W poszukiwaniu różowych śmieci

Zacznę od tego, co powinnam zrobić już dawno temu, ale kurde, jakoś nie zrobiłam. Mianowicie, chcę bardzo podziękować wszystkim za życzenia świąteczno – noworoczne oraz prezenty. W tym miejscu buziaki, przede wszystkim dla Dziubasowej (dziubasowo.wordpress.com), Izzy (naszmalyswiatek.pl), Agnieszki (mycoffeetime.pl) i Aksinii (aksiniakawapudelka.wordpress.com). Sprawiłyście mi dużo radochy, dziewczyny 🙂

Styczeń, co prawda, jeszcze się nie skończył, ale myślę, że mogę już zrobić małe podsumowanko. Otóż miesiąc ten upłynął pod znakiem porządków, które to z kolei były następstwem licznych, prowadzonych przeze mnie z lepszym i gorszym skutkiem, poszukiwań.  

No, więc, najpierw szukałam kolczyka.

Dostałam w prezencie kolczyk, kolczyk i wisiorek. Odpakowawszy, umieściłam kolczyk, kolczyk i wisiorek na stole. Potem na komodzie obok telewizora i to w zasadzie ostatnie znane mi miejsce jego pobytu. Bo potem włożyłam wszystko do szuflady, ale nie mogę sobie przypomnieć czy ten jeden kolczyk jeszcze wtedy był, czy już wtedy nie był ani trochę. W każdym razie odkryłam jego brak w trakcie szukania czegoś zupełnie innego. Po dłuższej chwili byłam skłonna zaangażować do pomocy resztę rodziny, ale wszyscy już spali. Powszechnie bowiem wiadomo, że faza na szukanie ogarnia mnie nocą, gdy wszyscy już śpią i muszę być cicho i cicho przeklinać. Nie mogę bezstresowo wytrząsnąć zawartości szuflady na podłogę, muszę wyjmować z niej wszystko po kolei, po cichu. Potem po cichu wsadzić wszystko z powrotem i znowu wyjąć. Gdy nie przyniosło to rezultatów, naturalną koleją rzeczy jest podejrzenie że wpadł za komodę. Nie mogłam jej odsunąć, nie tylko z powodu hałasu, ale przede wszystkim dlatego, że jest cholernie ciężka. Oświeciłam jej zadnią część latarką, ale niewiele widziałam, bo przerwa między nią a ścianą jest zbyt wąska. Może gdybym miała inaczej usytuowane oczy coś bym zobaczyła, a tak, chociaż przykleiłam się policzkiem do ściany to oczy pozostały na swoim miejscu i nie mogłam nic na to poradzić. Potem przyszło mi do głowy, że kolczyk mógł jakoś wydostać się o własnych siłach z górnej szuflady i spaść piętro niżej. Zabrałam się za dolną szufladę, potem za jeszcze bardziej dolną i w końcu za najdolniejszą. Nic. Pozwoliłam sobie na chwilę odpoczynku, a że akurat mój znajomy był online to mu się pożaliłam. „Zajrzyj pod łóżko” napisał. „Dlaczego pod łóżko?” zapytałam. „Nie wiem, ale większość rzeczy znajduje się pod łóżkiem”. Jaki człowiek tacy znajomi. Ale zajrzałam. Poza całkiem grubą warstwą zakurzenia nic tam nie było. Wtedy wpadł mi do głowy pomysł, którego starałam się nie dopuszczać, bo wiedziałam, że się skuszę. I chociaż obiecałam sobie poczekać do rana, wytrwałam w tym postanowieniu pięć minut. Wyjęłam z zawiasów najdolniejszą szufladę, szufladę wielkości stodoły. Zaparłam się i ciągnęłam, i nie poddałam się, chociaż wiedziałam, że nie włożę jej z powrotem. Jeszcze nigdy nie udała mi się sztuka nasadzenia szuflady na prowadnice. Nigdy. A wyciągałam ją dziesiątki razy. Nie poddałam się, bo wiedziałam, że nawet jeśli nie znajdę kolczyka to na pewno znajdę jakieś inne rzeczy, zaginione dawno temu.

I tak ruszyłam z posad bryłę świata, ale kolczyka nie znalazłam. Wyjątkowo też tym razem nie znalazłam niczego ważnego, poza zużytą chusteczką i gumką do włosów. Za to przytrzasnęłam sobie palec i obudziłam połowę domu. I zostawiłam totalny bałagan.

Sprzątanie nie zawsze jest następstwem szukania. Czasami bywa na odwrót i to szukanie wynika ze sprzątania. I nie mam tu na myśli oczywistej historii, że sprzątając, coś się schowa, zapomni gdzie i potem szuka. Tym razem było inaczej.

Odkurzając Tamalugowy pokój wciągnęłam TĘ RZECZ do odkurzacza. Natychmiast go wyłączyłam i rzuciłam się na szczotkę, rurę, a w końcu na worek. To była mikroskopijnej wielkości szmatka, zwana szumnie „kocykiem króliczka”. Żeby wam zobrazować jak małe jest to gówno, to powiem wam, że królik z jajka niespodzianki nie zdołał się nią przykryć całkowicie. Wystawały mu stopy. Tomek zastał mnie klęczącą na podłodze i grzebiącą w odkurzaczowym worku, którego większość zawartości już wysypałam. Najpierw się śmiał, ale gdy powiedziałam mu czego szukam, natychmiast rzucił się na podłogę i przejął ode mnie worek. Kocyk jest mały, ale za to różowy, jak to możliwe, że nie mogłam go znaleźć? Przecież na ogół nie wciągam różowych śmieci. Chyba nie. Stresowałam się dużo bardziej niż przy kolczyku, co ja mówię: byłam bliska paniki. Przez chwilę wyobraziłam sobie, że Tamaluga zapomina o różowej szmacie i wszyscy żyjemy długo i szczęśliwie. Albo inna wersja: Tamaluga mówi: „mamusiu, nie szkodzi, nic się nie stało” i w podskokach biegniemy zobaczyć zachód słońca. Obie wersje były tak niedorzeczne, że zaśmiałam się gorzko. Dobrze wiedziałam jaki będzie scenariusz: „mamusia wciągnęła kocyk króliczka do odkurzacza i przepadł pośród innych różowych śmieci” – przyznam się, patrząc w bok.  A wtedy jej oczy zrobią się duże i okrągłe, a broda zacznie drżeć. Potem zmusi mnie żebym spojrzała razem z nią na królika, który leży na łóżku z nakrętki od mleka i trzęsie się z zimna bo nie ma swojego kocyka. Nie mogę tego zrobić własnemu dziecku!

Po chwili Tomek triumfalnie uniósł różową szmatkę do góry i odetchnęliśmy z ulgą. Oczywiście od razu pobiegłam ją wyprać w mikroskopijnej pralce.

Bo zdrowie niejedno ma imię

Jak już wspominałam, próbuję we wszystkim znaleźć coś dobrego. Żeby nie zwariować. Do końca. W ten sposób i w obecnej, ciągnącej się od roku sytuacji można znaleźć pozytywy, i nie mam tu na myśli wyników testów.

Przede wszystkim przybyło ludzi dobrej woli. Wzrosło zainteresowanie akcjami charytatywnymi i różnymi formami pomocy. Na przykład Ruch Maitri, z którym jestem związana, odnotował większe wsparcie finansowe w stosunku do lat ubiegłych, a także prawie tysiąc nowych rodziców adopcyjnych. Brawo!

Ponadto pandemia wzbogaciła nasze słownictwo, chociaż jakoś osobiście nie czuję się bogatsza. Jeśli już to głupsza, głupsza tak. Wzbogaciła to słownictwo, między innymi, o słówka takie jak: koronalia, koronaparty, koronaferie, kowidianie, samoizolacja.

Kiedyś lekcje w szkolnym budynku, w klasie z ławkami nazywały się lekcjami. Dzisiaj jest to edukacja bezpośrednia. Co nie znaczy, że jest też edukacja pośrednia, bo zamiast niej jest system zdalny lub hybrydowy.

Słowo „obostrzenia” też trochę rozwaliło mój system. :/

Pojawiły się też znane słowa, o zupełnie nowym znaczeniu, podczas gdy moja wyobraźnia nadal hulała w średniowieczu. I tutaj rządzi, taka na przykład, „przyłbica”. Gdy pani w sklepie przeprosiła mnie oznajmiając, że skoczy tylko po przyłbicę – na chwilę zgłupiałam. Byłam w 90 procentach przekonana, że powróci z zaplecza w stroju rycerza. Trochę się rozczarowałam, w związku z tym. Drugi raz nie dałam się nabrać i słysząc „tarcza antykryzysowa” wiedziałam, że to nie będzie prawdziwa tarcza. Dobrze, że chociaż pasuje do przyłbicy. Fałszywa tarcza, fałszywa przyłbica. Taki rycerz trochę z dupy.

I na końcu – wisienka na torcie – szpitale jednoimienne. W życiu o takich nie słyszałam. Nie miałam pojęcia, że szpitale w ogóle mają imiona. Wiedziałam, że mają nazwy, bo w końcu wszystko ma swoją nazwę, nawet metalowa skuwka przy sznurówce, która nazywa się aglet, co wiem z „Fineasza i Ferba”. Gdy po raz pierwszy usłyszałam o szpitalu jednoimiennym, lekko się zdziwiłam, ale postanowiłam to zignorować. Może dziennikarz się przejęzyczył. Szybko stało się jasne, że takie szpitale istnieją, co więcej – WSZYSTKIE szpitale dzielą się na jednoimienne i dwuimienne (?), wieloimienne (?) Najpierw pomyślałam sobie „wtf?!” , a potem, że jestem niedouczona i serce me załkało. Z drugiej strony  trudno mi było wyobrazić sobie, że szpital w większym mieście może być Franciszkiem Anastazym, w mniejszym tylko Franciszkiem, a w małym miasteczku… Frankiem? A na przykład „Franciszek Anastazy Jan Bernard Trzeci”? No, to już prywatna wypasiona klinika pod wezwaniem Marii Panny w Coronie. Szpital wieloimienny.

„Byłam już dwa razy we Franciszku Anastazym”.

 „Idę do Franciszka, bo mnie boli kiszka”.

„A ja do Frania na badania”.

Innym zjawiskiem, które przybrało na sile w okresie pandemii jest donosicielstwo. Może nie powinnam tego zaliczać do pozytywów, ale nie jest to  zjawisko wyłącznie negatywne, bo zaczęto też zwracać większą uwagę, czy nic złego nie dzieje się za ścianą. Niemniej – podobno przypadków kablowania na sąsiada jest tak dużo, że powstał kolejny słowotwór , którym odtąd posługuje się policja. Nie ma już donosicieli, kapusiów czy nawet informatorów. Teraz są sygnaliści. Żeby nie było – każdy sygnał od sygnalisty jest sprawdzany. Żeby nie było – większość to bzdura. Nasze miasto jest, niestety, niechlubnym przykładem. Gdy pojawiła się plotka, że policja będzie sprawdzać ilość osób na wigilii, chyba nikt ostatecznie nie wziął tego na poważnie. Nikomu też nie przyszło do głowy aby w Radosny Dzień Oczekiwania Narodzin Pana… policzyć sąsiadów. Nikomu, oprócz mieszkańcowi naszego miasta. Człowiek ten policzył samochody, pomnożył przez liczbę dzwonków do drzwi i uprzejmie doniósł odpowiednim służbom. Służby przybyły na miejsce, nie stwierdziły żadnej nieprawidłowości i udzieliły pouczenia nadgorliwemu sąsiadowi.

I tym optymistycznym akcentem… odsyłam do piosenki adekwatnej do tematu 😀

Dzieci moje i nie moje

Od kiedy Tamaluga chodzi do przedszkola niektóre jej zabawy zaczęły mnie niepokoić. Zawsze dotąd bawiła się tak słodko i niewinnie, aż tu nagle…

A było to w czasie wczesnojesiennym, gdy kończył się remont łazienki i szafka pod umywalkę jeszcze stała w pokoju. No, więc, pracuję na laptopie, ale kątem oka widzę, i kątem ucha słyszę, co się dzieje. Tamaluga wsadza do tej szafki zwierzątka i lalki, które płaczą w niebogłosy.

– Co robisz? – pytam.

– No, te dzieci były niegrzeczne, więc je zabieram od rodziców i zamykam w więzieniu.

W tym miejscu następuje mój wykład, dlaczego to nie jest fajna zabawa, dlaczego nie wolno tego robić, a już pod żadnym pozorem odbierać dzieci rodzicom i umieszczać je gdzieś tam, gdzieś tam, że o więzieniu nie wspomnę.

– Ale one są niegrzeczne – tłumaczy Tamaluga.

– Rodzice kochają swoje dzieci, nawet jeśli są niegrzeczne. Nie wolno zamykać dzieci.

– Aha, ok. Pszeplasam.

Przypuszczam, że ta zabawa to wpływ kolegów z przedszkola. Zwłaszcza jednego kolegi. Widzę tu Borysa. Wolę nie myśleć, że wyniósł to z domu.

Kilka miesięcy później:

Tamaluga buduje z klocków miasteczko oraz… izolatkę, gdzie natychmiast umieszcza pieski.

– Dlaczego one tam są? – pytam.

– O, to nic takiego – zapewnia Tamaluga. – Pieski po prostu muszą się uspokoić. Ale to są pieski złodzieje, wies? One musą tam zostać, a te inne pieski będą psynościć im jedzenie.

Wpływ Borysa, jak nic.

Niechcący doprowadziłam to tego, że gdy w głowie Tamalugi pojawia się chęć zniewolenia jakiegoś przedmiotu, pyta mnie, czy może się w to bawić.

Dwa tygodnie temu:

– Mamusiu, a mogę się tak pobawić, ze Ludolf  kalyfel  (renifer) został polwany i lodzice się martwią, i dzwonią na policję, a policja schwyta splawcę?

– Eee… Możesz.

– Ale jak schwyta splawcę to go wsadzi do pudełka, żeby się uspokoił, dobze? Takiego pudełka w parku. Mogę się tak bawić?

Tutaj już wpływ Kevina w Nowym Jorku. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.

…………………………….

Tamaluga: Ciociu Asiu, a możemy tak się odwiedzać w paski?

Ciocia Asia: Jak to w paski?

Tamaluga: No, laz ty odwiedzis mnie, a laz ja ciebie.

…………………………….

Tamaluga: Miałam dzisiaj chmurkę (sen) ze bawiłam się z Mają, moją psyjaciółką z psedskola i był tatuś i tez się bawił. Ale ty nigdy nie jesteś w mojej chmurce… A pseciez cię kocham. Nie wiem dlacego ciebie nigdy nie ma. Nie wiem co się z tobą dzieje, albo ze mną. Nie ma cię w mojej chmurce. Musisz naprawić moją głowę…

………………………………

Tamaluga: Mama, a jak ja już będę dorosła i będę miała pięć lat, to będę rozmawiać tak jak ty z tatusiem. Nie będę juz mówić jak małe dziecko o kwiatkach, serduszkach i miłości, tylko tak jak dorośli.

………………………………..

Franek i dzbanek.

Moja koleżanka opowiedziała mi, że od jakiegoś miesiąca, prawie za każdym razem gdy wchodziła do kuchni to krzesło od stołu było przystawione do kredensu. Duchy? Jej córka wprawdzie uczy się chodzić, ale nie dałaby rady przesunąć krzesła. Pyta więc syna, 3 letniego Franka:

– Franuś, nie wiesz może, kto przesuwa to krzesło pod kredens?

– Wiem, mamusiu, to ja.

– Ale dlaczego?

– Zeby dosięgnąć dzbanka z wodą.

– Po co ci dzbanek, Franusiu?

– Bo ja tak sobie do niego pluję…

………………………………

Borys, 6 lat.

– Mamo, a dlaczego niektórzy ludzie całują się na iksa?

– Jak to na iksa?!

– No, tak przekrzywiają głowy, każdy w inną stronę i wychodzi X…

…………………………………

Spragniona córka Agaty.

– Mamo, maaamoooo!

– Co się stało?!

– Spiciałam!

– Co zrobiłaś?!

– Spiciałam!

– Ale co to znaczy?!

– No, chce mi się pić!

– Nie mówi się „spiciałam”, tylko…

– Ale jak chce mi się jeść, to mówisz, że zgłodniałam.

………………………………….

Przemek, 7 lat.

– Synu, przestań już grać na tym smartfonie! Ja w twoim wieku potrafiłam sobie znaleźć inne zajęcia, a większość czasu spędzałam na dworze!

– Wiem, mamo, i bardzo mi przykro.

– A to dlaczego?

– Bo nie miałaś smartfona.

Podwórkowo, kominowo z podtarciem i pod napięciem

Doczekaliśmy się latarni na podwórku. No, od razu lepiej. Wcześniej czuliśmy się jak w dupie u… No, jak gdzieś, gdzie jest bardzo ciemno. Jednakowoż w niektórych miejscach (czytaj: pod moją klatką) nadal jest ciemnawo, a że wzrok już nie ten, więc tworzą się takie scenki różne, obyczajowe i obczajowe, prawda…

Stoję pod własną bramą, sąsiadka stoi przy narożniku budynku, jakieś 10 metrów dalej. Zazwyczaj po ciemku poznaję ludzi po gabarytach ich psów. Tym razem pies sąsiadki schował się za rogiem, więc jej nie poznałam. Jak się okazało: ona mnie również, ale miała prawo – jest 30 lat starsza ode mnie. Mnie nic nie tłumaczy. Nachylam się, zatem, do przodu i wzrok wytężam, i wytężam, i wytężam, i wiem, że wyglądam dziwnie. Nawet jeśli niewyraźnie. W pewnym momencie i ona się nachyla i przygląda, przygląda… „Ciekawe kto to” – myślę, a ona do mnie: „Będzie pan przestawiał auto?”

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Drugi blok wywalczył sobie słupki, żeby nikt nie parkował pod ich oknami. Kuli nas tymi słupkami w oczy, bo nie od dziś wiadomo, że nasze bloki prowadzą ze sobą cichą, i niezrozumiałą dla mnie wojenkę. Chwalili się tymi słupkami chyba z pół roku przed faktem. – Teraz będą parkować pod waszymi oknami – oznajmiali z triumfem.

Faktycznie, postawiono im te słupki, a nasz blok rył ze śmiechu. Wszyscy myśleli, że wystarczy jakiś niewielki ogranicznik, wysepki jakieś ze dwie… A ci im postawili ponad metrowe słupki, jeden przy drugim, że nawet człowiek nie przejdzie.

Dora: Fajne mamy słupki, nie?

Ja: Słupki? To zasieki jakieś. Elektryczny pastuch. Ty uważaj, bo może w nocy przepuszczą przez to 500 v!

Dora: Nie, nikt nie podłączy prądu.

Boże, jak ja nie kumam ludzi z zerowym poczuciem humoru.

Randomowy sąsiad: – Kurwa mać! Debile pomalowali słupy i nie dali nawet kartki, że świeżo malowane! Kto mi teraz za kurtkę zwróci?!

Obrażona Dora zawinęła do swojej bramy, uprzednio nawołując kota. Szary kot przeciskając się między słupkami zyskał przepiękne białe pręgi.

Ja: O, tygrys bengalski. Miniaturka.

A mina Dory bezcenna.

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Trudno mi w to uwierzyć, ale remont prawie skończony! Gdy położono podłogę, w nocy budziłam się kilka razy i szłam sprawdzić, czy to nie sen. – Czy podłoga nie zniknęła? – pytam Tomasza rano. – Nie, mamusiu! – woła Tamaluga, która pobiegła zobaczyć. – Nie zniknęła! Chodź!

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Noc sylwestrową spędziliśmy tak wyjątkowo, jak na tę noc przystało. Ja w pokoju przy Netflixie (jeszcze raz dzięki Seekerko), Tomasz w kuchni przy skręcaniu szafek, a Tamaluga przy kule, czyli tablecie. Zadzwoniła do mnie koleżanka z zaproszeniem. Uwielbiam ją, ale czasami tak mnie wkurza swoim podejściem do… wszystkiego.

– Chciałabym z tobą chociaż wypić szampana, przyjedziesz?

– Nie przyjadę.

– No, weź… Siedzę sama.

– Siedzisz sama? Bardzo dobrze!

– Jak to?! To nie przyjedziesz?

– Wiesz, że bardzo bym chciała, ale nie mogę.

– Dlaczego?

– Bo masz covid.

– A… No tak.

Boże. Ręce opadają.

Tydzień wcześniej, gdy powiadomiła mnie o covidzie:

– Mam coś brać na to?

– Gripex max daje radę. – odpisuję. Nie zauważyłam, że „Gripex max” słownik poprawił mi na „Głupek mąż”.

Odpowiedź po chwili:

– No, wiem, że głupek… ale myślisz, że na covid pomoże?

Xxxxxxxxxxxxxxxxxx

Na koniec grudniowa Tamaluga:

Hałas w ścianie.

Tamaluga: Boze. Co to było?

Ja: W przewodzie kominowym.

Tamaluga: Bo się psestlasyłam!

Ja: Nie bój się, to tylko odgłosy w kominie.

Tamaluga: W kominie?! To znacy, ze Mikołaj się sykuje???

Xxxxxxxxxx

Tamaluga bawi się w restaurację.

Ja: Mogę coś zamówić, proszę pani?

Tamaluga: Nie jestem pani. Jestem kuchareczką panią. A teraz idę siusiu do mojej kucharkowej toalety. Cy ty mnie podetrzesz, kobieto?

Ozdoby, prezenty i… kryształ

Tak jak ja (i okolica) jestem uwalona przy gotowaniu, tak ja (i okolica) jestem uwalona przy wykonywaniu świątecznych ozdób z Tamalugą. No kurde, no, nie mam ja talentu ani cierpliwości. Ale mam zaangażowanie, i jeśli już wzięłam do ręki pierwszy rekwizyt to nie spocznę, póki nie skończę. A skończyłam, oczywiście, obsmarowana klejem, oblepiona piórami, wiórkami i jakimś innym gów… materiałem sypkim i przylepnym. Inna sprawa, że w Internecie mało jest pomysłów na proste ozdoby. PROSTE. Bo chociaż w tytule pojawia się to słowo i zaczyna się fajnie, i człowiek się zagłębia, to po chwili orientuje się, że do wykonania tej PROSTEJ ozdoby potrzebuje skomplikowanych rzeczy. Albo zaczyna się fajnie, aż tu nagle „potrzebne będą: …. z Pepco, …. z Empiku, …. z Biedronki…” No, kurde! To nie ma już DIY zrób to sam z tego co masz pod ręką??? A ja przecież pod ręką mam… wszystko, bo szafki kuchenne z wyposażeniem wciąż są w pokoju.

Prezenty pod choinkę też, w związku z tym są… wszędzie. W czwartek obrałam sobie jasny cel: odnaleźć, ogarnąć, zapakować, schować. Wyczaiłam chwilę dziennego snu Tamalugi, ale gdzie tam, zapomnij! Jak nie jedna, to druga, jak nie druga, to trzeci. Cały czas mi się ktoś po tej chacie przewija…

A na koniec… Elfi.com. Muszę, no po prostu muszę znowu zareklamować tę stronę. W zeszłym roku skorzystałam z niej po raz pierwszy i to był strzał w dziesiątkę. List albo video dla dziecka od Św. Mikołaja. Nie wiem jak to wygląda w opcji listu, ale filmik z Mikołajem rozwala system. Wchodzi się na stronę i wybiera filmik spośród różnych propozycji. Koszt około 40 złotych. Mamy tam podgląd filmiku, temat, czas trwania. Gdy już wybierzemy, personalizujemy go. Wpisujemy imię dziecka, wiek, informacje dodatkowe, zalecenia od Mikołaja – tych do wyboru jest mnóstwo. W zeszłym roku wybrałam „Nie denerwuj się bez powodu”, co Tamaluga mocno wzięła sobie do serca i pamiętała przez cały rok J Potem dodajemy fotki, zależnie od wybranego filmiku – np. trzy fotki dziecka, jedno mamy lub taty, zdjęcie z wakacji, zdjęcie pokoju dziecka, zdjęcie prezentu itp. Video jest niesamowicie klimatyczne, z piękną muzyką i przepiękną oprawą. Każdy filmik to inna historia, może to być Dom Mikołaja, Pierwsza Gwiazdka, Choinka itd. Imię dziecka jest powtarzane kilkukrotnie, prezentowane są wszystkie załączone zdjęcia, idealnie wpasowane w opowieść. Czasami dziecko skacze z Elfami, albo klaszcze z Mikołajem. No, kurde, niesamowite to jest… Także, polecam. A video jest przesyłane na skrzynkę e-mailową w ciągu maksymalnie 2 dni od zaksięgowania wpłaty.

No, to na tyle chyba.

Świąteczne miasteczko też już stoi, o tym później.

To jeszcze na koniec, na koniec:

Tamaluga przynosi z przedszkola mnóstwo wierszyków i piosenek. Ostatnio przyniosła kolędę „W żłobie leży”. A śpiewa ją tak:

Bez mebli, sprzętu i przyjaciół

Jestem miszczem. Miszczem normalnie. W środku remontu, w opustoszałej kuchni potrafię niemal codziennie zrobić jakiś sensowny obiad. Pośród tynków, gruzu i braku mebli stoję nad jedynym ostałym się sprzętem – kuchenką – i pichcę w garach, niczym żołnierz w kociołku, na polu bitwy w prowizorycznym namiocie. No, brawo ja. Idzie to, co prawda mozolnie, gdyż wspomniane wyżej szafki i akcesoria wszelakie są w odległym pokoju. Nie mam ja blatu pod ręką, żeby szybko coś odstawić, nie mam łyżek, żeby zamieszać, miski żeby przelać. Przestałam być nawet szczęśliwą posiadaczką zlewozmywaku, chcąc zatem szybko odlać jakiś wrzątek, stoję przez chwilę bezradnie jak walnięta obuchem. Brak podręcznych blatów ma swoje plusy – nie ma na nich totalnego bajzlu. Ma też minusy – totalny bajzel jest teraz w pokoju.

No, bo to jest tak, że ja uwielbiam gotować. Naprawdę. I mogłabym nawet uczynić z tego jakąś tam boczną ścieżkę życiową… Ale dupa. Video bloga kulinarnego, to ja już na przykład nie poprowadzę. Gdy sama takie oglądam to z szoku wyjść nie mogę, że gotowanie może być takie… czyste, estetyczne i zaplanowane!!! No, jak??? Z wyrazem bezgranicznego podziwu na rozdziawionej gębie oglądam program w milczącym poczuciu winy.

Jak to możliwe żeby jeden człowiek miał tyle miseczek, tyle błyszczących czystością miseczek, i to wszystkie do kompletu? A w tych miseczkach równiusieńko odmierzone składniki, nawet sól co do ziarenka, skąd on wie, ile będzie potrzebował? To tego się nie robi na oko?! Blat wypolerowany do stanu nienormalnego, równiutko pokrojone warzywa, nic mu z deski nie spierdala, nic nie spada na podłogę! Tłuszcz z patelni nie pryska, kuchenka nie przypala, a gość kończy gotowanie bez oparzeń i ran, w dodatku w wizytowej koszuli, która pozostaje biała do końca. Ja zawsze zakładam na siebie jakąś szmatę, a i tak jestem uwalona po całości, niezależnie od tego, czy param się tym sama, czy z Tamalugą. Ogólnie Tamaluga wychodzi na tym czyściej… Wyobrażacie sobie takiego video bloga ze mną? Uwalone blaty, każda miska z innej parafii, pierdylion niepotrzebnych mi akurat rzeczy… Przecież nikt by tego nie oglądał, albo oglądał tylko po to żeby porobić memy.

………….

Pozostając w temacie remontu – straciliśmy kolejne 2 dni, gdyż Tomek niedomagał. Nie miał gorączki, ale czuł się rozbity, osłabiony i bolało go gardło. Napędzana zbiorową, społeczną paranoją, odsunęłam się od niego na dwa metry, czyli na tyle, na ile pozwolił mi pokój.

– Jestem jakiś rozbity, osłabiony i boli mnie gardło – poskarżył mi się, czekając na słowa otuchy.

– Jeśli przywlokłeś do domu covida to przysięgam, że cię zabiję!

– Tatuś, to nie ciałuj, nie ciałuj, dobzie? – wyszła z propozycją Tamaluga.

– Co? Tata ma covid? – zawołała z pokoju Oliwia. – To ja spadam do Klaudii. Zadzwońcie!

To tyle, jeśli chodzi o troskliwą rodzinę.

…………

Ale coś tam się w domu ruszyło, jak nie, jak tak? O, na przykład mamy w łazience nową wiszącą szafkę z lustrem. Lustro jest dużo większe niż poprzednie i większe niżby to sugerowało zdjęcie przy zakupie. Jest tak duże, że przestraszyłam się wchodząc do łazienki. W dawnym lustrze widziałam tylko swoje popiersie. W tym widzę też swoje podudzie, i to nie jest fajne, ani trochę. Teraz nic już się nie ukryje, nie schowa, nie zasłoni. Jak żyć?

…………..

To na koniec:

– Mama, a co lobiłaś w pokoju Oliwki?

– Nic takiego.

– No, ale co lobiłaś?

– Pakowałam paczki.

– Dla kogo?

– Dla przyjaciół.

– Co? To ty tez masz psyjaciół???

Oto idealne podsumowanie mojego życia towarzyskiego.

Wykłady, ankiety i Wróżka Zębuszka

Cieszę się, że moja Oliwia, chociaż już 20 latka, nadal lubi spędzać ze mną czas. Obojętnie co robimy. Ostatnio mamy takie wspólne zajęcie, któremu oddajemy się w każdy czwartek o 15. Przychodzę do jej pokoju z popcornem albo bake Rollsami, albo popcornem i bake rolsami i ciastkami. Oliwia zaparza nam swoją specjalną zieloną herbatę, po czym… odpala wykłady na laptopie. Obecnie przerabiają architekturę gotyku, i zaraz po jej prezentacji, wysłuchujemy prezentacji innych. Wiem, że trochę to nienormalne, że zamiast dobrego filmu włączamy sobie wykłady i prezentacje z jej uczelni, ale co zrobić? To już taki nasz rytuał. Nie obgadujemy ludzi, to znaczy przeważnie nie, ale nie szczędzimy sobie komentarzy przy których ryjemy ze śmiechu, a Oliwka co chwilę sprawdza, czy na pewno wyłączyła mikrofon. W zeszły czwartek architekturę włoskiego gotyku prezentował jej kolega Simon. Tak się rozgadał, że wysłałyśmy  mu smsa i fotkę prawie opróżnionej miski z popcornem, dopisując: „Czym różni się twoja prezentacja od popcornu? Popcorn kiedyś się kończy!” Po chwili wszyscy, z wykładowcą włącznie, usłyszeli jak parsknął śmiechem i ledwo udało mu się wrócić do przerwanego wątku. Sam sobie winny: kto normalny czyta smsy podczas prezentacji?

Podpowiem wam teraz jak zakończyć remont łazienki: wystarczy go olać. Tak też uczyniłam, i właściwie mogłabym cieszyć się już swobodą i wizją świąt, gdyby nie to, że zaczęłam remont kuchni. Bo, jak to już zostało dawno ustalone: u nas nie może być normalnie. Remont kuchni, póki co, prezentuje się tak, że wszystkie kuchenne meble i akcesoria zalegają w całym mieszkaniu. Ku mojej rozpaczy i ku radości Tamalugi. Ale są też plusy dodatnie: taki stan rzeczy wspomaga odchudzanie. Jeśli nie masz zielonego pojęcia, gdzie jest chleb, gdzie masło, gdzie sztućce, a gdzie talerze to głód przechodzi jak ręką odjął. Głód vs Lenistwo, rozpacz i frustracja  – 0:1.

Dostaliśmy z przedszkola ankietę. Nie, no my z Tomaszem jesteśmy mistrzami ankiet. Oto dowód: (https://tamaluga.wordpress.com/2017/06/21/to-co-bonnie-clyde-lubia-najbardziej-czyli-zebranie-sie-do-kupy/) Odczuwałam radosne podniecenie, które opadało w miarę czytania pytań. Wszystkie na jedno kopyto, zero kreatywności. Drugie wypływało z pierwszego, trzecie z drugiego i tak dalej, a skoro nie zna się odpowiedzi na pierwsze to w zasadzie można sobie tę ankietę… odpuścić.

1.Czy uważają państwo, że przedszkole stara się zapewnić dzieciom bezpieczeństwo?

A skąd mam wiedzieć? Przecież Tamaluga tam chodzi, nie ja. Poza tym jakie bezpieczeństwo? W takim sensie ogólnym, czy covidowym? Bo jeśli covidowym, to byłoby to na przykład zachowanie dystansu. Fotki skotłowanych na podłodze dzieci, wrzucane ochoczo na stronę przedszkola sugerują coś skrajnie innego. Tak, więc zero dystansu – i na upartego – zero higieny (patrz: podłoga).

2.Czy przedszkole informuje dzieci o możliwych zagrożeniach?

Oh, na pewno.

3. W jaki sposób?

Zważywszy, że Tamaluga zna niemal na pamięć piosenkę o „Brzydkim wirusie”, mniemam, że w sposób dźwiękowo – wokalny, przy użyciu serwisu Youtub.

4.W jaki sposób panie w przedszkolu angażują się bezpośrednio w informowanie o zagrożeniu?

No, nie wiem… Same śpiewają o brzydkim wirusie?

5.Co świadczy o tym, że dzieci czują się w przedszkolu bezpieczne?

Oho, pytanie – pułapka i od razu z grubej rury. Zapewne chodzi o to jakie środki ostrożności zostają wdrażane, ale wobec tego, pytanie jest niewłaściwie sformułowane. No, bo na pytanie „Co świadczy o tym, że dzieci czują się w przedszkolu bezpieczne” nie można odpowiedzieć na przykład „higiena” lub „dystans”. Ja odpowiedziałam, że „Tamaluga zrywa się rześko każdego ranka”. To chyba o tym świadczy, co nie?

I z ostatniej chwili:

Tamaluga: Mama, a wszyszczy już śpią?

Ja: Tak.

Tamaluga: I wlóżki tez?

Ja: Tak.

Tamaluga: A wlóżka zębuszka?

Ja: Też śpi.

Chwila ciszy.

Tamaluga: Mama, a ja mam w psedskolu Michalinę, co nie ma duzo zębów, wies? Tylko tlochę ma. Tlochę na dole. Taka to Michalina.

Popłakałam się ze śmiechu.

Trochę Kultury i Dziwactwa Domowego

Baśń o „Śnieżce i 7 krasnoludkach” już kiedyś opowiadałam Tamaludze. Jednak minęło trochę czasu, a i moja opowieść za każdym razem ewoluowała i obfitowała w więcej szczegółów. Tym razem było tak:

Ja: (…) „I zła królowa, która była czarownicą…”

Tamaluga: Zalaz! To klulową czy czalownicą?

Ja: Królową i czarownicą.

Tamaluga:  Acha.

Ja: (…) „I stanęła przed magicznym lustrem, i zapytała: „Lustereczko, powiedz przecie…”

Tamaluga: A duze było to lustlo?

Ja: Duże. „I zapytała: Lustereczko, powiedz…”

Tamaluga: Takie jak w łazience?

Ja: Myślę, że większe. „(…) I wygnała Śnieżkę do lasu, żeby tam umarła…”

Tamaluga zatrzymuje mnie gestem, łapie się za policzki i mówi: „Jezus. Jezus Malia.”

Ja: Mogę dalej?

Tamaluga: Tak!

Ja: „(…) I gotowała Krasnoludkom obiady”.

Tamaluga: Jakie obiady?

Ja: Zupę.

Tamaluga: Jaką zupę?

Ja: Eee… Ogórkową!

Tamaluga: Mmmm! Ogólkowa! Pycha!

Ja: „(…) Krasnoludki ostrzegały Śnieżkę, że zła królowa może ją odnaleźć, i prosiły żeby nie otwierała nikomu drzwi, ale Śnieżka wzięła od królowej zatrute jabłko…”

Tamaluga: O Matko! Dlacego? Nie poznała jej?

Ja: Nie, bo królowa miała na twarzy maseczkę.

Tomek, który do moich słów robił efekty wizualno-dźwiękowe padł na twarz ze śmiechu.

Ja: „(…) I królewicz zauważył piękną dziewczynę leżącą na łące, a wokół niej siedmiu płaczących Krasnali. Podszedł bliżej i powiedział…

Tamaluga: Co? Co powiedział?!

Ja: „Powiedział: Co to za zbiegowisko? Zakaz zgromadzeń powyżej pięciu osób!”

Tomek, który właśnie imitował szum drzewa, posmarkał się ze śmiechu. Tamaluga, choć zachichotała pod nosem, wykazała się większą świadomością covidową i przyjęła to ze zrozumieniem.

Tamaluga: No, tak. Wilus.

Ja: „(…) I królewicz potrząsnął dziewczyną i wypadł z jej ust kawałek jabłka…”

Tomek: Boże, kto ci opowiadał tę baśń w dzieciństwie?

Ja: Nie pamiętam, ale to brzmi logicznie.

Tomek: Logicznie?! Że kawałek jabłka stanął jej w gardle? To nikt nie zrobił jej chwytu Heimlicha?

Ja: No nie. Ale przynajmniej wiemy, dlaczego zemdlała: była niedotleniona.

Tomek: Przez trzy dni?!

Ja: Dlaczego przez trzy dni? Królewicz mógł pojawić się od razu…

Tomek: Celowo unikasz Pocałunku Prawdziwej Miłości?

Ja: Nie wiem. Brzmi mniej logicznie, niż zakrztuszenie.

Tomek: Ale to jest baśń! To nie ma być logiczne tylko magiczne!

………….

– Mama, co cytas?

– O Japonii.

– O Japonii?

– O kobietach w Japonii.

– Przeczytas mi o kokietach Japonii?

– Niunia, nie przeczytam, bo to nie jest ciekawe dla dzieci.

– No, przecytaj tlochę o kokietach Japonii, no plosę, o tutaj psecytaj.

– Dobrze: „Haru całe dni spędzała na medytacji. Nie do końca wiedziała, co ze sobą zrobić. Czuła w sobie niedającą się poskromić potrzebę działania. Za radą postępowego przyjaciela założyła w 1911 roku literacki magazyn dla kobiet i nazwała go „Seito” [Błękitna Pończocha]. Zainspirowała ją grupa Angielek, która w drugiej połowie XVIII wieku – w proteście przeciwko gęsto utkanej sieci społecznych oczekiwań – powołała do życia pierwszą organizację kobiecą.”

Mina Tamalugi bezcenna.

Boso, ale w ostrogach

Śniło mi się, że jest lato i wyjeżdżamy na wakacje. Nawet we śnie coś mi nie hulało: wiedziałam, że czas szybko leci, ale to już była gruba przesada. Zadzwoniłam do koleżanki, w tym śnie, i poskarżyłam się, że jesień pamiętam mgliście, a zimy to już w ogóle. Ona na to: „To ty nic nie wiesz? Przecież nie było zimy w tym roku przez covid!” No i zajebiście. Taką pandemię to ja rozumiem. Potem przypomniałam sobie, w tym śnie, że rząd obiecał abstrakcyjne bony turystyczne. Wyjechaliśmy, zatem, z abstrakcyjnym bonem i abstrakcyjnymi pieniędzmi na abstrakcyjne wakacje w abstrakcyjne miejsce. No, ale jak to w snach bywa – bawiliśmy się świetnie. Coś tam było jeszcze o pustej walizce, bo ciuchy też były abstrakcyjne, no i do pensjonatu włamywaliśmy się przez dach, bo recepcja stała w opozycji (do drzwi) i nie uznawała tych bonów, ale kto by się tym przejmował. Abstrakcyjnym wczasom w walizki się nie zagląda.

…………………………………………..

Dialog w Żabce:

On: Cześć!

Ja: Cześć!

On: Długo się nie widzieliśmy.

Ja (jak zwykle elokwentnie): No.

On: Jak zdrowie?

Ja (mając nadzieję, że nie pyta o psychiczne): A, chwalić Boga, w normie. A twoje?

On: Wszystko OK. Może wpadniesz na kawę?

Ja: Pewnie!

Czy muszę dodawać, że nie mam pojęcia z kim rozmawiałam? Oni wszyscy w tych maseczkach, w dodatku z czapką naciągniętą na oczy, wyglądają tak samo. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.

Kilka dni później przychodzi sms:

„Witam, przyjechaliśmy do Polski”.

Osioł ze Shreka, poproszony o znalezienie niebieskiego kwiatu z kolcami, stwierdził, że byłoby łatwiej gdyby nie był daltonistą. Ja stwierdziłam, że byłoby łatwiej, gdybym wraz ze starym telefonem nie straciła wszystkich kontaktów. Pojęcia nie miałam, kto pisze. Normalny człowiek zapytałby kto zacz, ale to normalny człowiek. Ja odpisałam „Bardzo się cieszę, bo Polska to piękny kraj”.

A potem się dziwię, że nie mam znajomych.

Na wszelki wypadek do Żabki już nie chodzę. Wysyłam Tomasza. I od razu muszę pogodzić się z tym, że chociaż dostaje listę to i tak czegoś tam nie kupi. Zazwyczaj czegoś najważniejszego. A ja tak się staram! Wiedząc, że bez okularów może nie doczytać, piszę drukowanymi, rysuję, stosuję ułatwiające życie skróty… Ostatnio uzbrojony w moją listę, dzwoni ze Społem:

 – Co to jest serek LGBT???

– No jak to? – mówię. – No przecież serek homogenizowany…

………………………..

Na koniec na wesoło. Bo człowiek nawet w okresie pandemii powinien szukać pozytywnych stron i dostrzegać komizm różnych sytuacji. Ja dostrzegłam taki komizm na fotelu ginekologicznym i dostałam napadu śmiechu. Uświadomiłam sobie, że jestem bez spodni i gaci, za to w maseczce na gębie. Jak to mawiają, „boso ale w ostrogach!”