Tamaluga show

Kuchnia Tamalugi poleca…

Ci, którzy brali udział w konkursie, a już na pewno ci, którzy obejrzeli jego rozwiązanie już wiedzą. Moja córka uwielbia ayran. Mieszkając w Turcji nauczyłam się go przyrządzać idealnie. Zresztą to żadna filozofia, wystarczy jogurt, woda i szczypta soli. Oczywiście Tamaludze wsypuję sól symbolicznie. Nie mogę w ogóle z niej zrezygnować, bo dziecię doskonale wie, z czego składa się ayran i czasami asystuje przy jego tworzeniu.

Tamaluga od, że tak powiem, początku pije tylko wodę. Wszelkie moje późniejsze próby podania jej innego napoju spełzły na niczym, a w najlepszym razie dupy nie urwało. Mleko ok., ewentualnie. Kakao owszem, od czasu do czasu. Napój nie i jeszcze raz nie. Sok wyłącznie z wyciskanych pomarańczy, jeśli w ogóle… Natomiast ayran podbił jej serce. Gdyby sama sobie mogła ułożyć menu – piłaby ayran od rana do wieczora. A jadłaby głównie oliwki, a w następnej kolejności łososia, rzodkiewki i chlebek łajt. Chlebek łajt to kromka pieczywa chrupkiego posmarowana serowym mazidłem typu Almette.

Na obiad mogłoby być cokolwiek, pod warunkiem, że byłoby makaronem w każdej postaci. Albo zupą. Najlepiej grzybową, barszczem albo pomidorową, ale inną też nie pogardzi. W zasadzie Tamaluga nie jest wybredna i je prawie wszystko. Na szczęście bardzo lubi warzywa, i po zjedzeniu czasami pyta mnie, pokazując „biceps” czy urosła jej już kulka.

Tamaluga uwielbia pomagać mi w kuchni. Pozwalam jej czasami wrzucać do dań albo zup wszystko, na co tylko ma ochotę. Ostatnio robi ze mną ciasta i wychodzą całkiem niezłe.

………………..

– Co to jest?

– Coś jak łosoś – mówię, bo miałam akurat halibuta. – Będzie ci smakować, spróbuj.

– To nie łosioś! Łosioś jest pink!

No jest pink, nie da się ukryć. Ale kocham ją również za to, że tak mi ufa w kwestii jedzenia. Pamiętam, że moje dziewczyny gdy się do czegoś uprzedziły to nie tknęły i już. Tamaluga, słysząc, że coś jest pyszne, bo mama tak mówi, zamyka oczy, wzdryga się… i próbuje! A potem stwierdza „mmm, pyśne!” I unosi kciuk do góry.

 

Nie pytaj co Tamaluga może zrobić dla świata, ale co świat może zrobić dla Tamalugi…

Zapomnijcie o wszystkich znanych wam teoriach stworzenia świata. Zapomnijcie o wielkim wybuchu, kosmitach, ewolucji i Bogu. Zdradzę wam teraz sekret od lat ukrywany przez Watykan. Wyjawiając go sporo ryzykuję. Prawdopodobnie będę zmuszona usunąć blog, spalić wszystkie odręcznie pisane notatki, a w przypływie adrenaliny może nawet spalić jakiś biustonosz (może ten w kwiaty, bo nigdy go nie lubiłam). Postanowiłam jednak, że macie prawo wiedzieć, bo człowiek musi mieć dostęp do informacji. Otóż, kochani, świat został stworzony na potrzeby Tamalugi.

Za nami pierwsze dni w przedszkolu. Przyznam, że trochę się obawiałam. Nie, nie tego, że będzie za nami płakać. Nawet przez chwilę nie przyszło mi to do głowy. Obserwowałam ją podczas „dni adaptacyjnych” i, no cóż. Doszłam do ciekawych wniosków. Przede wszystkim dla Tamalugi cały świat jest jednym wielkim placem zabaw. A ona jest w nim honorowym gościem. Oboje z Tomkiem pokazywaliśmy jej tylko pozytywne strony życia, i chcąc nie chcąc to życie kręciło się wokół niej. Nic więc dziwnego, że potraktowała przedszkole jako prezent, a panią i dzieci jako trupę aktorów występujących dla jej rozrywki. Gdy wszyscy: pani, dzieci i rodzice utworzyli koło i tańczyli do układu z pokazywaniem, Tamaluga stanęła pośrodku tego koła, będąc jedynym dzieckiem nietańczącym. Stała z ukontentowaną miną, od czasu do czasu skinąwszy lekko głową, niczym królowa obserwująca zabawiających ją poddanych. Ona była przekonana, że to całe szoł jest dla niej. Po „zabawie” wchodziła w kadr aparatu kobiecie robiącej zdjęcia. Uśmiechała się, wdzięczyła i pozowała. Innego dnia wpadła spóźniona, a widząc dzieci i rodziców siedzących na podłodze w zabawie integracyjnej, po prostu ich ominęła, przebiegając przez salę i wybiegając na plac zabaw. To na tyle, jeśli chodzi o integrację i zdyscyplinowanie.

 

Dialogi:

– Tamaluga, jeśli będziesz grzeczna w przedszkolu, to może dostaniesz nagrodę.

– Kupis mi koparkę?

……….

– Wsistko lubię: i ayran, i kakałko, i mleko, i tabaki, i ślimaki! I inne ślimaki, i lobaczki, i mlówki.

– Śpij już! Jest po jedenastej!

– Ja nie patsę na zegalek.

– Tamaluga, śpij!

– Oj, nie mozes tak mówić. Mozes tylko mówić „kocham cię”!

– Kocham cię.

– O, właśnie tak. Ja tez cię kocham.

……….

– Chodź, pokazę ci motocik. O, nie ma juz, odjechał. A taki był fajni. Hallej.

……….

Wracamy ze sklepu po godzinie dziewiętnastej. Na murku siedzi żulek.

– Jest noc, a pan psecies nie idzie do domu…

– Na pewno pójdzie, nie martw się.

– Maltwie. On chyba nie ma siły.

……….

– Skac ze mną!

– Nie mam siły.

– Mas, mas, tylko musis poćwicyć.

– Nie dam rady…

– To chociaz lub miny, a ja będę zaskocona.

……….

– Mama, daj mi to co obiecałaś, no plosę…

– Ale co?

– No to na głowę mi daj, plosę…

– Co na głowę?

– No, mówiłaś, ze mas dla mnie coś na głowę!

– Łamigłówkę…

Reklamy

NOSTALGIA ANIOŁA

Nostalgia Anioła. Przyznać się, kto oglądał film? Ja oglądałam, więc tym chętniej sięgnęłam po książkę.

Autorka ma świetny styl pisania, po prostu ładny, przez co wciągający. To po pierwsze. Historia jest opowiedziana na tyle ciekawie, że przedłużające się momenty nie drażnią, raczej dopełniają całości.

Narratorem jest brutalnie zamordowana czternastolatka, siedząca w podniebnej altanie gdzieś, między światami. Spogląda w dół na rodzinę, przyjaciół i obcych ludzi, w tym na swojego mordercę i opisuje wszystko, co widzi. Słyszy ludzkie myśli, czuje ludzkie emocje, ale nie może na nie wpłynąć, chociaż właściwie sama jej śmierć już wpłynęła na wiele osób i na przyszłe wydarzenia.

Taka forma narracji i abstrakcja sytuacji, o dziwo, nie mają w sobie nic z kiczu. Stawianie głównej bohaterki w pozycji narratora sprawia, że jej postać nie jest nachalna, że odsuwa się nieco na dalszy plan.  W końcu dziewczyna już nie żyje, więc narobiła wystarczająco dużo zamieszania. Jest to wyraźne przesłanie, jedno z wielu w książce, że ludzie skupiający się na utracie bliskiej osoby, przestają dostrzegać innych.

Postaci są wiarygodne. W większości. Nie do końca przekonała mnie matka, ale podobno każdy przeżywa stratę na swój sposób. Poza tym załamany psychicznie ojciec, zagubiona siostra i brat, który ledwo pamięta Susan, ale jako jedyny ją widuje. Bardzo wyrazista postać babci, która ma chyba wszystkie cechy jakich babcie nie mają.

Momentami książka bywa frustrująca. Człek zapiernicza po stronach, bo już, bo za chwilę… a tu znowu fałszywy alarm. Bluzga pod nosem przy naciąganych wersjach mordercy, i przy naiwności policji. (I przy poczynaniach matki! Nie zapominajmy o matce.)

Film miał zdecydowanie większą dynamikę, ale efekt z kolei psuło rozwlekanie sielankowych scen w niebiosach. W książce Niebo jest inne, opisane zwięźle i… hmm… interesująco (autorka na bank coś brała).

Mam też wrażenie, że wiele rzeczy zostało zwyczajnie niewykorzystanych, pominiętych, że po drodze marnuje się trochę potencjału, szans i tak dalej. Albo po prostu się czepiam.

Niemniej, „Nostalgię” czyta się bardzo dobrze. No i poza oczywistym dramatem, niesie w sobie ogromną dawkę nadziei.

TOY STORY 4

No, oczywiście Toy story, jakżeby inaczej. Ta seria jest obecna w naszym życiu od zawsze. Oglądałam ją z dziewczynami, gdy były małe, a teraz z Tamalugą, która dwie pierwsze części zna niemal na pamięć. Ci, którzy znają moje zamiłowanie do filmów animowanych, wiedzą też, że jestem w tym temacie wybredna. Serii Toy story nie mam nic do zarzucenia. Wywołuje wiele emocji, a przede wszystkim wzrusza, zwłaszcza, że zabawki podchodzą bardziej pod moje dzieciństwo. Pomysł świetny, bez dwóch zdań, fabuła dopracowana w szczegółach. Mam tu na myśli pierwsze części, bo, niestety czwórka, moim zdaniem jest ogniwem najsłabszym. Nie znaczy to, że jest zła, na pewno warta zobaczenia, ale… No cóż, mam wrażenie, że została stworzona dla dorosłych odbiorców, tak trochę na siłę, na fali nostalgii i sentymentu. Na przedpremierowym pokazie obejrzeli ją głównie dorośli, i coś w tym jest.

Jak wiecie, Tamaluga nie wytrwała nawet 15 minut, ale szczerze mówiąc dobrze się stało. Tuż po jej wyjściu, baśń nabiera elementów horroru, zrozumiałych dla dorosłego widza. Dla dziecka już niekoniecznie.

Kto oglądał trójkę ten wie, że zabawki trafiły z rąk Andy’ego do obcej dziewczynki. Kontynuacja trzyma się faktów, ale chyba nie bardzo ma pomysł na to, co dalej. Podoba mi się to, że porusza ważne problemy psychologiczne, takie jak osamotnienie dziecka wśród innych dzieci, jego lęk przed nowym i nieznanym. Niewątpliwym plusem tej części, jak i poprzednich zresztą jest niezachwiana wiara w dzieci. W to, że kochają zabawki, takie prawdziwe zabawki, a nie elektroniczne gadżety. W to, że są z gruntu dobre. W to, że potrafią być oddanymi przyjaciółmi i że takiej przyjaźni szukają. I w to, że są tak przewidywalnie nieprzewidywalne. W tym wypadku Toy story wypełniło swoją misję.

Fabuła pokrótce, co by nie spoilerować, przedstawia się następująco:

Zabawki Andiego; szeryf Chudy, Jenny, Buzz i reszta stały się zabawkami Bonnie. Dziewczynka zaczyna przygodę z przedszkolem i trudno jej odnaleźć się w nowej sytuacji. Wtedy do akcji wkracza Chudy, podsuwając jej pomysł na stworzenie własnej zabawki. Zabawki adaptacyjnej, stworzonej co prawda ze śmieci, ale bardzo ważnej, bo będącej jej własnym dziełem. Tak rodzi się Sztuciek, czyli postać plastikowego widelca z rozbieganymi oczami. Jak ważny jest Sztuciek wie tylko Chudy, i gdy walnięty widelec ucieka ku wolności, to właśnie on wyrusza na poszukiwania. Tyle, że po drodze dużo się dzieje, a do szeryfa wraca przeszłość pod postacią zgrabnej pastereczki. Właściwie pastereczką to ona była w poprzednich częściach. Teraz jest waleczną rebeliantką. Nie jestem pewna, czy do końca odpowiada mi jej nowe wcielenie. Jestem natomiast pewna, że głos ma koszmarny.

To tyle. Resztę zobaczcie sami, jeśli macie ochotę i dziecko. Dziecko jest świetnym pretekstem do obejrzenia filmu 😀

ROZWIĄZANIE KONKURSU!!!

Kochani!

Bardzo dziękuję za udział w konkursie, który do łatwych nie należał. Sama miałabym problem z prawidłową odpowiedzią, więc tym bardziej się cieszę, że tylu z was spróbowało. Najczęściej obstawialiście jedynkę, ale faktycznie, tak jak niektórzy słusznie zauważyli – do Tamalugi mogłyby pasować wszystkie odpowiedzi.

Dobra, żeby nie przedłużać. Poniżej dwa filmiki; jeden z rozwiązaniem, drugi z losowaniem zwycięzcy. Tamaluga uwielbia być filmowana, także możecie odnieść mylne wrażenie, że scenki były reżyserowane. Nie były, zapewniam. Jedno podejście za każdym razem, bez prób i powtórzeń.

Gratuluję zwycięzcy i wszystkim, którzy udzielili prawidłowej odpowiedzi.

 

Reszta niech się nie martwi, już wkrótce kolejny Konkurs Lekko Kreatywny, ale póki co nie zdradzę szczegółów.

Jeszcze raz dziękuję wszystkim, jesteście kochani!

💗💗💗

60+, 3+ i dyndające klapki

Zauważyłam, że wiele dojrzałych kobiet używa kosmetyków, byle jakichś użyć. Kiedyś to się człowiek jeszcze trzymał wytycznych „20plus”, „cera trądzikowa”, „cera sucha”, „30plus”. Później nie ma to już takiego znaczenia. W pewnym wieku stosuje się byle co. Nadmiar nie zaszkodzi, bo nic już nie jest w stanie bardziej zaszkodzić, a naprawić to już się przyda wszystko. Nie ma znaczenia, czy krem jest przeciwzmarszczkowy, zwężający pory czy redukujący wory pod oczami. Co by to nie było – na pewno się przyda. A im większa liczba przed plusem, tym lepiej, bo już na bank ściągnie, co ma ściągnąć, i zwęzi, co ma zwęzić.

Ale! Z obserwacji mych wynika, że niektórych młodych kobiet też to dotyczy. Młodych kobiet, które nie muszą niczego naprawiać, ale używają, bo kosmetyk wygrały w konkursie, albo dostały próbkę skądś tam. Młodych kobiet, które nie malują się na co dzień i średnio znają się na kosmetykach:

Oliwia wychodzi z łazienki. Spod białej płachty na twarzy widzę tylko jej oczy i kawałek ust. Prawy kącik, konkretnie.

– Jezu, co ci się stało?! – pytam, choć mam pewne podejrzenie graniczące z pewnością, że jest to maseczka.

-Yynska fafefka.

– Przepraszam?

– Chińska maseczka – powtarza, powiększając wylot na usta.

– O! – ucieszyłam się. – A jak działa?

– Nie wiem. Nie znam chińskiego.

…………………………

Pierwszy wypad do kina z trzyipółlatką zaliczony.

Pytanie: Czy 3 i pół roku to odpowiedni wiek na wypad do kina?

Odpowiedź: Nie.

Trzyipółlatka nie usiedzi w kinie. Przynajmniej nie moja.

Ucieszyła się, że idzie do kina. Jeszcze bardziej ucieszyła się, że wjechała schodami na górę. Najbardziej ucieszyła się z kosza zabawek przed salą. Gdy była już w środku krzyknęła „Łaaaa! Jaki duzy tewizol!” po czym kategorycznie odmówiła zajęcia miejsca. Przekupiona popcornem z figurką Buzza, usiadła w końcu, żeby po chwili dostać ataku paniki, gdy zgaszono światła.

11:00 – 11: 05 Tamaluga chce zejść na dół.

11:05 – 11:08 Tamaluga chce poskakać na swoim siedzeniu.

11:08 – 11:11 Tamaluga chce poskakać na naszych siedzeniach.

11:11 – 11:15 Tamaluga chce zejść na dół.

11:15 – 11:19 Tamaluga chce zejść na dół.

11: 19 – 11:25 Tamaluga ogląda film w skupieniu, komentując akcję.

11:25 – 11:30 Tamaluga chce zejść na dół.

Tomek: Chyba musimy już iść.

Ja: No, to idźcie.

Tomek: Zostajesz?

Ja: No chyba nie myślisz, że wyjdę z „Toystory”! I to w momencie, gdy (UWAGA: SPOJLER) Szeryf Chudy wchodzi do sklepu z Antykami.

11:35 Tomek wychodzi z Tamalugą. My z Oliwią przejmujemy jej popcorn. Kino oddycha z ulgą.

Właściwie to nie wiem, czego ja się spodziewałam, przecież to Tamaluga. Od początku wiadomo było, że nie da rady usadzić jej w miejscu. Zresztą ona sama tego nie kryła, bo zapytana dzień wcześniej czy da radę siedzieć w miejscu i oglądać długi film, stwierdziła, że „chiba nie da lady”.

W zasadzie wszyscy zadowoleni. Oliwia i ja obejrzałyśmy film do końca, Tamaluga się wybawiła zabawkami przed salą i w kółko pyta kiedy znowu pójdziemy do kina.

A, właśnie. Może mi ktoś wyjaśnić dlaczego w kinie zawsze jest tak cholernie zimno? Zupełnie jak w samolocie. Kiedyś wybrałam się w podróż samolotem ubrana w spódnicę i klapki. Przeklinałam w duchu własną głupotę, i to że w ogóle nie uczę się na błędach, bo to nie był mój pierwszy lot.

W połowie lotu wpadłam w hipotermię i było mi już wszystko jedno, dokąd lecimy. Wyobraziłam sobie, że gdy zdarzy się katastrofa i oderwie nam dolną część kadłuba to na bank zamarznę. W dodatku ludzie z dołu będą widzieli moje dyndające klapki. Potem jednak pocieszyłam się, że wtedy dyndające klapki będą moim najmniejszym problemem.

 

 

Konkurs!!!

Kochani, kochani! Nadciąga długo wyczekiwany konkurs! To znaczy mam nadzieję, że czekaliście, bo ja na pewno nie mogłam się doczekać.

Dzisiejsze pytanie dotyczy Tamalugi, czegoś, o czym nie wiecie (chyba), więc będzie zgadywanka. Na odpowiedzi czekam do 23 sierpnia.

Spośród osób, które trafią, wylosuję jednego zwycięzcę. Losowanie, jak zwykle, odbędzie się „na antenie” 😀 , czyli w formie video. Tak, jak i prawidłowa odpowiedź.

W ciągu tygodnia od wyłonienia szczęśliwego zwycięzcy – wyślę nagrodę niespodziankę, a raczej paczkę pełną niespodzianek. Fajnych.

Dum, dum, dum, dum, dum:

Znajomi mówią o Tamaludze, że jest turecko – greckim dzieckiem. Dlaczego?

  1. Tańczy Greka Zorbę, kręcąc się przy tym jak turecki derwisz.
  2. Jej ulubiony zestaw to oliwki popijane ayranem.
  3. Nauczyła się jednego słowa po turecku i jednego po grecku.

Życzę wszystkim powodzenia!

Schudnąć w pięć sekund i dobrze wyglądać na zdjęciu

W lokalnej księgarence pojawił się regał „Uwolnić książkę”. Zachwyciliśmy się, wespół z Tomaszem, chociaż Tomasz mój z tych nieczytających raczej, więc trochę zdziwił mnie jego entuzjazm. Stał tak dobrą chwilę wpatrując się w regał z zachwytem. Zezowałam na niego z ukosa, a na usta cisnęło mi się zapytanie. Cisnęło mi się wiele zapytań, ale Tomasz mój bywa nieodgadniony, jako te księgi w tym regale, zatem przemilczałam.

– Piękne – wyraził swoje uznanie i miał już uczynić w-tył-zwrot, gdy wskazałam na żółtą okładkę. Przyjrzał się, pomacał, wydobył i niemal padł na kolana, niemal posikawszy się uprzednio. Dobrze, że wszystko tylko „niemal”.

„Star Wars” z zapiskami George’a Lucasa, wydanie z siedemdziesiątego któregoś. Tomaszowa Biblia. Papirus dla fanatyków Gwiezdnych Wojen.

Ucałował mnie serdecznie ze łzami w oczach, po czym przebiegł przed kasą, krzycząc do pani Izy „Uwolniłem książkę! Uwolniłem książkę!” Pacnęłam go lekko, lecz stanowczo. Pani Iza zawyła ze śmiechu.

Opuszczona w godzinie próby, pozostałam sama przed regałem. Gdy oczy zaczynały łzawić nieznacznie, pani Iza szepnęła z przejęciem:

„Najlepsze mam w koszu pod ladą”

Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Tylko, że miałam na to mniej więcej 5 minut, dokładnie tyle, ile zajmie siedzącej przez księgarnią Tamaludze zjedzenie dwóch gałek loda.

Wyszłam z bitwy zwycięsko. Z czterema tytułami. Tamaluga też zwycięsko: ostatnimi czasy udaje jej się nie pobrudzić ubrań lodami i innymi takimi.

Z nieokrzesanego łobuza przeistacza się czasami w damę. Aż łzy się cisną. Dobrze, że tylko czasami.

………………..

Wspomniałam wyżej, że Tomasz bywa nieodgadniony. Nooo, zdarza mu się. Na szczęście bywa też przewidywalny, dużo bardziej niż pogoda w TVN Meteo.

– Przytyłam – rzucam mimochodem.

Tomasz milczy dyplomatycznie. (Przypuszczam, że czuje się jak bohater reklamy piwa, który ma dylemat co odpowiedzieć partnerce, bo czego by nie powiedział może zostać źle odebrane, ale na szczęście jest pewny co do wyboru piwa).

To się chyba nazywa konflikt tragiczny.

– Przytyłam – powtarzam z naciskiem.

Tomasz wzdycha, skupiając się na prostej czynności zaparzenia kawy. Spoko, nie jestem na tym punkcie przewrażliwiona, więc nie mam mu za złe. W tym momencie jestem realistką i wiem, że moje nad-kilogramy nie uszły jego uwadze.

W końcu decyduje się zabrać głos:

– Wystarczy, że nie będziesz podjadać w nocy…

– Masz rację – mówię po namyśle. – To oznacza brak tak zwanego współżycia, bo zawsze „po” jestem głodna…

5, 4, 3, 2…

– Ale ty wcale nie przytyłaś! Wyglądasz fantastycznie!

 

Tamaluga jest niezwykle kreatywna. Ostatnio w pożyteczny sposób zaplanowała mi popołudnie. Wychodzimy ze sklepu na zielony skwerek, z którego wystaje tabliczka z przekreślonym psem.

– Co będziemy teraz robić? – pytam Tamalugę.

– Mozie popsiątamy kupy z tlawy, cio?

………………..

Myję naczynia, Tamaluga wchodzi do kuchni.

– Zlób „Iiiiiiiii”!

– Iiiiiiii

I pstryka mi zdjęcie. Potem pokazuje, ale jest wyraźnie niezadowolona z efektu.

– Za ciemne – przyznaję.

– Tak, ciemne.

Szuka w telefonie poprzednich zdjęć, w końcu znajduje takie, które robiła mi kilka dni wcześniej, też przy zmywaniu naczyń, ale to jest lepiej oświetlone.

Pokazuje mi, mówiąc z pretensją:

– O! Właśnie tak maś wyglądać!

AMADEUSZ

„Amadeusz”, 1984, reż. Milos Forman.

Dzisiaj nie będzie żadnej nowości, ani nawet filmu obejrzanego w ostatnich kilku latach. Wszystko przez konkurs na Filmwebie. Udziału nie wzięłam (między innymi dlatego, że nie dysponuję Mastercard), ale sam temat konkursu cofnął mnie do przeszłości, a na gębie pojawił się błogi banan.

„Jaki film sprawił, że pokochałeś kino?”

Pomyślcie, to wcale nie jest łatwe pytanie. Czy ktoś potrafi wymienić ten jeden, jedyny film, spośród tak wielu ulubionych? No i co decyduje o tym, że jest taki super; gatunek, reżyser, aktorzy, klimat, wspomnienie i tak dalej, a może wszystko na raz?

Gdy ktoś pyta mnie o ulubiony film, mimo że lubię ich naprawdę wiele, zawsze pierwszy przychodzi mi na myśl „Amadeusz”. Zanim przejdę do samego filmu, zacznę od tego, że zrobił na mnie ogromne wrażenie, i że przez całą noc nie spałam, i że zakochałam się w odtwórcy głównej roli.

I że długo czekaliśmy na ten film, aż wreszcie udało nam się go wypożyczyć, na nieco zjechanej kasecie VHS, z nieco naderwaną nalepką.

I że miałam wtedy z 10 czy 11 lat (do Polski dotarł z opóźnieniem), i że oglądałam go z mamą i babcią, siedząc w wygodnym fotelu. Bo to też ma niebagatelne znaczenie. Tak, to był właśnie ten klimat.

Muzyka Mozarta nie była mi obca. Jako wychowanka teatru znałam już wcześniej kilka arii i tytułów oper. Jednak wtedy czułam się jak bym odkrywała go na nowo. Zakochałam się w tym filmie, i bolałam nad faktem, że nie mogę podzielić się tym z koleżankami. Nie zrozumiałyby, a ja stałabym się dziwadłem jakimś, no.

Jednym słowem: ten film to arcydzieło. Dramat, sensacja, komedia, kryminał z elementami horroru, nastrój i autentyczność. Niesamowicie niesamowity Tom Hulce w roli Amadeusza. Charyzmatyczny, zabawny, uparty i bezczelny. Podobno Mozart właśnie taki był. Druga świetna kreacja to Salieri (F. Murray Abraham), podobno jego zabójca. Podobno – stąd wątek kryminalny. Reżyser to jeden z moich ulubionych reżyserów, więc nie wyobrażam sobie, żeby kto inny, niż Forman mógł się za to zabrać.

Tego filmu nie można obejrzeć jednym okiem, trzeba na niego mieć czas. Zwłaszcza, że trwa prawie 3 godziny. O muzyce chyba nie muszę  pisać – bo jest to oczywiście muzyka Mozarta, idealnie dobrana do poszczególnych scen, budująca napięcie i będąca osobnym bohaterem.

Ten film powinien zobaczyć każdy. I ten, kto lubi Mozarta, i ten, komu z nim nie po drodze. Gwarantuję, że po seansie go pokocha. I jego śmiech – zaraźliwy i nie do podrobienia. Bo to nie jest historia, daty i fakty, ale niesamowita opowieść o talencie, rywalizacji, chorej zawiści prowadzącej do zbrodni, złych i dobrych wyborach. Nikt nie jest wyłącznie czarną i wyłącznie białą postacią, dlatego wszystko jest takie realne i bardzo wciągające.

To jest potężna dawka emocji. Potężna. Od śmiechu, przez szok, po płacz i tak dalej.

Jeśli ktoś jeszcze nie widział, bardzo proszę żeby obejrzał. Bardzo proszę.

WRÓCĘ PO CIEBIE

 

Wrócę po ciebie. Tak, ja też wróciłam do Musso po przerwie. Mało tego – do książki, którą już raz czytałam, z dziesięć lat temu. Muszę przyznać, że mój odbiór nieco się zmienił. W sumie dziwne, bo przecież po raz pierwszy czytałam ją jako dorosła już osoba. Jaki z tego morał? Ano taki, że kształtują nas wszystkie etapy życia, te ważne i mniej ważne. Ale ja mądra jestem, chyba dam sobie lajka na końcu. Dobra, dosyć tych dyrdymałów. Przechodzę do sedna.

Co mi się zmieniło w tym odbiorze? Chyba przejadła mi się trochę jego ckliwość, wyłapałam też kilka fragmentów nieco, hmm, infantylnych. Nie, żeby włączył mi się cynizm, ale facet najwyraźniej przeżył jakiś zawód miłosny, albo jest wyjątkiem wśród wymarłych romantyków. No fajnie, fajnie, bo każdy lubi od czasu do czasu nieco romantyzmu w swoim życiu. Tylko, że kluczem jest „od czasu do czasu”. Niezwykle łatwo w tej sferze o przesadę i kicz. Musso póki co – spoko, ale balansuje na krawędzi.

Książka jest wciągająca, bo temat oryginalny i jego ujęcie też nietypowe. Skakanie po scenach, wątkach i czasoprzestrzeniach zazwyczaj mi nie przeszkadza. Zazwyczaj. Tutaj chyba tego trochę w nadmiarze. Muszę jednak przyznać, że trudno się pogubić, bo w chwilach zwątpienia jesteśmy prowadzeni za rąsię.

Zaczęłam od trochę gorszych stron, ale przecież książkę polecam. Na recenzje niepolecanych książek zwyczajnie szkoda mi czasu (chociaż, gdy czytam na innych blogach, to takie niepolecanie też się przydaje). „Wrócę po ciebie” to ckliwy tytuł, którym nie trzeba się sugerować. Czyta się ją całkiem przyjemnie, no i ma głębię. Filozoficzną głębię. Nie trzeba nawet nurkować zbyt głęboko, żeby się jej doszukać. Starcie ciemnoskórego taksówkarza z azjatyckim chirurgiem. Starcie Karmy z Przeznaczeniem, gdzie obie strony wysuwają logiczne argumenty. Skłania do refleksji. Tak samo jak to, czy postawienie wszystkiego na jedną kartę, podjęcie najważniejszej decyzji w jedną sekundę jest skrajną głupotą, czy odwagą. Czy w ogóle możliwe jest całkowite odcięcie się od przeszłości, czy nie jest tak, że ta przeszłość i tak kiedyś nas dopadnie.

Główny bohater Ethan tak właśnie czyni. Nagle, w obcym mieście, dokonuje wyboru i znika, pozostawiając zdezorientowanych przyjaciół w samym sercu Nowego Jorku. Czy była to słuszna decyzja zależy od tego, czego się od życia oczekuje. Jeśli sławy i pieniędzy – to był strzał w dziesiątkę. Ale w praniu wyjdzie, że są na świecie ważniejsze wartości, i chwała Bogu. Potem następuje lawina zdarzeń, trochę dynamicznej akcji, trochę nostalgii, trochę „Dnia Świstaka”. Przeżywanie tego samego dnia, gdy nie można do końca zmienić biegu wydarzeń musi być cholernie frustrujące. Może tylko bardziej skomplikować i tak już skomplikowane życie. Ale ponoć nieważne jak się zaczyna – ważne jak się kończy, a końcówka wymiata.