piję tylko kawę, czasami do kawy jem śniadanie, czasami nie piję kawy, tylko jem śniadanie, czasami nie piję kawy i nie jem śniadania.

Pójdźmy dalej: kąpiel. Czasami kąpię się rano, czasami wieczorem, czasami na drugi dzień, a najczęściej w ciągu dnia. Tak, w ciągu dnia, kiedy uda mi się posprzątać, coś tam ugotować i wykonać inne czynności okołotamalugowe.

Wyjście z Tamalugą. Czasami odbywa się rano, czasami w południe, czasami po południu. Czasami spacerujemy, czasami robimy zakupy, czasami idziemy na plac zabaw albo do kawiarni, a czasami jeździmy tramwajem bez żadnego celu.

Obiad. Od wyprowadzki Wiktorii kwestia obiadu w moim domostwie przechodzi niewiarygodne metamorfozy. Przestałam nareszcie dzielić dania na wegańskie i niewegańskie, glutenowe i bezglutenowe, kaloryczne i niekaloryczne. Nie musiałam mierzyć, ważyć, dokonywać skomplikowanych obliczeń, rozpisywać na kuchennej ścianie wzorów chemicznych, z których żaden nie miał sensu, bo gówno pamiętam z chemii, ale na ścianie prezentowało się dość ciekawie.

Potem Oliwia zaczęła spędzać dni na uczelni i jeść poza domem, co wyeliminowało ostateczny podział obiadu na wegański i niewegański.

Potem Tomasz zaczął jadać w pracy i stało się. Moje rozbestwienie w tej materii sięgnęło zenitu. Czasami Tamaluga dostaje na obiad jajecznicę, zresztą ku jej wielkiej radości, co jest i tak lepsze od zupek Vifona, bo i do tego doszło. Naprzeciwko wesoło macha do nas Chińczyk, a na rynku kurczak z rożna. Jestem na wspaniałym, fantastycznym i długim urlopie od gotowania. Nawet jeśli to tylko 2-3 dni w tygodniu to i tak warto. Odkryłam, że w tym czasie mogę robić dużo innych pożytecznych rzeczy, np. przeczytać książkę, obejrzeć odmóżdżający film albo pogapić się w okno.

Zatem i tutaj rutyny brak.

Jak wspomniałam: moje życie to chaos.

No, to kiedy ja właściwie podjadam?

Jak to kiedy: w nocy.

 

*Przypomniało mi się, jak na studiach mieliśmy wykład na temat codziennych przyzwyczajeń. Profesor stwierdził, że każdy bez wyjątku robi to samo po wstaniu z łóżka, mianowicie siku. Kolega Mariusz oświecił go, że czasami po wstaniu z łóżka robi się i siku i kupę. Na co kolega Daniel oznajmił wesoło, że on właśnie robi siku i kupę, i to jeszcze przed wstaniem z łóżka!

Przecież ja nie mogłabym odnaleźć się w normalnej grupie

Godzina prawdy i fuj fuj poza toi toi

Tamaluga czasami jest bardzo płaczliwa i męcząca. Przypisujemy to jej wiecznemu (nabytemu w przedszkolu) katarowi i wiecznie zatkanemu nosowi. Oraz niedosłuchowi, rzecz jasna. Musiałam wyjść na godzinę, więc Wika spadła mi jak z nieba. Gdy Wika ma wpaść z wizytą (odkąd mieszka osobno widuję ją częściej, niż gdy mieszkała z nami) Tamaluga wpada w euforię. Gdy Wika odwołuje wizytę – wpada w płacz. Na szczęście Wika przychodzi często, i nawet zmęczona po pracy czy przeziębiona – zawsze znajduje siłę na zabawę z Tamalugą.

No, więc tym razem też przyszła, obolała i zmęczona po 10 godzinach pracy. Powiedziałam, że nie będzie mnie tylko godzinę, ale gdy już byłam w kurtce, zwątpiłam. Tamaluga zaczęła jęczeć, skakać po Wiktorii i negować wszystko, co zaproponowała. Wika spojrzała na mnie nieprzytomnym wzrokiem i stwierdziła:

– To będzie bardzo trudne sześćdziesiąt minut. Lepiej już idź, mama…

…………….

Gdy byłam dzieckiem, takim w pierwszych klasach podstawówki byłam bardzo chuda, piegowata i miałam zadarty nos. Nie podobałam się sobie, ale kto się sobie podoba w dziecięcych latach? Kto się sobie podoba w jakichkolwiek latach? Może nie porażałam urodą, ale nie czułam się trollem. Siostra mojej babci widocznie twierdziła inaczej. I ostatnio, nie wiedzieć skąd, przypomniała mi się taka sytuacja, a miałam wtedy jakieś osiem lat:

– Szkoda, że ona tak wygląda. – westchnęła ciotka W, w ogóle nie przejmując się faktem, że „ona” stoi obok, słyszy i rozumie.

Babcia: To znaczy jak?

Ciotka W: No, że nie jest podobna do swojej matki. To taka piękna kobieta…

Babcia: No, nie jest podobna, ale przecież to się może zmienić, a poza tym…

Ciotka W: Może tak, a może nie. Na razie wygląda jak wygląda.

Babcia: Co ty wygadujesz?

Ciotka W: No, piegowata jest. Nie mam pojęcia po kim.

Babcia: Piegi są ładne…

Ciotka W: Jak dla kogo, kochana, jak dla kogo. No i chuda jest. Przeraźliwie.

Babcia: Taki wiek…

Ciotka W: Ale zobacz, ile ona je… A w ogóle nie przybiera.

Babcia: Przybierze w swoim czasie.

Ciotka W: Może tak, a może nie. Ech, nie jest podobna do matki…

Babcia: No, nie jest, ale…

Ciotka W: Jest podobna do ojca, niestety…

Babcia: No, niestety… (i po chwili namysłu): CO? JAK TO NIESTETY?! Czego ty chcesz od mojego syna?! To przystojny facet jest!

😀

…………

Wchodzę z Tamalugą na plac zabaw. Stan: jedna dwuletnia dziewczynka z mamą. Tamaluga, jak zwykle biegnie do obcego dziecka i zaczyna rozmowę. Mama z wdzięcznością patrzy na Tamalugę, a potem zwraca się do córki:

– Baw się ładnie z dziewczynką, a mamusia teraz pójdzie fuj fuj.

WTF?!, myślę sobie. Idzie zrobić kupę pod drzewem? W pobliżu stoi toi toi, więc może tam? Ale nie, mama wychodzi poza płotek i zapala papierosa.

Niby nic mi do tego – sama paliłam. Ale nigdy, PRZENIGDY nie zrobiłam tego przy dziecku! A już do głowy by mi nie przyszło nazywać tego fuj fuj i dawać niechlubny przykład swojej córce.

A tak pozostając w okolicach tematu. Gdyby ktoś chciał mnie odwiedzić i miał wątpliwości który to blok, spieszę donieść, że od dwóch tygodni stoi pod nim coś takiego:

Myślę, że owa „instalacja” powstała z myślą o właścicielach psów – nie tylko mogą sobie przysiąść, ale też wypróżnić się wspólnie z czworonogiem, co niewątpliwie wpłynie korzystnie na rozwój psychiczny jednych i drugich.

…………….

P.S.  Tak mi się przypomniało, że jak na ludzi urodzonych przed wojną, to rodzina mojej babci miała dosyć nowoczesne imiona. Moja babcia miała na imię Julia, a jej siostry Weronika i Klaudia. Prawda? Toż to szok.

Mordercze puzzle

Zacznę od tego, że ostatnio wydarzyły się dwie rzeczy. Pierwszej z nich się nie spodziewałam, bo nie dostałam ostrzegawczego smsa, więc przeżyłam szok. Drugiej z nich się spodziewałam, bo cztery lata temu dostałam ostrzegawcze skurcze, ale i tak przeżyłam szok.

Pierwsza rzecz to wichura, o której dowiedziałam się gdy otworzyłam okno w pokoju i na fali radosnego podmuchu zatrzymałam się w kuchni.

Druga rzecz to urodziny Tamalugi. 🙂

…………………………………………

Moje PlayStation przechodzi kryzys wieku średniego, lodówka menopauzę, a telewizor bunt pięciolatka.

PlayStation zacina się w różnych, trudnych do przewidzenia momentach. Zazwyczaj, gdy postać z gry skacze, turla się albo zjeżdża w dół. PlayStation jest zazdrosne, bo też by tak chciało, ale już nie te lata.

Lodówka ma na zmianę uderzenia zimna i ciepła. Między innymi.

Ekran telewizora powolutku pokrywa postaci malutkimi pikselkami, począwszy od dołu, podchodzi do góry i wkrótce ogarnia całą twarz. Jak jakaś tajemnicza nicość z horroru. Przeważnie najpierw obraz zastyga w bezruchu, zazwyczaj podczas najbardziej idiotycznej sceny. Potem wygląda to tak, jak by rozsypywał się w puzzle. Nie znoszę puzzli, ale korci mnie, żeby podejść do ekranu i poprzesuwać palcem te puzzle, żeby wskoczyły na swoje miejsce. Nie mam cierpliwości do puzzli, za to Tamaluga może układać godzinami. Dostała trochę puzzli pod choinkę i teraz, na urodziny. W ciągu trzech dni opanowuje tę sztukę do perfekcji i układa w tempie ekspresowym. Jednak półka opadła mi dopiero, gdy ułożyła je… obrazkami do podłogi. 😀

Ale wracając.

Niby wiem, że to nie jest wina telewizora, tylko tego takiego (pachtworkowego) kabelka od modemu. (Ale obraz odbieram w telewizorze, więc na niego też jestem zła). On, ten kabelek, wychodzi z modemu i biegnie przy podłodze, i znika w takiej dziurce w ścianie. Tylko, że po drodze napotyka wiele przeszkód, a i sam też w licznych plasterkach. Czasami wystarczy nim poruszać i obraz wraca, ale nie zawsze. Czasami ruszanie nic nie daje i wtedy przechodzę samą siebie w pomysłach jak temu zaradzić. Miesiąc temu, na przykład, po godzinie bezowocnego ruszania kabelkiem zaczęłam go ciąć na takie krótsze kawałki, aż wystraszyłam się, że będzie za krótki i nie sięgnie z powrotem do tej dziury w ścianie. A potem coś mnie tknęło – zadzwoniłam do UPC i dowiedziałam się, że w moim rejonie jest problem z odbiorem i technicy nad tym pracują… Szkoda, że nie wiedziałam tego zanim  i JA zaczęłam „nad tym pracować”!

W zeszłym tygodniu znowu zatrzymał się obraz. Na dwóch sąsiednich kanałach też się zatrzymał, w dodatku ten sam obraz. Normalnie przyjęłabym to ze stoickim spokojem, bo nie miałam w planach żadnych wartych obejrzenia programów. Normalnie nie przejęłabym się za bardzo i zajęła innymi czynnościami. Ale nie było normalnie, bo obraz zatrzymał się na prawym profilu Pawłowicz.

– Odcięli nam kablówkę! – krzyknęłam histerycznie.

– Zapłaciłaś? – zapytał Tomek.

– Tak.

– To dlaczego mieliby odciąć?

– Bo są zawistni, złośliwi i mściwi!

– …

– Nawet ten milutki konsultant, z którym rozmawiałam w grudniu! Coś mi nie pasowało, że on taki milutki. To pewnie on za tym stoi.

– Przecież chciałaś tylko zrezygnować z pakietu Canal+

– Właśnie! Z zemsty to robi. Sabotuje. Zresztą zobacz: minęło półtora miesiąca od rezygnacji, a my nadal mamy Canal+!

– Sprawdzałaś inne kanały? – Tomek wreszcie spojrzał na ekran i krzyknął. – Jezu, co to jest?!

– Pawłowicz, tylko zlała się z garsonką. Piksele już po nią idą z dołu. Pochłonie ją nicość.

– Możesz to wyłączyć?!

Mogłam. Ten przycisk działał bez zarzutu.

 

 

 

Wzięłam oddech, bo nie lubię piwa

Taka oto rada przyozdobiła budy, budki i słupy mojej dzielnicy. Niegłupia rada, zaiste, niegłupia. W mojej obecnej sytuacji wręcz niezastąpiona. Świetna rada (pycha rada) no, więc wzięłam sobie z tych oddechów, jeden głębszy.

Może dzięki temu nabieram ostatnio więcej energii. A może dzięki wiosennej pogodzie. A może dzięki weekendowi w nadmorskim SPA. A może wszystko powyższe (albo „tloseckę tak, a tloseckę nie”, jak mawia Tamaluga).

I tak mnie „wzięło i natchło”, i nawet tym razem nie odmówiłam Majce, która w trakcie rozwodu jest i co weekend ciągnie mnie do nocnego klubu. Wydawało mi się, że i mnie samej wyjście dobrze zrobi, bo Tamaluga, choć cudowna i urocza, to przebywanie z nią, niechodzącą do przedszkola, popycha mnie w objęcia lekkiego obłędu, i ślinię się nieco, i do siebie mówię. Chociaż nie, to drugie to mam od zawsze.

No i tak się złożyło, że koleżanka z dzieciństwa, Sylwia do ojczyzny zjechała. I jeszcze dwie kobiety jakoś po drodze zgarnięte („nie wiem czy od panny młodej, czy pana młodego” gdyż kobiet nie kojarzyłam ani, ani). Acz im bliżej wyjścia było, tym mniejszą miałam ochotę. Ale słowo się rzekło, nie było odwrotu.

Przejrzawszy zawartość szafy stwierdziłam, że nie mam w czym wyjść, i w czym w ogóle teraz wychodzi się do klubu? Czy w dżinsach wypada? A buty? Nie dalej jak dnia poprzedniego w telewizji śniadaniowej goszczono Blankę Lipińską. Kojarzyłam tę pisarkę(?) – celebrytkę, głównie z negatywnych recenzji jej książki. Tym razem, o dziwo, nie o książce prawiła, lecz o czasach szczenięcych, gdy była selekcjonerką. O – zdziwiłam się. – Czyżby owa pani miała coś wspólnego z piłką nożną? A może rozchodzi się o inną dyscyplinę, na przykład taką Lacrosse, indiańską grę zespołową, z takimi jakby siatkami na motyle?

Nic z tych rzeczy. Szybko okazało się, że chodzi o selekcjonerkę innego rodzaju, taką w nocnym klubie. Za moich czasów był bramkarz, za czasów mamy – wykidajło.

Ale! Świat mknie do przodu! (Za moich czasów istniała też nazwa „piwo z kija”, a teraz jest „piwo z nalewaka”, o czym dowiedziałam się następnej nocy, właśnie w owym klubie nocnym).

Ale do brzegu.

W samym klubie było tłoczno, śmierdząco i głośno. Znowu uświadomiłam sobie, jak odwykłam od takich imprez, i jaki przesyt ich miałam w dawnych latach. Zamówiłam piwo, bo wychodziło najtaniej, chociaż nie lubię piwa. Sączyłam je tak wolno, że wolniej to chyba tylko układam puzzle, gdyż nie lubię piwa. Zmęczyłam jedno i postawiono mi kolejne, a przecież nie lubię piwa. Wzięłam mały łyk i napisałam sms do Tomka: „Męczę się”. Błyskawicznie przyszła odpowiedź, a że miała „lekkie” zabarwienie erotyczne, pozostawiłam pełną butelkę piwa, natychmiast i bez żalu (zwłaszcza że nie lubię piwa). Śmiało ruszyłam do szatni z pięcioma numerkami, podając jeden losowo. Trafiłam. Szkoda, że nie mam takiego fartu w Toto Lotku. Powiedziałam dziewczynom to, co mi akurat przyszło do głowy, czyli, że dostałam okres. Wiem, jestem niesamowicie kreatywna. Ich współczucie przekonało mnie, że będę się smażyć w piekle za to kłamstwo, ale póki co miałam to w dupie. W klubie byłam dokładnie 45 minut. Nie chciało mi się czekać na taksówkę, co w sobotę i tak graniczyło z cudem. Wróciłam z klubu pieszo, w środku nocy.

Dwu-i-pół-kilometrowy spacer tak mnie zmęczył, że gdy wróciłam do domu „lekkie zabarwienie erotyczne” smsa niejako straciło na znaczeniu. Ogólnie rzecz ujmując: padłam na ryj. Zachowując jakąś tam resztkę świadomości, sięgnęłam po torebkę w celu wydobycia telefonu. Zamiast telefonu natrafiłam na coś, co rozbudziło mnie totalnie i sprawiło, że wystrzeliłam jak struna, z niemym „O, kurwa!” na ustach. Namacałam, bowiem, i wydobyłam z torebki… klucze od domu Sylwii.

Po pierdylionie nieodebranych połączeń i sześciu milionach smsów, ustaliłyśmy ostatecznie, że zostawię je na parapecie od kuchni.

Rano zerknęłam na parapet całkowicie zasrany ptasimi kupami. Pozostało mi wyrazić cichą nadzieję, że Sylwii udało się odkleić od niego klucze…

 

 

 

Selfie, Snapchat, gangsta (i spoiler-gift)

Tytuł może wprawić w dziwowanie tych, którzy już mnie poznali. A to dlatego, że nie jestem szczęśliwą posiadaczką, a raczej jestem w miarę szczęśliwą nie-posiadaczką konta na żadnym portalu, stronie, aplikacji i tak dalej. Tytuł zatem przyświeca znanej zasadzie „nie znam się, to się wypowiem”.

Selfie

Ostatnio, na któregoś tam stycznia przypadał Międzynarodowy Dzień Selfie, (zwanego przez tęgie głowy i znawców tematu – Samojebką). Cóż było robić z tą wiedzą bezużyteczną, nabytą niechcący z telewizji śniadaniowej? Jak to co – upiekłam tort, zaprosiłam znajomych, ale że nie mam fejsa, wyszła ich jakaś skromna garstka. Zaprosiłam zatem jeszcze ich 672 znajomych, oraz 958 znajomych ich znajomych, a także Zenka Martyniuka i żonę Macierewicza. Bawiliśmy się przednio, może dlatego że siedzieliśmy z przodu. Przez większość czasu cmokaliśmy w swoje telefony, nawet kuzyn męża koleżanki, który miał pierwszy model Nokii (bez aparatu), więc cmokał chyba tylko po to by nie odstawać od reszty.

Snapchat

Tę aplikację (?) znałam z opowieści córek. Nie były to kwieciste opowieści, tylko krótkie i zwięzłe, jak i sam Snapchat. Kojarzył mi się z wysyłaniem kilkusekundowych filmików z życia wziętych, czyli co akurat robię, a nie robisz tego ty, więc pewnie mi zazdrościsz. Nie widziałam w tym sensu, ale nie wszystko sens musi mieć. Na dniach zostałam oświecona, ale tak oświecona, że prawie oślepłam. Otóóóóż okazuje się, że aplikacja ta pozwala na śledzenie znajomych i dokładną ich lokalizację. Dokładną. Ich. Lokalizację. Uświadomiła mnie Wika, prezentując powyższe na swoim telefonie, a ja oplułam się spożywaną właśnie kanapką, z szoku, śmiechu i niedowierzania. Bo tam żyją takie małe ludziki. I one, te ludziki są porozsypywane po mieście, kraju, świecie… Naprawdę. I te ludziki mają twarze znajomych Wiki. I widzę jak się przemieszczają, gdzie się przemieszczają i czym się przemieszczają… NIE WIEM CO O TYM SĄDZIĆ! Ciekawa jestem ile zdrad odkryto w ten sposób, gdy okazało się, że ludzik z twarzą małżonka jest zbyt blisko ludzika z twarzą koleżanki. Z drugiej strony, Wika twierdzi, że dzięki takiemu namierzaniu odnaleziono ostatnio uprowadzoną dziewczynkę. Jak powiedział Tomasz, a ja się zgadzam – ten argument przebił wszystko.

Instagram

Dla luzaków – Insta, co niezmiennie kojarzy mi się z gangsta, i niezmiennie pozostaje dla mnie jedną z największych zagadek ludzkości. Kompletnie nie rozumiem, o co w tym chodzi. Ale, jak pokazuje mi życie i partia rządząca – nie zawsze muszę wiedzieć o co chodzi. Wrzuca się zdjęcia, ale takie profesjonalne, bo zwykłych nikt nie ma czasu lubić. Profesjonalna fota profesjonalnie umalowanego fejsa, zręcznie stuningowanej figury, po pięciu obróbkach. I jest moc, a jeśli nie to zawsze można wrzucić buty na szpilkach albo talerz rosołu z fikuśną kępką kopru. I ludzie się cieszą, podziwiają, zazdroszczą, a lajki sypią się niczym świeży śnieg. W sumie rosół jest moją ulubioną zupą, więc pewnie i ja cieszyłabym się na jego widok. Prawdopodobnie nie aż tak, jak gdybym go ujrzała w moim własnym talerzu, na moim własnym stole, tuż przed spożyciem. Ale jest jak jest i pewnych rzeczy nie zmienię, więc gdy moje córki robią fotę obiadu, odbieram to jako największy komplement.

 

Jeden z prezentów świątecznych dla Oliwii nie wytrzymał ciśnienia, gdyż przebył bardzo długą drogę. Papier mu się rozerwał z boku (temu prezentu :D) a Oliwia rozwaliła nas stwierdzeniem, że dostała prezent ze spoilerem…

P.S. Ostatni weekend spędziłam nad morzem… Morze jest cudowne, nawet poza sezonem.