SEARCHING

Searching, 2018, reżyseria i scenariusz: Aneesh Chaganty

Muszę przyznać, że film mnie zaskoczył. Bardzo pozytywnie. A to sztuka, zważywszy, że akcja dzieje się właściwie w jednym miejscu. W ogóle zauważyłam, że lubuję się ostatnio w filmach, gdzie akcja dzieje się w jednym miejscu albo gra niewielu aktorów albo pada niewiele słów. W „Searching” słów pada bardzo dużo, ale głównie pisanych – film jest jednym wielkim czatem internetowym. Jeśli ktoś jeszcze uchował się w dziewiczej ignorancji na temat portali randkowych, społecznościowych, streamingowych itede itepe – to natychmiast zostanie rozdziewiczony. Na godzinę i czterdzieści minut ekran telewizora zamienia się w ekran laptopa. Widzimy to, co widzi surfujący po Internecie bohater, wraz z nim otwieramy dziesiątki przeglądarek, czatujemy z ludźmi, kopiujemy i wklejamy treści. Razem z nim wahamy się nad każdym zdaniem, kasujemy, zmieniamy, szukamy właściwych słów… I szukamy jego córki.

Bo to zwykły facet jest. Ojciec samotnie wychowujący nastolatkę, która właśnie zaginęła. Człowiek, który już stracił żonę, a miłość do córki jest sensem jego życia. Może dlatego nie naciska, nie kontroluje, a gdy przychodzi co do czego okazuje się, że nie zna własnego dziecka, nie ma pojęcia o jej dylematach i wyborach, nie wie w jakich kręgach się obraca. Na pytanie pani detektyw, czy skontaktował się z przyjaciółmi córki z facebooka, odpowiada: „Tak. Każda z tych 94 osób tak naprawdę się z nią nie przyjaźniła”. Idealne podsumowanie wirtualnego życia młodych ludzi. Idealne, chociaż bardzo smutne.

Przeładowanie internetowych treści nadaje filmowi niesamowite wrażenie. Jak też całą masę związanych z tym odczuć, zachowań, tak nieobcych w dzisiejszym świecie. Sensacja podtrzymywana przez media, szukanie winnych, pochopny osąd i wirtualny wyrok.

W związku z tak oryginalnym przekazem trudno mi ten film sklasyfikować. Widnieje pod hasłem „thrillery”, ale z tym się nie zgodzę. Kryminał? No, tak, niewątpliwie, tyle że nie jest to tutaj wybijający się gatunek. Tak czy siak naprawdę polecam.

Pytanie do was, jakie nasunęło mi się po seansie mam tylko jedno: Jak daleko posunie się człowiek, żeby ratować swoje dziecko?

Reklamy

TOY STORY 4

No, oczywiście Toy story, jakżeby inaczej. Ta seria jest obecna w naszym życiu od zawsze. Oglądałam ją z dziewczynami, gdy były małe, a teraz z Tamalugą, która dwie pierwsze części zna niemal na pamięć. Ci, którzy znają moje zamiłowanie do filmów animowanych, wiedzą też, że jestem w tym temacie wybredna. Serii Toy story nie mam nic do zarzucenia. Wywołuje wiele emocji, a przede wszystkim wzrusza, zwłaszcza, że zabawki podchodzą bardziej pod moje dzieciństwo. Pomysł świetny, bez dwóch zdań, fabuła dopracowana w szczegółach. Mam tu na myśli pierwsze części, bo, niestety czwórka, moim zdaniem jest ogniwem najsłabszym. Nie znaczy to, że jest zła, na pewno warta zobaczenia, ale… No cóż, mam wrażenie, że została stworzona dla dorosłych odbiorców, tak trochę na siłę, na fali nostalgii i sentymentu. Na przedpremierowym pokazie obejrzeli ją głównie dorośli, i coś w tym jest.

Jak wiecie, Tamaluga nie wytrwała nawet 15 minut, ale szczerze mówiąc dobrze się stało. Tuż po jej wyjściu, baśń nabiera elementów horroru, zrozumiałych dla dorosłego widza. Dla dziecka już niekoniecznie.

Kto oglądał trójkę ten wie, że zabawki trafiły z rąk Andy’ego do obcej dziewczynki. Kontynuacja trzyma się faktów, ale chyba nie bardzo ma pomysł na to, co dalej. Podoba mi się to, że porusza ważne problemy psychologiczne, takie jak osamotnienie dziecka wśród innych dzieci, jego lęk przed nowym i nieznanym. Niewątpliwym plusem tej części, jak i poprzednich zresztą jest niezachwiana wiara w dzieci. W to, że kochają zabawki, takie prawdziwe zabawki, a nie elektroniczne gadżety. W to, że są z gruntu dobre. W to, że potrafią być oddanymi przyjaciółmi i że takiej przyjaźni szukają. I w to, że są tak przewidywalnie nieprzewidywalne. W tym wypadku Toy story wypełniło swoją misję.

Fabuła pokrótce, co by nie spoilerować, przedstawia się następująco:

Zabawki Andiego; szeryf Chudy, Jenny, Buzz i reszta stały się zabawkami Bonnie. Dziewczynka zaczyna przygodę z przedszkolem i trudno jej odnaleźć się w nowej sytuacji. Wtedy do akcji wkracza Chudy, podsuwając jej pomysł na stworzenie własnej zabawki. Zabawki adaptacyjnej, stworzonej co prawda ze śmieci, ale bardzo ważnej, bo będącej jej własnym dziełem. Tak rodzi się Sztuciek, czyli postać plastikowego widelca z rozbieganymi oczami. Jak ważny jest Sztuciek wie tylko Chudy, i gdy walnięty widelec ucieka ku wolności, to właśnie on wyrusza na poszukiwania. Tyle, że po drodze dużo się dzieje, a do szeryfa wraca przeszłość pod postacią zgrabnej pastereczki. Właściwie pastereczką to ona była w poprzednich częściach. Teraz jest waleczną rebeliantką. Nie jestem pewna, czy do końca odpowiada mi jej nowe wcielenie. Jestem natomiast pewna, że głos ma koszmarny.

To tyle. Resztę zobaczcie sami, jeśli macie ochotę i dziecko. Dziecko jest świetnym pretekstem do obejrzenia filmu 😀

AMADEUSZ

„Amadeusz”, 1984, reż. Milos Forman.

Dzisiaj nie będzie żadnej nowości, ani nawet filmu obejrzanego w ostatnich kilku latach. Wszystko przez konkurs na Filmwebie. Udziału nie wzięłam (między innymi dlatego, że nie dysponuję Mastercard), ale sam temat konkursu cofnął mnie do przeszłości, a na gębie pojawił się błogi banan.

„Jaki film sprawił, że pokochałeś kino?”

Pomyślcie, to wcale nie jest łatwe pytanie. Czy ktoś potrafi wymienić ten jeden, jedyny film, spośród tak wielu ulubionych? No i co decyduje o tym, że jest taki super; gatunek, reżyser, aktorzy, klimat, wspomnienie i tak dalej, a może wszystko na raz?

Gdy ktoś pyta mnie o ulubiony film, mimo że lubię ich naprawdę wiele, zawsze pierwszy przychodzi mi na myśl „Amadeusz”. Zanim przejdę do samego filmu, zacznę od tego, że zrobił na mnie ogromne wrażenie, i że przez całą noc nie spałam, i że zakochałam się w odtwórcy głównej roli.

I że długo czekaliśmy na ten film, aż wreszcie udało nam się go wypożyczyć, na nieco zjechanej kasecie VHS, z nieco naderwaną nalepką.

I że miałam wtedy z 10 czy 11 lat (do Polski dotarł z opóźnieniem), i że oglądałam go z mamą i babcią, siedząc w wygodnym fotelu. Bo to też ma niebagatelne znaczenie. Tak, to był właśnie ten klimat.

Muzyka Mozarta nie była mi obca. Jako wychowanka teatru znałam już wcześniej kilka arii i tytułów oper. Jednak wtedy czułam się jak bym odkrywała go na nowo. Zakochałam się w tym filmie, i bolałam nad faktem, że nie mogę podzielić się tym z koleżankami. Nie zrozumiałyby, a ja stałabym się dziwadłem jakimś, no.

Jednym słowem: ten film to arcydzieło. Dramat, sensacja, komedia, kryminał z elementami horroru, nastrój i autentyczność. Niesamowicie niesamowity Tom Hulce w roli Amadeusza. Charyzmatyczny, zabawny, uparty i bezczelny. Podobno Mozart właśnie taki był. Druga świetna kreacja to Salieri (F. Murray Abraham), podobno jego zabójca. Podobno – stąd wątek kryminalny. Reżyser to jeden z moich ulubionych reżyserów, więc nie wyobrażam sobie, żeby kto inny, niż Forman mógł się za to zabrać.

Tego filmu nie można obejrzeć jednym okiem, trzeba na niego mieć czas. Zwłaszcza, że trwa prawie 3 godziny. O muzyce chyba nie muszę  pisać – bo jest to oczywiście muzyka Mozarta, idealnie dobrana do poszczególnych scen, budująca napięcie i będąca osobnym bohaterem.

Ten film powinien zobaczyć każdy. I ten, kto lubi Mozarta, i ten, komu z nim nie po drodze. Gwarantuję, że po seansie go pokocha. I jego śmiech – zaraźliwy i nie do podrobienia. Bo to nie jest historia, daty i fakty, ale niesamowita opowieść o talencie, rywalizacji, chorej zawiści prowadzącej do zbrodni, złych i dobrych wyborach. Nikt nie jest wyłącznie czarną i wyłącznie białą postacią, dlatego wszystko jest takie realne i bardzo wciągające.

To jest potężna dawka emocji. Potężna. Od śmiechu, przez szok, po płacz i tak dalej.

Jeśli ktoś jeszcze nie widział, bardzo proszę żeby obejrzał. Bardzo proszę.

22 LIPCA

 

 

 

 

 

 

 

Reżyseria i scenariusz: Paul Greengrass, /Islandia, Norwegia, USA/ 2018

 

Powróciwszy z urlopu rzuciłam się w wir pracy pisanej, i po kilku dniach musiałam zrobić sobie przerwę. Poszukiwałam czegoś, co odmóżdża i relaksuje, i oczywiście trafiłam na coś zupełnie przeciwnego. Czasami lubię obejrzeć jakiś dramat, ale zdecydowanie jestem zbyt wrażliwa, żeby przyglądać się ludzkim tragediom, a co dopiero się przy nich relaksować. No, ale jeśli już zaczęłam…

To nie jest film na romantyczny wieczór we dwoje, ani taki, który można śledzić jednym okiem, gdy po pokoju biega rozsadzana energią Tamaluga. Do tego filmu trzeba się skupić i mieć odpowiedni nastrój.

O wydarzeniach, które rozegrały się 22 lipca 2011 roku, na norweskiej wyspie Utoya, wiedzą chyba wszyscy. W masakrze zgotowanej przez Breivika zginęło 77 osób, głównie nastolatków, a ponad 200 zostało rannych.

Film opowiada o tamtych wydarzeniach, dość wiernie przedstawiając samą  masakrę, ale – na szczęście – poświęcając jej zaledwie kilka minut, z ponad dwugodzinnego filmu. Cała reszta skupia się na losach ofiar, polityce, procesie i postaci samego Breivika. Dowiedziałam się wielu rzeczy, o których nie miałam pojęcia.

Film ukazuje przede wszystkim norweskie prawo karne, tak niedoskonałe w swojej doskonałości. Widz przeżywa wiele emocji, spośród których frustracja wysuwa się na prowadzenie. Wiedzieliście, że morderca podczas przesłuchania zajadał się pizzą, pił coca-colę, zachowywał się swobodnie, wręcz nonszalancko i uśmiechał się do wszystkich? Wiedzieliście, że w pewnej chwili przerwał przesłuchanie i zażądał opatrzenia palca, tłumacząc, że skaleczył się odłamkiem czyjejś czaszki?

Albo o tym, że gdy wszedł na salę sądową przywitał wszystkich gestem „heil Hitler (czy też salutem rzymskim, bo jeśli już wybielać, to do końca)?

Nie sposób uniknąć skojarzenia z ostatnimi wydarzeniami w Polsce, gdy wybuchła afera wokół aresztowania mordercy 10 letniej dziewczynki. Za szybko go zaskoczyli, niepotrzebnie skuli, nie pozwolili się odziać, i tak dalej… Przy Breiviku pełna kulturka: Dzień dobry, proszę pana, pan pozwoli…

Anders Behring Breivik pewny siebie i dumny ze swoich czynów, ten sam, który z procesu zrobił farsę, a w mowie obronnej wygłosił pseudo patriotyczny manifest. Dla przeciwwagi – rodziny ofiar i chłopak, który na zawsze pozostanie fizycznym i psychicznym kaleką. Marna to przeciwwaga? Być może, ale film niesie pozytywne przesłanie. Wybieram życie, mówią ci, którzy ocaleli. Rodzina i przyjaciele to wsparcie, jakiego Breivik nigdy nie miał i mieć nie będzie. Próżno tłumaczyć jego czyny trudnym dzieciństwem, bo przecież miał wybór. Każdy ma wybór.

Co do strony technicznej… Jestem mile zaskoczona aktorskimi kreacjami, zwłaszcza Jonasa Stranda Gravila w roli ofiary i Andersa Danielsena Lie, grającego Breivika. Właściwie nie ma się co dziwić, bo Greengrass jest świetnym reżyserem, znanym chociażby z „Ultimatum Borne’a”, czy uwielbianego przeze mnie „Lotu 93”.

Fajnym zabiegiem są wiadomości z radia i telewizji, uzupełniające ogólny przekaz i urywane w połowie zdania. Film może momentami dłużyć się nieco, ale naprawdę warto obejrzeć go do końca.

 

 

UCIECZKA Z DOMU OBŁĄKANYCH

Escaping the Madhouse, 2019, reż. Karen Moncrieff

 

Szukałam filmu nowego, i takiego, który przynajmniej swoim tytułem, oddałby idealnie stan mojego ducha. No i proszę: strzał w dziesiątkę.

To nie jest horror, nawet klimatem nie jest do niego zbliżony. To jest thriller z elementami dramatu, chociaż nie, odwrotnie: dramat z elementami thrillera.

Już na samym początku, dosłownie w pierwszych sekundach, czyli w chwili przedstawienia się bohaterki z imienia (nazwiska nie dosłyszałam), wiedziałam o czym będzie film. Historię Nellie Bly przybliżono nam na studiach dziennikarskich. Była niemal moją bohaterką. Tak, więc, na początku filmu znałam już jego zakończenie. Ten drobny szczegół nie zniechęcił mnie, bynajmniej, a wręcz zaostrzył ciekawość. Ale jeśli ktoś nie wie, kim była owa zacna niewiasta, bo miał na tyle oleju w głowie żeby nie iść na dziennikarstwo, to niech sobie jej nie gugluje, bo ominie go połowa frajdy.

Napiszę tylko… Albo nie. Niewiedza jest błogosławieństwem. Zazwyczaj. W tym wypadku jest. Będziecie mieć inne spojrzenie.

Film jest, jak się już zdążyliście zorientować, oparty na faktach. Jak to ująć, żeby nie zdradzić fabuły? Może tak: jego motywem przewodnim jest poświęcenie (nie wiem, czy sama zdobyłabym się na podobne). Padają w nim znane (chyba nie tylko w branży) nazwiska i tytuły : Pulitzer, Hearst, „New York World”.

Akcja dzieje się w roku 1887, w Zakładzie psychiatrycznym dla kobiet na Blackwell’s Island. Pacjentki trafiają tam z różnych powodów, wiele z nich jest zupełnie zdrowych, ale na przykład nie znają języka angielskiego, są zbyt biedne, by dochodzić swoich praw, czy też cierpią na amnezję. Szpital zarządzany jest przez despotyczną przełożoną pielęgniarek – panią Grady. Powiedzieć, że stosowane przez nią metody terapii są kontrowersyjne, to zdecydowanie za mało. (Swoją drogą, Judith Light wypadła w tej roli bardzo przekonująco). Pani Grady szczególnie okrutnie traktuje dziewczynę bez tożsamości, graną przez Christinę Ricci (to jedyna znana mi aktorka, która jest jednocześnie przerażająca i urocza, nie ogarniam tego). Dziewczyna owa, nie tylko usilnie próbuje odzyskać pamięć, ale przy okazji pomaga innym „osadzonym”. Bo psychiatryk na wyspie jest jak więzienie – nikt z niego nie wraca.

Nie sugerujcie się tytułem ani plakatem. Film nie ma w sobie nic z horroru, ani z groteski. To kawałek dobrego kina i ciekawego tematu. Dobrze się ogląda, polecam.

 

TRZY BILLBOARDY ZA EBBING, MISSOURI

2017

 

Film jest…………………………… dziwny.

Chciałam go zobaczyć, od pierwszego zwiastuna, bo pomysł na scenariusz dobry i niebanalny. No i zobaczyłam, i nadal uważam, że pomysł dobry, lecz wykonanie nie takie, jak to sobie wyobrażałam. No, dziwne. Niemniej, oderwać się jakoś było mi trudno.

W filmie jest dużo wulgaryzmów, także wrażliwym, odradzam. Padają one głównie z ust bohaterki (do księdza: Dopił ojciec herbatkę? To teraz niech wypierdala z mojego domu), ale bluzgają też inni.

Trochę krwi też się leje, jak to w małych mieścinach bywa.

Korupcja i rasizm, jak to w małych mieścinach bywa.

Mała mieścina, zamknięta społeczność i matka, desperacko walcząca o sprawiedliwość, czyli odnalezienie mordercy córki. Gdy lokalna policja zawodzi, kobieta wpada na dość osobliwy pomysł. Postanawia wynająć zapomniane billboardy, na drodze dojazdowej do miasteczka, i umieszcza na nich hasła oskarżające opieszałość policji, zwłaszcza szeryfa. Nie podoba się to lokalnym mieszkańcom. Bardzo nie podoba. Próbują prośbami, groźbami, szantażem. Czy ona ma coś do stracenia? Tak; wciąż ma syna, przyjaciół i pracę.

Reszty nie zdradzę.

Film jest na tyle osobliwy, że w trakcie oglądania, musiałam upewnić się, że to nie Tarantino.

Jednak osobliwy, nie znaczy gorszy. Po prostu inny, trzeba mieć na niego fazę.

Historia, zrazu powolna, tocząca się swoim rytmem, by za chwilę przemienić się w kino akcji, takie, że półka opada. Absolutnie nieprzewidywalna.

W tym szaleństwie jest metoda i – co zadziwiające – głębokie przesłanie.

Frances McDormand w roli głównej bohaterki, Mildred to mistrzostwo świata. Jej brzydka twarz i udręczona dusza przyciągają jak magnez. Nie można oderwać od niej wzroku. Pozwoliłam sobie ją wyguglować i w ten sposób dowiedziałam się, że za ową rolę dostała Oscara… Sam film nominowany był w siedmiu kategoriach.

Za swoją rolę Oscara otrzymał również Sam Rockwell, grający Dixona. Jego postać to policjant maminsynek, oderwany od rzeczywistości rasista i homofob. Rozchwiany emocjonalnie, bez własnego zdania, ale tęskniący do celów wyższych, pragnący autorytetu.

Już dla samej dwójki tych bohaterów warto obejrzeć  film.

Ponadto, takie nazwiska, jak Woody Harrelson (chyba znany większości), czy Lucas Hedges (główny bohater mojej poprzedniej recenzji „Boy Erased” – no proszę, dopiero go poznałam i znów na niego trafiłam).

 

 

Boy Erased

Boy erased / Wymazać siebie/ 2018. reż i scen. Joel Edgerton

 

To nie jest propozycja dla wszystkich. Znerwicowanym mamom, homofobom oraz miłośnikom szybkiej akcji, serdecznie odradzam.

Jak to zazwyczaj bywa z trudnymi tematami – trudno o nich mówić. Postaram się, jednak wyjaśnić moje osobiste podejście, żebym nie była źle zrozumiana. Nie mogę powiedzieć, że homoseksualizm jest dla mnie czymś naturalnym, bo nie jest. Prawdopodobnie dlatego, że mnie nie dotyczy, trudno jest mi zrozumieć. Jednak to, że nie rozumiem, nie znaczy wcale, że tego nie ma, albo że jest nienormalne. Co więcej, jak już nieraz wspominałam, często obracałam się – że tak to nazwę – w gejowskich kręgach. Z dwoma gejami się przyjaźniłam, z trzecim pracowałam, z czwartym otworzyłam biznes, piąty, szósty i siódmy to moi bliscy sąsiedzi, ósmy i dziewiąty byli niańkami moich dzieci. Tyle w skrócie. Lubię ich wszystkich, ale nie dlatego, że są gejami i na siłę próbuję przełamać stereotyp, ale dlatego, że są porządnymi ludźmi. Przebywając długi czas w ich towarzystwie, w ogóle zapominałam o ich preferencjach, bo po pierwsze guzik mnie obchodziły, a po drugie ich zalety spychały wszystko inne na dalszy plan.

To tyle słowem wstępu, co by nie przedłużać.

Film „Boy Erased” od jakiegoś czasu wisiał u mnie w kinowych propozycjach. Zdecydowałam się w końcu go obejrzeć, przez program na który trafiłam kilka dni temu. Dowiedziałam się z niego, że w wielu miejscach w Polsce wciąż jeszcze uważa się homoseksualizm za chorobę. Chorobę, z której, rzecz jasna, można się wyleczyć. Dziennikarka TVN zrobiła prowokację, dzwoniąc do takiej „kliniki” jako lesbijka, chcąca być hetero. Pan doktor (?) oświadczył, że owszem, oczywiście jest to możliwe i on, ten pan doktor ją uleczy.

Pomijając osobiste ludzkie uprzedzenia – kto jak kto, ale lekarz to chyba powinien wiedzieć, że już w latach 70 oficjalnie wykreślono homoseksualizm z listy chorób. Trzeba też przyznać, że od tamtego czasu poczyniono ogromne (szeroko rozumiane) postępy w tym temacie. A tutaj znowu witamy w zasiedmio-ciemno-grodzie.

Ale do brzegu, kobieto…

Obejrzałam więc film „Boy Erased”. Jest to prawdziwa historia pisarza Gerrarda Conleya.

Jest spokojny i miły osiemnastolatek, Jared (Lucas Hedges). Jest jego ojciec – pastor z przysadzistą posturą i sporym brzuszkiem, który w napisach końcowych okazał się być Russellem Crowe. (Szok! Przez cały film zastanawiałam się, skąd znam tę twarz). Jest i praworządna matka, Nicole Kidman, której czas się, cholera, nie ima, więc wygląda, jak wygląda. Jest też Joel Edgerton w roli charyzmatycznego uzdrowiciela (oraz reżysera i scenarzysty).

Wierząca rodzina pastora. Nadzieje pokładane w jedynym synu, który wykazuje skłonności homoseksualne. Kontrowersyjna metoda uleczenia.

Reszty możecie domyślić się sami. Albo po prostu obejrzeć film.

To kolejny film skłaniający do refleksji i kolejny, który pokazuje jak ważne jest wsparcie bliskich w problemach dorastającego człowieka. Być może też jest odpowiedzią na wiele pytań. Kto w chwili największej próby poda nam rękę? Bóg? Rodzice?

 

 

BIRD BOX

 

Bird Box („Nie otwieraj oczu”), reż. Susanne Bier, 2018

Co mnie skłoniło do obejrzenia tego filmu? Już wam mówię: czelendże. Najpierw przeczytałam, że bandy idiotów na całym świecie, po owym seansie, zaczęły podejmować kretyńskie wyzwania. Zaczyna się od zawiązania oczu tak, jak bohaterowie filmu, a potem na ślepo robi się różne dziwne rzeczy, w tym prowadzi samochód, biega nad przepaścią, rzuca do wody i tak dalej. O ile dwa ostatnie wyzwania nie robią na mnie wrażenia, o tyle za pierwsze, narażające życie innych,  wytargałabym za uszy i tuż nad ową przepaścią – sprzedała konkretnego kopniaka.

Niby wiem, ale wciąż mnie zdumiewa, co ludzie potrafią zrobić dla oglądalności.

Susanne Bier to duńska reżyser, znana i uznana na świecie. Możemy ją kojarzyć z takimi filmami, jak „Serena”, „Druga szansa”, „Lepszy świat”czy miniserialem „Nocny recepcjonista”. Grywają u niej naprawdę dobrzy aktorzy, ale chyba czasami to wyłącznie oni „robią film”.

Oglądając „Bird Box”, (który to tytuł jakiś geniusz przetłumaczył na „Nie otwieraj oczu”) nie sposób uniknąć skojarzenia z filmem „Ciche miejsce”, który recenzowałam w listopadzie. Tutaj też rozgrywa się walka o przetrwanie, tutaj też, aby przetrwać, nie należy czegoś robić. Tam nie mówić, tu nie patrzeć. Brakuje, co prawda, krwiożerczych bestii (chociaż, kto wie? W końcu wszyscy mają zamknięte oczy), ale w zestawieniu to właśnie „Ciche miejsce” wydaje mi się bardziej wiarygodne. Nie dlatego, że łatwiej mi uwierzyć w bestie, niż w niewidzialne coś, ale z powodu rozciągnięcia w czasie, na przykład. Po prostu trudno uwierzyć, że można przeżyć tak długo w jednym miejscu. Poza tym jakieś to takie naciągane momentami. Czasami miałam wrażenie, że film dużo traci siląc się na horror/thriller, którym przecież miał być z założenia.

Fabuła w maksymalnym skrócie: Do Ameryki nadciąga jakaś nadprzyrodzona siła, a ludzie, którzy na nią patrzą robią sobie kuku. Takie sepuku kuku. Czym jest ta siła? Jak dokładnie działa? Nie wiadomo. Wiadomo, że przybyła z Europy (szok: nareszcie to nie my czerpiemy z Ameryki, tylko na odwrót) i że może przybrać ludzką postać.

Przypadkowi ludzie znajdują schronienie w randomowym domu i jakoś próbują przetrwać. No i tutaj właściwie akcja mogłaby umrzeć śmiercią naturalną, ale nie umiera. No przecież coś musi się dziać. Przy okazji, żeby nie było tak miło, zawiązują się nie tylko przyjaźnie, ale i niechęci (patrz: John Malkovich).

Koniec końców, największym złem okazują się chyba ludzie z krwi i kości, agresywni szabrownicy, przez których bohaterka wraz z dziećmi musi opuścić bezpieczne lokum.

Sandra Bullock w porównaniu do Emilly Blunt z „Cichego miejsca” wypada trochę gorzej. Może dlatego, że reżyser chyba nie miał na nią konkretnego pomysłu. Na początku jest cyniczna i wyniosła, potem nieco bardziej wylewna, a potem staje się zimną suką, chociaż z założenia to postać pozytywna.

Jednak film trzyma w napięciu, no i jak zawsze podkreślam, wart obejrzenia, chociażby po to, by wyrobić sobie własne zdanie. Poza tym lubię filmy, w których dominuje nieznana siła. O!

WHITNEY 2018

 reż. Kevin Macdonald, /USA, Wielka Brytania/

 

Że tak już pozostanę w klimacie niedawnego wpisu.

Z filmem biograficznym jest dokładnie tak, jak z książką. Nadal dzielę ludzi na 4 grupy, o czym pisałam ostatnio. Uważam jednak, że im bardziej kolorowa postać, tym chętniej się po nią sięga. Bez względu na to, czy się ją lubi czy nie. Tak myślę.

Czekałam na ten film, i to nie tylko dlatego, że lubię Whitney. Czekałam, bo według zapowiedzi, to jedyny film w pełni zaakceptowany przez rodzinę piosenkarki. Rodzinę, która w filmie bierze czynny udział, chętnie się wypowiada i udostępnia zdjęcia i nagrania.

Jako miłośniczka głosu  Whitney nie mogłam tego przeoczyć.

Jako zwykły odbiorca nie mogłam tego przeoczyć.

Ale teraz tak: Myślałam, wręcz byłam pewna, że obraz będzie wypaczony, przesłodzony, wiadomo. Nic z tych rzeczy: mile się zaskoczyłam. Nie ze względu na treść, ale na prawdę. Szczerze mówiąc byłam w szoku, jak jej bracia jawnie i nieskrępowanie opowiadają o narkotykach, alkoholu i imprezach. Jak przyznają, że sami ją w to wciągnęli. Jak biorą na siebie całą odpowiedzialność. Co najbardziej mnie uderzyło, to efekt bardzo trudny do uzyskania: z każdego słowa krytyki, wypowiadanego przez członka rodziny przebijała ogromna miłość do niej. To było tak uchwytne i namacalne, że aż trudne do uwierzenia.

Whitney pokazano w różnych momentach życia, ze wszystkimi odcieniami, bo nikt z nas nie jest czarny albo biały. Ona też nie –  i to dosłownie. „Zbyt czarna dla białych, zbyt biała dla czarnych”, i to był jeden z jej największych problemów, ale i punkt wyjścia. Kryzys tożsamości, niepewność tego, kim jest, i kim chciałaby być.

Dorastanie w getcie, problemy w szkole, rasizm, nietolerancja, molestowanie, ale też plany i marzenia, wszystko to dotyczyło wielu ciemnoskórych dzieciaków. Udało się nielicznym, i Whitney była w gronie tych szczęśliwców. Na początku. Potem sława, pieniądze i zupełnie inne problemy. Myślę, że najbardziej załamała ją utrata zaufania do najbliższych.

Co do technicznej strony filmu, mogłabym się przyczepić do kilku rzeczy. Wydarzenia, co prawda, pokazane są w odpowiedniej kolejności, ale gdzieś tam ta chronologia jest zaburzona. Może wynika to z tego, że autor za bardzo skupiał się na faktach – moim zdaniem – mniej istotnych, przez co te, które wydają mi się ważne, pominął lub przeleciał szybko po łebkach żeby zmieścić się w czasie. W związku z tym powstało kilka sporych luk, które powinny być wypełnione. Reżyser, dysponując kilkoma zdjęciami i filmami stara się stworzyć opowieść, otrzymując w rezultacie (niepełny) dokument. Akcja ma bardzo szybkie tempo, co paradoksalnie ją osłabia.

No, ale kto tak naprawdę jest głównym odbiorcą? Oczywiście fani, którzy nie będą oceniać technicznej strony filmu. Im zależy na piosenkach, nieznanych fotkach i materiałach video, a tego mają pod dostatkiem. Niepublikowane dotąd filmy, a raczej kilkusekundowe zapisy, naprawdę zaskakują. Whitney jest pokazana zupełnie prywatnie, bez makijażu, w swoich lepszych i gorszych dniach, śpiąca, jedząca, oglądająca telewizję. Jest Whitney na scenie, w blasku chwały i Whitney w chwilach kryzysu; nieobecna lub pozwalająca sobie na niecenzuralne słowa (np. co naprawdę myśli o Pauli Abdul i Janet Jackson).

Film warty uwagi, momentami zabawny, momentami bardzo wzruszający, więc, oczywiście, polecam. Nie tylko fanom.

Zdjęcia pochodzą z wizerunekkobiety.pl