WYGRAĆ HOLLYWOOD, PRZEGRAĆ ŻYCIE…

Justyna Kobus „Wygrać Hollywood, przegrać życie. 14 wersji życia gwiazd kina” (2018)

Prababka Bette Davis była czarownicą z Salem.

Matka Jane Fondy większość życia spędziła w zakładzie psychiatrycznym.

Meryl Streep nazywano w dzieciństwie terrorystką.

Rita Hayworth była ofiarą molestowania przez bliską osobę.

Jak już wspominałam, biografia jest jednym z moich ulubionych gatunków. A gdy mam podane w pigułce i na tacy biografie kilkunastu osobowości ze świata kina, to już w ogóle kwiczę z rozkoszy. No więc tak…

Na okładce fotka Audrey Hepburn i Julii Roberts. Nie ma sensu ukrywać, że to Julia właśnie przyciągnęła moją uwagę. Ale! Zanim dotarłam do jej historii, poznałam Polę Negri, Bette Davis, Jane Fondę i tak dalej… Dowiedziałam się takich rzeczy, że….. O, na przykład do Brigitte Bardot miałam dotąd stosunek nijaki, ale po przeczytaniu książki szczerze jej nienawidzę.

I to nie jest tak, że książka jest atakiem. Autorka jest po prostu szczera, no i bezstronna… a w każdym razie stara się jak może (bądź co bądź, nie są to anonimowe osoby, więc przeważnie nasz stosunek do nich jest jakiś). Wiedzę czerpie z publikacji osobistych biografów każdej z tych postaci. Jest kilka drobnych błędów, ale nie mają znaczenia, bo tekst jest spójny i łatwy w odbiorze. Nawet jeśli coś tam się rozstrzeliło w czasie, to jest wyjaśnione i ma swoją kontynuację. Fakty trzymają się kupy i chronologii, a przede wszystkim są ciekawie opisane.

KRAINA CHICHÓW

Kurcze. Kompletnie nie wiem, od czego zacząć, co napisać i w ogóle, bo książka jest… specyficzna. Dostałam ją na urodziny od Dżeka, a było to tak:

Dżeku: Muszę dorwać gdzieś „Krainę Chichów”.

Ja: Chyba nie znam.

Dżeku: No, jak to nie znasz?! Jonathan Carroll. Przecież sama mi go poleciłaś.

Ja: Na pewno nie.

Dżeku: To nie ten gościu, który kochał Goldeny retrievery, i dzięki niemu miałaś Pana Roniowego, który goldenem był w istocie?

Ja: W istocie goldenem był, ale pokochałam go przez Koontza.

Dygresja: Tak faktycznie było. W latach młodzieńczych zaczytywałam się w Koontzu, a w prawie każdej jego książce pojawiał się pies rasy golden. Zaraził mnie tą miłością i wiedziałam, że będę mieć goldena. I miałam Pana Roniowego.

Gdy zaczęłam czytać „Krainę Chichów” tak bardzo przypominała mi styl pisania Koontza, że wybaczyłam Dżekowi pomyłkę. Aż sobie wyguglowałam autora, czy nie jest czasami alter ego Koontza, ale nie. Jonathan Carroll jest odrębnym bytem, co więcej – ma dużo wspólnego z Polską. Okazuje się, że syn samego Stanisława Lema, naszego rodzimego Lema, brał u Jonathana Carrolla lekcje języka angielskiego. To Lem wypromował jego książki w Polsce, i właśnie tutaj rozchodziły się jak świeże bułeczki. Sam autor odwiedza nasz kraj bardzo często, a ostatnio był nawet w moim mieście! „Kraina Chichów” jest jego pierwszą powieścią, więc tym bardziej wielki szacun.

I faktycznie, on też ma świra na punkcie psów, ale są to bulteriery.

Ale wracając do książki. Ja wiem, że nie każdy lubi ten gatunek: mieszaninę horroru, komedii i fantastyki. Gatunek nazywa się Urban fantasy. Ja sama nie przepadam, ale ta książką jest świetna i chcę jeszcze i jeszcze! Niesamowita, nietypowa, niebanalna i nie… mogłam się od niej oderwać.

Nie chcąc zdradzać fabuły, napiszę bardzo ogólnie.

Tomasz jest miłośnikiem twórczości pewnego pisarza, na którym się wychował. Facet tworzył książki dla dzieci, i Tomasz postanowił napisać jego biografię. W tym celu udaje się w daleką podróż do małego miasteczka, gdzie mieszkał pisarz i gdzie wciąż mieszka jego córka. W podróży towarzyszy mu nowa miłość – nieco zwariowana lalkarka Saxony. Mieszkańcy początkowo witają ich serdecznie, a miejsce wydaje się być rajem na ziemi. A potem nic już nie jest takie, jakim się wydaje. Granica między rzeczywistością a wyobraźnią zaciera się tak bardzo, że nawet czytelnik może mieć z tym problem.

Gdyby wyobrazić sobie, że pisząc, o czymkolwiek, tworzymy nową rzeczywistość?

To tyle.

Nie mogę więcej.

Polecam.

 

GŁĘBOKO UKRYTE

 

Głęboko ukryte, 2017

To całkiem niezły kryminał, trochę w klimacie Sherloka osadzonego we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Rolniczych stanach. Zamiast uliczek Londynu – pola kukurydzy. Zamiast listów na pergaminie – smsy i e-maile.

Fabuła może wydawać się oklepana: zabójstwo sprzed lat, ucieczka od przeszłości i ostateczny do niej powrót, a w tle miasteczko, dom, intryga i kolejny trup. Jednak to dobra podwalina do całkiem zgrabnej historii. Co dzieje się w rodzinie – pozostaje w rodzinie, chociaż główna bohaterka Sara, nie do końca czuje się jej częścią. Co prawda jest żoną człowieka, który do tej konkretnej rodziny zdecydowanie należy, ale ona sama nie zna pozostałych członków. Nie zna nikogo, ale z miłości do męża wyrusza z nim w podróż do przeszłości żeby pomóc mu uporać się ze zmorami z dzieciństwa. Odczuwa nieodpartą chęć wyszperania kilku sekretów – w końcu jest dziennikarką – przez co sama wplątuje się w intrygę i naraża na niebezpieczeństwo. I chciałaby, i boi się, ale to nie jest strach o własne życie. Boi się tego, co znajdzie, gdy zacznie kopać zbyt głęboko, wszak wszystko dotyczy rodziny jej męża i jego samego, czyż nie? A najbardziej przeraża ją to, że nie wie komu może zaufać. I zadaje sobie zasadnicze pytania: Czy można spędzić z kimś całe życie i powiedzieć, że zna się go tak naprawdę? Albo na odwrót: Czy można pochopnie zwątpić w człowieka, którego zna się całe życie?

No, trochę refleksji w tym jest. Ale spokojnie, to przede wszystkim dobra wciągająca lektura.

NOSTALGIA ANIOŁA

Nostalgia Anioła. Przyznać się, kto oglądał film? Ja oglądałam, więc tym chętniej sięgnęłam po książkę.

Autorka ma świetny styl pisania, po prostu ładny, przez co wciągający. To po pierwsze. Historia jest opowiedziana na tyle ciekawie, że przedłużające się momenty nie drażnią, raczej dopełniają całości.

Narratorem jest brutalnie zamordowana czternastolatka, siedząca w podniebnej altanie gdzieś, między światami. Spogląda w dół na rodzinę, przyjaciół i obcych ludzi, w tym na swojego mordercę i opisuje wszystko, co widzi. Słyszy ludzkie myśli, czuje ludzkie emocje, ale nie może na nie wpłynąć, chociaż właściwie sama jej śmierć już wpłynęła na wiele osób i na przyszłe wydarzenia.

Taka forma narracji i abstrakcja sytuacji, o dziwo, nie mają w sobie nic z kiczu. Stawianie głównej bohaterki w pozycji narratora sprawia, że jej postać nie jest nachalna, że odsuwa się nieco na dalszy plan.  W końcu dziewczyna już nie żyje, więc narobiła wystarczająco dużo zamieszania. Jest to wyraźne przesłanie, jedno z wielu w książce, że ludzie skupiający się na utracie bliskiej osoby, przestają dostrzegać innych.

Postaci są wiarygodne. W większości. Nie do końca przekonała mnie matka, ale podobno każdy przeżywa stratę na swój sposób. Poza tym załamany psychicznie ojciec, zagubiona siostra i brat, który ledwo pamięta Susan, ale jako jedyny ją widuje. Bardzo wyrazista postać babci, która ma chyba wszystkie cechy jakich babcie nie mają.

Momentami książka bywa frustrująca. Człek zapiernicza po stronach, bo już, bo za chwilę… a tu znowu fałszywy alarm. Bluzga pod nosem przy naciąganych wersjach mordercy, i przy naiwności policji. (I przy poczynaniach matki! Nie zapominajmy o matce.)

Film miał zdecydowanie większą dynamikę, ale efekt z kolei psuło rozwlekanie sielankowych scen w niebiosach. W książce Niebo jest inne, opisane zwięźle i… hmm… interesująco (autorka na bank coś brała).

Mam też wrażenie, że wiele rzeczy zostało zwyczajnie niewykorzystanych, pominiętych, że po drodze marnuje się trochę potencjału, szans i tak dalej. Albo po prostu się czepiam.

Niemniej, „Nostalgię” czyta się bardzo dobrze. No i poza oczywistym dramatem, niesie w sobie ogromną dawkę nadziei.

WRÓCĘ PO CIEBIE

 

Wrócę po ciebie. Tak, ja też wróciłam do Musso po przerwie. Mało tego – do książki, którą już raz czytałam, z dziesięć lat temu. Muszę przyznać, że mój odbiór nieco się zmienił. W sumie dziwne, bo przecież po raz pierwszy czytałam ją jako dorosła już osoba. Jaki z tego morał? Ano taki, że kształtują nas wszystkie etapy życia, te ważne i mniej ważne. Ale ja mądra jestem, chyba dam sobie lajka na końcu. Dobra, dosyć tych dyrdymałów. Przechodzę do sedna.

Co mi się zmieniło w tym odbiorze? Chyba przejadła mi się trochę jego ckliwość, wyłapałam też kilka fragmentów nieco, hmm, infantylnych. Nie, żeby włączył mi się cynizm, ale facet najwyraźniej przeżył jakiś zawód miłosny, albo jest wyjątkiem wśród wymarłych romantyków. No fajnie, fajnie, bo każdy lubi od czasu do czasu nieco romantyzmu w swoim życiu. Tylko, że kluczem jest „od czasu do czasu”. Niezwykle łatwo w tej sferze o przesadę i kicz. Musso póki co – spoko, ale balansuje na krawędzi.

Książka jest wciągająca, bo temat oryginalny i jego ujęcie też nietypowe. Skakanie po scenach, wątkach i czasoprzestrzeniach zazwyczaj mi nie przeszkadza. Zazwyczaj. Tutaj chyba tego trochę w nadmiarze. Muszę jednak przyznać, że trudno się pogubić, bo w chwilach zwątpienia jesteśmy prowadzeni za rąsię.

Zaczęłam od trochę gorszych stron, ale przecież książkę polecam. Na recenzje niepolecanych książek zwyczajnie szkoda mi czasu (chociaż, gdy czytam na innych blogach, to takie niepolecanie też się przydaje). „Wrócę po ciebie” to ckliwy tytuł, którym nie trzeba się sugerować. Czyta się ją całkiem przyjemnie, no i ma głębię. Filozoficzną głębię. Nie trzeba nawet nurkować zbyt głęboko, żeby się jej doszukać. Starcie ciemnoskórego taksówkarza z azjatyckim chirurgiem. Starcie Karmy z Przeznaczeniem, gdzie obie strony wysuwają logiczne argumenty. Skłania do refleksji. Tak samo jak to, czy postawienie wszystkiego na jedną kartę, podjęcie najważniejszej decyzji w jedną sekundę jest skrajną głupotą, czy odwagą. Czy w ogóle możliwe jest całkowite odcięcie się od przeszłości, czy nie jest tak, że ta przeszłość i tak kiedyś nas dopadnie.

Główny bohater Ethan tak właśnie czyni. Nagle, w obcym mieście, dokonuje wyboru i znika, pozostawiając zdezorientowanych przyjaciół w samym sercu Nowego Jorku. Czy była to słuszna decyzja zależy od tego, czego się od życia oczekuje. Jeśli sławy i pieniędzy – to był strzał w dziesiątkę. Ale w praniu wyjdzie, że są na świecie ważniejsze wartości, i chwała Bogu. Potem następuje lawina zdarzeń, trochę dynamicznej akcji, trochę nostalgii, trochę „Dnia Świstaka”. Przeżywanie tego samego dnia, gdy nie można do końca zmienić biegu wydarzeń musi być cholernie frustrujące. Może tylko bardziej skomplikować i tak już skomplikowane życie. Ale ponoć nieważne jak się zaczyna – ważne jak się kończy, a końcówka wymiata.

CIAŁO

Przyznaję bez bicia – niczego ostatnio nie przeczytałam. Nad morzem miałam czas wieczorami, i nawet próbowałam, ale po dwóch stronach odpływałam w niebyt. I to – rzecz niesłychana – już przed godziną dwudziestą trzecią!

Ostatnio, jednak wpadła mi w ręce książka, którą już znałam, a nawet miałam gotową recenzję. Sprawdziłam ją tylko, przerobiłam nieco tak, by zawierała jedynie śladowe ilości spojlera.

Kurczę, lubię tę babkę. To znaczy autorkę. Tess Gerritsen to amerykańska pisarka azjatyckiego pochodzenia, z wykształcenia lekarz internista. Pisze głównie thrillery medyczne, ale nie tylko. Ma fajny styl, potrafi przyciągnąć, zaintrygować , a finalnie – bardzo zaskoczyć.

Do rzeczy…

Kat Nowak ma codziennie inne ciało. W końcu jest patologiem sądowym. Sekcja zwłok i wyjaśnienie okoliczności zgonu to jej klimaty. Żadnych komplikacji, żadnych pacjentów roszczeniowych – cud, miód, orzeszki i zwłoki. Nie zawsze jednak przyczyna zgonu jest oczywista i Kat przekonuje się o tym, gdy trafia do niej ciało młodej kobiety. Policyjny raport wskazuje na przedawkowanie narkotyków, ale lekarka ma wątpliwości. Zleca dodatkowe badania, których wyniki znikają w tajemniczych okolicznościach. Kat nabiera pewności, że ktoś celowo utrudnia śledztwo, tylko kto? Prokurator okręgowy? Burmistrz? Miasteczko właśnie obchodzi 200 lecie istnienia, zbliżają się wybory. Trop prowadzi do wielkiej korporacji farmaceutycznej i nowego leku Zestronu-L . Odpowiedź może kryć się zarówno w nowoczesnym laboratorium, jak i w ciemnych zaułkach miasta, gdzie rządzi mafia i kwitnie handel narkotykami.  Tymczasem do Kate trafiają kolejne ciała.

„Ciało” jest kolejną powieścią Tess Gerritsen, która to, w mroczny dreszczowiec potrafi wpleść wątek miłosny. Świetnie pokazuje kontrast między światami: biednym i bogatym, fajnie buduje napięcie. No i finał, całkowicie zaskakujący.

DZIECI SZARIATU

„Dzieci szariatu” to właściwie trylogia, książka zamykająca temat, choć, oczywiście, nie wyczerpująca go. Poprzedzają ją „Gorzka pomarańcza” i „Jarzmo przeszłości”, które były osobistymi przeżyciami autorki, Nadii Hamid.

Kobieta w kulturze islamu. Dramatyczne historie, wstrząsające przypadki. Temat znany i oklepany, więc jak to jest, że za każdym razem przeraża? Właściwie to różne też budzi emocje. Nad kobietami stamtąd, ubolewamy. Nad kobietami stąd – pukamy się w czoło. Bo przecież same sobie winne, nie? To chyba nie jest takie proste, zwłaszcza, gdy lovestory zaczyna się w latach PRL-u, gdzie wszystko tu szare i byle jakie, a tam kolorowe i fajne. W czasach bez Internetu. W czasach bez filmów, reportaży i innych form masowego przekazu. A jeśli już pojawił się jakiś hollywoodzki obraz w temacie, to pokazujący fałszywą rzeczywistość – pięknych i dobrych Arabów na koniach, światowych, zabawnych i szanujących kobiety.

No i skąd młode dziewczyny miały czerpać wiedzę? Facet z innego świata to było spełnienie marzeń.

W trylogii mamy właśnie taką historię, która jest głównym wątkiem dwóch pierwszych pozycji. W ostatniej, usuwa się w cień, bo chyba wszystko zostało już opowiedziane, a życie dopisze ciąg dalszy.

Do recenzji wybrałam „Dzieci szariatu”, ponieważ jest najbardziej drastyczną i przejmującą ze wszystkich trzech propozycji. Co nie znaczy, że tamte są lekkimi nowelkami, w żadnym razie. To prawda, co piszą, że po tej lekturze nic już nie będzie takie samo i szybko  się o niej nie zapomni.

„Dzieci szariatu” to cztery poruszające opowieści o dzieciach, w różny sposób związanych z islamem. Bohaterami są dzieci wychowane już w tamtejszej kulturze, nie znające innego życia, jak i te, dorastające w Europie, w Polsce, co tym bardziej przeraża. Książka jest przygnębiająca, fatalistyczna, w pewien sposób pokazuje, że przed „tym” nie ma ucieczki, jeśli jest się owocem związku dwojga ludzi, z dwóch różnych światów.

Także, na własną odpowiedzialność…

 

 

SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ

„Six years”, 2014

No, i wróciłam do Cobena. Wróciłam i nie zawiodłam się. Kurde, no, za każdym razem przypominam sobie, że gość ma ten rodzaj poczucia humoru, który uwielbiam. Mam zresztą podobne, dlatego tak dobrze go rozumiem i tak wiele mogę wybaczyć. Jego poczucie humoru jest niewyszukane, nienachlane, lekkie. Ale wyraziste, i niekolidujące z wątkiem kryminalnym, wręcz przeciwnie. Próbowałam go złapać na nieścisłościach, ale poległam.

Do rzeczy.

Głównym bohaterem jest wykładowca  college’u Lanforda  – facet przytłaczający wzrostem i posturą, za to o gołębim sercu, a przy tym zwyczajny. Prowadzi zwykłe (nudne) życie w Kampusie, mając kilku kolegów i jednego przyjaciela. Czasami wdaje się w romanse, ale miłość spotkała go tylko raz, i porządnie nim zatrzęsła. Między Jackiem i Natalie wszystko układało się wspaniale, aż pewnego dnia ona oświadczyła, że wychodzi za mąż za swojego byłego – Todda. Jack wykazując skłonności masochistyczne, przychodzi do kościoła, zobaczyć ślub na własne oczy. Wtedy Natalie wymusza na nim obietnicę, że nigdy nie będzie szukał kontaktu, ani z nią, ani z jej mężem. Jack obiecuje i trzyma się dzielnie przez sześć pełniutkich lat. Po tym czasie jednak zdarza się coś, co pozwala mu złamać dane słowo – natrafia w Internecie na nekrolog Todda. Tym razem bohater przybywa na pogrzeb i przeżywa szok, bo wdową wcale nie jest jego była dziewczyna. W dodatku wszyscy, których poznali będąc parą, zdają się w ogóle go nie kojarzyć…

I tak to wygląda w skrócie. Mały, prywatny dramacik i globalna intryga, grubymi nićmi szyta. No, i oczywiście, nigdy nie wiesz, kto wróg, a kto przyjaciel. I nagle okazuje się, że nudne życie w kampusie wcale nie jest takie nudne. A wykładowcy nie tacy święci, jak ich absolwenci zapamiętują.

Igrzyska śmierci

 

Chyba każdy, kto najpierw obejrzy jakiś film, a potem sięgnie po książkę, nie opędzi się od wizji, grających w nim aktorów. Czy chce, czy nie, porównuje postaci, ocenia czy pasują, czy może wręcz przeciwnie. W tym wypadku, oczywiście, było tak samo, jednak wciąż trudno jest mi stwierdzić z całą pewnością, że dokonano idealnego wyboru. Niemniej, podczas castingu spisano się całkiem nieźle. Miałam tylko kilka zastrzeżeń, co do wyglądu bohaterów. Książkowa Katniss jest niewysoka, wręcz filigranowa, co trudno jest powiedzieć o grającej ją Jennifer Lawrence. Pita, z kolei jest niezwykle przystojny, a w filmie… jednak nieco mniej, ale to rzecz gustu. Inaczej też wyobrażałam sobie Cinnę, stylistę, przygotowującego Katniss do Igrzysk. Inaczej, ale nie lepiej – wszak Lenny Kravitz urodą zwala z nóg, więc nie mogę się czepiać.

Film „Igrzyska śmierci” wywarł na mnie ogromne wrażenie, mogę go oglądać na okrągło, gdy tylko leci w TV. Po raz pierwszy – rzecz niesłychana – miałam wątpliwości, czy książka dorówna filmowi. Po lekturze okazało się, że nadal lubię film, a teraz jeszcze dodatkowo książkę.

Dla tych, którzy nie oglądali i nie czytali nie mam złotej rady, bo trudno stwierdzić jaka kolejność jest właściwa. Myślę, że nie ma to znaczenia, bo z jednej strony świetnie się uzupełniają, a z drugiej zachowują odrębność.

Nie wiem, czy jest sens pisać o fabule, może tylko pokrótce, dla tych, którzy jeszcze się z nią nie zetknęli.

Fantastyka nie należy do moich ulubionych gatunków, a jednak lubię taką wizję świata i możliwe scenariusze, co by było, gdyby. Albo raczej co będzie jeśli (jeśli co?), jakie będzie życie tych, co przetrwają (przetrwają co?) Wielką katastrofę? (do której zapewne sami doprowadzimy). Tak, czy inaczej nie jest to wyjaśnione ani w książce, ani w filmie, więc i ja uznam to za mało istotne.

Mamy zatem nowy świat, już po. Wiele lat po. Ziemia, należąca onegdaj do Stanów Zjednoczonych, jest teraz państwem Panem, podzielonym na 13 dystryktów. W Panem panuje ustrój totalitarny, z siedzibą rządu w stolicy – Kapitolu. Państwo jest samowystarczalne, a poszczególne dystrykty odpowiadają za pokrywanie podstawowych potrzeb. Oczywiście główne racje wędrują do Kapitolu oraz elit, a mieszkańcy dystryktów głodują. Jedyny bunt został krwawo stłumiony przez rząd, który na pamiątkę tego wydarzenia, ku przestrodze społeczeństwa, organizuje coroczne igrzyska. W igrzyskach na śmierć i życie, walczą trybuci, wylosowani z każdego dystryktu. Katniss zgłasza się na ochotnika, zastępując młodszą siostrę.

Fabuła filmu i treść książki pokrywają się, wiadomo. Wiadomo też, że film ma określony czas trwania i nie jest w stanie oddać wszystkiego, co zawiera książka. O ile brak mniej istotnych rzeczy można zrozumieć, o tyle tych znaczących dla całej opowieści – już nie bardzo. Weźmy, na ten przykład, kosogłosa. W filmie motyw tego ptaka przewija się w wielu scenach, i widz ma poczucie, że jego obecność jest ważna, że coś oznacza… Tylko co? W książce zostaje wyjaśnione skąd się wziął, dlaczego, co więcej – okazuje się, że odgrywa dość istotną rolę.

Ale, co złego to nie ja, i czepiać się dłużej nie zamierzam. Zwłaszcza, że i film, i książka warte są poświęconego im czasu.