Czekają mnie wiatry i video w torbie

Wszystko, co piękne szybko się kończy, czyż nie?

Nad morzem, między innymi zaliczyliśmy planetarium i pokaz o cudach wszechświata. I cud się stał. Czteroletnia Tamaluga, która nie usiedziała dotąd na żadnej bajce, wytrzymała do końca wpatrując się z zachwytem w galaktyki śmigające nad jej głową. Wspominałam już, że ma obsesję na punkcie kosmosu?

Zaliczyliśmy też Woliński Park Narodowy, czyli żubry i inne zwierzęta. Nawet kota, który – lekko co prawda, ale jednak – ugryzł w rękę głaszczącą go Tamalugę. Popłakała się z żalu i szukała u nas pocieszenia. Tomek wyjaśnił, że kotek chciał się tylko pobawić. Ja wyjaśniłam, że koty to france i nie można im ufać. Następnie widzieliśmy sarenki, dziki i inne takie, oraz zagrodę dla orła, bo sam orzeł gdzieś  spierniczył.  Wreszcie dotarliśmy do zagrody żubrów i widzieliśmy małego cielaczka, ale Tamaluga uparła się na ogromniastego samca Alfa i niezmordowanie przywoływała go do płotu. W końcu i on, wielki przewodnik stada ugiął się pod taką presją, dźwignął ogromniaste cielsko i podszedł do nas. Chcąc jednak zachować resztki godności(?) i pokazać, kto tu rządzi – trzasnął spektakularną kupę. Gdyby zastosować ją zamiast ziemi starczyłoby mi na dziesięć doniczek. Ciekawe co by na niej wyrosło. Może mały żubrzyk? Tamaluga nie zraziła się, bynajmniej, tylko stwierdziła z charakterystyczną dla siebie troską o innych, że kupa była duża, więc już go brzuszek nie boli. Rozbolał za to mnie, z głodu, więc udaliśmy się do pizzerii.

W pizzerii młody kelner z wesołą twarzą zachwalał drinka jakiejś parze, której chyba już nie robiło różnicy, co piją. Stwierdziłam, że opis drinka brzmi nieźle, więc szarmancki Tomasz postanowił zamówić go dla mnie. Wesoły kelner jednak tak się rozgadał, że nie widział machania. W końcu Tomasz zawołał go „Darek!”, co podziałało, bo podszedł i przyjął zamówienie.

– Skąd wiesz, że to Darek? – pytam Tomka. – Przecież nie ma plakietki.

– Tak mi jakoś wygląda na Dariusza. Tobie nie?

– Mi wygląda na Tomka.

– Dlaczego?

– Bo przypomina mi takiego Tomka z kolonii.

– Z kolonii?

– Właściwie to on był z Łodzi.

– Dobra, zaraz się dowiemy. Dareeekkk! Jak masz na imię?

– Łukasz.

,,,,,,,

Po urlopie czuję się opalona i taka jakby smuklejsza, ale waga śmiejąc się szyderczo sprowadziła mnie na ziemię. Zdzira. A ja tak o nią dbałam, ściereczką traktowałam, miejscówkę ładną pod szafką z butami znalazłam… Ech, okaż tu serce, człowieku. A przecież nie przesadziłam z goframi, ani trochę! Ze słodyczy to tylko ciasteczko z wróżbą. Po złoty, pięćdziesiąt w tym roku, a było za złotówkę. Potem dorwałam się do wróżby, siedząc z Dziubasami w kawiarni. Postanowiłam podzielić się z nimi tą moją wyjątkową przepowiednią i odczytać ją na głos. Niestety nie wzięłam okularów i poinformowałam Dziubasów, że … „Video w torbie”, co uznałam za oczywistą bzdurę, ale dyskretnie zajrzałam do torebki: brak jakiegokolwiek video. Następnie przeczytałam, że „Skucha boli”. Dziwnie napisane, ale w sumie prawda. Potem przeczytałam „Wiatry będziesz mieć” – O, i to mogłoby być prorocze, zważywszy na mix spożywanych przez mnie produktów.

Widzicie w tym coś śmiesznego? No, właśnie, a Dziubasy, kelnerka i jeszcze kilku gości chichotali jak wariaty. Doprawdy, no.

Boszszsz.

Okazało się, oczywiście, że „video w torbie” to tak naprawdę „wiedza w tobie”. „Skucha boli” to sukces uwolnić”, a „wiatry będziesz mieć” to „wiara będzie cię nieść”.

Także…

Co komu pisane.

Dziubasowa & ja

Tamaluga & ja

Tamaluga & Bob

Wczasy i Dziubasy II

Zacznę od tego, że od tygodnia jestem na wakacjach. Nad morzem. Nad polskim morzem, rzecz jasna. Nad Bałtykiem, że tak przybliżę tym, którzy na lekcjach geografii rzucali styropianowymi kulkami.

Stąd też mój poślizg z postem i waszymi blogami.

Jest też i Dziubasowa, więc jeśli się ktoś zastanawia co u niej, to śpieszę uspokoić, iż cała jest dziewoja i zdrowa, reszta Dziubasowa takoż. Jak zwykle fantastyczni, a chłopaki to już w ogóle… Fota w kolejnym wpisie po obróbce 😀

Dziubasowy Bob to oaza spokoju. Tamaluga jest przy nim nakręconą sprężynką, więc się uzupełniają. Jednak trudno im czasami dotrzymać sobie kroku, i tak np. Bob podejmuje wątek, który to postanawia przybliżyć Tamaludze w szczegółach. Tamaluga stara się wysłuchać go cierpliwie, ale po drugim zdaniu, uśmiecha się przepraszająco i wyrywa do przodu biegiem. Wreszcie powraca, więc Bob zaczyna przerwany wątek od początku. Tamaluga znowu znika, po czym wraca. Bob, wciąż niemogący dokończyć tematu, który uznał za istotny, nie okazując frustracji próbuje od nowa.  W końcu Tamaluga staje na środku deptaku i wybucha tak głośnym płaczem, że mijający nas ludzie przystają zszokowani. Obie z Dziubasową pytamy co się stało, przekonane, że coś ją użądliło…

– Bo Bob tak duzo mówi… I mówi…!!!

Padłyśmy.

To musiał być dopiero widok. Dziecko wyjące w niebogłosy i nachylone nad nim kobiety, które zamiast pomóc płaczą ze śmiechu. Bob niewzruszony całym zamieszaniem, spokojnie i cicho dokończył to, co miał do powiedzenia.

….

Siedzimy w kawiarni, dostaję ważny telefon, więc wychodzę za róg żeby spokojnie odebrać. W rozmowę wbijają się wrzaski i płacze dzieci, a ja myślę „Jak dobrze, że to nie nasi”. Wracam do stolika i okazuje się, że to NASI. Mały Lolo rozpłakał się ze zmęczenia, Tamaluga, równie zmęczona wtóruje mu, że chce siku. Tomek i Dziubasowa biegają jak w ukropie, i tylko Bob wzruszając ramionami spokojnie dokańcza lody.

Tamaluga zaprzyjaźniła się z synkiem właścicieli domu, w którym co roku spędzamy wakacje. Chłopczyk ma na imię Mikołaj, czyli Tomikołaj, bo dla Tamalugi to jeden wyraz. Wzięło się to ze świątecznej piosenki „To Mikołaj, to Mikołaj, to Mikołaj święty…”

– Tomikołajuuuu! Chodź się ze mną pobawić na dwolku!

– Jus idę Tamalkoooo!

Tomikołaj pokazuje Tamaludze ślimaki.

Tamaluga:  Tomikołaju, musimy je nakalmić.

Tomikołaj:  A ty wies, co jedzą ślimaki?

Tamaluga:  Wiem. Jedzą listki.

Tomikołaj:   I kamienie.

Tamaluga:  Co ty mówis?! Ślimaki jedzą listki!

Tomikołaj:  Skąd wies?

Tamaluga:   Lodzice mówiły…

….

– Mamusiu, idę pobawić się z Tomikołajem.

– Ale jego nie ma.

– Tak, ale jest dlugi Tomikołaj.

– Jak to? Inny chłopiec też ma na imię Tomikołaj?

– Tak.

– Tak ci powiedział?

– Nie, ja tak powiedziałam.

 

Tamaluga zaczepia wszystkie dzieci, nie ma najmniejszego problemu z nawiązaniem rozmowy. Po prostu podchodzi do jakiejś grupki dzieci, obojętnie w jakim wieku i pyta co robią, i czy może się z nimi pobawić. Podchodzi? Nie: ona do nich biegnie. Do zupełnie obcych dzieci. Nie ma żadnej blokady i taka jest od zawsze. Tamaluga i social distance to jest jakaś abstrakcja. Martwię się, bo nie jestem w stanie kontrolować jej na każdym kroku. Zakładając jej maseczkę w ogóle czuję się okropnie, chociaż wiem, że ona to rozumie.

Dobra, to na koniec życzenia, chociaż nieco spóźnione. Jak to ktoś kiedyś napisał i zrobił z tego magnes na lodówkę – „Każdy może być ojcem, ale nie każdy jest tatusiem”. Z okazji Dnia Ojca życzę wszystkim ojcom żeby byli tatusiami. A w prezencie piosenka – mój ulubiony cover o tym, jak fajnie jest być tatusiem.

 

Jezus na plusie (mamy plusy u Jezusa?)

Tamaluga zerka na oglądany przeze mnie reportaż. Dom, pokój, na ścianie Jezus na krzyżu. Tamaluga zrywa się ożywiona – My tes mamy taki plus nad dzwiami!

…………………………………………………..

Tomasz usypia Tamalugę. (Haha! Brawo on!) Po odbębnieniu cowieczornego rytuału, zalega w pieleszach. Ale! Tamaluga właśnie wtedy potrzebuje wszystkiego na cito, a żadna z tych rzeczy nie wiąże się ze spaniem. Milczę. Obserwuję. Ciekawam, jak on sobie poradzi.

– Tamalugo, zagrajmy w grę – mówi Tomasz.

– Jaką grę?! – ożywia się dziecię.

– Oboje zamkniemy oczy, a kto otworzy, ten przegra.

Tamaluga zamyka oczy.

– Otworzyłaś oczy! – woła radośnie Tomasz.

– A skąd wies?

– Bo ja też otworzyłem – przyznaje niechętnie.

– Otwozyłeś? Dlacego?

– Żeby zobaczyć jak się przegrywa.

……………………………………………

Śledząc wiadomości dowiedziałam się, że coś tam się zadziało w kosmosie. Poczyniono jakieś ruchy, ktoś tam kogoś wysłał w pizdu. W każdym razie jest to wiekopomne wydarzenie, którym wszyscy musimy się zbiorowo podniecać. Ja naprawdę zdaję sobie sprawę z wagi przedsięwzięcia. Naprawdę. I bardzo, naprawdę z całych sił starałam się odczuć to podniecenie, ale nie umiem, nie potrafię. (Tamaluga powiedziałaby „To um!”, „To potraf!”) No, nie i już. I to nie tak, że nie interesuje mnie kosmos. Uwielbiam patrzeć w gwiazdy i takie tam, ale… Wyprawy w kosmos mnie przerastają. Właściwie najgorszą karą i torturą jaka mogłaby mnie spotkać, to wyprawa rakietą. Kiedyś myślałam, że wyrzucenie na środek oceanu, ale nie. Kosmos to wszystko przebija. Nie rozumiem ludzi, którzy pchają się tam z własnej i nieprzymuszonej woli. Dobra, może przyświeca im szczytny cel, może chcą dokonać ważnych odkryć. Tylko po co, ja się pytam, skoro na Ziemi jest tyle nieodkrytych miejsc? Nie rozumiem Tomka i Tamalugi, zafascynowanych kosmosem. Nie rozumiem, ale szanuję, więc Tamaluga na Dzień Dziecka dostała teleskop. (Albo Tomek dostał.) W każdym razie była zachwycona. Ona ma księżycową obsesję, od kiedy pierwszy raz spojrzała wieczorem w niebo. Przysięgam! Nic się nie liczy, gdy Tamaluga zobaczy księżyc. Po tatusiu.

Bo my z Tomaszem to jesteśmy inaczej zaprogramowani.

Jego programy to astronomia, historia i samochody.

Moje programy to polityka, biologia i kryminał.

Gdy przez przypadek skasuję mu serię z kosmosem potrafi obrazić się na całą godzinę. Gdy on przełączy mi obrady sejmu, albo poranną debatę – wpadam w furię.

Na szczęście jest też kilka programów, które nas łączą. I w życiu, i na ekranie. Ufff.

………………………………………………..

Te ajfony to jednak dziwne są. A może nie? Może ajfon srajfon prawdę ci powie?

Siedzimy z Oliwią przy stoliku, w ogródku kawiarni. Oliwia proponuje, że zainstaluje mi snap chat, do naszego osobistego kontaktu. Grzebie mi w tym telefonie i pyta, czy sama ściągnęłam sobie aplikację „Czas przed ekranem”. Ta, jasne. Nie wiem czy kiedykolwiek ściągnęłam sobie jakąkolwiek aplikację. Oliwia mówi, że może mi to usunąć, ale zanim, to zaczyna czytać czego używałam najczęściej i wybucha śmiechem.

– Co jest?! – pytam.

– Mama, wynika z tego, że najdłużej, bo aż trzy godziny używałaś… kompasu!

Poplułyśmy się obie, ona lodami, a ja kawą.

– Przecież to niemożliwe – mówię.

Przez następną chwilę myślimy intensywnie i nagle obie wpadamy na to samo:

– Tamaluga…

 

Nigdy dotąd nie narzucałam się wam z Michaelem, ale dosyć tego dobrego. Raz na jakiś czas mogę. Znamy się już na tyle, że musicie mnie akceptować ze wszystkimi dziwactwami.

Piosenka oddaje nastrój jaki ostatnio mnie dopada. Kto jeszcze jej nie zna, to proszszsz, zapraszszszm.

Naga prawda

Wirus – teorie spiskowe i jedyna słuszna.

Dookoła wirusa narosło wiele teorii spiskowych. Znam je wszystkie, a niektóre nawet bardziej, niż bym chciała. Nie odrzuciłam ich z miejsca, pochyliłam się nad nimi, podumałam, poszperałam, połączyłam fakty. Podjąwszy własne śledztwo odkryłam jedyną najprawdziwszą prawdę. Wyjawiając ją wam, prawdopodobnie będę zmuszona nie tylko usunąć blog i zatrzeć wszelkie ślady, ale też opuścić kraj, przyjąć nowe nazwisko i nowy numer ubezpieczenia, i może nawet nową twarz (Boże, spraw, żeby była bez zmarszczek).

Ale liczę się z tym. Uważam, że każdy człowiek, który dokonał ważnego odkrycia powinien podzielić się nim z resztą społeczeństwa. Odkrycia tej przerażającej prawdy dokonałam oglądając film na bazie ulubionego serialu, ćwicząc jednocześnie pajacyki na macie, co brzmi jeszcze bardziej przerażająco. Wynik mojego śledztwa wklejam na dole, póki co musicie przebrnąć przez inne moje wynurzenia.

Jak mawiała moja Babcia, po uraczeniu jej długą i kwiecistą opowieścią z mojego życia – „Taaa…. A co poza tym słychać?”, podaję, co następuje.

A, no nic. Ruskie mierzą libido.

Będąc na odwyku od seryjnych morderców, których dotąd oglądałam do poduszki, z niechęcią odkrywam inne kanały w telewizji. I tak oto trafiłam na rosyjski program, ale o czym, to do końca nie wiem. Śpiącym okiem zarejestrowałam jeno, że para seksuologów przeprowadziła pospolite ruszenie w ichniej galerii handlowej. I powiem wam: Jessssuuu jakie te Ruskie zboczone wyzwolone!

Eksperyment polegał na tym, żeby grupka przypadkowych osób określiła, kto w grupce innych przypadkowych osób ma największe potrzeby seksualne. Wszyscy stawiali na pryszczatego małolata, który wcześniej w ankiecie deklarował seks raz na dwa lata. „Spoko”, pomyślałam. „Program ma zapewne na celu obalenie stereotypów. Pewnie teraz prowadzący pokażą wszystkim figę, i każdy pójdzie w swoją stronę”.  Ale nie. Okazuje się, bowiem, że nasi sowieccy bracia wiedzą wszystko i wszystko potrafią wytłumaczyć. Zmierzyli ludzi, zmierzyli ich prawe nogi, a potem podzielili wzrost przez długość nogi. Wygrani (albo przegrani, zależy jak na to spojrzeć), u których wynik był najwyższy mieli największy popęd seksualny. Oczywiście, wyjaśniono też dlaczego. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Chociaż ożywiłam się nieco na sam temat seksu, gdyż pochrapywanie po lewej sugerowało dobitnie, że seks w TV jest jedynym, na jaki mogę liczyć – to jednak sama przysypiałam i było już późno.  Ogarnęłam, że rozchodzi się o kości (po kościach się rozeszło). To znaczy, że pewna kość w nodze, odpowiedzialna za przyrost na długość, wykazuje zahamowanie podczas wzmożonego popędu płciowego. Czy coś. Reasumując: im krótsze nogi tym większe potrzeby. Teoria jaskiniowa.

Ale co ja wam tutaj.

Czas na prawdę.

Jedyną prawdę, słuszną prawdę, prawdę, tylko prawdę i gówno prawdę.

Jeśli jesteście odważni – dotrwacie do końca (to tylko kilka sekund, na więcej się nie odważyłam). Nie publikujcie tego u siebie. Wymarzcie, zapomnijcie. W razie czego się nie znamy.

Na wszelki wypadek pożegnam się z wami. Byliście cudowni. Wspominajcie mnie ciepło.

OTO PRAWDA O COVID 19:

Jak odpuścić?

…bo zapuściłam się.

To zdrowo.

Poniekąd to wina moja, ale tylko poniekąd, bo jak wiadomo, i że tak zrymuję: „winni są zawsze inni”. W tym konkretnym przypadku – zamknięte fryzjery, i inne takie, i zamknięta ja, w czterech ścianach. A co jest już szczytem szczytów: w czterech ścianach z lodówką. W dodatku zawsze pełną, przez zapasy, co to mi je kazali zrobić, z zawiści chyba, no bo nie z konkretnej potrzeby. Efekt jest taki, że wyglądam jak wyglądam, ale jak, to do końca nie wiem, bo nie mogę na siebie patrzeć. Już od czasu jakiegoś. Od 2 miesięcy. Przypadek?

W ramach protestu zrobiliśmy z Tomaszem nasze własne wybory. Nie wiem, na ile one demokratyczne, bo niby przez publiczne głosowanie, a nawet zdecydowany aplauz, ale wyraźnie widać, że ktoś manipuluje, bo zawsze wygrywa Tomasz. W zasadzie cieszę się, że on zawsze wygrywa, bo głosowanie dotyczy tego, kto pójdzie do sklepu. I tym sposobem nie pamiętam już jak wygląda nasz Społem. Moglibyśmy też, w zasadzie, ciągnąć losy. Tylko, że nikomu nie chce się ich robić. Zaproponowałam rzut monetą, na co Tomasz stwierdził, że nie jest szczęśliwym ich posiadaczem, na co ja, że hmm to zastanawiające, bo notorycznie podbiera mi je z portfela. Na co on prawie się obraził, ale zanim, to jeszcze zaproponował rzut Monetem. I faktycznie: zwinął w rulon plakat obrazu Moneta i pizdnął nim przez pokój. Tyle, że nic z tego nie wynikło, bo nie zdążyliśmy ustalić czyj jest wierzch, a czyj spód.

Siedząc w domu, poza, oczywiście całą masą pożytecznych rzeczy, zdobywałam, chcąc nie chcąc całą masę wiedzy bezużytecznej. Dowiedziałam się, na przykład, że keczup bywa zdrowszy od pomidorów, szlaban można łatwo staranować, a Paul McCartney , jeszcze z Bitelsami skomponował piosenkę w taki sposób, żeby dźwięk był słyszany i odbierany przez jego psa. Gdyby ktoś był zainteresowany – wklejam na końcu.

Tamaluga nadal produkuje świeczniki, wykorzystując dary lasu i plaży. Najprzyjemniejszą częścią jest dla niej barwienie soli. Dla mnie mniej. Ale nie zawsze mamy to, co chcemy, nieprawdaż? Chciałam żeby Tamaluga zabierała na wakacje idealnie wykonaną lalkę. I kompletnie nie mam wpływu na to, że zabiera trzy zdezelowane misie, pamiętające dwa pokolenia, a co jeden to bardziej wypaczony. Gdy żył Pan Roniowy, najdoskonalszy golden retriever jakiego nosiła ziemia, dystyngowany i sikający pod wiatr – zawsze uważałam, że do tak wspaniałego psa pasują wyłącznie estetyczne zabawki. I kompletnie nie miałam wpływu na to, że zabierał na wakacje rozciągnięty, brudny i zapluty  kawał  gumy, który kiedyś był piłką w kształcie lwa. O, i teraz wy staliście się posiadaczami wiedzy bezużytecznej. No, chyba że kogoś żywo zainteresowała przeżuta guma mojego psa, a myślę, że wśród was znajdą się tacy.

Poza zdobywaniem wiedzy bezużytecznej, miałam mnóstwo czasu żeby zrozumieć, że nic nie rozumiem. Z tego co się dzieje w naszym kraju. Gdy byłam dzieckiem nie rozumiałam wielu rzeczy, i miałam nadzieję, że wszystko wyjaśni się, gdy będę dorosła. Okazało się, że jako dorosła rozumiem jeszcze mniej.

Będąc dzieckiem, nie rozumiałam na przykład powiedzonka dorosłych „Musisz zjeść obiad do końca, bo dzieci w Afryce głodują”. Gdzie tu sens, gdzie logika? Czy jeśli zjem obiad, to dzieci w Afryce też się najedzą? Według małej mnie, bardziej logiczne byłoby spakowanie tego obiadu i wysłanie go do Afryki, ale byłam tylko dzieckiem, więc mogłam się mylić.

A poza tym, co jakiś czas staram się ćwiczyć. Co jakiś czas. Nie mam ja farta do internetowych propozycji, a przecież wybieram tylko ćwiczenia dla dzieci! Małpka siedzi i kręci stopami, myślę – idealnie! Oto ćwiczenie na miarę moich możliwości. Okazało się, że małpka siedzi i kręci stopami zapraszając do kliknięcia. Na ćwiczenia właściwe. Na tyrę i mordęgę wszechczasów.

Unikajcie małp.

Jeden ze świeczników Tamalugi.

Piosenka Paula dla psa:

 

 

 

Garść Tamalugi

Tamaluga bawi się smokami. Piszę akurat pracę, więc obserwuję ją kątem oka i widzę, że smoki chorują, jeden po drugim. Podjeżdża karetka na sygnale i zabiera smoki po kolei. Przy szóstej rundzie Tamaluga ma dosyć. Jest symbolem obecnej kondycji całej służby zdrowia. Widzę, że sfrustrowana, wrzuca wszystkie smoki do smoczego zamku. Widzę, że wyciąga wstążkę. Widzę, że tą wstążką, niczym taśmą policyjną, owija cały smoczy zamek. Następnie odkaża ręce, mówiąc „Tam jest wilus i choloba. Nie mam siły.”

 

Tamaluga maluje. „Ładna pustynia?” „Ładna, ale na pustyni nic nie rośnie.” „A palmy losną?” „Nie”. „A w dziungi?” „A w dżungli jest mnóstwo roślin.” „No, to narysuję dziungi.”

 

„Mama, a wies jak się nazywają takie małe, białe dzewka?” „Jak?” „Wakacje!”

 

„Muszę iść wolno, bo jak będę szybko idziła to może burczeć brzuszek”.

 

„Idziemy już?” „Tak, tylko nie wiem w co cię ubrać”. „No to się zastanów.” „Zastanawiam i nie wiem.” „No to zastanów się cały łas.”

 

„Tamarka, kończ już, bo jest bardzo późno.” „A mogę dokońcyć bajkę?” „Dobrze.” „No, a ty mozes udawać.” „Co udawać?” „Mozes udawać, ze jest nie tak baldzo późno.”

 

„Zobacz, mamusię boli główka. Pogłaszcz mamusię po rączce.”

„Nie mogę, tatusiu, bo będę głascyć i powiem ze juz, a ona powie ze jesce, i sie zlobi godzina baldzo jedenasta.”

 

Tamaluga ma kucyka Ponny, który śpiewa, ma mikrofon i można śpiewać razem z nim, a oprócz tego coś tam gada. Siedzę w drugim pokoju i słyszę dialog Tamalugi z kucykiem:

Kucyk: Hellooo! Jest tu ktoś?

Tamaluga: Tak, ja tutaj jestem, bo tatusia nie ma. Pojechał. Tylko ja jestem, wies? I baldzo cię kocham.

Kucyk: Zaśpiewajmy razem!

Tamaluga: Dodzie (dobrze). Ale za chwilkę, wies?

Kucyk: Jesteś świetna!

Chwila ciszy. Tamaluga wzdycha: Nie, nie jestem taka świetna.

 

To na deser ja.

Mam (nadzieję, że nie tylko ja) czasami często takie dni, że nie do końca ogarniam co się dzieje, nie mogę się skoncentrować i przejęzyczam się częściej niż zwykle.

Leci jakiś film przyrodniczy i właśnie wylęgły się larwy. Jednej z nich dają mega zbliżenie, więc gapię się zafascynowana poniekąd, chociaż nie jestem pewna czy dociera do mnie, co oglądam. Wchodzi Tomasz, zerka w ekran i pyta: – Co to jest?

– laura.

– Kto???

– laura.

Gdy dociera do mnie, co powiedziałam, próbuję się poprawić i mówię:

– lawra

Jesssssu, jakie to frustrujące, ale Tomasz wyje ze śmiechu, więc wyję i ja. Tylko, że on jest bezlitosny. Odtąd każdy napotkany robal jest dla niego Laurą… :/

„Dziungi”

„Sklep z kokardami”

„Morze i pirackowy statek”

„Plaża”

Nie mam pojęcia 😀

Kucyk daje koncert dla służb ratowniczych, wszyscy oglądają z aut (i dachów) z uwagi na pandemię.

Odkrycia

Siedząc posłusznie w domu (przez większość czasu) dokonałam wielu ważnych dla ludzkości odkryć. Oto one:

1. Gdy opłaca się rachunki regularnie to one jakby rzadziej przychodzą. W sensie w większych odstępach.

2. Nutellę można jeść na śniadanie, obiad i kolację. Można nią rysować i w niej rysować. Można wsadzać do niej różne rzeczy, na przykład palce albo patyki. W słoiczku po niej można wyhodować szczep bakterii (nie mylić z wirusami) albo użyć go do masowej lub indywidualnej produkcji czegokolwiek.

3. Gdy coś schowam w dziwnym miejscu żeby pamiętać to prawie na pewno zapomnę. O dziwo nie dotyczy to butelki Walkera.

4. Tamaluga jest w posiadaniu 6 zabawek interaktywnych. Do tej pory nie wiedziałam, że jest ich aż tyle. Może dlatego, że nigdy wcześniej nie chodziły wszystkie na raz.

xxxxxxxx

Umysł mój, nadwątlony już mocno „przed”, w izolacji ciągnął resztkami sił. Dlatego ucieszyłam się, że naszym krajem rządzą cudotwórcy. Raz dwa uporali się z wirusem, co, wraz z trzynastą emeryturą, tylko przypadkiem zbiegło się z wyborami.  Nieważne. Najważniejsze były te otwarte lasy i plaże.

Oczywiście po pierwsze udałam się do lasu.

Udali się też inni. Wielu innych. Przypuszczam, że do lasu przyszli nawet ci, którzy dotąd nie mieli pojęcia, że mamy w ogóle jakiś las.

Oczywiście po drugie udałam się nad morze.

Z pewną dozą nieśmiałości jednak, nie wiedząc czy zaraz zza rogu nie wyskoczy ktoś z nową dyrektywą. A to byłoby straszne, bo ja już przestałam ogarniać te istniejące. Udałam się, zatem, cichaczem i z partyzanta. Po drodze, zatrzymaliśmy się na piknik w środku lasu, z którego to postoju Mat przywiózł dwa kleszcze, a Oliwia jednego.

Oczywiście po trzecie udałam się na działkowego grilla. Co prawda do 1 (słownie: jednej) osoby, ale…

… Nie mając pojęcia, czy można, i co można, i czy siedzieć na działce tak, ale grillować to już nie, a jeśli grillować tak, to w ile osób i co?

Ja już nawet nie jestem pewna ile trzeba mieć lat, żeby w ogóle wyjść z domu.

I w jakiej odległości od partnera spacerować?

I czy odstęp między małżonkami może być krótszy, niż między konkubentami?

A jeśli tak, to czy małżonkowie po ślubie cywilnym mogą być tak samo blisko jak po ślubie kościelnym?

xxxxxxxxxx

Kiedyś dla adrenaliny robiłam dosyć ekstremalne rzeczy. Dzisiaj adrenaliną jest dla mnie puszczenie losowo listy przebojów w aucie.

I w związku z ta adrenaliną, tą obecną adrenaliną, adrenaliną na miarę moich możliwości –  ścisnęłam sobie kieszeń. Bo tak sobie szłam, i szłam, i szłam i wyczułam coś w kieszeni, ale tak, bez wsadzenia ręki. Strasznie mnie intrygowało co to, i najprościej byłoby sięgnąć i to wyjąć, ale nie! Adrenaliny mam w życiu tak mało…

To nie były klucze, nie chusteczki, właściwie kształt nic mi nie mówił. Ale fajnie się klikało. To znaczy naciskałam to coś, a to coś wydawało taki klik. Krok, ścisk, klik. Krok, ścisk, klik. W połowie drogi do domu wyklikałam już amerykańską pieśń z czasów wojny secesyjnej, a i klik robił się coraz bardziej niemrawy. Jakiś taki słabszy i bez mocy. W końcu nie wytrzymałam, wsadziłam rękę do kieszeni i natychmiast wyjęłam z odrazą. Wszystko było w jakiejś dziwnej mazi; ręka, kieszeń, spodnie…

Wynieście z tego naukę żeby nie klikać bez powodu.

Dla zainteresowanych: to był żel antybakteryjny.

Uzbrojona i niezdolna

No? Jak się trzymacie? Przesyłam wam pozytywne myśli, ale nie wiem czy dochodzą, bo wszystkie są w maseczkach. Czasami jestem pełna wiary i optymizmu, a czasami nie wierzę, że to się dzieje naprawdę. Wtedy mam ochotę zawinąć się w kołdrę i obudzić w starym, dobrym świecie. Innym razem myślę, że nic się nie dzieje bez powodu, i że musimy to przetrwać, bo jest nam to potrzebne do… do… nie wiem do czego, ale do czegoś na pewno. I że uczy nas… nie wiem czego, ale czegoś na pewno, i gdy już coś wymyślę, to dowiecie się pierwsi, o!

A co do maseczek to przeżywam podwójną traumę.

Po pierwsze dostaję w niej ataku klaustrofobii i wpadam w panikę.

Po drugie, nigdy nie miałam pamięci do twarzy, więc możecie sobie wyobrazić co czuję, gdy wszyscy są w maseczkach.

Musiałam pójść na rynek. Założyłam maseczkę, ale coś było nie tak. Zorientowałam się, że założyłam ją do góry nogami. Jeśli to w ogóle robiło jakąś różnicę, i maseczka ma górę i nogi. Moja miała. Po krótkiej szarpaninie udało mi się ją zdjąć i ponownie przywdziać. Tym razem, że tak powiem, wnętrzem do zewnętrza. To już chyba robiło różnicę, ale nie wiem. Kolejny raz ją zdjęłam, razem z kępką włosów i okularami, oraz ponownie założyłam.

Wyszłam niepewnie i chwiejnie i naprawdę siłą woli powstrzymywałam się od podpierania o drzewa i słupy. W połowie drogi stwierdziłam, że nie oddycham, ale nie mogłam sobie przypomnieć od kiedy. Wpadłam w panikę, ale przecież nie zawrócę.

Na rynku dostałam histerycznego napadu śmiechu. Zrozumieją ci, którzy oglądali kiedyś serial „Allo, Allo”  (przypomnienie na końcu). Uzbrojona w maseczkę zajrzałam do sklepu kolegi. Rozejrzałam się konspiracyjnie na boki, a potem zdjęłam maseczkę mówiąc „To ja, Leclerc”. Kolega padł ze śmiechu, a tekst „To ja, Leclerc” wykorzystujemy przy każdej okazji.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Póki co, pracuję w domu, jak pracowałam, zapierniczam jak zapierniczałam i jeszcze więcej czasu (jeśli to w ogóle możliwe) poświęcam Tamaludze. Realizujemy zadania podsyłane przez jej przedszkole i ledwo z nimi nadążamy. Wybieram, w sumie, tylko te najciekawsze (a czasami – Boże, przebacz – te najmniej absorbujące). A i tak jest tego od cholery!

Ale! Nie byłabym sobą (czytaj: mamą bohaterką) gdybym jeszcze nie dodała czegoś od siebie. A raczej od Internetu. Stwierdziłam, bowiem, że strawa dla ducha OK, kreatywność i manualność jak najbardziej, ale strawa dla ciała też musi być. Wpadłam zatem na, zajebisty jak mi się wydawało, pomysł wykonania prostych ćwiczeń. Wyszukałam w Internecie gimnastykę dla dzieci i trafiłam na „Ćwicz z Lusią” czy „Ćwicz z Dusią”, czy „Ćwicz z Terminatorem”, nie pamiętam. Ja, dla której tężyzna fizyczna od dawna jest abstrakcją, poskakanie z córką w rytm muzyki uznałam za niewielkie poświęcenie. W końcu to ćwiczenia dla dzieci, nie? Co może pójść nie tak?

Temat ćwiczeń z Lusią czy Dusią czy Terminatorem brzmiał „Wizyta w Zoo”. Super, myślę, poskaczemy jak małpki, poprzeciągamy się jak lwy i nara.

Zawołałam Tamalugę, która ma w sobie takie pokłady niewyczerpalnej energii, że nie musiałam jej namawiać. Podsunęłam jej piankową matę w zwierzątka, sama zajmując miejsce na podłodze obok. Taka ze mnie twardzielka. Odpaliłam filmik z Lusią, Dusią, czy Terminatorem.

Zaczęło się całkiem niewinnie. Raz, dwa, podnoszenie kolanek. Raz, dwa, podnoszenie kolanek. Po minucie poczułam się trochę nieswojo, ale nie mogłam skapitulować przy Tamaludze. Potem ćwiczenia przeszły w obserwację terenu, czyli marsz z przysiadami i obrotami tułowiem. Odezwały mi się kości, o których w natłoku ostatnich 20 lat nieco zapomniałam. Ale co tam. Trzymałam się dzielnie. Potem nadeszły gazele. Jezu, dlaczego one tak skaczą?! To jakieś chore jest. Wzrok zrobił mi się błędny, ale zerkam na Tamalugę. Dla niej to była dopiero rozgrzewka i nie mogąc ustać w miejscu czekała na ciąg dalszy. No i się doczekała: nadeszła reszta zwierząt, pełzających, skaczących, turlających i rozciągających. Po kozicach padłam twarzą na powierzchnię pierwszego wyboru, czyli na twardą podłogę. Moje wszystko odmówiło współpracy.

Na skraju utraty świadomości odnotowałam, że Tamaluga usiłuje przeciągnąć mnie na matę. Kochana córeczka. „Mamusiu, wsystko dobze?” zapytała niewinnie, a ja poczułam się jak bokser po nokaucie, bo usłyszałam: Młłłłaaammuuuusiuuuu, wssssyyyyyskłłłłłoooo dłłłooobzeeee?

Leżałam na podłodze nie wiem jak długo, ale wziąwszy po uwagę jak bardzo chciało mi się pić, musiał minąć z miesiąc. Resztką wysiłku podczołgałam się do stołu, wyciągnęłam rękę na ile mogłam i nakierowałam kursorem na dolny pasek filmu. Zostało 9 minut. DZIEWIĘĆ MINUT! Przecież-to-ku*wa-jakiś-żart.

„Mamusiu, mamusiu! Telas skaczemy jak zabki!”

Jasne. Się robi. Momencik. Tylko zagarnę się na szufelkę do kupki.

„Mamusiuuuuu! Chodź, chodź, jest pan słoń!”

Pan słoń wyciągał trąbę-ręce w przód, a potem w tył. W przód, a potem w tył. Tylko dlaczego, przy okazji przeszedł po mnie zaczynając od głowy, na stopach kończąc? Zmiażdżył mnie. Wgniótł. Słoniocy – pomocy!

Nie wiem, co było dalej, kto podniósł mnie z podłogi i jak znalazłam się w łóżku. Nie muszę chyba dodawać, że obudziłam się rano niezdolna. Do czegokolwiek. Bolało mnie wszystko, łącznie z dziurkami od nosa, po które miałam jakiekolwiek ćwiczenia.

Trzy dni później Tamaluga szczęśliwie zapomniała o gimnastyce i przerzuciła się na produkcję świeczników. A ja, gdy odzyskałam już zdolność ruchu, przejrzałam stare książki i trafiłam na:

 

Przypadek?

Epilog: Na początku wspomniałam, że to wszystko jest po coś, i że nie wiem po co, ale jednak chyba wiem. Myślę, że przede wszystkim po to, żeby sobie pomagać. Od czasu ogłoszenia epidemii udało mi się kilku osobom zorganizować zapasy, kupić dziewczynce laptop i drukarkę, wspomóc finansowo kilka akcji, zrobić zakupy sąsiadkom i wypełnić kartę deklaracji pomocy lekarzom. Może niewiele, ale zawsze coś. Chodzi o to, żeby pomóc na tyle, na ile można. Czasami wydaje nam się, że coś nie ma znaczenia, a dla kogoś może być bardzo ważne. Takie nawet najdrobniejsze gesty to jest coś wspaniałego, a nie wszyscy potrafią o tę pomoc poprosić. My też możemy sobie pomagać i wspierać się międzyblogowo takimi drobnymi gestami. Za jeden z takich gestów jeszcze raz dziękuję Sylwii. No, to w sumie tyle na dziś. Bądźcie dzielni i zamaskowani. Czuwaj!

TO JA, LECLERC

 

 

 

Sny i gry

Epidemia trwa nadal, powiedziałabym, że w najlepsze, ale jakoś mi to słowo nie pasuje. Na początku, gdy odnotowano w Polsce pierwsze przypadki śniło mi się, że liczba zachorowań dojdzie do 4500. Jak widać, niestety, nie był to sen proroczy. W ogóle od kiedy się to zaczęło miewam dziwne sny. To znaczy one zawsze były dziwne, ale teraz robią się takie dziwne inaczej. Na przykład ostatnio śniło mi się, że wchodzę do jakiegoś pustostanu, po jaką cholerę – nie mam pojęcia. W każdym razie wchodzę, a tam… papież Franciszek. Już mam się wycofać dyskretnie, ale widzi mnie i zaprasza gestem. Podchodzę. Mam przeczucie, w tym śnie, że oto jestem świadkiem jakiejś bardzo ważnej rzeczy. Że ważą się losy świata, a ja bohaterka mogę nas wszystkich uratować. Że nie wlazłam do tego pustostanu przypadkowo, że to ma sens, że wreszcie raz na zawsze skończymy z tym wirusem, bo przecież dlatego śni mi się papież, co nie?

– Witaj córko – mówi, a ja czuję się tak wyjątkowo.

– Witaj Ojcze – odpowiadam, starając się wyrzucić z głowy obraz Wadera.

– Masz pytanie – stwierdza, a ja myślę: teraz albo nigdy. To jest ten czas. Mój czas. Nabieram powietrza i…

– Oglądał Ojciec „Stranger things”?

No i chuj. To by było na tyle.

Jak mawiają, dobre pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz.

 

A jeśli chodzi o kreatywne spędzenie tego czasu, to mogę wam podrzucić kilka pomysłów, które wprowadziliśmy w życie. Oto one:

ZABAWY W DOMU:

Skarpeta – kometa. Gra zręcznościowa. Stajecie w przepisowej odległości 4 metrów i rzucacie w siebie skarpetkami zwiniętymi w kulkę. Level hard – rozwijacie skarpetki i rzucacie pojedynczo.

Głuchy telefon. Zabawa dla większej liczby domowników. Łączycie ze sobą te 98 rolek jakie wam zostały po zużytym dotąd papierze toaletowym, sklejacie taśmą, rozdzielacie na 3-4 części. Stajecie w kółku, w odległości pierwszych przepisowych 2 metrów od siebie, każdy ze swoją rurą. Nakierowujecie rurę do ucha gościa po prawej, mówicie hasło, on swoją rurą podaje kolejnemu i tak dalej.

Maskę włóż! Kładziecie swoje maseczki w jednym miejscu, np. pod poduszką albo zawieszacie na krześle. Potem tańczycie do piosenki „Mydełko Fa”, a gdy muzyka zostanie przerwana i padnie hasło „Wirus!” – biegniecie po maseczkę i zakładacie ją. Kto zrobi to pierwszy dostaje 10 punktów. 5 punktów odejmuje się za włożenie cudzej.

Zamaskowane kalambury. Na maseczce piszemy hasło albo je rysujemy. Następnie zakładamy maseczkę jakiejś osobie i ona musi to hasło zgadnąć. Reszta naprowadza ją gestami, mimiką albo słowami pokrewnymi. Panuje tu duża dowolność.

ZABAWY POZA DOMEM:

Spróbuj, cwaniaku! – wyścigi na czas w sklepie. Zakładacie te ich foliowe rękawiczki i próbujecie otworzyć jednorazową reklamówkę. Level hard – przy kasie, w tych samych rękawiczkach próbujecie wyjąć drobne z portfela.

Podchody. Wychodzicie z domu, trzymając się przepisowej odległości 4 metrów. Pierwsza osoba rysuje na chodniku strzałki, żeby kolejna mogła ją namierzyć. Zabawę można urozmaicić np., rysunkiem sklepu, garażu albo śmietnika, żeby rozwiać wątpliwości albo dla zmyłki. Zresztą można też bawić się w to w domu. Strzałki rysujemy na karteczkach, od czasu do czasu dorzucając na drodze jakiś gadżet, np. gąbkę albo wałek do ciasta. I wtedy szuka się w kuchni albo w łazience. Chyba, że to zmyłka i jesteśmy, na przykład na balkonie…

Jezu.

Źle z moją głową. Bardzo.

W każdym razie życzę udanej zabawy. Mam nadzieję, że pomogłam.

Jeśli macie swoje propozycje to śmiało.