Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland

To było moje pierwsze spotkanie z panem Murakami i już wiem, że nie ostatnie. Trochę mi głupio, że pierwsze, zwłaszcza, że według informacji na okładce Murakami jest najwybitniejszym i najbardziej znanym na świecie pisarzem japońskim. Gatunek, w którym pisze jest trudny do określenia, według Wikipedii jest to surrealizm, a ja bym powiedziała, że trochę Urban Fantazy. Tak, czy siak to wciąż fantastyka, a z tą mi raczej nie po drodze. No, chyba, że jest naprawdę dobra, a ta jest. Poza tym światy równoległe zawsze mnie fascynowały.

To może teraz mały poradnik:

Przed lekturą należy ogarnąć bieżące obowiązki, pozałatwiać sprawy, gdyż istnieje szansa, że wciągnie was tak, jak mnie i nie będziecie mogli się oderwać. Z tego też powodu, dobrze, jeśli kolejny dzień jest wolny od pracy.

Do samej lektury zalecam szklaneczkę whisky (i butelkę w zasięgu ręki), z co najmniej trzech powodów:

1.whisky jest dobra i pasuje

2.książki nie da się ogarnąć zupełnie na trzeźwo

3.dla towarzystwa, bo bohater też pije whisky.

Czytanie zaczynamy od uprzejmego kon’nichiwa, bo wypada się przywitać. Potem głęboki oddech i jazda bez trzymanki.

Bywają takie książki, które trudno opisać bez zdradzenia fabuły, i takie, które można opisać obszernie, a i tak nie da się zaspojlerować. Ta książka zalicza się do pierwszych i drugich. Jest niesamowita, to na pewno. Myślę, że autor musiał coś brać (oprócz whisky), bo nikt na trzeźwo nie ma AŻ takiej wyobraźni. Myślę też, że to jedna z lepszych książek, jakie czytałam. Oczywiście, że nie podpasuje każdemu, ale warto dać jej szansę.

Dobra, do brzegu. Spróbuję jakoś naświetlić tę nienormalną fabułę.

Rzecz, jak się domyślacie, dzieje się w dwóch równoległych światach: tajemniczym Mieście otoczonym murem i w normalnym mieście, znanym nam wszystkim jako Tokio. Właściwie, co do równoległości tych światów mam pewne wątpliwości, tak, jak do „normalności” Tokio. W Tokio Murakamiego występują stwory, a sam bohater para się zawodem, który nie istnieje. Jeszcze nie istnieje, ale w przyszłości wszystko jest możliwe. No, właśnie, w przyszłości. Zerkam na datę pierwszego wydania książki i jest to rok 1985. Czyżby, zatem, autor wyprzedził nasze czasy? Z jednej strony tak, z drugiej strony treść zdradza nam, że to lata osiemdziesiąte, nie tylko z powodu braku wszechobecnego dzisiaj Internetu. Domyślamy się tego z muzyki w radiu, ze stylu ubierania się bohaterów, czy branż sklepowych i usługowych, które obecnie są już w zaniku.

Dwa światy i jeden człowiek, o którym niewiele wiadomo, poza tym co sam nam zdradza. W jednym ze światów (tym bardziej realnym) trwa cicha wojna dwóch korporacji; Systemu produkującego dane i Firmy, próbującej te dane wykraść, czymkolwiek te dane są. Jeden odrealniony staruszek – profesor przeprowadzający eksperymenty na mózgach ludzkich, do czego z kolei kluczem są mózgi… jednorożców. Nieźle, co? Drugi ze światów to totalny odjazd i… Nie, nie powiem. Ledwo się stamtąd wyrwałam.

Rozbrajające są niektóre przemyślenia i skojarzenia głównego bohatera. Czasami tok jego rozumowania jest tak abstrakcyjny i tak podobny do mojego, że to aż przerażające.

Ale książka jest niesamowita. Jeszcze raz dziękuję za nią Agnieszce z bloga Mycoffeetime.

Polecam.

Na skraju załamania

Nie ma chyba nic gorszego niż uczucie, że tracimy zmysły. Jeśli nie można już ufać samemu sobie, to co nam pozostaje? Jeśli w dodatku nie możemy liczyć na bliskich, to już w ogóle katastrofa. Bo ci bliscy niby są, niby kochają, wspierają, ale nie mogą wiedzieć co się z nami dzieje. Gdy nic nie jest takie, jakie być powinno, gdy balansujemy na granicy obłędu i pozostaje nam trzymać się kurczowo wersji, że to świat się myli… Wtedy ci bliscy patrzą na nas w taki sposób, w taki szczególny sposób, że odbierają nam resztki nadziei.

Na popadanie w obłęd może wpłynąć wiele czynników, na przykład geny. Albo przypadek, sytuacja, jedno zdarzenie niosące ze sobą ogromne poczucie winy.

Cass Anderson jest szczęśliwą mężatką i spełnioną zawodowo nauczycielką. Wracając do domu z klasowego spotkania, skraca sobie drogę skręcając autem w las. Jadąc w ulewnym deszczu, mija zaparkowany na poboczu samochód. Cass marzy tylko o tym, aby znaleźć się w bezpiecznym i suchym domu, od którego dzieli ją zaledwie kilkaset metrów. Jednak nie byłaby sobą, gdyby nie sprawdziła, czy wszystko jest w porządku. Może kierowca potrzebuje pomocy? Bo w aucie był kierowca, tego jest absolutnie pewna. Zatrzymuje się więc przed zaparkowanym pojazdem, w bezpiecznej odległości, niepewna co dalej. Miga światłami, naciska klakson, ale nie ma odwagi wysiąść. Opuszczenie bezpiecznego samochodu w lesie, na odludziu, podczas ulewnego deszczu byłoby skrajną głupotą. Nie doczekawszy się reakcji, wraca do domu, mając nadzieję, że kierowca albo zasnął, albo umówił się na romantyczną schadzkę, a jeśli potrzebował pomocy, to zapewne już po nią zadzwonił. Kobieta zasypia, zapominając o całej sytuacji. Jednak sytuacja nie daje o sobie zapomnieć i odtąd Cass nie prześpi już spokojnie żadnej nocy.

B.A. Paris jest Brytyjką, o francusko-irlandzkich korzeniach. B.A. to skrót od jej imion: Bernadette Anne, natomiast nazwisko MacDougall uznała za zbyt długie i zamieniła je na Paris, od miasta w którym spędziła niemal 40 lat życia. Poza powieściami dla dorosłych, pisze również dla dzieci. Sama jest matką aż pięciu córek (z tego względu czuję z nią duchowe pokrewieństwo)

Nieznane losy autorów lektur szkolnych

Jak wiecie rzadko sięgam po polskich autorów. Prawie nigdy. Nie wiem, może po prostu jestem uprzedzona. Tym razem zaryzykowałam, bo tytuł mnie zaintrygował, no i uwielbiam biografie, a w nich zwłaszcza takie smaczne sensacyjne kąski, o których nikt nie wie. No i tutaj moja ciekawość (żądza sensacji) została zaspokojona, bo kąsków to ja miałam aż nadto. Nie wiem tylko czy smacznych. Jaką mam refleksję po przeczytaniu książki? Taką, że nasi czcigodni pisarze i poeci, nad którymi panie od polaka rozpływały się w zachwytach to banda perwersyjnych zboczeńców, złodziei, nierobów i psychopatów. Ogólnie rzecz biorąc. Książka jest drugą propozycją Kopra (w tym temacie, bo ogólnie jest autorem ponad 60 książek) i równie kontrowersyjną. Publikacja pierwszej spotkała się zarówno z bardzo ciepłym przyjęciem jak i taką ilością hejtu, że wydanie drugiej stanęło pod znakiem zapytania. Tylko na chwilę stanęło, bo pan Sławomir wyszedł z założenia, że cel uświęca środki. A cel uważa, za zacny – szerzenie prawdy i tylko prawdy i zbijanie z piedestału niektórych światłych postaci. To chyba taki ukłon, głównie w stronę sfrustrowanych przymusowymi lekturami uczniów. Skoro muszą już przeczytać tę klasykę, bo tak trzeba, to niechże choć mają odrobinę radochy, trochę pocieszenia wiedząc co nieco o prywatnym życiu autora.  To też prztyczek w nosy nauczycieli, tych bezkrytycznie podchodzących do tematu, a także wszelkich historyków i publicystów, nie tyle zatajających prawdę, ile ją wypierających i twierdzących coś zupełnie innego.

W końcu nie od dziś wiadomo, że uznany poeta aby tworzyć wiekopomne dzieła musi żyć na skraju ubóstwa albo być co najmniej biedny. Najlepiej jeśli do tego jest nieszczęśliwie zakochany, naznaczony wojną i chorowity. Możliwe, że gdyby nie spełniał tych wymogów to jego książka nie trafiłaby na listę lektur.

Może wzruszamy się losami bohaterów dramatów Słowackiego bo mamy dodatkowo świadomość cierpienia i biedy jaką klepał. Czy mniej bylibyśmy poruszeni wiedząc, że facet grywał namiętnie na giełdzie i dorobił się na tym niezłego majątku? A w ogóle przez wiele lat żył na koszt bogatych krewnych, z którymi podróżował i mógł zamieszkać właściwie w dowolnym miejscu na ziemi.

Czy na nasz odbiór twórczości Kosińskiego wpłynąłby fakt, że facet miał obsesję na punkcie perwersyjnego seksu z prostytutkami i był nałogowym kłamcą, któremu zarzucono nawet plagiat?

Czy ktokolwiek zakwestionowałby przyznanie Miłoszowi Nagrody Nobla, wiedząc, że karierę zrobił dzięki Iwaszkiewiczowi? I jakie tak naprawdę relacje łączyły obu panów?

Piętnaście znanych nazwisk autorów i autorek szkolnych lektur. Niezliczona ilość skandali – pijaństwo, kłamstwa, zdrady (żon i kraju),  propagowanie komunizmu, okultyzm, choroby psychiczne i przestępstwa – a nawet morderstwo w tle. Sławomir Koper opiera się na solidnych źródłach; listach, dokumentach, rozmowach z krewnymi i znajomymi swoich bohaterów. Książka jest ładnie wydana i opatrzona humorystycznymi rysunkami autorstwa Jana Tatury. Myślę, że nie muszę nic więcej dodawać.

Psychoterapeutka

Terapeuten, Helene Flood, 2020

Coraz częściej trafiają (w każdym tego słowa znaczeniu) do mnie książki nie-amerykańskich pisarzy. I po raz kolejny nie zawiodłam się na Norwegii. Chciałabym przybliżyć nieco autorkę, ale nie mogę. To moja pierwsza randka z Helene Flood, a w Internecie informacje na jej temat są bardzo skąpe, zawężające się do kilku suchych faktów. Udało mi się ustalić, że napisała dotąd trzy książki (ta jest czwarta), z których jedna jest powieścią młodzieżową, druga pracą naukową, i dopiero trzecia – kryminałem psychologicznym. Ta trzecia, zresztą – „Terapeuci” zbiera ochy i achy, i w ogóle zamierzają ją sfilmować. Jeśli jest podobna w stylu do „Psychoterapeutki” to nawet się tym ochom i achom nie dziwię. Zdziwiły mnie natomiast negatywne opinie na pewnej popularnej stronie. Nie zaskoczę chyba nikogo faktem, że sama autorka jest z wykształcenia psychologiem (pardon – psycholożką). Dodam tylko od siebie, że jej specjalizacją są takie zagadnienia jak wstyd, poczucie winy, destrukcyjne emocje w związkach, dziedzictwo rodzinne i takie tam.

Ale do brzegu.

Sara i jej mąż Sigurd mieszkają w dużym domu w Nortberg, peryferyjnej dzielnicy Oslo. Dom, który Sigurd odziedziczył po wuju wymaga gruntownego remontu, i niby coś tam „drgnęło w kalesonach” jak mawiała moja mama :D, czyli tu kawałek podłogi położyli, tam pomalowali ścianę… Jednak to wszystko prowizorka, co doprowadza bohaterkę do irytacji. Jej mąż architekt jest pochłonięty pracą (i kilkoma innymi rzeczami) i nie ma już na nic ani czasu ani energii. Spełnia się remontowo w domach innych ludzi, a swój własny olewa. Sara dosyć obrazowo przedstawia sytuację; materiały kupione, kafelki w paczkach stoją pod drzwiami, w pokojach tapety pozdzierane do połowy w nagłym porywie optymizmu, bo wiadomo – jeśli już się zacznie to nie ma odwrotu. A ona ciągle ma goły beton w łazience, gdzie bierze zimny prysznic z niewymienionej rury, przy braku jakiegokolwiek oświetlenia. W tym momencie przerwałam czytanie, zamknęłam oczy i wykrzyknęłam: „Saro! Przyjaciółko! Bratnia duszo! Towarzyszko niedoli! Jak je cię k*rwa dobrze rozumiem!!!” Aby jeszcze pełniej wczuć się w lekturę, udałam się do kuchni pospacerować boso po betonie.

Jedynym skończonym pomieszczeniem w domu Sary jest jej gabinet nad garażem. Tutaj Sigurd się postarał, trzeba mu przyznać, a to dlatego, że Sara musi przecież pracować żeby zarabiać na remont, którego nie ma. Także, no.

Sara pracuje z trudną młodzieżą, lubi swoją pracę, ale nie stara się pozyskać wielu pacjentów. Nie wiadomo z czego to wynika; jest niepewna swoich umiejętności? Nie chce się przepracowywać? Idzie w jakoś, nie ilość?

Jej matka umarła, gdy Sara była mała, więc nie ma zbyt wielu związanych z nią wspomnień z dzieciństwa. Ma za to oddaną siostrę – przebojową matkę chłopców oraz ojca, słynącego z bardzo kontrowersyjnych publikacji.

Poukładany świat Sary załamuje się, gdy musi zgłosić zaginięcie męża. Ostatni raz widzi go, gdy ten wyrusza na weekend w góry, do domu przyjaciela. Ostatnia wiadomość na sekretarce: dotarł, rozpalają w kominku. Tylko, że kilka godzin później ten przyjaciel pyta Sarę kiedy przyjedzie Sigurd… Od tej pory wszystko nabiera tempa, a policja zaczyna podejrzewać wszystkich, zwłaszcza żonę.

Jak wspomniałam, książka ma wiele negatywnych opinii od czytelników, ale ja przeczytałam ją w jeden wieczór, bo nie mogłam się oderwać. Krytykujący zarzucają jej, między innymi zbyt dużo przemyśleń, spowolnienie akcji. Osobiście uważam, że co do pierwszego zarzutu – psycholog już tak ma. Opisuje świat, ludzi i samego siebie, analizuje, docieka. Co do drugiego – zwolnienia biegu akcji idealnie wpisują się w norweski klimat. Chociaż szczerze mówiąc żadnego spowolnienia nie odczułam. Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to kilka rozpoczętych wątków, które nie doczekały się rozwinięcia, w tym niedosyt odnośnie sylwetek pacjentów. Ale tutaj starczyłoby materiału na kolejne powieści, także rozumiem. Książkę bardzo polecam.

KLINIKA ŚMIERCI

„Klinika śmierci” to że tak powiem książka na czasie, bo o wirusie. Między innymi. Nie o tym, który straszy teraz, czyli o Covidzie, ale o tym, który straszył wtedy, czyli o AIDS. Dziwnie się ją czyta, inne mamy emocje z perspektywy czasu, gdy wiemy już, że z wirusem HIV można żyć długie lata. Niektórzy się zdziwią, inni przypomną sobie jakie kiedyś budził przerażenie, i że walka z nim była priorytetem każdej kliniki i każdego laboratorium. Mam nadzieję, że z takim samym dystansem i luzem przeczytamy kiedyś książkę o Covidzie.

„Klinika śmierci” została po raz pierwszy wydana na początku lat dziewięćdziesiątych. Coben niczego w niej jednak nie poprawiał, przez dwadzieścia lat nawet do niej nie zajrzał. Wypowiada się o niej z lekkim zawstydzeniem, typowym dla znanego autora, który nagle pokazuje światu zapomniane już dzieło, z początków swojej twórczości. Sam Coben, z wrodzonym poczuciem humoru rozpoczyna ją słowami: „No dobrze, jeśli to moja pierwsza powieść, po którą sięgnęliście, nie czytajcie jej. Zwróćcie ją. Weźcie inną. Nie ma problemu, zaczekam.”

Jednak książkę czyta się dobrze, a fakt, że upłynęło tyle czasu chyba nawet wychodzi na plus. Zresztą, wirus to wirus – książka na czasie? Na czasie. Wszystko się zgadza.

No, to lecimy.

Klinika, o której mowa to znana, prestiżowa placówka w Nowym Yorku, specjalizująca się w walce z AIDS. Jej pracownicy oddają się temu z wielkim poświęceniem, czasami graniczącym z obłędem. Wśród nich jest Harvey Riker, który za wszelką cenę stara się pozyskać środki na badania od znanych i wpływowych mieszkańców miasta. I tutaj pierwszy dylemacik: no, bo żeby zyskać kolejne dotacje należałoby udowodnić sukcesy, a co się z tym wiąże – pokazać ozdrowieńców. Z drugiej strony, pacjenci kliniki to często znane osobistości, z wiadomych względów pragnące zachować anonimowość. Zwłaszcza, że AIDS wówczas kojarzone było głównie z homoseksualizmem, także, tego…

Jednak ktoś bardzo się stara aby o klinice było głośno – seryjnie morduje jej pacjentów. Tych ozdrowiałych, żeby nie było. Policjantowi prowadzącemu śledztwo trudno jest znaleźć powiązania; czy chodzi o AIDS, czy o klinikę, czy o orientację seksualną ofiar.

Dla kontrastu – heteroseksualna para: dziennikarka Sara Lowell i koszykarz NBA Michael Silverman. Oboje sławni, piękni i bogaci, ale oderwani od rzeczywistości, bo tacy mili, skromni i prawdziwi. Powinni żyć długo i szczęśliwie, a nagle świat im się trochę wali. Co zrobisz? Nic nie zrobisz. A może?

Chociaż właściwie od początku towarzyszy nam monolog mordercy, to i tak go nie znamy, a nazwisko nic nam nie mówi. I tu jest haczyk, bo on działa na zlecenie, więc może sobie bywać narratorem bez spojlera. Do końca nie wiadomo, ale kto, ale jak, ale dlaczego i co się wydarzy. Historia jest naszpikowana zwrotami akcji, tak, że niektóre aż wydają się nieprawdopodobne. No, ale sami ocenicie, jeśli dacie facetowi szansę.

Każdy jej strach

Ktoś wie co to jest phrogging? Słyszeliście w ogóle takie określenie? W tej książce po raz pierwszy zetknęłam się z tym zjawiskiem. Nie zostało ono w niej nazwane, ale w tym samym czasie trafiłam na film, w którym też się to wydarzyło, więc z ciekawości zaczęłam szukać, a że „szukajcie, a znajdziecie”, to ja szukałam, a znalazłam. I już wiem, że takie coś istnieje i nazywa się phrogging. Czego to młodzi ludzie nie wymyślą dla fanu i oglądalności (kręcę z niedowierzaniem głową).

W dzisiejszych czasach nie wystarczy się włamać do domu w celach rabunkowych. Przecież to zbyt oczywiste. W dodatku pod nieobecność właścicieli? Pfff! Nudy na pudy. Trzeba podążać z duchem czasu, a nowa zabawa polega na tym, aby dostać się do czyjegoś domu i… w nim zamieszkać. Nie w pustostanie, nie w przybudówce, żeby była jasność. W domu jak najbardziej zamieszkałym, przy pełnej obsadzie, przy czym strych i piwnica, czyli miejsca rzadko używane też powoli robią się passe. Chcesz być gość to musisz się wykazać. Lajki nie zrobią się same. Lajki wymagają większego ryzyka. Na topie, zatem, jest pokój gościnny, miejsce pod schodami a nawet pod łóżkiem w sypialni państwa domu. Im dłużej tym lepiej, korzystając przy tym z łazienki, kuchni i innych przybytków rozkoszy. To jest właśnie phrogging.

Ale nie o tym, właściwie, w tej książce, w każdym razie nie tylko. Napisałam to jako ciekawostkę. A o czym książka?

O nieco znerwicowanej dziewczynie imieniem Kate, od dzieciństwa zmagającej się z atakami paniki, które spotęgowały jeszcze niedawne wydarzenia. Kate musi zmienić środowisko, żeby uspokoić się, wyciszyć i odzyskać równowagę.  Dla niej jest to przekroczenie strefy komfortu, bo decyduje się na dość radykalny krok: zamianę mieszkań z kuzynem. Kate opuszcza Anglię i na pół roku przenosi się do Stanów, do luksusowego apartamentu ekskluzywnej dzielnicy Bostonu. Niestety nie odnajduje tam upragnionego spokoju, bo właśnie wtedy w budynku zaczynają się dziać dziwne rzeczy, z morderstwem włącznie. A wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na jej kuzyna, którego zna tylko z rodzinnych opowieści i wymiany kilku e-maili, a który właśnie mieszka w jej domu…

Pomysł nowy, fabuła pełna zwrotów akcji. Autora Petera Swansona dotąd nie znałam, ale facet daje radę. Także, no cóż, polecam.

 

Ghost writer

Zacznę od tego, że jest to jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) książek jakie ostatnio czytałam. Wciągnęła mnie całkowicie. Nietuzinkowa fabuła i wielka tajemnica, której trochę się domyślamy, a która ujawniana jest nam w rozsądnych dawkach.

O autorce, Alessandrze Torre powiedzieć mogę niewiele, bo nigdy jej nie czytałam. Gdy ją sobie wyguglowałam okazała się być piękną kobietą, i – według Wikpedii – amerykańską (really?) autorką erotyków (huh?), potem erotycznych thrillerów, aż w końcu chyba dojrzała do… Ghost writera.

Tak. To może ja przejdę do fabuły.

Helena Ross dopiero przekroczyła trzydziestkę, a już jest znaną pisarką, autorką bestselerów. Jest też samotna, nieco zdziwaczała i śmiertelnie chora. Mając świadomość, że zostało jej kilka miesięcy życia, porzuca inne zobowiązania, zrywa kontrakt z wydawnictwem i decyduje się napisać książkę o swoim życiu. Chce wyjawić w niej prawdę o tym, co stało się kilka lat temu, o tym co zrobiła, o tajemnicy, z którą nie może sobie poradzić. Helena sprawia wrażenie samowystarczalnej, zdystansowanej, stroniącej od ludzi. Z niechęcią przyjmuje pomoc od jedynych życzliwych jej osób, nikomu nie wyjawia motywów swojej decyzji, nikomu nie mówi o chorobie, nawet swojej promotorce. Ta, zresztą nigdy nie wiedziała nic o prywatnym życiu Heleny. Wyobrażała ją sobie jako zblazowaną bogaczkę w wielkim domu, otoczoną rodziną, wraz z  kochającym i wspierającym mężem u boku. Takie zdanie wyrobiła sobie na podstawie jej książek. Nie miała pojęcia jak jej wyobrażenie dalekie jest od prawdy. Helena jest zdeterminowana żeby opisać własne życie, ale zdaje sobie sprawę, że nie będzie w stanie fizycznie i psychicznie przebrnąć przez to sama. Wynajmuje więc ghost writera, czyli osobę, która będzie pisała tę książkę najpierw z nią, a potem za nią. O ile sam fakt zatrudnienia kogoś takiego może być zrozumiały, o tyle wybór tego kogoś już nie. Na ghost writera, kobieta wybiera swoją największą rywalkę, autorkę erotyków, której nienawidzi, i z którą od lat prowadzi walkę piórem. Ta, z kolei staje się jeszcze większą niespodzianką, od kiedy pojawia się w progu domu Heleny.

Tak, jak w filmie doceniam scenariusz oparty na grze zaledwie kilku aktorów, tak w książce doceniam fabułę opartą na „grze” zaledwie kilku bohaterów. Główny wątek, polegający przede wszystkim na świetnie poprowadzonym monologu to spore wyzwanie. A i poza nim dzieje się dużo.

Naprawdę polecam.

 

 

 

 

 

Najmroczniejszy sekret

   Alex Marwood, 2015

Tak naprawdę to nie wiem, czy powinnam z czystym sumieniem polecać tę książkę. To znaczy czyta się ją dobrze i jest dosyć wciągająca, ale ja to chyba jestem zbyt wrażliwa na takie klimaty. Czy to gwałt i zabójstwo, nie daj Boże, czy też zwykła intryga – gdy w grę wchodzi dziecko – ja się poddaję. Odpadam. Wymiękam. Płakałam czytając ją, naprawdę płakałam, chociaż nie ma w niej drastycznych opisów, potwornych szczegółów i tak dalej. Płakałam ze złości, z bezsilności na ludzką głupotę i egoizm. Szlag mnie trafiał i to, mam nadzieję, normalna reakcja matki, i też mam nadzieję, że nie tylko matki. To nie jest ostry thriller, ociekający krwią, zdecydowanie nie. To zwyczajna opowieść, która przez swoją zwyczajność tym bardziej przeraża. Minęło już trochę czasu od kiedy przeczytałam tę książkę, ale cały czas nie mogę o niej zapomnieć. Nie mogę też oprzeć się porównaniu do głośnej sprawy Madleine Mc Kain, najbardziej tajemniczego przypadku zaginionego dziecka. Wściekłość i poczucie niesprawiedliwości to emocje, które podczas lektury towarzyszyły mi najczęściej. I świadomość, że takich ludzi, i takich przypadków jest wiele, oraz to, że większość z nich nigdy nie została wyjaśniona.

Bogacze pławią się w luksusie. W ich świecie, niby takim samym jak reszty śmiertelników, częściej pojawia się egoizm, zniechęcenie, próżność, snobizm, imprezy oraz – często przypadkowy – seks i – często przypadkowe – opiekunki do dzieci. Więcej jest w takich rodzinach komplikacji i chaosu, więcej młodych macoch i ojczymów. Zacierają się granice, kto z kim, kiedy i dlaczego. Jak się okazuje, w tym środowisku pieniądze i prestiż mogą skutecznie stłumić wyrzuty sumienia.

Sean Jackson, który dorobił się majątku na sprzedaży domów, obchodzi 50 urodziny. Zaplanował na ten dzień huczną imprezę w gronie przyjaciół, właśnie w jednym z domów na sprzedaż. Wszystko ma dokładnie zaplanowane; od rodzajów trunków (i dragów), przez wykwintne menu, aż po kolor sukienki swojej żony. Żony, która zresztą już mu się znudziła. Chociaż wszyscy uczestnicy, w tym również Sean mają dzieci, nikt nie skupia na nich większej uwagi. Dzieci są zbędnym dodatkiem, którym trzeba się jakoś zająć za dnia, zmęczyć, żeby grzecznie poszły spać i nie przeszkadzały w imprezowaniu. Sean uważa, że jest najlepszy we wszystkim, ale jest beznadziejnym ojcem. Nie potrafi odnaleźć się w tej roli ani dla trzyletnich bliźniaczek, ani dla nastolatek z pierwszego małżeństwa. Jest wkurzony, gdy dziewczyny nagle pojawiają się na jego urodzinach, a zniknięcie jednej z córeczek Seana staje się niewygodnym problemem, który jakoś trzeba oznajmić światu. A potem… a potem robi się dziwniej, tzn, robi się zwyczajnie, co właśnie jest dziwne. Mijają lata, ale przeszłość nie daje o sobie zapomnieć.

Narracja poprowadzona sprawnie, przechodzi od jednego uczestnika wydarzeń do kolejnego, aby ostatecznie pozostać przy, dorosłej już teraz, pierwszej córce Seana. Dziewczyna niewiele wie o zniknięciu przyrodniej siostry, nie było jej przy tym, więc razem z nią powoli odkrywamy prawdę. Albo półprawdę. Kilka wątków pobocznych nigdy nie zostaje wyjaśnionych, ale nietrudno odgadnąć co się stało.

Nie jest to powieść wybitna, podobno słabsza niż ta, dzięki której Alex Marwood zyskała rozgłos: „Dziewczyny, które zabiły Chloe”. Nie wiem, nie czytałam, natomiast „Najmroczniejszy sekret” polecam, chociaż może nie przewrażliwionym mamom.

RESZTKI

Remainder, Tom McCarthy, 2013,

Jak wspominałam, od jakiegoś czasu wpadają w moje ręce książki dziwne. Dziwne i coraz dziwniejsze. Ale ta przebija chyba wszystkie. Tak pokręcona fabuła mogła powstać wyłącznie w nie do końca normalnym umyśle. Aż sobie wyguglowałam autora. I szok – on wygląda całkiem normalnie, przystojnie nawet. I ta książka akurat jest jego debiutem, co tym bardziej przeraża i daje do myślenia… Co będzie next? Albo co było next, bo chyba coś tam od tego czasu spłodził. W związku z powyższym nie mogę przybliżyć autora, zatem przejdę do fabuły. Historia na pewno jest oryginalna. Nie pamiętam żebym spotkała się dotąd z czymś takim. I chociaż sporo w niej przemyśleń i filozoficznych retrospekcji głównego bohatera (występującego w roli narratora, co jeszcze potęguje efekt) to jednak czyta się ją bardzo dobrze. I daje do myślenia, to na pewno! Książka jest też pełna niedopowiedzeń, a niektóre wątki powstały w ogóle bez sensu, bo niczego nie wnoszą. Może mają na celu lekkie nakreślenie głównego bohatera, tego jakim człowiekiem był wcześniej, zanim.

Rzecz dzieje się w Londynie. Główny bohater, którego imienia nie znam (nie pamiętam czy kiedykolwiek je wymieniono) zostaje ranny w wypadku. Szedł sobie ulicą i spadło na niego coś, co też nie zostaje do końca wyjaśnione, ale można poniekąd domyślić się, że chyba była to jakaś część rozbitego samolotu. W każdym razie żadne tam UFO czy inne nadnaturalne zjawiska, bo ktoś tam realny poczuwa się do odpowiedzialności i proponuje Ugodę. Zajmuje się tym adwokat bohatera, bo ten ledwo jarzy pogrążony najpierw w śpiączce, a potem w długich miesiącach rehabilitacji. Po wszystkim, dzięki Ugodzie, z dnia na dzień zostaje milionerem.

Jest postacią trochę nijaką, bo niczego się o nim nie dowiadujemy. Kilku rzeczy z jego przeszłości możemy się tylko domyślić ze skąpych, pojedynczych zdań. My poznajemy go tu i teraz, czyli tuż po wyjściu ze szpitala. Prawdopodobnie ta część samolotu, która go walnęła spowodowała jakieś nieznane bliżej szkody w jego… umyśle/osobowości/charakterze. Dowiadujemy się też, że cierpi na  częściową amnezję, ale książka skąpi nam szczegółów, również tych, dotyczących jego rodziny i w ogóle przeszłości. Fabuła skupia się na jego doraźnych przemyśleniach i potrzebach, których na początku on sam nie ogrania. Zaczynamy je ogarniać razem z nim, powoli zagłębiając się w jego psychikę. I to już jest jazda bez trzymanki, bynajmniej nie tramwajem!

Facet czuje się nierealny, ale nie wiadomo w jakim sensie i co to dokładnie oznacza. Wiadomo tylko, że za wszelką cenę chce poczuć się „prawdziwy” i dąży do tego wręcz obsesyjnie. Po wypadku nic go nie cieszy, nie smuci, nie wkurza. Czuje się obojętny na tak zwany całokształt. Poszukuje sensu życia, zastanawiając się gdzie ulokować swoją fortunę, żeby czuć, że JEST, że istnieje.

Pewnego razu doznaje olśnienia, a dokładnie przebłysku wspomnień. Widząc pęknięcie na ścianie w toalecie obcego domu, przypomina sobie, że kiedyś mieszkał w kamienicy z podobnym pęknięciem na ścianie. Wytężając umysł i podążając tym tropem widzi sąsiadów i konkretne, przypisane im role. Wynajmuje „faceta od wszystkiego” i każe mu znaleźć, wykupić i idealnie odwzorować budynek z jego wspomnień, a także całą okolicę i wynająć wybranych z castingu ludzi, którzy będą mu przypominać dawnych sąsiadów. Olbrzymie przedsięwzięcie zamyka całą londyńską dzielnicę. Gość dobrze płaci swoim aktorom, każąc im odgrywać ciągle te same role. Wszystko jest obliczone co do milimetra; wzory na posadzce, brud, spadzistość dachu, składzik dozorczyni, dźwięki i zapachy…

Ale to ciągle nie to. Bohater zaczyna odgrywać coraz to inne role, zatrudniać coraz więcej ludzi, brnąć w coraz okrutniejsze sceny. Do czego może się posunąć facet ogarnięty obsesją?