CZERWONA KRÓLOWA

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie ck-okladka.jpg

Dzisiaj miałam pisać o zupełnie innym filmie, ale się wyłamałam. Znowu napiszę o serialu. Telewizji publicznej nie oglądam już od kilku lat, ale czasami wędrując po kanałach, zwłaszcza po restarcie nagrywarki, przechodzę przez jedynkę i dwójkę. Zazwyczaj omijam je szybko, ale tym razem zaciekawił mnie tytuł, kliknęłam w informację, obejrzałam kawałek i wsiąkłam. Rosyjsko – Ukraiński serial liczy 12 odcinków i, jeśli ktoś zainteresowany to jest też na VOD, sprawdziłam.

Rzecz dzieje się w byłym Związku Radzieckim, w latach 50 – 80. Opowiada o losach sławnej radzieckiej modelki Moskiewskiego Domu Mody, co już samo w sobie jest kontrowersyjne.  Piękną Reginę Kolesnikową gra debiutantka – jeszcze piękniejsza Kseniya Lukyanchikova. Uwielbiam filmy oparte na faktach, ale trudno mi było uwierzyć w to wszystko, co przydarzyło się głównej bohaterce. Każdy odcinek wciąga niesamowicie i nie można doczekać się kolejnego.

Pod koniec lat 50 młoda dziewczyna, po tragedii w wiejskim, rodzinnym domu, ucieka do Moskwy. Tam zmienia imię na Regina, wynajmuje skromny pokój i wypożycza dużo książek. Po krótkim czasie niewiarygodnie poszerza swoją wiedzę, biegle włada czterema językami i uczy się dobrych manier. Tam też zakochuje się po raz pierwszy, a po rozstaniu z kochankiem dostaje się na studia do moskiewskiej szkoły filmowej. Przypadek sprawia, że odkrywa ją znana projektantka mody i Regina trafia na światowe wybiegi. Obcokrajowcy nazywają ją „Najpiękniejszą bronią Kremla” a KGB próbuje to wykorzystać. Niestety życie nie szczędzi dziewczynie cierpień, a ona sama wciąż dokonuje złych wyborów. 

Ponadto problemy życia codziennego; kariera, obsesyjna chęć posiadania dziecka, toksyczna miłość, zawiść między modelkami i tak dalej.

Świetnie dobrane postaci, niektóre groźne, inne śmieszne, wręcz karykaturalne w swych przekonaniach i działaniach. Społeczeństwo ukazano takim, jakie faktycznie jest: niejednakowe. Bo ludzie różnią się od siebie, różnili się i różnić się będą – oto prawda tego filmu (prawda ekranu, prawda..). Niektórzy członkowie czerwonej elity są wierni wpajanej im ideologii, inni są bezwolnymi niewolnikami czasów, w jakich się znaleźli.

Serial świetnie ukazuje realia głębokiej komuny: sowieckich ideologii, niedorzecznych wymogów i wszechobecnej paranoi rządzących. Przedstawia też dzielnych ludzi, próbujących przeciwstawić się panującym regułom i żyć według własnych zasad.

W tle, niby nic nie znaczące detale, takie jak:

– Gdzie pan dostał choinkę?

– Za rogiem.

– Długo pan stał w kolejce?

– Nie, tylko 3 godziny.

Doskonale oddające życie wtedy i tam. Zakaz przewożenia do kraju czasopism modowych, kolekcje muszące wpisać się w socjalistyczny wzorzec, zakaz produkcji kozaków (mało kto wie, że wymyślono je właśnie w Moskwie!)

Kim była prawdziwa Regina Kolesnikowa? Zadziwiająco mało jest informacji na ten temat. W Internecie można znaleźć kilka zdjęć i relacji z pokazów, ale prywatne życie tej kobiety owiane jest tajemnicą. I – jeśli chcecie obejrzeć serial – nie wyszukujcie, bo to odbierze wam całą radochę. A serial bardzo polecam, naprawdę.

 

Zdjęcia: teleman.pl, upflix.pl, granice.pl, radiozet.pl, eska.pl

Sprawa Kramerów

reż. Robert Benton, 1979

Kontynuacja serii „Stare ale jare”. I już sięgam pamięcią do roku 1979. Pamięcią filmową, rzecz jasna. Fabuła „Sprawy Kramerów” nie straciła na aktualności. Niestety. Niestety, bo dotyczy dziecka rozdartego emocjonalnie przez rozwodzących się rodziców.

Ted Kramer jest zapracowanym facetem w średnim wieku. Zajęty karierą, cały trud wychowania 7 letniego syna pozostawia żonie Joannie. Przyzwyczajony do takiego podziału ról, nie spodziewa się, że pewnego dnia kobieta postanowi opuścić rodzinę. Ted początkowo nie radzi sobie ani w kontaktach z synkiem, ani w codziennych obowiązkach. Nie potrafi pogodzić pracy z wychowaniem dziecka, co odbija się na jego życiu zawodowym. Z czasem ojciec i syn budują swój własny świat i nawiązuje się między nimi wyjątkowa więź. Ich poukładane życie burzy nagłe pojawienie się Joanny.

Film dostarcza wielu różnych emocji; między innymi wzrusza do łez, ale też rozśmiesza zabawnymi sytuacjami i dialogami. Widz sympatyzuje z Tedem i kibicuje mu do końca, ale trzeba przyznać, że nie ma tu ostrego podziału na dobrego i złego glinę. Wiele kobiet mogłoby utożsamić się z Joanną, wypaloną, zmęczoną, potrzebującą uwagi żoną i matką.

Świetnie ukazany obraz przeciętnego małżeństwa, doskonałego w swojej niedoskonałości, ich problemów wciąż aktualnych, niezależnie od czasów w jakich przyszło się z nimi zmierzyć. Doskonałe za to są sceny, świetnie dobrana muzyka, a obsada po prostu wymiata – Meryl Streep w roli Joanny i uwielbiany przeze mnie Dustin Hoffman jako Ted.

Pół żartem, pół serio

Jak wspomniałam w ostatnim wpisie, nowości kinowe jakoś mi nie leżą. To znaczy, właśnie leżą, gdy powinny stać na baczność sztywne jak… żołnierz na warcie, na ten przykład (wstydźcie się, no, naprawdę.) Kontynuuję zatem, tak raźno rozpoczęte filmy pod hasłem Stare-ale-jare, czyli filmy nie młode już, ale takie, które wywarły na mnie wrażenie, które z różnych powodów uznałam za ważne. Niektóre tytuły mogą was śmieszyć, że takie oczywiste, ale lepiej proponować film dobry, choć nie najnowszy, niż na siłę recenzować aktualny chłam.

Idąc tym tropem pomyślałam, że można cofnąć się w czasie jeszcze dalej i przypomnieć kultowe filmy, których młode pokolenie może w ogóle nie znać. I oczywiście takie, które poznać trzeba. A, przynajmniej jest to wskazane. A cofać się tak mogę do woli, do lat 70, 50, 30… Jest wśród nich tak wiele wartościowych tytułów, że chyba nigdy nie wyczerpię tematu. Ale i w tych wypadkach będę wierna filmom z tzw. głębią, nie sugerując się ich popularnością ani nagrodami, tylko zawsze własnym zdaniem. Być może nie wszyscy znajdą tam głębię, być może przy wyborze niektórych filmów pokieruje mną sentyment. Ale spróbujmy. No, to zaczynamy.

Dzisiaj na celowniku komedia Billy’ego Wildera z 1959 roku „Some Like It Hot”, czyli po polsku, nie wiedzieć dlaczego „Pół żartem, pół serio”. Nie przepadam za komediami, chyba że są świetne, a ta jest. Nie ma też znaczenia, że gra w nim Marilyn Monroe, którą lubię, bo akurat wyjątkowo to nie ona robi film. Film robi para facetów, których uwielbiam (Jack Lemmon i Tony Curtis), i którzy są w tym konkretnym przypadku po prostu rewelacyjni.

Rewelacyjny jest cały film, rzec można: klasyka gatunku, a raczej kilku gatunków. Trochę to musical, trochę kryminał, trochę film akcji, ale przede wszystkim humor, i to taki, że można się posikać. Wiele dialogów i cytatów z niego przyjęło się w powszechnym obiegu, takich jak na przykład „Nobody is perfect”.

Rzecz dzieje się w Chicago, w latach 30. Dwaj muzycy (saksofonista i kontrabasista) dorabiają grą w nocnych lokalach, które w czasach prohibicji są zakazane. Po nalocie policji uciekają i resztę kasy przegrywają na wyścigach psów. Pożyczając auto od znajomej, stają się przypadkowymi świadkami mafijnych porachunków. Niestety zostają zauważeni…  a potem jest już tylko śmiesznie. Jerry i Joe jako Josephine i Daphne zaciągają się do żeńskiej orkiestry i wyjeżdżają na Florydę. Mają tylko uciec przed gangsterami jak najdalej, i udając kobiety wmieszać się w tłum, nie wychylając się i nie pchając przed… tę orkiestrę. Jednak los ma wobec nich inne plany, a oni sami wplątują się w miłosne przygody i niesamowite sytuacje. Jednego z nich zauroczy Marilyn Monroe, jako nieświadoma swojej zmysłowości i mocno zakręcona Sugar Kowalczyk. Drugi stanie się obiektem westchnień… kogoś skrajnie innego.  Żarty sytuacyjne i dialogi wymiatają, akcja wciąga niesamowicie, a muzyka pięknie dopełnia całości. Bardzo, bardzo polecam.

Służące

The Help\ 2011\ Tate Tayler

Nie piszę dzisiaj o filmie nowym, bo nie miałam ostatnio okazji do obejrzenia dobrego kina. Brak czasu i brak szczęścia do filmów. Lubię filmy nieoczywiste i mało znane, lubię w tym szlamie odkrywać perełki. Niestety, ostatnio kiepski ze mnie poszukiwacz. Mam wrażenie, że twórcy ostatnich obejrzanych przeze mnie tytułów nieco inaczej rozumieją określenie „kina niezależnego”. Dla nich to chyba filmy, którym nie zależy. Ani na wartościowym przesłaniu, ani na reakcji widzów.

Wracam, więc, pamięcią do filmów nie najnowszych, które polubiłam i które z czystym sumieniem mogę polecić.

Dlatego dzisiaj „Służące” właśnie, bo ostatnio trafiłam na wywiad z odtwórczynią jednej z głównych ról. Właściwie powinnam napisać „ról drugoplanowych”, ale według mnie w filmie nie ma wyraźnej postaci pierwszoplanowej.  A wszystkie są świetne, dobrane idealnie. Zresztą grono aktorów zacne: Emma Stone, Viola Davis, Bryce Dallas, Jessica Chastain, Ahna O’Reilly, Allison Janney i Octavia Spencer, która ze tę rolę właśnie, otrzymała Oscara.

Akcja dzieje się w latach 60, w stanie Mississippi, czyli w jednym z najbardziej rasistowskich okresów i najbardziej rasistowskich regionów Ameryki.

Skeeter, marząca o karierze pisarki, wraca po studiach do rodzinnego, zamożnego  domu. Na miejscu odkrywa, że jej ukochana niania straciła pracę i miejsce w domu, który przez kilkanaście ostatnich lat był również jej domem, jedynym jaki miała. Skeeter nie może zrozumieć decyzji matki, ani dogadać się z lokalną społecznością, w tym z najbliższymi niegdyś koleżankami. Powoli zaczyna dostrzegać niesprawiedliwość, a nawet wrogość z jaką traktowani są czarnoskórzy mieszkańcy. Najbardziej przejmuje ją los kobiet, wynajmowanych do opieki nad dziećmi, kobiet, które często zmuszone są opuścić swoje rodziny na czas nieokreślony, by móc zarobić na utrzymanie. Opiekunki zżywają się z dziećmi pracodawców, traktując je jak własne, podczas gdy bogaci rodzice spędzają czas na rozrywkach. To nie matki karmią, tulą, bawią, zmieniają pieluchy, uczą wierszyków i wycierają zasmarkane noski. Wszystkim tym zajmują się czarnoskóre nianie, które oprócz tego sprzątają i gotują, otrzymując w zamian niewielką zapłatę.

Skeeter chce o tym wszystkim napisać. Chce, w porozumieniu z wydawcą, napisać książkę opartą na wspomnieniach tylu kobiet, do ilu zdoła dotrzeć. Na początku czarna społeczność do pomysłu i samej Skeeter odnosi się nieufnie. Niechętnie mówią o sobie, boją się, bo mają dużo do stracenia. W końcu jednak dziewczynie udaje się namówić jedną z nich, a potem otwierają się wszystkie. Powstaje przejmujący dokument o ludzkiej niesprawiedliwości, okrucieństwie i głupocie.

Film jest niesamowicie wciągający, barwny i po prostu ciekawy. Dramatyczne momenty przeplatają się z zabawnymi dialogami, rozbrajającymi scenami i zaskakującymi zwrotami akcji. Ukazuje próżność, hipokryzję i zakłamanie panien z dobrych domów w zderzeniu z cierpieniem, ale i głęboką mądrością ich służących. Jak wspomniałam na początku, wszystkie role są znakomicie obsadzone, a każda postać charyzmatyczna, jedyna w swoim rodzaju i zapadająca w pamięć. Ten film to mieszanka emocji, a jedyną jego wadą jest chyba niedosyt jaki czułam po obejrzeniu. Nie dlatego, że coś jeszcze mogło być dopowiedziane, ale dlatego, że pomimo długiego seansu (2h20min.), miałam ochotę na jeszcze.

 

MADRE

Madre, Chile, reż. Aaron Burns, 2016.

Trafiłam na kawałek niezłego, hiszpańskiego kina. No, dobra: chilijskiego. Thriller i dramat z elementami… horroru? Reżyser Aaron Burns tak poprowadził historię, że stała się realna i wciągająca. Nie jest to dzieło godne Oscara, ale na pewno warte zobaczenia. Ponadto świetnie obsadzone trzy główne role: Diany (Daniela Ramirez), Luz (Aida Jabolin) i Martina (Matias Bassi). Ten film nie ma nigdzie opisu, a wielu aktorów jest mało znanych ale trzyma w napięciu, nie jest przesadzony i napompowany. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to zakończenie. Mam wrażenie, że takie trochę nie do końca przemyślane, a na pewno można było wymyślić coś lepszego.

Diana wychowuje autystycznego syna Martina. Jej mąż, Tomas, pracuje w Japonii i przyjeżdża tylko co jakiś czas na kilka dni. Kobieta nie mogąc liczyć na jego pomoc w codziennych obowiązkach jest coraz bardziej sfrustrowana i wykończona. Zwłaszcza, że spodziewa się kolejnego dziecka. Autyzm Martina objawia się częstymi napadami szału, podczas których chłopiec bije Dianę, rzuca w nią przedmiotami, pluje. Nie można nawiązać z nim kontaktu; nie mówi, nie słucha, załatwia się w pieluchy, nie umie jeść samodzielnie i nie jest w stanie wykonać koło siebie żadnych czynności. Diana, dla własnego bezpieczeństwa, a przede wszystkim dla bezpieczeństwa syna – przywiązuje go w nocy  pasami do łóżka, a pokój zamyka na klucz.

Jej życie polega na bezustannym opiekowaniu się synem, na szeregu tych samych, powtarzających się codziennie czynności. Diana, pomimo skrajnego wyczerpania, bardzo kocha Martina i stara się być dobrą matką. Dodatkowego stresu dostarcza jej ciąża i strach o to, czy dziecko nie podzieli losu brata.

W końcu zatrudnia w roli niańki przypadkowo poznaną kobietę, Filipinkę. I wtedy… Wtedy to dopiero zaczyna się dziać… Dobra. Wystarczy.

 

THE HAUNTING OF HILL HOUSE

The Haunting of Hill House / Nawiedzony Dom na Wzgórzu / 2018

Miałam już skończyć z serialami (nie wierzę, że w ogóle zaczęłam) ale życie bywa przewrotne. Za namową Pani Seeker (i dzięki niej) obejrzałam jeszcze jeden. I za jej też (wcale nie nachalną) namową piszę tę recenzję.

Jak już wspominałam, z horrorów wyrosłam gdzieś pomiędzy osiemnastką a urodzeniem dzieci. Duchy, zjawy i inne wampiry przestały mnie bawić, a raczej zaczęły mnie bawić w dosłownym znaczeniu tego słowa. Podchodziłam więc do tego serialu jak do jeża, albo innego kleszcza, ale słowo się rzekło.

Pierwszy odcinek wydał mi się nudnawy, tak gdzieś do połowy, ale ja nie z tych, co łatwo rezygnują. Skoro „Sikerka” poleca to coś tam na rzeczy być musi. Istniało jeszcze prawdopodobieństwo, że robi sobie ze mnie jaja i poleciła mi jakiegoś gniota. Albo też – druga możliwość, znając jej zamiłowanie do horrorów – teoretycznie mogło jej się podobać wszystko, co horrorem jest. Tak, nawet gniot. 😛

W drugiej połowie akcja zaczęła się ożywiać na tyle, żebym odpaliła kolejny odcinek, a potem już poszło. Wciągnęłam się niesamowicie.

No, bo to niby jest horror. No, jest, niezaprzeczalnie. Tylko, że inny niż te, z którymi (za młodu) miałam do czynienia. Głębszy i zdecydowanie bardziej skomplikowany, chociaż oparty na zwyczajnej prozie życia.

Jeśli miałabym podsumować całość jednozdaniową refleksją, napisałabym, że tym co najbardziej nas przeraża jesteśmy my sami. We wszystkich możliwych znaczeniach tego śmiałego stwierdzenia. We wszystkich.

Akcja przeplata się ze sobą w dwóch zderzeniach czasowych. Dosłownie: zderzeniach. Mamy lata dziewięćdziesiąte i rodzinę wprowadzającą się do nawiedzonego domu. Mamy też czasy obecne i tę samą rodzinę, z dorosłymi już dziećmi, na której pobyt w owym domu odcisnął ogromne piętno. Wszyscy przecież byli świadkami niesamowitych zdarzeń, wszyscy przeżyli tragedię, co miało bezpośredni i pośredni związek z ich teraźniejszym życiem.

Olivia (Carla Gugino) i Hugh ( Henry Thomas, Elliott z E.T. 😀 ) są rodzicami piątki dzieci: Stevena, Shirley, Theodory, Luke’a i Nell. Zajmują się remontami starych domów, które potem sprzedają z dużym zyskiem. W każdym zabawiają nie dłużej niż kilka tygodni, przez co skazani są na ciągłe przeprowadzki . Oczywiście już sam ten fakt nie pozostaje bez wpływu na dzieci, ale do wszystkiego można przywyknąć i jakoś to dotąd funkcjonowało.

Z domem na wzgórzu jest inaczej. Ma swoją historię i swoje mroczne sekrety, a przede wszystkim – chociaż dorosłym jak zwykle trudno w to uwierzyć – jest nawiedzony. Z dziwnymi zjawiskami stykają się dzieci, ale cierpliwie znoszą wyjaśnienia o starych, zardzewiałych rurach, złych snach i innych rzeczach, bo przecież wszystko da się logicznie wytłumaczyć. Dom ich niszczy, żerując zwłaszcza na jednym z domowników. Wysysa energię, logikę i zdrowy rozsądek, pogarsza samopoczucie, zmusza do irracjonalnych zachowań. Gdyby tylko ktoś uwierzył dzieciom, to może wszystko potoczyłoby się inaczej.

W obecnych czasach najstarszy z rodzeństwa – Steven – jest pisarzem, który wybił się pisząc o nawiedzonych domach. Nieco młodsza Shirley prowadzi z mężem zakład pogrzebowy. Theo za dnia jest poważną panią psycholog, a nocami szaleje po nocnych klubach, licząc na przypadkowy seks. Luke jest uzależnionym od narkotyków nieudacznikiem, a Nell, jego siostra bliźniaczka –  rozchwianą emocjonalnie dziewczyną, której nikt nie traktuje poważnie.

Z odcinka na odcinek zagłębiamy się w ich życiu i jesteśmy świadkami przeplatających się ze sobą zdarzeń. Czasami tempo akcji i nakładające się na siebie historie przyprawiają o zawrót głowy, jednak szybko odzyskujemy równowagę i znajdujemy wyjaśnienie. Prawie wszystkiego.

Jak w wielu poprzednich, recenzowanych przeze mnie filmach, i tutaj powraca pytanie; w jakim stopniu przeżycia z dzieciństwa wpływają na nasze teraźniejsze życie. Na ukształtowanie osobowości, na siłę lub jej brak, na podejmowane decyzje; te ważne i te z pozoru bez znaczenia, a nawet na wykonywany zawód. I jeszcze jedno: czy definicja rodziny jest tylko urzędową formułką, która rozpadnie się w obliczu zagrożenia, czy też kręgiem bliskich sobie osób, które odrzucając dawne spory staną na wysokości zadania i będą dla siebie wsparciem.

Do Domu na wzgórzu, oczywiście, zapraszam 🙂

The Haunting of Hill House

 

 

ZATRZYJ ŚLADY

Debra Granik, 2018

Dziwny to film, zaiste. Dziwny. Ale ja takie lubię. Odskocznia od mainstreamu. Odskocznia od zgiełku wielkiego miasta, od rzeczy trendy i na czasie, od komercji i liniowych schematów. Coś, co nie zawsze ma drugie dno, a jeśli ma, to nie takie, jakiego się spodziewamy. Nie do końca wyjaśnione, nie do końca zrozumiałe, ale gdy się tak przyjrzeć to ważne i mądre i chwytające za serce, choć inne.

Will, weteran wojenny, wraz z nastoletnią córką Tom mieszka w lesie. Początkowo wygląda to na zwykły rodzinny biwak, ale tylko przez pierwsze minuty filmu. Dalej staje się jasne, że coś jest nie tak. Tych dwoje nie tylko je, śpi i myje się w spartańskich warunkach, ale wręcz walczy o przetrwanie, z ćwiczeniami kamuflażu włącznie. Ukrywają się, to oczywiste, ale jak długo, przed kim i dlaczego? Ojciec wydaje się pewny tego, co robi, dziewczynka już mniej (Tak, Herne, 13 latka to dla mnie wciąż dziewczynka 😛 😀 ) Jednak wykonuje polecenia ojca, pomaga mu i radzi sobie całkiem nieźle. Do czasu. Pewnego dnia dostrzega ją jakiś miłośnik joggingu i zgłasza to policji. Do akcji wkracza opieka społeczna i inne takie. Działają szablonowo, tak, jak się zazwyczaj działa w podobnych przypadkach. Chociaż starają się jak najlepiej dla dobra dziecka i rodzica, to  w tym miejscu można zadać sobie pytanie , co, tak naprawdę jest dla nich najlepsze. Skąd to wiadomo i kto to ustala. Czy wszyscy musimy żyć i zachowywać się konwencjonalnie? Czy wszyscy potrzebujemy korzeni, żeby gdzieś się zadomowić, czy wystarczy bycie ze sobą? Przecież każdy wie, że dziecko izolowane, wychowane i kształcone przez rodzica musi poznać relacje  społeczne, musi mieć kontakt z rówieśnikami.

Ale czy na pewno?

Film daje do myślenia. Mocno. Reżyserka znana już z tak dobrych filmów, jak „Do szpiku kości” na przykład, znowu świetnie się spisała. Aktorzy też stanęli na wysokości zadania, Ben Foster I w roli Willa i Thomasin McKenzie jako Tom. Podoba mi się to, że postaci nie są jednoznaczne, że nikogo nie kreuje na bohatera i ofiarę. Wszystko toczy się swoim torem, przez co jest bardzo wiarygodne. Mimo tego, że niedopowiedziane. Albo właśnie dlatego.

OA

No tak. Kategoria „Na ekranie” w założeniu miała być o filmach, nie o serialach, bo z serialami zawsze było mi jakoś nie po drodze. Ale się skusiłam. Na OA. To drugi serial, po ST, który mnie lekko pochłonął. Za namową i dzięki Sylwii  , dotarłam szczęśliwie do końca sezonu, i tak sobie pomyślałam, a co tam, napiszę o nim.

Tylko, że bardzo trudno go zdefiniować. Naprawę trudno. Niesamowity klimat i mieszanina gatunku. Myślę, że dzięki temu nie ma konkretnej grupy odbiorców, i że może trafić do każdego. Dobra, jest specyficzny, więc może jednak nie do każdego. Gdybym tak chciała jednym zdaniem, jedną jakąś myśl filozoficzno refleksyjną wyłonić to może zaczęłabym od tego, że jest TAM COŚ. Po tamtej stronie. Ale światełko w tunelu stało się passe. Teraz na topie są inne rejony. Jądro Ziemi, pierścień Saturna? W końcu kosmos to też niebo, co nie? I powiem wam, że taka wersja jest całkiem niezła.

A dziewczyna niezwykła. To na pewno. Świetne role mało znanych aktorów. Przejmujące jak cały serial. Z jednej strony trudno go opowiedzieć, nie zdradzając fabuły. Z drugiej strony łatwo go opowiedzieć, nie zdradzając fabuły, bo jest ona tak rozbudowana i fantastyczna, że wyławiając jeden wątek, nie opowie się nic.

Dobra, próbuję.

Zaginiona dziewczynka Prairie odnajduje się po 7 latach, ku wielkiej radości adopcyjnych rodziców, którzy jednak pomimo usilnych starań nie mogą się niczego od niej dowiedzieć. Prairie w taki czy inny sposób przyciąga do siebie kilku mieszkańców miasteczka, zagubionych, zbuntowanych, z problemami. To im decyduje się opowiedzieć swoją historię. Każdego wieczora spotykają się w opuszczonym domu, poznając nie tylko okoliczności zaginięcia dziewczyny, ale też całą historię jej życia. Jednocześnie zmagają się na co dzień z własnymi demonami. Wydawałoby się, że nigdy nie osiągną spójności i harmonii, a właśnie spójności i harmonii potrzebuje Prairie do realizacji pewnego planu. Trochę to zagmatwane, ale opowieść jest piękna. Jest w niej pasja, wytrwałość, miłość i empatia. Dobro w odpowiedzi na zło. Bo dobro jest zaraźliwe. Bardziej niż wirus. No i jest też tamta strona, czyli NDE – Near Death Experience. Krótkie stany śmierci klinicznej. Wizje z pogranicza życia i śmierci, miejsca, których nie można odwiedzić za życia, wybory, które wcale nie są oczywiste. Lekarz ci powie, że to nadczynność szyszynki, ale nie daj się zwieść. Obejrzyj OA i sam oceń. Mogę dodać jeszcze, że odtwórczyni głównej roli jest jednocześnie współscenarzystą serialu. Udźwignęła więc go podwójnie, a jako Preirie vel OA jest rewelacyjna.

 

 

FILMY Z NIETYPOWYM ZAKOŃCZENIEM

Dzisiaj rezygnuję z recenzji jednego filmu, bo co wam po jednym filmie, gdy siedzicie w domach i na dłuższe siedzenie się zanosi. Pomyślałam, że napiszę o kilku filmach, o filmach które uwielbiam ze względu na ich nietypowe zakończenia.

To są takie filmy, które to niby oglądamy uważnie, a na końcu i tak zawsze krzykniemy „No, ja pierd*lę! Jak??? No, jak???” I oglądamy jeszcze raz, żeby sprawdzić, żeby się przekonać jako to możliwe, że przeoczyliśmy rzeczy oczywiste. No, to o takich właśnie filmach mowa.

„Szósty zmysł”(dramat/thriller) zna chyba większość z was, jeśli nie – krótkie streszczenie. Malcolm Crowe (Bruce Willis) jest uznanym psychiatrą. Pewnego razu do jego domu włamuje się jeden z niezadowolonych pacjentów i dochodzi do strzelaniny. Doktor Crowe po postrzale próbuje zająć się pracą, między innymi przypadkiem Cola Seara, ośmioletniego chłopca z problemami w przystosowaniu się do rówieśników. Poświęca się temu całkowicie, odkrywając skrywaną przez dziecko tajemnicę. Okazuje się, że mały Cole widzi więcej niż inni ludzie i wspólnie z doktorem próbują ten dar wykorzystać, niosąc pomoc tym, którzy tego potrzebują.

 

„Inni”(horror/thriller?) to historia rozgrywająca się w czasie wojny. Samotna matka – Grace (Nicole Kidman) wychowuje syna i córkę w starej, wielkiej posiadłości. Jest surową tradycjonalistką o konserwatywnych poglądach. Mimo wszystko stara się być dobrą matką, chroniącą dzieci głównie ze względu na ich chorobę, przez którą muszą unikać światła słonecznego. Grace żyje w tym domu też trochę jak w kwarantannie. Nigdzie nie wychodzi, nie ma zbyt wielu zajęć, właściwie jej jedynym celem jest oczekiwanie na powrót męża, który wyruszył na wojnę i słuch po nim zaginął. Kobieta do pomocy w posiadłości zatrudnia służących – mrocznych i tajemniczych ludzi. Potem zaczynają się kłopoty, z którymi osaczona i zamknięta Grace nie może sobie poradzić.

„Życie przed oczami” (dramat/thriller) – film z Umą Thurman, którą uwielbiam przez Tarantino, i przez to, że razem byłyśmy w ciąży. Z Wiktorią. To znaczy ja z Wiktorią, a ona z Mayą. Uma gra Dianę, przykładną żonę i matkę, mającą udane życie i wymarzoną pracę. Dianę prześladują jednak wspomnienia z młodości, pojawiające się bez zapowiedzi w postaci bardzo realnych scenek. Jedno z nich jest szczególnie traumatyczne – strzelanina w szkole, z której Diana cudem uchodzi z życiem. Aż do tego momentu poznajemy życie nastolatki, jej drobne kłopoty i poważne problemy. Widzimy jej ostatnie wakacje sprzed tragedii, spędzane na zabawie z najlepszą przyjaciółką. No i oczywiście nic nie jest takie, jak nam się wydaje.

„Podejrzani” (akcja/kryminał/thriller). Ten film, skądinąd dość długi, należy obejrzeć uważnie od początku do końca. Najlepiej w całości, bez dzielenia na części, bo można zagubić całą jego istotę. Nie przepadam za filmami akcji, gangami, narkotykami, strzelaninami i tak dalej, ale muszę przyznać, że ten film wywarł na mnie duże wrażenie. Jest naprawdę świetnie nakręcony i wciąga w akcję właściwie od początku. I kiedy już sądzimy, że wiemy o co chodzi… Właśnie.

„Siła strachu” (thriller) – film z Robertem De Niro w roli głównej. Psycholog David Callaway, po samobójczej śmierci żony przeprowadza się z córeczką Emily na wieś. Niestety przeżyta trauma odcisnęła piętno na psychice dziewczynki, a w nowym miejscu jej stan jeszcze się pogarsza. Ojciec psycholog nie potrafi jej pomóc i czuje się bezradny. Tymczasem Emily twierdzi, że ma niewidzialnego przyjaciela i to on jest odpowiedzialny za większość strasznych rzeczy dziejących się w domu. Niesamowity, trzymający w napięciu dreszczowiec – oczywiście – z zaskakującym zakończeniem.

„Nieproszeni goście” (thriller) – film o nastolatce Annie, która po śmierci matki trafiła do szpitala psychiatrycznego. Po powrocie do domu, przy pomocy ojca i siostry próbuje przystosować się do normalnego życia. Niestety przeszkadza jej w tym nowa partnerka ojca, której dziewczyna nienawidzi i obwinia za wszystkie nieszczęścia. Jest sfrustrowana, bo nikt jej nie wierzy, właściwie jedyne wsparcie otrzymuje od siostry. Anna zaczyna prowadzić własne śledztwo, próbując dowiedzieć się, co naprawdę przydarzyło się jej matce. W miarę odkrywania prawdy jej świat się wali.

No, dobra, co by nie przedłużać… A może ktoś ma podobne propozycje?