FILMY Z NIETYPOWYM ZAKOŃCZENIEM

Dzisiaj rezygnuję z recenzji jednego filmu, bo co wam po jednym filmie, gdy siedzicie w domach i na dłuższe siedzenie się zanosi. Pomyślałam, że napiszę o kilku filmach, o filmach które uwielbiam ze względu na ich nietypowe zakończenia.

To są takie filmy, które to niby oglądamy uważnie, a na końcu i tak zawsze krzykniemy „No, ja pierd*lę! Jak??? No, jak???” I oglądamy jeszcze raz, żeby sprawdzić, żeby się przekonać jako to możliwe, że przeoczyliśmy rzeczy oczywiste. No, to o takich właśnie filmach mowa.

„Szósty zmysł”(dramat/thriller) zna chyba większość z was, jeśli nie – krótkie streszczenie. Malcolm Crowe (Bruce Willis) jest uznanym psychiatrą. Pewnego razu do jego domu włamuje się jeden z niezadowolonych pacjentów i dochodzi do strzelaniny. Doktor Crowe po postrzale próbuje zająć się pracą, między innymi przypadkiem Cola Seara, ośmioletniego chłopca z problemami w przystosowaniu się do rówieśników. Poświęca się temu całkowicie, odkrywając skrywaną przez dziecko tajemnicę. Okazuje się, że mały Cole widzi więcej niż inni ludzie i wspólnie z doktorem próbują ten dar wykorzystać, niosąc pomoc tym, którzy tego potrzebują.

 

„Inni”(horror/thriller?) to historia rozgrywająca się w czasie wojny. Samotna matka – Grace (Nicole Kidman) wychowuje syna i córkę w starej, wielkiej posiadłości. Jest surową tradycjonalistką o konserwatywnych poglądach. Mimo wszystko stara się być dobrą matką, chroniącą dzieci głównie ze względu na ich chorobę, przez którą muszą unikać światła słonecznego. Grace żyje w tym domu też trochę jak w kwarantannie. Nigdzie nie wychodzi, nie ma zbyt wielu zajęć, właściwie jej jedynym celem jest oczekiwanie na powrót męża, który wyruszył na wojnę i słuch po nim zaginął. Kobieta do pomocy w posiadłości zatrudnia służących – mrocznych i tajemniczych ludzi. Potem zaczynają się kłopoty, z którymi osaczona i zamknięta Grace nie może sobie poradzić.

„Życie przed oczami” (dramat/thriller) – film z Umą Thurman, którą uwielbiam przez Tarantino, i przez to, że razem byłyśmy w ciąży. Z Wiktorią. To znaczy ja z Wiktorią, a ona z Mayą. Uma gra Dianę, przykładną żonę i matkę, mającą udane życie i wymarzoną pracę. Dianę prześladują jednak wspomnienia z młodości, pojawiające się bez zapowiedzi w postaci bardzo realnych scenek. Jedno z nich jest szczególnie traumatyczne – strzelanina w szkole, z której Diana cudem uchodzi z życiem. Aż do tego momentu poznajemy życie nastolatki, jej drobne kłopoty i poważne problemy. Widzimy jej ostatnie wakacje sprzed tragedii, spędzane na zabawie z najlepszą przyjaciółką. No i oczywiście nic nie jest takie, jak nam się wydaje.

„Podejrzani” (akcja/kryminał/thriller). Ten film, skądinąd dość długi, należy obejrzeć uważnie od początku do końca. Najlepiej w całości, bez dzielenia na części, bo można zagubić całą jego istotę. Nie przepadam za filmami akcji, gangami, narkotykami, strzelaninami i tak dalej, ale muszę przyznać, że ten film wywarł na mnie duże wrażenie. Jest naprawdę świetnie nakręcony i wciąga w akcję właściwie od początku. I kiedy już sądzimy, że wiemy o co chodzi… Właśnie.

„Siła strachu” (thriller) – film z Robertem De Niro w roli głównej. Psycholog David Callaway, po samobójczej śmierci żony przeprowadza się z córeczką Emily na wieś. Niestety przeżyta trauma odcisnęła piętno na psychice dziewczynki, a w nowym miejscu jej stan jeszcze się pogarsza. Ojciec psycholog nie potrafi jej pomóc i czuje się bezradny. Tymczasem Emily twierdzi, że ma niewidzialnego przyjaciela i to on jest odpowiedzialny za większość strasznych rzeczy dziejących się w domu. Niesamowity, trzymający w napięciu dreszczowiec – oczywiście – z zaskakującym zakończeniem.

„Nieproszeni goście” (thriller) – film o nastolatce Annie, która po śmierci matki trafiła do szpitala psychiatrycznego. Po powrocie do domu, przy pomocy ojca i siostry próbuje przystosować się do normalnego życia. Niestety przeszkadza jej w tym nowa partnerka ojca, której dziewczyna nienawidzi i obwinia za wszystkie nieszczęścia. Jest sfrustrowana, bo nikt jej nie wierzy, właściwie jedyne wsparcie otrzymuje od siostry. Anna zaczyna prowadzić własne śledztwo, próbując dowiedzieć się, co naprawdę przydarzyło się jej matce. W miarę odkrywania prawdy jej świat się wali.

No, dobra, co by nie przedłużać… A może ktoś ma podobne propozycje?

STARE SERIALE I NOWE STARE STRANGER THINGS

Jak już wspominałam – nie jestem serialowa. Między innymi z tego samego powodu, dla którego nie układam puzzli – brakuje mi cierpliwości. Nie chce mi się czekać na wyjaśnienie jakiegoś wątku do następnego odcinka. Oczywiście w dzisiejszych czasach odcinki wielu seriali można sobie obejrzeć hurtowo, ale ja nie mam na to czasu.

Oczywiście, jak wszędzie, i tu bywają wyjątki, gdyż zdarzało mi się trafić na seriale, które bardzo polubiłam. Dotyczy to głównie czasów mojego dzieciństwa i młodości. Do kilku powróciłam po latach, żeby obejrzeć je ponownie i przy okazji sprawdzić, czy nadal działają na mnie tak samo. Postanowiłam podzielić się z wami tymi wspomnieniami. Spokojnie, tylko siedmioma:

„Z Archiwum X” – Boszsz, jak ja nie mogłam się doczekać kolejnych odcinków! Parka moich ulubionych agentów FBI: ona sceptyczna, ścisły umysł, on odjechany w klimaty UFO. Mrok i tajemnica. Przestępstwo i zagadka. I ten romans, co to wisiał w powietrzu i nigdy się nie wydarzył, bo zawsze coś; jak nie kosmita, to mitologiczne stwory.

„Beverly Hills 90210” – serial o bogatych, amerykańskich dzieciakach i cudownym życiu w niedostępnej wówczas dla nas Kalifornii. (Z gatunku „Mamooo, ja też tak chcę!”) Wystartowali z nim idealnie, bo miałam mniej więcej tyle lat, ile bohaterowie. W związku z tym, chociaż nieraz wkurzały mnie ich czyny i wyimaginowane problemy, ten serial przyciągał jak magnes.

„Północ – Południe” – uwielbiałam ten amerykański serial o losach przyjaciół w czasach wojny secesyjnej. Zawsze podziwiałam Patricka Swayze’go, więc to był dla mnie dodatkowy atut. Niezwykle barwna opowieść, w której dużo się działo, bo nie samą wojną człek żyje. Intrygi, przyjaźnie, miłości, zbrodnie, no i problem niewolnictwa, a co się z tym wiąże – kolosalne różnice w traktowaniu niewolników na południu i na północy Stanów.

„Hendersonowie” – puszczany w niedzielne poranki, gdy miałam może z 10 lat. Ha! To właściwie serial widmo, bo ze wszystkich moich znajomych pamięta go tylko jedna osoba… No, szok. Ale, przysięgam, że go nie wymyśliłam, on istniał naprawdę! Na dowód mam zdjęcie. 😛 Główna bohaterka miała na imię Tamara, i pomyślałam, że to całkiem ładne imię i być może kiedyś nazwę tak córkę. Rzecz działa się w Australii, a w paczce przyjaciół debiutowała Kylie Minogue! Niestety nie mogę obejrzeć go ponownie, bo nawet w Internecie trzeba się dobrze naszukać, żeby znaleźć jakiś fragment czy choćby wzmiankę (ale przynajmniej wiem, że nie zwariowałam).

„Niebieskie lato” – że tak pójdę za ciosem „Hendersonów”. Hiszpański serial z 1981 roku, o wakacyjnych przygodach paczki dzieciaków. Z jednej strony poruszający całkiem poważne sprawy, takie jak śmierć, rozwód, alkoholizm i tak dalej, a z drugiej lekki wakacyjny klimacik. Przystojni chłopcy i zapierające dech, widoki pięknego Costa del Sol. Byłam pod wielkim urokiem, moje podwórkowe koleżanki też, do tego stopnia, że namiętnie odgrywałyśmy scenki z tego serialu. Do niego, niestety, też nie mogłam wrócić po latach, z tego samego powodu, co wyżej.

„Mały domek na prerii” – miałam 8 lat, gdy kończyli ostatni sezon, ale do Polski, jak to wtedy bywało, wszystko docierało z opóźnieniem, więc miałam okazję obejrzeć wszystkie odcinki. Opowiadał o losach ubogiej, ale kochającej się rodziny z XIX wieku, która w poszukiwaniu lepszego życia osiedla się w miasteczku Walnut Grove w Minnesocie. Scenariusz powstał na podstawie książki i wspomnień Laury Ingalls Wilder.

„Na wariackich papierach” – serial o parze detektywów, rozwiązujących dosyć dziwne zagadki kryminalne. Akcja rozgrywa się współcześnie (to znaczy współcześnie dla czasu powstania serialu, czyli w latach 1985-89) ale niektóre odcinki są oderwane od rzeczywistości i jakby przeniesione w czasie do przeszłości. Co ważne – debiut Bruce’a Willisa, który stworzył tak charyzmatyczną postać, że zupełnie przyćmił, znaną już wówczas filmową partnerkę – Cybill Shepherd. Muzyka też była bezbłędna, a większość piosenek wykonana przez głównych aktorów.

Dobra, to na tyle z powrotu do przeszłości. (I błagam, niech ktoś napisze, że któryś kojarzy! Nie wymagam Hendersonów i Niebieskiego lata, bo tego nawet moje roczniki nie kojarzą).

Wiem, że obecnie też można trafić na dobry serial, ale ja nie mam ani czasu, ani Netflixa.

Wyjątek stanowi „Stranger Things”, (podesłany mi w linku przez Wikę), serial tak reklamowany, że zanim zdążyłam go obejrzeć – już miałam dosyć. Na szczęście dałam mu szansę i faktycznie całkowicie mnie pochłonął. Obiektywnie patrząc mógłby być zaprzeczeniem wszystkiego, co w serialach lubię. A jednak mnie wzięło. Klimat lat 80 – moich lat – wciąga jak cholera. Muzyka, ciuchy, fryzury, styl, a nawet sposób mówienia. Bohaterowie są wyjątkowi i tak świetnie dobrani, że właściwie to oni robią film. Niewytłumaczalne zjawiska i takie Potworne Cosie stanowiące podstawę scenariusza, jakoś tak schodzą na dalszy plan. Ale to też znak lat 80, które lubowały się w takich filmach. Poza tym, jak mogę kwestionować potworności w „Stranger Things”, będąc fanką potworności „Z Archiwum X”, co nie?

Z niecierpliwością czekam na 4 sezon.

Póki co, to w sumie chyba na tyle.

 

SERIALE DLA DZIECI

No i w tym miesiącu znowu nie będzie recenzji filmu, tylko ranking seriali dla dzieci. Ewentualne reklamacje proszę zgłaszać do Herne, gdyż czynię to na jej prośbę. A z matką małych dzieci się nie zadziera. Wiem coś o tym. Niemniej robię to z przyjemnością. Piszę ranking, nie zadzieram 🙂

Seriale dla dzieci, tak jak i filmy, oglądałam razem z moimi córkami. Przynajmniej starałam się na tyle, na ile pozwalał mi czas, ale wynik i tak mam imponujący. Głównie były to seriale na Jetix, Disney XD i Disney Chanel, chociaż nie tylko, i nie tylko animowane. Widzę, że wiele z nich doczekało się ponownych emisji, resztę bez trudu można znaleźć w Internecie. Do rankingu wrzucam seriale unisex (niedziewczyńskie). 😀 dla tych najmłodszych i trochę starszych.

Dla Najmłodszych

Zanim przejdę do seriali, muszę wspomnieć o kanale telewizyjnym BabyFirst. Myślę, że obecnie wchodzi on w pakiet podstawowych usług u większości dostawców. Kanał BabyFirst to chyba pierwszy kanał skierowany do niemowląt. Jest zresztą podzielony na bloki tematyczne i wiekowe, nie ma reklam i jest świetnie dostosowany do rytmu dnia dziecka. Ten program tworzą psychologowie dziecięcy i pedagodzy, a swoją główną siedzibę ma w Kalifornii. U niemowląt wspomaga rozwój i dostarcza im odpowiednie bodźce, pobudzając kiedy trzeba i usypiając obracającą się karuzelą z delikatną muzyką klasyczną. Roczniaki mają zabawę w „A kuku”, poznają kształty i kolory. Dwulatki w świat przedmiotów wprowadza Króliczek Harry, a w świat malarstwa – Mały Vinnie. Trzylatki uczą się liczyć z tajemniczym głosem oraz z kurczakiem na farmie. Dzieci uczą się też rozpoznawać dźwięki otoczenia i kojarzyć je z konkretnymi sytuacjami, przechodzą labirynty, śpiewają, znajdują ukryte przedmioty i tak dalej. Kanał BabyFirst jest rewelacyjny i polecam wszystkim rodzicom.

Dobra, to teraz seriale.

„Klub Przyjaciół Myszki Mickey” to numer jeden Tamalugi. Może go oglądać bez przerwy, nawet te same odcinki. To jest propozycja dla najmłodszych dzieci, takich nawet od 2 do 6 lat. Jeśli dwulatki nie wszystko zrozumieją, to na pewno polubią, bo jest dużo kolorów, zabawy i muzyki. Postaci mówią zabawnymi głosami, słowa opisują gestami, powtarzają całe zdania. Przede wszystkim wciągają do zabawy małych widzów, zadając im proste pytania, prosząc o zrobienie czegoś i dając czas na reakcję. Trochę starsze dzieci nauczą się kształtów i zastosowań różnych przedmiotów, a także rozwiną kreatywność, bo użycie jakiejś rzeczy do konkretnego celu wcale nie jest takie oczywiste. Trzylatki wraz z Mickey poznają cyferki i uczą się liczyć. Niektóre odcinki specjalne wiążą się ze znanymi bajkami, np., „Czarnoksiężnikiem z Oz”, albo „Alicją w Krainie Czarów”.

„Dobranocny Ogród” śmiało polecam dzieciom od 1 roku, a nawet młodszym. Bohaterowie przypominają trochę Teletubisie, ale są naprawdę uroczy. Malutki ludzik płynie łódeczką do tajemniczego lasu, w którym żyją śmieszne stworki. Ich przygody są bardzo proste, imiona śmieszne do wymówienia (Upsy Daisy, Makka Pakka). Narrator miłym głosem opowiada o tym, co się dzieje na ekranie. Podskoki, tańce, milusi kocyk, skacząca piłeczka… Idealna propozycja dla maluszków (Tamaluga nadal to ogląda od czasu do czasu :D)

 

Dla trochę starszych:

1.Fineasz i Ferb (obecnie znowu puszczany na Disney XD). Kocham ich. Serial (w pierwszym sezonie) ma 26 odcinków, a ich akcja rozgrywa się podczas jednych wakacji. Fineasz i Ferb są braćmi, których wręcz rozsadzają pomysły, i oczywiście wszystkie realizują. Tworzą, kreują, budują wbrew jakiejkolwiek logice, np. stok narciarski w środku lata, albo karuzelę sięgającą kosmosu. A wszystko to w małym, przydomowym ogródku. Ich siostra Fretka, szalona nastolatka stara się mieć ich na oku i o wszystkim donosić mamie. Jednak jakoś tak się dzieje, że za każdym razem, gdy mama już, już ma na własne oczy zobaczyć mega budowlę – ta niespodziewanie znika. Fretka jest sfrustrowana i powoli popada w obłęd, ale tak pozytywnie 😀 Serial ma kilka wątków, np. domowe zwierzątko Fineasza – dziobak(!!!) jest tajnym agentem i prowadzi podwójne życie. Jest też czarny charakter – Dundersztyc, któremu Pepe Pan Dziobak próbuje pokrzyżować plany. Fretka, natomiast, jak to nastolatka wisi na telefonie z przyjaciółką i umiera z miłości do Jeremiasza. Są też przyjaciele Fineasza, między innymi Izabela, harcerka zdobywająca ze swoją drużyną kolejne sprawności, i której poziom słodyczy napędza niektóre urządzenia 😀

W każdym odcinku są wpadające w ucho piosenki, a odcinki, niby odrębne są ze sobą powiązane, i czasami np. w trzecim pojawia się w tle, przy okazji, wyjaśnienie pierwszego. Serial jest świetnie wykonany i przemyślany i naprawdę wciągający. Nawet dla dorosłych. Chociaż na to wygląda – nie jest odmóżdżający, to serial na wyższym poziomie, dlatego najpełniej odbiorą go dzieci powyżej 7 lat.

2.”Ach ten Andy!” Przygody nastolatka, mieszkańca małego miasta w Kanadzie. Andy słynie z wycinania ludziom kawałów, co często kończy się kłopotami. Serial jest lekki i zabawny, ale naprawdę dobrze się go ogląda. Nie ma w nim przemocy, za to morał, że nasze czyny mają konsekwencje, że nie zawsze to, co nas śmieszy jest zabawne dla innych, i że łatwo można kogoś skrzywdzić. Dla dzieci w wieku 5+

3.”Wodogrzmoty Małe”. Świetny humor, czasami nieco groteskowy, jak i postaci, dlatego uważam, że wiek dziecka 6+ . Zabawne przygody rodzeństwa – Mabel i Dippera, spędzających wakacje u wujka Stana w Oregonie. Wuj jest dosyć osobliwy, mieszka w chacie pozostawiającej wiele do życzenia i prowadzi dziwaczne muzeum. Wuj wydaje się szorstki i gburowaty, ale w gruncie rzeczy ma dobre serce. Nudne życie w sennym miasteczku trzeba sobie jakoś urozmaicić, toteż rodzeństwo pakuje się w różne przygody i kłopoty. Najczęściej to Dipper, jak na starszego brata przystało, wyciąga Mabel z kłopotów. Są tajemnicze groty, i trolle, i wodne potwory, i krasnale rzygające tęczą… Ale, co bardzo ważne, ten serial podkreśla więzi rodzinne, pokazuje miłość między rodzeństwem, ich wzajemną pomoc, bez względu na wszystko.

4.”Świat według Ludwiczka”. Naprawdę dobry serial. Moje dziewczyny go uwielbiały. Najlepsze jest to, że jest on oparty na prawdziwym życiu bohatera, który już jako dorosły Ludwik opowiada swoim dorosłym głosem o dorastaniu w latach 60. Serial powstał na podstawie opowiadań i autentycznych historii z życia znanego komika i aktora Louie Andersona. Ludwiczek jest marudnym ośmiolatkiem, mieszkającym w fikcyjnym miasteczku z mamą i tatą – weteranem wojennym. Serial zdobył uznanie krytyków, oraz między innymi nagrodę Emmy. Mega ciekawa forma przekazu i o dziwo, trafiająca już do pięciolatków.

5.”Dinopociąg”. Niby bardziej dla chłopców, bo to chłopcy zazwyczaj kochają dinozaury. Cóż, Tamaluga widocznie jest jakaś inna. Jest to serial, że tak powiem, bardziej edukacyjny. To znaczy są fajne postaci, przygody i tak dalej, ale dziecko przede wszystkim uczy się o prehistorycznych stworzeniach. Wraz z sympatyczną rodzinką dinozaurów wyrusza w podróż pociągiem, śladami innych dinozaurów. Poznaje ich nazwy, wygląd, zwyczaje, preferencje kulinarne i tak dalej. Myślę, że rozpiętość wieku jest tu dosyć duża, nawet od 3 – 4 lat wzwyż.  Jednak zupełnie małe dziecko, widząc dinozaura połykającego rybę albo kawał mięcha może być lekko zszokowane.

No, dobra, to chyba na tyle, póki co. Jak zwykle czekam na wasze refleksje.

FILMY DLA DZIECI

Miała być recenzja filmu, ale postanowiłam, że pierwszą recenzją filmu w Nowym Roku będzie brak recenzji filmu. Będzie za to ranking pięciu najlepszych, moim zdaniem, filmów dla dzieci. Noszę się z tym od jakiegoś czasu, gdyż jestem bezwolnym świadkiem coraz większego chłamu w tym temacie. Ale o chłamie szkoda pisać, skupię się na dziełach wartościowych. Kto wie, może ułatwię wybór jakiemuś rodzicowi?

Jak już nie raz wspominałam mam hopla na punkcie filmów animowanych, przez co jestem wobec nich bardziej krytyczna. Gdy moje starsze córki były małe, zanim pozwoliłam im obejrzeć jakiś film, najpierw sama go oglądałam. W rezultacie w latach 2002 – 2010 obejrzałam prawie wszystkie filmy dla dzieci (i nie tylko animowane) jakie weszły do kin (i nie tylko do kin). Rzecz jasna tylko niektóre przypadły mi do gustu. Okazało się, że moje dziewczyny gust mają podobny i lubiłyśmy to samo.

W tamtych latach filmy były dosyć monotematyczne. Chociaż zmieniała się fabuła – środowisko pozostawało to samo, co sprawiło, że po pewnym czasie różne filmy z akcją w tym samym miejscu zaczynały nam się mylić.

I tak, na przykład w temacie mrówek:

„Mrówka Zet”, „Po rozum do mrówek”, „Dawno temu w trawie”, „Artur i Minimki” itd.,

W temacie ryb:

„Gdzie jest Nemo?”, „Sposób na rekina”, „Rybki z ferajny” itd.

W temacie pingwinów:

„Tupot małych stóp”, „Na fali”, „Pingwiny z Madagaskaru” itd.

W temacie ptactwa w ogóle:

„Szeregowiec Dolot”, „Skubani”, „Rico prawie bocian” itd.

W temacie zwierząt:

„Świnka z klasą”, „Zebra z klasą”, „Pajęczyna Charlotty”, „Madagaskar”, „Krowy na wypasie” itd.

Bez kitu, można zwariować.

Brakowało mi w tym wszystkim świeżego pomysłu, nowego scenariusza, a przede wszystkim nowej scenerii.

Seria „Shrek” właściwie jest poza wszelkimi kategoriami. Shrek jest świetny, bez dwóch zdań, ale też bez dwóch zdań nie dla każdego. Dla bardzo dużych dzieci i dla dorosłych. Jego, zatem, zostawmy.

1.Wall-e. Numer jeden na mojej liście. Film dziesięciolecia, jeśli nie stulecia. Od kiedy go zobaczyłam jestem w nim zakochana. Moje dziewczyny też, zwłaszcza Oliwia szalała na jego punkcie.

Zalety: Minimalizm i głębokie przesłanie. Oszczędność słów na rzecz gestów. Ten film trafi nawet do najmłodszych, ale zrozumieją go pięciolatki wzwyż.

Wady: Za każdym razem, gdy go oglądam to ryczę.

Niesamowita opowieść o tym, jak chronić swoją planetę i co się może stać, gdy doprowadzimy ją do ruiny. Mały, niewiele mówiący robocik Wall-e i Eva – robot(ynka) z innej galaktyki z wielką misją na Ziemi. Niesamowity klimat filmu, ogromne wartości jakie ze sobą niesie sprawiają, że nie można przejść obok niego obojętnie.

2.Zaczarowana. To nie jest film animowany. Dobra, jest, ale tylko troszeczkę. Oryginalna fabuła, piękne piosenki i pozytywne, wręcz lukrowe przesłanie. Baśniowa księżniczka (z początku rysunkowa) trafia na ulice Nowego Jorku, już jako realna postać. Wnosi w ten nowy, nieprzystępny świat swój urok i magię i nic już nie jest takie jak przedtem. A na pewno główny bohater, który proponuje jej nocleg, biorąc ją za niegroźną dziwaczkę. Księżniczka, jak to księżniczki mają w zwyczaju – czeka na swojego księcia, ale po drodze czai się zła wiedźma. Baśń wpleciona w szarą rzeczywistość. Jest intryga, jest miłość, jest tolerancja… Film dla dzieci 7 lat +

3.ToyStory. Nie wiem czy trzeba komukolwiek przedstawiać tę serię. (Niedawno w kinach pojawiła się 4 część). Fantastyczny, nietuzinkowy scenariusz, bo to film o zabawkach, a filmu o zabawkach jeszcze nie było. Mocno przemawia do najmłodszych, bo zabawki są zabawne. Wspierają się nawzajem, przeżywają przygody i mają silną potrzebę przynależności do dziecka. Także, spokojnie: wiek już 3+

4.Ratatuj. Filmu o szczurze też wcześniej nie było, a o szczurze-kucharzu to już w ogóle. Fajny pomysł na fabułę, niesamowity klimat Paryża, z francuską muzyką w tle. No i szczur, który pomaga chłopakowi z restauracji stać się wybitnym znawcą kulinariów. Dziecko poznaje tajniki gastronomii i przekonuje się, że szczury nie są aż tak bardzo fuj. Wiek: 8+

5.Piorun. I w tym wypadku muszę pochwalić oryginalność scenariusza. Piorun jest zwyczajnym psem, który sądzi, że jest niezwykły. Od urodzenia gra super-bohatera w kultowym serialu, jest wychowankiem filmowej wytwórni, mieszka w gwiazdorskiej przyczepie. Na pieski los nie może narzekać, jest uwielbiany przez aktorów, karmiony najlepszym żarciem. Tyle, że trochę spacza mu się rzeczywistość. Gdy podejrzewa, że jego filmowa pancia została porwana – rusza na ratunek, przekonany o swoich super mocach. Równie szybko zostaje sprowadzony na ziemię, i daleko od „domu” czuje się podwójnie zagubiony. Taki „Truman Show” i „Big brother” w wersji dla dzieci. Ale ogląda się dobrze. Wiek: 6+

Dobra, wystarczy. Oczywiście filmów wartych uwagi jest dużo więcej, ale obiecałam pięć i jest pięć, żeby nie przeciągać. Może kiedyś powrócę do tematu. Do listy jedynie – w imieniu Tamalugi – dopisuję współczesną „Balerinę”. To jedyny film, jaki Tamaluga może oglądać 3 razy z rzędu, a ja razem z nią, ale o Balerinie już pisałam osobną recenzję.

Tymczasem dziękuję za uwagę, i że dobrnęliście do końca. Ciekawa jestem waszego rankingu, nie wahajcie się zatem w komentarzach. 😀

ZWYCZAJNA PRZYSŁUGA

A Simple fawor, reż. Paul Feig, 2018

 

Gatunek określono jako komedię, dramat, thriller. W dodatku w takiej kolejności. Popukałam się w czoło, ale po obejrzeniu – potwierdzam, tyle że w odwrotnej kolejności: thriller, dramat, komedia. Czy takie połączenie w ogóle może się udać? Przy dobrej reżyserii i jeszcze lepszej obsadzie – może. I w tym wypadku się udało. Film jest nieprzewidywalny i dość nietypowy (ostatnio mam szczęście do takich). Niektóre wątki mogą okazać się naciągane, ale całość prezentuje się całkiem zgrabnie i wciąga. Jest trochę pikanterii, jest intryga i są kontrasty, które łatwo się zacierają. Jest też świetna satyra na idealne mamuśki, piekące ciasteczka i prowadzące vlog z uporządkowanej kuchni (świetna rola Anny Kendrick, bardzo wiarygodna, bo nie czarno-biała).

Emily (Blake Lively) i Stephanie (Anna Kendrick) dzieli wszystko, a łączy tylko to, że mają synów w tej samej klasie. Ta pierwsza, w ubraniach od najdroższych projektantów wygląda fantastycznie, ale brakuje jej klasy – jest wyluzowana i wulgarna. Stephanie ubiera się skromnie, jest przykładną matką, nie przeklina, nie imprezuje i nie wdaje się w dziwne relacje (do czasu). Emily ma świetną, ale absorbującą pracę. Stephanie nie pracuje, jest wdową żyjącą z odszkodowania za wypadek męża. Prowadzi przykładne życie w przykładnym domu, a jej jedyną rozrywką są porady online, udzielane innym matkom.

Czy te dwie skrajnie różne kobiety mogą się zaprzyjaźnić? Czy może to przyjaźń jednostronna, bo z tej drugiej strony to po prostu przemyślana strategia? A może obie czerpią od siebie nawzajem? Stephanie na swoim kanale udziela porad innym, ale żeby przebrnąć przez wiele życiowych komplikacji, sama kieruje się poradami Emily… Chyba w głębi duszy zazdrości jej podejścia do życia, marzy żeby być taka jak ona. Przy Emily uzewnętrznia się, wrzuca na luz i odkrywa swoje mroczne sekrety. Czasami ma wątpliwości, czy kobieta na pewno jest jej przyjaciółką, ale wątpliwości zostają rozwiane: Emily prosi Stephanie o przysługę: odebranie syna ze szkoły. Czy można okazać komuś większe zaufanie, niż powierzając mu dziecko? Stephanie w to wierzy, mimo, że nie jest to nowa sytuacja, bo kilka razy wcześniej już to robiła.

„- Jakieś zalecenia dietetyczne dla syna?

– Podaj mu wszystko, od czego się nie porzyga.”

Tym razem jest inaczej, bo matka nigdy nie zgłasza się po syna i nikt nie wie, co się z nią dzieje. Stephanie wreszcie udaje się namierzyć ojca chłopca, potem wspólnie zawiadamiają policję i prowadzą własne śledztwo. Stephanie odkrywa wiele tajemnic przyjaciółki. Przy okazji też odkrywa na co stać ją samą, jak daleko potrafi się posunąć. Postępami w docieraniu do prawdy dzieli się na swoim vlogu. Fajnym pomysłem jest pokazywanie zmian jakie zachodzą w wyglądzie Stephanie i wyglądzie jej kuchni,  w miarę odkrywania mrocznej prawdy. Z nienagannej pani domu przeistacza się w zwyczajną, momentami szaloną kobietę.

To na koniec jeden z fajniejszych cytatów:

„- Uwielbiam macierzyństwo!”

„- To musisz być nienormalna. Niektóre dzieci nie potrzebują rodziców, tylko egzorcysty!”

 

CUDOWNY CHŁOPAK

2017, reż. Stephen Chbosky.

W tym miesiącu recenzje książki i filmu z poślizgiem, wynikłym z choroby. Tak, to było prawdziwe przeziębienie, z kaszlem, katarem, dreszczami i gorączką. Pierwsze od 20 lat, więc rodzina mało nie zeszła na zawał, wyskakując uprzednio z pomysłem podwiezienia mnie do szpitala :/

Na ten film polowałam. Dosłownie. I wszystko na tym świecie sprzysięgło się przeciwko mnie, ale, jak zwykle, w końcu wygrałam. Polowałam na niego głównie z uwagi na duet aktorski: Julię Roberts i Owena Wilsona. Zwłaszcza Julię Roberts, którą kocham miłością dozgonną.

Film jest łagodny, spokojny i płynny, wręcz kłócący się z określeniem „dramat”. W pewnej rodzinie rodzi się chłopiec ze zdeformowaną twarzą, i już na tym etapie można powiedzieć „cóż, bywają większe dramaty”, a w zestawieniu z całością tylko się w tym utwierdzić. Jednak tak właśnie określa się ten gatunek, i nie ma co z tym dyskutować.

Chłopiec Auggie dorasta w szczęśliwym domu, w pełnej, kochającej się rodzinie. Deformacja jego twarzy jest wynikiem wady genetycznej, i być może rodzice trochę czują się winni, ale to tylko moje przemyślenia. W każdym razie poświęcają mu całą uwagę, cały wolny czas. Nie mają życia towarzyskiego, ale mają jeszcze córkę, o czym czasami zapominają.

Auggie dotąd uczył się w domu, pod troskliwą opieką rodziców, ale oto nadszedł moment pójścia do prawdziwej szkoły. Chłopak jest nieco przeczulony na punkcie swojego wyglądu, boi się nowej sytuacji, jednocześnie czując się gotowym jej sprostać. Nic jednak nie zmusi go do zdjęcia hełmu kosmonauty, który daje mu poczucie bezpieczeństwa. Zresztą Auggie interesuje się kosmosem. Uwielbia fizykę i astronomię, jest mądry, dowcipny, wyjątkowo błyskotliwy jak na swój wiek i, pomimo zrozumiałych chwil załamania, ma do siebie dystans. Halloween jest jego ulubionym świętem, bo tylko wtedy czuje się sobą.

„Cudowny chłopak” może wydawać się nieco przesłodzony, przez co mało prawdopodobny. No, bo to jest tak: niby wierzymy, że ludzie są z gruntu dobrzy, a jednak trudno nam to zaakceptować . No, bo jak to możliwe, że ktoś zły chce się zmienić? Jak to możliwe, że „zaniedbana” z powodu brata nastolatka w ogóle się nie buntuje? A co, jeśli świat naprawdę taki jest? Dobry, pozytywny, ułożony. Sama miałam w domu niebuntującą się nastolatkę, więc nie powinnam się dziwić. Może ludzie są dobrzy, a świat „urocy” jak mawia Tamaluga, dla której wszystko jest „uroce”, bo nie poznała dotąd zła?

To, co dla jednych może wydać się infantylne, dla innych (dla mnie na przykład) będzie piękną opowieścią o tolerancji, zrozumieniu i szacunku. Podoba mi się też forma narracji, podzielona na znaczące w filmie osoby. Słuchamy nie tylko Auggiego i jego opowieści, ale też historii jego siostry, przyjaciół, poznajemy ich punkt widzenia.

Duet Julia & Owen daje radę. Są bardzo przekonujący, no i fajnie jest zobaczyć  ich w całkiem innych rolach niż te, do jakich nas przyzwyczaili. Jeśli liczycie na szybkie, dynamiczne kino to nie tym razem. Jeśli chcecie spędzić miły wieczór przy filmie który dostarczy wrażeń, skłoni do refleksji i nastroi pozytywnie – polecam.

SEARCHING

Searching, 2018, reżyseria i scenariusz: Aneesh Chaganty

Muszę przyznać, że film mnie zaskoczył. Bardzo pozytywnie. A to sztuka, zważywszy, że akcja dzieje się właściwie w jednym miejscu. W ogóle zauważyłam, że lubuję się ostatnio w filmach, gdzie akcja dzieje się w jednym miejscu albo gra niewielu aktorów albo pada niewiele słów. W „Searching” słów pada bardzo dużo, ale głównie pisanych – film jest jednym wielkim czatem internetowym. Jeśli ktoś jeszcze uchował się w dziewiczej ignorancji na temat portali randkowych, społecznościowych, streamingowych itede itepe – to natychmiast zostanie rozdziewiczony. Na godzinę i czterdzieści minut ekran telewizora zamienia się w ekran laptopa. Widzimy to, co widzi surfujący po Internecie bohater, wraz z nim otwieramy dziesiątki przeglądarek, czatujemy z ludźmi, kopiujemy i wklejamy treści. Razem z nim wahamy się nad każdym zdaniem, kasujemy, zmieniamy, szukamy właściwych słów… I szukamy jego córki.

Bo to zwykły facet jest. Ojciec samotnie wychowujący nastolatkę, która właśnie zaginęła. Człowiek, który już stracił żonę, a miłość do córki jest sensem jego życia. Może dlatego nie naciska, nie kontroluje, a gdy przychodzi co do czego okazuje się, że nie zna własnego dziecka, nie ma pojęcia o jej dylematach i wyborach, nie wie w jakich kręgach się obraca. Na pytanie pani detektyw, czy skontaktował się z przyjaciółmi córki z facebooka, odpowiada: „Tak. Każda z tych 94 osób tak naprawdę się z nią nie przyjaźniła”. Idealne podsumowanie wirtualnego życia młodych ludzi. Idealne, chociaż bardzo smutne.

Przeładowanie internetowych treści nadaje filmowi niesamowite wrażenie. Jak też całą masę związanych z tym odczuć, zachowań, tak nieobcych w dzisiejszym świecie. Sensacja podtrzymywana przez media, szukanie winnych, pochopny osąd i wirtualny wyrok.

W związku z tak oryginalnym przekazem trudno mi ten film sklasyfikować. Widnieje pod hasłem „thrillery”, ale z tym się nie zgodzę. Kryminał? No, tak, niewątpliwie, tyle że nie jest to tutaj wybijający się gatunek. Tak czy siak naprawdę polecam.

Pytanie do was, jakie nasunęło mi się po seansie mam tylko jedno: Jak daleko posunie się człowiek, żeby ratować swoje dziecko?

TOY STORY 4

No, oczywiście Toy story, jakżeby inaczej. Ta seria jest obecna w naszym życiu od zawsze. Oglądałam ją z dziewczynami, gdy były małe, a teraz z Tamalugą, która dwie pierwsze części zna niemal na pamięć. Ci, którzy znają moje zamiłowanie do filmów animowanych, wiedzą też, że jestem w tym temacie wybredna. Serii Toy story nie mam nic do zarzucenia. Wywołuje wiele emocji, a przede wszystkim wzrusza, zwłaszcza, że zabawki podchodzą bardziej pod moje dzieciństwo. Pomysł świetny, bez dwóch zdań, fabuła dopracowana w szczegółach. Mam tu na myśli pierwsze części, bo, niestety czwórka, moim zdaniem jest ogniwem najsłabszym. Nie znaczy to, że jest zła, na pewno warta zobaczenia, ale… No cóż, mam wrażenie, że została stworzona dla dorosłych odbiorców, tak trochę na siłę, na fali nostalgii i sentymentu. Na przedpremierowym pokazie obejrzeli ją głównie dorośli, i coś w tym jest.

Jak wiecie, Tamaluga nie wytrwała nawet 15 minut, ale szczerze mówiąc dobrze się stało. Tuż po jej wyjściu, baśń nabiera elementów horroru, zrozumiałych dla dorosłego widza. Dla dziecka już niekoniecznie.

Kto oglądał trójkę ten wie, że zabawki trafiły z rąk Andy’ego do obcej dziewczynki. Kontynuacja trzyma się faktów, ale chyba nie bardzo ma pomysł na to, co dalej. Podoba mi się to, że porusza ważne problemy psychologiczne, takie jak osamotnienie dziecka wśród innych dzieci, jego lęk przed nowym i nieznanym. Niewątpliwym plusem tej części, jak i poprzednich zresztą jest niezachwiana wiara w dzieci. W to, że kochają zabawki, takie prawdziwe zabawki, a nie elektroniczne gadżety. W to, że są z gruntu dobre. W to, że potrafią być oddanymi przyjaciółmi i że takiej przyjaźni szukają. I w to, że są tak przewidywalnie nieprzewidywalne. W tym wypadku Toy story wypełniło swoją misję.

Fabuła pokrótce, co by nie spoilerować, przedstawia się następująco:

Zabawki Andiego; szeryf Chudy, Jenny, Buzz i reszta stały się zabawkami Bonnie. Dziewczynka zaczyna przygodę z przedszkolem i trudno jej odnaleźć się w nowej sytuacji. Wtedy do akcji wkracza Chudy, podsuwając jej pomysł na stworzenie własnej zabawki. Zabawki adaptacyjnej, stworzonej co prawda ze śmieci, ale bardzo ważnej, bo będącej jej własnym dziełem. Tak rodzi się Sztuciek, czyli postać plastikowego widelca z rozbieganymi oczami. Jak ważny jest Sztuciek wie tylko Chudy, i gdy walnięty widelec ucieka ku wolności, to właśnie on wyrusza na poszukiwania. Tyle, że po drodze dużo się dzieje, a do szeryfa wraca przeszłość pod postacią zgrabnej pastereczki. Właściwie pastereczką to ona była w poprzednich częściach. Teraz jest waleczną rebeliantką. Nie jestem pewna, czy do końca odpowiada mi jej nowe wcielenie. Jestem natomiast pewna, że głos ma koszmarny.

To tyle. Resztę zobaczcie sami, jeśli macie ochotę i dziecko. Dziecko jest świetnym pretekstem do obejrzenia filmu 😀

AMADEUSZ

„Amadeusz”, 1984, reż. Milos Forman.

Dzisiaj nie będzie żadnej nowości, ani nawet filmu obejrzanego w ostatnich kilku latach. Wszystko przez konkurs na Filmwebie. Udziału nie wzięłam (między innymi dlatego, że nie dysponuję Mastercard), ale sam temat konkursu cofnął mnie do przeszłości, a na gębie pojawił się błogi banan.

„Jaki film sprawił, że pokochałeś kino?”

Pomyślcie, to wcale nie jest łatwe pytanie. Czy ktoś potrafi wymienić ten jeden, jedyny film, spośród tak wielu ulubionych? No i co decyduje o tym, że jest taki super; gatunek, reżyser, aktorzy, klimat, wspomnienie i tak dalej, a może wszystko na raz?

Gdy ktoś pyta mnie o ulubiony film, mimo że lubię ich naprawdę wiele, zawsze pierwszy przychodzi mi na myśl „Amadeusz”. Zanim przejdę do samego filmu, zacznę od tego, że zrobił na mnie ogromne wrażenie, i że przez całą noc nie spałam, i że zakochałam się w odtwórcy głównej roli.

I że długo czekaliśmy na ten film, aż wreszcie udało nam się go wypożyczyć, na nieco zjechanej kasecie VHS, z nieco naderwaną nalepką.

I że miałam wtedy z 10 czy 11 lat (do Polski dotarł z opóźnieniem), i że oglądałam go z mamą i babcią, siedząc w wygodnym fotelu. Bo to też ma niebagatelne znaczenie. Tak, to był właśnie ten klimat.

Muzyka Mozarta nie była mi obca. Jako wychowanka teatru znałam już wcześniej kilka arii i tytułów oper. Jednak wtedy czułam się jak bym odkrywała go na nowo. Zakochałam się w tym filmie, i bolałam nad faktem, że nie mogę podzielić się tym z koleżankami. Nie zrozumiałyby, a ja stałabym się dziwadłem jakimś, no.

Jednym słowem: ten film to arcydzieło. Dramat, sensacja, komedia, kryminał z elementami horroru, nastrój i autentyczność. Niesamowicie niesamowity Tom Hulce w roli Amadeusza. Charyzmatyczny, zabawny, uparty i bezczelny. Podobno Mozart właśnie taki był. Druga świetna kreacja to Salieri (F. Murray Abraham), podobno jego zabójca. Podobno – stąd wątek kryminalny. Reżyser to jeden z moich ulubionych reżyserów, więc nie wyobrażam sobie, żeby kto inny, niż Forman mógł się za to zabrać.

Tego filmu nie można obejrzeć jednym okiem, trzeba na niego mieć czas. Zwłaszcza, że trwa prawie 3 godziny. O muzyce chyba nie muszę  pisać – bo jest to oczywiście muzyka Mozarta, idealnie dobrana do poszczególnych scen, budująca napięcie i będąca osobnym bohaterem.

Ten film powinien zobaczyć każdy. I ten, kto lubi Mozarta, i ten, komu z nim nie po drodze. Gwarantuję, że po seansie go pokocha. I jego śmiech – zaraźliwy i nie do podrobienia. Bo to nie jest historia, daty i fakty, ale niesamowita opowieść o talencie, rywalizacji, chorej zawiści prowadzącej do zbrodni, złych i dobrych wyborach. Nikt nie jest wyłącznie czarną i wyłącznie białą postacią, dlatego wszystko jest takie realne i bardzo wciągające.

To jest potężna dawka emocji. Potężna. Od śmiechu, przez szok, po płacz i tak dalej.

Jeśli ktoś jeszcze nie widział, bardzo proszę żeby obejrzał. Bardzo proszę.