WRÓCĘ PO CIEBIE

 

Wrócę po ciebie. Tak, ja też wróciłam do Musso po przerwie. Mało tego – do książki, którą już raz czytałam, z dziesięć lat temu. Muszę przyznać, że mój odbiór nieco się zmienił. W sumie dziwne, bo przecież po raz pierwszy czytałam ją jako dorosła już osoba. Jaki z tego morał? Ano taki, że kształtują nas wszystkie etapy życia, te ważne i mniej ważne. Ale ja mądra jestem, chyba dam sobie lajka na końcu. Dobra, dosyć tych dyrdymałów. Przechodzę do sedna.

Co mi się zmieniło w tym odbiorze? Chyba przejadła mi się trochę jego ckliwość, wyłapałam też kilka fragmentów nieco, hmm, infantylnych. Nie, żeby włączył mi się cynizm, ale facet najwyraźniej przeżył jakiś zawód miłosny, albo jest wyjątkiem wśród wymarłych romantyków. No fajnie, fajnie, bo każdy lubi od czasu do czasu nieco romantyzmu w swoim życiu. Tylko, że kluczem jest „od czasu do czasu”. Niezwykle łatwo w tej sferze o przesadę i kicz. Musso póki co – spoko, ale balansuje na krawędzi.

Książka jest wciągająca, bo temat oryginalny i jego ujęcie też nietypowe. Skakanie po scenach, wątkach i czasoprzestrzeniach zazwyczaj mi nie przeszkadza. Zazwyczaj. Tutaj chyba tego trochę w nadmiarze. Muszę jednak przyznać, że trudno się pogubić, bo w chwilach zwątpienia jesteśmy prowadzeni za rąsię.

Zaczęłam od trochę gorszych stron, ale przecież książkę polecam. Na recenzje niepolecanych książek zwyczajnie szkoda mi czasu (chociaż, gdy czytam na innych blogach, to takie niepolecanie też się przydaje). „Wrócę po ciebie” to ckliwy tytuł, którym nie trzeba się sugerować. Czyta się ją całkiem przyjemnie, no i ma głębię. Filozoficzną głębię. Nie trzeba nawet nurkować zbyt głęboko, żeby się jej doszukać. Starcie ciemnoskórego taksówkarza z azjatyckim chirurgiem. Starcie Karmy z Przeznaczeniem, gdzie obie strony wysuwają logiczne argumenty. Skłania do refleksji. Tak samo jak to, czy postawienie wszystkiego na jedną kartę, podjęcie najważniejszej decyzji w jedną sekundę jest skrajną głupotą, czy odwagą. Czy w ogóle możliwe jest całkowite odcięcie się od przeszłości, czy nie jest tak, że ta przeszłość i tak kiedyś nas dopadnie.

Główny bohater Ethan tak właśnie czyni. Nagle, w obcym mieście, dokonuje wyboru i znika, pozostawiając zdezorientowanych przyjaciół w samym sercu Nowego Jorku. Czy była to słuszna decyzja zależy od tego, czego się od życia oczekuje. Jeśli sławy i pieniędzy – to był strzał w dziesiątkę. Ale w praniu wyjdzie, że są na świecie ważniejsze wartości, i chwała Bogu. Potem następuje lawina zdarzeń, trochę dynamicznej akcji, trochę nostalgii, trochę „Dnia Świstaka”. Przeżywanie tego samego dnia, gdy nie można do końca zmienić biegu wydarzeń musi być cholernie frustrujące. Może tylko bardziej skomplikować i tak już skomplikowane życie. Ale ponoć nieważne jak się zaczyna – ważne jak się kończy, a końcówka wymiata.

Reklamy

CIAŁO

Przyznaję bez bicia – niczego ostatnio nie przeczytałam. Nad morzem miałam czas wieczorami, i nawet próbowałam, ale po dwóch stronach odpływałam w niebyt. I to – rzecz niesłychana – już przed godziną dwudziestą trzecią!

Ostatnio, jednak wpadła mi w ręce książka, którą już znałam, a nawet miałam gotową recenzję. Sprawdziłam ją tylko, przerobiłam nieco tak, by zawierała jedynie śladowe ilości spojlera.

Kurczę, lubię tę babkę. To znaczy autorkę. Tess Gerritsen to amerykańska pisarka azjatyckiego pochodzenia, z wykształcenia lekarz internista. Pisze głównie thrillery medyczne, ale nie tylko. Ma fajny styl, potrafi przyciągnąć, zaintrygować , a finalnie – bardzo zaskoczyć.

Do rzeczy…

Kat Nowak ma codziennie inne ciało. W końcu jest patologiem sądowym. Sekcja zwłok i wyjaśnienie okoliczności zgonu to jej klimaty. Żadnych komplikacji, żadnych pacjentów roszczeniowych – cud, miód, orzeszki i zwłoki. Nie zawsze jednak przyczyna zgonu jest oczywista i Kat przekonuje się o tym, gdy trafia do niej ciało młodej kobiety. Policyjny raport wskazuje na przedawkowanie narkotyków, ale lekarka ma wątpliwości. Zleca dodatkowe badania, których wyniki znikają w tajemniczych okolicznościach. Kat nabiera pewności, że ktoś celowo utrudnia śledztwo, tylko kto? Prokurator okręgowy? Burmistrz? Miasteczko właśnie obchodzi 200 lecie istnienia, zbliżają się wybory. Trop prowadzi do wielkiej korporacji farmaceutycznej i nowego leku Zestronu-L . Odpowiedź może kryć się zarówno w nowoczesnym laboratorium, jak i w ciemnych zaułkach miasta, gdzie rządzi mafia i kwitnie handel narkotykami.  Tymczasem do Kate trafiają kolejne ciała.

„Ciało” jest kolejną powieścią Tess Gerritsen, która to, w mroczny dreszczowiec potrafi wpleść wątek miłosny. Świetnie pokazuje kontrast między światami: biednym i bogatym, fajnie buduje napięcie. No i finał, całkowicie zaskakujący.

DZIECI SZARIATU

„Dzieci szariatu” to właściwie trylogia, książka zamykająca temat, choć, oczywiście, nie wyczerpująca go. Poprzedzają ją „Gorzka pomarańcza” i „Jarzmo przeszłości”, które były osobistymi przeżyciami autorki, Nadii Hamid.

Kobieta w kulturze islamu. Dramatyczne historie, wstrząsające przypadki. Temat znany i oklepany, więc jak to jest, że za każdym razem przeraża? Właściwie to różne też budzi emocje. Nad kobietami stamtąd, ubolewamy. Nad kobietami stąd – pukamy się w czoło. Bo przecież same sobie winne, nie? To chyba nie jest takie proste, zwłaszcza, gdy lovestory zaczyna się w latach PRL-u, gdzie wszystko tu szare i byle jakie, a tam kolorowe i fajne. W czasach bez Internetu. W czasach bez filmów, reportaży i innych form masowego przekazu. A jeśli już pojawił się jakiś hollywoodzki obraz w temacie, to pokazujący fałszywą rzeczywistość – pięknych i dobrych Arabów na koniach, światowych, zabawnych i szanujących kobiety.

No i skąd młode dziewczyny miały czerpać wiedzę? Facet z innego świata to było spełnienie marzeń.

W trylogii mamy właśnie taką historię, która jest głównym wątkiem dwóch pierwszych pozycji. W ostatniej, usuwa się w cień, bo chyba wszystko zostało już opowiedziane, a życie dopisze ciąg dalszy.

Do recenzji wybrałam „Dzieci szariatu”, ponieważ jest najbardziej drastyczną i przejmującą ze wszystkich trzech propozycji. Co nie znaczy, że tamte są lekkimi nowelkami, w żadnym razie. To prawda, co piszą, że po tej lekturze nic już nie będzie takie samo i szybko  się o niej nie zapomni.

„Dzieci szariatu” to cztery poruszające opowieści o dzieciach, w różny sposób związanych z islamem. Bohaterami są dzieci wychowane już w tamtejszej kulturze, nie znające innego życia, jak i te, dorastające w Europie, w Polsce, co tym bardziej przeraża. Książka jest przygnębiająca, fatalistyczna, w pewien sposób pokazuje, że przed „tym” nie ma ucieczki, jeśli jest się owocem związku dwojga ludzi, z dwóch różnych światów.

Także, na własną odpowiedzialność…

 

 

SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ

„Six years”, 2014

No, i wróciłam do Cobena. Wróciłam i nie zawiodłam się. Kurde, no, za każdym razem przypominam sobie, że gość ma ten rodzaj poczucia humoru, który uwielbiam. Mam zresztą podobne, dlatego tak dobrze go rozumiem i tak wiele mogę wybaczyć. Jego poczucie humoru jest niewyszukane, nienachlane, lekkie. Ale wyraziste, i niekolidujące z wątkiem kryminalnym, wręcz przeciwnie. Próbowałam go złapać na nieścisłościach, ale poległam.

Do rzeczy.

Głównym bohaterem jest wykładowca  college’u Lanforda  – facet przytłaczający wzrostem i posturą, za to o gołębim sercu, a przy tym zwyczajny. Prowadzi zwykłe (nudne) życie w Kampusie, mając kilku kolegów i jednego przyjaciela. Czasami wdaje się w romanse, ale miłość spotkała go tylko raz, i porządnie nim zatrzęsła. Między Jackiem i Natalie wszystko układało się wspaniale, aż pewnego dnia ona oświadczyła, że wychodzi za mąż za swojego byłego – Todda. Jack wykazując skłonności masochistyczne, przychodzi do kościoła, zobaczyć ślub na własne oczy. Wtedy Natalie wymusza na nim obietnicę, że nigdy nie będzie szukał kontaktu, ani z nią, ani z jej mężem. Jack obiecuje i trzyma się dzielnie przez sześć pełniutkich lat. Po tym czasie jednak zdarza się coś, co pozwala mu złamać dane słowo – natrafia w Internecie na nekrolog Todda. Tym razem bohater przybywa na pogrzeb i przeżywa szok, bo wdową wcale nie jest jego była dziewczyna. W dodatku wszyscy, których poznali będąc parą, zdają się w ogóle go nie kojarzyć…

I tak to wygląda w skrócie. Mały, prywatny dramacik i globalna intryga, grubymi nićmi szyta. No, i oczywiście, nigdy nie wiesz, kto wróg, a kto przyjaciel. I nagle okazuje się, że nudne życie w kampusie wcale nie jest takie nudne. A wykładowcy nie tacy święci, jak ich absolwenci zapamiętują.

Igrzyska śmierci

 

Chyba każdy, kto najpierw obejrzy jakiś film, a potem sięgnie po książkę, nie opędzi się od wizji, grających w nim aktorów. Czy chce, czy nie, porównuje postaci, ocenia czy pasują, czy może wręcz przeciwnie. W tym wypadku, oczywiście, było tak samo, jednak wciąż trudno jest mi stwierdzić z całą pewnością, że dokonano idealnego wyboru. Niemniej, podczas castingu spisano się całkiem nieźle. Miałam tylko kilka zastrzeżeń, co do wyglądu bohaterów. Książkowa Katniss jest niewysoka, wręcz filigranowa, co trudno jest powiedzieć o grającej ją Jennifer Lawrence. Pita, z kolei jest niezwykle przystojny, a w filmie… jednak nieco mniej, ale to rzecz gustu. Inaczej też wyobrażałam sobie Cinnę, stylistę, przygotowującego Katniss do Igrzysk. Inaczej, ale nie lepiej – wszak Lenny Kravitz urodą zwala z nóg, więc nie mogę się czepiać.

Film „Igrzyska śmierci” wywarł na mnie ogromne wrażenie, mogę go oglądać na okrągło, gdy tylko leci w TV. Po raz pierwszy – rzecz niesłychana – miałam wątpliwości, czy książka dorówna filmowi. Po lekturze okazało się, że nadal lubię film, a teraz jeszcze dodatkowo książkę.

Dla tych, którzy nie oglądali i nie czytali nie mam złotej rady, bo trudno stwierdzić jaka kolejność jest właściwa. Myślę, że nie ma to znaczenia, bo z jednej strony świetnie się uzupełniają, a z drugiej zachowują odrębność.

Nie wiem, czy jest sens pisać o fabule, może tylko pokrótce, dla tych, którzy jeszcze się z nią nie zetknęli.

Fantastyka nie należy do moich ulubionych gatunków, a jednak lubię taką wizję świata i możliwe scenariusze, co by było, gdyby. Albo raczej co będzie jeśli (jeśli co?), jakie będzie życie tych, co przetrwają (przetrwają co?) Wielką katastrofę? (do której zapewne sami doprowadzimy). Tak, czy inaczej nie jest to wyjaśnione ani w książce, ani w filmie, więc i ja uznam to za mało istotne.

Mamy zatem nowy świat, już po. Wiele lat po. Ziemia, należąca onegdaj do Stanów Zjednoczonych, jest teraz państwem Panem, podzielonym na 13 dystryktów. W Panem panuje ustrój totalitarny, z siedzibą rządu w stolicy – Kapitolu. Państwo jest samowystarczalne, a poszczególne dystrykty odpowiadają za pokrywanie podstawowych potrzeb. Oczywiście główne racje wędrują do Kapitolu oraz elit, a mieszkańcy dystryktów głodują. Jedyny bunt został krwawo stłumiony przez rząd, który na pamiątkę tego wydarzenia, ku przestrodze społeczeństwa, organizuje coroczne igrzyska. W igrzyskach na śmierć i życie, walczą trybuci, wylosowani z każdego dystryktu. Katniss zgłasza się na ochotnika, zastępując młodszą siostrę.

Fabuła filmu i treść książki pokrywają się, wiadomo. Wiadomo też, że film ma określony czas trwania i nie jest w stanie oddać wszystkiego, co zawiera książka. O ile brak mniej istotnych rzeczy można zrozumieć, o tyle tych znaczących dla całej opowieści – już nie bardzo. Weźmy, na ten przykład, kosogłosa. W filmie motyw tego ptaka przewija się w wielu scenach, i widz ma poczucie, że jego obecność jest ważna, że coś oznacza… Tylko co? W książce zostaje wyjaśnione skąd się wziął, dlaczego, co więcej – okazuje się, że odgrywa dość istotną rolę.

Ale, co złego to nie ja, i czepiać się dłużej nie zamierzam. Zwłaszcza, że i film, i książka warte są poświęconego im czasu.

KTO PORWAŁ DAISY MASON

 

Cara Hunter , 2018

 

Gdy zasiadłam do tej recenzji, zastanowiłam się od czego zacząć. Pomyślałam o pierwszym skojarzeniu jakie przyjdzie mi do głowy: wciągająca. Bardzo. Nie mogłam się od niej oderwać.

W tym miejscu powinnam napisać coś o autorce, ale zwyczajnie jej nie znam. To znaczy dotąd nie czytałam, choć z początku nazwisko wydało mi się znajome, ale nie, jednak nie. Przejdę więc do fabuły, której oczywiście nie zdradzę. Nie znam autora, nie zdradzę fabuły – recenzja zapowiada się znakomicie :/

Nie lubię czytać o porwanych lub krzywdzonych dzieciach, więc sięgnęłam po nią z niechęcią, gotowa zaprzestać w każdej chwili. Jednak tak mnie wciągnęła, że szybko i płynnie dotarłam do końca.

Rzecz dzieje się w Anglii, w Oksfordzie. Pewna rodzina średniozamożna, z aspiracjami do zamożna, urządza w ogrodzie grilla dla sąsiadów i ich dzieci. Jest to impreza kostiumowa, więc córka gospodarzy przebrana jest w strój stokrotki. Pod koniec okazuje się, że dziewczynka zniknęła, goście zaczynają jej szukać, w końcu wzywają policję.

Sprawą zajmuje się wielu funkcjonariuszy, między innymi Adam Fawley, który też kiedyś stracił syna, więc sprawę traktuje priorytetowo. Wszyscy wiedzą, że liczy się czas. Przez całą książkę, niemal w regularnych odstępach, następują po sobie niesamowite zwroty akcji. Podejrzani są oczywiście członkowie rodziny: narcystyczna matka, rozrywkowy ojciec i ich 10 letni syn, z którym „coś jest nie tak”. No i podążamy za akcją, dajemy się wkręcać i wpuszczać w maliny, przy okazji coraz lepiej poznając bohaterów. Wraz z ich, czasami mroczną, przeszłością.

Wartką narrację przerywają, czy raczej uzupełniają urywki z czata.  To są głównie rozmowy sąsiadów i znajomych, z których część obwinia matkę, część ojca, a pozostali – brata. Tłum już uśmiercił dziewczynkę, osądził kogo trzeba i wydał wyrok. Jakie to typowe. Idealne odzwierciedlenie prawdy o Internetach.

Ta opowieść przypomina o kilku ważnych rzeczach, które często nam umykają. Pojęcie „rodzina dysfunkcyjna” może kryć się w ładnym, wysprzątanym domu i świetnie tam funkcjonować. To nie zawsze jest alkohol, narkotyki czy przemoc fizyczna, czasami to brak akceptacji i miłości. Tylko i aż. Książka ma kilka niedomówień, niedomkniętych wątków, które tutaj, o dziwo, są atutem. W każdym razie jest warta przeczytania.

 

CENTRAL PARK

 

 

 

 

 

 

 

 

„Central Park”, Guillaume Musso, wyd. Albatros, 2015

 

O Guillaume Musso już wcześniej wspominałam (tak, Aksinio, to ten sam soczysty Francuz :-P). Sięgając po „Central Park” miałam pewne obawy. Autora zdążyłam już poznać i jedyne, co mogę stwierdzić z całą pewnością to to, że… w ogóle go nie znam. Zazwyczaj (a przynajmniej tak myślę) potrafię rozpoznać po książce, znanego i lubianego przeze mnie autora. Z Musso mam pod górkę. Facet balansuje gatunkiem, pisząc raz thriller na pograniczu fantasy, raz soczysty kryminał, a innym razem… romans. No dobra, to nigdy nie jest tylko romans, bo zawsze ma do opowiedzenia dużo więcej, ale… Ale czasami wątek miłosny wysuwa się trochę za bardzo na prowadzenie. Rzadko, niemniej… wiecie, co mam na myśli, a temu mówię stanowcze „raczej nie bardzo”.

Biorąc „Central Park” (z półki mojej Oliwii) spodziewałam się właśnie takiego romansu. Tytuł, sylwetka dziewczyny na okładce, jakoś tak mi to zasugerowało. Ale, że tak to nazwę: „tylny zwiastun” – dość mocno zaintrygował.

Kobieta, Francuzka, budzi się na ławce w samym sercu Nowego Jorku. Nie ma pojęcia gdzie jest, nie pamięta jak tu trafiła, a w dodatku tuż obok, spięty z nią kajdankami, śpi jakiś facet. Wystarczająco intrygujące, nie? W tym miejscu przerwę, bo nie da się już niczego więcej dopisać, nie zdradzając treści. A treść…

Na początku zaciekawia, potem staje się banalna. I kiedy już towarzyszymy bohaterom w ich podróży, i nie dzieje się nic, czego nie moglibyśmy przewidzieć, i gdy wydaje nam się, że jesteśmy tacy mądrzy… No taaacy mądrzy, że znamy każdy następny krok, i że sami z powodzeniem wymyślilibyśmy lepszą fabułę… wtedy zdarza się coś, co nam wytrąca argumenty.

I myślimy „Łojezu! Ach, więc to tak…”

A wtedy trach! I dupa! I okazuje się coś totalnie innego!

Ledwo przestawiliśmy się na inny tor, ledwo zaczęliśmy się przyzwyczajać do nowego biegu, musimy natychmiast to porzucić, bo to jeszcze nie to!

Nie to, co myśleliśmy. To znaczy, to, o czym myśleliśmy, że jest tym, co myślimy, okazuje się nie być tym, ani nawet tym, co myślimy.

Oczywiście są i drobne wady, na przykład przekolorowane postaci. Wiadomo, że każdy bohater zazwyczaj ma jakąś tam trudną przeszłość, ale zarzucenie jednej kobiety tyloma tragicznymi wydarzeniami, uznałam za przesadę. Po takiej traumie normalny człowiek nie byłby w stanie robić nic, poza spożywaniem i wydalaniem, nie mówiąc już o prowadzeniu skomplikowanego śledztwa. Pod koniec jednak, zostaje to poniekąd wyjaśnione. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Mogłabym jeszcze przyczepić się do wątku miłości od pierwszego wejrzenia, ale to ja. Bo w takową nie wierzę.

Podsumowując, książka jest dobra. Nie mogłam o niej zapomnieć długo po przeczytaniu, może dlatego, że to co z niej wynikło nie jest mi obce. Tak prywatnie. W każdym razie polecam, bo Musso, choć w niego zwątpiłam, stanął na wysokości zadania. Znowu.

 

 

SCHRONIENIE

 Harlan Coben, „Schronienie” (Shelter), 2011

 

Od czego tu zacząć? Może od autora. Nazwisko chyba dobrze znane, a już na pewno miłośnikom gatunku – kryminału wplecionego w thriller, (lub na odwrót, kto za tym nadąży). Przeczytałam pierdylion jego książek, i pewnie jeszcze niejedną zrecenzuję, ale chcę zacząć właśnie od tej.

Cobena lubiłam na tyle, że przywykłam nawet do powtarzalności postaci, z czym mam zazwyczaj lekki problem. Ten sam bohater, ten sam krąg krewnych i znajomych królika zmusza do czytelniczej kontynuacji serii, „żeby wiedzieć o co chodzi”. Jednocześnie nie trzeba wiedzieć o co chodzi, żeby sięgnąć po jakąś na chybił-trafił. Jeśli jednak przywiążesz się do postaci, to zwyczajnie chcesz wiedzieć kto to i skąd się wziął.

Cobenowi byłam w stanie wiele wybaczyć. Moja córka Oliwia, wyjątkowo wnikliwy i analityczny umysł, wyłapała bez trudu kilka nieścisłości, które mi najwyraźniej umknęły. Stwierdziła też, że spokojnie zniosłaby tych samych bohaterów, gdyby całość konsekwentnie trzymała się literackiej kupy. A tu – raz jeden bohater jest neurochirurgiem, a innym razem dentystą… No, dobra, zostawmy to. Coben to Coben, a z pewnymi nazwiskami się nie dyskutuje. Najważniejsze, że on sam za każdym razem jest autorem książki i tego się trzymajmy.

Nie wiem jak wy, ale ja gdy biorę do ręki książkę po raz pierwszy, nie mając nawet mglistego pojęcia o fabule, przez chwilę ją sobie wyobrażam. Na podstawie tytułu. Zanim zerknę na, tak zwane, tyły. Schronienie od razu skojarzyło mi się z jakąś bezpieczną miejscówką, azylem, bunkrem. W ogóle nie pomyślałam, że schronieniem może być… drugi człowiek. Do tego nie jakiś superbohater w rajstopkach i pelerynce, nie dziadunio z fajeczką nawet, ale… nastolatek.

„Schronienie” przeczytałam jakiś czas temu, jako samodzielną książkę i póki co, na niej poprzestałam. Nie miałam pojęcia, że ostatnio ukazała się jako 1 część trylogii, obok „Kilka sekund od śmierci” i „Odnaleziony”. Hmmm.

Dlaczego zaczynam akurat od niej? Bo jest botoksem wstrzykniętym w zmarszczkę, że tak to ujmę.

W powieściach Cobena występuje ten sam bohater – agent sportowy Myron Boiltar. Wreszcie, z uwagi na upływający czas, który nawet dla literackiej fikcji nie może być obojętny, pojawia się świeża (acz ta sama) krew.  Autor zdecydował się odsunąć Myrona z pierwszego planu i zastąpić go jego własnym bratankiem – Mickey’em Boiltarem. (Swoją drogą, dobry zabieg, pozwalający utrzymać nazwisko. Z siostrzeńcem by nie wyszło).

Już na starcie funduje chłopakowi traumatyczne przeżycia: śmierć ojca i matkę na odwyku. Tym samym powiązuje go – z kim? – no ze stryjem, oczywiście. Ze stryjem, u którego musi zamieszkać. Ich stosunki nie układają się najlepiej, co ma swoje podłoże w dawnej, rodzinnej waśni. Nastolatek trafia do nowej szkoły, gdzie czekają go nowe problemy, ale też przyjaźnie, mające szanse na przetrwanie. Dzielnica w niewielkim Newark pełna jest tajemnic, a staruszka budząca popłoch u miejscowych dzieciaków – jednym zdaniem budzi popłoch Mickey’a.

Odtąd znowu wszystko się zmienia i gmatwa jeszcze bardziej. Matka chłopaka wraca do nałogu, a nowo poznana dziewczyna znika w dziwnych okolicznościach. Bohater, jak to bohater – zaczyna jej szukać, a nowi przyjaciele, jak to nowi przyjaciele – pomagają mu w tym. Podjęty przez dzieciaki trop prowadzi do niesamowitych odkryć: od woźnego, przez klub ze striptizem, aż do… holokaustu.

Dlatego właśnie zaczynam od tej książki i dlatego polecam ją też nastolatkom. Poza oczywistą radochą z bycia kanapowym detektywem, niesie głębokie przesłanie. Podkreśla najważniejsze w życiu wartości – miłość, przyjaźń, lojalność, tolerancję i gotowość niesienia pomocy, bez względu na konsekwencje.

Czy dobro popłaca? U Cobena zawsze.

Mam nadzieję, że nie tylko u niego, że tak refleksyjnie zakończę.

 

KAMERZYSTA

 

 

Marc Raabe, „Kamerzysta”, („Schnitt”), 2012.

 

Pisanie powieści jest jak montowanie filmu, tylko ze słów, zamiast z obrazów,

powiedział autor, Marc Raabe. Wie co mówi, bo filmowcem jest w istocie, producentem filmików, dokumentów, reklam, trailerów i spotów. Od sześciu lat jest też pisarzem, który zdążył dołączyć do grona poczytnych mistrzów niemieckiego psychothrillera. „Kamerzysta” jest jego debiutem, na co też warto zwrócić uwagę.

Kamerzystę dorwałam w Międzyzdrojach, ale nie wskoczyłam z uśmiechem przed obiektyw, tylko go przeczytałam. Ale dopiero w domu, po powrocie.

Jest to thriller. Dość mocny. Moją uwagę przykuł fakt, że akcja dzieje się nie w Stanach, a w Niemczech, w Berlinie. Jeśli autor miał na celu, między innymi wypromować swoje miasto, to mu się udało. Książka zawiera szczegółowe opisy ulic, i nie ma znaczenia, że ukazuje dość mroczne oblicze Berlina. Druga rzecz to postaci, które są tak przeciętne, jak nieodgadnione, więc przez dłuższy czas trudno się zorientować kto jest dobry, a kto wręcz przeciwnie. I to są dwa główne plusy.

Akcja, choć z początku wydaje się trywialna, to ostatecznie trzyma w napięciu. No i jest nieprzewidywalna – do końca nie wiedziałam, co się wydarzy, nie mówiąc już, że za czarny charakter obstawiałam kogoś zupełnie innego (z głównym bohaterem włącznie!) No, bo tam nikt nie jest do końca cacy i do końca be, prawie nikt.

Fabuła:

Główny bohater – czterdziestoletni Gabriel. Właściwie nie wiedziałam, co o nim myśleć i on sam na początku nie wiedział o co mu chodzi. Poza krótką wzmianką z dzieciństwa, nie wiemy o nim nic. Mieszka w Berlinie, ale nie bardzo wiadomo, co się z nim działo przez ostatnie lata i dlaczego nagle randomowy Rosjanin zatrudnia go w swojej firmie ochroniarskiej. Z krótkich zajawek i głosów w jego głowie (!) dowiadujemy się, ze… jest dziwny. A tu nagle się okazuje, że jest związany ze znaną dziennikarką i w dodatku będą mieli dziecko. No, trochę się kupy nie trzymało.

Ona, jak to dziennikarka, jest silna i przebojowa. (Dlaczego dziennikarki zawsze muszą być silne i przebojowe? To wywołuje u mnie zażenowanie). Jest dosyć znana, ale bez przesady. Dlaczego udaje jej się zrobić wywiad z najbogatszym człowiekiem w mieście, obsesyjnie chroniącym swoją prywatność, nigdy nie zostaje wyjaśnione.

No, dobra, co by więcej nie zdradzać, dodam tylko, że akcja od pewnego momentu robi się dynamiczna i trudno się oderwać. Pojawia się dawno nie widziany brat Gabriela, z którym łączy go traumatyczne wydarzenie i ponura tajemnica. Ich dzieciństwo splata się z teraźniejszością, a kluczem do wszystkiego jest odzyskanie wspomnień, które zostały wyparte przez udręczony umysł bohatera.

A w ogóle to: ciemność, strach, piwnica, wstydliwe filmy, kasety VHS i Luke Skywalker.

Książka przypadnie do gustu tym, których fascynuje ludzki umysł. Jego możliwości, ale też mechanizmy obronne. I tym, którzy szukają odpowiedzi na pytanie czy, i w jakim stopniu przeżycia z dzieciństwa wpływają na dorosłe życie. No i tym, którzy z praktycznych względów, chcieliby wiedzieć jak wywinąć się z rąk psychopaty.