ROZWIĄZANIE KONKURSU! :-)

Kochani!
Wiem, że ten wpis miał ukazać się wczoraj, ale niestety byłam poza zasięgiem, przepraszam.
Bardzo, naprawdę bardzo dziękuję wszystkim za udział w konkursie! Jesteście super i już wiem, że mogę na was liczyć. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się aż tylu odpowiedzi 😘 💗

To była dla mnie fajna zabawa (mam nadzieję, ze dla was też). Uśmiałam się z niektórych komentarzy i próbowałam sobie wyobrazić, co wami kierowało, czyli jak widzicie Tamalugę.

Przypomnę, że konkurs dotyczył jej ulubionego powiedzonka na zapewnienie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku (a świat w ogóle fajnie urządzony), i pytanie brzmiało, czy jest to SPOKO, O,K., SUPER czy GIT.

Najwięcej głosów – 7 – padło na „SPOKO” i co ciekawe, na to słówko głosowało większość panów.
4 głosy padły na „GIT„,
3 na „O.K.
2 na „SUPER„.
No, więc co Tamaluga mówi najczęściej?
Poniżej filmik rozwiewający wątpliwości, a tym samym rozwiązujący konkurs. Uroczyście przysięgam, że został on nagrany przed konkursowym postem i w żaden sposób nie był później modyfikowany.

Uwaga….

No i wszystko jasne!

Przez kilka pierwszych dni nikt nie trafił, więc zaczynałam się nieco denerwować. (Boja, dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi, ale wiesz jak to jest – pierwsze słowo do dziennika :-D) Zastanawiałam się już nad zmianą reguł, gdy nagle padła właściwa odpowiedź… A na drugi dzień kolejna… A potem jeszcze jedna!
Tak, jak zaznaczyłam w konkursowym wpisie, nagrodę mogę przyznać losując jednego zwycięzcę lub nagradzając wszystkich wygranych, także… Niniejszym postanowiłam nagrodzić wszystkich. Wszystkie.

And the Winner is………………………
Dziubasowa! Tadaaam!
Dziubasowa, jeśli nie jesteś aktualnie na porodówce i czytasz te słowa, możesz śmiało otwierać bezalkoholowego szampana.

And the Winner is……………………..
Izzy! Tadaaam!
Izzy, gdy ułożysz już dziewczynki spać – jak wyżej (tyle, że może być alkoholowy)!

No i kolejny Winner is………………………..
Ultra! Tadaaam!                                                                                                                                Ultra, dodałaś prawidłową odpowiedź jako ostatnia, a ostatni będą pierwszymi, jak ktoś mądry kiedyś zauważył! (Jedyne, co Ultra musi zrobić, to się określić, czy chce nagrodę, czy nie).

GRATULUJĘ WYGRANYM!!!

Teraz czekam na kontakt, a niespodzianki trafią do was, najpóźniej pod koniec listopada.
Kochani, jeszcze raz dziękuje wam wszystkim za udział. Zmotywowaliście mnie do kolejnych konkursów, które pewnie pojawią się niebawem.

Reklamy

PACZKA Z SUPRAJZEM I SUPRAJZ

Kochani!

Jakiś czas temu Agnieszka z http://www.mycoffeetime.pl  zaproponowała zabawę w prezent – niespodziankę.

Ja osobiście nie biorę udziału w blogowych awardsach i innych takich nominacjach, głównie dlatego, że nie potrafiłabym wybrać jednego, trzech, a nawet 12 ulubionych blogów. (Zwłaszcza 12, bo co jeśli ktoś ma 13  ulubionych?) Wszystkie odwiedzane przez mnie lubię i wszystkie są dla mnie ważne. Jednak pomysł z niespodzianką uznałam za fajowy, bo to zupełnie co innego.

U Agnieszki nie było chętnych, mimo że na blogu ruch ma jak na Marszałkowskiej w godzinach szczytu. (Swoją drogą nie mam pojęcia gdzie w Warszawie jest Marszałkowska i dlaczego w godzinach szczytu jest tam taki tłum. Może dlatego, że to godziny szczytu?)

Anyway, nie wiem, czy poza mną, Aga doczekała się odzewu. Ja się ludziom nie dziwię – nie każdy ma ochotę podawać swoje dane adresowe, bądź co bądź, obcemu człowiekowi. (Ja nie mam z tym problemu i w prywatnym e-mailu mogę podawać różne dziwne informacje. Także, jakby co, to no).

Wielu z nas używa nicków zamiast imion, nie podaje miasta, zmienia imiona dzieciom i znajomym. Ja akurat podałam prawdziwe imiona moich córek, ale nie dlatego, że jestem taka otwarta, odważna, oświecona i hej do przodu. Po prostu zaczynając pisać nie sądziłam, że w ogóle ktoś to przeczyta. A jeśli podałam prawdziwe imiona na początku to przecież nie będę ich teraz zmieniać, nie? Gdybym zaczynała pisać dzisiaj to pewnie też bym zmieniła, tak myślę.

Ale do rzeczy. Uwielbiam dostawać prezenty, a jeszcze bardziej je robić. Bo reguła jest taka, i tu zacytuję Agnieszkę:

„Osoby wyłonione jako odbiorcy przesyłek, wyrażając zgodę na otrzymanie paczki zobowiązują się jednocześnie do zorganizowania podobnej zabawy u siebie na blogu”.

Ale to było w sierpniu i zdążyłam zapomnieć co ja właściwie mam zrobić. Aga uspokoiła mnie, mówiąc, że nie muszę robić nic, albo raczej mogę zrobić co chcę. No i super, bo ja lubię robić co chcę. A chcę zrobić konkurs. Kocham konkursy i zawsze marzyłam, żeby zrobić coś takiego na swoim blogu, nawet tak zupełnie kameralnie. No, więc wymyśliłam, że zrobię konkurs i mam nadzieję, że znajdzie się kilku chętnych. Dzisiaj, pod koniec wpisu zadam wam pytanie konkursowe, a z uwagi na jego wysoki stopień trudności, chętnych uprasza się o przygotowanie encyklopedii wszelakich, kalkulatorów, ściąg i wydruku odpowiedzi ankietowanych z Familiady.

Zainteresowanych proszę o umieszczanie odpowiedzi w komentarzu, a kto odpowie prawidłowo, zostanie o tym poinformowany w następnym moim wpisie. Jeśli więcej osób udzieli prawidłowej odpowiedzi, nagrodę przyznam losowo. Albo wyślę wszystkim wygranym, chrzanić to. Ja naprawdę uwielbiam robić prezenty, więc dajcie mi tę szansę.

Gdy już zorientujecie się, kto wygrał, skontaktujecie się ze mną e-mailowo. Wtedy nastąpi wymiana serdeczności i ustalenie, że nie jestem nastoletnim psychopatą lub podstarzałym pedofilem. Albo na odwrót, bo to nigdy nie wiadomo. W razie potrzeby gębę swą mogę udostępnić na Skypie. Po wyżej opisanych czynnościach, podacie mi dane do wysyłki prezentu, i łaskawie zgodzicie się, że nie będzie to rękodzieło, gdyż dziergać i lepić z gliny to ja nie potrafię.

Jeśli zdecydujecie się wziąć udział w konkursie będzie mi bardzo miło.

Po otrzymaniu nagrody możecie zorganizować coś takiego u siebie, ale nie musicie. I to jest piękne, że pomimo zawirowań w polityce, na blogu wciąż jeszcze mamy wolność wyboru.

A teraz czas na prezentację tego, co dostałam od Agnieszki:

Cudne, prawda?

Jako tako udało mi się to zebrać do kupy, po kipiszu uczynionym przez Tamalugę, która jako pierwsza dobrała się do paczki.

Aga, jeszcze raz dzięki za wszystko i specjalne podziękowania za szkloki. Uwielbiam dostawać wyroby regionalne, między innymi dlatego, że być może jest to jedyna i niepowtarzalna okazja do spróbowania. Oczywiście szkloki to cukierki. I oczywiście nikt z nas tego nie wiedział. I gdyby nie dopisek „cukierki z rabarbarem”, to… To domyśliłabym się chyba, w pierwszej kolejności po wymacaniu, w drugiej – po otwarciu. Niemniej cukierki pyszne, a nazwa świetna i wpadająca w ucho. Ale ponieważ nikt z nas wcześniej jej nie słyszał:

Ja: Wikaaaa! Chodź, dam ci szkloka!

Wika: Za co?! Przecież nic nie zrobiłam!

Padłam.

 

A teraz pytanie konkursowe. Gotowi?

Moja Tamaluga, dziecię nadzwyczaj radosne i chętnie wyrażające tę radość na wiele sposobów,  ma swoje ulubione słówka na potwierdzenie, że wszystko gra. Jednak najczęściej używa słowa… Właśnie: jakiego?

  1. SPOKO
  2. O.K.
  3. SUPER
  4. GIT

Spokojnie, jeśli nikt nie trafi – będzie dogrywka!

Zgadywać mogą wszyscy, nawet nie biorący udziału. Tylko napiszcie czy bierzecie, dobrze?

Buziaki!

Niewyżyci cewebryci, czyli lizać auto (nie) każdy może

Kto to jest celebryta, tłumaczyć chyba nie muszę. Definicji jest wiele (przerabiałam je wszystkie, przy okazji pisania pewnej pracy), ale nie będę zabierać wam czasu. Czasy mamy takie, a nie inne, taki, a nie inny „klimat”, więc musimy to przeżuć, połknąć i przetrawić. Wszystko jest do zniesienia, pod warunkiem, że w małych dawkach. Niestety, w tym temacie panuje wyraźny trend na przedawkowanie. Panowie i pani(e), beznadziejnie, acz lekko i frywolnie władający (!) polszczyzną bywają nawet uroczo rozbrajający. Niestety, zdecydowana większość celebrytów nie rozbraja, lecz irytuje. Irytuje do granic możliwości. Wciska się ich nam w dawkach przekraczających wszelkie normy i granice dobrego smaku. Niektórzy – w myśl zasady: nieważne co mówią, byleby mówili – dla rozgłosu są w stanie zrobić rzeczy, których ja nie zrobiłabym nawet za bańkę. Ale O.K. Niech tam świecą biustami i tyłkami, niech popełniają gafę za gafą, niech puszczają złośliwe komentarze. Najważniejsze, że mają pomysł na siebie i nic mi do tego. Gorzej, gdy tego pomysłu nie mają… Duuużo gorzej.

Ostatnio trafiłam w tv na fragment jakiegoś programu… Co to było? Chyba „Jaka to melodia?” O samym programie nie będę się wypowiadać, w każdym razie prowadzący właśnie zapowiadał piosenkę „I just can’t stop loving you”, Jacksona, więc zostałam z ciekawości. To był duży błąd. Na scenę wyszedł duet. Pana nie kojarzyłam, natomiast panią – świetnie. Z reklam telefonii komórkowej, ale nie tylko, o nie! Z jakiegoś serialu, filmu pełnometrażowego, prowadzenia gali, konkursu tańca… No żesz ku…a! Nosz fakinszid! Natychmiast pożałowałam, że nie zmieniłam kanału, ale było już za późno… Siedziałam wbita w kanapę i niezdolna do najmniejszego ruchu. Przez półtorej minuty zmuszona byłam wysłuchać, jak profanuje się mojego Michaela… Ogłuchłam, oślepłam, oniemiałam i spieprzyłam sobie resztę dnia. Dlaczego ta pani nie może wyświadczyć światu przysługi i pozostać w reklamie, w której radziła sobie najlepiej? Skoro dotąd nie sprawdziła się w żadnej, z wciskanych jej na siłę, dziedzin?!

A teraz trochę o cewebrytach, czyli sławnych z sieci. Kreowanych przez internet i uwielbianych przez piszczące małolaty. Ja wiele mogę zrozumieć, naprawdę. Sama byłam kiedyś piszczącą nastolatką, tylko że obiektem ówczesnych pisków byli zagraniczni piosenkarze i aktorzy. Byli piękni, zdolni, ale przede wszystkim pochodzili z innego świata, niedostępnego nam, dzieciom PRL-u. I to miało sens, a na pewno więcej sensu, niż to, co dzieje się teraz. Blogerzy i jutuberzy stoją ponad światem. Zaistnienie w sieci jest ważniejsze, niż zaistnienie gdziekolwiek indziej, nawet w tv. Pół biedy, jeśli robią coś naprawdę fajnego, wartego uwagi. Niech będzie, że i ten makijaż jest w jakimś tam stopniu dziełem sztuki. Niech nawet, w tajemnicy przed rodzicami, małpują go dziewczynki. Sam w sobie, krzywdy nie zrobi. Niebezpiecznie robi się, gdy…

Moja najstarsza córka odkryła przede mną tajniki popularności w sieci. „Zobacz, mama. Zobacz jak piszczą wariatki.” Nachyliłam się nad ekranem. Jakiś pryszczaty koleś pojawił się w supermarkecie, co doprowadziło do wrzasków, wyrywania włosów i omdleń, co wrażliwszych dziewcząt. „To jakiś potomek Elvisa?” „Nie, mamo. To jutuber. Wrzuca filmiki do sieci.” „To co on robi na tych filmikach?” „Liże samochody, sika na jezdnie, zwisa z mostu… Takie tam.”