Sherlock Holmes

2009, reżyseria: Guy Ritchie, scenariusz: Michael Robert Johnson, Simon Kinberg

Gdy dowiedziałam się, że w główną rolę zagra Robert Downey Junior byłam bardo sceptyczna. Nie aż tak, jak wtedy, gdy rolę Robina Hooda miał zagrać Russel Crowe, bo wtedy to aż parsknęłam śmiechem. Ale Roberta po prostu w tej roli nie widziałam. Nie dlatego, że go nie lubię – wręcz przeciwnie: jest jednym z moich ulubionych aktorów, że już nie wspomnę o wyglądzie, bo jest baaaardzo w moim typie… Po prostu nie mogłam sobie tego jakoś poskładać. Myliłam się, na szczęście. Po obejrzeniu filmu, nie byłam w stanie wyobrazić sobie nikogo innego.

Gwoli wyjaśnienia: od zawsze byłam wielką fanką postaci Sherlocka Holmesa. Psycho-fanką nawet, tak, nie boję się użyć tego słowa. W wieku 15 lat miałam za sobą przeczytane wszystkie możliwe wersje jakie kiedykolwiek ukazały się w Polsce (i nie tylko). Obejrzałam wiele filmowych i serialowych wersji. Ten film jest specyficzny i dlatego trzeba na niego spojrzeć inaczej, szerzej, z przymrużeniem oka i z dystansem, ale jest świetny. Nie wiem, na ile to zasługa reżysera, na ile scenarzysty, a na ile aktorów z Robertem na czele. Myślę, że wszystko na raz.

Sherlock jakim karmiłam się za młodu był stoicko spokojnym introwertykiem, skupionym na danym śledztwie, bez zbędnej otoczki, bez życia prywatnego, bez żadnych rozpraszaczy i huśtawek nastroju. Sherlock grany przez Juniora jest charyzmatyczny, nieobliczalny, bezczelny. Niesamowicie barwna postać wyłaniająca się spośród chaosu, którym się otacza, w który popadł. Uparty i konsekwentny, świadomy potęgi własnego umysłu, co jest także jego przekleństwem. Człowiek pełen sprzeczności; izoluje się, a jednocześnie mierzy z życiem i słabościami, których scenarzyści mu nie poskąpili. Wyskakuje z przydeptanych kapci swoich poprzedników i wskakuje na ring, na którym wygrywa, bo wykorzystuje do walki swoją słynną dedukcję. Eksperymentuje z używkami, czarną magią i nowoczesną technologią. Jednym słowem postać niesamowita, która przyciąga do ekranu jak magnez. Niewiadomo jak by skończył, gdyby nie głos rozsądku, głos doktora Watsona, który w odpowiednim momencie mówi „Hola, hola, porywczy detektywie” i porywczy detektyw stopuje. Albo nie. Zazwyczaj wciąga nieszczęśnika w swoje gierki, a ten cudem ląduje na czterech łapach. W postać pomocnika i przyjaciela tego wariata wciela się też świetny Jude Law. Razem są nie do pobicia.

Niewiele jest filmów, do których wracam, ale ten niewątpliwie do takich się zalicza. Fenomenalne efekty specjalne, wspaniałe zdjęcia, mistrzowska fabuła, a poza tym ciekawy scenariusz, tajemnica, tajemnica, tajemnica i mroczne ulice Londynu. Równie dobra jest druga część, z 2011 roku „Gra cieni”. Wróble ćwierkają, że kroi się trzecia. Nie mogę się doczekać.

Tootsie

reż. Sydney Pollack, 1982

To nie pierwszy film i nie ostatni, w którym facet przebiera się za kobietę, ale na pewno jeden z najlepszych. (Mogą się z nim równać tylko „Pół żartem, pół serio” i „Pani Doubtfire”). I to nie tylko dlatego, że gra w nim Dustin Hoffman. Po prostu to kawałek dobrego kina, w reżyserii świetnego Sydneya Pollacka, z pięknymi zdjęciami Nowego Jorku i cudowną oprawą muzyczną.

Michael Dorsey jest aktorem, który nie może znaleźć pracy ze względu na swój trudny charakter. Agent, pół żartem podsuwa mu pomysł spróbowania szczęścia w przebraniu kobiety. Michael wciela się w postać charyzmatycznej babki w średnim wieku i pod nazwiskiem Dorothy Michaels, udaje się na casting do mydlanej opery. Dostaje rolę i szybko staje się najpopularniejszą postacią w serialu. Michael mógłby długo cieszyć się sukcesem, gdyby nie przeszkodziły mu w tym sprawy sercowe. Gdy zaczyna darzyć uczuciem koleżankę z planu – staje przed niezłą rozkminą. Póki co próbuje zbliżyć się do niej jak… kobieta do kobiety.

Film, chociaż z założenia jest doskonałą komedią (i spełnia swoją rolę) to także ukazanie gorzkiej prawdy o walce płci, z której chyba żadna nie wychodzi zwycięsko. Że tak odkrywczo podsumuję – w pewnych sytuacjach lepiej być facetem, a w innych kobietą, cokolwiek to znaczy. A życie to jednak nie jest opera mydlana, w której kolejny odcinek można dopasować do bohaterów.

Bardzo dobry film. Do śmiechu i do refleksji. Dobre kino się nie starzeje.

Kevin sam w domu

Nie, to nie jest żart ani pomyłka. Chciałam napisać o filmie w świątecznym klimacie, i nawet przyszło mi do głowy kilka fajnych tytułów, ale muszę być szczera z wami i z samą sobą. Kevin jest jednym z filmów, które, według mnie,  najbardziej tworzą świąteczny nastrój. I to nie dlatego, że co roku jest puszczany właśnie w tym okresie.

Ciągle trudno mi uwierzyć, że film powstał gdy byłam nastolatką, że minęło już tak dużo czasu. Kevin był dla mnie powiewem świeżości. Filmem, który ma głębię i przesłanie. Trudno to wytłumaczyć komuś, kto urodził się już w czasach nastawionych na konsumpcję i komercję, i na kim takie kino nie robi wrażenia. Mam jednak nadzieję, że po mojej recenzji spojrzy na Kevina przychylnym okiem. Bo ja, na przekór wszystkim wyśmiewającym – będę Kevina bronić.

To był 1990 rok, czyli czas wielkich zmian w naszym kraju. Dotąd filmy były nam dawkowane, a ja miałam już szczerze dosyć ckliwych romansów pod choinką. Wtedy pojawił się Kevin, z całą swoją dynamiką, prostotą, a jednocześnie całkiem nowym pomysłem na scenariusz. Film akcji, komedia, w dodatku dla całej rodziny. Wiem, że puszczanie filmu w każde święta może do niego zrazić (mnie w te święta reklamami zrażono do piosenki Wodeckiego, którą uwielbiałam, także rozumiem). Jednak „za moich czasów” Kevina puszczano rzadko, ale mimo to, a może właśnie dlatego był zapowiedzią zmian. Zmian na lepsze. Jedną z wielu.

Jeszcze będąc nastolatką zakochałam się w muzyce z Kevina. Przez wiele lat usiłowałam ją odnaleźć (wtedy nie było Internetu), aż w końcu udało mi się ją zdobyć na płycie. Czy ktokolwiek przysłuchał się ścieżce dźwiękowej z tego filmu? Czy ktokolwiek wie, że większość utworów skomponował John Williams, autor muzyki z „Gwiezdnych wojen”, „E.T.”, „Harrego Pottera”? Genialny kompozytor, a jego „O, Holy Night” – pieśń bożonarodzeniowa, którą śpiewa chór w momencie gdy Kevin wchodzi do kościoła jest dla mnie po prostu MEGA!!!!

Fabuły chyba nie muszę nikomu przybliżać, wątpię czy jest ktoś, kto jeszcze tego nie oglądał. Moje córki, wszystkie trzy (Tomek też) bardzo go lubią i jest już naszą tradycją, że oglądamy go razem. Kevin jest filmem z przytupem, z werwą, z przesłaniem, a jednocześnie bawi i wzrusza do łez. Nie wiem jak wy, ale ja zawsze ryczę przy scenie z sąsiadem (a w Nowym Jorku z gołębiarką to już w ogóle, moje dziewczyny też, nawet wychodzą na tej scenie 😀 )

Ośmiolatek nie może być aż tak zaradny? Kogo to obchodzi! Ten jest i już. (Chociaż obie z Oliwią stwierdziłyśmy, że co jak co, ale że pralkę potrafi obsługiwać to już przesada 😀 ) Kevin w przekorny sposób pokazuje, jak czasami mało wiemy o swoich dzieciach, jak ich nie doceniamy, i to też jest zabawne. Fajnie jest ten film obejrzeć z różnych punktów widzenia: dziecka/nastolatka a potem dorosłego/rodzica. Cenne doświadczenie.

Poniżej wklejam tę moją ukochaną pieśń i śmieszną reklamę Google z dorosłym Kevinem.

CZERWONA KRÓLOWA

Obrazek posiada pusty atrybut alt; plik o nazwie ck-okladka.jpg

Dzisiaj miałam pisać o zupełnie innym filmie, ale się wyłamałam. Znowu napiszę o serialu. Telewizji publicznej nie oglądam już od kilku lat, ale czasami wędrując po kanałach, zwłaszcza po restarcie nagrywarki, przechodzę przez jedynkę i dwójkę. Zazwyczaj omijam je szybko, ale tym razem zaciekawił mnie tytuł, kliknęłam w informację, obejrzałam kawałek i wsiąkłam. Rosyjsko – Ukraiński serial liczy 12 odcinków i, jeśli ktoś zainteresowany to jest też na VOD, sprawdziłam.

Rzecz dzieje się w byłym Związku Radzieckim, w latach 50 – 80. Opowiada o losach sławnej radzieckiej modelki Moskiewskiego Domu Mody, co już samo w sobie jest kontrowersyjne.  Piękną Reginę Kolesnikową gra debiutantka – jeszcze piękniejsza Kseniya Lukyanchikova. Uwielbiam filmy oparte na faktach, ale trudno mi było uwierzyć w to wszystko, co przydarzyło się głównej bohaterce. Każdy odcinek wciąga niesamowicie i nie można doczekać się kolejnego.

Pod koniec lat 50 młoda dziewczyna, po tragedii w wiejskim, rodzinnym domu, ucieka do Moskwy. Tam zmienia imię na Regina, wynajmuje skromny pokój i wypożycza dużo książek. Po krótkim czasie niewiarygodnie poszerza swoją wiedzę, biegle włada czterema językami i uczy się dobrych manier. Tam też zakochuje się po raz pierwszy, a po rozstaniu z kochankiem dostaje się na studia do moskiewskiej szkoły filmowej. Przypadek sprawia, że odkrywa ją znana projektantka mody i Regina trafia na światowe wybiegi. Obcokrajowcy nazywają ją „Najpiękniejszą bronią Kremla” a KGB próbuje to wykorzystać. Niestety życie nie szczędzi dziewczynie cierpień, a ona sama wciąż dokonuje złych wyborów. 

Ponadto problemy życia codziennego; kariera, obsesyjna chęć posiadania dziecka, toksyczna miłość, zawiść między modelkami i tak dalej.

Świetnie dobrane postaci, niektóre groźne, inne śmieszne, wręcz karykaturalne w swych przekonaniach i działaniach. Społeczeństwo ukazano takim, jakie faktycznie jest: niejednakowe. Bo ludzie różnią się od siebie, różnili się i różnić się będą – oto prawda tego filmu (prawda ekranu, prawda..). Niektórzy członkowie czerwonej elity są wierni wpajanej im ideologii, inni są bezwolnymi niewolnikami czasów, w jakich się znaleźli.

Serial świetnie ukazuje realia głębokiej komuny: sowieckich ideologii, niedorzecznych wymogów i wszechobecnej paranoi rządzących. Przedstawia też dzielnych ludzi, próbujących przeciwstawić się panującym regułom i żyć według własnych zasad.

W tle, niby nic nie znaczące detale, takie jak:

– Gdzie pan dostał choinkę?

– Za rogiem.

– Długo pan stał w kolejce?

– Nie, tylko 3 godziny.

Doskonale oddające życie wtedy i tam. Zakaz przewożenia do kraju czasopism modowych, kolekcje muszące wpisać się w socjalistyczny wzorzec, zakaz produkcji kozaków (mało kto wie, że wymyślono je właśnie w Moskwie!)

Kim była prawdziwa Regina Kolesnikowa? Zadziwiająco mało jest informacji na ten temat. W Internecie można znaleźć kilka zdjęć i relacji z pokazów, ale prywatne życie tej kobiety owiane jest tajemnicą. I – jeśli chcecie obejrzeć serial – nie wyszukujcie, bo to odbierze wam całą radochę. A serial bardzo polecam, naprawdę.

 

Zdjęcia: teleman.pl, upflix.pl, granice.pl, radiozet.pl, eska.pl

Sprawa Kramerów

reż. Robert Benton, 1979

Kontynuacja serii „Stare ale jare”. I już sięgam pamięcią do roku 1979. Pamięcią filmową, rzecz jasna. Fabuła „Sprawy Kramerów” nie straciła na aktualności. Niestety. Niestety, bo dotyczy dziecka rozdartego emocjonalnie przez rozwodzących się rodziców.

Ted Kramer jest zapracowanym facetem w średnim wieku. Zajęty karierą, cały trud wychowania 7 letniego syna pozostawia żonie Joannie. Przyzwyczajony do takiego podziału ról, nie spodziewa się, że pewnego dnia kobieta postanowi opuścić rodzinę. Ted początkowo nie radzi sobie ani w kontaktach z synkiem, ani w codziennych obowiązkach. Nie potrafi pogodzić pracy z wychowaniem dziecka, co odbija się na jego życiu zawodowym. Z czasem ojciec i syn budują swój własny świat i nawiązuje się między nimi wyjątkowa więź. Ich poukładane życie burzy nagłe pojawienie się Joanny.

Film dostarcza wielu różnych emocji; między innymi wzrusza do łez, ale też rozśmiesza zabawnymi sytuacjami i dialogami. Widz sympatyzuje z Tedem i kibicuje mu do końca, ale trzeba przyznać, że nie ma tu ostrego podziału na dobrego i złego glinę. Wiele kobiet mogłoby utożsamić się z Joanną, wypaloną, zmęczoną, potrzebującą uwagi żoną i matką.

Świetnie ukazany obraz przeciętnego małżeństwa, doskonałego w swojej niedoskonałości, ich problemów wciąż aktualnych, niezależnie od czasów w jakich przyszło się z nimi zmierzyć. Doskonałe za to są sceny, świetnie dobrana muzyka, a obsada po prostu wymiata – Meryl Streep w roli Joanny i uwielbiany przeze mnie Dustin Hoffman jako Ted.

Pół żartem, pół serio

Jak wspomniałam w ostatnim wpisie, nowości kinowe jakoś mi nie leżą. To znaczy, właśnie leżą, gdy powinny stać na baczność sztywne jak… żołnierz na warcie, na ten przykład (wstydźcie się, no, naprawdę.) Kontynuuję zatem, tak raźno rozpoczęte filmy pod hasłem Stare-ale-jare, czyli filmy nie młode już, ale takie, które wywarły na mnie wrażenie, które z różnych powodów uznałam za ważne. Niektóre tytuły mogą was śmieszyć, że takie oczywiste, ale lepiej proponować film dobry, choć nie najnowszy, niż na siłę recenzować aktualny chłam.

Idąc tym tropem pomyślałam, że można cofnąć się w czasie jeszcze dalej i przypomnieć kultowe filmy, których młode pokolenie może w ogóle nie znać. I oczywiście takie, które poznać trzeba. A, przynajmniej jest to wskazane. A cofać się tak mogę do woli, do lat 70, 50, 30… Jest wśród nich tak wiele wartościowych tytułów, że chyba nigdy nie wyczerpię tematu. Ale i w tych wypadkach będę wierna filmom z tzw. głębią, nie sugerując się ich popularnością ani nagrodami, tylko zawsze własnym zdaniem. Być może nie wszyscy znajdą tam głębię, być może przy wyborze niektórych filmów pokieruje mną sentyment. Ale spróbujmy. No, to zaczynamy.

Dzisiaj na celowniku komedia Billy’ego Wildera z 1959 roku „Some Like It Hot”, czyli po polsku, nie wiedzieć dlaczego „Pół żartem, pół serio”. Nie przepadam za komediami, chyba że są świetne, a ta jest. Nie ma też znaczenia, że gra w nim Marilyn Monroe, którą lubię, bo akurat wyjątkowo to nie ona robi film. Film robi para facetów, których uwielbiam (Jack Lemmon i Tony Curtis), i którzy są w tym konkretnym przypadku po prostu rewelacyjni.

Rewelacyjny jest cały film, rzec można: klasyka gatunku, a raczej kilku gatunków. Trochę to musical, trochę kryminał, trochę film akcji, ale przede wszystkim humor, i to taki, że można się posikać. Wiele dialogów i cytatów z niego przyjęło się w powszechnym obiegu, takich jak na przykład „Nobody is perfect”.

Rzecz dzieje się w Chicago, w latach 30. Dwaj muzycy (saksofonista i kontrabasista) dorabiają grą w nocnych lokalach, które w czasach prohibicji są zakazane. Po nalocie policji uciekają i resztę kasy przegrywają na wyścigach psów. Pożyczając auto od znajomej, stają się przypadkowymi świadkami mafijnych porachunków. Niestety zostają zauważeni…  a potem jest już tylko śmiesznie. Jerry i Joe jako Josephine i Daphne zaciągają się do żeńskiej orkiestry i wyjeżdżają na Florydę. Mają tylko uciec przed gangsterami jak najdalej, i udając kobiety wmieszać się w tłum, nie wychylając się i nie pchając przed… tę orkiestrę. Jednak los ma wobec nich inne plany, a oni sami wplątują się w miłosne przygody i niesamowite sytuacje. Jednego z nich zauroczy Marilyn Monroe, jako nieświadoma swojej zmysłowości i mocno zakręcona Sugar Kowalczyk. Drugi stanie się obiektem westchnień… kogoś skrajnie innego.  Żarty sytuacyjne i dialogi wymiatają, akcja wciąga niesamowicie, a muzyka pięknie dopełnia całości. Bardzo, bardzo polecam.

Służące

The Help\ 2011\ Tate Tayler

Nie piszę dzisiaj o filmie nowym, bo nie miałam ostatnio okazji do obejrzenia dobrego kina. Brak czasu i brak szczęścia do filmów. Lubię filmy nieoczywiste i mało znane, lubię w tym szlamie odkrywać perełki. Niestety, ostatnio kiepski ze mnie poszukiwacz. Mam wrażenie, że twórcy ostatnich obejrzanych przeze mnie tytułów nieco inaczej rozumieją określenie „kina niezależnego”. Dla nich to chyba filmy, którym nie zależy. Ani na wartościowym przesłaniu, ani na reakcji widzów.

Wracam, więc, pamięcią do filmów nie najnowszych, które polubiłam i które z czystym sumieniem mogę polecić.

Dlatego dzisiaj „Służące” właśnie, bo ostatnio trafiłam na wywiad z odtwórczynią jednej z głównych ról. Właściwie powinnam napisać „ról drugoplanowych”, ale według mnie w filmie nie ma wyraźnej postaci pierwszoplanowej.  A wszystkie są świetne, dobrane idealnie. Zresztą grono aktorów zacne: Emma Stone, Viola Davis, Bryce Dallas, Jessica Chastain, Ahna O’Reilly, Allison Janney i Octavia Spencer, która ze tę rolę właśnie, otrzymała Oscara.

Akcja dzieje się w latach 60, w stanie Mississippi, czyli w jednym z najbardziej rasistowskich okresów i najbardziej rasistowskich regionów Ameryki.

Skeeter, marząca o karierze pisarki, wraca po studiach do rodzinnego, zamożnego  domu. Na miejscu odkrywa, że jej ukochana niania straciła pracę i miejsce w domu, który przez kilkanaście ostatnich lat był również jej domem, jedynym jaki miała. Skeeter nie może zrozumieć decyzji matki, ani dogadać się z lokalną społecznością, w tym z najbliższymi niegdyś koleżankami. Powoli zaczyna dostrzegać niesprawiedliwość, a nawet wrogość z jaką traktowani są czarnoskórzy mieszkańcy. Najbardziej przejmuje ją los kobiet, wynajmowanych do opieki nad dziećmi, kobiet, które często zmuszone są opuścić swoje rodziny na czas nieokreślony, by móc zarobić na utrzymanie. Opiekunki zżywają się z dziećmi pracodawców, traktując je jak własne, podczas gdy bogaci rodzice spędzają czas na rozrywkach. To nie matki karmią, tulą, bawią, zmieniają pieluchy, uczą wierszyków i wycierają zasmarkane noski. Wszystkim tym zajmują się czarnoskóre nianie, które oprócz tego sprzątają i gotują, otrzymując w zamian niewielką zapłatę.

Skeeter chce o tym wszystkim napisać. Chce, w porozumieniu z wydawcą, napisać książkę opartą na wspomnieniach tylu kobiet, do ilu zdoła dotrzeć. Na początku czarna społeczność do pomysłu i samej Skeeter odnosi się nieufnie. Niechętnie mówią o sobie, boją się, bo mają dużo do stracenia. W końcu jednak dziewczynie udaje się namówić jedną z nich, a potem otwierają się wszystkie. Powstaje przejmujący dokument o ludzkiej niesprawiedliwości, okrucieństwie i głupocie.

Film jest niesamowicie wciągający, barwny i po prostu ciekawy. Dramatyczne momenty przeplatają się z zabawnymi dialogami, rozbrajającymi scenami i zaskakującymi zwrotami akcji. Ukazuje próżność, hipokryzję i zakłamanie panien z dobrych domów w zderzeniu z cierpieniem, ale i głęboką mądrością ich służących. Jak wspomniałam na początku, wszystkie role są znakomicie obsadzone, a każda postać charyzmatyczna, jedyna w swoim rodzaju i zapadająca w pamięć. Ten film to mieszanka emocji, a jedyną jego wadą jest chyba niedosyt jaki czułam po obejrzeniu. Nie dlatego, że coś jeszcze mogło być dopowiedziane, ale dlatego, że pomimo długiego seansu (2h20min.), miałam ochotę na jeszcze.

 

MADRE

Madre, Chile, reż. Aaron Burns, 2016.

Trafiłam na kawałek niezłego, hiszpańskiego kina. No, dobra: chilijskiego. Thriller i dramat z elementami… horroru? Reżyser Aaron Burns tak poprowadził historię, że stała się realna i wciągająca. Nie jest to dzieło godne Oscara, ale na pewno warte zobaczenia. Ponadto świetnie obsadzone trzy główne role: Diany (Daniela Ramirez), Luz (Aida Jabolin) i Martina (Matias Bassi). Ten film nie ma nigdzie opisu, a wielu aktorów jest mało znanych ale trzyma w napięciu, nie jest przesadzony i napompowany. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to zakończenie. Mam wrażenie, że takie trochę nie do końca przemyślane, a na pewno można było wymyślić coś lepszego.

Diana wychowuje autystycznego syna Martina. Jej mąż, Tomas, pracuje w Japonii i przyjeżdża tylko co jakiś czas na kilka dni. Kobieta nie mogąc liczyć na jego pomoc w codziennych obowiązkach jest coraz bardziej sfrustrowana i wykończona. Zwłaszcza, że spodziewa się kolejnego dziecka. Autyzm Martina objawia się częstymi napadami szału, podczas których chłopiec bije Dianę, rzuca w nią przedmiotami, pluje. Nie można nawiązać z nim kontaktu; nie mówi, nie słucha, załatwia się w pieluchy, nie umie jeść samodzielnie i nie jest w stanie wykonać koło siebie żadnych czynności. Diana, dla własnego bezpieczeństwa, a przede wszystkim dla bezpieczeństwa syna – przywiązuje go w nocy  pasami do łóżka, a pokój zamyka na klucz.

Jej życie polega na bezustannym opiekowaniu się synem, na szeregu tych samych, powtarzających się codziennie czynności. Diana, pomimo skrajnego wyczerpania, bardzo kocha Martina i stara się być dobrą matką. Dodatkowego stresu dostarcza jej ciąża i strach o to, czy dziecko nie podzieli losu brata.

W końcu zatrudnia w roli niańki przypadkowo poznaną kobietę, Filipinkę. I wtedy… Wtedy to dopiero zaczyna się dziać… Dobra. Wystarczy.

 

THE HAUNTING OF HILL HOUSE

The Haunting of Hill House / Nawiedzony Dom na Wzgórzu / 2018

Miałam już skończyć z serialami (nie wierzę, że w ogóle zaczęłam) ale życie bywa przewrotne. Za namową Pani Seeker (i dzięki niej) obejrzałam jeszcze jeden. I za jej też (wcale nie nachalną) namową piszę tę recenzję.

Jak już wspominałam, z horrorów wyrosłam gdzieś pomiędzy osiemnastką a urodzeniem dzieci. Duchy, zjawy i inne wampiry przestały mnie bawić, a raczej zaczęły mnie bawić w dosłownym znaczeniu tego słowa. Podchodziłam więc do tego serialu jak do jeża, albo innego kleszcza, ale słowo się rzekło.

Pierwszy odcinek wydał mi się nudnawy, tak gdzieś do połowy, ale ja nie z tych, co łatwo rezygnują. Skoro „Sikerka” poleca to coś tam na rzeczy być musi. Istniało jeszcze prawdopodobieństwo, że robi sobie ze mnie jaja i poleciła mi jakiegoś gniota. Albo też – druga możliwość, znając jej zamiłowanie do horrorów – teoretycznie mogło jej się podobać wszystko, co horrorem jest. Tak, nawet gniot. 😛

W drugiej połowie akcja zaczęła się ożywiać na tyle, żebym odpaliła kolejny odcinek, a potem już poszło. Wciągnęłam się niesamowicie.

No, bo to niby jest horror. No, jest, niezaprzeczalnie. Tylko, że inny niż te, z którymi (za młodu) miałam do czynienia. Głębszy i zdecydowanie bardziej skomplikowany, chociaż oparty na zwyczajnej prozie życia.

Jeśli miałabym podsumować całość jednozdaniową refleksją, napisałabym, że tym co najbardziej nas przeraża jesteśmy my sami. We wszystkich możliwych znaczeniach tego śmiałego stwierdzenia. We wszystkich.

Akcja przeplata się ze sobą w dwóch zderzeniach czasowych. Dosłownie: zderzeniach. Mamy lata dziewięćdziesiąte i rodzinę wprowadzającą się do nawiedzonego domu. Mamy też czasy obecne i tę samą rodzinę, z dorosłymi już dziećmi, na której pobyt w owym domu odcisnął ogromne piętno. Wszyscy przecież byli świadkami niesamowitych zdarzeń, wszyscy przeżyli tragedię, co miało bezpośredni i pośredni związek z ich teraźniejszym życiem.

Olivia (Carla Gugino) i Hugh ( Henry Thomas, Elliott z E.T. 😀 ) są rodzicami piątki dzieci: Stevena, Shirley, Theodory, Luke’a i Nell. Zajmują się remontami starych domów, które potem sprzedają z dużym zyskiem. W każdym zabawiają nie dłużej niż kilka tygodni, przez co skazani są na ciągłe przeprowadzki . Oczywiście już sam ten fakt nie pozostaje bez wpływu na dzieci, ale do wszystkiego można przywyknąć i jakoś to dotąd funkcjonowało.

Z domem na wzgórzu jest inaczej. Ma swoją historię i swoje mroczne sekrety, a przede wszystkim – chociaż dorosłym jak zwykle trudno w to uwierzyć – jest nawiedzony. Z dziwnymi zjawiskami stykają się dzieci, ale cierpliwie znoszą wyjaśnienia o starych, zardzewiałych rurach, złych snach i innych rzeczach, bo przecież wszystko da się logicznie wytłumaczyć. Dom ich niszczy, żerując zwłaszcza na jednym z domowników. Wysysa energię, logikę i zdrowy rozsądek, pogarsza samopoczucie, zmusza do irracjonalnych zachowań. Gdyby tylko ktoś uwierzył dzieciom, to może wszystko potoczyłoby się inaczej.

W obecnych czasach najstarszy z rodzeństwa – Steven – jest pisarzem, który wybił się pisząc o nawiedzonych domach. Nieco młodsza Shirley prowadzi z mężem zakład pogrzebowy. Theo za dnia jest poważną panią psycholog, a nocami szaleje po nocnych klubach, licząc na przypadkowy seks. Luke jest uzależnionym od narkotyków nieudacznikiem, a Nell, jego siostra bliźniaczka –  rozchwianą emocjonalnie dziewczyną, której nikt nie traktuje poważnie.

Z odcinka na odcinek zagłębiamy się w ich życiu i jesteśmy świadkami przeplatających się ze sobą zdarzeń. Czasami tempo akcji i nakładające się na siebie historie przyprawiają o zawrót głowy, jednak szybko odzyskujemy równowagę i znajdujemy wyjaśnienie. Prawie wszystkiego.

Jak w wielu poprzednich, recenzowanych przeze mnie filmach, i tutaj powraca pytanie; w jakim stopniu przeżycia z dzieciństwa wpływają na nasze teraźniejsze życie. Na ukształtowanie osobowości, na siłę lub jej brak, na podejmowane decyzje; te ważne i te z pozoru bez znaczenia, a nawet na wykonywany zawód. I jeszcze jedno: czy definicja rodziny jest tylko urzędową formułką, która rozpadnie się w obliczu zagrożenia, czy też kręgiem bliskich sobie osób, które odrzucając dawne spory staną na wysokości zadania i będą dla siebie wsparciem.

Do Domu na wzgórzu, oczywiście, zapraszam 🙂

The Haunting of Hill House