ROZWIĄZANIE KONKURSU

Kochani moi, nadejszła wiekopomna chwila, a wraz z nią rozwiązanie konkursu. Przede wszystkim chcę wam bardzo podziękować za udział. Tamaluga jest nieprzewidywalna, więc i konkurs do łatwych nie należał, ale wasze odpowiedzi, jak zawsze, powaliły mnie na łopatki. Prawidłowa odpowiedź była tylko jedna, ale to naprawdę była totalna loteria, więc nie było łatwo, i wszystkim Wam dziękuję!

A oto rozwiązanie konkursu, czyli piosenka, jaką Tamaluga odśpiewała Mikołajowi, aż osmarkał ze śmiechu brodę:

Także, Blog Po Ludzku, gratuluję i zapraszam do kontaktu 🙂

Nie pozwól tacie dłubać w warsztacie

– Tamaluga, ładnie pachniesz.

– Tiak? Mydłem?

– Nie wiem.

– Domkiem?

– Chyba po prostu Tamalugą.

– Ojej, jak miło mówis!

xxxxxxxxxxxxxxxx

Tomek jest bałaganiarzem. No, niestety fakt to już potwierdzony. Takim bałaganiarzem – magikiem. Ja rozumiem, że niektórzy zostali stworzeni do wyższych celów, niż sprzątanie po sobie. Gdy widzę, że na każdym z czterech krzeseł leżą/wiszą Tomkowe ciuchy – czasami po prostu je zbieram w milczeniu i chowam do szafy. Bo ja tolerancyjna jestem i te jego porozwalane ciuchy mogę zaakceptować. Nie umiem zaakceptować tego, że po dziesięciu minutach TE SAME CIUCHY, które przed chwilą schowałam, leżą na krzesłach i na podłodze!

Można?

Bałaganiarz – magik.

Pomijam, że szok niczym w scenie z horroru, a i moją wiarę w umysł własny też zabija. Bo ja już nie wiem, czy naprawdę je schowałam, czy tylko sobie to wyobraziłam.

Opieprzyć też go nie mogę, bo i ja tak mam, że za coś się wezmę, zaraz przypomnę sobie o czymś innym i zabieram się za pięć rzeczy na raz. Tyle, że ja te rzeczy sukcesywnie kończę, tego samego dnia.

Najbardziej wkurza mnie, znoszenie do mieszkania różnych akcesoriów z piwnicy (bo wszystko za chwilę się przyda). Leżą porozrzucane to tu, to tam, chociaż bardziej tu. Gdy potykałam się o nie klęłam pod nosem, ale gdy prawie złamałam nogę – zrobiłam mu wykład, prezentację ze slajdami, przedstawiłam statystyki, możliwe powikłania, wytoczywszy na koniec argument – armatę, czyli że to mogło spotkać Tamalugę. Poskutkowało i przez kilka miesięcy nic nowego się nie pojawiło. Nie wszystko też zostało z powrotem wyniesione, ale większość tak, więc nie czepiajmy się.

Aż do grudnia, gdy wszystko wróciło.

Zrazu niepostrzeżenie, ukryte pod pretekstem choinkowych ozdób. Zanim zdążyłam się zorientować kuchnia naszpikowana została piwnicznymi różnościami. Pojedyncze, niegdyś, rzeczy teraz tworzyły skupiska. Nie wiem, może w ten sposób miały mniej rzucać się w oczy(!) Skupiska zostały nazwane „warsztacikami”, bo najwyraźniej jeden warsztat w piwnicy to za mało. Powstał zatem jeden warsztacik w kuchni, drugi warsztacik w przedpokoju, i naprawdę miałam nadzieję, że na tym koniec. Ale gdy Tomasz rzucił mimochodem niewinne pytanko „Czy nie wiem kiedy dokładnie wraca Oliwia” – ręce mi opadły.

– Nie urządzisz w jej pokoju warsztatu!

– Ale…

– Nie!

– Ale ja już tam zacząłem.

– Co zacząłeś?

– Takie tam dłubanko.

– Tomek, powiedz mi, czy ty naprawdę nie możesz tego dłubanka przenieść do piwnicy?

– W piwnicy mam inne dłubanko. Naprawiam starą konsolę.

– A w kuchni?!

– Składam Tamalugowy tablet.

– Przedpokój?

– Będę czyścił silniczek…

Można?

Przestałam sprzątać, bo w obliczu zaistniałej sytuacji kontynuowanie tej czynności nie miało sensu. Męczyłam się okrutnie, bo nie umiem żyć w bałaganie, ale wytrwałam. Po kilku dniach Tomasz sam zaczął potykać się o swoje warsztaty, i nie ogarniał już gdzie, co ma. Zostawił jeden zredukowany warsztacik, resztę zlikwidował.

xxxxxxxxxxxxxxx

Z Tamalugą niechodzącą do przedszkola popadłam w stan, w którym czuję, że muszę gdzieś wyjść sama, bo zwariuję.

Jednocześnie nic mi się nie chce, z wychodzeniem gdziekolwiek włącznie.

xxxxxxxxxxxxxxxx

Nie używamy przy Tamaludze wulgaryzmów, ale jakoś te frustracje muszą znaleźć ujście. A dziecko chłonie jak gąbka:

– Tamaluga, jest późno.

– Mama, ale ja musę jesce coś zlobić.

– Jutro zrobisz, dobranoc.

– Ale ja musę jesce coś…

– Zamykaj oczy i śpij!

– No, slag mnie tlafi!

 

I tym optymistycznym akcentem kończę, przypominając o konkursie noworocznym – 4 dni do końca. 🙂

KONKURS NOWOROCZNY

No, konkurs robię, bo już mnie nosi.

Tym razem Tamalugowy.

O nagrodzie nie ma co pisać, bo wiadomo, że będzie niesamowicie niesamowita.

Zasady, mniej więcej takie same, co zwykle: jedna prawidłowa odpowiedź – jedna nagroda. Dwie prawidłowe odpowiedzi – dwie nagrody. Więcej prawidłowych odpowiedzi – losowanie jednego zwycięzcy.

No, to zaczynamy!

W tym roku Mikołaj pofatygował swoje szanowne cztery litery i pojawił się u Tamalugi osobiście. Nie była to całkowicie bezinteresowna wizyta, gdyż brodaty jegomość poprosił Tamalugę o zaśpiewanie czegoś. Jeśli spodziewał się tradycyjnej polskiej kolędy – mógł poczuć się nieco zawiedziony (chociaż jego rechot temu przeczył). Zamiast tego, z ust Tamalugi popłynęła:

A. Rosyjska przyśpiewka

B. Niemiecka piosnka powitalna

C. Angielska rymowanka

D. Włoski hymn

E. Hiszpańska pastorałka

Na odpowiedzi czekam do 20 stycznia, roku pańskiego 2020.

Życzę wszystkim powodzenia. 🙂

Junior Eurovision Share The Joy GIF by Eurovision Song Contest - Find & Share on GIPHY

 

 

Duchy Świąt (i Wampiry)

Wyluzowałam przed świętami, przez co zyskałam więcej cennego czasu, który mogłam przeznaczyć na równie cenne obserwacje. Postanowiłam, mianowicie odszukać Ducha Świąt, którego nie znalazłam w żadnym z odwiedzonych przeze mnie sklepów. W Biedronce ludzie taranowali się wózkami, w Pepco niemal doszło do rękoczynów. Ostatecznie odnalazłam Go w domu i w kilku innych miejscach.

Duch Świąt mieszka sobie na przykład tu, w moim świątecznym miasteczku:

Tamaluga dostała pod choinkę figurki z serialu „Wampiryna”, które Tomasz, nie wiedzieć kiedy poustawiał w naszym XIX wiecznym miasteczku. Padłam:

 

 

KOCHANI,

W NADCHODZĄCYM ROKU ŻYCZĘ WAM SPEŁNIENIA MARZEŃ, ZWŁASZCZA NAWET TYCH NAJBARDZIEJ NIEDORZECZNYCH, ZDROWIA, BO JAK MAWIAŁ NASZ WYKŁADOWCA DO STUDENTÓW, KTÓRZY NIE ZALICZYLI – „CO TAM EGZAMIN, ZDRÓWKO NAJWAŻNIEJSZE” ORAZ TEGO BYŚCIE NIGDY, PRZENIGDY NIE WYPADLI PRZEZ OKNO NA DWOLU, BO JAK WIECIE, BĘDĘ ZA WAMI TĘSKNIĆ!

 

 

O piercingu, tęsknocie i Prywatnym Mikołaju

Są chwile, gdy zauważamy, że nasze spontaniczne decyzje z przeszłości mają wpływ na rozwój naszych dzieci:

– Mama, mas ładne kolcyki.

– Dziękuję.

– Kupiłaś?

– Nie, dostałam kiedyś od babci.

– Aha. A dlacego tutaj je nosis? W uskach, a nie w nosiu?

– …

………………………….

Tydzień upłynął mi na sprzątaniu, w tak zwanym międzyczasie i z doskoku, gdyż Tamalugi katar, ciągnący się od września, znowu przechodzi apogeum. Panie w przedszkolu załamując ręce oświadczyły, że „Tamaluga nie może oddychać i męczy się biedulka”. Przypuszczam, że jeszcze bardziej męczą się one, zatem znowu zostawiłam ją w domu. Wymyślałam jej najróżniejsze zajęcia, bawiłam się z nią do upadłego i z utęsknieniem czekałam na wolny dzień Wiktorii, żeby mogła ją „przejąć”. W chwilach, gdy sprzątałam, Tamaluga asystowała mi dzielnie, przyświecając latarką. Ten nowy gadżet dostała od kafelkarza, który nie mógł się z nią rozstać (z Tamalugą, nie latarką) i gotów był dać jej dużo więcej, wszystko co miał przy sobie, z telefonem i portfelem włącznie.

Tydzień Tamalugi upłynął pod znakiem pytań, a na prowadzenie wybijały się:

„Kiedy psyjdzie Kiki?”

„Kiedy będą święta?”

„Cy Mikołaj mnie widzi?”

„Pobawis klockami?”

„Kiedy będą święta?” (bis i kumulacja)

 

… oraz stwierdzeń:

 

„Jestem głodna”.

„Jestem głodna”.

„Jestem głodna”.

 

Ale też:

„Dziękuję ci mamusiu, ze mnie zabrałaś na spacer”.

„Mamusiu, kocham cię, ty jesteś najlepsą mamą na świecie!” (bis i kumulacja)

„Kiki, ty jesteś najlepsą… Kiki na świecie!”

………………………….

Moje słynne świąteczne miasteczko powiększyło się o jeden dom i chatkę z piernika. Dotychczasowa półka okazała się zbyt mała, więc w tym roku stanęło na półce Tamalugi.

Kris, chłopak Wiki chce przebrać się za Mikołaja. Tomek w tym roku odpada – boję się, że Tamaluga go rozpozna. Krisa też, w zasadzie może rozpoznać, cholera. Ale on chce i już. Nie wiem, jak rozwiążą to logistycznie, bo on ma pracę, wigilię u rodziców i ważne spotkanie. Dopiero na 19 przyjeżdżają na wigilię do nas. Wiki z kolei, może go ucharakteryzować po pracy, co oznacza, że Kris na ważne spotkanie pojedzie z pomarszczoną twarzą, sztucznym nosem i w czerwonym płaszczu wypchanym poduszką. Także, tego. Niech jakoś sami to ogarną.

Pod wpływem Przypadku i chwili, w środku nocy zamówiłam spersonalizowane video od Mikołaja dla Tamalugi. Trzy dychy, a ile radości! Żałuję, że za czasów moich dziewczyn nie było czegoś takiego. Mam nadzieję, że spodoba się Tamaludze, bo ja, szczerze mówiąc, popłakałam się ze wzruszenia.

Na stronie listymikolaja.pl wybiera się video (albo list) spośród wielu wersji. Zamawiając video wpisuje się imię dziecka, przesłanie od Mikołaja (np. „pamiętaj o myciu zębów”, „bądź zawsze sobą” itd.) rzecz związaną z dzieckiem (np. „wiem, że wspaniale tańczysz”, „wiem, że interesujesz się śpiewem” itd.), Dołącza się dwa zdjęcia dziecka, zdjęcie bliskiej osoby, zdjęcie domu/pokoju dziecka i zdjęcie jego wymarzonego prezentu (lub jego opis). Filmik trwa ponad 7 minut i ogląda się go jak baśń z pięknym podkładem muzycznym. Mikołaj zwraca się do dziecka po imieniu, pokazuje mu swój dom, sprawdza czy jest na liście grzecznych dzieci. Zdjęcia są prezentowane wystarczająco długo, by dziecko zdążyło się rozpoznać. Naprawdę jesteśmy mile zaskoczeni. Wybrałam standardowy czas przesyłki, ale i tak video już tego samego dnia wieczorem było aktywne na stronie i w e-mailu. Niesamowita niespodzianka.

 

To na koniec tekst miesiąca, którym Tamaluga rozwaliła mnie na łopatki, aż przysiadłam na parapecie i popłakałam się ze śmiechu:

– Myjes okno?

– Tak.

– To uwazaj, zebyś nie wypadła na dwolu, bo będę za tobą tęsknić.

 

 

Dzieciństwo z brodaczem, partia z dentystą

Moje starsze dziewczyny długo wierzyły w Mikołaja. Sama długo w niego wierzyłam, dopóki nie znalazłam w torebce mamy, pisanego do niego listu :/ Byłam zawiedziona i wkurzona do tego stopnia, że mama nawet nie zapytała dlaczego grzebałam w jej torebce. Ale byłam już dużą dziewczynką i jakoś się z tym pogodziłam. Nie miałam pretensji do dorosłych, że okłamywali mnie tyle lat. Z perspektywy czasu byłam im wdzięczna za wszystkie magiczne akcenty w moim dzieciństwie. Moje córki też nie były na mnie złe, zresztą myślę, że one do tej pory trochę wierzą w Mikołaja. Ja też.

Uznałam zatem, że taką magię przekażę też Tamaludze, chociaż miałam moment zawahania. Ale tylko moment. Szanuję decyzję rodziców, którzy od początku sprowadzają dzieci na ziemię, ale sama nie zamierzam. Trochę magii jeszcze nikomu nie zaszkodziło (no, może za wyjątkiem Harry’ego Pottera, ale gość wygląda jak by szkodziło mu wszystko).

Tak, więc, piątego grudnia Tamaluga, jak zapewne tysiące innych dzieci, nie mogła się doczekać nocy. Spróbowałam wejść w jej głowę i poczuć to, co ona czuje. Takie radosne podniecenie połączone z niepewnością. No, bo jak ogarnąć, że Mikołaj ją widzi, chociaż sprawdzała i za oknem go nie ma. Jak do niej trafi, którędy wejdzie? To musi być dla dzieci mega rozkmina. I tak dzielnie to znoszą, bo świadomość, że w twoim domu, w środku nocy pojawi się (nie wiadomo skąd) obcy, zarośnięty facet wywołałaby u mnie uczucie raczej średnie. Dlatego bycie dzieckiem jest cudowne.

……………

Historia z zębem do spółki z remontem tak mnie wykończyła, że ciągle chce mi się spać. Na szczęście obie historie się (prawie) skończyły. Z remontu coś tam jeszcze zostało do zrobienia, a wyrwany ząb bolał, choć nie powinien. Nie wiedziałam już, czy to reakcja na ingerencję, bądź co bądź, chirurgiczną, czy może bóle fantomowe, jak po amputacji kończyny. W chorych wizjach widziałam najróżniejsze infekcje lęgnące się w moim pustym zębodole. Przyszło mi nawet do głowy, że to inne zęby tak bolą z tęsknoty za tamtym. W każdym razie działało to na mnie usypiająco. Za oknem jest jak jest. Czasami zmrok zapada tak szybko, że nie zdążę się zorientować, czy tego dnia w ogóle był jakiś dzień. Ciemność za oknem daje mi pretekst do wcześniejszego położenia się spać. Ostatnio przeszłam samą siebie. Zerknęłam w okno i ochoczo zabrałam się za rozkładanie łóżka, ale coś mnie tknęło i zerknęłam na zegarek. Była szesnasta…

Pozostając w temacie spania. Tamaluga myśli, że jej sny mają postać chmurek nad głową, jak w komiksach. Od czasu, gdy miała zły sen, prosi nas co wieczór, żebyśmy patrzyli na te chmurki i odganiali jeśli sen będzie zły. 😀

…………

Siedzę na fotelu z rozdziawioną paszczą, a doktor pyta czy miałam jakiś wypadek, bo mój ząb jest zdrowy tylko pęknięty na pół aż do korzenia. Tak, jak by mi ktoś w niego przy… walił. Dziwne. On tak się nad tym dziwował, że nie mógł zacząć, za to ja marzyłam by było już po wszystkim, i żebym w końcu mogła zamknąć paszczę. Wreszcie zaczął w nim dłubać (nadal się dziwując) i zadając mi pytania, które z kolei dziwowały mnie, i które skłaniały do refleksji, gdyż nie mogłam na nie odpowiadać. W samym środku dziwowania, gdy ząb był już ciągnięty i było go mniej niż bardziej, wszedł inny dentysta.

– O! – zawołał wesoło. – Ekstrakcyjka?

„Nie, kurwa, gramy se z panem doktorem w szachy. Wydaje mi się, że rusza wieżą. Mam też podejrzenie, graniczące z pewnością, że chce mi wybić piona.”

 

Trzy razy P. Pany, Piątka, Paczka

Ostatnie kilka dni to było jakieś kosmiczne nieporozumienie. Miałam ochotę objąć się ramionami, bujać w przód i w tył i błagać kogoś żeby mnie przytulił. Albo uszczypnął. Albo dobił.

W poprzedni czwartek przyszły pany do łazienki. Dwóch ludzi; ludź i ludź. Z uśmiechem na ustach rozłożyli kramik i wyjęli wiertary. Najbardziej przeraził mnie widok wyciąganego kibelka, który to kibelek odprowadziłam tęsknym wzrokiem do kuchni. Reszta szczęściarzy była w tym czasie, odpowiednio: w przedszkolu, na uczelni, w pracy. Czyli w miejscach z dostępem do toalety.

W piątek stało się jasne, że rozgorączkowana Tamaluga zostaje w domu. Miałam więc: hałas, smród, pył i chore, marudne dziecko. Nie miałam: kibla i cierpliwości. Ale, żeby nie było tak łatwo – chore, marudne dziecko z rozwolnieniem. Tak: bez kibla. W tym miejscu zrobię pauzę, a każdy może tam sobie dopowiedzieć, co się działo.

W sobotę powtórka, tyle, że – szczęśliwie – bez rozwolnienia.

W poniedziałek Tamaluga czuła się już lepiej, ale nadal była zasmarkana i kaszląca, więc została w domu. Rano pojawili się uśmiechnięci ludzie z wiertarami. Około południa zasiadłam do pisania pracy, aż tu nagle, bez uprzedzenia rozbolała mnie lewa górna piątka. Przy czym słowa „rozbolała” używam jedynie z szacunku do was. Podsumujmy: hałas, smród, pył, zakatarzone dziecko, rwący ząb.

We wtorek chodziłam już po ścianach, nie pomogła ani tabletka, ani stare sposoby Apaczów. Poza tym: dzień jak wyżej. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Wieczorem Tomasz przyniósł ketonal i mogłam przynajmniej zacząć pisać pracę.

Tamaluga, gdy tylko odzyskała siły mianowała się kierowniczką budowy: „Idę zobacyć, cy pany jus skońcyły łazienkę!”

Potem już tylko słyszałam, jak zasypuje fachowców pytaniami.

„Pan, a co lobis? A po co? A dlacego tutaj nie lobis? A to tak zostanie, takie bludne? I tu jesce, o! A ja mam tsy i pół lat, wies? Pan, co mas psy klucach? Latalkę? Mogę zobacyć? Będę uwazać, wies? Nie ma jedzenia, ale moze chces selek? Pan, Ile mas lat? Nalejes mi wodę? Zaśpiewać ci coś? Moze o pającku, co? Moze być?”

Pod koniec dnia, pany były już sprzedanymi, zakochanymi w Tamaludze, miękkimi fajami. I praca jakby szybciej im szła, i jakby lepsza motywacja.

„Nie! Pani jej nie zabiera! Ona nam nie przeszkadza, niech mówi do nas, niech mówi!”

Mówisz i masz, człowieku. Normalnie, gdyby nie górna piątka, zdrzemnęłabym się z tej okazji.

……..

W poniedziałek Oliwia odebrała telefon. Dzwonił kurier z informacją, że jutro dostarczy jej paczkę. Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że paczka została nadana na początku lipca, 2018 roku.

Po skończonej rozmowie gapiłyśmy się na siebie przez dłuższą chwilę.

Przypomniałam sobie tę paczkę. To były książki wysłane przez moją mamę. Przypomniałam sobie kuriera kłamczucha, który twierdził, że nikogo w domu nie zastał. Przypomniałam sobie dwa tygodnie walki o paczkę, telefony, e-maile, podróże do magazynów, bo raz zaginęła, raz była pod innym numerem, i tak dalej. Gdy pancia w bazie poinformowała mnie, że ponieważ kurier był (a nie był), a mnie nie było (a byłam) to muszę zapłacić za magazynowanie ileś tam, ileś. Wtedy poprosiłam miłą panią, żeby tę paczkę sobie wsadziła komisyjnie otwarto, i żeby podzielili się książkami, bo czasami warto coś przeczytać.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy paczka faktycznie dotarła (za darmo!) we wtorek… Można?

P.S. Dzięki, kochani za słowa wsparcia 🙂

Wali w bębny, odlatuje i piscy

Moje starsze córki uwielbiają Tamalugę, z wzajemnością. W najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że będzie aż tak. Czasami o tę Tamalugową miłość rywalizują, co doprowadza do komicznych sytuacji. Nie raz zdarzało się, że wołały ją obie, a Tamaluga stała pośrodku jak zdezorientowany szczeniak: ta pancia ma kiełbaskę, a tamta ciasteczko. Kto ma rodzeństwo ten zna te relacje, z tym że u nas sytuacja nietypowa. Duża różnica wieku sprawia, że ona traktuje je trochę jak takie dodatkowe mamy. Tamaluga tak bardzo potrzebuje bliskości Wiktorii, że codziennie pyta, kiedy będzie niedziela, bo wtedy Wika z Krisem przychodzą na obiad. Chociaż to Kris więcej bawi się z Tamalugą i pozwala jej wchodzić sobie na głowę. Dosłownie. Wizyta Wiki przebija wszystko, włącznie z ulubionymi zabawkami, przedszkolem, wyjściem do sali zabaw. Oliwia stara się nie okazywać zazdrości, ale nie zawsze jej się udaje. Tłumaczę jej wtedy, że Tamaluga ma ją na co dzień, a za Wiką tęskni. Gdy wspomniałam, że Tamaluga będzie miała swój pierwszy występ w przedszkolu, Wika od razu wzięła sobie wolne w pracy, a Oliwia zaczęła kombinować, jak opuścić wykłady. Piszę to wszystko, bo jestem szczęśliwa, że mają ze sobą taki kontakt i wiem, że w razie czego, Tamaluga nie zostanie sama.

Dobra, koniec tych wzruszeń. To co tam jeszcze na tapecie? Aha. No, więc skończyłam, póki co, pisać prace. Zawsze śmieszyło mnie powiedzenie, że ktoś „siedzi z dzieckiem w domu”, bo pomimo tego, że nie mam pracy w ogólnie przyjętym znaczeniu tego słowa, to wierzcie lub nie – „siedzenie” jest ostatnią rzeczą jaką udaje mi się czynić. Od dwóch dni za to, dla odmiany, przechodzę inny stan. Jestem zajęta głównie staraniem się żeby nie zasnąć, co wychodzi mi średnio. Wiem, że stan to przejściowy, ale czerpię z niego garściami, a raczej staram się, bo przy Tamaludze nie da się zasnąć.

Gdy tak nad tym rozmyślam, to przypominam sobie jak ciężko pracowałam, gdy dziewczyny były małe i jak trudno było mi się wyspać, zwłaszcza pracując dwie zmiany pod rząd, i to te najgorsze: od 16 do 8 rano. Jakże ja marzyłam o ciepłym łóżku… Niestety, do mieszkania obok wprowadził się wówczas jakiś gówniarz młody człowiek. Wraz z meblami przyjechały bębny afrykańskie, które stały się sprzętem powszechnego użytku. Ów młodzian walił w nie zapamiętale, wytrwale i miarowo. Żeby chociaż wygrywał jakąś melodię, chociażby ścieżkę dźwiękową z „Tarzana”… Ale nie, po prostu w nie napierdalał uderzał. Ktokolwiek do mnie przyszedł, czy to koleżanka, czy facet z serwisu, wszyscy zadawali mi to samo pytanie „Jak ja to wytrzymuję”. No, więc, wytrzymywałam coraz słabiej. Fakt, że facet nie robił tego w nocy nie miał znaczenia. Ja w nocy pracowałam, a w dzień chciałam się wyspać. Nie wiem, czy on w ogóle gdzieś pracował, uczył się, może mieszkanie opłacali mu rodzice, zachwyceni jego talentem, gdyż mieszkający daleko. Zaczepiłam go raz, tylko raz, a on obiecał poprawę. Oczywiście nic się nie zmieniło. Wszystkie domowe czynności wykonywałam przy akompaniamencie głuchych uderzeń, bo ściany u nas cieniutkie… W końcu byłam pewna, że skończę albo w wariatkowie, albo w kryminale. Pewnej nocy byłam skrajnie wyczerpana i powoli zapadałam w sen. Właśnie wtedy, młodociany sąsiad postanowił urządzić imprezę. Chociaż była to odmiana od bębnów, jednak śmiechy, krzyki i głośna rozmowa skutecznie utrudniały mi zaśnięcie. Najgłośniej zachowywała się jedyna dziewczyna w towarzystwie, ale zawzięłam się, zamknęłam oczy i uparcie liczyłam owce. Nagle śmiech dziewczyny ustał, ucichła muzyka i do uszu mych dobiegł jej dramatyczny szept:

„Piotrek, to teraz może zagrasz nam na bębnach?”

Przez chwilę nie wierzyłam własnym uszom.

Ale zaraz uwierzyłam. Wstałam, sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam na policję.

……………………………………………

Gdy idziemy z Tamalugą do przedszkola, ona zawsze nawija bez końca. Nie wiem skąd ma tyle energii o tej godzinie, bo ja ledwo ogarniam chodnik. Nie dosyć, że nawija, to jeszcze zadaje jakieś pytania i żąda ode mnie reakcji zwrotnej. Odpowiadam jej, ona oczywiście nie słyszy, bo oprócz wspomnianej w poprzednim wpisie przypadłości, to jeszcze ma na uszach czapkę i czasami kaptur. Przy każdej odpowiedzi muszę się zatrzymać, nachylić do Tamalugi i udzielić jej głośno i wyraźnie. Nie muszę chyba wspominać ile trwa taka podróż.

T: O! Jaki piękny ptasek! Co to jest, ten ptasek?

Ja: Mewa.

T: Siucham?

Ja: MEWA.

T: Ja lubię mewy, i papugi, i… nie wiem co…?

Ja: WRÓBLE.

T: Tak, wluble. I wsyskie inne ptaki. A jak lobi mewa?

Ja: No, tak krzyczy…

T: O tak? ( i w tym miejscu nastąpił tak głośny pisk, że przejeżdżający samochód omal nie wjechał na chodnik. Ja przez chwilę stałam jak sparaliżowana).

Ja: Tak… Mniej więcej tak…

T: Siucham?

Ja: TAK.

T: Tak? On tak piscy, ta mewa?

Ja: …

T: A ja chcę go pogłaskać, a jak go pogłascę, to on będzie tak piscał, ta mewa?

Ja: Jeśli będziesz chciała ją pogłaskać to pewnie odleci.

T: Odleci i będzie pisceć?

Ja: Może tak być…

T: O, to smiesne jest. I tlochę smutne.