Niekończąca się opowieść i inne lektury

 

Wiktoria moja niesfornym dziecięciem jest. I dorosłym dziecięciem, to też. Teoretycznie. Przede wszystkim jest nieogarniętą chodzącą katastrofą. Tłucze, psuje, rozbija i przypala, bo umówmy się, geniuszem kulinarnym to ona nigdy nie będzie. Guzów, siniaków i poparzeń ma tyle, ile zarezerwowane jest dla trzylatka. Tomasz, zasiadłszy do wigilijnego stołu między nią, a Tamalugą, popatrzył przez chwilę na jedną, potem na drugą i stwierdził, że już nie wie, z której strony czai się większe zagrożenie. Przezornie jednak przesunął się w stronę Tamalugi.

Trzy miesiące temu Wika przefarbowała włosy na blond. Swoje piękne, gęste ciemne włosy. Ostrzegałam ją, ale oczywiście nie chciała słuchać. Zniszczyła je do tego stopnia, że ratunkiem było jedynie drastyczne cięcie. Obcięła włosy do połowy szyi i muszę przyznać, że wygląda… dobrze. Nie sądziłam, że może być jej ładnie w krótkich włosach, bo nigdy takich nie miała. Teraz przynajmniej widać jej twarz, no i jest przecież poważną (😂) studentką, więc taka fryzura jej pasuje. Nieco… inaczej wygląda po przebudzeniu. Ostatnio wprowadzałam chłopaka do jej pokoju, gdy właśnie się obudziła. Zerknęłam na te jej sterczące blond kosmyki i stwierdziłam, że wygląda jak Limahl. „A kto to?”, pyta. „Ja zaraz wygugluję”, spieszy z pomocą jej chłopak pantoflarz. (O rany, czy dzisiejsza młodzież naprawdę nie wie, kto to Limahl?) Wyguglował w telefonie i ryje ze śmiechu. Pokazuje Wiktorii i ta też ryje. „Mama, a to on śpiewał w niekończącej się opowieści”? No, zuch, dziewczyna.

Skończyły się święta i dobry humor Wiki. Jak mawiał mój kolega, Mariusz „posmutniała czegoś”. Zapytana o powód, przyznała, że po świętach będą wywalać na podstawie frekwencji. No, cóż… Mówiłam, że to już nie przelewki.

Jeszcze przed świętami zaczęła „brać się w garść”, kompletować notatki i uczyć do zaliczeń. W końcu przyznała, że z jednym to się poddaje. Facet kazał przeczytać książkę i na jej podstawie zrobić kilka prac. W tym miejscu mała uwaga dla rodziców małoletnich dzieci: określenie „bo pan się uwziął” nie kończy się wraz z podstawówką, a nawet liceum. Ono popłynie raźno dalej na studenckiej fali.

„A jaka to książka?”, pytam.

„Coś o psie… O psie na rzece? Na łodzi? I ludzie…”

Policzyłam w myślach do dziesięciu.

„Trzech panów w łódce, nie licząc psa?”, pytam.

„Tak! Skąd wiesz?!”

„Dziecino ma droga… To moja ukochana książka, której nie czytałam od czasów smarkatych, i którą kiedyś pożyczyłam komuś (czytaj: wujek Jacek), i ten ktoś mi jej nie oddał…!”

Smutek latorośli przeszedł jak ręką odjął.

„To cudownie, mamuś, to ty mi pomożesz…”

Zgadnijcie, co znalazłam pod choinką, jako dodatkowy prezent od Wiktorii? Tak. Trzech panów w łódce. „I wszyscy jesteśmy zadowoleni”, stwierdziła.

Pozostając w temacie książek i szkoły: nie znosiłam szkolnych lektur. Już kiedyś o tym pisałam, i piszę znowu, i pewnie wielu z was się narażę, ale nie będę ściemniać. Nie lubiłam czytać lektur, i najgorszą karą było zmuszenie mnie do przeczytania czegoś na siłę. Zrażałam się już na starcie, i chociaż podjęłam kilka prób, okazały się totalną porażką. W większości przypadków nie rozumiałam, co autor miał na myśli, i co nauczyciel chciał nam przekazać. Większość książek wydawała mi się nudna, bezużyteczna i pisana takim językiem, żeby dodatkowo mnie wkurzyć.

Przyznam jednak, że na stare lata pluję sobie w brodę. Tylko trochę, tak cienką stróżką, ale jednak. Czasami na potrzeby artykułu, felietonu czy pomocy Oliwii w eseju, muszę nadrabiać zaległości. Czytam, więc, streszczenia i zapisuje w folderze.

Przy okazji… Gdy zapisuję w laptopie jakiś folder, albo dokument tekstowy, albo cokolwiek to muszę nadać temu nazwę. Najlepiej adekwatną do zawartości, albo raczej do przeznaczenia. Nie wiem, co ze mną jest nie tak, ale jeszcze nigdy nie udało mi się owej nazwy zapamiętać, i regularnie dostaję szału zgadując co to jest, a w każdym razie być powinno. Ale, wracając: moim korespondencjom z konkretnymi instytucjami też nadaję adekwatne nazwy. W ten oto sposób posiadam foldery: „Chamy”, „Prostaki”, „Buraki” czy też ostatnio „Debile”. Po czasie zastanawiam się, czy nadany przez mnie tytuł wyświetla im się w e-mailu. Pilnuję też, żeby dziewczyny, chociaż już dorosłe, nie widziały tych nazw. Dobrym przykładem trzeba świecić do końca.

Czasami używam do pracy dawnego laptopa Wiktorii, głównie przy tworzeniu prezentacji, gdyż jej power point ma tylko dwa lata (mój jedenaście!) Ostatnio natknęłam się na jej foldery, i zaintrygowana nazwą „Zdzira”, otworzyłam jeden. Zawierał wszystkie prace dla pani od polskiego, jej wychowawczyni z liceum. Żeby nie było: potępiam takie słownictwo, ale… co prawda, to prawda. To zła kobieta była.

Tajniacko wymykam się do kuchni, w pośpiechu robię kanapkę, aby zjeść ją w spokoju, korzystając z kilkusekundowej ciszy. Za późno. Tamaluga przybiega za mną. Siedzę na krześle za drzwiami – może mnie nie zauważy.

– O! Tiu mama jeś!

Biega po kuchni, obija się o sprzęty, otwiera lodówkę, grzebie w skrzynce z pierdołami, zwala ze stołu szklankę. Moja gęba wypchana kanapką nakazuje jej przestać, przestać i przestać, w odpowiedzi słysząc nie, nie i nie!

– Tamaluga, proszę natychmiast iść do pokoju!

– Juś ide, idee! Wychodzi obrażona, przy drzwiach zatrzymuje się, nachyla w moją stronę i konspiracyjnym szeptem pyta:

– A daś glyzia?

Padłam.

No i na koniec, kochani:

W głowie bez zmian

W lewym, górnym rogu mam taki spektakularny zaciek. Jakiś ptak mi chyba narobił na laptop. Biorąc pod uwagę, że oprócz sufitu mam nad sobą jeszcze 3 piętra, musiał niepostrzeżenie wlecieć przez okno. Wlecieć, narobić, naciągnąć ptasie majteczki, wylecieć.

Albo, po prostu cuda, panie, cuda…

Ale nic. Jak mawiają „Co dane z nieba pokochać trzeba”. W sumie nie wiem kto tak mawia. Bardziej tu pasuje cytat z Alchemika: „Nikt bowiem nie może uciec przed skutkami tego, co dzieje się pod sklepieniem nieba.” O, i z tym się zgodzę.

A co do ptaków, to u wróbli bez zmian. Nadal sobie skikają  (skik, skik) w tę i nazad, tylko jakoś tak szybciej, wyżej. Chyba stópki im marzną. Zresztą mniej ich w ogóle jakoś. Gołębi, to na ten przykład już dawno nie widziałam, także nie wiem co u nich. Czy zaczęły odlatywać w ciepłe kraje? Obserwuję za to gawrony. Pojawiły się w zeszłym miesiącu i tak sobie, wiecie, no przechadzały się takie zakręcone. Bo wtedy jeszcze było ciepło, i one nie bardzo ogarniały co z tym fantem zrobić. Łaziły takie nieprzytomne, zderzały się ze sobą, coś tam powalczyły o orzecha.

Czy ja naprawdę nie mogę mieć normalnych snów? Tylko jakieś dziwadełka, albo rysunkowe, albo rysunkowe dziwadełka. Żebym chociaż zachowywała się w nich adekwatnie do sytuacji, ale nie. Rzadko śnią mi się ludzie z zewnątrz, tak zwani ludzie zewnętrzni. Gdy już ktoś wpadnie, to jestem taka przejęta i zachowuję się jak dzikuska, albo latam z herbatką, kawką. Teraz pojawił się Leo di Caprio. Rzekłabym: nareszcie, po tylu latach! A ja, zamiast zaciągnąć go do alkowy, albo chociaż tę herbatkę zaproponować, to ja co? No, co? To ja go wyciągam do centrum handlowego i zjeżdżamy na kartonie po ruchomych schodach… Bardziej się podniecałam zjazdem, niż jego obecnością. Jeszcze czuję ten pęd, ale jazda!

Ja nie wiem, co ze mną jest nie tak.

Im więcej domowników, tym gorszy przepływ informacji między nimi. Do tego śmiałego wniosku doszłam przedwczoraj, gdy otworzyłam lodówkę i przekonałam się naocznie i namacalnie, że jest w niej tylko jajo, pomidor i mleko. Połowy spleśniałego jogurtu nie liczę. Wcześniej tego dnia, drogą głuchego telefonu utworzyliśmy ze trzy listy zakupów, z których każda w momencie pisania była już nieaktualna.

Każdy z nas wnętrze lodówki zapamiętał inaczej.

W rezultacie wszyscy wszystko zjedli i nikt nic nie kupił.

Normalnie może by mnie to wkurzyło, ale była godzina 22, więc machnęłam ręką. Problem mieli ci, co nazajutrz wstawali najwcześniej. Zapadając w sen, zdążyłam przypomnieć sobie, że najwcześniej wstaje Oliwia na próbną maturę i przysięgam, że przez ułamek sekundy gotowa byłam dźwignąć się, założyć kurtkę na piżamę i lecieć do nocnego. Przez krótki ułamek.

Pogoda i ja nie zrozumiałyśmy się, ustalając grafik na ten tydzień. Może po prostu inaczej pojmujemy określenie „ciepło i bezwietrznie”. No, marznę. Głównie tyłek mi marznie w tym miejscu, w którym kończy się kurtka. Jaki z tego wniosek? Wiemy już, że z dupy można zrobić jesień. Teraz się okazuje, że jesień też może nam coś zrobić z dupy. I tym subtelnym spostrzeżeniem chciałam podzielić się z wami.

W związku z powyższym, swoje wyjścia na dwór ograniczyłam do minimum. Rzadko wyłażę, chyba że sąsiadka mnie wywoła. Snajper ma do tego prawdziwy talent – zawsze gdy wejdę do łazienki, wali w okno od kuchni.

Co tym razem?

– Raczusia chcesz? – pyta.

– Tak – odpowiadam, za ch..ja nie wiedząc co to raczuś.

– To chodź! No, chodź! – i zapiernicza, a ja, chcąc nie chcąc, za nią. Wchodzimy do tej jej klatki. Mieszka na samej górze, więc włażę za nią po schodach. Jej pies (czy nie wiem co to) plącze mi się pod nogami. Po 25 schodach zatrzymuje się nagle.

– Tutaj – mówi, więc rozglądam się po półpiętrze w poszukiwaniu raczusia.

– Tutaj? – upewniam się.

– Tutaj robię przystanek, bo kondycja już nie ta…

Wreszcie docieramy. Przed jej drzwiami, z sufitu na pajęczynie zwisa pająk. Zezuję na niego i nie mogę się skupić na tym, co Snajper do mnie mówi. W końcu przynosi słoik. Jak mniemam raczuś jest w środku.

Wzięłam to do domu, ale k*rwa nie mam pojęcia co to jest.

Dorzucam teledysk idealnie oddający mój stan i tekst idealnie oddający obecny dzień tygodnia.

Piękna pipa na dużym juju

Pies sąsiadki stanął w miejscu. Stanęłam i ja, i się gapię, bo nie mogę w to uwierzyć. Ona chyba też nie, bo też stoi i się gapi. „Ona jest cała czarna”, stwierdzam bez sensu, po czym dodaję: „Wiedziała pani o tym?” Sąsiadka przygląda mi się z irytacją. „Tak, wiedziałam. Ona w domu tak nie biega…” „Koti!”, woła Tamaluga, dla której wszystkie psy mniejsze od spaniela są kotami.

To ją chyba dobiło, tę sąsiadkę, bo szarpnąwszy smycz, zaciągnęła sukę do domu.

 

Tamaluga bezustannie odkrywa swój niewątpliwy talent plastyczny. Póki co, zawężony tematycznie. Mocno zawężony. Rysuje tylko dwa obiekty.

Dwie pionowe kreski biegnące (mniej więcej) z góry do (mniej więcej) dołu.

„Co to jest?”, pytam.

„To juju (zjeżdżalnia).

Ostatnio kresek przybyło, więc przez chwilę pomyślałam, że to tęcza.

„Co to jest?”

„To duzio juju”.

No, tak.

Drugi obiekt to (poniekąd) elipsa z okiem.

„A to co, kochanie?”

„To pipa! (ryba)” odpowiada i marszczy się patrząc na mnie, bo przecież to oczywiste.

„Piękne, Tamalusiu, w życiu nie widziałam piękniejszej pipy!”

„Rzekłbym to samo”, wtrąca Tomek, „ale mogę zarobić od mamusi w łeb…”

Także…

Na razie rysuje to naprzemiennie, ale może kiedyś doczekamy się pipy osadzonej na tym juju. Mogłaby przecież ta pipa zjeżdżać na tym juju do wody…

 

Wiktoria od dwóch tygodni pracuje w Międzyzdrojach. Ciężko pracuje. Muszę przyznać, że jest ambitna i wytrwała, nie znałam jej z tej strony. Wybrała pracę w gastronomii, gdzie cały czas jest ruch, chociaż proponowaliśmy jej butik naszej znajomej. Dobrze, niech pozna co to prawdziwa harówa. Gdy skończyła liceum stwierdziła, ze potrzebuje zmiany, czyli zrobiła tatuaż i przefarbowała się na blond. Znowu, po 4 latach zniszczyła swoje piękne włosy. Patrzę na nią i nie wierzę, że to moja córeczka, której jeszcze wczoraj śpiewałam „Jadą, jadą misie”. Od kiedy jest blondynką tym bardziej nie wierzę. W dodatku nie poznajemy jej z Tomkiem nawet z bliskiej odległości. Na szczęście nigdzie nie znalazłam konkursu na rodziców roku, także luz. 😀

Opuściłam się w czytaniu. Bardzo się opuściłam. Gdy wieczorem mam chwilę – wybieram laptop i blogi. Zerkam tylko tęsknym wzrokiem na półkę z książkami. I jak to pogodzić? Laptop z książką? Rozwiązanie nadeszło samo – spieprzyła się laptopowa klapa. To znaczy matryca. Rozdwoiła się. Właściwie rozczworzyła. I wiecie co? Wygląda teraz zupełnie jak książka… Można?

Sobota, tydzień temu, godzina 22. Leniwie przeglądam Internet w poszukiwaniu inspiracji na następny dzień. Patrzę: pchli targ. Kurde, no! Zawsze o nim zapominam, chociaż organizowany jest dwa razy w miesiącu, i to dwa rzuty beretem od naszego domu.  A może by tak tym razem, wystąpić w pozycji sprzedawcy? No i mnie wzięło i pogięło. Przystawiłam krzesło do pawlacza i z latarką w zębach (nie włączyłam światła, żeby nie obudzić Tamalugi) zaczęłam pośpiesznie wertować jego zawartość. Czy wy to znacie? Wiecie, że macie pełno nieużywanych rzeczy, co chwile nieproszone wpadają wam w ręce, ale gdy potrzebujecie coś znaleźć, to nie ma… U mnie nic nie było, bo wszystko, czego nie używam od razu wysyłam potrzebującym. I wiecie, gdy tak szukacie, podnieceni wizją niedzielnego handlu, najdurniejsze pomysły przychodzą wam do głowy… Po kilku minutach już WSZYSTKO w zasadzie nadaje się na sprzedaż, łącznie z gaciami waszych partnerów…

Dobra, kilka rzeczy się znalazło. Stolik (od czego kreatywność?) zastąpiła suszarka naciągnięta kocem. Nie sprzedałam wiele, ale i tak było fajnie. Targ przylegał do placu zabaw, więc i Tamalugę dało się ogarnąć. Poza tym ciepło, ale nie gorąco – idealna pogoda na kupczenie.

KUPCZENIE. Uwielbiam to słowo. Kiedyś z moim dawnym przyjacielem, Dżekiem, siedzieliśmy w pubie. Podrywała go jakaś kobieta, a gdy po krótkiej wymianie zdań wrócił do stolika, stwierdził ze smutkiem: „Liczyłem na długi i romantyczny związek, tymczasem ta pani tylko kupczy swoim ciałem”.

Posikałam się.

   DUZIO JUJU

   PIPA

Trudna sztuka nawiązywania znajomości

Każdy powinien mieć znajomości. Przynajmniej po jednej we wszystkich ważniejszych sferach zawodowych. Oczywiście takich, które nas interesują i z których często korzystamy. Życie jednak bywa przewrotne, i w związku z tym mam znajomych, na przykład w salonie kosmetycznym, w produkcji okien dachowych, w projektowaniu ogrodów… I nikogo w porządnym warsztacie samochodowym, NIKOGO! A taki znajomy przydałby mi się mniej więcej raz na 3 miesiące.

Gdy byłam w pierwszej ciąży kategorycznie odmówiłam porodu. Akceptowałam fakt, że dziecko musi się jakoś wydostać. Nie akceptowałam faktu, że tamtędy. Gdy przerażona wybierałam się do szpitala, moja, była obecnie, teściowa powiedziała: „Nic się nie bój. Mam w tym szpitalu znajomości. Urodzisz po królewsku.” Uspokojona nieco, oddałam się w ręce lekarzy, zastanawiając się który z nich ma to (nie)szczęście być jej znajomym. W końcu stwierdziłam, że to nieważne. Najważniejsze, że ON, ten właściwy lekarz wie, że jestem „od Gośki”. Oczekiwałam, że mrugnie do mnie porozumiewawczo, uniesie kciuk do góry, albo przynajmniej wsadzi goździka w butonierkę, żebym mogła go łatwiej rozpoznać. Jeśli to kobieta – mogłaby wpiąć go we włosy, czy coś…

Poród minął, szok minął, dzień minął. Zupełnie zapomniałam o tych „znajomościach” teściowej, aż weszła salowa, wymienić baseny. Zerknęła w moją, zawieszoną na łóżku kartę i z radością krzyknęła „Ty jesteś synową Gośki!”

Nie umniejszam rangi zawodu tej pani. Ja po prostu nie rozumiem, co mogłaby mieć wspólnego z królewskim porodem (który – umówmy się – królewskim nie był.) No, ale znajomości to znajomości.

Jak wiecie, ostatnio oddałam laptopa do naprawy. Popełniłam ten czyn trzeci raz w życiu, za każdym razem przypłacając to nerwicą żołądka. Nieczynne narzędzie pracy to jedno, ale powierzenie go obcej osobie to jeszcze większa trauma. Bo taki laptopowy serwisant jest jak ginekolog. I tu, i tu obnażam swoje… wnętrze. Szczerze mówiąc, uważam, że wizyta u ginekologa jest mniej intymna. No przecież ja w tym laptopie mam WSZYSTKO. Zdjęcia, filmy, prywatne notatki, pisma urzędowe… I ktoś tak bezkarnie może sobie grzebać w tym wszystkim! Gdy o tym myślę to robi mi się słabo. Przypominają mi się czasy (nie tak zresztą odległe), sprzed cyfryzacji. Kiedy aparat fotograficzny był aparatem fotograficznym, z nakładaniem kliszy, wywoływaniem zdjęć, i tak dalej. Cóż było robić – niosło się te klisze do punktu foto, a potem odbierało po trzech dniach. Gościu patrzy na ciebie z dziwnym uśmieszkiem, a ty się zastanawiasz, czy wśród zdjęć uśmiechniętych buziek twojego dziecka, nie zaplątało się jakieś z figlowania w sypialni, i chociaż wiesz, że to niemożliwe, to ten jego uśmieszek… No, właśnie.

 Ale wracając do tematu. Tak, więc oddałam laptop do jedynego serwisu na mojej dzielnicy. Po drodze, jak zwykle, towarzyszyły mi skrajne przemyślenia. Najpierw żałowałam, że nie mam znajomości  wśród laptopowych naprawiaczy. Potem stwierdziłam, że to chyba jednak lepiej, bo wolałabym, żeby obnażył mnie ktoś, kogo nie znam.

Sama naprawa nie zajęłaby tyle czasu, ale bardzo zależało mi na odzyskaniu danych. Facet próbował, ale się nie udało i pozostało mi tylko policyjne laboratorium. Koszt takiej zabawy, pominę… Na szczęście laptop wrócił do mnie naprawiony (nareszcie!), mogłam więc zapomnieć o facecie i cieszyć się, że go więcej nie zobaczę (faceta, nie laptopa). No, chyba, że znów się zepsuje (laptop, nie facet), ale do tego nie zamierzałam dopuścić.

Pomijając naprawiaczy laptopów, nadal uważam, że znajomości trzeba mieć. A jak się ich nie ma – jak najszybciej nawiązać. Wszędzie, zawsze i z kimkolwiek. Skąd wiemy, na przykład, że obok nas, w poczekalni u dentysty, nie siedzi jakaś znana i wpływowa osobistość? No dobra, może przesadziłam, ale… dajmy na to taki (spraw Boże, spraw Boże) mechanik samochodowy?! Dlatego nawiązanie znajomości jest jak najbardziej wskazane. Niestety, w moim przypadku to nie jest takie proste…

Kurczę, jak sobie przypomnę ilu ja miałam znajomych za młodu… Człowiek miał wrażenie, że zna całe miasto, a przynajmniej po kilkanaście osób z każdej dzielnicy… A jeśli chociaż jedna z nich (albo wszystkie) zostały kimś ważnym, albo potrzebnym, albo mechanikiem samochodowym? Ech, miało się charyzmę, miało się łatwość nawiązywania kontaktów… A teraz? Teraz się to straciło. Czasami coś tak człowieka podkusi, coś puknie w ramię i, jeśli jest w dobrym nastroju, to zagada, zaczepi, uśmiechnie się.  Najbezpieczniej znaleźć wspólny mianownik – tu na prowadzenie wysuwają się dzieci. I psy. Łatwo zacząć, a potem rozmowa sama się potoczy. Gorzej, gdy wyżej wymienionych rekwizytów brak. Wtedy należy znaleźć coś innego. Bardzo ważne – nie zagłębiajmy się w temat, o którym nie mamy pojęcia, bo, choć przyciągnie uwagę – nie bardzo wiadomo, co dalej. Oto przykład:

Ja w urzędzie. Siedzę przy wyznaczonym stanowisku, naprzeciwko kobiety z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jest to jedna z urzędniczek, ale dla mnie to Ważna Pani, Która Pomoże Mi Załatwić Ważną Sprawę. Szukam punktu zaczepienia. Pani stuka w klawiaturę. W mojej sprawie tak stuka, mam tego świadomość. Stuka i milczy. Wyraz twarzy nadal nieodgadniony. Czuję, że muszę ją mieć po swojej stronie, rozglądam się więc w poszukiwaniu podpowiedzi i wzrok mój pada na jej paznokcie. „Ale piękny kolor”,  zaczynam. „To lakier hybrydowy, prawda?” Pani zerka na mnie, potem na paznokcie, a potem znowu na mnie i jej twarz rozpływa się w uśmiechu. Mam ją, myślę sobie. „Tak, z lampy ledowej. Z bazą ale bez nabłyszczania…” patrzy na mnie z nadzieją na kontynuację, ale  ja już wyczerpałam temat. Spuszczam, więc, wzrok na kolana, gdzie leży otwarta, pusta teczka i przez następne pięć minut ze skupioną miną studiuję jej zawartość.

Także, tego, tak NIE ROBIMY.

Ale, co ja tu w ogóle o nawiązywaniu znajomości, skoro tych już istniejących nie umiem podtrzymać! Normalnie zdziadziałam, albo zbabciałam, bo wolę spędzić wieczór przy książce albo przy laptopie, niż na plotach z koleżankami, w dodatku drinkując. Odwykłam od tego zupełnie. Zdarza mi się nawet (Boże, przebacz) nie odbierać od nich telefonu, bo nie chce mi się wymyślać powodu, dla którego nie mogę się z nimi spotkać.

W końcu rusza mnie sumienie i odbieram ósmy telefon od Izy. Iza dawno mnie nie widziała, Iza tęskni, Iza chce się spotkać i, najważniejsze – Iza ma dla mnie niusa. Od jakiegoś czasu spotyka się z fantastycznym facetem i chce mi go w końcu przedstawić.

Cieszę się bardzo, bo życzę jej jak najlepiej i wiem, że nie miała szczęścia do facetów.

Dobra, niech przyjdą.

No i przyszli. Iza cała w skowronkach, oznajmia: „To jest właśnie M…”  Patrzę na gościa i wydaje mi się znajomy.

„Czy my się już nie…”

„Tak. Oddałaś mi laptop do naprawy.”