Trauma

Od jakiegoś już czasu Sophie Hannah należy do moich ulubionych pisarzy, a kolejne pozycje tylko mnie w tym utwierdzają. Bardzo lubię jej styl. Uwielbiam jej osobistą analizę własnych myśli i odczuć. To znaczy myśli i odczuć bohaterki. Bo u niej zawsze wyraźnie zaznaczony jest główny bohater, przeważnie kobieta w średnim wieku, matka i żona. Postaci Hannah są przeciętne, tak pod względem urody, jak i charakteru. Są szlachetne i jednocześnie wkurzające, empatyczne i stroniące od ludzi. Cała paleta barw. Wszystkie cechy normalnego, nieprzerysowanego człowieka. I to mi się podoba.  Łatwiej się z kimś takim utożsamić. Sophie świetnie buduje napięcie do… całkiem zwyczajnego thrillera/kryminału, co o dziwo odbieram na plus. Tam nie ma wielkich dramatów, ani morderstwa/przestępstwa wielkiej wagi, ale właśnie to napięcie, to dążenie do poznania prawdy „robi całą książkę”. Czasami taki zabieg wkurza, mamy wrażenie, że napięcie jest sztucznie pompowane a efekt mizerny. Tutaj tego nie ma. Nie odczułam niedosytu, ani rozczarowania.

Niestety (albo stety) tytuł wprowadza w błąd. Osobiście nie odkryłam żadnej traumy, a przynajmniej nie takiej, jakiej czytelnik spodziewa się otwierając książkę. Portrety psychologiczne postaci są głębokie, a jednoczenie takie zwyczajne. Zyskujemy dużą dawkę wiedzy z dziedziny psychologii i zaburzeń emocjonalnych, ale taką łatwą do przełknięcia, a raczej do zrozumienia. Kiwamy wtedy głową, myśląc „No, tak. To miało prawo tak się potoczyć”.  Tutaj przewidywalność jakimś cudem nie drażni, zostawia nas raczej z kolejną porcją wiedzy i refleksją.

Amber Hewerdine poznajemy w drodze do… hipnotyzerki, która ma wyleczyć ją z bezsenności, dręczącej Amber od czasu śmierci jej przyjaciółki Sharon. Kobieta nie wierzy w hipnozę, nie wierzy nawet w psychoterapeutów, ale chce mieć pewność, że zrobiła wszystko co możliwe, by wrócić do normalności. Zwłaszcza, że stała się prawną opiekunką córeczek Sharon. Klientka niewierząca w hipnozę oznacza, że hipnoza po prostu nie może się udać. A jednak chyba się udaje, bo Amber w transie wypowiada słowa, które dla niej samej brzmią obco, a które stają się zwrotem akcji w sprawie morderstwa… Bo z magicznego zdania, Amber zwierza się pierwszej napotkanej w poczekalni osobie, a tą osobą przypadkowo jest policjantka. Od tego momentu poznajemy rodzinę Amber, która tak naprawdę jest rodziną jej męża Luca. Poznajemy ich zwyczaje i, czasami skrajnie dziwne zachowania. Wszystko też wydaje się prowadzić do wydarzeń sprzed prawie dekady, kiedy to w tajemniczych okolicznościach, z jednego domu zniknęła – na chwilę – połowa krewnych Luca.

Po lekturze można sobie zadać pytanie, czy żyjemy tak naprawdę dla nas samych, czy dla innych i jak to możliwe, że ich wyobrażenia o nas mogą mieć tak ogromne znaczenie. Zazwyczaj jedno kłamstwo prowadzi do kolejnego, wiadomo, ale żeby budować na nich całe swoje życie, podczas gdy można było od samego początku łatwiej, prościej, bez spiny i kryminału. No, ale niektórzy tak mają – wolą pod górkę. Albo nie znają innych możliwości i nie potrafią dokonać lepszych wyborów. A tutaj z kolej wpływ na to ma rodzina i środowisko, w jakim się dorasta. To może tutaj ta trauma? Zawoalowana, subtelna, ale jednak trauma? Pozostawiam subiektywnej ocenie.

Idealne dziecko

Powielona fabuła, pomyślałam z początku, ale jednak nie. Thrillerów z dzieckiem w roli głównej było już wiele. I z dzieckiem w charakterze prześladowcy, i z dzieckiem w charakterze ofiary. Tych drugich, zresztą, unikam jak ognia, z wiadomych względów. Tutaj nic nie jest oczywiste, poza całą paką problemów do przepracowania, jak zwykle. Nie do końca wiadomo, jaką rolę pełni dziecko, niemal przez całą opowieść, a i koniec zostawia niedomkniętą furtkę, pozwalając na własne domysły i podsumowanie.

Chris i Hannah są kochającym się małżeństwem. Uzupełniają się prywatnie i zawodowo – on jest chirurgiem ortopedą, ona pielęgniarką. Oboje dawno już porzucili marzenia o biologicznym dziecku i podjęli decyzję o adopcji. Niestety, również na tym polu droga jest wyboista i niepewna. Okazja nadchodzi sama: do szpitala, w którym pracują trafia dziewczynka, znaleziona na parkingu. Dziecko jest brudne, głodne i zaniedbane, a przede wszystkim nosi ślady długotrwałej przemocy. Chris podejmuje się operacji, po której między nim, a dzieckiem rodzi się silna więź. Hannah staje trochę przed faktem dokonanym, ale i ona bardzo pragnie zaadoptować Jane. Z całym jej balastem, chociaż takiego obrotu sprawy na pewno się nie spodziewali.

Książka ukazuje rażące braki w instytucji pomocy społecznej. Narzekamy na swoją, a tu okazuje się, że i w Stanach jest podobnie. Tyle, że to żadne pocieszenie, prawda? Całość podzielona jest na przemyślenia Chrisa i Hannah, a także zeznania składane na policji przez opiekunkę przydzieloną rodzinie.

Co do autorki to niewiele mam do powiedzenia. Wyczytałam, że jest psychologiem, specjalizującym się w dziecięcych traumach. Umiejętnie prowadzi czytelnika przez wyboiste drogi ludzkiej psychiki, potrafi zaskoczyć, przerazić i skłonić do refleksji.

Kobieta w oknie

Przeczytawszy tytuł, byłam przekonana, że autor jest kobietą. Nie wiem dlaczego, może wydawało mi się, że o kobiecie w oknie może napisać tylko inna kobieta (w oknie). Pozbyłam się złudzeń już po otwarciu strony, gdyż na wewnętrznej stronie okładki, ukazało się zdjęcie, całkiem przystojnego mężczyzny. Następnie (wyguglowawszy go) dowiedziałam się, że ta książka to jego debiut… Całkiem udany debiut, a w zasadzie, jak na debiut to zajebisty.

Anna, z zawodu psycholog dziecięcy, mieszka samotnie w ogromnym domu, którego od roku nie opuszcza. Cierpi na agorafobię –  zaburzenie, będące następstwem powypadkowego stresu.

Anna ma niespełna 40 lat, a czuje się jak staruszka. Zaniedbana staruszka. Nie ma motywacji, żeby się wykąpać, nie ma motywacji żeby się ubrać, nie ma motywacji, żeby zrobić cokolwiek ze swoim życiem. Dni spędza w Internecie – grając w szachy i udzielając porad, oraz w oknie – obserwując sąsiadów. Jej towarzyszami, niezmiennie są: kot, stare filmy i butelki wina, w ilościach hurtowych. Ma też kontakt z lekarzem, a jakże, i z terapeutką, no i z rodziną, którą ją opuściła: mężem i córeczką. To właśnie mąż często podpowiada jej, co robić, i zazwyczaj ma rację.

Pewnego dnia, Anna obserwuje rodzinę, wprowadzającą się do domu naprzeciwko. Wkrótce poznaje ich syna, nastoletniego Ethana, a potem Jane, jego matkę. Kobieta odwiedza Annę, i obie spędzają miły wieczór. Dzień później Anna widzi przez okno, jak ktoś morduje jej nową przyjaciółkę. Policja niespecjalnie chce uwierzyć wariatce na prochach łączonych z alkoholem. W końcu i sama Anna zaczyna wątpić w to, czego jeszcze przed chwilą była pewna. Nie podoba jej się sąsiad z naprzeciwka, mąż Jane, który w dodatku zaczyna jej grozić. Nie ufa też lokatorowi, zajmującemu jej suterynę. Osaczona i odrzucona przez wszystkich zaczyna naprawdę popadać w obłęd.

Może jestem niesamowicie niesamowita, a może trening czyni mistrza, a może po prostu książka jest przewidywalna? Nie wiem, w każdym razie dość szybko domyśliłam się o co chodzi i co się może wydarzyć. Choć nie do końca, oczywiście. Określona jest jako thriller, i chociaż są ku temu powody, ja raczej uznałabym ją za dramat psychologiczny. Pisana jest w pierwszej osobie, na fali odczuć i przemyśleń głównej bohaterki. Niektórym to przeszkadza, innym wręcz przeciwnie. Ja uważam, że książka jest bardzo wciągająca i warta przeczytania. Autor fajnie bawi się myślami i słowami, nie znalazłam niedociągnięć, ani błędów. Dodatkowym autem są tytuły starych, amerykańskich filmów, zwłaszcza tych niedocenionych przez krytyków lub/i widownię, a wartych uwagi. Na koniec przypomnę, że jest to debiut A. J. Finna, także podwójne brawo.

P.S. Właśnie widzę, że na platformie Netflix  powstaje/powstał? film na jej podstawie.

Czekam, aż stanie się coś pięknego

Viola Ardone, wyd. Sonia Draga, pierwsze wydanie 2019 rok.

Po drugiej stronie tęczy. Taki nadałabym tytuł. Według wszystkich baśni i podań, po drugiej stronie tęczy zawsze czekał garniec złota. Czy tak było i tym razem?

Albo nie. Po drugiej stronie torów, bo bohater książki, tę najważniejszą podróż w życiu odbył pociągiem…

Jeśli szukacie dynamicznej akcji, okrucieństwa tamtych czasów czy tragicznego pokłosia  wojennej zawieruchy, to nie tędy droga. Ale lekko i przyjemnie też nie będzie. Będzie za to prawda, w najprawdziwszej odsłonie, kiedy trzeba brutalna, kiedy trzeba łagodna. Prawda dziecka ulicy, które wciąż pamięta bombardowania, ale równie dobrze prawda dziecka, które mogłoby żyć dzisiaj, tu i teraz. Bo pośród nas wciąż żyją dzieci ulicy, o których nie wiemy, których nie widzimy. Czy któreś z nich ma szansę na normalne życie, taką szansę, jaką dostał nasz bohater?

Neapol, późne lata 40, ubiegłego wieku. Wojna się skończyła, ale nie dla wszystkich. Bieda i głód zagląda do domów zapomnianej dzielnicy. Mieszkańcy radzą sobie, jak mogą, legalnie, na wpół legalnie, i całkiem poza prawem. Dzieciaki, często zdane same na siebie, też próbują zarobić na kawałek chleba. Amerigo nie ma nawet ośmiu lat, a zdążył zaznać już tylu złych rzeczy. Nie, nie nalotów czy łapanek, bo te wspomina z tęsknotą. To były nieliczne chwile, kiedy matka przytulała go do piersi.

Amerigo nigdy nie poznał ojca, za to bardzo dobrze zna matkę, z którą mieszka. Jej wycofanie, dystans i nieokazywanie uczuć, tłumaczy stwierdzeniem, że „nie jest w tym najlepsza”. Amerigo, pisząc w pierwszej osobie, przywołuje  czytelnika tak blisko skraju przepaści, jak to tylko możliwe: na swoją ulicę, do swojego domu, do swoich myśli. Jest tylko dzieckiem, które powinno cieszyć się dzieciństwem i dorastać bez trosk i zmartwień. Tymczasem, jego ulubioną grą jest liczenie butów na nogach przechodniów i przyznawanie punktacji za stare, zniszczone i nowe. A gdy uzbiera już odpowiednią ilość punktów, to wtedy na pewno zdarzy się coś pięknego. I na to właśnie liczy, i na to czeka, nawet wtedy, gdy matka bez mrugnięcia okiem, oddaje go opiece obcych ludzi. Idea, rozkwitającego właśnie komunizmu jest piękna i szlachetna: odciążyć zapracowane matki, wysyłając ich dzieci na południe Włoch, do bogatych rodzin, które chętnie się nimi zajmą. Idea ideą, ale plotki żyją własnym życiem, więc dzieciaki boją się zesłania do Rosji, czy zjedzenia żywcem przez komunistów.

Czy Amerigo będzie musiał i umiał dokonać wyboru?

Czy Amerigo będzie miał szczęście i zdarzy się coś pięknego?

Książkę, za którą jeszcze raz dziękuję Sylwii z bloga burzatumblemind.wordpress.com, serdecznie polecam.

Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland

To było moje pierwsze spotkanie z panem Murakami i już wiem, że nie ostatnie. Trochę mi głupio, że pierwsze, zwłaszcza, że według informacji na okładce Murakami jest najwybitniejszym i najbardziej znanym na świecie pisarzem japońskim. Gatunek, w którym pisze jest trudny do określenia, według Wikipedii jest to surrealizm, a ja bym powiedziała, że trochę Urban Fantazy. Tak, czy siak to wciąż fantastyka, a z tą mi raczej nie po drodze. No, chyba, że jest naprawdę dobra, a ta jest. Poza tym światy równoległe zawsze mnie fascynowały.

To może teraz mały poradnik:

Przed lekturą należy ogarnąć bieżące obowiązki, pozałatwiać sprawy, gdyż istnieje szansa, że wciągnie was tak, jak mnie i nie będziecie mogli się oderwać. Z tego też powodu, dobrze, jeśli kolejny dzień jest wolny od pracy.

Do samej lektury zalecam szklaneczkę whisky (i butelkę w zasięgu ręki), z co najmniej trzech powodów:

1.whisky jest dobra i pasuje

2.książki nie da się ogarnąć zupełnie na trzeźwo

3.dla towarzystwa, bo bohater też pije whisky.

Czytanie zaczynamy od uprzejmego kon’nichiwa, bo wypada się przywitać. Potem głęboki oddech i jazda bez trzymanki.

Bywają takie książki, które trudno opisać bez zdradzenia fabuły, i takie, które można opisać obszernie, a i tak nie da się zaspojlerować. Ta książka zalicza się do pierwszych i drugich. Jest niesamowita, to na pewno. Myślę, że autor musiał coś brać (oprócz whisky), bo nikt na trzeźwo nie ma AŻ takiej wyobraźni. Myślę też, że to jedna z lepszych książek, jakie czytałam. Oczywiście, że nie podpasuje każdemu, ale warto dać jej szansę.

Dobra, do brzegu. Spróbuję jakoś naświetlić tę nienormalną fabułę.

Rzecz, jak się domyślacie, dzieje się w dwóch równoległych światach: tajemniczym Mieście otoczonym murem i w normalnym mieście, znanym nam wszystkim jako Tokio. Właściwie, co do równoległości tych światów mam pewne wątpliwości, tak, jak do „normalności” Tokio. W Tokio Murakamiego występują stwory, a sam bohater para się zawodem, który nie istnieje. Jeszcze nie istnieje, ale w przyszłości wszystko jest możliwe. No, właśnie, w przyszłości. Zerkam na datę pierwszego wydania książki i jest to rok 1985. Czyżby, zatem, autor wyprzedził nasze czasy? Z jednej strony tak, z drugiej strony treść zdradza nam, że to lata osiemdziesiąte, nie tylko z powodu braku wszechobecnego dzisiaj Internetu. Domyślamy się tego z muzyki w radiu, ze stylu ubierania się bohaterów, czy branż sklepowych i usługowych, które obecnie są już w zaniku.

Dwa światy i jeden człowiek, o którym niewiele wiadomo, poza tym co sam nam zdradza. W jednym ze światów (tym bardziej realnym) trwa cicha wojna dwóch korporacji; Systemu produkującego dane i Firmy, próbującej te dane wykraść, czymkolwiek te dane są. Jeden odrealniony staruszek – profesor przeprowadzający eksperymenty na mózgach ludzkich, do czego z kolei kluczem są mózgi… jednorożców. Nieźle, co? Drugi ze światów to totalny odjazd i… Nie, nie powiem. Ledwo się stamtąd wyrwałam.

Rozbrajające są niektóre przemyślenia i skojarzenia głównego bohatera. Czasami tok jego rozumowania jest tak abstrakcyjny i tak podobny do mojego, że to aż przerażające.

Ale książka jest niesamowita. Jeszcze raz dziękuję za nią Agnieszce z bloga Mycoffeetime.

Polecam.

Na skraju załamania

Nie ma chyba nic gorszego niż uczucie, że tracimy zmysły. Jeśli nie można już ufać samemu sobie, to co nam pozostaje? Jeśli w dodatku nie możemy liczyć na bliskich, to już w ogóle katastrofa. Bo ci bliscy niby są, niby kochają, wspierają, ale nie mogą wiedzieć co się z nami dzieje. Gdy nic nie jest takie, jakie być powinno, gdy balansujemy na granicy obłędu i pozostaje nam trzymać się kurczowo wersji, że to świat się myli… Wtedy ci bliscy patrzą na nas w taki sposób, w taki szczególny sposób, że odbierają nam resztki nadziei.

Na popadanie w obłęd może wpłynąć wiele czynników, na przykład geny. Albo przypadek, sytuacja, jedno zdarzenie niosące ze sobą ogromne poczucie winy.

Cass Anderson jest szczęśliwą mężatką i spełnioną zawodowo nauczycielką. Wracając do domu z klasowego spotkania, skraca sobie drogę skręcając autem w las. Jadąc w ulewnym deszczu, mija zaparkowany na poboczu samochód. Cass marzy tylko o tym, aby znaleźć się w bezpiecznym i suchym domu, od którego dzieli ją zaledwie kilkaset metrów. Jednak nie byłaby sobą, gdyby nie sprawdziła, czy wszystko jest w porządku. Może kierowca potrzebuje pomocy? Bo w aucie był kierowca, tego jest absolutnie pewna. Zatrzymuje się więc przed zaparkowanym pojazdem, w bezpiecznej odległości, niepewna co dalej. Miga światłami, naciska klakson, ale nie ma odwagi wysiąść. Opuszczenie bezpiecznego samochodu w lesie, na odludziu, podczas ulewnego deszczu byłoby skrajną głupotą. Nie doczekawszy się reakcji, wraca do domu, mając nadzieję, że kierowca albo zasnął, albo umówił się na romantyczną schadzkę, a jeśli potrzebował pomocy, to zapewne już po nią zadzwonił. Kobieta zasypia, zapominając o całej sytuacji. Jednak sytuacja nie daje o sobie zapomnieć i odtąd Cass nie prześpi już spokojnie żadnej nocy.

B.A. Paris jest Brytyjką, o francusko-irlandzkich korzeniach. B.A. to skrót od jej imion: Bernadette Anne, natomiast nazwisko MacDougall uznała za zbyt długie i zamieniła je na Paris, od miasta w którym spędziła niemal 40 lat życia. Poza powieściami dla dorosłych, pisze również dla dzieci. Sama jest matką aż pięciu córek (z tego względu czuję z nią duchowe pokrewieństwo)

Nieznane losy autorów lektur szkolnych

Jak wiecie rzadko sięgam po polskich autorów. Prawie nigdy. Nie wiem, może po prostu jestem uprzedzona. Tym razem zaryzykowałam, bo tytuł mnie zaintrygował, no i uwielbiam biografie, a w nich zwłaszcza takie smaczne sensacyjne kąski, o których nikt nie wie. No i tutaj moja ciekawość (żądza sensacji) została zaspokojona, bo kąsków to ja miałam aż nadto. Nie wiem tylko czy smacznych. Jaką mam refleksję po przeczytaniu książki? Taką, że nasi czcigodni pisarze i poeci, nad którymi panie od polaka rozpływały się w zachwytach to banda perwersyjnych zboczeńców, złodziei, nierobów i psychopatów. Ogólnie rzecz biorąc. Książka jest drugą propozycją Kopra (w tym temacie, bo ogólnie jest autorem ponad 60 książek) i równie kontrowersyjną. Publikacja pierwszej spotkała się zarówno z bardzo ciepłym przyjęciem jak i taką ilością hejtu, że wydanie drugiej stanęło pod znakiem zapytania. Tylko na chwilę stanęło, bo pan Sławomir wyszedł z założenia, że cel uświęca środki. A cel uważa, za zacny – szerzenie prawdy i tylko prawdy i zbijanie z piedestału niektórych światłych postaci. To chyba taki ukłon, głównie w stronę sfrustrowanych przymusowymi lekturami uczniów. Skoro muszą już przeczytać tę klasykę, bo tak trzeba, to niechże choć mają odrobinę radochy, trochę pocieszenia wiedząc co nieco o prywatnym życiu autora.  To też prztyczek w nosy nauczycieli, tych bezkrytycznie podchodzących do tematu, a także wszelkich historyków i publicystów, nie tyle zatajających prawdę, ile ją wypierających i twierdzących coś zupełnie innego.

W końcu nie od dziś wiadomo, że uznany poeta aby tworzyć wiekopomne dzieła musi żyć na skraju ubóstwa albo być co najmniej biedny. Najlepiej jeśli do tego jest nieszczęśliwie zakochany, naznaczony wojną i chorowity. Możliwe, że gdyby nie spełniał tych wymogów to jego książka nie trafiłaby na listę lektur.

Może wzruszamy się losami bohaterów dramatów Słowackiego bo mamy dodatkowo świadomość cierpienia i biedy jaką klepał. Czy mniej bylibyśmy poruszeni wiedząc, że facet grywał namiętnie na giełdzie i dorobił się na tym niezłego majątku? A w ogóle przez wiele lat żył na koszt bogatych krewnych, z którymi podróżował i mógł zamieszkać właściwie w dowolnym miejscu na ziemi.

Czy na nasz odbiór twórczości Kosińskiego wpłynąłby fakt, że facet miał obsesję na punkcie perwersyjnego seksu z prostytutkami i był nałogowym kłamcą, któremu zarzucono nawet plagiat?

Czy ktokolwiek zakwestionowałby przyznanie Miłoszowi Nagrody Nobla, wiedząc, że karierę zrobił dzięki Iwaszkiewiczowi? I jakie tak naprawdę relacje łączyły obu panów?

Piętnaście znanych nazwisk autorów i autorek szkolnych lektur. Niezliczona ilość skandali – pijaństwo, kłamstwa, zdrady (żon i kraju),  propagowanie komunizmu, okultyzm, choroby psychiczne i przestępstwa – a nawet morderstwo w tle. Sławomir Koper opiera się na solidnych źródłach; listach, dokumentach, rozmowach z krewnymi i znajomymi swoich bohaterów. Książka jest ładnie wydana i opatrzona humorystycznymi rysunkami autorstwa Jana Tatury. Myślę, że nie muszę nic więcej dodawać.

Psychoterapeutka

Terapeuten, Helene Flood, 2020

Coraz częściej trafiają (w każdym tego słowa znaczeniu) do mnie książki nie-amerykańskich pisarzy. I po raz kolejny nie zawiodłam się na Norwegii. Chciałabym przybliżyć nieco autorkę, ale nie mogę. To moja pierwsza randka z Helene Flood, a w Internecie informacje na jej temat są bardzo skąpe, zawężające się do kilku suchych faktów. Udało mi się ustalić, że napisała dotąd trzy książki (ta jest czwarta), z których jedna jest powieścią młodzieżową, druga pracą naukową, i dopiero trzecia – kryminałem psychologicznym. Ta trzecia, zresztą – „Terapeuci” zbiera ochy i achy, i w ogóle zamierzają ją sfilmować. Jeśli jest podobna w stylu do „Psychoterapeutki” to nawet się tym ochom i achom nie dziwię. Zdziwiły mnie natomiast negatywne opinie na pewnej popularnej stronie. Nie zaskoczę chyba nikogo faktem, że sama autorka jest z wykształcenia psychologiem (pardon – psycholożką). Dodam tylko od siebie, że jej specjalizacją są takie zagadnienia jak wstyd, poczucie winy, destrukcyjne emocje w związkach, dziedzictwo rodzinne i takie tam.

Ale do brzegu.

Sara i jej mąż Sigurd mieszkają w dużym domu w Nortberg, peryferyjnej dzielnicy Oslo. Dom, który Sigurd odziedziczył po wuju wymaga gruntownego remontu, i niby coś tam „drgnęło w kalesonach” jak mawiała moja mama :D, czyli tu kawałek podłogi położyli, tam pomalowali ścianę… Jednak to wszystko prowizorka, co doprowadza bohaterkę do irytacji. Jej mąż architekt jest pochłonięty pracą (i kilkoma innymi rzeczami) i nie ma już na nic ani czasu ani energii. Spełnia się remontowo w domach innych ludzi, a swój własny olewa. Sara dosyć obrazowo przedstawia sytuację; materiały kupione, kafelki w paczkach stoją pod drzwiami, w pokojach tapety pozdzierane do połowy w nagłym porywie optymizmu, bo wiadomo – jeśli już się zacznie to nie ma odwrotu. A ona ciągle ma goły beton w łazience, gdzie bierze zimny prysznic z niewymienionej rury, przy braku jakiegokolwiek oświetlenia. W tym momencie przerwałam czytanie, zamknęłam oczy i wykrzyknęłam: „Saro! Przyjaciółko! Bratnia duszo! Towarzyszko niedoli! Jak je cię k*rwa dobrze rozumiem!!!” Aby jeszcze pełniej wczuć się w lekturę, udałam się do kuchni pospacerować boso po betonie.

Jedynym skończonym pomieszczeniem w domu Sary jest jej gabinet nad garażem. Tutaj Sigurd się postarał, trzeba mu przyznać, a to dlatego, że Sara musi przecież pracować żeby zarabiać na remont, którego nie ma. Także, no.

Sara pracuje z trudną młodzieżą, lubi swoją pracę, ale nie stara się pozyskać wielu pacjentów. Nie wiadomo z czego to wynika; jest niepewna swoich umiejętności? Nie chce się przepracowywać? Idzie w jakoś, nie ilość?

Jej matka umarła, gdy Sara była mała, więc nie ma zbyt wielu związanych z nią wspomnień z dzieciństwa. Ma za to oddaną siostrę – przebojową matkę chłopców oraz ojca, słynącego z bardzo kontrowersyjnych publikacji.

Poukładany świat Sary załamuje się, gdy musi zgłosić zaginięcie męża. Ostatni raz widzi go, gdy ten wyrusza na weekend w góry, do domu przyjaciela. Ostatnia wiadomość na sekretarce: dotarł, rozpalają w kominku. Tylko, że kilka godzin później ten przyjaciel pyta Sarę kiedy przyjedzie Sigurd… Od tej pory wszystko nabiera tempa, a policja zaczyna podejrzewać wszystkich, zwłaszcza żonę.

Jak wspomniałam, książka ma wiele negatywnych opinii od czytelników, ale ja przeczytałam ją w jeden wieczór, bo nie mogłam się oderwać. Krytykujący zarzucają jej, między innymi zbyt dużo przemyśleń, spowolnienie akcji. Osobiście uważam, że co do pierwszego zarzutu – psycholog już tak ma. Opisuje świat, ludzi i samego siebie, analizuje, docieka. Co do drugiego – zwolnienia biegu akcji idealnie wpisują się w norweski klimat. Chociaż szczerze mówiąc żadnego spowolnienia nie odczułam. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to kilka rozpoczętych wątków, które nie doczekały się rozwinięcia, w tym niedosyt odnośnie sylwetek pacjentów. Ale tutaj starczyłoby materiału na kolejne powieści, także rozumiem. Książkę bardzo polecam.

KLINIKA ŚMIERCI

„Klinika śmierci” to że tak powiem książka na czasie, bo o wirusie. Między innymi. Nie o tym, który straszy teraz, czyli o Covidzie, ale o tym, który straszył wtedy, czyli o AIDS. Dziwnie się ją czyta, inne mamy emocje z perspektywy czasu, gdy wiemy już, że z wirusem HIV można żyć długie lata. Niektórzy się zdziwią, inni przypomną sobie jakie kiedyś budził przerażenie, i że walka z nim była priorytetem każdej kliniki i każdego laboratorium. Mam nadzieję, że z takim samym dystansem i luzem przeczytamy kiedyś książkę o Covidzie.

„Klinika śmierci” została po raz pierwszy wydana na początku lat dziewięćdziesiątych. Coben niczego w niej jednak nie poprawiał, przez dwadzieścia lat nawet do niej nie zajrzał. Wypowiada się o niej z lekkim zawstydzeniem, typowym dla znanego autora, który nagle pokazuje światu zapomniane już dzieło, z początków swojej twórczości. Sam Coben, z wrodzonym poczuciem humoru rozpoczyna ją słowami: „No dobrze, jeśli to moja pierwsza powieść, po którą sięgnęliście, nie czytajcie jej. Zwróćcie ją. Weźcie inną. Nie ma problemu, zaczekam.”

Jednak książkę czyta się dobrze, a fakt, że upłynęło tyle czasu chyba nawet wychodzi na plus. Zresztą, wirus to wirus – książka na czasie? Na czasie. Wszystko się zgadza.

No, to lecimy.

Klinika, o której mowa to znana, prestiżowa placówka w Nowym Yorku, specjalizująca się w walce z AIDS. Jej pracownicy oddają się temu z wielkim poświęceniem, czasami graniczącym z obłędem. Wśród nich jest Harvey Riker, który za wszelką cenę stara się pozyskać środki na badania od znanych i wpływowych mieszkańców miasta. I tutaj pierwszy dylemacik: no, bo żeby zyskać kolejne dotacje należałoby udowodnić sukcesy, a co się z tym wiąże – pokazać ozdrowieńców. Z drugiej strony, pacjenci kliniki to często znane osobistości, z wiadomych względów pragnące zachować anonimowość. Zwłaszcza, że AIDS wówczas kojarzone było głównie z homoseksualizmem, także, tego…

Jednak ktoś bardzo się stara aby o klinice było głośno – seryjnie morduje jej pacjentów. Tych ozdrowiałych, żeby nie było. Policjantowi prowadzącemu śledztwo trudno jest znaleźć powiązania; czy chodzi o AIDS, czy o klinikę, czy o orientację seksualną ofiar.

Dla kontrastu – heteroseksualna para: dziennikarka Sara Lowell i koszykarz NBA Michael Silverman. Oboje sławni, piękni i bogaci, ale oderwani od rzeczywistości, bo tacy mili, skromni i prawdziwi. Powinni żyć długo i szczęśliwie, a nagle świat im się trochę wali. Co zrobisz? Nic nie zrobisz. A może?

Chociaż właściwie od początku towarzyszy nam monolog mordercy, to i tak go nie znamy, a nazwisko nic nam nie mówi. I tu jest haczyk, bo on działa na zlecenie, więc może sobie bywać narratorem bez spojlera. Do końca nie wiadomo, ale kto, ale jak, ale dlaczego i co się wydarzy. Historia jest naszpikowana zwrotami akcji, tak, że niektóre aż wydają się nieprawdopodobne. No, ale sami ocenicie, jeśli dacie facetowi szansę.