O mnie się nie martw, ja sobie radę dam. Ja kocham plażę, ty tatuaże, rampam pam pam pam pam

J ma nowy pomysł na biznes.

– O, a był jakiś stary?

– Biznes nie, tylko pomysł. Tym razem to może wypalić. Wycinka drzew. Ma już wszystkie potrzebne zgody…

– Mhm.

– No, więc…

– Więc co?

– Więc pyta czy w to wchodzisz.

– Nie. Po pierwsze: jestem przeciwna wszelkim wycinkom drzew. Jakichkolwiek i gdziekolwiek. Po drugie: nie widzę J w biznesie. Nie widzę J na wysokim stanowisku. Nie widzę J na jakimkolwiek stanowisku, Ku*wa! Ja nie widzę J w pracy!

Przy całej sympatii do J, nie widzę go też w związku, chociaż przecież takowe miewał.  J jest wiecznie młody duchem, a wraz z wiekiem jego ducha podąża wiek jego partnerek. Gdy miał lat dwadzieścia parę – umawiał się z 17 – 18 latkami. Teraz dobiega pięćdziesiątki, a jego nowa dziewczyna jest przed trzydziestką. Całe szczęście, że podniósł trochę pułap. Bo inaczej musiałabym na niego donieść. Przy całej sympatii, oczywiście.

Stoję przed blokiem, podjeżdża do mnie na rowerze wesoły i kolorowy sąsiad Remek. Wesoły po wypaleniu skręta, kolorowy z powodu tatuaży. Zresztą tylko po nich poznaję go z daleka, co uświadamia mi, że mój wzrok jest coraz słabszy. Remek zagaduje mnie radośnie i odjeżdża, a ja dostrzegam, że i z tyłu ma tatuaż – twarz na prawej łydce. Twarz jest poniekąd mi znana, nie wiem tylko do kogo należy. Waham się pomiędzy Jezusem, Gandalfem, a żoną Remka, Edytą.

Nie wiem, czy jest to wynikiem kiepskiego rysunku, czy może, wspomnianego wyżej kiepskiego wzroku. Stawiałabym na to pierwsze.

Właściwie to taki niewyraźny tatuaż ma swoje dobre strony. Po małżeńskiej kłótni może powiedzieć „Ależ, kochanie, spójrz na moją prawą łydkę – przecież to ty… Co? Jaki Jezus? Edyta! Ty już więcej nie pij!”

Osobiście nie mam nic do tatuaży, pod warunkiem, że są na cudzym ciele. Nie na moim.

Niedawno koleżanka zapytała mnie o radę, gdyż jej dwumiesięczny synek płacze podczas karmienia. Powiedziałam jej: „Usuń trupie czachy z cycków, albo przestań karmić piersią”.

Na koniec pragnę uspokoić, a tym samym doinformować pewne osoby, które wyrażają ubolewanie nad moim smutnym losem.

Do wszystkich, którzy ubolewają nad tym, że co roku jeżdżę nad morze, a nie w góry: Wiem, że to co teraz napiszę jest niewiarygodne, niesłychane i oburzające. Pewnie też narażę się kilku osobom tutaj, ale prawda jest taka, że ja niecierpię gór! Z wielu powodów. Po pierwsze mam to w genach – moja mama też gór nie znosi, tak jak i jej rodzice, którzy z gór spierniczyli nad morze. A przynajmniej możliwie jak najbliżej morza. Jestem im za to niezmiernie wdzięczna. Moje córki też. Po drugie: w górach mam uczucie klaustrofobii, nie są więc dla mnie symbolem wolności – wręcz przeciwnie. Symbolem wolności jest dla mnie morze. Po trzecie: moje problemy ze zwężoną przegrodą i zatokami sprawiają, że ja w górach mam problemy z oddychaniem.  Nie jakieś poważne, niemniej…  Po czwarte: według mnie wczasy w górach bez łażenia po górach, nie mają sensu. A ja łazić bardzo lubię, tyle że w poziomie.

Szczyt szczęścia mój i mojej mamy: siedzimy nad brzegiem morza, zajadamy słonecznik i gapimy się w fale.

Do wszystkich, którzy ubolewają nad tym, że ani razu nie trafiłam syna (a przecież do trzech razy sztuka): To, co teraz napiszę będzie jeszcze większym szokiem, ale je nigdy nie chciałam mieć syna. Całe życie marzyłam o 3 córkach i los okazał się dla mnie łaskawy. Oczywiście, że syna kochałabym tak samo, i oczywiście, że chłopcy bywają fantastyczni, ale… Co babskie, to babskie, wymarzone, sprawdzone, przetestowane.

Ubolewanie nad tym, że nie oglądam polskich seriali, nie znam polskich celebrytów i – o zgrozo – nie mam konta na fejsbuku, w ogóle pominę milczeniem.

A, byłabym zapomniała. Do Justynki, która ubolewa nad tym, że w moim wieku (już) nie umiem zrobić szpagatu, bo ona, Justynka jeszcze potrafi: Nie wiem jak to możliwe, ale brak owej umiejętności nie spędza mi w ostatnich latach snu z powiek. Co więcej, nawet nie pamiętałam, że istnieje taka umiejętność, dopóki ona, Justynka, nie przypomniała mi tego prezentując ową figurę gimnastyczną, z nieapetycznym poślizgiem, na jakiejś imprezie. No, brawo ona. Umiem za to śpiewać, rysować i całkiem nieźle pisać, co dla Justynki się nie liczy. Że zbyt odległe od szpagatu? Proszę bardzo: umiem zasadzić kopa w dupę z półobrotu. Co zresztą chętnie udowodnię jej następnym razem.

 

Letnie wiadomo co, a kto opóźnia też wiadomo

Przypomniały mi się wakacje sprzed dwóch lat, w Świnoujściu. Tuż przed wyjazdem zepsuł nam się samochód, więc zmuszeni byliśmy odbyć drogę pociągiem. Tomek, dziewczyny, ja – wówczas ciężarna cukrzyczka, stary i przygłuchy Pan Roniowy i sterta tobołów. Prezentowaliśmy widok dosyć osobliwy. Już po przeprawie promowej okazało się, że Świnoujście jest wielkości Tokio, o czym albo zapomnieliśmy, albo tak monstrualnie rozrosło się w ciągu 5 lat. W każdym razie bez samochodu przedstawiało się to bardzo słabo. W połowie wędrówki wymiękłam. Usiadłam na walizce i w ramach protestu wyciągnęłam kanapkę. Gdy rozejrzałam się w poszukiwaniu dziewczyn, okazało się, że one wymiękły już dawno. Daleko w tyle majaczyły ich walizki, porzucone bezpańsko pod pierwszym lepszym obuwniczym. Zdrajczynie. Tomek, za to, gdyby się kto pytał, wypruł do przodu jak poparzony. Świetnie. Ciekawe, czy ktokolwiek miał przy sobie telefon, bo mój oddalał się, energicznie podrygując w torbie na ramieniu Tomka. Wreszcie, jakimś cudem (część na nogach, część taksówką, część na smyczy) dotarliśmy pod zapisany adres. Jęzory wisiały nam do kolan, a nogi odpadały z tej części ciała, z jakiej zazwyczaj odpadają. Kwatera, owszem, ładna: przybudówka, kuchnia, łazienka i dwa pokoje – w czym jeden z telewizorem. Na ten właśnie pokój rzuciły się dziewczyny, resztkami swych sił. Żadnego ustępstwa dla ciężarnej matki. Za grosz zrozumienia. Trudno – poczłapaliśmy z Tomkiem do pokoju ciszy. (Szybko okazało się, że tylko u nas odbiera internet – tym razem my pozostaliśmy niewzruszeni na zamianę 😀 ) Gdy pół godziny później, właściciel grzecznie zapukał we framugę i wszedł do środka, zastał wszystkich leżących na łóżkach pokotem. Reszta rodziny wykrzesała w sobie siły na „Dzień dobry”, z moich ust wydobył się jeno niewyraźny bełkot. Już wiedziałam, że żadna siła nie wyciągnie mnie z pokoju do jutra. Właściciel coś mówił, więc próbowałam skupić na nim uwagę, ale robił mi się coraz bardziej zamazany. Odpływając w sen zdążyłam usłyszeć, że mieszkamy „Pod Bocianem”, który przynosi parom… wiadomo co. Usłyszałam też Tomka, informującego, że „wiadomo co” już nam się przytrafiło.
Przez cały pobyt boleśnie odczuliśmy brak samochodu. Kto odczuł najboleśniej? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Oczywiście istniały jakieś autobusy na plażę, ale Pan Roniowy źle znosił podróż, a i codzienne bilety dla całej rodziny szybko wykończyłyby nas finansowo. Tak więc, każdego dnia dobrowolnie skazywaliśmy się na torturę, maszerując przez całe miasto. W tym torby, koce, parawany, ciężarna cukrzyczka i stary pies. Co najmniej dwukrotnie. Kto dodatkowo opóźniał marsze? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Właściwie jesteśmy pełni podziwu dla Pana Roniowego, że trzaskał takie trasy w wieku 12 lat. Biedulek…
Na plaży też żaden relaks i odprężenie, bo ciężarnej cukrzyczce co chwilę chciało się siku i ciężarna cukrzyczka zapieprzała na wymęczonych kończynach do toalety i z powrotem, pierdylion razy. Wkrótce przeszłam z babcią klozetową na „ty” i poznałam historię jej rodziny.
Odpoczywałam dopiero w domu. Nasza kwatera wychodziła prosto na ogród, w którym rosła, dosłownie na przeciwko drzwi – soczysta jabłoń. A ja miałam w ciąży jedyną zachciankę – jabłka właśnie, byłam więc w raju.

Obserwując wahania wyjazdowych trendów, zauważyłam pewną prawidłowość. Do połowy lat 90 był boom na polskie morze. Wiele nadmorskich mieścinek przekształciło się w kurorty. Trwała w nich bezustanna pieriestrojka, pokrywając asfaltem wydeptane ścieżki i zamieniając ryneczki w bulwary. Moje ukochane Międzyzdroje straciły bezpowrotnie swoje stare, skrzypiące molo, które zaczęło wyglądać tak, jak teraz wygląda. Pojawił się nowy gatunek letników – skóra, fura i komóra. Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że po wąskich, sennych uliczkach można w ogóle poruszać się autem. A tu „wziiiuutt! wziuuutt! i beztłumikowe „ęęęęęęęę!”
W drugiej połowie lat 90 nastała moda na polskie góry. Góralska kultura zaczęła być na topie – w kabaretach pojawiły się góralskie skecze, na festiwalach góralskie pieśni. No i promocja w telewizji, ze śpiewającym politykiem w filmie „Girl Guide”, na czele.
Lata 2000 to otwieranie się kolejnych biur podróży i parcie na egzotyczne wakacje. Każdy, noszkuwa KAŻDY musiał choć raz zaliczyć Majorkę lub Egipt, bo jak by to wyglądało wśród znajomych! Przecież „wszyscy już byli”… Trzeba jechać, trzeba, koniecznie, chociażby na weekend, żeby pstryknąć fotę na Naszą Klasę, czy to drugie, co to później nadejszło. 😀 Pamiętam, moją reakcję – najpierw opadła mi półka, potem dostałam ataku śmiechu, gdy natrafiłam na foty znajomych z dzielnicy. Foty z Kanarów, a znajomi, na co dzień, spod monopolowego… Mam nadzieję, że odtąd przestali narzekać na niskie zasiłki w Polsce 😀
Obecnie trendy się zmieniły, a raczej wymiksowały. Ludzie (wreszcie) jeżdżą tam, gdzie chcą, a nie tam gdzie wiodą ich napompowane ambicje i presja otoczenia. Coraz więcej ludzi ma odwagę przyznać, że… nigdzie się nie wybiera. O! I to są odważne wakacje!