Otwieracze świata i mamy odblokowane

Długo zastanawiałam się, czy podjąć ten temat, bo pewnie wielu z was będzie miało odmienne zdanie. Ale to dobrze, to nawet lepiej, sama jestem ciekawa, co myślicie. Ostatnio często…
Nie: bardzo często natrafiam w sieci i nie tylko, na deklaracje kobiet, że pomimo zostania mamą, nadal są przede wszystkim kobietami i nic się nie zmieniło. To chyba jednak tak nie działa… Kobieta, która zostaje mamą, staje się nią przede wszystkim, a zmienia się wszystko. Wszystko się zmienia: cały świat, wszechświat się zmienia, a dziecko staje się jego centrum! Bez względu na to, czy jest biologiczne, adoptowane czy przysposobione – dziecko to Rewolucja. Przewrót. Insurekcja.
Czytam o kobietach sukcesu, ich dążeniach do samorealizacji, spełnienia na płaszczyźnie zawodowej, kolejnych szczeblach kariery i tylko kręcę głową. To pięknie, że robią to co lubią, tylko po co im do tego dziecko? Żeby udowodnić sobie i innym, że potrafią to pogodzić? To oczywiste, że młoda mama może pracować zawodowo, ale „tylko” pracować, a nie rzucać się w wir kariery, zapewniając pracodawcę, że jest dostępna 24 na dobę.
24 na dobę powinna być dostępna dla swojego dziecka.
Powinna mieć możliwość dotarcia do dziecka szybciej niż Pendolino, gdy dzieje mu się krzywda.
Powinna spędzać z nim tyle czasu, ile to tylko możliwe.
Nie musi rezygnować ze swoich pasji, ale dlaczego, na przykład nie może zarazić nimi dziecka? Nie musi kołkiem siedzieć w domu – nawet powinna wyjść gdzieś sama, tylko że te wyjścia nie mogą być codziennością.
Czasami myślę, że ten cały „protest song” wynika z błędnego założenia, że dziecko jest przeszkodą na drodze do… No właśnie: do czego?

Dziecko nie ogranicza świata, ono go otwiera.

Spotkałam J, dawną znajomą z pracy. Poinformowała mnie, że została babcią. Wykrzyknęłam, że to fantastycznie, i że gratuluję, i zapytałam jak się czuje młoda mama. Wiedziałam, że J marzyła o wnukach, znałam też jej córkę i pamiętam jak długo starała się o dziecko. Tymczasem J rozpłynęła się w zachwytach… przede wszystkim nad swoją córką: jaka to zaradna i przedsiębiorcza, jak szybko wróciła do pracy, jak „nie dała się zakopać w pieluchy”… Byłam zaskoczona, ale co mogłam powiedzieć? Że sama z chęcią zakopałam się w te pieluchy? Mało tego: wskoczyłam w nie z dziką radością, gotowa się wytarzać jak prosię w obierkach? Nie powiedziałam tego, bo pewnie uznałaby mnie za wariatkę, bo co, jeśli… to ja się mylę?
Wiele moich koleżanek podzielało podejście J do macierzyństwa. Pamiętam, gdy Wiktoria miała 3 latka, a Oliwia roczek. Spotkałam się z kilkoma znajomymi (też matkami) na kawie w ogródku, a dziewczynki jak zwykle wzięłam ze sobą. „Co, nie dałaś rady wyrwać się sama?” pyta D. „Dałam, ale nie chciałam” odpowiadam, ku zdziwieniu pozostałych. „Jak wytrzymałaś te trzy lata w domu? Ja bym zwariowała… Pewnie nie możesz się doczekać powrotu do pracy, co?” – pytają. „Tak naprawdę to wcale nie tęsknię za pracą. Jestem szczęśliwa spędzając czas z dziewczynkami.” „Ale przecież tak lubiłaś swoją pracę” nie poddają się. Nachyliłam się do moich koleżanek i dramatycznym szeptem oznajmiłam: „To co powiem będzie dla was szokiem: moje dzieci lubię jeszcze bardziej…”
Żeby była jasność: nie wciskam ludziom najświeższych informacji o zupkach, kupkach i kolkach. Nigdy tego nie robiłam i robić nie zamierzam. Nie opowiadam o swoich dzieciach, chyba że ktoś zada mi konkretne pytanie na ich temat.
Co nie znaczy, że sama nie lubię słuchać/czytać o innych dzieciach. Oczywiście w zdrowych dawkach. Chciałabym dowiedzieć się o waszych dzieciach trochę więcej, tyle na ile to możliwe, bo wiem, że wszystkie chronimy naszą prywatność. Chciałabym, na przykład dowiedzieć się czegoś o Dziubasowym Bobie, bo jest w wieku Tamalugi i fajnie byłoby wiedzieć, że na przykład nie ja jedyna walczę z obsesją otwierania szuflad. Albo czy Bob też ma ulubiony ciuch, który uparcie przynosi, (czy to kwestia wieku, czy dotyczy tylko dziewczynek:). Albo czy Bob też mówi po czesku, czy też ma taką fazę na taniec, itd..
W internecie natrafiam na dwa rodzaje blogów „dziecięcych”. W jednym przypadku mamuśki są wszystkowiedzącymi ekspertkami i udzielają (o zgrozo) rad i pouczeń. Takie blogi omijam szerokim kliknięciem. Drugi rodzaj to mamuśki dzielące się ze światem każdym dniem z życia swojego dziecka, każdym najmniejszym wydarzeniem. Śmieszą mnie takie blogi, ale jestem w stanie owe mamuśki zrozumieć. Zwłaszcza, gdy jest to ich pierwsze i jedyne dziecko. Wpisy mogą irytować i zwyczajnie wkurzać, ale trzeba przyznać im jedno: bije od nich wielka miłość. Często takie wpisy są rodzajem pamiętnika – czas zapiernicza jak szalony i tak wiele rzeczy nam ucieka. Rzeczy najważniejszych, takich właśnie jak zupka, kupka i kolka, ale też pierwszy kroczek, pierwsze słowo… Bo, tak z ręką na sercu: co może być ważniejszego dla młodej mamy? A, że to matki – wariatki? Co z tego?! Kto ma wariować na punkcie dziecka, jak nie matka? Od tego one są. Od tego jesteśmy.
Ostatnio jakaś mama napisała na swoim blogu, że gdy urodził się jej syn, to myślała, że jest jedynym dzieckiem w całym szpitalu i była zdziwiona, gdy lekarz uświadomił jej obecność innych dzieci. Wpis szczery i w żartobliwym tonie, ale w komentarzach już pojawiły się protesty. „Na szczęście nie każda matka myśli tak jak ty” pisze jedna. „Na szczęście albo na nieszczęście – zależy jak na to patrzeć” odparła autorka celnym zdaniem. No, bo idąc tym tropem można zadać sobie pytanie skąd biorą się dzieci niekochane? Znieczulica? Patologia? Może za bardzo się zapędzam, ale coś w tym jest. A może piszę z punktu widzenia dziecka, którego mama postawiła na karierę, i które widywało ją rzadko? Nie wiem, może… Ale właśnie dlatego mam pełne prawo zwrócić się do tych mam wyzwolonych, dopóki nie jest za późno.