Służące

The Help\ 2011\ Tate Tayler

Nie piszę dzisiaj o filmie nowym, bo nie miałam ostatnio okazji do obejrzenia dobrego kina. Brak czasu i brak szczęścia do filmów. Lubię filmy nieoczywiste i mało znane, lubię w tym szlamie odkrywać perełki. Niestety, ostatnio kiepski ze mnie poszukiwacz. Mam wrażenie, że twórcy ostatnich obejrzanych przeze mnie tytułów nieco inaczej rozumieją określenie „kina niezależnego”. Dla nich to chyba filmy, którym nie zależy. Ani na wartościowym przesłaniu, ani na reakcji widzów.

Wracam, więc, pamięcią do filmów nie najnowszych, które polubiłam i które z czystym sumieniem mogę polecić.

Dlatego dzisiaj „Służące” właśnie, bo ostatnio trafiłam na wywiad z odtwórczynią jednej z głównych ról. Właściwie powinnam napisać „ról drugoplanowych”, ale według mnie w filmie nie ma wyraźnej postaci pierwszoplanowej.  A wszystkie są świetne, dobrane idealnie. Zresztą grono aktorów zacne: Emma Stone, Viola Davis, Bryce Dallas, Jessica Chastain, Ahna O’Reilly, Allison Janney i Octavia Spencer, która ze tę rolę właśnie, otrzymała Oscara.

Akcja dzieje się w latach 60, w stanie Mississippi, czyli w jednym z najbardziej rasistowskich okresów i najbardziej rasistowskich regionów Ameryki.

Skeeter, marząca o karierze pisarki, wraca po studiach do rodzinnego, zamożnego  domu. Na miejscu odkrywa, że jej ukochana niania straciła pracę i miejsce w domu, który przez kilkanaście ostatnich lat był również jej domem, jedynym jaki miała. Skeeter nie może zrozumieć decyzji matki, ani dogadać się z lokalną społecznością, w tym z najbliższymi niegdyś koleżankami. Powoli zaczyna dostrzegać niesprawiedliwość, a nawet wrogość z jaką traktowani są czarnoskórzy mieszkańcy. Najbardziej przejmuje ją los kobiet, wynajmowanych do opieki nad dziećmi, kobiet, które często zmuszone są opuścić swoje rodziny na czas nieokreślony, by móc zarobić na utrzymanie. Opiekunki zżywają się z dziećmi pracodawców, traktując je jak własne, podczas gdy bogaci rodzice spędzają czas na rozrywkach. To nie matki karmią, tulą, bawią, zmieniają pieluchy, uczą wierszyków i wycierają zasmarkane noski. Wszystkim tym zajmują się czarnoskóre nianie, które oprócz tego sprzątają i gotują, otrzymując w zamian niewielką zapłatę.

Skeeter chce o tym wszystkim napisać. Chce, w porozumieniu z wydawcą, napisać książkę opartą na wspomnieniach tylu kobiet, do ilu zdoła dotrzeć. Na początku czarna społeczność do pomysłu i samej Skeeter odnosi się nieufnie. Niechętnie mówią o sobie, boją się, bo mają dużo do stracenia. W końcu jednak dziewczynie udaje się namówić jedną z nich, a potem otwierają się wszystkie. Powstaje przejmujący dokument o ludzkiej niesprawiedliwości, okrucieństwie i głupocie.

Film jest niesamowicie wciągający, barwny i po prostu ciekawy. Dramatyczne momenty przeplatają się z zabawnymi dialogami, rozbrajającymi scenami i zaskakującymi zwrotami akcji. Ukazuje próżność, hipokryzję i zakłamanie panien z dobrych domów w zderzeniu z cierpieniem, ale i głęboką mądrością ich służących. Jak wspomniałam na początku, wszystkie role są znakomicie obsadzone, a każda postać charyzmatyczna, jedyna w swoim rodzaju i zapadająca w pamięć. Ten film to mieszanka emocji, a jedyną jego wadą jest chyba niedosyt jaki czułam po obejrzeniu. Nie dlatego, że coś jeszcze mogło być dopowiedziane, ale dlatego, że pomimo długiego seansu (2h20min.), miałam ochotę na jeszcze.

 

MADRE

Madre, Chile, reż. Aaron Burns, 2016.

Trafiłam na kawałek niezłego, hiszpańskiego kina. No, dobra: chilijskiego. Thriller i dramat z elementami… horroru? Reżyser Aaron Burns tak poprowadził historię, że stała się realna i wciągająca. Nie jest to dzieło godne Oscara, ale na pewno warte zobaczenia. Ponadto świetnie obsadzone trzy główne role: Diany (Daniela Ramirez), Luz (Aida Jabolin) i Martina (Matias Bassi). Ten film nie ma nigdzie opisu, a wielu aktorów jest mało znanych ale trzyma w napięciu, nie jest przesadzony i napompowany. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to zakończenie. Mam wrażenie, że takie trochę nie do końca przemyślane, a na pewno można było wymyślić coś lepszego.

Diana wychowuje autystycznego syna Martina. Jej mąż, Tomas, pracuje w Japonii i przyjeżdża tylko co jakiś czas na kilka dni. Kobieta nie mogąc liczyć na jego pomoc w codziennych obowiązkach jest coraz bardziej sfrustrowana i wykończona. Zwłaszcza, że spodziewa się kolejnego dziecka. Autyzm Martina objawia się częstymi napadami szału, podczas których chłopiec bije Dianę, rzuca w nią przedmiotami, pluje. Nie można nawiązać z nim kontaktu; nie mówi, nie słucha, załatwia się w pieluchy, nie umie jeść samodzielnie i nie jest w stanie wykonać koło siebie żadnych czynności. Diana, dla własnego bezpieczeństwa, a przede wszystkim dla bezpieczeństwa syna – przywiązuje go w nocy  pasami do łóżka, a pokój zamyka na klucz.

Jej życie polega na bezustannym opiekowaniu się synem, na szeregu tych samych, powtarzających się codziennie czynności. Diana, pomimo skrajnego wyczerpania, bardzo kocha Martina i stara się być dobrą matką. Dodatkowego stresu dostarcza jej ciąża i strach o to, czy dziecko nie podzieli losu brata.

W końcu zatrudnia w roli niańki przypadkowo poznaną kobietę, Filipinkę. I wtedy… Wtedy to dopiero zaczyna się dziać… Dobra. Wystarczy.

 

THE HAUNTING OF HILL HOUSE

The Haunting of Hill House / Nawiedzony Dom na Wzgórzu / 2018

Miałam już skończyć z serialami (nie wierzę, że w ogóle zaczęłam) ale życie bywa przewrotne. Za namową Pani Seeker (i dzięki niej) obejrzałam jeszcze jeden. I za jej też (wcale nie nachalną) namową piszę tę recenzję.

Jak już wspominałam, z horrorów wyrosłam gdzieś pomiędzy osiemnastką a urodzeniem dzieci. Duchy, zjawy i inne wampiry przestały mnie bawić, a raczej zaczęły mnie bawić w dosłownym znaczeniu tego słowa. Podchodziłam więc do tego serialu jak do jeża, albo innego kleszcza, ale słowo się rzekło.

Pierwszy odcinek wydał mi się nudnawy, tak gdzieś do połowy, ale ja nie z tych, co łatwo rezygnują. Skoro „Sikerka” poleca to coś tam na rzeczy być musi. Istniało jeszcze prawdopodobieństwo, że robi sobie ze mnie jaja i poleciła mi jakiegoś gniota. Albo też – druga możliwość, znając jej zamiłowanie do horrorów – teoretycznie mogło jej się podobać wszystko, co horrorem jest. Tak, nawet gniot. 😛

W drugiej połowie akcja zaczęła się ożywiać na tyle, żebym odpaliła kolejny odcinek, a potem już poszło. Wciągnęłam się niesamowicie.

No, bo to niby jest horror. No, jest, niezaprzeczalnie. Tylko, że inny niż te, z którymi (za młodu) miałam do czynienia. Głębszy i zdecydowanie bardziej skomplikowany, chociaż oparty na zwyczajnej prozie życia.

Jeśli miałabym podsumować całość jednozdaniową refleksją, napisałabym, że tym co najbardziej nas przeraża jesteśmy my sami. We wszystkich możliwych znaczeniach tego śmiałego stwierdzenia. We wszystkich.

Akcja przeplata się ze sobą w dwóch zderzeniach czasowych. Dosłownie: zderzeniach. Mamy lata dziewięćdziesiąte i rodzinę wprowadzającą się do nawiedzonego domu. Mamy też czasy obecne i tę samą rodzinę, z dorosłymi już dziećmi, na której pobyt w owym domu odcisnął ogromne piętno. Wszyscy przecież byli świadkami niesamowitych zdarzeń, wszyscy przeżyli tragedię, co miało bezpośredni i pośredni związek z ich teraźniejszym życiem.

Olivia (Carla Gugino) i Hugh ( Henry Thomas, Elliott z E.T. 😀 ) są rodzicami piątki dzieci: Stevena, Shirley, Theodory, Luke’a i Nell. Zajmują się remontami starych domów, które potem sprzedają z dużym zyskiem. W każdym zabawiają nie dłużej niż kilka tygodni, przez co skazani są na ciągłe przeprowadzki . Oczywiście już sam ten fakt nie pozostaje bez wpływu na dzieci, ale do wszystkiego można przywyknąć i jakoś to dotąd funkcjonowało.

Z domem na wzgórzu jest inaczej. Ma swoją historię i swoje mroczne sekrety, a przede wszystkim – chociaż dorosłym jak zwykle trudno w to uwierzyć – jest nawiedzony. Z dziwnymi zjawiskami stykają się dzieci, ale cierpliwie znoszą wyjaśnienia o starych, zardzewiałych rurach, złych snach i innych rzeczach, bo przecież wszystko da się logicznie wytłumaczyć. Dom ich niszczy, żerując zwłaszcza na jednym z domowników. Wysysa energię, logikę i zdrowy rozsądek, pogarsza samopoczucie, zmusza do irracjonalnych zachowań. Gdyby tylko ktoś uwierzył dzieciom, to może wszystko potoczyłoby się inaczej.

W obecnych czasach najstarszy z rodzeństwa – Steven – jest pisarzem, który wybił się pisząc o nawiedzonych domach. Nieco młodsza Shirley prowadzi z mężem zakład pogrzebowy. Theo za dnia jest poważną panią psycholog, a nocami szaleje po nocnych klubach, licząc na przypadkowy seks. Luke jest uzależnionym od narkotyków nieudacznikiem, a Nell, jego siostra bliźniaczka –  rozchwianą emocjonalnie dziewczyną, której nikt nie traktuje poważnie.

Z odcinka na odcinek zagłębiamy się w ich życiu i jesteśmy świadkami przeplatających się ze sobą zdarzeń. Czasami tempo akcji i nakładające się na siebie historie przyprawiają o zawrót głowy, jednak szybko odzyskujemy równowagę i znajdujemy wyjaśnienie. Prawie wszystkiego.

Jak w wielu poprzednich, recenzowanych przeze mnie filmach, i tutaj powraca pytanie; w jakim stopniu przeżycia z dzieciństwa wpływają na nasze teraźniejsze życie. Na ukształtowanie osobowości, na siłę lub jej brak, na podejmowane decyzje; te ważne i te z pozoru bez znaczenia, a nawet na wykonywany zawód. I jeszcze jedno: czy definicja rodziny jest tylko urzędową formułką, która rozpadnie się w obliczu zagrożenia, czy też kręgiem bliskich sobie osób, które odrzucając dawne spory staną na wysokości zadania i będą dla siebie wsparciem.

Do Domu na wzgórzu, oczywiście, zapraszam 🙂

The Haunting of Hill House

 

 

ZATRZYJ ŚLADY

Debra Granik, 2018

Dziwny to film, zaiste. Dziwny. Ale ja takie lubię. Odskocznia od mainstreamu. Odskocznia od zgiełku wielkiego miasta, od rzeczy trendy i na czasie, od komercji i liniowych schematów. Coś, co nie zawsze ma drugie dno, a jeśli ma, to nie takie, jakiego się spodziewamy. Nie do końca wyjaśnione, nie do końca zrozumiałe, ale gdy się tak przyjrzeć to ważne i mądre i chwytające za serce, choć inne.

Will, weteran wojenny, wraz z nastoletnią córką Tom mieszka w lesie. Początkowo wygląda to na zwykły rodzinny biwak, ale tylko przez pierwsze minuty filmu. Dalej staje się jasne, że coś jest nie tak. Tych dwoje nie tylko je, śpi i myje się w spartańskich warunkach, ale wręcz walczy o przetrwanie, z ćwiczeniami kamuflażu włącznie. Ukrywają się, to oczywiste, ale jak długo, przed kim i dlaczego? Ojciec wydaje się pewny tego, co robi, dziewczynka już mniej (Tak, Herne, 13 latka to dla mnie wciąż dziewczynka 😛 😀 ) Jednak wykonuje polecenia ojca, pomaga mu i radzi sobie całkiem nieźle. Do czasu. Pewnego dnia dostrzega ją jakiś miłośnik joggingu i zgłasza to policji. Do akcji wkracza opieka społeczna i inne takie. Działają szablonowo, tak, jak się zazwyczaj działa w podobnych przypadkach. Chociaż starają się jak najlepiej dla dobra dziecka i rodzica, to  w tym miejscu można zadać sobie pytanie , co, tak naprawdę jest dla nich najlepsze. Skąd to wiadomo i kto to ustala. Czy wszyscy musimy żyć i zachowywać się konwencjonalnie? Czy wszyscy potrzebujemy korzeni, żeby gdzieś się zadomowić, czy wystarczy bycie ze sobą? Przecież każdy wie, że dziecko izolowane, wychowane i kształcone przez rodzica musi poznać relacje  społeczne, musi mieć kontakt z rówieśnikami.

Ale czy na pewno?

Film daje do myślenia. Mocno. Reżyserka znana już z tak dobrych filmów, jak „Do szpiku kości” na przykład, znowu świetnie się spisała. Aktorzy też stanęli na wysokości zadania, Ben Foster I w roli Willa i Thomasin McKenzie jako Tom. Podoba mi się to, że postaci nie są jednoznaczne, że nikogo nie kreuje na bohatera i ofiarę. Wszystko toczy się swoim torem, przez co jest bardzo wiarygodne. Mimo tego, że niedopowiedziane. Albo właśnie dlatego.

OA

No tak. Kategoria „Na ekranie” w założeniu miała być o filmach, nie o serialach, bo z serialami zawsze było mi jakoś nie po drodze. Ale się skusiłam. Na OA. To drugi serial, po ST, który mnie lekko pochłonął. Za namową i dzięki Sylwii  , dotarłam szczęśliwie do końca sezonu, i tak sobie pomyślałam, a co tam, napiszę o nim.

Tylko, że bardzo trudno go zdefiniować. Naprawę trudno. Niesamowity klimat i mieszanina gatunku. Myślę, że dzięki temu nie ma konkretnej grupy odbiorców, i że może trafić do każdego. Dobra, jest specyficzny, więc może jednak nie do każdego. Gdybym tak chciała jednym zdaniem, jedną jakąś myśl filozoficzno refleksyjną wyłonić to może zaczęłabym od tego, że jest TAM COŚ. Po tamtej stronie. Ale światełko w tunelu stało się passe. Teraz na topie są inne rejony. Jądro Ziemi, pierścień Saturna? W końcu kosmos to też niebo, co nie? I powiem wam, że taka wersja jest całkiem niezła.

A dziewczyna niezwykła. To na pewno. Świetne role mało znanych aktorów. Przejmujące jak cały serial. Z jednej strony trudno go opowiedzieć, nie zdradzając fabuły. Z drugiej strony łatwo go opowiedzieć, nie zdradzając fabuły, bo jest ona tak rozbudowana i fantastyczna, że wyławiając jeden wątek, nie opowie się nic.

Dobra, próbuję.

Zaginiona dziewczynka Prairie odnajduje się po 7 latach, ku wielkiej radości adopcyjnych rodziców, którzy jednak pomimo usilnych starań nie mogą się niczego od niej dowiedzieć. Prairie w taki czy inny sposób przyciąga do siebie kilku mieszkańców miasteczka, zagubionych, zbuntowanych, z problemami. To im decyduje się opowiedzieć swoją historię. Każdego wieczora spotykają się w opuszczonym domu, poznając nie tylko okoliczności zaginięcia dziewczyny, ale też całą historię jej życia. Jednocześnie zmagają się na co dzień z własnymi demonami. Wydawałoby się, że nigdy nie osiągną spójności i harmonii, a właśnie spójności i harmonii potrzebuje Prairie do realizacji pewnego planu. Trochę to zagmatwane, ale opowieść jest piękna. Jest w niej pasja, wytrwałość, miłość i empatia. Dobro w odpowiedzi na zło. Bo dobro jest zaraźliwe. Bardziej niż wirus. No i jest też tamta strona, czyli NDE – Near Death Experience. Krótkie stany śmierci klinicznej. Wizje z pogranicza życia i śmierci, miejsca, których nie można odwiedzić za życia, wybory, które wcale nie są oczywiste. Lekarz ci powie, że to nadczynność szyszynki, ale nie daj się zwieść. Obejrzyj OA i sam oceń. Mogę dodać jeszcze, że odtwórczyni głównej roli jest jednocześnie współscenarzystą serialu. Udźwignęła więc go podwójnie, a jako Preirie vel OA jest rewelacyjna.

 

 

FILMY Z NIETYPOWYM ZAKOŃCZENIEM

Dzisiaj rezygnuję z recenzji jednego filmu, bo co wam po jednym filmie, gdy siedzicie w domach i na dłuższe siedzenie się zanosi. Pomyślałam, że napiszę o kilku filmach, o filmach które uwielbiam ze względu na ich nietypowe zakończenia.

To są takie filmy, które to niby oglądamy uważnie, a na końcu i tak zawsze krzykniemy „No, ja pierd*lę! Jak??? No, jak???” I oglądamy jeszcze raz, żeby sprawdzić, żeby się przekonać jako to możliwe, że przeoczyliśmy rzeczy oczywiste. No, to o takich właśnie filmach mowa.

„Szósty zmysł”(dramat/thriller) zna chyba większość z was, jeśli nie – krótkie streszczenie. Malcolm Crowe (Bruce Willis) jest uznanym psychiatrą. Pewnego razu do jego domu włamuje się jeden z niezadowolonych pacjentów i dochodzi do strzelaniny. Doktor Crowe po postrzale próbuje zająć się pracą, między innymi przypadkiem Cola Seara, ośmioletniego chłopca z problemami w przystosowaniu się do rówieśników. Poświęca się temu całkowicie, odkrywając skrywaną przez dziecko tajemnicę. Okazuje się, że mały Cole widzi więcej niż inni ludzie i wspólnie z doktorem próbują ten dar wykorzystać, niosąc pomoc tym, którzy tego potrzebują.

 

„Inni”(horror/thriller?) to historia rozgrywająca się w czasie wojny. Samotna matka – Grace (Nicole Kidman) wychowuje syna i córkę w starej, wielkiej posiadłości. Jest surową tradycjonalistką o konserwatywnych poglądach. Mimo wszystko stara się być dobrą matką, chroniącą dzieci głównie ze względu na ich chorobę, przez którą muszą unikać światła słonecznego. Grace żyje w tym domu też trochę jak w kwarantannie. Nigdzie nie wychodzi, nie ma zbyt wielu zajęć, właściwie jej jedynym celem jest oczekiwanie na powrót męża, który wyruszył na wojnę i słuch po nim zaginął. Kobieta do pomocy w posiadłości zatrudnia służących – mrocznych i tajemniczych ludzi. Potem zaczynają się kłopoty, z którymi osaczona i zamknięta Grace nie może sobie poradzić.

„Życie przed oczami” (dramat/thriller) – film z Umą Thurman, którą uwielbiam przez Tarantino, i przez to, że razem byłyśmy w ciąży. Z Wiktorią. To znaczy ja z Wiktorią, a ona z Mayą. Uma gra Dianę, przykładną żonę i matkę, mającą udane życie i wymarzoną pracę. Dianę prześladują jednak wspomnienia z młodości, pojawiające się bez zapowiedzi w postaci bardzo realnych scenek. Jedno z nich jest szczególnie traumatyczne – strzelanina w szkole, z której Diana cudem uchodzi z życiem. Aż do tego momentu poznajemy życie nastolatki, jej drobne kłopoty i poważne problemy. Widzimy jej ostatnie wakacje sprzed tragedii, spędzane na zabawie z najlepszą przyjaciółką. No i oczywiście nic nie jest takie, jak nam się wydaje.

„Podejrzani” (akcja/kryminał/thriller). Ten film, skądinąd dość długi, należy obejrzeć uważnie od początku do końca. Najlepiej w całości, bez dzielenia na części, bo można zagubić całą jego istotę. Nie przepadam za filmami akcji, gangami, narkotykami, strzelaninami i tak dalej, ale muszę przyznać, że ten film wywarł na mnie duże wrażenie. Jest naprawdę świetnie nakręcony i wciąga w akcję właściwie od początku. I kiedy już sądzimy, że wiemy o co chodzi… Właśnie.

„Siła strachu” (thriller) – film z Robertem De Niro w roli głównej. Psycholog David Callaway, po samobójczej śmierci żony przeprowadza się z córeczką Emily na wieś. Niestety przeżyta trauma odcisnęła piętno na psychice dziewczynki, a w nowym miejscu jej stan jeszcze się pogarsza. Ojciec psycholog nie potrafi jej pomóc i czuje się bezradny. Tymczasem Emily twierdzi, że ma niewidzialnego przyjaciela i to on jest odpowiedzialny za większość strasznych rzeczy dziejących się w domu. Niesamowity, trzymający w napięciu dreszczowiec – oczywiście – z zaskakującym zakończeniem.

„Nieproszeni goście” (thriller) – film o nastolatce Annie, która po śmierci matki trafiła do szpitala psychiatrycznego. Po powrocie do domu, przy pomocy ojca i siostry próbuje przystosować się do normalnego życia. Niestety przeszkadza jej w tym nowa partnerka ojca, której dziewczyna nienawidzi i obwinia za wszystkie nieszczęścia. Jest sfrustrowana, bo nikt jej nie wierzy, właściwie jedyne wsparcie otrzymuje od siostry. Anna zaczyna prowadzić własne śledztwo, próbując dowiedzieć się, co naprawdę przydarzyło się jej matce. W miarę odkrywania prawdy jej świat się wali.

No, dobra, co by nie przedłużać… A może ktoś ma podobne propozycje?

STARE SERIALE I NOWE STARE STRANGER THINGS

Jak już wspominałam – nie jestem serialowa. Między innymi z tego samego powodu, dla którego nie układam puzzli – brakuje mi cierpliwości. Nie chce mi się czekać na wyjaśnienie jakiegoś wątku do następnego odcinka. Oczywiście w dzisiejszych czasach odcinki wielu seriali można sobie obejrzeć hurtowo, ale ja nie mam na to czasu.

Oczywiście, jak wszędzie, i tu bywają wyjątki, gdyż zdarzało mi się trafić na seriale, które bardzo polubiłam. Dotyczy to głównie czasów mojego dzieciństwa i młodości. Do kilku powróciłam po latach, żeby obejrzeć je ponownie i przy okazji sprawdzić, czy nadal działają na mnie tak samo. Postanowiłam podzielić się z wami tymi wspomnieniami. Spokojnie, tylko siedmioma:

„Z Archiwum X” – Boszsz, jak ja nie mogłam się doczekać kolejnych odcinków! Parka moich ulubionych agentów FBI: ona sceptyczna, ścisły umysł, on odjechany w klimaty UFO. Mrok i tajemnica. Przestępstwo i zagadka. I ten romans, co to wisiał w powietrzu i nigdy się nie wydarzył, bo zawsze coś; jak nie kosmita, to mitologiczne stwory.

„Beverly Hills 90210” – serial o bogatych, amerykańskich dzieciakach i cudownym życiu w niedostępnej wówczas dla nas Kalifornii. (Z gatunku „Mamooo, ja też tak chcę!”) Wystartowali z nim idealnie, bo miałam mniej więcej tyle lat, ile bohaterowie. W związku z tym, chociaż nieraz wkurzały mnie ich czyny i wyimaginowane problemy, ten serial przyciągał jak magnes.

„Północ – Południe” – uwielbiałam ten amerykański serial o losach przyjaciół w czasach wojny secesyjnej. Zawsze podziwiałam Patricka Swayze’go, więc to był dla mnie dodatkowy atut. Niezwykle barwna opowieść, w której dużo się działo, bo nie samą wojną człek żyje. Intrygi, przyjaźnie, miłości, zbrodnie, no i problem niewolnictwa, a co się z tym wiąże – kolosalne różnice w traktowaniu niewolników na południu i na północy Stanów.

„Hendersonowie” – puszczany w niedzielne poranki, gdy miałam może z 10 lat. Ha! To właściwie serial widmo, bo ze wszystkich moich znajomych pamięta go tylko jedna osoba… No, szok. Ale, przysięgam, że go nie wymyśliłam, on istniał naprawdę! Na dowód mam zdjęcie. 😛 Główna bohaterka miała na imię Tamara, i pomyślałam, że to całkiem ładne imię i być może kiedyś nazwę tak córkę. Rzecz działa się w Australii, a w paczce przyjaciół debiutowała Kylie Minogue! Niestety nie mogę obejrzeć go ponownie, bo nawet w Internecie trzeba się dobrze naszukać, żeby znaleźć jakiś fragment czy choćby wzmiankę (ale przynajmniej wiem, że nie zwariowałam).

„Niebieskie lato” – że tak pójdę za ciosem „Hendersonów”. Hiszpański serial z 1981 roku, o wakacyjnych przygodach paczki dzieciaków. Z jednej strony poruszający całkiem poważne sprawy, takie jak śmierć, rozwód, alkoholizm i tak dalej, a z drugiej lekki wakacyjny klimacik. Przystojni chłopcy i zapierające dech, widoki pięknego Costa del Sol. Byłam pod wielkim urokiem, moje podwórkowe koleżanki też, do tego stopnia, że namiętnie odgrywałyśmy scenki z tego serialu. Do niego, niestety, też nie mogłam wrócić po latach, z tego samego powodu, co wyżej.

„Mały domek na prerii” – miałam 8 lat, gdy kończyli ostatni sezon, ale do Polski, jak to wtedy bywało, wszystko docierało z opóźnieniem, więc miałam okazję obejrzeć wszystkie odcinki. Opowiadał o losach ubogiej, ale kochającej się rodziny z XIX wieku, która w poszukiwaniu lepszego życia osiedla się w miasteczku Walnut Grove w Minnesocie. Scenariusz powstał na podstawie książki i wspomnień Laury Ingalls Wilder.

„Na wariackich papierach” – serial o parze detektywów, rozwiązujących dosyć dziwne zagadki kryminalne. Akcja rozgrywa się współcześnie (to znaczy współcześnie dla czasu powstania serialu, czyli w latach 1985-89) ale niektóre odcinki są oderwane od rzeczywistości i jakby przeniesione w czasie do przeszłości. Co ważne – debiut Bruce’a Willisa, który stworzył tak charyzmatyczną postać, że zupełnie przyćmił, znaną już wówczas filmową partnerkę – Cybill Shepherd. Muzyka też była bezbłędna, a większość piosenek wykonana przez głównych aktorów.

Dobra, to na tyle z powrotu do przeszłości. (I błagam, niech ktoś napisze, że któryś kojarzy! Nie wymagam Hendersonów i Niebieskiego lata, bo tego nawet moje roczniki nie kojarzą).

Wiem, że obecnie też można trafić na dobry serial, ale ja nie mam ani czasu, ani Netflixa.

Wyjątek stanowi „Stranger Things”, (podesłany mi w linku przez Wikę), serial tak reklamowany, że zanim zdążyłam go obejrzeć – już miałam dosyć. Na szczęście dałam mu szansę i faktycznie całkowicie mnie pochłonął. Obiektywnie patrząc mógłby być zaprzeczeniem wszystkiego, co w serialach lubię. A jednak mnie wzięło. Klimat lat 80 – moich lat – wciąga jak cholera. Muzyka, ciuchy, fryzury, styl, a nawet sposób mówienia. Bohaterowie są wyjątkowi i tak świetnie dobrani, że właściwie to oni robią film. Niewytłumaczalne zjawiska i takie Potworne Cosie stanowiące podstawę scenariusza, jakoś tak schodzą na dalszy plan. Ale to też znak lat 80, które lubowały się w takich filmach. Poza tym, jak mogę kwestionować potworności w „Stranger Things”, będąc fanką potworności „Z Archiwum X”, co nie?

Z niecierpliwością czekam na 4 sezon.

Póki co, to w sumie chyba na tyle.

 

SERIALE DLA DZIECI

No i w tym miesiącu znowu nie będzie recenzji filmu, tylko ranking seriali dla dzieci. Ewentualne reklamacje proszę zgłaszać do Herne, gdyż czynię to na jej prośbę. A z matką małych dzieci się nie zadziera. Wiem coś o tym. Niemniej robię to z przyjemnością. Piszę ranking, nie zadzieram 🙂

Seriale dla dzieci, tak jak i filmy, oglądałam razem z moimi córkami. Przynajmniej starałam się na tyle, na ile pozwalał mi czas, ale wynik i tak mam imponujący. Głównie były to seriale na Jetix, Disney XD i Disney Chanel, chociaż nie tylko, i nie tylko animowane. Widzę, że wiele z nich doczekało się ponownych emisji, resztę bez trudu można znaleźć w Internecie. Do rankingu wrzucam seriale unisex (niedziewczyńskie). 😀 dla tych najmłodszych i trochę starszych.

Dla Najmłodszych

Zanim przejdę do seriali, muszę wspomnieć o kanale telewizyjnym BabyFirst. Myślę, że obecnie wchodzi on w pakiet podstawowych usług u większości dostawców. Kanał BabyFirst to chyba pierwszy kanał skierowany do niemowląt. Jest zresztą podzielony na bloki tematyczne i wiekowe, nie ma reklam i jest świetnie dostosowany do rytmu dnia dziecka. Ten program tworzą psychologowie dziecięcy i pedagodzy, a swoją główną siedzibę ma w Kalifornii. U niemowląt wspomaga rozwój i dostarcza im odpowiednie bodźce, pobudzając kiedy trzeba i usypiając obracającą się karuzelą z delikatną muzyką klasyczną. Roczniaki mają zabawę w „A kuku”, poznają kształty i kolory. Dwulatki w świat przedmiotów wprowadza Króliczek Harry, a w świat malarstwa – Mały Vinnie. Trzylatki uczą się liczyć z tajemniczym głosem oraz z kurczakiem na farmie. Dzieci uczą się też rozpoznawać dźwięki otoczenia i kojarzyć je z konkretnymi sytuacjami, przechodzą labirynty, śpiewają, znajdują ukryte przedmioty i tak dalej. Kanał BabyFirst jest rewelacyjny i polecam wszystkim rodzicom.

Dobra, to teraz seriale.

„Klub Przyjaciół Myszki Mickey” to numer jeden Tamalugi. Może go oglądać bez przerwy, nawet te same odcinki. To jest propozycja dla najmłodszych dzieci, takich nawet od 2 do 6 lat. Jeśli dwulatki nie wszystko zrozumieją, to na pewno polubią, bo jest dużo kolorów, zabawy i muzyki. Postaci mówią zabawnymi głosami, słowa opisują gestami, powtarzają całe zdania. Przede wszystkim wciągają do zabawy małych widzów, zadając im proste pytania, prosząc o zrobienie czegoś i dając czas na reakcję. Trochę starsze dzieci nauczą się kształtów i zastosowań różnych przedmiotów, a także rozwiną kreatywność, bo użycie jakiejś rzeczy do konkretnego celu wcale nie jest takie oczywiste. Trzylatki wraz z Mickey poznają cyferki i uczą się liczyć. Niektóre odcinki specjalne wiążą się ze znanymi bajkami, np., „Czarnoksiężnikiem z Oz”, albo „Alicją w Krainie Czarów”.

„Dobranocny Ogród” śmiało polecam dzieciom od 1 roku, a nawet młodszym. Bohaterowie przypominają trochę Teletubisie, ale są naprawdę uroczy. Malutki ludzik płynie łódeczką do tajemniczego lasu, w którym żyją śmieszne stworki. Ich przygody są bardzo proste, imiona śmieszne do wymówienia (Upsy Daisy, Makka Pakka). Narrator miłym głosem opowiada o tym, co się dzieje na ekranie. Podskoki, tańce, milusi kocyk, skacząca piłeczka… Idealna propozycja dla maluszków (Tamaluga nadal to ogląda od czasu do czasu :D)

 

Dla trochę starszych:

1.Fineasz i Ferb (obecnie znowu puszczany na Disney XD). Kocham ich. Serial (w pierwszym sezonie) ma 26 odcinków, a ich akcja rozgrywa się podczas jednych wakacji. Fineasz i Ferb są braćmi, których wręcz rozsadzają pomysły, i oczywiście wszystkie realizują. Tworzą, kreują, budują wbrew jakiejkolwiek logice, np. stok narciarski w środku lata, albo karuzelę sięgającą kosmosu. A wszystko to w małym, przydomowym ogródku. Ich siostra Fretka, szalona nastolatka stara się mieć ich na oku i o wszystkim donosić mamie. Jednak jakoś tak się dzieje, że za każdym razem, gdy mama już, już ma na własne oczy zobaczyć mega budowlę – ta niespodziewanie znika. Fretka jest sfrustrowana i powoli popada w obłęd, ale tak pozytywnie 😀 Serial ma kilka wątków, np. domowe zwierzątko Fineasza – dziobak(!!!) jest tajnym agentem i prowadzi podwójne życie. Jest też czarny charakter – Dundersztyc, któremu Pepe Pan Dziobak próbuje pokrzyżować plany. Fretka, natomiast, jak to nastolatka wisi na telefonie z przyjaciółką i umiera z miłości do Jeremiasza. Są też przyjaciele Fineasza, między innymi Izabela, harcerka zdobywająca ze swoją drużyną kolejne sprawności, i której poziom słodyczy napędza niektóre urządzenia 😀

W każdym odcinku są wpadające w ucho piosenki, a odcinki, niby odrębne są ze sobą powiązane, i czasami np. w trzecim pojawia się w tle, przy okazji, wyjaśnienie pierwszego. Serial jest świetnie wykonany i przemyślany i naprawdę wciągający. Nawet dla dorosłych. Chociaż na to wygląda – nie jest odmóżdżający, to serial na wyższym poziomie, dlatego najpełniej odbiorą go dzieci powyżej 7 lat.

2.”Ach ten Andy!” Przygody nastolatka, mieszkańca małego miasta w Kanadzie. Andy słynie z wycinania ludziom kawałów, co często kończy się kłopotami. Serial jest lekki i zabawny, ale naprawdę dobrze się go ogląda. Nie ma w nim przemocy, za to morał, że nasze czyny mają konsekwencje, że nie zawsze to, co nas śmieszy jest zabawne dla innych, i że łatwo można kogoś skrzywdzić. Dla dzieci w wieku 5+

3.”Wodogrzmoty Małe”. Świetny humor, czasami nieco groteskowy, jak i postaci, dlatego uważam, że wiek dziecka 6+ . Zabawne przygody rodzeństwa – Mabel i Dippera, spędzających wakacje u wujka Stana w Oregonie. Wuj jest dosyć osobliwy, mieszka w chacie pozostawiającej wiele do życzenia i prowadzi dziwaczne muzeum. Wuj wydaje się szorstki i gburowaty, ale w gruncie rzeczy ma dobre serce. Nudne życie w sennym miasteczku trzeba sobie jakoś urozmaicić, toteż rodzeństwo pakuje się w różne przygody i kłopoty. Najczęściej to Dipper, jak na starszego brata przystało, wyciąga Mabel z kłopotów. Są tajemnicze groty, i trolle, i wodne potwory, i krasnale rzygające tęczą… Ale, co bardzo ważne, ten serial podkreśla więzi rodzinne, pokazuje miłość między rodzeństwem, ich wzajemną pomoc, bez względu na wszystko.

4.”Świat według Ludwiczka”. Naprawdę dobry serial. Moje dziewczyny go uwielbiały. Najlepsze jest to, że jest on oparty na prawdziwym życiu bohatera, który już jako dorosły Ludwik opowiada swoim dorosłym głosem o dorastaniu w latach 60. Serial powstał na podstawie opowiadań i autentycznych historii z życia znanego komika i aktora Louie Andersona. Ludwiczek jest marudnym ośmiolatkiem, mieszkającym w fikcyjnym miasteczku z mamą i tatą – weteranem wojennym. Serial zdobył uznanie krytyków, oraz między innymi nagrodę Emmy. Mega ciekawa forma przekazu i o dziwo, trafiająca już do pięciolatków.

5.”Dinopociąg”. Niby bardziej dla chłopców, bo to chłopcy zazwyczaj kochają dinozaury. Cóż, Tamaluga widocznie jest jakaś inna. Jest to serial, że tak powiem, bardziej edukacyjny. To znaczy są fajne postaci, przygody i tak dalej, ale dziecko przede wszystkim uczy się o prehistorycznych stworzeniach. Wraz z sympatyczną rodzinką dinozaurów wyrusza w podróż pociągiem, śladami innych dinozaurów. Poznaje ich nazwy, wygląd, zwyczaje, preferencje kulinarne i tak dalej. Myślę, że rozpiętość wieku jest tu dosyć duża, nawet od 3 – 4 lat wzwyż.  Jednak zupełnie małe dziecko, widząc dinozaura połykającego rybę albo kawał mięcha może być lekko zszokowane.

No, dobra, to chyba na tyle, póki co. Jak zwykle czekam na wasze refleksje.

FILMY DLA DZIECI

Miała być recenzja filmu, ale postanowiłam, że pierwszą recenzją filmu w Nowym Roku będzie brak recenzji filmu. Będzie za to ranking pięciu najlepszych, moim zdaniem, filmów dla dzieci. Noszę się z tym od jakiegoś czasu, gdyż jestem bezwolnym świadkiem coraz większego chłamu w tym temacie. Ale o chłamie szkoda pisać, skupię się na dziełach wartościowych. Kto wie, może ułatwię wybór jakiemuś rodzicowi?

Jak już nie raz wspominałam mam hopla na punkcie filmów animowanych, przez co jestem wobec nich bardziej krytyczna. Gdy moje starsze córki były małe, zanim pozwoliłam im obejrzeć jakiś film, najpierw sama go oglądałam. W rezultacie w latach 2002 – 2010 obejrzałam prawie wszystkie filmy dla dzieci (i nie tylko animowane) jakie weszły do kin (i nie tylko do kin). Rzecz jasna tylko niektóre przypadły mi do gustu. Okazało się, że moje dziewczyny gust mają podobny i lubiłyśmy to samo.

W tamtych latach filmy były dosyć monotematyczne. Chociaż zmieniała się fabuła – środowisko pozostawało to samo, co sprawiło, że po pewnym czasie różne filmy z akcją w tym samym miejscu zaczynały nam się mylić.

I tak, na przykład w temacie mrówek:

„Mrówka Zet”, „Po rozum do mrówek”, „Dawno temu w trawie”, „Artur i Minimki” itd.,

W temacie ryb:

„Gdzie jest Nemo?”, „Sposób na rekina”, „Rybki z ferajny” itd.

W temacie pingwinów:

„Tupot małych stóp”, „Na fali”, „Pingwiny z Madagaskaru” itd.

W temacie ptactwa w ogóle:

„Szeregowiec Dolot”, „Skubani”, „Rico prawie bocian” itd.

W temacie zwierząt:

„Świnka z klasą”, „Zebra z klasą”, „Pajęczyna Charlotty”, „Madagaskar”, „Krowy na wypasie” itd.

Bez kitu, można zwariować.

Brakowało mi w tym wszystkim świeżego pomysłu, nowego scenariusza, a przede wszystkim nowej scenerii.

Seria „Shrek” właściwie jest poza wszelkimi kategoriami. Shrek jest świetny, bez dwóch zdań, ale też bez dwóch zdań nie dla każdego. Dla bardzo dużych dzieci i dla dorosłych. Jego, zatem, zostawmy.

1.Wall-e. Numer jeden na mojej liście. Film dziesięciolecia, jeśli nie stulecia. Od kiedy go zobaczyłam jestem w nim zakochana. Moje dziewczyny też, zwłaszcza Oliwia szalała na jego punkcie.

Zalety: Minimalizm i głębokie przesłanie. Oszczędność słów na rzecz gestów. Ten film trafi nawet do najmłodszych, ale zrozumieją go pięciolatki wzwyż.

Wady: Za każdym razem, gdy go oglądam to ryczę.

Niesamowita opowieść o tym, jak chronić swoją planetę i co się może stać, gdy doprowadzimy ją do ruiny. Mały, niewiele mówiący robocik Wall-e i Eva – robot(ynka) z innej galaktyki z wielką misją na Ziemi. Niesamowity klimat filmu, ogromne wartości jakie ze sobą niesie sprawiają, że nie można przejść obok niego obojętnie.

2.Zaczarowana. To nie jest film animowany. Dobra, jest, ale tylko troszeczkę. Oryginalna fabuła, piękne piosenki i pozytywne, wręcz lukrowe przesłanie. Baśniowa księżniczka (z początku rysunkowa) trafia na ulice Nowego Jorku, już jako realna postać. Wnosi w ten nowy, nieprzystępny świat swój urok i magię i nic już nie jest takie jak przedtem. A na pewno główny bohater, który proponuje jej nocleg, biorąc ją za niegroźną dziwaczkę. Księżniczka, jak to księżniczki mają w zwyczaju – czeka na swojego księcia, ale po drodze czai się zła wiedźma. Baśń wpleciona w szarą rzeczywistość. Jest intryga, jest miłość, jest tolerancja… Film dla dzieci 7 lat +

3.ToyStory. Nie wiem czy trzeba komukolwiek przedstawiać tę serię. (Niedawno w kinach pojawiła się 4 część). Fantastyczny, nietuzinkowy scenariusz, bo to film o zabawkach, a filmu o zabawkach jeszcze nie było. Mocno przemawia do najmłodszych, bo zabawki są zabawne. Wspierają się nawzajem, przeżywają przygody i mają silną potrzebę przynależności do dziecka. Także, spokojnie: wiek już 3+

4.Ratatuj. Filmu o szczurze też wcześniej nie było, a o szczurze-kucharzu to już w ogóle. Fajny pomysł na fabułę, niesamowity klimat Paryża, z francuską muzyką w tle. No i szczur, który pomaga chłopakowi z restauracji stać się wybitnym znawcą kulinariów. Dziecko poznaje tajniki gastronomii i przekonuje się, że szczury nie są aż tak bardzo fuj. Wiek: 8+

5.Piorun. I w tym wypadku muszę pochwalić oryginalność scenariusza. Piorun jest zwyczajnym psem, który sądzi, że jest niezwykły. Od urodzenia gra super-bohatera w kultowym serialu, jest wychowankiem filmowej wytwórni, mieszka w gwiazdorskiej przyczepie. Na pieski los nie może narzekać, jest uwielbiany przez aktorów, karmiony najlepszym żarciem. Tyle, że trochę spacza mu się rzeczywistość. Gdy podejrzewa, że jego filmowa pancia została porwana – rusza na ratunek, przekonany o swoich super mocach. Równie szybko zostaje sprowadzony na ziemię, i daleko od „domu” czuje się podwójnie zagubiony. Taki „Truman Show” i „Big brother” w wersji dla dzieci. Ale ogląda się dobrze. Wiek: 6+

Dobra, wystarczy. Oczywiście filmów wartych uwagi jest dużo więcej, ale obiecałam pięć i jest pięć, żeby nie przeciągać. Może kiedyś powrócę do tematu. Do listy jedynie – w imieniu Tamalugi – dopisuję współczesną „Balerinę”. To jedyny film, jaki Tamaluga może oglądać 3 razy z rzędu, a ja razem z nią, ale o Balerinie już pisałam osobną recenzję.

Tymczasem dziękuję za uwagę, i że dobrnęliście do końca. Ciekawa jestem waszego rankingu, nie wahajcie się zatem w komentarzach. 😀