Nie pozwól tacie dłubać w warsztacie

– Tamaluga, ładnie pachniesz.

– Tiak? Mydłem?

– Nie wiem.

– Domkiem?

– Chyba po prostu Tamalugą.

– Ojej, jak miło mówis!

xxxxxxxxxxxxxxxx

Tomek jest bałaganiarzem. No, niestety fakt to już potwierdzony. Takim bałaganiarzem – magikiem. Ja rozumiem, że niektórzy zostali stworzeni do wyższych celów, niż sprzątanie po sobie. Gdy widzę, że na każdym z czterech krzeseł leżą/wiszą Tomkowe ciuchy – czasami po prostu je zbieram w milczeniu i chowam do szafy. Bo ja tolerancyjna jestem i te jego porozwalane ciuchy mogę zaakceptować. Nie umiem zaakceptować tego, że po dziesięciu minutach TE SAME CIUCHY, które przed chwilą schowałam, leżą na krzesłach i na podłodze!

Można?

Bałaganiarz – magik.

Pomijam, że szok niczym w scenie z horroru, a i moją wiarę w umysł własny też zabija. Bo ja już nie wiem, czy naprawdę je schowałam, czy tylko sobie to wyobraziłam.

Opieprzyć też go nie mogę, bo i ja tak mam, że za coś się wezmę, zaraz przypomnę sobie o czymś innym i zabieram się za pięć rzeczy na raz. Tyle, że ja te rzeczy sukcesywnie kończę, tego samego dnia.

Najbardziej wkurza mnie, znoszenie do mieszkania różnych akcesoriów z piwnicy (bo wszystko za chwilę się przyda). Leżą porozrzucane to tu, to tam, chociaż bardziej tu. Gdy potykałam się o nie klęłam pod nosem, ale gdy prawie złamałam nogę – zrobiłam mu wykład, prezentację ze slajdami, przedstawiłam statystyki, możliwe powikłania, wytoczywszy na koniec argument – armatę, czyli że to mogło spotkać Tamalugę. Poskutkowało i przez kilka miesięcy nic nowego się nie pojawiło. Nie wszystko też zostało z powrotem wyniesione, ale większość tak, więc nie czepiajmy się.

Aż do grudnia, gdy wszystko wróciło.

Zrazu niepostrzeżenie, ukryte pod pretekstem choinkowych ozdób. Zanim zdążyłam się zorientować kuchnia naszpikowana została piwnicznymi różnościami. Pojedyncze, niegdyś, rzeczy teraz tworzyły skupiska. Nie wiem, może w ten sposób miały mniej rzucać się w oczy(!) Skupiska zostały nazwane „warsztacikami”, bo najwyraźniej jeden warsztat w piwnicy to za mało. Powstał zatem jeden warsztacik w kuchni, drugi warsztacik w przedpokoju, i naprawdę miałam nadzieję, że na tym koniec. Ale gdy Tomasz rzucił mimochodem niewinne pytanko „Czy nie wiem kiedy dokładnie wraca Oliwia” – ręce mi opadły.

– Nie urządzisz w jej pokoju warsztatu!

– Ale…

– Nie!

– Ale ja już tam zacząłem.

– Co zacząłeś?

– Takie tam dłubanko.

– Tomek, powiedz mi, czy ty naprawdę nie możesz tego dłubanka przenieść do piwnicy?

– W piwnicy mam inne dłubanko. Naprawiam starą konsolę.

– A w kuchni?!

– Składam Tamalugowy tablet.

– Przedpokój?

– Będę czyścił silniczek…

Można?

Przestałam sprzątać, bo w obliczu zaistniałej sytuacji kontynuowanie tej czynności nie miało sensu. Męczyłam się okrutnie, bo nie umiem żyć w bałaganie, ale wytrwałam. Po kilku dniach Tomasz sam zaczął potykać się o swoje warsztaty, i nie ogarniał już gdzie, co ma. Zostawił jeden zredukowany warsztacik, resztę zlikwidował.

xxxxxxxxxxxxxxx

Z Tamalugą niechodzącą do przedszkola popadłam w stan, w którym czuję, że muszę gdzieś wyjść sama, bo zwariuję.

Jednocześnie nic mi się nie chce, z wychodzeniem gdziekolwiek włącznie.

xxxxxxxxxxxxxxxx

Nie używamy przy Tamaludze wulgaryzmów, ale jakoś te frustracje muszą znaleźć ujście. A dziecko chłonie jak gąbka:

– Tamaluga, jest późno.

– Mama, ale ja musę jesce coś zlobić.

– Jutro zrobisz, dobranoc.

– Ale ja musę jesce coś…

– Zamykaj oczy i śpij!

– No, slag mnie tlafi!

 

I tym optymistycznym akcentem kończę, przypominając o konkursie noworocznym – 4 dni do końca. 🙂

„Lubisz dzieci?” – najgłupsze pytanie świata

Było o psie, no to teraz o dzieciach:) Pytanie „Czy lubisz dzieci?” to faktycznie jedno z najgłupszych pytań. Dzieci są różne i trudno lubić je wszystkie, tak jak dorosłych, a jednak nikt nie pyta „Czy lubisz dorosłych?” Scenka w sklepie: Matka zmęczona, zrezygnowana i wydzierający się w niebogłosy dzieciak. Spojrzenia pełne dezaprobaty. Nie, nie dla dziecka – dla matki! Spojrzenia, które zdają się mówić „jak wychowała, tak ma…” Często to prawda, ale… Jednak nie zawsze. Czasami rodzic (zwłaszcza, gdy sam wychowuje dziecko) może popełniać błędy, ale któż ich nie popełnia? Jeśli jednak kocha swojego szkraba, stara się wychować go jak najlepiej potrafi. Czasami nie wychodzi. Czasami chce za bardzo. Czasami zamiast kierować się intuicją, sięga po „mądre” poradniki. Nie ma jednej żelaznej zasady, pasującej do wszystkich dzieci, no po prostu nie ma! Każde dziecko jest inne, do każdego trzeba podejść inaczej. W scenkach takich, jak powyższa, biedny rodzic szuka winy w sobie, zastanawia się gdzie popełnił błąd. Maleje w nim poczucie własnej wartości i szuka odpowiedzi u ekspertów. A tych, niestety, nie brakuje!

W jednym z początkowych wpisów, obiecałam, że nie będę udzielać żadnych rodzicielskich porad. Nie czuję się ekspertem (chyba w żadnej dziedzinie), a zwłaszcza w tak ważnej i delikatnej, jaką jest wychowywanie dziecka. No, dobra. Rad udzielać nie muszę, ale mogę chyba powiedzieć, co mnie wkurza?

Programy, typu „Superniania”. Czy naprawdę myślicie, że powstały, aby pomóc zdesperowanym rodzicom? Może i tak, ale… jakże fajnie się to ogląda, prawda? Fajnie jest wiedzieć, że „inni mają jeszcze gorzej” i że „moje dziecko chyba nie jest jednak najgorsze.” Nie będę komentować metody usypiania, ani karnego jeżyka. Przede wszystkim dlatego, że nigdy tego nie próbowałam. Nie stosowałam moim dziewczynkom żadnych kar, bo tego na szczęście robić nie musiałam. Obie były wyjątkowo grzeczne – takiego miałam farta. Może i nasza Superniania radziła sobie z maluchami, jednak o wychowaniu starszych dzieci raczej nie miała pojęcia. Tak uważam. Jakiś czas temu tv polska zaszczyciła nas programem o nastolatkach, z udziałem tejże pani. Nie pamiętam tytułu, ale każdy odcinek opierał się głównie na rozmowie z rodzicami/ rodzicem, oraz puszczaniu mu nagrania rozmowy z dzieckiem. Rodzic był ukazywany jako tyran, kat i w ogóle główna przyczyna wszelkich nieszczęść. Jego autorytet był podważany, a metody wychowawcze surowo krytykowane. Dziecko, natomiast, stało na piedestale. Zasługiwało na wszystko, nie dając nic w zamian, tylko z racji tego, że istnieje. Wytrzymałam trzy odcinki, w których, na moich oczach doprowadzano rodziców do łez. Z minuty na minutę tracili poczucie własnej wartości, maleli, robili się przezroczyści i zapadali się w fotel. Pamiętam ostatni odcinek, po którym miałam dość, bo wytrącił mnie z równowagi. To był konflikt matki z, bodajże, piętnastoletnią córką. Kamera odwiedziła panienkę w jej pokoju, przypominającym pole po bitwie. Przez cały czas rozmowa była prowadzona w taki sposób, aby dziewczę mogło dowoli robić z siebie ofiarę, a z matki potwora. Niektóre odpowiedzi były wręcz sugerowane! Totalna manipulacja… W skrócie szło o to, że dziewczyna, wykazująca się skrajnym „tumiwisizmem” i lenistwem, nie sprzątała w swoim pokoju. Czas po szkole spędzała na grach video i opychaniu się batonikami. Po drugiej stronie – matka. Samotnie ją wychowująca. Zapracowana i zmęczona. Nawet po pracy nie miała czasu dla siebie – musiała posprzątać i ugotować obiad, bo przecież córka tego nie zrobi. Nic dziwnego, że wchodząc do jej pokoju dostawała szału. Jedyne czego wymagała od córki, to utrzymanie u siebie porządku. No i tu wkracza Superniania: „Kasia nie lubi, gdy na nią krzyczysz. Dlaczego to robisz?” „Bo w jej pokoju wszystko leży na podłodze, a w szufladzie z zeszytami znajduję brudną bieliznę i ogryzki!” „No i dobrze” – powiada Superniania. – „To jej szuflada i jej sprawa. Pamiętaj, że jej pokój to królestwo, a ona jest królewną.” Po tych słowach mama nie odezwała się więcej, zakryła twarz dłońmi i popłakała się. „Czyli to moja wina?” „Tak, to twoja wina. Za dużo od niej wymagasz…” Nożesz kufa! Miałam dość. Złapałam pilota i wyłączyłam telewizor. I co wy na to? Jestem bardzo ciekawa waszych opinii…

Więcej na temat problemów z nastolatkami – w moim kolejnym wpisie.