KSIĄŻECZKI DLA NAJMŁODSZYCH

Dzisiaj o książkach dla dzieci, co by zamknąć tę serię, co to się jakoś samorodnie stworzyła. Na wstępie chcę zaznaczyć, że nie jestem szaloną propagatorką czytania dzieciom na siłę i za wszelką cenę. Nie wszystkie dzieci lubią czytanie, co nie znaczy, że wyrosną na tępych, niewrażliwych ludzi, bo to bzdura. Denerwuje mnie ta nagonka, że trzeba, że wypada, że wyrodnym rodzicem jesteś, jeśli nie czytasz. Moje córki akurat uwielbiały książki, i nie wyobrażały sobie zaśnięcia bez czytania. Tamaluga potrafi nawet zrezygnować z wszelkich przyjemności na rzecz czytania jej na dobranoc i bardzo się z tego cieszę.

Dawno już wyszłam z obiegu, więc posiłkowałam się książkami polecanymi w telewizji, głównie przez ich autorów. W życiu już nie popełnię takiego błędu. Zobaczyłam, usłyszałam, zakupiłam, przeczytałam i upchnęłam w najdalszy kąt najgłębszej szuflady. A potem wspomogłam nimi recykling.

Co sądzę na temat współczesnych książek dla dzieci wspominałam już w kilku wpisach. Podsumuję, zatem, jednym słowem: katastrofa. I nie mam na myśli baśni hulających żwawo od pokoleń, o królewnach, kapturkach i innych stworach, zostawmy to w spokoju. Od książek dla dzieci, zwłaszcza dla małych dzieci, nie wymagam wiele. Najważniejsze jest to, żeby były przez te dzieci zrozumiane. Niestety autorzy książek dla 3-4 latków, albo nigdy nie mieli do czynienia z dzieckiem w tym wieku, albo mieli, ale to olewają, bo górę biorą ich grafomańskie zapędy. Wiele bajek terapeutycznych, które w zamyśle mają pomóc dziecku oswoić się z trudną sytuacją –  faktycznie wymagają terapii po ich przeczytaniu.

Jednym słowem propozycje dla najmłodszych są niedostosowane do ich wieku, albo nudne, albo bez żadnego morału, albo wszystko powyższe. Albo to ja jestem nienormalna. Albo się czepiam. Albo wszystko powyższe, bo tak też może być.

Wcześniej nie podawałam tytułów, ale teraz podam chociaż jeden. Weźmy na przykład „Nowa w przedszkolu” (3-6 lat). Boże w niebiesiach. Co to jest za gniot. Poprawny politycznie, jak najbardziej. Z założenia uczący tolerancji, jak najbardziej. Zuri, bowiem, jest dziewczynką z Afryki, która trafia do polskiego przedszkola. Nie wiem co autorka miała na myśli, ale treść jest niespójna, dialogi tragiczne, a całość zupełnie nie dostosowana do małego dziecka. Najgorsze ze wszystkiego jest jednak to, że pani owa, niesiona na radosnej fali grafomaństwa stworzyła całkiem nowe zasady gramatyki języka polskiego. Otóż, rodzajowi nijakiemu (ono – żyrafiątko) przypisała czasowniki „przejęłom się”, „schowałom się” i tak dalej. Słowotwory te przewija się przez całą opowieść i jest po prostu nie do zniesienia.

Beatrix Potter. Kilka baśni w jednym zbiorze. Poleconym mi przez właścicielkę lokalnej księgarni. Że pięknym językiem pisane, że piękne rysunki, że to w ogóle klasyk wśród dziecięcych propozycji. Mogę się z tym zgodzić, ale ja to jednak mam pecha. Albo farta. Przeglądając zbiór na chybił trafił otworzyłam akurat na fragmentach o „złojeniu skóry pasem” i „targaniu za uszy niesfornego misia”. Przemoc w pięknej oprawie. Pani Potter już podziękujemy.

Dorzuciłabym jeszcze książkę z rymowankami i wyliczankami, która okazała się największą porażką ever, ale pisałam już o niej  TU

Także, tego. Zajmijmy się książkami fajnymi.

„Mamo, kocham cię”. O taką książkę mi chodziło. Książkę, którą zrozumie nawet dwulatek. Przepiękne ilustracje i proste zdania, opisujące codzienne czynności jakie mały króliczek wykonuje razem z mamą. Treść bliska sercu każdemu maluszkowi. Tamaluga uwielbia tę książkę i oczywiście zna ją już na pamięć. To jest wzruszająca opowieść, która pomaga jeszcze bardziej umocnić więzi między mamą i dzieckiem. Tamaluga na końcu chce robić to, co króliczek, czyli przytulać i całować mamę. Najpierw oczywistym mi się zdało, żeby czytała ją właśnie mama, ale powiem wam, że przy tacie efekt jest jeszcze mocniejszy. Jak to ktoś kiedyś pięknie napisał „Najlepsze, co ojciec może dać dziecku to miłość i szacunek do jego matki”. Cóż, żaden ze mnie psycholog, ale tata czytający o tym, jak to fajnie jest być z mamą daje dziecku do myślenia. To jest naprawdę super sprawa.

„Odwagi, zajączku” to też bogato ilustrowana propozycja dla najmłodszych. W kilku zdaniach zawarte są największe wartości – przyjaźń, miłość, odwaga, poświęcenie. I jeszcze, że ciasteczka łagodzą obyczaje, a strach ma tylko wielkie oczy.

„Marysia. Trzy historie na wiosnę”. – opowieść o Misi Marysi – małej koali która przeżywa przygody typowe dla każdego dziecka. Trzy historie dotyczą trzech wiosennych przygód: jajeczek wielkanocnych, jazdy na rowerze i popołudnia na placu zabaw. Dziecko bez trudu odnajduje się w każdej z tych sytuacji i razem z Misią pokonuje bardzo poważne problemy, takie jak rozbite kolanko, czy niejadalne ciasto z piasku.

Magazyny dla dzieci.

Gdy już było wiadomo, że czeka nas dobrowolna kwarantanna, byłam w sklepie z prasą, świadkiem takiej scenki: Mama i córka, mniej więcej 6 letnia. Mała bierze z półki magazyn „Barbie” pełen gadżetów.

– Może raczej wybierzemy jakieś łamigłówki? – pyta mama z rezygnacją i raczej retorycznie.

Dziewczynka patrzy na nią zszokowana.

– Masz rację, kto by przy tobie siedział i pomagał – stwierdza mama.

Tamaluga, która też lubi gadżety, ale łamigłówki lubi dużo bardziej, kręci głową zniesmaczona wyborem dziecka. Ja kręcę głową zniesmaczona czymś innym.

Ale do rzeczy. Łamigłówki, magazyny z zadaniami dopasowanymi do wieku to fantastyczny pomysł na spędzenie czasu w domu. Na przykład taka seria z Peppą. Wiem, że Peppa jest postacią dosyć kontrowersyjną, ale obiektywnie oceniając jest całkiem spoko. Miesięcznik „Świnka Peppa” ma dużo łamigłówek, gier, propozycji zabaw i konkursów z nagrodami. No i też ma gadżety 🙂

No, to chyba na tyle.

Pozdrawiamy z domu 🙂

GRRRY, GRRRY, HAU, HAU, czyli ranking planszówek

Dzisiejszy wpis na prośbę Kariny , która podsunęła mi jednocześnie pomysł na osobną kategorię, o grach właśnie. Nie tylko planszowych. No, dobra, ponoszę się jeszcze z tematem i pomyślę. Póki co, ranking planszówek wrzucam do kategorii książkowej, z uwagi na zbliżony materiał wykonania 😀

Z grami to jest taka fajna sprawa, że możemy wymyślać je sami, a do tych istniejących tworzyć nowe zasady. W ten sposób wiele gier dla dorosłych możemy zamienić na gry dla dzieci.

Gdy dziewczyny były małe, często grałyśmy w różne gry. Był to przy okazji dobry sprawdzian ich charakterów, i np. taka Wiktoria śmiała się do łez z własnej przegranej, a taka Oliwia przeżywała każdą porażkę i czasami reagowała płaczem. Na szczęście rzadko, bo rzadko przegrywała, wykazując prawdziwe zacięcie i kantując po drodze 😀

Ale wracając. Nie za bardzo orientuję się w nowych grach planszowych dla małych dzieci, bo miałam w tym temacie sporą przerwę, a te które wciąż u mnie na stanie (w lepszym lub gorszym stanie :D) mają z 15 lat. Ranking przeprowadzę zatem, wśród gier, które posiadam od zamierzchłych czasów. Spróbuję jakoś to pogrupować, rozdzielając gry dla dzieci, od gier dla dorosłych. W związku z postanowieniem niezanudzenia was tematem – ograniczę się do trzech w każdej grupie. Pewnie za jakiś czas wrócę do tematu, także spoko.

Gry dla dzieci:

„Scooby – Doo! Gdzie jesteś?”, czyli popularny chińczyk. Zaczynam od tej gry, bo grałyśmy w to z dziewczynkami najczęściej. My akurat mamy Scooby’ego, ale wiele innych gier na podobnych zasadach też daje radę. Chińczyk cieszy się niesłabnącą popularnością i jest doskonałą grą dla dzieci, właściwie w każdym wieku. Scoobie wraz z przyjaciółmi, jak zwykle, prowadzą śledztwo. Zasady są bardzo proste: poruszamy się pionkami pokonując po drodze różne przeszkody, losując karty z poleceniami, karami i bonusami. Wygrywa ten, kto pierwszy ustawi wszystkie swoje 5 pionków w bazie. Emocje są właściwie do samego końca, bo pionków w bazie nie można ustawić byle gdzie. Każdy musi mieć swoje miejsce, co często stopuje gracza do momentu wyrzucenia odpowiedniej liczby oczek. W tym czasie gracz będący na końcu może nas prześcignąć 😀

 

„Wildlife” – gra wyszła w 2003 roku i to był prawdziwy szał. To pierwsza gra, której akcja toczy się na planszy i w telewizorze. (Równolegle ukazało się Sealife – o życiu w oceanie). To jest gra, na którą trzeba mieć czas. Oczywiście, w przeciwieństwie do „Monopolu”- kiedyś się kończy, ale i tak rozgrywka pochłania masę czasu. Propozycja na wspólne świąteczne popołudnia i świetna zabawa dla całej rodziny.

Akcja rozgrywa się w pełnym dzikich zwierząt, afrykańskim parku Serengeti. Gracze poruszają się po planszy, pionkami w kształcie jeepów. Jednocześnie oglądając filmiki na załączonej płycie DVD. Filmy pokazują życie i zwyczaje afrykańskich zwierząt i są dziełem Hugo van Lawicka – jednego z najwybitniejszych filmowców dzikiej przyrody. Po każdym kilkunastosekundowym filmiku pada pytanie, na które gracze muszą odpowiedzieć wykładając odpowiedni żeton A, B lub C. Prawidłowa odpowiedz upoważnia do dalszej drogi. Pytania mogą być związane z danym filmikiem, albo tylko ze zwierzęciem które się na nim pojawia. Niektóre pytania wymagają spostrzegawczości, inne wiedzy ogólnej. Gra jest emocjonująca i trudno o niej zapomnieć. Wiek 8+

 

„Gotowanie” – to ta z tych nowszych. Grałam w nią tylko raz, u znajomych. Gra jest naprawdę fajna i skierowana już do trzylatków. Rozgrywki są szybkie i ciekawe, a przede wszystkim jest ich aż 12 do wyboru. Jest gotowanie na czas, gotowanie w ciemno, dopasowywanie składników, korzystanie z zakupowych okazji, tworzenie kulinarnych historyjek, a także pichcenie po angielsku. Dziecko ma tyle możliwości, że gra na pewno mu się nie znudzi. Przy okazji uczy się angielskich słówek, pobudza wyobraźnię, ćwiczy refleks, zapamiętywanie, i – co równie cenne – może zmienić złe nawyki kulinarne, rozbudzić w sobie ciekawość innych potraw, a nawet rozwinąć pasję do gotowania.

 

Gry dla dorosłych i trochę starszych dzieci:

„Dixit” – zdecydowanie numer jeden, póki co, czyli „jeszcze się taka gra nie narodziła, która by ją przebiła”, że tak zrymuję. Jeśli ktoś pierwszy raz spotyka się z tym tytułem, już naświetlam sprawę. Graczy musi być co najmniej trzech, a im więcej tym lepsza zabawa, chociaż to też uzależnione jest od ilości kart (można mieć jedną talię podstawową, albo talie dodatkowe, bo dodatków w postaci kart i innych urozmaiceń pojawia się na rynku coraz więcej). Analogicznie – im więcej mamy kart, tym więcej może być graczy. Karty przedstawiają rysunki/obrazki, o przeróżnej formie i grafice, bardzo ciekawe, osobliwe, niektóre wręcz psychodeliczne. Oprócz kart, rozdawane są też żetony z numerkami, no i jest plansza, po której przesuwamy pionki. Chociaż dla mnie plansza ma naprawdę drugorzędne znaczenie, tak jak zwycięzca i przegrany. Bo cała zabawa ukryta jest w kartach i słowach, jakie padają z ust graczy. Ten, kto w danej rundzie jest „bajarzem”, wybiera ze swojej talii jedną kartę, odkłada ją zakrytą na stół i mówi słowo/zdanie/przysłowie czy cokolwiek mu przyjdzie do głowy, a kojarzy mu się z danym obrazkiem. Reszta graczy wyszukuje u siebie karty, która najbardziej wiąże się z tym hasłem i też odkłada ją zakrytą. Gdy każdy wyłoży swoją – karty są tasowane, odkrywane i wtedy każdy musi odgadnąć, którą kartą jest karta bajarza. Gra Dixit dostarcza tak wielu pozytywnych emocji, że często po skończonej rozgrywce na długo pozostaje w pamięci. Jest przy niej świetna zabawa, dużo śmiechu i refleksji, no i pozwala poznać się wzajemnie trochę lepiej.

 

„Alias” to gra opisowa, podobna do „Tabu”. Ma kilka wersji – moja jest akurat „filmowa”, więc hasła dotyczą kina i wszystkiego, co chociaż trochę się z nim wiąże. Zasady są bardzo proste, trochę przypominają stare, dobre kalambury. Gracz dobiera kartę, na której jest 6 haseł, a potem za pomocą kostki losuje hasło. Następnie opisuje je używając różnych słów, byle nie będących częścią właściwego słowa, ani jego odmianą. Reszta zgaduje, dobrze się bawi, i tyle. Całą filozofia. Gra świetnie sprawdza się na imprezach.

 

„Ego” (moja wersja to „Ego – emocje”) – gra na sprawdzenie swoich towarzyszy, a raczej tego, jak dobrze ich znam, i co oni wiedzą o mnie. Jeden z graczy pobiera kartę ze stosu i czyta na głos, zamieszczony na niej tekst (zdanie/słowo/tytuł itd.) Następnie zastanawia się, co w związku z tym czuje, wybiera spośród żetonów emotkę pozytywną, negatywną albo neutralną i kładzie ją zakrytą na stole. Zadaniem pozostałych graczy jest odgadnięcie jaki żeton wybrał gracz, czyli jakie jest jego nastawienie do przeczytanego tekstu. Gra dostarcza wielu emocji, nie tylko tych kartonowych :D, wywołuje śmiech, ale czasem zdumienie i rozczarowanie. Może też budzić kontrowersje, gdy hasła dotyczą delikatnych kwestii jak homoseksualizm, czy kościół. Niemniej warta polecenia, zwłaszcza ludziom, którzy sądzą, że w swoim gronie świetnie się znają.

To na tyle, kochani. Póki co.

 

RODZINA

Już sam tytuł może być mylący, no bo czym tak naprawdę jest rodzina? No jak to czym – rodzina to „podstawowa komórka społeczna”. Podstawowa komórka społeczna złożona z osób tej samej krwi? Tego samego nazwiska? Żyjących pod wspólnym dachem? Niektórzy ludzie tym więzom krwi przypisują zbyt duże znaczenie. Mają niezrozumiałe parcie na szukanie dalekich krewnych, którzy o ich istnieniu nie mają bladego pojęcia. Znam takich ludzi. Nie kumam ich.

Ale nie o tym ta książka. W ogóle nie o tym.

Raczej o tym, że rodziną może być każdy, kto w krytycznej sytuacji wyciągnie do nas pomocną dłoń. Nawet jeśli ta dłoń ufajdana jest czyjąś krwią. Często szansa na rozwiązanie naszych problemów przesłania nam rzeczywistość. Nie widzimy, albo nie chcemy widzieć, co tak naprawdę kryje się za chęcią pomocy. A gdy już widzimy to kierujemy się stereotypami, oczywiście, bo czymże innym? Ale można się przejechać, a w najłagodniejszym przypadku mocno zdziwić.

Czy ludzie chcący odciąć się od cywilizacji i pomagać sobie wzajemnie to przyjazna komuna, czy może już sekta? Czy uroczy Alex, założyciel raju na ziemi to bezwzględny, samozwańczy guru? Mogę powiedzieć tylko tyle, że w tej książce nic nie jest takie, jakie się wydaje. Nic.

Laura od śmierci ukochanego męża wychowuje samotnie nastoletnią córkę. W małym miasteczku jest personą non grata, gdyż mieszkańcy uważają, że jej mąż – właściciel firmy budowlanej – stawiając dom w toksycznym miejscu, przyczynił się do choroby pewnej dziewczynki. Laurę odrzucają nawet krewni jej zmarłego męża, wykluczając ją z rodziny, czego kobieta nie umie i nie chce zaakceptować. Jej mała kwiaciarnia popada w długi, odzywa się też długo tłumiona choroba. W dodatku nie umie porozumieć się z córką, a ta z kolei skrywa tajemnicę dotyczącą ojca… Gdy Laura jest na skraju załamania, nadchodzi pomoc, i to z najmniej oczekiwanej strony. Laura po nią sięgnie, ale wkrótce pożałuje tej decyzji.

To pierwsza, przeczytana przeze mnie książka tej autorki i jestem naprawdę mile zaskoczona. Już mam w planach kolejne i mam przeczucie, że będą równie dobre.

Ogólnie rzecz ujmując – „Rodzina” to dobry thriller psychologiczny. Rzekłabym, że dosyć łagodny w odbiorze, a jednak mocny i wciągający. Polecam.

IBOY

 

W Polsce IBoy pojawił się w 2019 roku, ale tak naprawdę książka miała premierę 9 lat wcześniej. Niektórzy twierdzą, że da się to wyczuć, bo najnowszy IPhone nie jest już najnowszym IPhonem. Że dane techniczne, że pojemność, że procesory i inne cyferki są już mocno nieaktualne. Ja tego nie odczułam, i to nie tylko dlatego, że słabo się na tym znam. Po prostu uważam, że już wtedy postęp technologiczny był kolosalny, a zmiany zaszłe od tamtej pory są jedynie kosmetyczne 😀 W każdym razie nie przeszkadza to w odbiorze, chyba że fanatykom technologicznych nowinek.

Jest to książka o młodzieży i – w zasadzie – dla młodzieży, jednak niektóre sceny uważam za zbyt drastyczne dla nastolatków. Przynajmniej dla tych, których znam.

Gangi w biednej londyńskiej dzielnicy i krwawy opis ich wyczynów. Gangi walczące między sobą i walczące z resztą społeczeństwa. Gwałty, kradzieże, rozboje, narkotyki. Czy w świecie przepełnionym przemocą, młodzież naprawdę potrzebuje jeszcze o tym czytać?

Potrzebuje, bo jest też super-bohater, a tych młodzież niezmiennie darzy uwielbieniem. Zresztą nie tylko młodzi tęsknią za oderwaniem od rzeczywistości i odrobiną fantastyki w życiu. No, i za super-bohaterem, który super-bohaterem nie jest, w ogólnie przyjętej definicji.

Niby wszyscy znamy nieograniczone możliwości Internetu, ale podczas lektury IBoya, i tak co jakiś czas wyrwie nam się ciche „Łał”, w porywach do „Fiu fiu!”

Ale do rzeczy:

Tom Harvey jest przeciętnym 16 latkiem, zakochanym w dziewczynie z sąsiedztwa. Mieszka tylko z babcią, wychowującą go niemal od urodzenia, w parszywym wieżowcu parszywej dzielnicy. Pewnego razu, Tom wraca ze szkoły i jak co dzień przemierza podwórze pod swoim blokiem. Nagle ktoś z ostatniego piętra woła go po nazwisku i rzuca w niego komórką. Dokładnie IPhonem 3GS. Tom po przebudzeniu w szpitalu dowiaduje się, że nie wszystkie odłamki urządzenia udało się usunąć z jego mózgu. Wkrótce chłopak zauważa pierwsze zmiany: jego umysł zintegrował się z IPhonem i wysyła mu miliardy komunikatów. Tom staje się (mniej lub bardziej) szczęśliwym posiadaczem wiedzy absolutnej. Potrafi włamać się do wszystkim systemów operacyjnych świata, odbierać sygnały, przechwytywać rozmowy telefoniczne, e-maile i wiadomości, a także wytwarzać pole elektromagnetyczne i porażać ludzi prądem. O swoich mocach nie mówi nikomu. Postanawia wykorzystać je do zemsty na gangu, który brutalnie skrzywdził jego ukochaną. Tom staje się IBoyem, a odkrywając nazwiska sprawców odkrywa też tajemnice własnej rodziny. Pojawiają się pytania, a najważniejsze brzmi „Czy cel uświęca środki?”

Po przeczytaniu IBoya dowiedziałam się, że nakręcono film na jego podstawie. A może było na odwrót? W każdym razie pewnie obejrzę. Książkę czyta się dobrze i szybko, chociaż młodzieżowy slang czasami zdradza, że autorem jest gościu z 3 pokoleń wstecz. Ale i to nie razi. Jest dobra.

 

WYGRAĆ HOLLYWOOD, PRZEGRAĆ ŻYCIE…

Justyna Kobus „Wygrać Hollywood, przegrać życie. 14 wersji życia gwiazd kina” (2018)

Prababka Bette Davis była czarownicą z Salem.

Matka Jane Fondy większość życia spędziła w zakładzie psychiatrycznym.

Meryl Streep nazywano w dzieciństwie terrorystką.

Rita Hayworth była ofiarą molestowania przez bliską osobę.

Jak już wspominałam, biografia jest jednym z moich ulubionych gatunków. A gdy mam podane w pigułce i na tacy biografie kilkunastu osobowości ze świata kina, to już w ogóle kwiczę z rozkoszy. No więc tak…

Na okładce fotka Audrey Hepburn i Julii Roberts. Nie ma sensu ukrywać, że to Julia właśnie przyciągnęła moją uwagę. Ale! Zanim dotarłam do jej historii, poznałam Polę Negri, Bette Davis, Jane Fondę i tak dalej… Dowiedziałam się takich rzeczy, że….. O, na przykład do Brigitte Bardot miałam dotąd stosunek nijaki, ale po przeczytaniu książki szczerze jej nienawidzę.

I to nie jest tak, że książka jest atakiem. Autorka jest po prostu szczera, no i bezstronna… a w każdym razie stara się jak może (bądź co bądź, nie są to anonimowe osoby, więc przeważnie nasz stosunek do nich jest jakiś). Wiedzę czerpie z publikacji osobistych biografów każdej z tych postaci. Jest kilka drobnych błędów, ale nie mają znaczenia, bo tekst jest spójny i łatwy w odbiorze. Nawet jeśli coś tam się rozstrzeliło w czasie, to jest wyjaśnione i ma swoją kontynuację. Fakty trzymają się kupy i chronologii, a przede wszystkim są ciekawie opisane.

KRAINA CHICHÓW

Kurcze. Kompletnie nie wiem, od czego zacząć, co napisać i w ogóle, bo książka jest… specyficzna. Dostałam ją na urodziny od Dżeka, a było to tak:

Dżeku: Muszę dorwać gdzieś „Krainę Chichów”.

Ja: Chyba nie znam.

Dżeku: No, jak to nie znasz?! Jonathan Carroll. Przecież sama mi go poleciłaś.

Ja: Na pewno nie.

Dżeku: To nie ten gościu, który kochał Goldeny retrievery, i dzięki niemu miałaś Pana Roniowego, który goldenem był w istocie?

Ja: W istocie goldenem był, ale pokochałam go przez Koontza.

Dygresja: Tak faktycznie było. W latach młodzieńczych zaczytywałam się w Koontzu, a w prawie każdej jego książce pojawiał się pies rasy golden. Zaraził mnie tą miłością i wiedziałam, że będę mieć goldena. I miałam Pana Roniowego.

Gdy zaczęłam czytać „Krainę Chichów” tak bardzo przypominała mi styl pisania Koontza, że wybaczyłam Dżekowi pomyłkę. Aż sobie wyguglowałam autora, czy nie jest czasami alter ego Koontza, ale nie. Jonathan Carroll jest odrębnym bytem, co więcej – ma dużo wspólnego z Polską. Okazuje się, że syn samego Stanisława Lema, naszego rodzimego Lema, brał u Jonathana Carrolla lekcje języka angielskiego. To Lem wypromował jego książki w Polsce, i właśnie tutaj rozchodziły się jak świeże bułeczki. Sam autor odwiedza nasz kraj bardzo często, a ostatnio był nawet w moim mieście! „Kraina Chichów” jest jego pierwszą powieścią, więc tym bardziej wielki szacun.

I faktycznie, on też ma świra na punkcie psów, ale są to bulteriery.

Ale wracając do książki. Ja wiem, że nie każdy lubi ten gatunek: mieszaninę horroru, komedii i fantastyki. Gatunek nazywa się Urban fantasy. Ja sama nie przepadam, ale ta książką jest świetna i chcę jeszcze i jeszcze! Niesamowita, nietypowa, niebanalna i nie… mogłam się od niej oderwać.

Nie chcąc zdradzać fabuły, napiszę bardzo ogólnie.

Tomasz jest miłośnikiem twórczości pewnego pisarza, na którym się wychował. Facet tworzył książki dla dzieci, i Tomasz postanowił napisać jego biografię. W tym celu udaje się w daleką podróż do małego miasteczka, gdzie mieszkał pisarz i gdzie wciąż mieszka jego córka. W podróży towarzyszy mu nowa miłość – nieco zwariowana lalkarka Saxony. Mieszkańcy początkowo witają ich serdecznie, a miejsce wydaje się być rajem na ziemi. A potem nic już nie jest takie, jakim się wydaje. Granica między rzeczywistością a wyobraźnią zaciera się tak bardzo, że nawet czytelnik może mieć z tym problem.

Gdyby wyobrazić sobie, że pisząc, o czymkolwiek, tworzymy nową rzeczywistość?

To tyle.

Nie mogę więcej.

Polecam.

 

GŁĘBOKO UKRYTE

 

Głęboko ukryte, 2017

To całkiem niezły kryminał, trochę w klimacie Sherloka osadzonego we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Rolniczych stanach. Zamiast uliczek Londynu – pola kukurydzy. Zamiast listów na pergaminie – smsy i e-maile.

Fabuła może wydawać się oklepana: zabójstwo sprzed lat, ucieczka od przeszłości i ostateczny do niej powrót, a w tle miasteczko, dom, intryga i kolejny trup. Jednak to dobra podwalina do całkiem zgrabnej historii. Co dzieje się w rodzinie – pozostaje w rodzinie, chociaż główna bohaterka Sara, nie do końca czuje się jej częścią. Co prawda jest żoną człowieka, który do tej konkretnej rodziny zdecydowanie należy, ale ona sama nie zna pozostałych członków. Nie zna nikogo, ale z miłości do męża wyrusza z nim w podróż do przeszłości żeby pomóc mu uporać się ze zmorami z dzieciństwa. Odczuwa nieodpartą chęć wyszperania kilku sekretów – w końcu jest dziennikarką – przez co sama wplątuje się w intrygę i naraża na niebezpieczeństwo. I chciałaby, i boi się, ale to nie jest strach o własne życie. Boi się tego, co znajdzie, gdy zacznie kopać zbyt głęboko, wszak wszystko dotyczy rodziny jej męża i jego samego, czyż nie? A najbardziej przeraża ją to, że nie wie komu może zaufać. I zadaje sobie zasadnicze pytania: Czy można spędzić z kimś całe życie i powiedzieć, że zna się go tak naprawdę? Albo na odwrót: Czy można pochopnie zwątpić w człowieka, którego zna się całe życie?

No, trochę refleksji w tym jest. Ale spokojnie, to przede wszystkim dobra wciągająca lektura.

NOSTALGIA ANIOŁA

Nostalgia Anioła. Przyznać się, kto oglądał film? Ja oglądałam, więc tym chętniej sięgnęłam po książkę.

Autorka ma świetny styl pisania, po prostu ładny, przez co wciągający. To po pierwsze. Historia jest opowiedziana na tyle ciekawie, że przedłużające się momenty nie drażnią, raczej dopełniają całości.

Narratorem jest brutalnie zamordowana czternastolatka, siedząca w podniebnej altanie gdzieś, między światami. Spogląda w dół na rodzinę, przyjaciół i obcych ludzi, w tym na swojego mordercę i opisuje wszystko, co widzi. Słyszy ludzkie myśli, czuje ludzkie emocje, ale nie może na nie wpłynąć, chociaż właściwie sama jej śmierć już wpłynęła na wiele osób i na przyszłe wydarzenia.

Taka forma narracji i abstrakcja sytuacji, o dziwo, nie mają w sobie nic z kiczu. Stawianie głównej bohaterki w pozycji narratora sprawia, że jej postać nie jest nachalna, że odsuwa się nieco na dalszy plan.  W końcu dziewczyna już nie żyje, więc narobiła wystarczająco dużo zamieszania. Jest to wyraźne przesłanie, jedno z wielu w książce, że ludzie skupiający się na utracie bliskiej osoby, przestają dostrzegać innych.

Postaci są wiarygodne. W większości. Nie do końca przekonała mnie matka, ale podobno każdy przeżywa stratę na swój sposób. Poza tym załamany psychicznie ojciec, zagubiona siostra i brat, który ledwo pamięta Susan, ale jako jedyny ją widuje. Bardzo wyrazista postać babci, która ma chyba wszystkie cechy jakich babcie nie mają.

Momentami książka bywa frustrująca. Człek zapiernicza po stronach, bo już, bo za chwilę… a tu znowu fałszywy alarm. Bluzga pod nosem przy naciąganych wersjach mordercy, i przy naiwności policji. (I przy poczynaniach matki! Nie zapominajmy o matce.)

Film miał zdecydowanie większą dynamikę, ale efekt z kolei psuło rozwlekanie sielankowych scen w niebiosach. W książce Niebo jest inne, opisane zwięźle i… hmm… interesująco (autorka na bank coś brała).

Mam też wrażenie, że wiele rzeczy zostało zwyczajnie niewykorzystanych, pominiętych, że po drodze marnuje się trochę potencjału, szans i tak dalej. Albo po prostu się czepiam.

Niemniej, „Nostalgię” czyta się bardzo dobrze. No i poza oczywistym dramatem, niesie w sobie ogromną dawkę nadziei.

WRÓCĘ PO CIEBIE

 

Wrócę po ciebie. Tak, ja też wróciłam do Musso po przerwie. Mało tego – do książki, którą już raz czytałam, z dziesięć lat temu. Muszę przyznać, że mój odbiór nieco się zmienił. W sumie dziwne, bo przecież po raz pierwszy czytałam ją jako dorosła już osoba. Jaki z tego morał? Ano taki, że kształtują nas wszystkie etapy życia, te ważne i mniej ważne. Ale ja mądra jestem, chyba dam sobie lajka na końcu. Dobra, dosyć tych dyrdymałów. Przechodzę do sedna.

Co mi się zmieniło w tym odbiorze? Chyba przejadła mi się trochę jego ckliwość, wyłapałam też kilka fragmentów nieco, hmm, infantylnych. Nie, żeby włączył mi się cynizm, ale facet najwyraźniej przeżył jakiś zawód miłosny, albo jest wyjątkiem wśród wymarłych romantyków. No fajnie, fajnie, bo każdy lubi od czasu do czasu nieco romantyzmu w swoim życiu. Tylko, że kluczem jest „od czasu do czasu”. Niezwykle łatwo w tej sferze o przesadę i kicz. Musso póki co – spoko, ale balansuje na krawędzi.

Książka jest wciągająca, bo temat oryginalny i jego ujęcie też nietypowe. Skakanie po scenach, wątkach i czasoprzestrzeniach zazwyczaj mi nie przeszkadza. Zazwyczaj. Tutaj chyba tego trochę w nadmiarze. Muszę jednak przyznać, że trudno się pogubić, bo w chwilach zwątpienia jesteśmy prowadzeni za rąsię.

Zaczęłam od trochę gorszych stron, ale przecież książkę polecam. Na recenzje niepolecanych książek zwyczajnie szkoda mi czasu (chociaż, gdy czytam na innych blogach, to takie niepolecanie też się przydaje). „Wrócę po ciebie” to ckliwy tytuł, którym nie trzeba się sugerować. Czyta się ją całkiem przyjemnie, no i ma głębię. Filozoficzną głębię. Nie trzeba nawet nurkować zbyt głęboko, żeby się jej doszukać. Starcie ciemnoskórego taksówkarza z azjatyckim chirurgiem. Starcie Karmy z Przeznaczeniem, gdzie obie strony wysuwają logiczne argumenty. Skłania do refleksji. Tak samo jak to, czy postawienie wszystkiego na jedną kartę, podjęcie najważniejszej decyzji w jedną sekundę jest skrajną głupotą, czy odwagą. Czy w ogóle możliwe jest całkowite odcięcie się od przeszłości, czy nie jest tak, że ta przeszłość i tak kiedyś nas dopadnie.

Główny bohater Ethan tak właśnie czyni. Nagle, w obcym mieście, dokonuje wyboru i znika, pozostawiając zdezorientowanych przyjaciół w samym sercu Nowego Jorku. Czy była to słuszna decyzja zależy od tego, czego się od życia oczekuje. Jeśli sławy i pieniędzy – to był strzał w dziesiątkę. Ale w praniu wyjdzie, że są na świecie ważniejsze wartości, i chwała Bogu. Potem następuje lawina zdarzeń, trochę dynamicznej akcji, trochę nostalgii, trochę „Dnia Świstaka”. Przeżywanie tego samego dnia, gdy nie można do końca zmienić biegu wydarzeń musi być cholernie frustrujące. Może tylko bardziej skomplikować i tak już skomplikowane życie. Ale ponoć nieważne jak się zaczyna – ważne jak się kończy, a końcówka wymiata.