Wykłady, ankiety i Wróżka Zębuszka

Cieszę się, że moja Oliwia, chociaż już 20 latka, nadal lubi spędzać ze mną czas. Obojętnie co robimy. Ostatnio mamy takie wspólne zajęcie, któremu oddajemy się w każdy czwartek o 15. Przychodzę do jej pokoju z popcornem albo bake Rollsami, albo popcornem i bake rolsami i ciastkami. Oliwia zaparza nam swoją specjalną zieloną herbatę, po czym… odpala wykłady na laptopie. Obecnie przerabiają architekturę gotyku, i zaraz po jej prezentacji, wysłuchujemy prezentacji innych. Wiem, że trochę to nienormalne, że zamiast dobrego filmu włączamy sobie wykłady i prezentacje z jej uczelni, ale co zrobić? To już taki nasz rytuał. Nie obgadujemy ludzi, to znaczy przeważnie nie, ale nie szczędzimy sobie komentarzy przy których ryjemy ze śmiechu, a Oliwka co chwilę sprawdza, czy na pewno wyłączyła mikrofon. W zeszły czwartek architekturę włoskiego gotyku prezentował jej kolega Simon. Tak się rozgadał, że wysłałyśmy  mu smsa i fotkę prawie opróżnionej miski z popcornem, dopisując: „Czym różni się twoja prezentacja od popcornu? Popcorn kiedyś się kończy!” Po chwili wszyscy, z wykładowcą włącznie, usłyszeli jak parsknął śmiechem i ledwo udało mu się wrócić do przerwanego wątku. Sam sobie winny: kto normalny czyta smsy podczas prezentacji?

Podpowiem wam teraz jak zakończyć remont łazienki: wystarczy go olać. Tak też uczyniłam, i właściwie mogłabym cieszyć się już swobodą i wizją świąt, gdyby nie to, że zaczęłam remont kuchni. Bo, jak to już zostało dawno ustalone: u nas nie może być normalnie. Remont kuchni, póki co, prezentuje się tak, że wszystkie kuchenne meble i akcesoria zalegają w całym mieszkaniu. Ku mojej rozpaczy i ku radości Tamalugi. Ale są też plusy dodatnie: taki stan rzeczy wspomaga odchudzanie. Jeśli nie masz zielonego pojęcia, gdzie jest chleb, gdzie masło, gdzie sztućce, a gdzie talerze to głód przechodzi jak ręką odjął. Głód vs Lenistwo, rozpacz i frustracja  – 0:1.

Dostaliśmy z przedszkola ankietę. Nie, no my z Tomaszem jesteśmy mistrzami ankiet. Oto dowód: (https://tamaluga.wordpress.com/2017/06/21/to-co-bonnie-clyde-lubia-najbardziej-czyli-zebranie-sie-do-kupy/) Odczuwałam radosne podniecenie, które opadało w miarę czytania pytań. Wszystkie na jedno kopyto, zero kreatywności. Drugie wypływało z pierwszego, trzecie z drugiego i tak dalej, a skoro nie zna się odpowiedzi na pierwsze to w zasadzie można sobie tę ankietę… odpuścić.

1.Czy uważają państwo, że przedszkole stara się zapewnić dzieciom bezpieczeństwo?

A skąd mam wiedzieć? Przecież Tamaluga tam chodzi, nie ja. Poza tym jakie bezpieczeństwo? W takim sensie ogólnym, czy covidowym? Bo jeśli covidowym, to byłoby to na przykład zachowanie dystansu. Fotki skotłowanych na podłodze dzieci, wrzucane ochoczo na stronę przedszkola sugerują coś skrajnie innego. Tak, więc zero dystansu – i na upartego – zero higieny (patrz: podłoga).

2.Czy przedszkole informuje dzieci o możliwych zagrożeniach?

Oh, na pewno.

3. W jaki sposób?

Zważywszy, że Tamaluga zna niemal na pamięć piosenkę o „Brzydkim wirusie”, mniemam, że w sposób dźwiękowo – wokalny, przy użyciu serwisu Youtub.

4.W jaki sposób panie w przedszkolu angażują się bezpośrednio w informowanie o zagrożeniu?

No, nie wiem… Same śpiewają o brzydkim wirusie?

5.Co świadczy o tym, że dzieci czują się w przedszkolu bezpieczne?

Oho, pytanie – pułapka i od razu z grubej rury. Zapewne chodzi o to jakie środki ostrożności zostają wdrażane, ale wobec tego, pytanie jest niewłaściwie sformułowane. No, bo na pytanie „Co świadczy o tym, że dzieci czują się w przedszkolu bezpieczne” nie można odpowiedzieć na przykład „higiena” lub „dystans”. Ja odpowiedziałam, że „Tamaluga zrywa się rześko każdego ranka”. To chyba o tym świadczy, co nie?

I z ostatniej chwili:

Tamaluga: Mama, a wszyszczy już śpią?

Ja: Tak.

Tamaluga: I wlóżki tez?

Ja: Tak.

Tamaluga: A wlóżka zębuszka?

Ja: Też śpi.

Chwila ciszy.

Tamaluga: Mama, a ja mam w psedskolu Michalinę, co nie ma duzo zębów, wies? Tylko tlochę ma. Tlochę na dole. Taka to Michalina.

Popłakałam się ze śmiechu.

Trochę Kultury i Dziwactwa Domowego

Baśń o „Śnieżce i 7 krasnoludkach” już kiedyś opowiadałam Tamaludze. Jednak minęło trochę czasu, a i moja opowieść za każdym razem ewoluowała i obfitowała w więcej szczegółów. Tym razem było tak:

Ja: (…) „I zła królowa, która była czarownicą…”

Tamaluga: Zalaz! To klulową czy czalownicą?

Ja: Królową i czarownicą.

Tamaluga:  Acha.

Ja: (…) „I stanęła przed magicznym lustrem, i zapytała: „Lustereczko, powiedz przecie…”

Tamaluga: A duze było to lustlo?

Ja: Duże. „I zapytała: Lustereczko, powiedz…”

Tamaluga: Takie jak w łazience?

Ja: Myślę, że większe. „(…) I wygnała Śnieżkę do lasu, żeby tam umarła…”

Tamaluga zatrzymuje mnie gestem, łapie się za policzki i mówi: „Jezus. Jezus Malia.”

Ja: Mogę dalej?

Tamaluga: Tak!

Ja: „(…) I gotowała Krasnoludkom obiady”.

Tamaluga: Jakie obiady?

Ja: Zupę.

Tamaluga: Jaką zupę?

Ja: Eee… Ogórkową!

Tamaluga: Mmmm! Ogólkowa! Pycha!

Ja: „(…) Krasnoludki ostrzegały Śnieżkę, że zła królowa może ją odnaleźć, i prosiły żeby nie otwierała nikomu drzwi, ale Śnieżka wzięła od królowej zatrute jabłko…”

Tamaluga: O Matko! Dlacego? Nie poznała jej?

Ja: Nie, bo królowa miała na twarzy maseczkę.

Tomek, który do moich słów robił efekty wizualno-dźwiękowe padł na twarz ze śmiechu.

Ja: „(…) I królewicz zauważył piękną dziewczynę leżącą na łące, a wokół niej siedmiu płaczących Krasnali. Podszedł bliżej i powiedział…

Tamaluga: Co? Co powiedział?!

Ja: „Powiedział: Co to za zbiegowisko? Zakaz zgromadzeń powyżej pięciu osób!”

Tomek, który właśnie imitował szum drzewa, posmarkał się ze śmiechu. Tamaluga, choć zachichotała pod nosem, wykazała się większą świadomością covidową i przyjęła to ze zrozumieniem.

Tamaluga: No, tak. Wilus.

Ja: „(…) I królewicz potrząsnął dziewczyną i wypadł z jej ust kawałek jabłka…”

Tomek: Boże, kto ci opowiadał tę baśń w dzieciństwie?

Ja: Nie pamiętam, ale to brzmi logicznie.

Tomek: Logicznie?! Że kawałek jabłka stanął jej w gardle? To nikt nie zrobił jej chwytu Heimlicha?

Ja: No nie. Ale przynajmniej wiemy, dlaczego zemdlała: była niedotleniona.

Tomek: Przez trzy dni?!

Ja: Dlaczego przez trzy dni? Królewicz mógł pojawić się od razu…

Tomek: Celowo unikasz Pocałunku Prawdziwej Miłości?

Ja: Nie wiem. Brzmi mniej logicznie, niż zakrztuszenie.

Tomek: Ale to jest baśń! To nie ma być logiczne tylko magiczne!

………….

– Mama, co cytas?

– O Japonii.

– O Japonii?

– O kobietach w Japonii.

– Przeczytas mi o kokietach Japonii?

– Niunia, nie przeczytam, bo to nie jest ciekawe dla dzieci.

– No, przecytaj tlochę o kokietach Japonii, no plosę, o tutaj psecytaj.

– Dobrze: „Haru całe dni spędzała na medytacji. Nie do końca wiedziała, co ze sobą zrobić. Czuła w sobie niedającą się poskromić potrzebę działania. Za radą postępowego przyjaciela założyła w 1911 roku literacki magazyn dla kobiet i nazwała go „Seito” [Błękitna Pończocha]. Zainspirowała ją grupa Angielek, która w drugiej połowie XVIII wieku – w proteście przeciwko gęsto utkanej sieci społecznych oczekiwań – powołała do życia pierwszą organizację kobiecą.”

Mina Tamalugi bezcenna.

Boso, ale w ostrogach

Śniło mi się, że jest lato i wyjeżdżamy na wakacje. Nawet we śnie coś mi nie hulało: wiedziałam, że czas szybko leci, ale to już była gruba przesada. Zadzwoniłam do koleżanki, w tym śnie, i poskarżyłam się, że jesień pamiętam mgliście, a zimy to już w ogóle. Ona na to: „To ty nic nie wiesz? Przecież nie było zimy w tym roku przez covid!” No i zajebiście. Taką pandemię to ja rozumiem. Potem przypomniałam sobie, w tym śnie, że rząd obiecał abstrakcyjne bony turystyczne. Wyjechaliśmy, zatem, z abstrakcyjnym bonem i abstrakcyjnymi pieniędzmi na abstrakcyjne wakacje w abstrakcyjne miejsce. No, ale jak to w snach bywa – bawiliśmy się świetnie. Coś tam było jeszcze o pustej walizce, bo ciuchy też były abstrakcyjne, no i do pensjonatu włamywaliśmy się przez dach, bo recepcja stała w opozycji (do drzwi) i nie uznawała tych bonów, ale kto by się tym przejmował. Abstrakcyjnym wczasom w walizki się nie zagląda.

…………………………………………..

Dialog w Żabce:

On: Cześć!

Ja: Cześć!

On: Długo się nie widzieliśmy.

Ja (jak zwykle elokwentnie): No.

On: Jak zdrowie?

Ja (mając nadzieję, że nie pyta o psychiczne): A, chwalić Boga, w normie. A twoje?

On: Wszystko OK. Może wpadniesz na kawę?

Ja: Pewnie!

Czy muszę dodawać, że nie mam pojęcia z kim rozmawiałam? Oni wszyscy w tych maseczkach, w dodatku z czapką naciągniętą na oczy, wyglądają tak samo. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.

Kilka dni później przychodzi sms:

„Witam, przyjechaliśmy do Polski”.

Osioł ze Shreka, poproszony o znalezienie niebieskiego kwiatu z kolcami, stwierdził, że byłoby łatwiej gdyby nie był daltonistą. Ja stwierdziłam, że byłoby łatwiej, gdybym wraz ze starym telefonem nie straciła wszystkich kontaktów. Pojęcia nie miałam, kto pisze. Normalny człowiek zapytałby kto zacz, ale to normalny człowiek. Ja odpisałam „Bardzo się cieszę, bo Polska to piękny kraj”.

A potem się dziwię, że nie mam znajomych.

Na wszelki wypadek do Żabki już nie chodzę. Wysyłam Tomasza. I od razu muszę pogodzić się z tym, że chociaż dostaje listę to i tak czegoś tam nie kupi. Zazwyczaj czegoś najważniejszego. A ja tak się staram! Wiedząc, że bez okularów może nie doczytać, piszę drukowanymi, rysuję, stosuję ułatwiające życie skróty… Ostatnio uzbrojony w moją listę, dzwoni ze Społem:

 – Co to jest serek LGBT???

– No jak to? – mówię. – No przecież serek homogenizowany…

………………………..

Na koniec na wesoło. Bo człowiek nawet w okresie pandemii powinien szukać pozytywnych stron i dostrzegać komizm różnych sytuacji. Ja dostrzegłam taki komizm na fotelu ginekologicznym i dostałam napadu śmiechu. Uświadomiłam sobie, że jestem bez spodni i gaci, za to w maseczce na gębie. Jak to mawiają, „boso ale w ostrogach!”

Każdy jej strach

Ktoś wie co to jest phrogging? Słyszeliście w ogóle takie określenie? W tej książce po raz pierwszy zetknęłam się z tym zjawiskiem. Nie zostało ono w niej nazwane, ale w tym samym czasie trafiłam na film, w którym też się to wydarzyło, więc z ciekawości zaczęłam szukać, a że „szukajcie, a znajdziecie”, to ja szukałam, a znalazłam. I już wiem, że takie coś istnieje i nazywa się phrogging. Czego to młodzi ludzie nie wymyślą dla fanu i oglądalności (kręcę z niedowierzaniem głową).

W dzisiejszych czasach nie wystarczy się włamać do domu w celach rabunkowych. Przecież to zbyt oczywiste. W dodatku pod nieobecność właścicieli? Pfff! Nudy na pudy. Trzeba podążać z duchem czasu, a nowa zabawa polega na tym, aby dostać się do czyjegoś domu i… w nim zamieszkać. Nie w pustostanie, nie w przybudówce, żeby była jasność. W domu jak najbardziej zamieszkałym, przy pełnej obsadzie, przy czym strych i piwnica, czyli miejsca rzadko używane też powoli robią się passe. Chcesz być gość to musisz się wykazać. Lajki nie zrobią się same. Lajki wymagają większego ryzyka. Na topie, zatem, jest pokój gościnny, miejsce pod schodami a nawet pod łóżkiem w sypialni państwa domu. Im dłużej tym lepiej, korzystając przy tym z łazienki, kuchni i innych przybytków rozkoszy. To jest właśnie phrogging.

Ale nie o tym, właściwie, w tej książce, w każdym razie nie tylko. Napisałam to jako ciekawostkę. A o czym książka?

O nieco znerwicowanej dziewczynie imieniem Kate, od dzieciństwa zmagającej się z atakami paniki, które spotęgowały jeszcze niedawne wydarzenia. Kate musi zmienić środowisko, żeby uspokoić się, wyciszyć i odzyskać równowagę.  Dla niej jest to przekroczenie strefy komfortu, bo decyduje się na dość radykalny krok: zamianę mieszkań z kuzynem. Kate opuszcza Anglię i na pół roku przenosi się do Stanów, do luksusowego apartamentu ekskluzywnej dzielnicy Bostonu. Niestety nie odnajduje tam upragnionego spokoju, bo właśnie wtedy w budynku zaczynają się dziać dziwne rzeczy, z morderstwem włącznie. A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na jej kuzyna, którego zna tylko z rodzinnych opowieści i wymiany kilku e-maili, a który właśnie mieszka w jej domu…

Pomysł nowy, fabuła pełna zwrotów akcji. Autora Petera Swansona dotąd nie znałam, ale facet daje radę. Także, no cóż, polecam.

 

Szafa z Narnii

Trwa u nas remont łazienki, który jest remontem dziwnym, bo jednocześnie się nie skończył jak i właściwie nie zaczął. Można?

Po ostatnich dłubaniach fachowców, trzeba było trochę poprawić. No i – co jest standardem w takiej sytuacji – bierzesz się za jedną rzecz – pieprzy się pięć innych. Przy czym każda nowa spieprzona rzecz jest gorsza od poprzedniej. Pierwsza wydaje się drobnym mankamentem. Trzecia doprowadza do łez, a przy piątej bluzgasz na samego siebie, że  w ogóle zaczynałeś tę pierwszą.

Gdy wreszcie zostało „tylko” poprawić elektrykę, obudować wannę kaflami i wymienić umywalkę wraz z szafką – wzięło się i się w pizdu zatrzymało. I nie ma komu tego dokończyć. Szafka  łazienkowa już dawno kupiona, stanęła w pokoju, przy ścianie. Dołączyła do reszty Rzeczy Kompletnie Zbytecznych lub Co Najmniej Niepasujących. Przylgnęła do wielkiego lustra, które Tomek tam postawił  z cyklu rzeczy Co Najmniej Nie Pasujących. A to dlatego, że ani szafka ani lustro nie pasują do pokoju, za to w jakiś niepojęty sposób pasują do siebie nawzajem. Tworzą magiczny klimat szafy z Narnii, bo drzwiczki po otwarciu ukazują magiczną lustrzaną głębię… Tamaluga to odkryła, no bo kto. I przejęła tę szafkę na wyłączność, i pochowała tam swoje zabawki, a na zewnątrz zrobiła toaletkę. Codziennie przysuwa do niej krzesełko, patrzy w lustro i czesze włosy księżniczkową szczotką od babci. Babcia zaszczepiła pierwiastek kobiecości w dziewczynce, której ulubioną zabawą jest berek, a zabawką – koparka. Babcia stworzyła potwora.

Mówię w końcu do Tomka, że Tamaluga się za bardzo przyzwyczaja, i żeby przypomniał jej, że szafka docelowo trafi do łazienki.

Tomek: – Tamalugo, ta szafka stoi tu tylko na chwilę, wiesz?

Posłała mu sceptyczne spojrzenie. Mądre dziecko. Wie co przy tacie znaczy „na chwilę”.

Tamaluga: – Dlacego?

Tomek: Bo to jest szafka, na której będzie stała umywalka. Dlatego ma tę dziurę na blacie.

Tamaluga: – Tak??? Myślałam, że ta dziula jest do wzucania zabawek od góly.

No.

Ale wracając do łazienki.

Gdy wymieniano nam piony i rozkuto połowę łazienki, przez dłuższy czas nic z tym nie robiłam, bo „oni mieli jeszcze coś sprawdzić”. Czekałam, zatem, na „nich”, ale minął rok a „oni” się nie pojawili. W końcu położyliśmy kafelki, aż tu nagle, dwa tygodnie temu ogłoszenie na klatce:

„W dniu…X… nastąpi przegląd instalacji rur. Prosimy o udostępnienie łazienek.”

No, to chyba, ku*wa jakiś żart. Po dwóch latach grupka ludzi przypomniała sobie, że wstawiali nam rury, rozwalili łazienki, i że chyba mięli jeszcze coś tam sprawdzić. Zapewne sądzili, że potulni mieszkańcy czekają tak sobie na nich cierpliwie z ziejącymi cegłą dziurami w ścianach i sypiącym się tynkiem.

Postanowiłam, że zabarykaduję się w mieszkaniu niczym mój kolega Szymon. Robił to na tyle skutecznie, że przez dłuższy czas miał święty spokój. Zazdrościłam mu. Dopiero później zdiagnozowano u niego schizofrenię.

Zaczęłam się zastanawiać czym mogę zastawić drzwi i wyszło mi, że pralką, stołem, krzesłami, suszarką do prania albo Playstation. Tylko te rzeczy mam w miarę ruchome. Telewizor i lodówka wydały mi się zbyt cenne, odkurzacz niedorzeczny, a stół kreślarski Oliwii mało stabilny. Żywcem mnie nie wezmą, tego byłam pewna. Gdy nadszedł dzień …X… byłam już kompletnie niegotowa. Miły pan z miłą panią zastali mnie stojącą bez sensu na klatce schodowej i jedzącą śliwkę. Ten widok wydał im się tak dziwny, że przez chwilę stali w milczeniu gapiąc się na mnie. „No?”, zachęciłam. „Bo my do sprawdzenia rur.” „Ja nic nie wiem, zresztą już zeznawałam”, powiedziałam. Byli tak bardzo zszokowani, że aż zrobiło mi się ich szkoda. Dokończyłam śliwkę, spektakularnie wyplułam pestkę ponad ich głowami i gestem zaprosiłam ich do środka. Byli tak przerażeni i zakręceni, że ledwo zerknęli na łazienkę. Po moim stwierdzeniu, że nic więcej nie pokażę, woleli nie czekać aż zmienię zdanie i szybciutko wycofali się do wyjścia.

Pani trafiła dobrze, ale pan z nerwów, zamiast do drzwi wejściowych, wszedł do pokoju. Szybko odkrył pomyłkę i wycofał się przepraszając. Szybko, ale nie dość szybko:

– O, ceść! Kto ty jesteś? Ja jestem Tamalka i mam cztely lata, pobawimy się autkami!

Gdy wreszcie udało im się wyjść na klatkę schodową, zderzyli się z Tomkiem.

– To, co? Schodzimy do piwnicy? – zapytał szeptem zacierając ręce.

Dziesięć minut później opuszczali nasz blok w pośpiechu. Myślę, że prędko nie wrócą.

A obiecywali co innego:

Śledź to nie ryba. A krowa to krowa

Tomkowi zdarza się zasnąć ze słuchawkami na uszach, chociaż „zdarza się” nie jest może najtrafniejszym słowem. On po prostu lubi zasypiać przy ulubionych programach, przy czym wizja wysiada mu niemal od razu. Nie wiem na co mu fonia, skoro śpi już przecież, ale spróbuj mu zdjąć słuchawki! Natychmiast zaczyna marudzić przez sen, że on to przecież ogląda, i że to jest – uwaga – bardzo interesujący program. Co jakiś czas prowadzimy bitwę na tym polu bo czasami i ja chciałabym coś obejrzeć do poduszki. Wtedy jest tak, że gdy nadchodzi pora snu to próbujemy się nawzajem przetrzymać. Gdy jedno z nas zasypia, drugie najciszej jak umie zabiera mu słuchawki. Czasami się udaje, czasami nie. Durne to i dziecinne, ale czego można od nas wymagać?

Boszsz jak on to potrafi przedłużać… Na noc musi się jeszcze dobrać do słodyczy, a – z oczywistych względów – nie zrobi tego przed zaśnięciem Tamalugi. A i to nie zawsze się udaje, czasem nie wytrzymuje i robi to, gdy ona jeszcze jest na spidzie.

Ja nie wiem co on sobie myśli wchodząc do pokoju z miską ciastek, czy czegoś tam, ukrytą za plecami.

Przedwczoraj:

– Co tam mas? – ożywia się Tamaluga, która, przysięgłabym, jeszcze przed minutą liczyła barany.

– Takie, tam. Niedobre.

– Ale CO?

– Eee… Śledzie.

– A co to jest?

Tomek patrzy na mnie spanikowany.

– I co ja mam jej powiedzieć? – pyta szeptem.

– Jak brzmi nasza pierwsza zasada? – pytam.

– Nie znoś mi tego gówna do domu?

– Nie ta, ta druga.

– Nie okłamuj dziecka.

– Właśnie. To co tam masz?

– Naprawdę śledzie!

– No to w czym problem? – pytam.

– bo ona pyta CO TO SĄ ŚLEDZIE. I co mam jej powiedzieć? Prawdę?

– W żadnym wypadku! Powiedz, że to takie jedzonko.

……………

Boszsz, myślałam, że ten wieczór nigdy się nie skończy. Wreszcie Tamaluga poszła spać, a potem Tomek. W końcu uznałam, że czas przypuścić atak na słuchawki i telewizję.

Rozgrzałam nadgarstki i palce. Zrobiłam kilka wdechów i kilka prób na niby. W końcu przystąpiłam do zdjęcia Tomkowi słuchawek. Z lewą poszło gładko, z prawą było gorzej. Gdy już gratulowałam sobie w myślach sukcesu, Tomasz otworzył nieprzytomnie jedno oko i wygłosił formułkę:

„Hej, ja to ogodam. To jesss brdzo ciekawy film jesss.”

Zważywszy, że na ekranie odbywał się właśnie poród krowy, uznałam, że albo postradał zmysły, albo oglądany przez niego film już się skończył. ALBO od początku było mu wszystko jedno co ogląda, byleby wygrać ze mną tę walkę. Istniała jeszcze jedna możliwość, że weterynarz zanurzony po łokcie w krowim kanale rodnym mógł być dla Tomka fascynujący. Ten wariant odrzuciłam od razu, ale może niesłusznie? Z nim nigdy nic niewiadomo.

Wreszcie dobrałam się do słuchawek i pomknęłam rączo po kanałach. Natrafiłam na program „Mój stuknięty Ex”. Nie wiedzieć dlaczego temat wydał mi się bliski i na tym kanale pozostałam. Kobieta opowiadała o swoim partnerze, który za wszelką cenę chciał trafić do Księgi Guinessa, pobijając jakikolwiek rekord. Od podtapiania w basenie, przez rażenie się prądem, aż po najdłużej trwający uścisk. Gdy pobijał ten ostatni, przytulając się ze swoim równie stukniętym kolegą, w pewnej chwili obaj zasnęli, upadli na podłogę i rozbili sobie łby. Dostałam takiego napadu śmiechu, że oczywiście obudziłam Tomka.

– Czy ttt mój fffilm? – zapytał.

– Oczywiście, kochanie. Cielak właśnie wyskoczył z macicy i kopnął weterynarza w głowę.

Wyjście do ludzi

Tamaluga – odpukać i splunąć trzykrotnie przez lewe ramię – już drugi tydzień jest w przedszkolu. Ciągiem. Bez kataru. Sukces. Taki sukces, że aż podejrzane. Tomek zawozi ją i przywozi rowerem, więc nie miałam ostatnio pretekstu żeby wyjść z domu.

W zeszły poniedziałek ubrałam się ładnie i aż chciało mi się wyjść do ludzi, poszaleć i zabawić się. W ramach śmiałego planu (wyjścia do ludzi, szaleństwa i zabawy) udałam się na lokalny rynek po pół kilo mandarynek (które to, za jednym zamachem zjadła Tamaluga po powrocie z przedszkola). Rynek jak rynek, zaszpanowałam przy straganie, wróciłam do domu, przebrałam się w dresy i zaległam z książką.

We wtorek znowu mi się zachciało ładnie wyglądać i wyjść do ludzi. Zmieniłam, zatem, kierunek i poszłam do sklepu Społem po zakupy. Wróciłam, przebrałam się w dresy i zaległam z laptopem.

W środę poczułam się jakoś tak, że no. Pozostałam w dresach, łyknęłam Gripex Max i zaległam.

W czwartek czułam się jeszcze gorzej, ale nie z powodu przeziębienia, tylko z zalegania.

W piątek wygrzebawszy się z barłogu, byłam zwarta i gotowa zmierzyć się ze światem, czyli pójść po Tamalugę. Mieliśmy pojechać po nią razem, ale Tomek stwierdził, że jest już późno i zanim wyciągnie z piwnicy mój rower… Pojechał sam. Przebrałam się w dresy. Zaległam. Obejrzałam z Oliwią „Top Model”, co nie pomogło, a wręcz pogorszyło.

Tego wieczoru Tomasz ulitował się nade mną. Obwieścił, że otworzyli wreszcie pizzerię naprzeciwko, więc możemy się tam udać na kolację. Serce me się uradowało. Oto miałam powód do wyjścia. Oto miałam powód by ładnie się ubrać. Zajrzałam do szafy i stwierdziłam, że nie mogę ładnie się ubrać, bo nie mam w co. Zresztą, kto by tam przejmował się ciuchami, skoro włosy nie widziały szamponu od wtorku. Stwierdziłam, że mam to gdzieś, bo i tak mamy godzinę do zamknięcia, no i kto tam będzie na mnie patrzył, przy tych zgaszonych światłach, na tym zadupiu mojej dzielnicy. 

Nadeszłyśmy pierwsze z Tamalugą, Tomasz ciągnął się z tyłu. Już przy wejściu opadła mi szczęka. Przez okna widziałam, że jest tłum, wszystkie stoliki zajęte, nie wspominając o braku covidowego dystansu. Stałam tak, trzymając za rękę Tamalugę i chciałam wycofać się dyskretnie. Wtedy wyszedł do nas menager (przysięgam: wyszedł na zewnątrz) kłaniając się (przysięgam: ukłonił się) i zapytał, w czym może pomóc. I wtedy opadła mi szczęka po raz drugi.

– Psysłam zjeść pizzę – uratowała mnie Tamaluga.

– Oczywiście – menager przyjrzał mi się uważnie, a potem zwracał się już tylko do Tamalugi. – Dla ilu osób stolik?

– Tsech – odparło moje dziecko, które może nie wymawia jeszcze „r”, ale potrafi już nieźle liczyć.

– W tym momencie zwalnia się stolik dla państwa – odparł uradowany pan i wprowadził nas do środka.

No i nie było już odwrotu. Weszłam do mocno oświetlonej sali (gdzie te przyciemnione światła?!) , starając się wtopić w tło ściany (w szare kreski czy co tam), pamiętając, że dzisiaj mam  dres i brudne włosy. Czułam się jakby przejechał po mnie traktor. Miałam nadzieję, że nikt nie zwróci na mnie uwagi, ale zapomniałam, że byłam z Tamalugą, która głośno oznajmiła swoje przybycie. Wtedy już wszyscy na nas patrzyli, a przy pierwszym z brzegu stoliku siedzieli moi znajomi z dziećmi. Ucieszyli się na mój widok. Po zachwytach nad Tamalugą przeszli do mnie.

– Jak ty pięknie wyglądasz!

Pozostawię to bez komentarza.

Tamaluga oczywiście przysiadła się do nich, do ludzi, których widziała pierwszy raz w życiu. To bardzo w jej stylu. Zaraz nadszedł Tomek, stolik dla nas się zwolnił, a idąc do niego spotkałam jeszcze trzech innych znajomych, którzy również zachwycili się moim wyglądem. Pomyślałam, że jeśli jeszcze choć jedna osoba to powtórzy, to chyba walnę ją z liścia, wywalą mnie z lokalu i więcej nie wpuszczą. To poniekąd rozwiązywałoby kwestię ewentualnego stołowania się tutaj, z korzyścią dla portfela, gdyż ceny mieli zawrotne.

Pizza też dupy nie urwała. Biorąc również pod uwagę, że za nią nie przepadam. Wino za to mieli całkiem niezłe i rewelacyjną, iście wazeliniarską obsługę.

Wśród tych znajomych znalazła się kobieta, która zamachała do mnie entuzjastycznie. Odmachałam jej mniej entuzjastycznie, wysilając szare komórki i zmuszając je do skojarzenia osoby. Nagle osoba wstaje i widzę, że podąża w moim kierunku.

K*rwa!

Kto to, kto to???!!!

Powitałam ją pogodnym uśmiechem. Na szczęście, gdy tylko otworzyła usta wyjaśniło się skąd ją znam. To była Wera, zwana dalej Mamą Tego Kubusia. Moja najstarsza córka, Wiktoria, od zerówki kumplowała się z Kubą. Kuba był sympatyczny i dobrze się uczył, ale jego matka… Och, jego matka to był okaz nie z tej ziemi. Kobieta nie umiała mówić o niczym innym, tylko o Kubusiu. Każdy, kto zechciał jej wysłuchać musiał dowiedzieć się jaki Kubuś jest zajebisty, niesamowicie niesamowity, mądry, piękny, dobry, utalentowany i szlachetny, a od czasu do czasu pierdzi na tęczowo. W związku z powyższym wszyscy rodzice nazywali ją Mamą Tego Kubusia.

No i „tą razą” (jak mawiała moja babcia), musiałam wysłuchać – a jakże – opowieści o Kubusiu. Najpierw, z uprzejmości,  nie żeby ją obchodziło, zapytała o Wiktorię. Wiedząc, co zaraz nastąpi, zawarłam życiorys mojej najstarszej córki w dwóch zdaniach. Następnie Wera, Mama Tego Kubusia zachwyciła się urodą Tamalugi, potem jeszcze raz, i jeszcze raz, aż w końcu odpaliła telefon i podsunęła mi pod nos najnowsze fotki syna.

– Och, ach, och! – wykrzyknęłam w zachwycie. Jakoś nie miałam serca powiedzieć jej, że po pierwsze niewiele widzę bez okularów, a po drugie na niemal każdym zdjęciu Kubuś jest albo w okularach, albo w maseczce, albo w maseczce i okularach. Także, tego. Zachwyciłam się zatem, mając w pamięci uroczego 12 latka, czyli czasem kiedy po raz ostatni widziałam go na żywca.

Mogłaby tak długo i długo… W końcu zniecierpliwiony małżonek, ku mojej wyraźnej uldze, zagarnął ją do domu.

Wychodziliśmy jakieś piętnaście minut później, a ona wciąż stała przy drzwiach pokazując zdjęcia jakiejś randomowej osobie.

Wróciłam do domu bogatsza o trzy numery telefonów i jedną ulotkę. Przebrałam się w dresy. Zaległam.

Lepsza woda w garści niż gwiazda na górze

Słowem wstępu (tekst nie jest sponsorowany (niestety) ale niewątpliwie zawiera lokowanie Cudownego Produktu): Tamaluga jest kochana. Ma dobre serce, jest przyjazna i pomocna. Nigdy nikogo nie obraziła, nikomu nie powiedziała złego słowa, wręcz przeciwnie – podczas zabawy z dziećmi jest skłonna do kompromisów, ustępuje żeby je uszczęśliwić, podchodzi do każdego z osobna, przedstawia się i rozmawia, pyta czy wszystko w porządku, a potem integruje wszystkie dzieci we wspólnej zabawie. Potrafi skłonić do berka znudzonego 12 latka, a dziewczynkę w sukni balowej do gry w piłkę nożną. Uwielbia dzieci i wielu dzieciom mówi, że je kocha. Chce je przytulać, bez względu na wiek, płeć, kolor skóry itd. Jest szczera i przyjazna, i nie do końca rozumie, że nie wszystkie dzieci takie są.

Taka sytuacja: mały, lokalny festyn na polanie przy placu zabaw. Zbiórka dla chorego dziecka, w tym celu przybywamy. Niewielu zainteresowanych, za to bigos, grochówa, pomidorowa i kiełbaski. No i ciasta… Mmmmm jakie ciasta! Tamaluga pognała na plac zabaw, ale widzimy ją (ktokolwiek wynalazł oczojebny róż ma mój dozgonny szacun) i oczywiście – pomimo odległości – również co jakiś czas słyszymy. Na koniec podjeżdżamy po nią na rowerach, zatrzymujemy się przy placu i obserwujemy dzieci.

Wychodzi gwiazda. Królowa podwórka. Na oko 10 lat. Za gwiazdą wybiega jej asystentka numer jeden, wpatrzona w królową z językiem na brodzie. Królowa jest wyraźnie rozdrażniona brakiem subordynacji ze strony pomagierki numer dwa. Woła ją piskliwym głosem, dodając „i to już!” i pstryka palcami (przysięgam: pstryka palcami). Ta nadbiega zdyszana i przeprasza za zwłokę. Poprawia królowej włosy. Na placu zostaje Tamaluga ganiająca się z dwoma chłopcami, mniej więcej w wieku królowej i jej świty. Żaden dzieciak nas nie widzi, więc bezkarnie kontynuujemy obserwację.

– Biegaj, biegaj, grubasie, przyda ci się! – woła gwiazda do jednego z chłopców. Pomagierki chichoczą z dobrego żartu swojej pani. – Debile! – dodaje jedna z nich, chcąc zyskać szacunek w jej oczach. Gwiazda wyjmuje szminkę i maluje usta. Pozostałe dwie natychmiast robią to samo. – Co się gapisz, rudzielcu?! – wykrzykuje do drugiego chłopca.

Patrzymy z Tomkiem na siebie i opadają nam szczęki (których nie podnosimy, bo nie chce nam się schodzić z rowerów). Jeden z chłopców próbuje coś odpyskować, ale drugi przekonuje żeby dał sobie spokój. Dziewczyny wyzywają ich dalej, a ja mam ochotę zdzielić je w łeb. Wszystkie trzy, jak leci.

Dopiero na drugi dzień Tamaluga przyznała, że chciała bawić się z tymi dziewczynkami, ale wyśmiały ją i powiedziały, że nie może, bo nie jest z tego podwórka. Tamaluga jest taka, że nie przyjdzie do nas ze skargą. Usiadła tylko na ziemi i płakała. Powiedziała też, że wtedy podeszli do niej ci chłopcy, pomogli jej wstać i zaczęli się z nią bawić.

Wiecie co? To już kolejny przypadek, gdy chłopcy przebijają dziewczynki. Uprzejmością, klasą, całokształtem. Zanotujcie moje słowa, gdyż sama nie wierzę, że to mówię.

A jeszcze, pozostając w temacie. Kilka tygodni wcześniej, na naszym lokalnym placu zabaw siedzi sobie na zjeżdżalni dziewczynka, mniej więcej 7 letnia. Tamaluga, wdrapawszy się na górę, recytuje formułkę (Cześć, Jestem Tamarka, i tak dalej), zakończoną pytaniem „Mogę się z tobą pobawić?” Dziewczynka patrzy na nią zszokowana. Autentycznie zszokowana. „Nie”, odpowiada w końcu. „Bo ja jestem królową miasta, a ty nie!” „Aha, OK.”, stwierdza na to Tamaluga i leci bawić się z innymi. Dziewczynka do końca dnia siedzi na zjeżdżalni naburmuszona i samotna, z zazdrością patrząc na bawiące się dzieci. Skąd się takie jednostki biorą? Czy to zawsze jest wina rodziców?

 

Znowu mam w głowie trociny i siano. Z przemęczenia i przesilenia. Ogarnianie wszystkiego z Tamalugą i chorym Tomaszem mocno dało mi się we znaki. W dodatku i ja kiepsko się czułam. Fizycznie, bo psychika wysiadła pierwsza, jak zwykle bez uprzedzenia. Nadmiar obowiązków i powtarzające się czynności sprawiają, że wpadam w rutynę i wyłączam myślenie. Tyle, że z biegiem czasu jest chyba coraz gorzej. Ostatnio zdobyłam mistrzostwo świata. Naszykowałam sobie tabletkę i szklankę na wodę do popicia. Wzięłam tabletkę w lewą rękę, a prawą sięgnęłam po dzbanek, po czym nalałam sobie wodę na tę dłoń z tabletką. Najpierw nie rozumiałam co się dzieje, ale wiedziałam, że coś jest nie tak, bo zrobiło mi się mokro, a chyba nie powinno. Gdy ogarnęłam co zrobiłam to dostałam napadu śmiechu, chociaż właściwie powinnam się zaniepokoić.

Pięć minut później weszłam po cichutku do pokoju. Lewą ręką chciałam zamknąć za sobą drzwi, a w prawej trzymałam szklankę z wodą, nie widzieć dlaczego, na wysokości ramienia. Lewą ręką zamknęłam klamkę, i najwidoczniej prawą chciałam zrobić to samo, bo wylałam całą wodę na siebie i podłogę… „Co tam się dzieje?”, chciał wiedzieć Tomasz, ale jak miałam mu powiedzieć prawdę, skoro jeszcze nie uspokoił się po akcji z tabletką?

Piętnaście minut później sięgając po telefon, przewróciłam szklankę i rozlałam wodę na stół. „Wiesz, ty może na razie unikaj wody, co?”, zaproponował Tomek, a mi już było wszystko jedno. I tak w czasie pandemii wyczerpałam swój życiowy przydział.

Kuła się zepsuła

Kuła się zepsuła. Całkowicie. Trochę moja wina, bo ona zaczęła szwankować już w czerwcu. Przestał działać dotyk, ale wtedy jeszcze tak subtelnie, tylko na wybrane litery w smsach. To jeszcze nie był powód, żeby kupić nową. Potem bezdotykowość objęła kolejne litery i znaki. Kułę pożerała Nicość, jak w Niekończącej się opowieści. Po kawałku. Później było jeszcze gorzej, ale wtedy oświecono mnie, że jest coś takiego jak funkcja głosowa. No. To trochę się tym pobawiłam i to nawet frajda była, chociaż nie czułam się zbyt komfortowo używając jej w miejscach publicznych. O ile ktoś gadający do siebie nie robi już wrażenia, o tyle ktoś wymawiający nienaturalnie pojedyncze słowa, artykułując przy tym również znaki interpunkcji – to już tak. Niemniej, znowu kupno telefonu odłożyłam na przyszłość bliżej nieokreśloną, chociaż raczej bliższą niż dalszą.

W ostatnią sierpniową niedzielę kuła umarła. Stało się to podczas kiermaszu, kilka minut po godzinie dziesiątej, gdy już wystawiłam się z książkami i chciałam zadzwonić do Oliwii, żeby dołączyła. No i wtedy kuła przestała reagować na ostateczną ostateczność, czyli mój kciuk. Była już tak chora, że nie poznawała moich linii papilarnych, co obwieściła napisem na górze ekranu: „Nie poznaję twoich linii papilarnych” czy coś w tym rodzaju. No i nie dała się już włączyć. Po pierdyliardzie prób, z chuchaniem, pluciem i zatarciem kciuka, odłożyłam ją delikatnie do kieszonki w torebce, starając się nie myśleć o utraconych zdjęciach, filmach i kontaktach.

Do końca dnia dałam sobie spokój, ale w poniedziałek uświadomiłam sobie, że nikt się do mnie nie dodzwoni. Musiałam znaleźć tymczasowe zastępstwo w postaci jakiegoś szrota. W tym celu, chciał nie chciał, zwróciłam się do Tomasza. Ile triumfu było w jego spojrzeniu, mówiącym „I co??? I jednak znoszone przeze mnie BEZUŻYTECZNE rzeczy mogą się przydać???” Położył przede mną starą klawiszową kułę, mówiąc „proszszsze”, głosem kelnerki z „Misia”*  

Ale jeszcze zanim przerzuciłam kartę, przypomniałam sobie, że oprócz mamy i znajomych, równie często dzwonią do mnie inni dziwni ludzie, od przedstawicieli UPC, przez oferujących tanie loty, aż po banki, sranki i kredyty. Zwłaszcza sranki dzwonią najczęściej. Powstrzymało mnie to od przełożenia karty przez jeszcze jeden dzień. Rozkoszowałam się błogą ciszą, która mogła być jeszcze bardziej błoga gdybym do kompletu odłączyła domofon.

No, dobra. Karta przerzucona, stara kuła zaległa na półce i przez dwa dni był spokój. Trzeciego dnia, stara kuła nagle i bez ostrzeżenia przypomniała sobie i nam wszystkim, że jest coś takiego jak budzik. Przypomniała sobie późnym wieczorem. Bez sensu. Jestem pewna, że za jej życia od dawna nie nastawiałam budzika. A już na pewno nie na godzinę wieczorną. To było nieco przerażające, jak w tych horrorach, gdy telefon dzwoni pomimo wyciągniętej wtyczki, a telewizor się włącza pomimo rozwalenia go uprzednio młotkiem.

Oczywiście wycia kuły nie dało się nijak wyłączyć, więc po minucie albo sześciu godzinach wsadziłam ją pod poduszkę. Minęła wieczność zanim ucichła, a potem włączyła się znowu. W końcu wyniosłam ją do kuchni, a dla pewności wrzuciłam do Tomkowego plecaka i nakryłam starym ręcznikiem. Stertą starych ręczników. Nie pytajcie skąd je mam, bo rzeczy w kuchni mnożą się same z siebie.

I tak kuła wyła przez kolejne dni. Wieczorami wrzucałam ją do plecaka, aż któregoś razu Tomek zapomniał ją wyjąć i włączyła mu się w pracy. Kuła, która po śmierci żyła nadal własnym życiem. Kuła zombie.

Nadszedł czas zakupu nowej kuły. Wlazłam na stronę z kułami. Po 100 godzinach znalazłam kułę odpowiadającą moim oczekiwaniom, głównie cenowo. „Kuła dostępna w różnej kolorystyce”. O, jak fajnie! To mogę jeszcze wybrać kolor, a w ogóle o tym nie pomyślałam. Klikam w opcje, i opcje są:  biała, różowa, błękitna, szara, srebrna. Z tym, że niedostępne, poza srebrną. Nieco rozczarowana pominęłam ten etap i przeszłam do kasy. „Nie wybrano koloru” WTF? Coś mnie ominęło? Cofnęłam się i kliknęłam w to srebro. Znowu jestem przy kasie, chcę zapłacić i „Nie wybrano koloru”. Znowu cofka i znowu kliknięcie w jedyną dostępną opcję. Powrót, kasa. „Jeśli nie wybierzesz koloru, wyślemy kolor losowo!” No, to już jest groźba karalna. W „informacjach dla  sprzedającego” wpisałam zatem: „kawa z mlekiem w pistacjowe kropki”.

Nie wiem czy się obrazili, ale przysłali czarny.

*Proszszsze w wykonaniu kelnerki z „Misia”: