Di Kej Tamaluga Karan, z domu Kurzasta

W Zawierciu urodził się Jeronimo Martin. Mama nadała mu takie imię na cześć współzałożyciela sieci Biedronka. Myślę, że większość osób, tak jak ja, wzięło to za żart. Może mało zabawny, ale kończący się między szpitalem, a urzędem stanu cywilnego. Jednak mama w decyzji swej pozostała niezłomna, tłumacząc się wyjątkowym zamiłowaniem do zakupów w Biedronce. Wszystko, wszystkim, ale… w Biedronce? Cóż takiego wyjątkowego w niej zobaczyła, bo ja widzę brud, smród i kantowanie przy kasie. Przynajmniej w „mojej”. Myślę, że liczyła też na jakieś specjalne względy: darmowe dożywotnie zakupy? Bon? Zniżki? Świeżaka? Boszszsze, toż to idąc tym tropem, bez wahania nazwałabym Tamalugę Chanel, Gucci, Diesel albo Donna Karan z DKNY (w skrócie Di Kej, tak z amerykańska). Pewnie Tamaluga sama siebie nazwałaby Home & You albo chociaż Ikea, z uwagi na zamiłowanie do domowych gadżetów. A skoro o tym mowa…
Pośród wielu obiektów Tamalugowego pożądania jest mop. Właściwie mop póki co, zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie. O ile niektóre rzeczy da sobie odebrać, nie protestując za bardzo, przy innych przez chwilę się buntuje, o tyle utrata mopa w ogóle nie wchodzi w grę. Piszczy, płacze i odgrywa grecką tragedię (Katharsis jest przereklamowany). Nawet gdy wydaje się czymś zajęta – otwarcie łazienkowych drzwi sprawia, że w ułamku sekundy porzuca zabawkę i już jest w środku siłując się z mopem. Potem przenosi go „na pokoje”, bo doskonale wie, do czego służy, chociaż (na szczęście) nie potrzebuje wody, a nawet (niestety) nakładki. Niestety – bo dźwięk plastyku na panelach to średnia przyjemność dla ucha. Próbowaliśmy go przed nią chować, ale zawsze znajduje. Co gorsze, po skończonej robocie sama go chowa – ostatnio wrzuciła za kanapę, gdzie spocona i zrezygnowana odnalazłam go po półgodzinnych poszukiwaniach. „Mo jeeeśt!” stwierdziła, obserwując mnie z boku. Właściwie to wiele Tamalugowych czynności sprowadza się do sprzątania… Myje podłogę (tym, co ma pod ręką, na przykład moją bluzką), wyciera kurze (tyloma nawilżającymi chusteczkami do pupy, ile tylko zdoła wyciągnąć), zdejmuje pranie z suszarki, rozwiesza ze mną mokre, wkłada brudy do pralki i wrzuca kapsułkę. Gdyby ktoś tak popatrzył na to z boku, to pomyślałby, że:
a. Wyrodni rodzice zmuszają malutkie dziecko do pracy
b. Dziecko naśladuje matkę, która nic innego nie robi tylko sprząta (co sprowadza mnie do statusu najbardziej kurzastej kury domowej ever).
Co z tego wynika? Nic, więc przejdę do kolejnego tematu:
Nie lubię, gdy kończy się lato. Wiem, że wielu ludzi dostrzega piękno jesieni, albo nawet (o zgrozo!) zimy. Ja do nich nie należę i najchętniej zwinęłabym się w kłębek i przeczekała do wiosny. Dzień robi się krótki a świat ponury. I piździ jak cholera. I chlapa, i paćka, i dupa. Niech mnie ktoś przytuli!!!

Letnie wiadomo co, a kto opóźnia też wiadomo

Przypomniały mi się wakacje sprzed dwóch lat, w Świnoujściu. Tuż przed wyjazdem zepsuł nam się samochód, więc zmuszeni byliśmy odbyć drogę pociągiem. Tomek, dziewczyny, ja – wówczas ciężarna cukrzyczka, stary i przygłuchy Pan Roniowy i sterta tobołów. Prezentowaliśmy widok dosyć osobliwy. Już po przeprawie promowej okazało się, że Świnoujście jest wielkości Tokio, o czym albo zapomnieliśmy, albo tak monstrualnie rozrosło się w ciągu 5 lat. W każdym razie bez samochodu przedstawiało się to bardzo słabo. W połowie wędrówki wymiękłam. Usiadłam na walizce i w ramach protestu wyciągnęłam kanapkę. Gdy rozejrzałam się w poszukiwaniu dziewczyn, okazało się, że one wymiękły już dawno. Daleko w tyle majaczyły ich walizki, porzucone bezpańsko pod pierwszym lepszym obuwniczym. Zdrajczynie. Tomek, za to, gdyby się kto pytał, wypruł do przodu jak poparzony. Świetnie. Ciekawe, czy ktokolwiek miał przy sobie telefon, bo mój oddalał się, energicznie podrygując w torbie na ramieniu Tomka. Wreszcie, jakimś cudem (część na nogach, część taksówką, część na smyczy) dotarliśmy pod zapisany adres. Jęzory wisiały nam do kolan, a nogi odpadały z tej części ciała, z jakiej zazwyczaj odpadają. Kwatera, owszem, ładna: przybudówka, kuchnia, łazienka i dwa pokoje – w czym jeden z telewizorem. Na ten właśnie pokój rzuciły się dziewczyny, resztkami swych sił. Żadnego ustępstwa dla ciężarnej matki. Za grosz zrozumienia. Trudno – poczłapaliśmy z Tomkiem do pokoju ciszy. (Szybko okazało się, że tylko u nas odbiera internet – tym razem my pozostaliśmy niewzruszeni na zamianę 😀 ) Gdy pół godziny później, właściciel grzecznie zapukał we framugę i wszedł do środka, zastał wszystkich leżących na łóżkach pokotem. Reszta rodziny wykrzesała w sobie siły na „Dzień dobry”, z moich ust wydobył się jeno niewyraźny bełkot. Już wiedziałam, że żadna siła nie wyciągnie mnie z pokoju do jutra. Właściciel coś mówił, więc próbowałam skupić na nim uwagę, ale robił mi się coraz bardziej zamazany. Odpływając w sen zdążyłam usłyszeć, że mieszkamy „Pod Bocianem”, który przynosi parom… wiadomo co. Usłyszałam też Tomka, informującego, że „wiadomo co” już nam się przytrafiło.
Przez cały pobyt boleśnie odczuliśmy brak samochodu. Kto odczuł najboleśniej? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Oczywiście istniały jakieś autobusy na plażę, ale Pan Roniowy źle znosił podróż, a i codzienne bilety dla całej rodziny szybko wykończyłyby nas finansowo. Tak więc, każdego dnia dobrowolnie skazywaliśmy się na torturę, maszerując przez całe miasto. W tym torby, koce, parawany, ciężarna cukrzyczka i stary pies. Co najmniej dwukrotnie. Kto dodatkowo opóźniał marsze? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Właściwie jesteśmy pełni podziwu dla Pana Roniowego, że trzaskał takie trasy w wieku 12 lat. Biedulek…
Na plaży też żaden relaks i odprężenie, bo ciężarnej cukrzyczce co chwilę chciało się siku i ciężarna cukrzyczka zapieprzała na wymęczonych kończynach do toalety i z powrotem, pierdylion razy. Wkrótce przeszłam z babcią klozetową na „ty” i poznałam historię jej rodziny.
Odpoczywałam dopiero w domu. Nasza kwatera wychodziła prosto na ogród, w którym rosła, dosłownie na przeciwko drzwi – soczysta jabłoń. A ja miałam w ciąży jedyną zachciankę – jabłka właśnie, byłam więc w raju.

Obserwując wahania wyjazdowych trendów, zauważyłam pewną prawidłowość. Do połowy lat 90 był boom na polskie morze. Wiele nadmorskich mieścinek przekształciło się w kurorty. Trwała w nich bezustanna pieriestrojka, pokrywając asfaltem wydeptane ścieżki i zamieniając ryneczki w bulwary. Moje ukochane Międzyzdroje straciły bezpowrotnie swoje stare, skrzypiące molo, które zaczęło wyglądać tak, jak teraz wygląda. Pojawił się nowy gatunek letników – skóra, fura i komóra. Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że po wąskich, sennych uliczkach można w ogóle poruszać się autem. A tu „wziiiuutt! wziuuutt! i beztłumikowe „ęęęęęęęę!”
W drugiej połowie lat 90 nastała moda na polskie góry. Góralska kultura zaczęła być na topie – w kabaretach pojawiły się góralskie skecze, na festiwalach góralskie pieśni. No i promocja w telewizji, ze śpiewającym politykiem w filmie „Girl Guide”, na czele.
Lata 2000 to otwieranie się kolejnych biur podróży i parcie na egzotyczne wakacje. Każdy, noszkuwa KAŻDY musiał choć raz zaliczyć Majorkę lub Egipt, bo jak by to wyglądało wśród znajomych! Przecież „wszyscy już byli”… Trzeba jechać, trzeba, koniecznie, chociażby na weekend, żeby pstryknąć fotę na Naszą Klasę, czy to drugie, co to później nadejszło. 😀 Pamiętam, moją reakcję – najpierw opadła mi półka, potem dostałam ataku śmiechu, gdy natrafiłam na foty znajomych z dzielnicy. Foty z Kanarów, a znajomi, na co dzień, spod monopolowego… Mam nadzieję, że odtąd przestali narzekać na niskie zasiłki w Polsce 😀
Obecnie trendy się zmieniły, a raczej wymiksowały. Ludzie (wreszcie) jeżdżą tam, gdzie chcą, a nie tam gdzie wiodą ich napompowane ambicje i presja otoczenia. Coraz więcej ludzi ma odwagę przyznać, że… nigdzie się nie wybiera. O! I to są odważne wakacje!