KLINIKA ŚMIERCI

„Klinika śmierci” to że tak powiem książka na czasie, bo o wirusie. Między innymi. Nie o tym, który straszy teraz, czyli o Covidzie, ale o tym, który straszył wtedy, czyli o AIDS. Dziwnie się ją czyta, inne mamy emocje z perspektywy czasu, gdy wiemy już, że z wirusem HIV można żyć długie lata. Niektórzy się zdziwią, inni przypomną sobie jakie kiedyś budził przerażenie, i że walka z nim była priorytetem każdej kliniki i każdego laboratorium. Mam nadzieję, że z takim samym dystansem i luzem przeczytamy kiedyś książkę o Covidzie.

„Klinika śmierci” została po raz pierwszy wydana na początku lat dziewięćdziesiątych. Coben niczego w niej jednak nie poprawiał, przez dwadzieścia lat nawet do niej nie zajrzał. Wypowiada się o niej z lekkim zawstydzeniem, typowym dla znanego autora, który nagle pokazuje światu zapomniane już dzieło, z początków swojej twórczości. Sam Coben, z wrodzonym poczuciem humoru rozpoczyna ją słowami: „No dobrze, jeśli to moja pierwsza powieść, po którą sięgnęliście, nie czytajcie jej. Zwróćcie ją. Weźcie inną. Nie ma problemu, zaczekam.”

Jednak książkę czyta się dobrze, a fakt, że upłynęło tyle czasu chyba nawet wychodzi na plus. Zresztą, wirus to wirus – książka na czasie? Na czasie. Wszystko się zgadza.

No, to lecimy.

Klinika, o której mowa to znana, prestiżowa placówka w Nowym Yorku, specjalizująca się w walce z AIDS. Jej pracownicy oddają się temu z wielkim poświęceniem, czasami graniczącym z obłędem. Wśród nich jest Harvey Riker, który za wszelką cenę stara się pozyskać środki na badania od znanych i wpływowych mieszkańców miasta. I tutaj pierwszy dylemacik: no, bo żeby zyskać kolejne dotacje należałoby udowodnić sukcesy, a co się z tym wiąże – pokazać ozdrowieńców. Z drugiej strony, pacjenci kliniki to często znane osobistości, z wiadomych względów pragnące zachować anonimowość. Zwłaszcza, że AIDS wówczas kojarzone było głównie z homoseksualizmem, także, tego…

Jednak ktoś bardzo się stara aby o klinice było głośno – seryjnie morduje jej pacjentów. Tych ozdrowiałych, żeby nie było. Policjantowi prowadzącemu śledztwo trudno jest znaleźć powiązania; czy chodzi o AIDS, czy o klinikę, czy o orientację seksualną ofiar.

Dla kontrastu – heteroseksualna para: dziennikarka Sara Lowell i koszykarz NBA Michael Silverman. Oboje sławni, piękni i bogaci, ale oderwani od rzeczywistości, bo tacy mili, skromni i prawdziwi. Powinni żyć długo i szczęśliwie, a nagle świat im się trochę wali. Co zrobisz? Nic nie zrobisz. A może?

Chociaż właściwie od początku towarzyszy nam monolog mordercy, to i tak go nie znamy, a nazwisko nic nam nie mówi. I tu jest haczyk, bo on działa na zlecenie, więc może sobie bywać narratorem bez spojlera. Do końca nie wiadomo, ale kto, ale jak, ale dlaczego i co się wydarzy. Historia jest naszpikowana zwrotami akcji, tak, że niektóre aż wydają się nieprawdopodobne. No, ale sami ocenicie, jeśli dacie facetowi szansę.

Każdy jej strach

Ktoś wie co to jest phrogging? Słyszeliście w ogóle takie określenie? W tej książce po raz pierwszy zetknęłam się z tym zjawiskiem. Nie zostało ono w niej nazwane, ale w tym samym czasie trafiłam na film, w którym też się to wydarzyło, więc z ciekawości zaczęłam szukać, a że „szukajcie, a znajdziecie”, to ja szukałam, a znalazłam. I już wiem, że takie coś istnieje i nazywa się phrogging. Czego to młodzi ludzie nie wymyślą dla fanu i oglądalności (kręcę z niedowierzaniem głową).

W dzisiejszych czasach nie wystarczy się włamać do domu w celach rabunkowych. Przecież to zbyt oczywiste. W dodatku pod nieobecność właścicieli? Pfff! Nudy na pudy. Trzeba podążać z duchem czasu, a nowa zabawa polega na tym, aby dostać się do czyjegoś domu i… w nim zamieszkać. Nie w pustostanie, nie w przybudówce, żeby była jasność. W domu jak najbardziej zamieszkałym, przy pełnej obsadzie, przy czym strych i piwnica, czyli miejsca rzadko używane też powoli robią się passe. Chcesz być gość to musisz się wykazać. Lajki nie zrobią się same. Lajki wymagają większego ryzyka. Na topie, zatem, jest pokój gościnny, miejsce pod schodami a nawet pod łóżkiem w sypialni państwa domu. Im dłużej tym lepiej, korzystając przy tym z łazienki, kuchni i innych przybytków rozkoszy. To jest właśnie phrogging.

Ale nie o tym, właściwie, w tej książce, w każdym razie nie tylko. Napisałam to jako ciekawostkę. A o czym książka?

O nieco znerwicowanej dziewczynie imieniem Kate, od dzieciństwa zmagającej się z atakami paniki, które spotęgowały jeszcze niedawne wydarzenia. Kate musi zmienić środowisko, żeby uspokoić się, wyciszyć i odzyskać równowagę.  Dla niej jest to przekroczenie strefy komfortu, bo decyduje się na dość radykalny krok: zamianę mieszkań z kuzynem. Kate opuszcza Anglię i na pół roku przenosi się do Stanów, do luksusowego apartamentu ekskluzywnej dzielnicy Bostonu. Niestety nie odnajduje tam upragnionego spokoju, bo właśnie wtedy w budynku zaczynają się dziać dziwne rzeczy, z morderstwem włącznie. A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na jej kuzyna, którego zna tylko z rodzinnych opowieści i wymiany kilku e-maili, a który właśnie mieszka w jej domu…

Pomysł nowy, fabuła pełna zwrotów akcji. Autora Petera Swansona dotąd nie znałam, ale facet daje radę. Także, no cóż, polecam.

 

Ghost writer

Zacznę od tego, że jest to jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) książek jakie ostatnio czytałam. Wciągnęła mnie całkowicie. Nietuzinkowa fabuła i wielka tajemnica, której trochę się domyślamy, a która ujawniana jest nam w rozsądnych dawkach.

O autorce, Alessandrze Torre powiedzieć mogę niewiele, bo nigdy jej nie czytałam. Gdy ją sobie wyguglowałam okazała się być piękną kobietą, i – według Wikpedii – amerykańską (really?) autorką erotyków (huh?), potem erotycznych thrillerów, aż w końcu chyba dojrzała do… Ghost writera.

Tak. To może ja przejdę do fabuły.

Helena Ross dopiero przekroczyła trzydziestkę, a już jest znaną pisarką, autorką bestselerów. Jest też samotna, nieco zdziwaczała i śmiertelnie chora. Mając świadomość, że zostało jej kilka miesięcy życia, porzuca inne zobowiązania, zrywa kontrakt z wydawnictwem i decyduje się napisać książkę o swoim życiu. Chce wyjawić w niej prawdę o tym, co stało się kilka lat temu, o tym co zrobiła, o tajemnicy, z którą nie może sobie poradzić. Helena sprawia wrażenie samowystarczalnej, zdystansowanej, stroniącej od ludzi. Z niechęcią przyjmuje pomoc od jedynych życzliwych jej osób, nikomu nie wyjawia motywów swojej decyzji, nikomu nie mówi o chorobie, nawet swojej promotorce. Ta, zresztą nigdy nie wiedziała nic o prywatnym życiu Heleny. Wyobrażała ją sobie jako zblazowaną bogaczkę w wielkim domu, otoczoną rodziną, wraz z  kochającym i wspierającym mężem u boku. Takie zdanie wyrobiła sobie na podstawie jej książek. Nie miała pojęcia jak jej wyobrażenie dalekie jest od prawdy. Helena jest zdeterminowana żeby opisać własne życie, ale zdaje sobie sprawę, że nie będzie w stanie fizycznie i psychicznie przebrnąć przez to sama. Wynajmuje więc ghost writera, czyli osobę, która będzie pisała tę książkę najpierw z nią, a potem za nią. O ile sam fakt zatrudnienia kogoś takiego może być zrozumiały, o tyle wybór tego kogoś już nie. Na ghost writera, kobieta wybiera swoją największą rywalkę, autorkę erotyków, której nienawidzi, i z którą od lat prowadzi walkę piórem. Ta, z kolei staje się jeszcze większą niespodzianką, od kiedy pojawia się w progu domu Heleny.

Tak, jak w filmie doceniam scenariusz oparty na grze zaledwie kilku aktorów, tak w książce doceniam fabułę opartą na „grze” zaledwie kilku bohaterów. Główny wątek, polegający przede wszystkim na świetnie poprowadzonym monologu to spore wyzwanie. A i poza nim dzieje się dużo.

Naprawdę polecam.

 

 

 

 

 

Najmroczniejszy sekret

   Alex Marwood, 2015

Tak naprawdę to nie wiem, czy powinnam z czystym sumieniem polecać tę książkę. To znaczy czyta się ją dobrze i jest dosyć wciągająca, ale ja to chyba jestem zbyt wrażliwa na takie klimaty. Czy to gwałt i zabójstwo, nie daj Boże, czy też zwykła intryga – gdy w grę wchodzi dziecko – ja się poddaję. Odpadam. Wymiękam. Płakałam czytając ją, naprawdę płakałam, chociaż nie ma w niej drastycznych opisów, potwornych szczegółów i tak dalej. Płakałam ze złości, z bezsilności na ludzką głupotę i egoizm. Szlag mnie trafiał i to, mam nadzieję, normalna reakcja matki, i też mam nadzieję, że nie tylko matki. To nie jest ostry thriller, ociekający krwią, zdecydowanie nie. To zwyczajna opowieść, która przez swoją zwyczajność tym bardziej przeraża. Minęło już trochę czasu od kiedy przeczytałam tę książkę, ale cały czas nie mogę o niej zapomnieć. Nie mogę też oprzeć się porównaniu do głośnej sprawy Madleine Mc Kain, najbardziej tajemniczego przypadku zaginionego dziecka. Wściekłość i poczucie niesprawiedliwości to emocje, które podczas lektury towarzyszyły mi najczęściej. I świadomość, że takich ludzi, i takich przypadków jest wiele, oraz to, że większość z nich nigdy nie została wyjaśniona.

Bogacze pławią się w luksusie. W ich świecie, niby takim samym jak reszty śmiertelników, częściej pojawia się egoizm, zniechęcenie, próżność, snobizm, imprezy oraz – często przypadkowy – seks i – często przypadkowe – opiekunki do dzieci. Więcej jest w takich rodzinach komplikacji i chaosu, więcej młodych macoch i ojczymów. Zacierają się granice, kto z kim, kiedy i dlaczego. Jak się okazuje, w tym środowisku pieniądze i prestiż mogą skutecznie stłumić wyrzuty sumienia.

Sean Jackson, który dorobił się majątku na sprzedaży domów, obchodzi 50 urodziny. Zaplanował na ten dzień huczną imprezę w gronie przyjaciół, właśnie w jednym z domów na sprzedaż. Wszystko ma dokładnie zaplanowane; od rodzajów trunków (i dragów), przez wykwintne menu, aż po kolor sukienki swojej żony. Żony, która zresztą już mu się znudziła. Chociaż wszyscy uczestnicy, w tym również Sean mają dzieci, nikt nie skupia na nich większej uwagi. Dzieci są zbędnym dodatkiem, którym trzeba się jakoś zająć za dnia, zmęczyć, żeby grzecznie poszły spać i nie przeszkadzały w imprezowaniu. Sean uważa, że jest najlepszy we wszystkim, ale jest beznadziejnym ojcem. Nie potrafi odnaleźć się w tej roli ani dla trzyletnich bliźniaczek, ani dla nastolatek z pierwszego małżeństwa. Jest wkurzony, gdy dziewczyny nagle pojawiają się na jego urodzinach, a zniknięcie jednej z córeczek Seana staje się niewygodnym problemem, który jakoś trzeba oznajmić światu. A potem… a potem robi się dziwniej, tzn, robi się zwyczajnie, co właśnie jest dziwne. Mijają lata, ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.

Narracja poprowadzona sprawnie, przechodzi od jednego uczestnika wydarzeń do kolejnego, aby ostatecznie pozostać przy, dorosłej już teraz, pierwszej córce Seana. Dziewczyna niewiele wie o zniknięciu przyrodniej siostry, nie było jej przy tym, więc razem z nią powoli odkrywamy prawdę. Albo półprawdę. Kilka wątków pobocznych nigdy nie zostaje wyjaśnionych, ale nietrudno odgadnąć co się stało.

Nie jest to powieść wybitna, podobno słabsza niż ta, dzięki której Alex Marwood zyskała rozgłos: „Dziewczyny, które zabiły Chloe”. Nie wiem, nie czytałam, natomiast „Najmroczniejszy sekret” polecam, chociaż może nie przewrażliwionym mamom.

RESZTKI

Remainder, Tom McCarthy, 2013,

Jak wspominałam, od jakiegoś czasu wpadają w moje ręce książki dziwne. Dziwne i coraz dziwniejsze. Ale ta przebija chyba wszystkie. Tak pokręcona fabuła mogła powstać wyłącznie w nie do końca normalnym umyśle. Aż sobie wyguglowałam autora. I szok – on wygląda całkiem normalnie, przystojnie nawet. I ta książka akurat jest jego debiutem, co tym bardziej przeraża i daje do myślenia… Co będzie next? Albo co było next, bo chyba coś tam od tego czasu spłodził. W związku z powyższym nie mogę przybliżyć autora, zatem przejdę do fabuły. Historia na pewno jest oryginalna. Nie pamiętam żebym spotkała się dotąd z czymś takim. I chociaż sporo w niej przemyśleń i filozoficznych retrospekcji głównego bohatera (występującego w roli narratora, co jeszcze potęguje efekt) to jednak czyta się ją bardzo dobrze. I daje do myślenia, to na pewno! Książka jest też pełna niedopowiedzeń, a niektóre wątki powstały w ogóle bez sensu, bo niczego nie wnoszą. Może mają na celu lekkie nakreślenie głównego bohatera, tego jakim człowiekiem był wcześniej, zanim.

Rzecz dzieje się w Londynie. Główny bohater, którego imienia nie znam (nie pamiętam czy kiedykolwiek je wymieniono) zostaje ranny w wypadku. Szedł sobie ulicą i spadło na niego coś, co też nie zostaje do końca wyjaśnione, ale można poniekąd domyślić się, że chyba była to jakaś część rozbitego samolotu. W każdym razie żadne tam UFO czy inne nadnaturalne zjawiska, bo ktoś tam realny poczuwa się do odpowiedzialności i proponuje Ugodę. Zajmuje się tym adwokat bohatera, bo ten ledwo jarzy pogrążony najpierw w śpiączce, a potem w długich miesiącach rehabilitacji. Po wszystkim, dzięki Ugodzie, z dnia na dzień zostaje milionerem.

Jest postacią trochę nijaką, bo niczego się o nim nie dowiadujemy. Kilku rzeczy z jego przeszłości możemy się tylko domyślić ze skąpych, pojedynczych zdań. My poznajemy go tu i teraz, czyli tuż po wyjściu ze szpitala. Prawdopodobnie ta część samolotu, która go walnęła spowodowała jakieś nieznane bliżej szkody w jego… umyśle/osobowości/charakterze. Dowiadujemy się też, że cierpi na  częściową amnezję, ale książka skąpi nam szczegółów, również tych, dotyczących jego rodziny i w ogóle przeszłości. Fabuła skupia się na jego doraźnych przemyśleniach i potrzebach, których na początku on sam nie ogrania. Zaczynamy je ogarniać razem z nim, powoli zagłębiając się w jego psychikę. I to już jest jazda bez trzymanki, bynajmniej nie tramwajem!

Facet czuje się nierealny, ale nie wiadomo w jakim sensie i co to dokładnie oznacza. Wiadomo tylko, że za wszelką cenę chce poczuć się „prawdziwy” i dąży do tego wręcz obsesyjnie. Po wypadku nic go nie cieszy, nie smuci, nie wkurza. Czuje się obojętny na tak zwany całokształt. Poszukuje sensu życia, zastanawiając się gdzie ulokować swoją fortunę, żeby czuć, że JEST, że istnieje.

Pewnego razu doznaje olśnienia, a dokładnie przebłysku wspomnień. Widząc pęknięcie na ścianie w toalecie obcego domu, przypomina sobie, że kiedyś mieszkał w kamienicy z podobnym pęknięciem na ścianie. Wytężając umysł i podążając tym tropem widzi sąsiadów i konkretne, przypisane im role. Wynajmuje „faceta od wszystkiego” i każe mu znaleźć, wykupić i idealnie odwzorować budynek z jego wspomnień, a także całą okolicę i wynająć wybranych z castingu ludzi, którzy będą mu przypominać dawnych sąsiadów. Olbrzymie przedsięwzięcie zamyka całą londyńską dzielnicę. Gość dobrze płaci swoim aktorom, każąc im odgrywać ciągle te same role. Wszystko jest obliczone co do milimetra; wzory na posadzce, brud, spadzistość dachu, składzik dozorczyni, dźwięki i zapachy…

Ale to ciągle nie to. Bohater zaczyna odgrywać coraz to inne role, zatrudniać coraz więcej ludzi, brnąć w coraz okrutniejsze sceny. Do czego może się posunąć facet ogarnięty obsesją?

 

 

 

 

 

MAM NA IMIĘ ANIA

2013

 

Determinacja ludzkiej płci zaczyna się w szóstym tygodniu ciąży. Obecność chromosomu Y warunkuje powstawanie jąder, produkcję testosteronu. Nieco później natomiast, po ukształtowaniu się płci biologicznej, następuje tworzenie informacji mówiącej o poczuciu własnej płci. Najprawdopodobniej u osób transseksualnych w tym momencie występuje jakiś czynnik hamujący działanie odpowiedniego hormonu.

Posłankę Grodzką znałam, oczywiście, i podziwiałam za takt i klasę. Chyba najgłośniej było o niej w 2013 roku, w związku z konfliktem z Krystyną Pawłowicz. Homofobiczne i obraźliwe wypowiedzi tej ostatniej (za co została ukarana jeno naganą) stały się przez chwilę tematem numer jeden. Słuchając obu pań, nie mogłam otrząsnąć się z szoku, że to ta druga ma tytuł profesora i pracuje z młodzieżą.

Ale ja nie o tym, oczywiście, nie o polityce, a i Anna też tego tematu w książce nie porusza.

To może tak tylko, dla przybliżenia:

Anna Grodzka, z wykształcenia psycholog, urodzona jako Krzysztof Bęgowski jest polską działaczką społeczną, politykiem i założycielką Fundacji Trans-Fuzja. Jest też pierwszą transseksualną osobą w polskim parlamencie.

Książka jest świadectwem, rodzajem pamiętnika, pisanego może trochę chaotycznie, ale takie właśnie było jej życie. Wtedy. Przed zmianą płci, na którą zdecydowała się dopiero, gdy jej syn był już dorosły. Zresztą on jako pierwszy to zaakceptował, zapewniając ojca o dozgonnej miłości. Szacunek dziecka jest najlepszym dowodem na to, jakim człowiekiem jest Anna Grodzka. Jak to określił jej syn „Masz najlepsze cechy obu płci”.

Zyskała mój szacunek już przy starciu z Pawłowicz, ale po przeczytaniu książki wzrósł on, co najmniej dwukrotnie. I jeśli nadal miałam jakiekolwiek wątpliwości co do osób transpłciowych, to już ich nie mam. No, bo to jest tak: lekarze, eksperci i badacze mogą nam mówić, że coś nie jest chorobą, że jest zjawiskiem (rzadkim, bo rzadkim) ale normalnym, to myślimy „Aha, ok.” Tak naprawdę jednak, jeśli ktoś sam tego nie doświadczył, albo nie zna nikogo takiego, to nie uwierzy do końca, nie zrozumie. Trzeba poznać myśli i uczucia takiej osoby, a Anna opisuje swoje myśli i uczucia bardzo dokładnie. Wyjaśnia różnice między transwestytyzmem, a transpłciowością. Czytając tę książkę zrozumiałam przede wszystkim, jak słabo wyedukowane jest nasze społeczeństwo w tej kwestii. Wciąż, nieświadomie, podążamy za stereotypami, nie widząc różnic w pojęciach i utożsamiając, np. operację zmiany płci z „przeróbką genitaliów”, a to zupełnie co innego.

W książce Anna opisuje swoje życie, urywkami, scenami, które dla niej wydają się ważne. Od wczesnego dzieciństwa, przyjaciół, szkołę, aż po studia, działalność społeczną, pierwsze zauroczenia, miłość, ślub i tak dalej… Poznajemy jej trudne dzieciństwo, szykany, wyzwiska i bójki w szkole podstawowej. Potem zmianę otoczenia, wyciszenie i pierwsze przyjaźnie. Przede wszystkim, jednak, poznajemy jej rozterki, rozbicie emocjonalne, niepewność, strach… W latach 60, 70, pojęcie transpłciowości nie było znane, a gdy już pojawiło się w zacnych księgach medycznych, stało obok koprofilii, nekrofilii, pedofilii, czyli ogólnie chorób i zaburzeń, które trzeba leczyć. Nic więc dziwnego, że ludzie borykający się z tym problemem uważali się za dziwaków, odmieńców i chorych psychicznie. Nic, więc, dziwnego, że próbowali stłumić w sobie tę drugą osobowość, tę prawdziwą.

Kto powinien sięgnąć po tę książkę? Chyba każdy. Chociażby po to, by zrozumieć, by dowiedzieć się ciekawych rzeczy. By odkryć to, co tak naprawdę wciąż jeszcze nieodkryte, co wciąż jeszcze jest tematem tabu. Wyobraźcie sobie, że wasze życie jest poprawne, ale kosztem was samych, waszej wolności i swobody. Robicie to, czego od was oczekują, jednocześnie tłumiąc w sobie prawdziwe emocje. Nagle staje przed wami szansa zmiany, uzewnętrznienia siebie i swoich potrzeb, ale to wszystko oznaczałoby koniec życia takiego, jakie macie do tej pory, rozstanie z rodziną, którą kochacie. To jest tak trudne, że wielu transseksualistów nie decyduje się na zmianę. Warto zdać sobie sprawę, że taki przewrót jest szokiem nie tylko dla tej osoby, ale też dla jej rodziny. Dlatego Fundacja Trans- Fuzja obejmuje, między innymi, opieką psychologiczną nie tylko osoby transseksualne, ale także ich bliskich.

Jedynym minusem książki mogą być powtarzające się opisy samego sedna problemu, postrzegania go przez innych, ciągłe powtarzanie różnic między pewnymi zwrotami, rozterki bohaterki, jej wahania i refleksje. Jednak, można to wybaczyć, bo coś, co jest powtarzane wielokrotnie ma większą szansę utrwalić się w pamięci. Poza tym podkreśla szczerość opowieści, uwydatniając istotę problemu.

Kilka rzeczy bardzo mnie zaskoczyło, np. to, że o zmianę płci należy wystąpić do sądu, a wniosek poprzeć opiniami kilku niezależnych psychiatrów, psychologów i seksuologów, a sąd i tak dodatkowo powołuje biegłego. A teraz najlepsze – niezależnie od tego czy ma się 20 lat, czy czterdzieści, (a trzeba być pełnoletnim) – do sądu pozywani są rodzice i muszą oni wyrazić zgodę na zmianę płci dziecka.

Pod koniec wspomniano (wiedziałam, że wspomną) tragiczny w skutkach eksperyment Moneya. Jest też kilka historii z życia osób transpłciowych, objętych opieką Fundacji. Jest też cała lista nazwisk sławnych ludzi, którzy poddali się przemianie, oraz tych którzy się na to nie zdecydowali i wykorzystują swoją trans płciowość jako np., wizerunek sceniczny. Przyznam, że niektóre nazwiska były dla mnie zaskoczeniem.

Także, no… polecam.

(…)Idziesz przez życie, nawiązując relacje z otoczeniem tylko przez szybę. Jesteś kobietą. Na szkle jednak namalowałaś obrazek faceta. Ludzie wchodzą z tym obrazkiem w dialog, w relacje, ale czy rozmawiają z tobą? Jakiś facet mówi do faceta namalowanego na szybie, opowiada o ostatnim meczu, o tym, że szybciej niż koleś obok wystartował ze skrzyżowania, mówi, jaką poznał superlaskę itd. Słyszy nawet twój głos, gdy mu odpowiadasz, ale nie widzi ciebie. Czujesz się podle, że robisz gościa w balona. Nie możesz powiedzieć, że nic cię to nie obchodzi, że o lasce masz ochotę donieść jego żonie(…) I choć na poziomie języka rozumiecie się bez problemów, bo słowa mają określone znaczenie, to nie wszystko możesz mu powiedzieć i nie o wszystkim chcesz słyszeć(…)

EPIDEMIA

Zaskoczeni? Bo ja tak. Znalazłam ją przypadkiem w swoich zbiorach. Przypadek? Nie ma przypadków!!!

Robina Cooka lubię, i kiedyś czytywałam namiętnie. W jego thrillerach medycznych wybija się, przede wszystkim, fachowa wiedza – w końcu jest doktorem medycyny. Jest też dobrym obserwatorem i ma świetne pióro.

Rzecz dzieje się w kilku Stanach Ameryki, w latach 80, ale jakże na czasie! Z każdą stroną utwierdzałam się w przekonaniu, że nic się w kwestii epidemii nie zmieniło. Wręcz przeciwnie – rzekłabym, że kiedyś radzono sobie z nią lepiej, przynajmniej w Ameryce. Podobny schemat, te same środki ostrożności, taki sam wywiad z pacjentem, identyczne procedury. Jeśli ktoś liczy na drastyczne fakty i dokładne opisy przebiegu choroby to trochę się zawiedzie. Książka – jak to zazwyczaj u Cooka – skupia się na osobach lekarzy, etyce zawodowej, potędze pieniądza, przysiędze Hipokratesa i wpieprzającej się we wszystko polityce.

Marissa Blumenthal; lekarka z Centrum Kontroli Epidemiologicznej w Atlancie jest nowa i niedoświadczona. Gdy wybucha epidemia, Marissa reprezentując zespół zostaje rzucona na pierwszą linię frontu. Stara się wykonywać swoją pracę jak najlepiej, polegając na niewielkim doświadczeniu, ale przede wszystkim na własnej intuicji. Zbierając informacje o pacjentach nie znajduje żadnego punktu zaczepienia. Czas do pojawienia się pierwszych objawów wydaje się nietypowy, jednak same objawy przypominają gorączkę krwotoczną. Nie mogąc znaleźć cech wspólnych u pacjentów, Marissa drąży głębiej i przypadkowo natrafia na coś, co przeraża ją bardziej niż ryzyko zakażenia, na które naraża się każdego dnia. Komuś też zaczyna wyraźnie zależeć żeby odsunąć ją od sprawy.

Szybkie tempo, niesamowite zwroty akcji, czasami wręcz nierealne. Niepewność kto wróg twój, a kto przyjaciel. Niepewność komu zaufać, gdy trzeba postawić wszystko na jedną kartę i ma się na to tylko kilka minut. Żeby opanować epidemię należy odkryć jej źródło. Nie zawsze jest to kluczowe, ale tutaj jest. Wie o tym Marissa, i wiedzą o tym jej wrogowie. Kobieta odkrywa wreszcie pewien incydent, łączący wszystkich zakażonych i od tej pory jej życie zmienia się całkowicie.

ODBIORĘ CI WSZYSTKO

2019

Historia prosto z Norwegii, i między innymi to mnie skusiło, bo lubię skandynawskie kino i literaturę. Autorki – Ruth Lillegraven nie znałam do tej pory. Ładna babka, która właśnie przekroczyła czterdziestkę. Pisze całkiem nieźle, tak dojrzale, jak by miała ze dwadzieścia lat więcej. I w skomplikowanym norweskim systemie politycznym też się dobrze rozeznaje, bo polityki w książce sporo. Ale! Niech nie zraża to tych, którzy polityki nie lubią, w każdym razie w książkach. Cała akcja jest tak poprowadzona, że nie ma czasu się znudzić.

Fabuła przebiega kilkutorowo, a właściwie dwutorowo, chociaż ostatecznie i tak wszystko sprowadza się do jednego „tramwaju”. Tramwaju zwanego zemstą. Ale to pięknie określiłam. Na tapecie mamy małżeństwo z dwojgiem dzieci, dzielące życie między pracą, a domem. Przy czym praca pochłania ich bardziej. Zwłaszcza ją – Clarę, która pracuje w Ministerstwie Sprawiedliwości, i która usiłuje naprawdę zrobić coś dla świata, dokładnie dla maltretowanych dzieci. Póki co, próbuje przeforsować ustawę w tej sprawie, a potem zacząć realnie działać. Niestety coraz trudniej jest jej złapać kontakt z własnymi synami. Trochę z powodu zaangażowania w pracę, trochę z powodu kryzysu w małżeństwie, a trochę w związku z traumatycznymi przeżyciami w dzieciństwie.

Jej mąż, Haavard jest lekarzem, pracującym w publicznym szpitalu. Na co dzień spotyka się z cierpieniem dzieci, co wykańcza go psychicznie i fizycznie. Zwłaszcza jeśli te dzieci są ofiarami własnych rodziców. Tajnymi dojściami, choć bez konkretnego planu, gromadzi dane rodziców, którzy dopuszczają się przemocy wobec dzieci, i sporządza listę. Zapisana w komputerze nie wygląda groźnie, ale nagle ludzie z listy zaczynają umierać w dziwnych okolicznościach. A to już jest dla policji podejrzane. Haavard jest podejrzany.

Obok głównego wątku, biegną sobie wątki poboczne, że tak już przy torowisku zostanę. Narracja rozłożona jest na kilka postaci, przede wszystkim na Clarę i Haavarda, ale też poznajemy współpracowników obojga i ojca Clary, z którym kobieta jest bardzo związana. Powoli odkrywamy tajemnicę z jej dzieciństwa, no i standardowo już, zadajemy sobie pytanie, czy każdy czyn w dobrej wierze można usprawiedliwić?

Książkę czytało się dobrze i szybko. Pomijając kilka sytuacji, w których działania bohaterów uznałam za irracjonalne, a przynajmniej dziwne. Ale to w końcu potomkowie Wikingów, także…

 

KSIĄŻECZKI DLA NAJMŁODSZYCH

Dzisiaj o książkach dla dzieci, co by zamknąć tę serię, co to się jakoś samorodnie stworzyła. Na wstępie chcę zaznaczyć, że nie jestem szaloną propagatorką czytania dzieciom na siłę i za wszelką cenę. Nie wszystkie dzieci lubią czytanie, co nie znaczy, że wyrosną na tępych, niewrażliwych ludzi, bo to bzdura. Denerwuje mnie ta nagonka, że trzeba, że wypada, że wyrodnym rodzicem jesteś, jeśli nie czytasz. Moje córki akurat uwielbiały książki, i nie wyobrażały sobie zaśnięcia bez czytania. Tamaluga potrafi nawet zrezygnować z wszelkich przyjemności na rzecz czytania jej na dobranoc i bardzo się z tego cieszę.

Dawno już wyszłam z obiegu, więc posiłkowałam się książkami polecanymi w telewizji, głównie przez ich autorów. W życiu już nie popełnię takiego błędu. Zobaczyłam, usłyszałam, zakupiłam, przeczytałam i upchnęłam w najdalszy kąt najgłębszej szuflady. A potem wspomogłam nimi recykling.

Co sądzę na temat współczesnych książek dla dzieci wspominałam już w kilku wpisach. Podsumuję, zatem, jednym słowem: katastrofa. I nie mam na myśli baśni hulających żwawo od pokoleń, o królewnach, kapturkach i innych stworach, zostawmy to w spokoju. Od książek dla dzieci, zwłaszcza dla małych dzieci, nie wymagam wiele. Najważniejsze jest to, żeby były przez te dzieci zrozumiane. Niestety autorzy książek dla 3-4 latków, albo nigdy nie mieli do czynienia z dzieckiem w tym wieku, albo mieli, ale to olewają, bo górę biorą ich grafomańskie zapędy. Wiele bajek terapeutycznych, które w zamyśle mają pomóc dziecku oswoić się z trudną sytuacją –  faktycznie wymagają terapii po ich przeczytaniu.

Jednym słowem propozycje dla najmłodszych są niedostosowane do ich wieku, albo nudne, albo bez żadnego morału, albo wszystko powyższe. Albo to ja jestem nienormalna. Albo się czepiam. Albo wszystko powyższe, bo tak też może być.

Wcześniej nie podawałam tytułów, ale teraz podam chociaż jeden. Weźmy na przykład „Nowa w przedszkolu” (3-6 lat). Boże w niebiesiach. Co to jest za gniot. Poprawny politycznie, jak najbardziej. Z założenia uczący tolerancji, jak najbardziej. Zuri, bowiem, jest dziewczynką z Afryki, która trafia do polskiego przedszkola. Nie wiem co autorka miała na myśli, ale treść jest niespójna, dialogi tragiczne, a całość zupełnie nie dostosowana do małego dziecka. Najgorsze ze wszystkiego jest jednak to, że pani owa, niesiona na radosnej fali grafomaństwa stworzyła całkiem nowe zasady gramatyki języka polskiego. Otóż, rodzajowi nijakiemu (ono – żyrafiątko) przypisała czasowniki „przejęłom się”, „schowałom się” i tak dalej. Słowotwory te przewija się przez całą opowieść i jest po prostu nie do zniesienia.

Beatrix Potter. Kilka baśni w jednym zbiorze. Poleconym mi przez właścicielkę lokalnej księgarni. Że pięknym językiem pisane, że piękne rysunki, że to w ogóle klasyk wśród dziecięcych propozycji. Mogę się z tym zgodzić, ale ja to jednak mam pecha. Albo farta. Przeglądając zbiór na chybił trafił otworzyłam akurat na fragmentach o „złojeniu skóry pasem” i „targaniu za uszy niesfornego misia”. Przemoc w pięknej oprawie. Pani Potter już podziękujemy.

Dorzuciłabym jeszcze książkę z rymowankami i wyliczankami, która okazała się największą porażką ever, ale pisałam już o niej  TU

Także, tego. Zajmijmy się książkami fajnymi.

„Mamo, kocham cię”. O taką książkę mi chodziło. Książkę, którą zrozumie nawet dwulatek. Przepiękne ilustracje i proste zdania, opisujące codzienne czynności jakie mały króliczek wykonuje razem z mamą. Treść bliska sercu każdemu maluszkowi. Tamaluga uwielbia tę książkę i oczywiście zna ją już na pamięć. To jest wzruszająca opowieść, która pomaga jeszcze bardziej umocnić więzi między mamą i dzieckiem. Tamaluga na końcu chce robić to, co króliczek, czyli przytulać i całować mamę. Najpierw oczywistym mi się zdało, żeby czytała ją właśnie mama, ale powiem wam, że przy tacie efekt jest jeszcze mocniejszy. Jak to ktoś kiedyś pięknie napisał „Najlepsze, co ojciec może dać dziecku to miłość i szacunek do jego matki”. Cóż, żaden ze mnie psycholog, ale tata czytający o tym, jak to fajnie jest być z mamą daje dziecku do myślenia. To jest naprawdę super sprawa.

„Odwagi, zajączku” to też bogato ilustrowana propozycja dla najmłodszych. W kilku zdaniach zawarte są największe wartości – przyjaźń, miłość, odwaga, poświęcenie. I jeszcze, że ciasteczka łagodzą obyczaje, a strach ma tylko wielkie oczy.

„Marysia. Trzy historie na wiosnę”. – opowieść o Misi Marysi – małej koali która przeżywa przygody typowe dla każdego dziecka. Trzy historie dotyczą trzech wiosennych przygód: jajeczek wielkanocnych, jazdy na rowerze i popołudnia na placu zabaw. Dziecko bez trudu odnajduje się w każdej z tych sytuacji i razem z Misią pokonuje bardzo poważne problemy, takie jak rozbite kolanko, czy niejadalne ciasto z piasku.

Magazyny dla dzieci.

Gdy już było wiadomo, że czeka nas dobrowolna kwarantanna, byłam w sklepie z prasą, świadkiem takiej scenki: Mama i córka, mniej więcej 6 letnia. Mała bierze z półki magazyn „Barbie” pełen gadżetów.

– Może raczej wybierzemy jakieś łamigłówki? – pyta mama z rezygnacją i raczej retorycznie.

Dziewczynka patrzy na nią zszokowana.

– Masz rację, kto by przy tobie siedział i pomagał – stwierdza mama.

Tamaluga, która też lubi gadżety, ale łamigłówki lubi dużo bardziej, kręci głową zniesmaczona wyborem dziecka. Ja kręcę głową zniesmaczona czymś innym.

Ale do rzeczy. Łamigłówki, magazyny z zadaniami dopasowanymi do wieku to fantastyczny pomysł na spędzenie czasu w domu. Na przykład taka seria z Peppą. Wiem, że Peppa jest postacią dosyć kontrowersyjną, ale obiektywnie oceniając jest całkiem spoko. Miesięcznik „Świnka Peppa” ma dużo łamigłówek, gier, propozycji zabaw i konkursów z nagrodami. No i też ma gadżety 🙂

No, to chyba na tyle.

Pozdrawiamy z domu 🙂