Szafa z Narnii

Trwa u nas remont łazienki, który jest remontem dziwnym, bo jednocześnie się nie skończył jak i właściwie nie zaczął. Można?

Po ostatnich dłubaniach fachowców, trzeba było trochę poprawić. No i – co jest standardem w takiej sytuacji – bierzesz się za jedną rzecz – pieprzy się pięć innych. Przy czym każda nowa spieprzona rzecz jest gorsza od poprzedniej. Pierwsza wydaje się drobnym mankamentem. Trzecia doprowadza do łez, a przy piątej bluzgasz na samego siebie, że  w ogóle zaczynałeś tę pierwszą.

Gdy wreszcie zostało „tylko” poprawić elektrykę, obudować wannę kaflami i wymienić umywalkę wraz z szafką – wzięło się i się w pizdu zatrzymało. I nie ma komu tego dokończyć. Szafka  łazienkowa już dawno kupiona, stanęła w pokoju, przy ścianie. Dołączyła do reszty Rzeczy Kompletnie Zbytecznych lub Co Najmniej Niepasujących. Przylgnęła do wielkiego lustra, które Tomek tam postawił  z cyklu rzeczy Co Najmniej Nie Pasujących. A to dlatego, że ani szafka ani lustro nie pasują do pokoju, za to w jakiś niepojęty sposób pasują do siebie nawzajem. Tworzą magiczny klimat szafy z Narnii, bo drzwiczki po otwarciu ukazują magiczną lustrzaną głębię… Tamaluga to odkryła, no bo kto. I przejęła tę szafkę na wyłączność, i pochowała tam swoje zabawki, a na zewnątrz zrobiła toaletkę. Codziennie przysuwa do niej krzesełko, patrzy w lustro i czesze włosy księżniczkową szczotką od babci. Babcia zaszczepiła pierwiastek kobiecości w dziewczynce, której ulubioną zabawą jest berek, a zabawką – koparka. Babcia stworzyła potwora.

Mówię w końcu do Tomka, że Tamaluga się za bardzo przyzwyczaja, i żeby przypomniał jej, że szafka docelowo trafi do łazienki.

Tomek: – Tamalugo, ta szafka stoi tu tylko na chwilę, wiesz?

Posłała mu sceptyczne spojrzenie. Mądre dziecko. Wie co przy tacie znaczy „na chwilę”.

Tamaluga: – Dlacego?

Tomek: Bo to jest szafka, na której będzie stała umywalka. Dlatego ma tę dziurę na blacie.

Tamaluga: – Tak??? Myślałam, że ta dziula jest do wzucania zabawek od góly.

No.

Ale wracając do łazienki.

Gdy wymieniano nam piony i rozkuto połowę łazienki, przez dłuższy czas nic z tym nie robiłam, bo „oni mieli jeszcze coś sprawdzić”. Czekałam, zatem, na „nich”, ale minął rok a „oni” się nie pojawili. W końcu położyliśmy kafelki, aż tu nagle, dwa tygodnie temu ogłoszenie na klatce:

„W dniu…X… nastąpi przegląd instalacji rur. Prosimy o udostępnienie łazienek.”

No, to chyba, ku*wa jakiś żart. Po dwóch latach grupka ludzi przypomniała sobie, że wstawiali nam rury, rozwalili łazienki, i że chyba mięli jeszcze coś tam sprawdzić. Zapewne sądzili, że potulni mieszkańcy czekają tak sobie na nich cierpliwie z ziejącymi cegłą dziurami w ścianach i sypiącym się tynkiem.

Postanowiłam, że zabarykaduję się w mieszkaniu niczym mój kolega Szymon. Robił to na tyle skutecznie, że przez dłuższy czas miał święty spokój. Zazdrościłam mu. Dopiero później zdiagnozowano u niego schizofrenię.

Zaczęłam się zastanawiać czym mogę zastawić drzwi i wyszło mi, że pralką, stołem, krzesłami, suszarką do prania albo Playstation. Tylko te rzeczy mam w miarę ruchome. Telewizor i lodówka wydały mi się zbyt cenne, odkurzacz niedorzeczny, a stół kreślarski Oliwii mało stabilny. Żywcem mnie nie wezmą, tego byłam pewna. Gdy nadszedł dzień …X… byłam już kompletnie niegotowa. Miły pan z miłą panią zastali mnie stojącą bez sensu na klatce schodowej i jedzącą śliwkę. Ten widok wydał im się tak dziwny, że przez chwilę stali w milczeniu gapiąc się na mnie. „No?”, zachęciłam. „Bo my do sprawdzenia rur.” „Ja nic nie wiem, zresztą już zeznawałam”, powiedziałam. Byli tak bardzo zszokowani, że aż zrobiło mi się ich szkoda. Dokończyłam śliwkę, spektakularnie wyplułam pestkę ponad ich głowami i gestem zaprosiłam ich do środka. Byli tak przerażeni i zakręceni, że ledwo zerknęli na łazienkę. Po moim stwierdzeniu, że nic więcej nie pokażę, woleli nie czekać aż zmienię zdanie i szybciutko wycofali się do wyjścia.

Pani trafiła dobrze, ale pan z nerwów, zamiast do drzwi wejściowych, wszedł do pokoju. Szybko odkrył pomyłkę i wycofał się przepraszając. Szybko, ale nie dość szybko:

– O, ceść! Kto ty jesteś? Ja jestem Tamalka i mam cztely lata, pobawimy się autkami!

Gdy wreszcie udało im się wyjść na klatkę schodową, zderzyli się z Tomkiem.

– To, co? Schodzimy do piwnicy? – zapytał szeptem zacierając ręce.

Dziesięć minut później opuszczali nasz blok w pośpiechu. Myślę, że prędko nie wrócą.

A obiecywali co innego:

Śledź to nie ryba. A krowa to krowa

Tomkowi zdarza się zasnąć ze słuchawkami na uszach, chociaż „zdarza się” nie jest może najtrafniejszym słowem. On po prostu lubi zasypiać przy ulubionych programach, przy czym wizja wysiada mu niemal od razu. Nie wiem na co mu fonia, skoro śpi już przecież, ale spróbuj mu zdjąć słuchawki! Natychmiast zaczyna marudzić przez sen, że on to przecież ogląda, i że to jest – uwaga – bardzo interesujący program. Co jakiś czas prowadzimy bitwę na tym polu bo czasami i ja chciałabym coś obejrzeć do poduszki. Wtedy jest tak, że gdy nadchodzi pora snu to próbujemy się nawzajem przetrzymać. Gdy jedno z nas zasypia, drugie najciszej jak umie zabiera mu słuchawki. Czasami się udaje, czasami nie. Durne to i dziecinne, ale czego można od nas wymagać?

Boszsz jak on to potrafi przedłużać… Na noc musi się jeszcze dobrać do słodyczy, a – z oczywistych względów – nie zrobi tego przed zaśnięciem Tamalugi. A i to nie zawsze się udaje, czasem nie wytrzymuje i robi to, gdy ona jeszcze jest na spidzie.

Ja nie wiem co on sobie myśli wchodząc do pokoju z miską ciastek, czy czegoś tam, ukrytą za plecami.

Przedwczoraj:

– Co tam mas? – ożywia się Tamaluga, która, przysięgłabym, jeszcze przed minutą liczyła barany.

– Takie, tam. Niedobre.

– Ale CO?

– Eee… Śledzie.

– A co to jest?

Tomek patrzy na mnie spanikowany.

– I co ja mam jej powiedzieć? – pyta szeptem.

– Jak brzmi nasza pierwsza zasada? – pytam.

– Nie znoś mi tego gówna do domu?

– Nie ta, ta druga.

– Nie okłamuj dziecka.

– Właśnie. To co tam masz?

– Naprawdę śledzie!

– No to w czym problem? – pytam.

– bo ona pyta CO TO SĄ ŚLEDZIE. I co mam jej powiedzieć? Prawdę?

– W żadnym wypadku! Powiedz, że to takie jedzonko.

……………

Boszsz, myślałam, że ten wieczór nigdy się nie skończy. Wreszcie Tamaluga poszła spać, a potem Tomek. W końcu uznałam, że czas przypuścić atak na słuchawki i telewizję.

Rozgrzałam nadgarstki i palce. Zrobiłam kilka wdechów i kilka prób na niby. W końcu przystąpiłam do zdjęcia Tomkowi słuchawek. Z lewą poszło gładko, z prawą było gorzej. Gdy już gratulowałam sobie w myślach sukcesu, Tomasz otworzył nieprzytomnie jedno oko i wygłosił formułkę:

„Hej, ja to ogodam. To jesss brdzo ciekawy film jesss.”

Zważywszy, że na ekranie odbywał się właśnie poród krowy, uznałam, że albo postradał zmysły, albo oglądany przez niego film już się skończył. ALBO od początku było mu wszystko jedno co ogląda, byleby wygrać ze mną tę walkę. Istniała jeszcze jedna możliwość, że weterynarz zanurzony po łokcie w krowim kanale rodnym mógł być dla Tomka fascynujący. Ten wariant odrzuciłam od razu, ale może niesłusznie? Z nim nigdy nic niewiadomo.

Wreszcie dobrałam się do słuchawek i pomknęłam rączo po kanałach. Natrafiłam na program „Mój stuknięty Ex”. Nie wiedzieć dlaczego temat wydał mi się bliski i na tym kanale pozostałam. Kobieta opowiadała o swoim partnerze, który za wszelką cenę chciał trafić do Księgi Guinessa, pobijając jakikolwiek rekord. Od podtapiania w basenie, przez rażenie się prądem, aż po najdłużej trwający uścisk. Gdy pobijał ten ostatni, przytulając się ze swoim równie stukniętym kolegą, w pewnej chwili obaj zasnęli, upadli na podłogę i rozbili sobie łby. Dostałam takiego napadu śmiechu, że oczywiście obudziłam Tomka.

– Czy ttt mój fffilm? – zapytał.

– Oczywiście, kochanie. Cielak właśnie wyskoczył z macicy i kopnął weterynarza w głowę.

Wyjście do ludzi

Tamaluga – odpukać i splunąć trzykrotnie przez lewe ramię – już drugi tydzień jest w przedszkolu. Ciągiem. Bez kataru. Sukces. Taki sukces, że aż podejrzane. Tomek zawozi ją i przywozi rowerem, więc nie miałam ostatnio pretekstu żeby wyjść z domu.

W zeszły poniedziałek ubrałam się ładnie i aż chciało mi się wyjść do ludzi, poszaleć i zabawić się. W ramach śmiałego planu (wyjścia do ludzi, szaleństwa i zabawy) udałam się na lokalny rynek po pół kilo mandarynek (które to, za jednym zamachem zjadła Tamaluga po powrocie z przedszkola). Rynek jak rynek, zaszpanowałam przy straganie, wróciłam do domu, przebrałam się w dresy i zaległam z książką.

We wtorek znowu mi się zachciało ładnie wyglądać i wyjść do ludzi. Zmieniłam, zatem, kierunek i poszłam do sklepu Społem po zakupy. Wróciłam, przebrałam się w dresy i zaległam z laptopem.

W środę poczułam się jakoś tak, że no. Pozostałam w dresach, łyknęłam Gripex Max i zaległam.

W czwartek czułam się jeszcze gorzej, ale nie z powodu przeziębienia, tylko z zalegania.

W piątek wygrzebawszy się z barłogu, byłam zwarta i gotowa zmierzyć się ze światem, czyli pójść po Tamalugę. Mieliśmy pojechać po nią razem, ale Tomek stwierdził, że jest już późno i zanim wyciągnie z piwnicy mój rower… Pojechał sam. Przebrałam się w dresy. Zaległam. Obejrzałam z Oliwią „Top Model”, co nie pomogło, a wręcz pogorszyło.

Tego wieczoru Tomasz ulitował się nade mną. Obwieścił, że otworzyli wreszcie pizzerię naprzeciwko, więc możemy się tam udać na kolację. Serce me się uradowało. Oto miałam powód do wyjścia. Oto miałam powód by ładnie się ubrać. Zajrzałam do szafy i stwierdziłam, że nie mogę ładnie się ubrać, bo nie mam w co. Zresztą, kto by tam przejmował się ciuchami, skoro włosy nie widziały szamponu od wtorku. Stwierdziłam, że mam to gdzieś, bo i tak mamy godzinę do zamknięcia, no i kto tam będzie na mnie patrzył, przy tych zgaszonych światłach, na tym zadupiu mojej dzielnicy. 

Nadeszłyśmy pierwsze z Tamalugą, Tomasz ciągnął się z tyłu. Już przy wejściu opadła mi szczęka. Przez okna widziałam, że jest tłum, wszystkie stoliki zajęte, nie wspominając o braku covidowego dystansu. Stałam tak, trzymając za rękę Tamalugę i chciałam wycofać się dyskretnie. Wtedy wyszedł do nas menager (przysięgam: wyszedł na zewnątrz) kłaniając się (przysięgam: ukłonił się) i zapytał, w czym może pomóc. I wtedy opadła mi szczęka po raz drugi.

– Psysłam zjeść pizzę – uratowała mnie Tamaluga.

– Oczywiście – menager przyjrzał mi się uważnie, a potem zwracał się już tylko do Tamalugi. – Dla ilu osób stolik?

– Tsech – odparło moje dziecko, które może nie wymawia jeszcze „r”, ale potrafi już nieźle liczyć.

– W tym momencie zwalnia się stolik dla państwa – odparł uradowany pan i wprowadził nas do środka.

No i nie było już odwrotu. Weszłam do mocno oświetlonej sali (gdzie te przyciemnione światła?!) , starając się wtopić w tło ściany (w szare kreski czy co tam), pamiętając, że dzisiaj mam  dres i brudne włosy. Czułam się jakby przejechał po mnie traktor. Miałam nadzieję, że nikt nie zwróci na mnie uwagi, ale zapomniałam, że byłam z Tamalugą, która głośno oznajmiła swoje przybycie. Wtedy już wszyscy na nas patrzyli, a przy pierwszym z brzegu stoliku siedzieli moi znajomi z dziećmi. Ucieszyli się na mój widok. Po zachwytach nad Tamalugą przeszli do mnie.

– Jak ty pięknie wyglądasz!

Pozostawię to bez komentarza.

Tamaluga oczywiście przysiadła się do nich, do ludzi, których widziała pierwszy raz w życiu. To bardzo w jej stylu. Zaraz nadszedł Tomek, stolik dla nas się zwolnił, a idąc do niego spotkałam jeszcze trzech innych znajomych, którzy również zachwycili się moim wyglądem. Pomyślałam, że jeśli jeszcze choć jedna osoba to powtórzy, to chyba walnę ją z liścia, wywalą mnie z lokalu i więcej nie wpuszczą. To poniekąd rozwiązywałoby kwestię ewentualnego stołowania się tutaj, z korzyścią dla portfela, gdyż ceny mieli zawrotne.

Pizza też dupy nie urwała. Biorąc również pod uwagę, że za nią nie przepadam. Wino za to mieli całkiem niezłe i rewelacyjną, iście wazeliniarską obsługę.

Wśród tych znajomych znalazła się kobieta, która zamachała do mnie entuzjastycznie. Odmachałam jej mniej entuzjastycznie, wysilając szare komórki i zmuszając je do skojarzenia osoby. Nagle osoba wstaje i widzę, że podąża w moim kierunku.

K*rwa!

Kto to, kto to???!!!

Powitałam ją pogodnym uśmiechem. Na szczęście, gdy tylko otworzyła usta wyjaśniło się skąd ją znam. To była Wera, zwana dalej Mamą Tego Kubusia. Moja najstarsza córka, Wiktoria, od zerówki kumplowała się z Kubą. Kuba był sympatyczny i dobrze się uczył, ale jego matka… Och, jego matka to był okaz nie z tej ziemi. Kobieta nie umiała mówić o niczym innym, tylko o Kubusiu. Każdy, kto zechciał jej wysłuchać musiał dowiedzieć się jaki Kubuś jest zajebisty, niesamowicie niesamowity, mądry, piękny, dobry, utalentowany i szlachetny, a od czasu do czasu pierdzi na tęczowo. W związku z powyższym wszyscy rodzice nazywali ją Mamą Tego Kubusia.

No i „tą razą” (jak mawiała moja babcia), musiałam wysłuchać – a jakże – opowieści o Kubusiu. Najpierw, z uprzejmości,  nie żeby ją obchodziło, zapytała o Wiktorię. Wiedząc, co zaraz nastąpi, zawarłam życiorys mojej najstarszej córki w dwóch zdaniach. Następnie Wera, Mama Tego Kubusia zachwyciła się urodą Tamalugi, potem jeszcze raz, i jeszcze raz, aż w końcu odpaliła telefon i podsunęła mi pod nos najnowsze fotki syna.

– Och, ach, och! – wykrzyknęłam w zachwycie. Jakoś nie miałam serca powiedzieć jej, że po pierwsze niewiele widzę bez okularów, a po drugie na niemal każdym zdjęciu Kubuś jest albo w okularach, albo w maseczce, albo w maseczce i okularach. Także, tego. Zachwyciłam się zatem, mając w pamięci uroczego 12 latka, czyli czasem kiedy po raz ostatni widziałam go na żywca.

Mogłaby tak długo i długo… W końcu zniecierpliwiony małżonek, ku mojej wyraźnej uldze, zagarnął ją do domu.

Wychodziliśmy jakieś piętnaście minut później, a ona wciąż stała przy drzwiach pokazując zdjęcia jakiejś randomowej osobie.

Wróciłam do domu bogatsza o trzy numery telefonów i jedną ulotkę. Przebrałam się w dresy. Zaległam.

Lepsza woda w garści niż gwiazda na górze

Słowem wstępu (tekst nie jest sponsorowany (niestety) ale niewątpliwie zawiera lokowanie Cudownego Produktu): Tamaluga jest kochana. Ma dobre serce, jest przyjazna i pomocna. Nigdy nikogo nie obraziła, nikomu nie powiedziała złego słowa, wręcz przeciwnie – podczas zabawy z dziećmi jest skłonna do kompromisów, ustępuje żeby je uszczęśliwić, podchodzi do każdego z osobna, przedstawia się i rozmawia, pyta czy wszystko w porządku, a potem integruje wszystkie dzieci we wspólnej zabawie. Potrafi skłonić do berka znudzonego 12 latka, a dziewczynkę w sukni balowej do gry w piłkę nożną. Uwielbia dzieci i wielu dzieciom mówi, że je kocha. Chce je przytulać, bez względu na wiek, płeć, kolor skóry itd. Jest szczera i przyjazna, i nie do końca rozumie, że nie wszystkie dzieci takie są.

Taka sytuacja: mały, lokalny festyn na polanie przy placu zabaw. Zbiórka dla chorego dziecka, w tym celu przybywamy. Niewielu zainteresowanych, za to bigos, grochówa, pomidorowa i kiełbaski. No i ciasta… Mmmmm jakie ciasta! Tamaluga pognała na plac zabaw, ale widzimy ją (ktokolwiek wynalazł oczojebny róż ma mój dozgonny szacun) i oczywiście – pomimo odległości – również co jakiś czas słyszymy. Na koniec podjeżdżamy po nią na rowerach, zatrzymujemy się przy placu i obserwujemy dzieci.

Wychodzi gwiazda. Królowa podwórka. Na oko 10 lat. Za gwiazdą wybiega jej asystentka numer jeden, wpatrzona w królową z językiem na brodzie. Królowa jest wyraźnie rozdrażniona brakiem subordynacji ze strony pomagierki numer dwa. Woła ją piskliwym głosem, dodając „i to już!” i pstryka palcami (przysięgam: pstryka palcami). Ta nadbiega zdyszana i przeprasza za zwłokę. Poprawia królowej włosy. Na placu zostaje Tamaluga ganiająca się z dwoma chłopcami, mniej więcej w wieku królowej i jej świty. Żaden dzieciak nas nie widzi, więc bezkarnie kontynuujemy obserwację.

– Biegaj, biegaj, grubasie, przyda ci się! – woła gwiazda do jednego z chłopców. Pomagierki chichoczą z dobrego żartu swojej pani. – Debile! – dodaje jedna z nich, chcąc zyskać szacunek w jej oczach. Gwiazda wyjmuje szminkę i maluje usta. Pozostałe dwie natychmiast robią to samo. – Co się gapisz, rudzielcu?! – wykrzykuje do drugiego chłopca.

Patrzymy z Tomkiem na siebie i opadają nam szczęki (których nie podnosimy, bo nie chce nam się schodzić z rowerów). Jeden z chłopców próbuje coś odpyskować, ale drugi przekonuje żeby dał sobie spokój. Dziewczyny wyzywają ich dalej, a ja mam ochotę zdzielić je w łeb. Wszystkie trzy, jak leci.

Dopiero na drugi dzień Tamaluga przyznała, że chciała bawić się z tymi dziewczynkami, ale wyśmiały ją i powiedziały, że nie może, bo nie jest z tego podwórka. Tamaluga jest taka, że nie przyjdzie do nas ze skargą. Usiadła tylko na ziemi i płakała. Powiedziała też, że wtedy podeszli do niej ci chłopcy, pomogli jej wstać i zaczęli się z nią bawić.

Wiecie co? To już kolejny przypadek, gdy chłopcy przebijają dziewczynki. Uprzejmością, klasą, całokształtem. Zanotujcie moje słowa, gdyż sama nie wierzę, że to mówię.

A jeszcze, pozostając w temacie. Kilka tygodni wcześniej, na naszym lokalnym placu zabaw siedzi sobie na zjeżdżalni dziewczynka, mniej więcej 7 letnia. Tamaluga, wdrapawszy się na górę, recytuje formułkę (Cześć, Jestem Tamarka, i tak dalej), zakończoną pytaniem „Mogę się z tobą pobawić?” Dziewczynka patrzy na nią zszokowana. Autentycznie zszokowana. „Nie”, odpowiada w końcu. „Bo ja jestem królową miasta, a ty nie!” „Aha, OK.”, stwierdza na to Tamaluga i leci bawić się z innymi. Dziewczynka do końca dnia siedzi na zjeżdżalni naburmuszona i samotna, z zazdrością patrząc na bawiące się dzieci. Skąd się takie jednostki biorą? Czy to zawsze jest wina rodziców?

 

Znowu mam w głowie trociny i siano. Z przemęczenia i przesilenia. Ogarnianie wszystkiego z Tamalugą i chorym Tomaszem mocno dało mi się we znaki. W dodatku i ja kiepsko się czułam. Fizycznie, bo psychika wysiadła pierwsza, jak zwykle bez uprzedzenia. Nadmiar obowiązków i powtarzające się czynności sprawiają, że wpadam w rutynę i wyłączam myślenie. Tyle, że z biegiem czasu jest chyba coraz gorzej. Ostatnio zdobyłam mistrzostwo świata. Naszykowałam sobie tabletkę i szklankę na wodę do popicia. Wzięłam tabletkę w lewą rękę, a prawą sięgnęłam po dzbanek, po czym nalałam sobie wodę na tę dłoń z tabletką. Najpierw nie rozumiałam co się dzieje, ale wiedziałam, że coś jest nie tak, bo zrobiło mi się mokro, a chyba nie powinno. Gdy ogarnęłam co zrobiłam to dostałam napadu śmiechu, chociaż właściwie powinnam się zaniepokoić.

Pięć minut później weszłam po cichutku do pokoju. Lewą ręką chciałam zamknąć za sobą drzwi, a w prawej trzymałam szklankę z wodą, nie widzieć dlaczego, na wysokości ramienia. Lewą ręką zamknęłam klamkę, i najwidoczniej prawą chciałam zrobić to samo, bo wylałam całą wodę na siebie i podłogę… „Co tam się dzieje?”, chciał wiedzieć Tomasz, ale jak miałam mu powiedzieć prawdę, skoro jeszcze nie uspokoił się po akcji z tabletką?

Piętnaście minut później sięgając po telefon, przewróciłam szklankę i rozlałam wodę na stół. „Wiesz, ty może na razie unikaj wody, co?”, zaproponował Tomek, a mi już było wszystko jedno. I tak w czasie pandemii wyczerpałam swój życiowy przydział.

Kuła się zepsuła

Kuła się zepsuła. Całkowicie. Trochę moja wina, bo ona zaczęła szwankować już w czerwcu. Przestał działać dotyk, ale wtedy jeszcze tak subtelnie, tylko na wybrane litery w smsach. To jeszcze nie był powód, żeby kupić nową. Potem bezdotykowość objęła kolejne litery i znaki. Kułę pożerała Nicość, jak w Niekończącej się opowieści. Po kawałku. Później było jeszcze gorzej, ale wtedy oświecono mnie, że jest coś takiego jak funkcja głosowa. No. To trochę się tym pobawiłam i to nawet frajda była, chociaż nie czułam się zbyt komfortowo używając jej w miejscach publicznych. O ile ktoś gadający do siebie nie robi już wrażenia, o tyle ktoś wymawiający nienaturalnie pojedyncze słowa, artykułując przy tym również znaki interpunkcji – to już tak. Niemniej, znowu kupno telefonu odłożyłam na przyszłość bliżej nieokreśloną, chociaż raczej bliższą niż dalszą.

W ostatnią sierpniową niedzielę kuła umarła. Stało się to podczas kiermaszu, kilka minut po godzinie dziesiątej, gdy już wystawiłam się z książkami i chciałam zadzwonić do Oliwii, żeby dołączyła. No i wtedy kuła przestała reagować na ostateczną ostateczność, czyli mój kciuk. Była już tak chora, że nie poznawała moich linii papilarnych, co obwieściła napisem na górze ekranu: „Nie poznaję twoich linii papilarnych” czy coś w tym rodzaju. No i nie dała się już włączyć. Po pierdyliardzie prób, z chuchaniem, pluciem i zatarciem kciuka, odłożyłam ją delikatnie do kieszonki w torebce, starając się nie myśleć o utraconych zdjęciach, filmach i kontaktach.

Do końca dnia dałam sobie spokój, ale w poniedziałek uświadomiłam sobie, że nikt się do mnie nie dodzwoni. Musiałam znaleźć tymczasowe zastępstwo w postaci jakiegoś szrota. W tym celu, chciał nie chciał, zwróciłam się do Tomasza. Ile triumfu było w jego spojrzeniu, mówiącym „I co??? I jednak znoszone przeze mnie BEZUŻYTECZNE rzeczy mogą się przydać???” Położył przede mną starą klawiszową kułę, mówiąc „proszszsze”, głosem kelnerki z „Misia”*  

Ale jeszcze zanim przerzuciłam kartę, przypomniałam sobie, że oprócz mamy i znajomych, równie często dzwonią do mnie inni dziwni ludzie, od przedstawicieli UPC, przez oferujących tanie loty, aż po banki, sranki i kredyty. Zwłaszcza sranki dzwonią najczęściej. Powstrzymało mnie to od przełożenia karty przez jeszcze jeden dzień. Rozkoszowałam się błogą ciszą, która mogła być jeszcze bardziej błoga gdybym do kompletu odłączyła domofon.

No, dobra. Karta przerzucona, stara kuła zaległa na półce i przez dwa dni był spokój. Trzeciego dnia, stara kuła nagle i bez ostrzeżenia przypomniała sobie i nam wszystkim, że jest coś takiego jak budzik. Przypomniała sobie późnym wieczorem. Bez sensu. Jestem pewna, że za jej życia od dawna nie nastawiałam budzika. A już na pewno nie na godzinę wieczorną. To było nieco przerażające, jak w tych horrorach, gdy telefon dzwoni pomimo wyciągniętej wtyczki, a telewizor się włącza pomimo rozwalenia go uprzednio młotkiem.

Oczywiście wycia kuły nie dało się nijak wyłączyć, więc po minucie albo sześciu godzinach wsadziłam ją pod poduszkę. Minęła wieczność zanim ucichła, a potem włączyła się znowu. W końcu wyniosłam ją do kuchni, a dla pewności wrzuciłam do Tomkowego plecaka i nakryłam starym ręcznikiem. Stertą starych ręczników. Nie pytajcie skąd je mam, bo rzeczy w kuchni mnożą się same z siebie.

I tak kuła wyła przez kolejne dni. Wieczorami wrzucałam ją do plecaka, aż któregoś razu Tomek zapomniał ją wyjąć i włączyła mu się w pracy. Kuła, która po śmierci żyła nadal własnym życiem. Kuła zombie.

Nadszedł czas zakupu nowej kuły. Wlazłam na stronę z kułami. Po 100 godzinach znalazłam kułę odpowiadającą moim oczekiwaniom, głównie cenowo. „Kuła dostępna w różnej kolorystyce”. O, jak fajnie! To mogę jeszcze wybrać kolor, a w ogóle o tym nie pomyślałam. Klikam w opcje, i opcje są:  biała, różowa, błękitna, szara, srebrna. Z tym, że niedostępne, poza srebrną. Nieco rozczarowana pominęłam ten etap i przeszłam do kasy. „Nie wybrano koloru” WTF? Coś mnie ominęło? Cofnęłam się i kliknęłam w to srebro. Znowu jestem przy kasie, chcę zapłacić i „Nie wybrano koloru”. Znowu cofka i znowu kliknięcie w jedyną dostępną opcję. Powrót, kasa. „Jeśli nie wybierzesz koloru, wyślemy kolor losowo!” No, to już jest groźba karalna. W „informacjach dla  sprzedającego” wpisałam zatem: „kawa z mlekiem w pistacjowe kropki”.

Nie wiem czy się obrazili, ale przysłali czarny.

*Proszszsze w wykonaniu kelnerki z „Misia”:

Stoliczku, ukryj się! (co z domu to z serca)

Z rzeczy, które wkurzają mnie ostatnio najbardziej, wybija się łazienkowy taborecik Tamalugi. No i Tomasz. Trzeba mu przyznać, że utrzymuje pozycję i jego poczynania niezmiennie plasują się na szczycie listy.

Składany Taboret Tamalugi jest składany tylko z nazwy, gdyż większość domowników uparcie ignoruje tę jego funkcję. Taboret zajmuje zatem dumne miejsce na samym środku łazienki. Łazienki wielkości szpitalnej windy. Powierzchnia na której można stanąć to jakiś metr na pół metra, a więc obecność różowo-zielonego mebla jest dosyć znacząca. Czasami wpadnę na niego, czasami uda mi się go ominąć, czasami nawet kopnięciem posłać w drogę, a że droga kończy się po 20 cm, to po chwili i tak na niego wpadam. Gdy w porywach kreatywności wykorzystuję go jako stojak do papieru, Tamaluga biegnąc na siusiu, przestawia szybko papier gdzie indziej, np. na brzeg wanny, z której to rolka malowniczo „sturlowuje się” na dół. I oczywiście jest mokra.

Jeśli chodzi o Tomasza… Już wiele razy pisałam, że znosi do domu mnóstwo rzeczy. Zbieractwo to jeszcze nie jest, ale gdy patrzę na zagraconą kuchnię to widzę, że niewiele brakuje. Gdy dostaję histerii posłusznie wynosi wszystko do piwnicy, ale po jakimś czasie przynosi znowu. Gdy Oliwia wyjeżdża na weekend, robi sobie w jej pokoju gabinet z warsztatem. Ostatnio wróciła dzień wcześniej, a na jej łóżku leżały w poprzek trzymetrowe drzwi do szafy wnękowej. Tomek wymieniał w nich kółko…

W naszym mieszkaniu naprawdę nie ma już na nic miejsca. Czasami (zwłaszcza wtedy, gdy rozkładam suszarkę na pranie) zastanawiam się czy nie wywalić jakiegoś mebla. Do wystroju brakuje tylko parasola i migającego neonu.

– Sąsiad chce sprzedać stolik za pięć dych – oznajmia Tomek. – Szklany, więc boi się o dziecko.

– I co z tego? – pytam, chociaż w kościach czuję, co się święci.

– Nic, tak tylko mówię. Możesz zobaczyć, stoi na balkonie.

Szklany stolik potrzebny był nam jak wrzód na dupie, ale zerknęłam na balkon sąsiada. Doprawdy nie wiem, gdzie miałabym go postawić. Tomek przyznał mi rację, naprawdę! Sam stwierdził, że to byłaby już przesada. Po czym trzy dni później, wieczorem, przytargał rzeczony stolik do naszego domu. Sąsiad już nawet nie chciał pięciu dych, tylko pozbyć się go z balkonu. Miał fart i trafił na Tomka. Tomka, który ochoczo i triumfalnie wyniósł go na własnych plecach.

– Ja pierdolę – szepnęłam najciszej jak umiałam, gdyż Tamaluga jeszcze nie spała.

Nie chciałam tego widzieć, więc położyłam się na kanapie przodem do ściany. Zza plecowych odgłosów wywnioskowałam, że Tomek próbuje różnych wariantów, przesunięć, przestawień, ustawień i tak dalej.

– Jutro, gdy się obudzisz już go nie będzie – poddał się w końcu.

Rano stolik był pierwszym widokiem po otwarciu oczu. Musiałam wydać z siebie przerażający dźwięk, gdyż Tomek zerwał się z łóżka i szybciutko gdzieś go wyniósł. Nie obchodziło mnie gdzie.

Godzinę później wrócił z bardzo dziwną miną. Na początku nie chciał się przyznać, ale w końcu powiedział, że tak nim manewrował w przedsionku piwnicy, aż stolik zrobił pierdut i piękny szklany blat roztrzaskał się na kamiennej posadzce. Normalnie posikałabym się ze śmiechu, ale nie tym razem, bo w związku z powyższym, Tomek zamiast zrobić, co miał do zrobienia w domu – przez kolejną godzinę sprzątał przedsionek piwnicy. Kurtyna.

Całe szczęście, że sąsiad wcześniej zrezygnował z tych pięciu dych, bo musielibyśmy jeszcze mu zapłacić…

Gdy jakiś czas później wynosiłam śmieci, wyobraziłam sobie ten szklany stolik na środku pokoju. Wyobraziłam sobie jak wszyscy się o niego potykamy i padamy na niego twarzą, a potem stawiamy go na dużym jadalnym stole, a na górze piramidy ustawiamy rzeźbę z fontanną. Na przykład sikającego amorka. Gdy tylko złapałam tę wizję dostałam takiego ataku śmiechu, że nie mogłam otworzyć kontenera, nie mówiąc o wrzuceniu do niego worka. Obsmarkana i opluta zatoczyłam się na trzepak i tam wyłam dalej, aż sąsiadka zaczęła mi się przyglądać z okna. Postanowiłam wówczas, jak najszybciej podzielić się z Tomkiem swoją wizją. Pognałam ochoczo do domu, z rozwianym włosem, zasmarkaną twarzą i w raźnych podskokach, a worek ze śmieciami wesoło obijał się o moje nogi. Gdy tylko dotarłam do mieszkania, zapomniałam co mnie tak rozbawiło, i co ja właściwie chciałam Tomkowi powiedzieć.

– Coś się stało?! – zapytał przerażony moim widokiem.

– Nie wiem. Chyba zapomniałam wyrzucić śmieci.

O zwierzątkach

No i skończyły się upały, których i tak było niewiele w tym roku. Teraz leje deszcz i nie przeszkadzałoby mi to zupełnie, bo deszcz lubię, ale dlaczego przy tym musi być tak strasznie zimno?! Pogoda jest taka, że spać mi się chce bez przerwy i włączam w sobie dodatkowe zasilanie awaryjne żeby pobawić się z Tamalugą. Wszystko na pół gwizdka. Choć refleks już nie ten i energia jak wyżej, to jednak jakieś tam bodźce jeszcze odbieram. I tak oto dojrzałam kątem oka jakieś bydle przeogromne.

Najpierw pomyślałam, że szczur, ale szczur chyba nie zmieściłby się za listwą przypodłogową. Mysz? Zerkam w bok i widzę jak po moich panelach zasuwa największy pająk w historii świata. No, dobra: w mojej historii. Akcja pająk rozpoczęła się o 21 z minutami i trwała do 22. Objęła, między innymi rozkręcenie kanapy do ostatniej śrubki, odkurzenie pod nią i w niej oraz wygotowanie koca. Normalnie pająki mnie nie przerażają, tzn, nie na tyle żeby uciekać z wrzaskiem. Po prostu biorę szklankę, kartkę i wynoszę gościa na zewnątrz. Tym razem gościu był naprawdę duży. Najpierw uspokoiłam oddech, a potem poszłam do drugiego pokoju i mówię do Tomasza, by porzucił cokolwiek robi, bo jest akcja pająk. Tomasz potraktował sprawę poważnie, uznając, że skoro wołam go do pająka to nie może być zwykły krzyżak. Wkroczył do akcji z odkurzaczem. Potwór początkowo się ukrył, ale po chwili ruszył na niego z atakiem! Chłop mój, jak to zazwyczaj chłopy, pająków się nie boi, ale w tym wypadku aż zaniemówił. „Jezu, jaki wielki!” Nie wiem czy w tym momencie przeszło mu przed oczami całe życie, w każdym razie mi przeszły przed oczami wszystkie artykuły o tropikalnych pająkach, które przeniosły się do Polski, bo taki mamy klimat. W sensie, że coraz cieplejszy. W ostatniej chwili wciągnął go do odkurzacza, gdzie, rzeczony zwierz przepadł w odmętach brudu i kurzu, a przynajmniej mam taką nadzieję. Ciekawe czy i jemu przeleciało przed oczami całe jego pajęcze życie. Osiem razy, bo chyba tyle mają oczu (oczy?) Jezu.

Tamaluga zachwycona zamieszaniem, upatrując kolejnej szansy na przedłużenie „niespania”, stwierdziła ochoczo, że „pomoze”. Ponowiła propozycję kilkukrotnie, a nie doczekawszy się odpowiedzi, wzruszyła ramionami i z koca oraz poduch, rzuconych w pośpiechu na jej łóżko, zrobiła sobie zjeżdżalnię.

Zaraz potem z nadmorskich wojaży przyjechała Oliwia i Mat. Oliwii zrobiło się słabo na wieść o pająku, a Mat zagrał na ukulele uspokajając moje skołatane nerwy. Oczywiście dźwięki ukulele były dla Tamalugi kolejnym pretekstem żeby nie spać, więc brzdąkała z Matem do 23. Nie ogarniam tego dziecka.

xxxxxxxxxxxxx

Przybłąkał się do nas pies. W zasadzie nie wiem czy to dobre określenie, bo przyprowadził go Tomek, a psy do Tomka lgną jak pszczoły do miodu. Jestem pewna, że w poprzednim wcieleniu był psem, a nawet suką. Zanim go poznałam, sądziłam że to ja jestem największą psiarą na dzielni. Chociaż może i tak, bo Tomek nie jest z mojej dzielni. W każdym razie przylazł za nim mały kundel, staruszek z postępującą ślepotą. Nakarmiliśmy go, i tak dalej, ale w domu zostać nie chciał. Wynieśliśmy więc starą kołdrę, która i tak miała trafić do schroniska i ułożyliśmy na skwerku pod ławką. Noc była gorąca, postawiliśmy miseczkę z wodą i z ciężkim sercem poszliśmy spać. Rano pies wciąż tam był, przeciągnął się zadowolony i gotowy na nowy dzień. Zaczęły się poszukiwania właściciela. Na szczęście była niedziela, więc Tomek wziął Tamalugę i udali się na zwiady. Wreszcie pani z Żabki stwierdziła, że zna i psa i właściciela i że ten właściciel go szuka. Pies został w Żabce, a wieczorem czekała na nas miła niespodzianka: pancio, w ramach wdzięczności zostawił dla nas słodycze.

xxxxxxxxxxxxxxxxx

W ostatnie upalne dni wymiotło ptaki z podwórka. Nie było nawet jednego wróbla. Był za to gołąb. Codziennie, niestrudzenie dreptał po podwórku wyszukując gałązek. Gdy znalazł ich kilka rozkładał przed sobą i wybierał tę najodpowiedniejszą. Nie wiem na jakiej zasadzie odbywała się selekcja, ale w końcu ważył je w dziobie, znajdował środek ciężkości i ulatywał z tym lepszym sortem na dach. Po chwili sfruwał z powrotem i cała akcja od początku. I tak od rana do wieczora, przez trzy dni. Nie wiem, czy budował gniazdo na dachu, czy może z tego dachu leciał dalej, na drzewo. Nie wiedziałam nawet, że gołębie budują gniazda. Ze smutkiem przyznaję, że chociaż bardzo lubię ptaki to niewiele o nich wiem. Czwartego dnia go nie było, za to pod krzakami unosiło się kilka gołębich piór. Pomyślałam, że to sprawka Maćka, i że jak dorwę futrzaka to osobiście sprawdzę czy rzeczywiście spada na cztery łapy i do jakiej wysokości.

Czarnym scenariuszem podzieliłam się z Tomkiem.

– A nie przyszło ci do głowy, że skoro budował gniazdo przez trzy dni, to w końcu je wybudował?

O tym nie pomyślałam.

Faktycznie pojawił się po południu i zgarnąwszy dwie gałązki uleciał, i tyle go widziałam. Widocznie w budowie zostały już tylko drobne poprawki. Kosmetyka. W sumie przez trzy dni mógł wybudować gałęziowy apartament. Studio. Skoro wybudowanie prawdziwego domu zajmuje ekipie Katarzyny Dowbor tylko pięć dni…

O tym jak miałyśmy wywalone i o strefie wolnej od RGBD

Ostatnio miałyśmy wywalone. Tamaluga i ja. Z tym, że ja standardowo na ustach, a Tamaluga pod nosem. Z moimi ustami to nic nowego – wirus opryszczki uaktywnia się u mnie co jakiś czas, przez cały rok, a już latem to obowiązkowo. U Tamalugi to coś nowego. Wywaliło jej obie dziurki od nosa. Najpierw myślałam, że ma katar, i obrażenia powstały przez wycieranie nosa. Jednak nie zaobserwowałam żadnego kataru, ani wycierania nosa. Potem pomyślałam, że coś ją ugryzło, ale tę myśl także odrzuciłam. Jakaś kobieta w kolejce stwierdziła, że to gronkowiec. No i to faktycznie gronkowiec. Szlag.

……….

Na skwerku jest już obudowana piaskownica. A w piaskownicy nowiuśki piasek. Sama z radości brodziłam w nim pół godziny. Niby do placu zabaw nie mamy daleko, ale co pod nosem to pod nosem. Zwłaszcza, gdy gorąco i nie chce się nigdzie iść. Teraz panowie sąsiedzi debatują nad sprawą huśtawki i zjeżdżalni. Zorientowali się, że potrzebujemy zezwolenia, w sensie atestu.

A cena z atestem, a cena z atestem, a cena z atestem jest powalająca! Chyba przywiążę do drzewa sznurek z oponą. Z drugiej strony podstawię deskę po starej ławce i git. Na dole postawi się dyżurnego, który będzie wyciągał dzieciom drzazgi z tyłków.

……….

Wczoraj byliśmy nad morzem. Tomek rozgląda się po tęczowych parawanach i parasolach, i mówi:

– Zobacz ilu plażowiczów popiera RGBD.

Spoglądam na niego, marszcząc brew. W sumie to ma sens, bo z tego co kojarzę RGB to jakiś program z kodowaniem kolorów, tylko to „D” mi nie pasowało. Ale wiem, że nie o to się tu rozchodzi.

– LGBT? – pytam.

– Uff – oddycha z ulgą. – Wiedziałem, że coś pochrzaniłem.

……….

Pozostając w temacie:

Rozmawiam z bliskim kolegą gejem.

– Słyszałaś ile hajsu dostaną gminy za strefy wolne od LGBT?

– Słyszałam, ale powinieneś się cieszyć. Utwórz sobie taką strefę w domu, na przykład w łazience i po prostu tam nie wchodź.

Kolega najpierw padł ze śmiechu, a potem stwierdził, że w takim razie będzie zmuszony korzystać z mojej łazienki, na co ja stwierdziłam, że w takim razie będzie również zmuszony coś mi odpalić. Przyjaźń przyjaźnią, no ale halo. Już pomijam, że pomysł był mój.

……….

To na koniec Tamaluga:

– Mamusiu, idę pobawić się z Małgosią. Małgosia to taki wspaniały dzieciak.

xxx

Sąsiad: Tamalugo, widziałaś kiedyś domek dla jeża?

Tamaluga: Nie, dla jeza nie ma domku, bo jeze zyją w lasu, a ja w lasu nie byłam. Tylko na jeden dzieniu byłam, ale nie widziałam jeza. Ale byłam w Międzyzdloju, i tam tez nie było jeza, tylko Tomikołaj mi przyniósł, i ja go głaskałam i psytulałam, ale to nie był plawdziwy jez, tylko zabawka. Tomikołaj mi przyniósł, ale nie ten Tomikołaj, co nosi plezenty zimą, tylko inny Tomikołaj, Tomikołaj chłopiec, od cioci Kasi, wies?

A mina jego bezcenna.

Doktor Dobranoc

Roboty na Skwerku zamarły, acz sam Skwerek otoczony taśmą robi wrażenie. Ubaw mam, gdy widzę jak niewtajemniczeni sąsiedzi przystają, biorą się pod boki i dziwują: po co ta taśma i o co chodzi. Jedna sąsiadka zapyta mnie o to cztery razy, więc za każdym razem mówiłam jej co innego. Gdy zapytała po raz piąty, odpowiedziałam, że to przez Covid. Trudno powiedzieć, jakie wrażenie wywarła na niej ta informacja, ale dla spokojności odsunęła się kilka kroków. Nie przyszło jej do głowy zastanowić się, gdzie niby ten Covid miałby się znajdować, na ławce? W piaskownicy? Na drzewie?

Pozostając przy temacie pandemii, to nie ominęła nawet Świnki Peppy. Jedna z książeczek pod tytułem „Często myję ręce” traktuje właśnie o wirusach i bakteriach. Tata Świnka nakazuje Peppie myć ręce nie krócej niż 30 sekund, albo dwukrotne odśpiewanie „100 lat”. Do tej pory słyszałam wersję z myciem rąk i śpiewaniem „Happy Birthday”, a przecież obie przyśpiewki nie trwają tyle samo. A może trwają? Ktoś to w ogóle policzył???

W zeszły piątek byliśmy w Międzyzdrojach, ale widząc tłumy bezmaseczkowców od razu udaliśmy się na psią plażę. Tam, na szczęście mniej ludzi. Ale coś za coś: woda w morzu była pełna wodorostów i wyglądała jak szczawiowa (na szczęście bez jajka, chociaż nigdy nie wiadomo). Wieczorem w domu przez pół godziny wyczesywałam z włosów zielone gadżety, potem je umyłam (włosy, nie gażdżety), znowu umyłam i nadal wyczesywałam.

 

I na koniec, taka oto scenka. Godzina 22. Tamaluga udaje, że śpi. Tomek nie udaje – prawie zasypia. Ja leżę i czytam książkę.

Mat wychodzi od Oliwii i żegna się z przedpokoju.

Mat: Dobranoc!

Ja: Dobranoc.

Tomek (w półśnie): Dobranoc.

Tamaluga: Doblanoc!

Mat: Dobranoc, Tamalugo.

Wyszedł. Wraca. Zapomniał telefonu.

Mat: No, to już na pewno dobranoc.

Oliwia: Dobranoc.

Ja: Dobranoc.

Tamaluga: Doblanoc!

Mat: Dobranoc, Tamalugo.

Tomek: Hę? Dobranoc!

Mat: Dobranoc.

W tym momencie dostaję histerycznego napadu śmiechu. Rozbudzony Tomasz jęczy pod nosem „dobranoc, dobranoc, dobranoc”. Nagle i on wybucha śmiechem i pyta: Pamiętasz scenę z filmu „Szpiedzy tacy jak my”? Teraz wyjemy już oboje plus Tamaluga dla towarzystwa.

Scena, w której Chevy Chase i Dan Aykroyd podają się za lekarzy rozwala mnie od dzieciństwa.

A oto ta scena: