O mnie się nie martw, ja sobie radę dam. Ja kocham plażę, ty tatuaże, rampam pam pam pam pam

J ma nowy pomysł na biznes.

– O, a był jakiś stary?

– Biznes nie, tylko pomysł. Tym razem to może wypalić. Wycinka drzew. Ma już wszystkie potrzebne zgody…

– Mhm.

– No, więc…

– Więc co?

– Więc pyta czy w to wchodzisz.

– Nie. Po pierwsze: jestem przeciwna wszelkim wycinkom drzew. Jakichkolwiek i gdziekolwiek. Po drugie: nie widzę J w biznesie. Nie widzę J na wysokim stanowisku. Nie widzę J na jakimkolwiek stanowisku, Ku*wa! Ja nie widzę J w pracy!

Przy całej sympatii do J, nie widzę go też w związku, chociaż przecież takowe miewał.  J jest wiecznie młody duchem, a wraz z wiekiem jego ducha podąża wiek jego partnerek. Gdy miał lat dwadzieścia parę – umawiał się z 17 – 18 latkami. Teraz dobiega pięćdziesiątki, a jego nowa dziewczyna jest przed trzydziestką. Całe szczęście, że podniósł trochę pułap. Bo inaczej musiałabym na niego donieść. Przy całej sympatii, oczywiście.

Stoję przed blokiem, podjeżdża do mnie na rowerze wesoły i kolorowy sąsiad Remek. Wesoły po wypaleniu skręta, kolorowy z powodu tatuaży. Zresztą tylko po nich poznaję go z daleka, co uświadamia mi, że mój wzrok jest coraz słabszy. Remek zagaduje mnie radośnie i odjeżdża, a ja dostrzegam, że i z tyłu ma tatuaż – twarz na prawej łydce. Twarz jest poniekąd mi znana, nie wiem tylko do kogo należy. Waham się pomiędzy Jezusem, Gandalfem, a żoną Remka, Edytą.

Nie wiem, czy jest to wynikiem kiepskiego rysunku, czy może, wspomnianego wyżej kiepskiego wzroku. Stawiałabym na to pierwsze.

Właściwie to taki niewyraźny tatuaż ma swoje dobre strony. Po małżeńskiej kłótni może powiedzieć „Ależ, kochanie, spójrz na moją prawą łydkę – przecież to ty… Co? Jaki Jezus? Edyta! Ty już więcej nie pij!”

Osobiście nie mam nic do tatuaży, pod warunkiem, że są na cudzym ciele. Nie na moim.

Niedawno koleżanka zapytała mnie o radę, gdyż jej dwumiesięczny synek płacze podczas karmienia. Powiedziałam jej: „Usuń trupie czachy z cycków, albo przestań karmić piersią”.

Na koniec pragnę uspokoić, a tym samym doinformować pewne osoby, które wyrażają ubolewanie nad moim smutnym losem.

Do wszystkich, którzy ubolewają nad tym, że co roku jeżdżę nad morze, a nie w góry: Wiem, że to co teraz napiszę jest niewiarygodne, niesłychane i oburzające. Pewnie też narażę się kilku osobom tutaj, ale prawda jest taka, że ja niecierpię gór! Z wielu powodów. Po pierwsze mam to w genach – moja mama też gór nie znosi, tak jak i jej rodzice, którzy z gór spierniczyli nad morze. A przynajmniej możliwie jak najbliżej morza. Jestem im za to niezmiernie wdzięczna. Moje córki też. Po drugie: w górach mam uczucie klaustrofobii, nie są więc dla mnie symbolem wolności – wręcz przeciwnie. Symbolem wolności jest dla mnie morze. Po trzecie: moje problemy ze zwężoną przegrodą i zatokami sprawiają, że ja w górach mam problemy z oddychaniem.  Nie jakieś poważne, niemniej…  Po czwarte: według mnie wczasy w górach bez łażenia po górach, nie mają sensu. A ja łazić bardzo lubię, tyle że w poziomie.

Szczyt szczęścia mój i mojej mamy: siedzimy nad brzegiem morza, zajadamy słonecznik i gapimy się w fale.

Do wszystkich, którzy ubolewają nad tym, że ani razu nie trafiłam syna (a przecież do trzech razy sztuka): To, co teraz napiszę będzie jeszcze większym szokiem, ale je nigdy nie chciałam mieć syna. Całe życie marzyłam o 3 córkach i los okazał się dla mnie łaskawy. Oczywiście, że syna kochałabym tak samo, i oczywiście, że chłopcy bywają fantastyczni, ale… Co babskie, to babskie, wymarzone, sprawdzone, przetestowane.

Ubolewanie nad tym, że nie oglądam polskich seriali, nie znam polskich celebrytów i – o zgrozo – nie mam konta na fejsbuku, w ogóle pominę milczeniem.

A, byłabym zapomniała. Do Justynki, która ubolewa nad tym, że w moim wieku (już) nie umiem zrobić szpagatu, bo ona, Justynka jeszcze potrafi: Nie wiem jak to możliwe, ale brak owej umiejętności nie spędza mi w ostatnich latach snu z powiek. Co więcej, nawet nie pamiętałam, że istnieje taka umiejętność, dopóki ona, Justynka, nie przypomniała mi tego prezentując ową figurę gimnastyczną, z nieapetycznym poślizgiem, na jakiejś imprezie. No, brawo ona. Umiem za to śpiewać, rysować i całkiem nieźle pisać, co dla Justynki się nie liczy. Że zbyt odległe od szpagatu? Proszę bardzo: umiem zasadzić kopa w dupę z półobrotu. Co zresztą chętnie udowodnię jej następnym razem.

 

Menopauza bez tajemnic i tajemnice Watykanu

Menopauza. Stan niewesoły, acz nieunikniony. Niektóre kobiety starają się to ukryć, inne… się tym szczycą. Stopa stała na kasie w Społem. Przepuszczając przez czytnik trzy paczki podpasek, zapytała głośno, na pół sklepu: „Masz taki obfity okres?!”

Kretynka.

„Nie” – odkrzyknęłam. – „Mam dwie dorosłe córki!”

Stopa pokiwała głową ze zrozumieniem, po czym, równie głośno oznajmiła: „Ja już na szczęście nie używam!”

Jezu.

Jedna z moich koleżanek, Monika, weszła w stadium menopauzy około 7 lat temu. Przerażające, bo jest starsza ode mnie tylko o 3 lata, czyli była wtedy przed czterdziestką. Czy to na pewno menopauza? Czy w tym wieku to  możliwe? Wiem, że od 10 lat jest samotna, czyli „nie ma kogo”, jak powiedziałaby Tamaluga.

– Co się dziwisz? – stwierdza Tomek. – Organizm jest jak komputer: wyłącza nieużywane aplikacje…

**********************************

Z uwagą (i smuteczkiem) śledzę doniesienia z nadbałtyckich plaż. Sinica nadal prowadzi 1:0. Tylko moje Międzyzdroje czyste. Teoretycznie. Pokazują brudne, muliste wody Trójmiasta i wierzyć się nie chce. Tamaluga patrzy zdziwiona i mówi „Mozie. Mozie fuj. Pipa ałka”. Jak sobie skojarzyła, że ryby mogą chorować – nie wiem, ale trafiła w punkt.

Wracam pamięcią do wszystkich moich urlopów nad morzem na przestrzeni 10 lat i przypomina mi się jeden, z kolegą, którego wizja urlopu nad morzem  rozmijała się z moją wizją. Jak cholera. Trzeciego dnia ulitowałam się nad jego biedną żoną i zgarnęłyśmy ją na plażę. P cały tydzień spędził przed domkiem, w cieniu, na leżaczku, z internetem w komórce i słomką w gębie. Słomka, jego pomysłu i wykonania, była przedłużoną wersją słomki zwyczajnej i kończyła się poniżej leżaczka, w 5 litrowej butli Heinekena…

**********************************

Przywiozłam z Międzyzdrojów kilka książek, ustawiłam w ładnym rządku na półeczce i teraz zerkam na nie, zastanawiając się od której zacząć. Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, znalazłam fajną miejscówkę – największy wybór książek i każda po 10 złotych (9,99, gwoli ścisłości). Taka cena to pułapka. Człowiek pakuje te książki, upycha pod pachami, z rozbieganymi oczami, spoconym włosem i obśliniony ze szczęścia. Jakoś do głowy mu nie przychodzi, że 30 książek po 10 złotych to już trzy stówy, no jakoś liczenie mu nie idzie. A potem przy kasie żegna się z dwudziestoma pięcioma, ocierając łzę i głaszcząc okładki.

**********************************

Telewizyjna nagrywarka już od dawna żyje własnym życiem, nagrywając to, co uważa za słuszne i uparcie nie nagrywając tego, co my chcemy. Czasami nagrywa program od połowy, czasami od początku, jeśli uzna, że wart jest obejrzenia. Odcinki niektórych seriali nagrywa wybiórczo; „The Good Doctor” nagrała tylko dwa pierwsze odcinki, ignorując dwa następne. Próbowaliśmy wyczaić od czego to zależy, ale nie ma w tym żadnej logiki.

Kiedyś chciałam nagrać jakiś film, który właśnie się zaczynał, ale według „informacji” trwał jeszcze poprzedni program, czego nie zauważyłam. No i nagrał się poprzedni, z czasowym cofnięciem do początku. Była to „Afera fryzjera”, czyli gościu ratujący salony fryzjerskie. Taka Magda Gessler fryzjerstwa. Od razu zauważyłam błąd i wcisnęłam opcję „przerwij i usuń nagranie”, ale nie ma tak łatwo. Nagrywarka mi na to nie pozwoliła. Mało tego: zaczęła nagrywać wszystkie kolejne odcinki, przez następne miesiące, chociaż wcisnęłam wówczas „nagraj bieżący program”, a nie „nagraj całą serię”. Te już nagrane udawało mi się usuwać i odetchnęłam z ulgą gdy serial się skończył. Jakież było moje zdziwienie, gdy po półrocznej przerwie nagrywarka zaczęła nagrywać kolejny sezon, a w międzyczasie powtórki z różnych dni i godzin! Ja pier*ole, przecież to porażka jakaś! Minęły chyba ze 3 lata, i już przyzwyczailiśmy się, że co jakiś czas „Afera fryzjera” pojawia się w pozycjach nagranych.

Tomek zaprogramował nagrywanie całej serii programów o zjawiskach nadprzyrodzonych, kosmitach, faraonach i Biblii. Wszystkie odcinki nagrały się w całości i bez problemu, poza jednym, który urywa się jakieś 10 minut przed końcem. Może nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie moment w jakim się urywa. Jakiś tam biskup czy ktoś taki, mówi „Czas zdradzić ludziom największą tajemnicę Watykanu…” i dupa. Koniec. W Tomkowej głowie narodziła się teoria spiskowa, pod tytułem „PiS opanował już wszystkie programy”. „Naprawdę sądzisz, że ten biskup czy ktoś taki powie coś ważnego? Oni tylko tak podkręcają”. Dla świętego spokoju jednak, oddałam się internetowym poszukiwaniom owego odcinka. Okazało się, że to wcale nie jest takie proste. Znalazłam prawie wszystkie oprócz tego jednego, i tylko krok dzielił nas od zbiorowej paranoi. W końcu znalazłam. Biskup, czy ktoś taki faktycznie niczego nie zdradził, ale przynajmniej uspokoiliśmy się nieco.

Może oddać ją do naprawy?

Jak ludzie niespełna rozumu, uciekli sobie od tłumu (i zajęli się bieganiem wyczynowym oraz majsterkowaniem ekstremalnym)

Tak se siedzę i myślę, i wymyśliłam: a co tam, szurnę jakiegoś posta, bo dawno nie pościłam. A długo wyczekiwane wczasy, pełne relaksu, czyli palpitacji serca, bólu głowy, bólu zęba, zapieprzania za Tamalugą i napięcia pm – nie mogą być żadnym usprawiedliwieniem! Tak, więc piszę te oto słowa, podczas gdy Tomek jeździ i szuka na tym wygwizdowie jakiegoś sklepu czynnego po 22, bo się pańci zachciało pomidora… Potrzebujemy też żarówki, ale znalezienie sklepu, w którego asortymencie znajdowałyby się te dwie, sprzeczne tematycznie rzeczy, w dodatku po 22, to już chyba jakaś abstrakcja by była… A żarówka potrzebna do jedynej znajdującej się w naszym pokoju lampki. A lampka do czytania, pisania, i nie zderzania się ze sobą i sprzętami. I do dawania takiego światła, które nie obudzi Tamalugi. No!
No, więc wreszcie uciekliśmy od tłumu i hałasu, prawdopodobnie w ostatniej chwili (weekend zapowiadał się imprezowo). 🙂 Tak mi się teraz skojarzyło, że Dziubasy walczą ze sobą o otwarte okno – walczymy i my. Tylko, że na odwrót i z innego powodu. Tak, więc ja walczę o to, by je otworzyć, a Tomek – zamknąć. Ja – całe życie przyzwyczajona do zasypiania przy otwartym oknie, bez względu na porę roku. Zamknięte okno to przerwanie dopływu tlenu, więc duszę się i krztuszę i całkiem prawdopodobne, że również ślinię. Tomek, natomiast, wychowany w innej dzielnicy, nie potrafi zasnąć przy, przemykających za oknem tramwajach, które kurs swój kończą po 23, a zaczynają w okolicach 5… (w ich miejsce kursują nocne autobusy, na szczęście rzadziej, ale żeby nie było :D) Co gorsza, większość z nich mówi, a to doprowadza Tomka do szału! „Przystanek X. Linia numer Y. Kierunek Z !” To rzeczywiście idiotyczne i wkurzające, zwłaszcza, że o 5 rano pasażerów jest dosłownie garstka, (i chyba są wystarczająco rozbudzeni, żeby wiedzieć dokąd jadą) a tubalny głos „motorniczego” niesie się echem po pustej ulicy. Dlatego rozumiem Tomka i czasami zgadzam się na kompromis. Zresztą poza tramwajami i autobusami, ciszę nocną zaburza szereg innych, lokalnych wydarzeń, takich, jakie tylko mogą przytrafić się, gdy szlachetna część willowa zderza się z Trójkątem Bermudzkim, o którym już kiedyś wspominałam.
„Żyrafy wchodzą do szafy”. A komary przez szpary. Pierwszy dzień uśpił moją czujność. Z prawdziwą satysfakcją stwierdziłam, że informacje o nadmorskiej pladze tychże insektów są mocno przesadzone. Nie były… Te małe skurwysyny tylko czaiły się w mroku, żeby przypuścić szturm dnia drugiego. Atakują nawet malutkie, Tamalugowe piętki, wystające spod kołdry.
Przy okazji: próbowaliście kiedyś, bez instrukcji obsługi, rozłożyć łóżeczko turystyczne dla dziecka? Jeśli nie, a wszystko przed wami – życzę powodzenia. „Bo tam jest taki myk”. Nikt nie wie jaki, ale wszyscy o nim słyszeli, łącznie z właścicielką domu, która w końcu dołączyła do naszego dwuosobowego kółka majsterkowiczów, próbując naciągnąć oporną poręcz w swoją, trzecią stronę… Wreszcie się udało! Pamiętajcie: najpierw dwie krótsze poręcze, potem dwie dłuższe. Powtórzcie! No, dobra…
Tamaluga jest Forrestem Gumpem. Ze wszystkich atrakcji interesuje ją tylko przestrzeń do biegania. Przy domu jest to możliwe, na deptaku już nie. W zasadzie tłumek turystów też nie jest dla niej przeszkodą – z przerażeniem obserwuję jak toruje sobie drogę łokciami. Biegnie na oślep, przepycha się między nogami i leci dalej. Z jednej strony to nas wykańcza, z drugiej – nie musimy wydawać kasy na kiczowate pierdoły, wylewające się ze straganów. „Za rok taki numer już nie przejdzie. Będzie chciała wszystko” stwierdza Tomek. „Za rok może jeszcze nie, ale za dwa, trzy lata na pewno… A za piętnaście?!” „Za piętnaście jedzie sama!”

 

Letnie wiadomo co, a kto opóźnia też wiadomo

Przypomniały mi się wakacje sprzed dwóch lat, w Świnoujściu. Tuż przed wyjazdem zepsuł nam się samochód, więc zmuszeni byliśmy odbyć drogę pociągiem. Tomek, dziewczyny, ja – wówczas ciężarna cukrzyczka, stary i przygłuchy Pan Roniowy i sterta tobołów. Prezentowaliśmy widok dosyć osobliwy. Już po przeprawie promowej okazało się, że Świnoujście jest wielkości Tokio, o czym albo zapomnieliśmy, albo tak monstrualnie rozrosło się w ciągu 5 lat. W każdym razie bez samochodu przedstawiało się to bardzo słabo. W połowie wędrówki wymiękłam. Usiadłam na walizce i w ramach protestu wyciągnęłam kanapkę. Gdy rozejrzałam się w poszukiwaniu dziewczyn, okazało się, że one wymiękły już dawno. Daleko w tyle majaczyły ich walizki, porzucone bezpańsko pod pierwszym lepszym obuwniczym. Zdrajczynie. Tomek, za to, gdyby się kto pytał, wypruł do przodu jak poparzony. Świetnie. Ciekawe, czy ktokolwiek miał przy sobie telefon, bo mój oddalał się, energicznie podrygując w torbie na ramieniu Tomka. Wreszcie, jakimś cudem (część na nogach, część taksówką, część na smyczy) dotarliśmy pod zapisany adres. Jęzory wisiały nam do kolan, a nogi odpadały z tej części ciała, z jakiej zazwyczaj odpadają. Kwatera, owszem, ładna: przybudówka, kuchnia, łazienka i dwa pokoje – w czym jeden z telewizorem. Na ten właśnie pokój rzuciły się dziewczyny, resztkami swych sił. Żadnego ustępstwa dla ciężarnej matki. Za grosz zrozumienia. Trudno – poczłapaliśmy z Tomkiem do pokoju ciszy. (Szybko okazało się, że tylko u nas odbiera internet – tym razem my pozostaliśmy niewzruszeni na zamianę 😀 ) Gdy pół godziny później, właściciel grzecznie zapukał we framugę i wszedł do środka, zastał wszystkich leżących na łóżkach pokotem. Reszta rodziny wykrzesała w sobie siły na „Dzień dobry”, z moich ust wydobył się jeno niewyraźny bełkot. Już wiedziałam, że żadna siła nie wyciągnie mnie z pokoju do jutra. Właściciel coś mówił, więc próbowałam skupić na nim uwagę, ale robił mi się coraz bardziej zamazany. Odpływając w sen zdążyłam usłyszeć, że mieszkamy „Pod Bocianem”, który przynosi parom… wiadomo co. Usłyszałam też Tomka, informującego, że „wiadomo co” już nam się przytrafiło.
Przez cały pobyt boleśnie odczuliśmy brak samochodu. Kto odczuł najboleśniej? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Oczywiście istniały jakieś autobusy na plażę, ale Pan Roniowy źle znosił podróż, a i codzienne bilety dla całej rodziny szybko wykończyłyby nas finansowo. Tak więc, każdego dnia dobrowolnie skazywaliśmy się na torturę, maszerując przez całe miasto. W tym torby, koce, parawany, ciężarna cukrzyczka i stary pies. Co najmniej dwukrotnie. Kto dodatkowo opóźniał marsze? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Właściwie jesteśmy pełni podziwu dla Pana Roniowego, że trzaskał takie trasy w wieku 12 lat. Biedulek…
Na plaży też żaden relaks i odprężenie, bo ciężarnej cukrzyczce co chwilę chciało się siku i ciężarna cukrzyczka zapieprzała na wymęczonych kończynach do toalety i z powrotem, pierdylion razy. Wkrótce przeszłam z babcią klozetową na „ty” i poznałam historię jej rodziny.
Odpoczywałam dopiero w domu. Nasza kwatera wychodziła prosto na ogród, w którym rosła, dosłownie na przeciwko drzwi – soczysta jabłoń. A ja miałam w ciąży jedyną zachciankę – jabłka właśnie, byłam więc w raju.

Obserwując wahania wyjazdowych trendów, zauważyłam pewną prawidłowość. Do połowy lat 90 był boom na polskie morze. Wiele nadmorskich mieścinek przekształciło się w kurorty. Trwała w nich bezustanna pieriestrojka, pokrywając asfaltem wydeptane ścieżki i zamieniając ryneczki w bulwary. Moje ukochane Międzyzdroje straciły bezpowrotnie swoje stare, skrzypiące molo, które zaczęło wyglądać tak, jak teraz wygląda. Pojawił się nowy gatunek letników – skóra, fura i komóra. Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że po wąskich, sennych uliczkach można w ogóle poruszać się autem. A tu „wziiiuutt! wziuuutt! i beztłumikowe „ęęęęęęęę!”
W drugiej połowie lat 90 nastała moda na polskie góry. Góralska kultura zaczęła być na topie – w kabaretach pojawiły się góralskie skecze, na festiwalach góralskie pieśni. No i promocja w telewizji, ze śpiewającym politykiem w filmie „Girl Guide”, na czele.
Lata 2000 to otwieranie się kolejnych biur podróży i parcie na egzotyczne wakacje. Każdy, noszkuwa KAŻDY musiał choć raz zaliczyć Majorkę lub Egipt, bo jak by to wyglądało wśród znajomych! Przecież „wszyscy już byli”… Trzeba jechać, trzeba, koniecznie, chociażby na weekend, żeby pstryknąć fotę na Naszą Klasę, czy to drugie, co to później nadejszło. 😀 Pamiętam, moją reakcję – najpierw opadła mi półka, potem dostałam ataku śmiechu, gdy natrafiłam na foty znajomych z dzielnicy. Foty z Kanarów, a znajomi, na co dzień, spod monopolowego… Mam nadzieję, że odtąd przestali narzekać na niskie zasiłki w Polsce 😀
Obecnie trendy się zmieniły, a raczej wymiksowały. Ludzie (wreszcie) jeżdżą tam, gdzie chcą, a nie tam gdzie wiodą ich napompowane ambicje i presja otoczenia. Coraz więcej ludzi ma odwagę przyznać, że… nigdzie się nie wybiera. O! I to są odważne wakacje!

 

 

CIEMKOŁAP – NAJLEPSZY PRZYJACIEL LWA

Patrzę na tego mojego śmierdziela, i patrzę, i nie mogę się napatrzeć. Jest z nami od 12 lat. Dzielny staruszek. A oto felieton, który napisałam kilka lat temu. Pięknie, pięknie – blog (almost) parentingowy, a więcej o psie, niż o dzieciach 😀

 

– Czy wiesz, że niektóre psy są mądrzejsze od właścicieli?

 – Pewnie! Sam mam takiego psa...”

Dowcip stary jak świat, ale trafiający w sedno. Właściciele psów wiedzą o czym mówię. I ja zaliczam się do grona tych szczęśliwców, i oczywiście wierzę, że to właśnie mój pies jest najmądrzejszy na świecie.

Większość psów odwraca wzrok gdy patrzy się im w oczy. Mój Rosco to mistrz „walki na wzrok”. Przeważnie to ja pierwsza kapituluję, rozbrojona komizmem sytuacji. Walka charakterów? Próba sił: pies kontra człowiek? Szczerze wątpię. Jest to raczej patrzenie z gatunku „czego-ona-ode-mnie-chce? Mogłaby-dać-mi-ciasteczko.” Ciasteczko i owszem, ale nic za darmo. Sztuczkę „turlaj się” ma opanowaną do perfekcji. Najśmieszniejsze jest to, że robi ją sam z siebie, w najmniej odpowiednim momencie. Po prostu ładuje się do kuchni i turla na podłodze w tę i z powrotem, od ściany do zlewu i od stołu do lodówki. Czasami, gdy myśli, że nie patrzę, wykonuje tylko półobrót i wraca do poprzedniej pozycji. Napotyka wówczas mój wzrok i już wie, że z ciasteczka nici. Czasami Rosco (oprócz ciastek) spragniony jest towarzystwa. Wsadza swój wielki łeb do pokoju, ale tylko na tyle żeby poruszyć drzwi. Wsadza i cofa, wsadza i cofa, drzwi skrzypią niemiłosiernie. To mu wystarczy: został zauważony, a raczej usłyszany. Wtedy następuje cisza, to dla niego chwila pełna napięcia: pozwolę mu wejść czy nie. Rosco, jako dobrze ułożony pies, nie wchodzi do pokoju bez zaproszenia. Kiedy już go zawołam, wyszukuje sobie miejsce najbliżej okna i układa łeb do słońca. Zupełnie jak kot, a Jeśli chodzi o koty… Rosco wydaje się je zupełnie ignorować. Wystarczy jednak, że nie ma mnie w pobliżu, a w mojego siedmiolatka wstępują nowe siły witalne. Potrafi pędzić niczym szczeniak, przeganiając biedne koty pod same garaże. Kiedy na niego krzyknę, udaje, że nie rozumie o co mi chodzi, bo przecież właśnie pod tymi garażami miał ważną sprawę do załatwienia, nie mającą nic wspólnego z kotami. Co do „ważnych spraw”: nie załatwi ich, dopóki się nie odwrócę… Arystokrata pełną mordą. Kiedy idziemy na spacer, wszystkie psy z okolicznych domów ujadają jak wściekłe, miotając się przy ogrodzeniach. Rosco dumnie kroczy przy mnie, wyniośle unosząc łeb i kompletnie nie zwracając na nie uwagi. Zupełnie jak by myślał: „Szczekajcie, szczekajcie, jestem ponad to.” Rosco, jak pewnie większość psów ma swoje stałe godziny spacerów i karmienia. Z karmieniem to w ogóle śmieszna sprawa. Jeśli nie dostanie tego co lubi, tylko na przykład zwyczajne suche żarcie (w dodatku nie Chappi), bojkotuje miskę. Gdy był młodszy, ostentacyjnie przesuwał ją nosem aż pod ścianę. Po pewnym czasie zrozumiał, że miska i tak nie zniknie (jak i jej zawartość) więc poprzestał na pogardliwym fuknięciu. Psia wiara jest niezachwiana: przez cały dzień ma nadzieję, że sucha karma magicznie zamieni się w wołowinę. Na wszelki wypadek co jakiś czas sprawdza, udając że przyszedł tylko napić się wody. Nadzieja wygasa wraz z lampką nocną: Rosco już wie, że ostatni członek rodziny poszedł spać i szanse na zmianę menu spadły do zera. Z przedpokoju dobiega wówczas zrezygnowane westchnienie, potem stukot pazurów i wreszcie odgłos chrupania znienawidzonej suchej karmy. W ogóle noc dla mojego psa to wielkie przeżycie, często mało przyjemne. Przede wszystkim noc jest ciemna, a pies duży. Nie zawsze udaje nam się go wyminąć, idąc do toalety. W ten sposób raz nadepnie się na ogon, raz na łapę. Kilka razy wyłożyłam się jak długa, potknąwszy o zwaliste cielsko. Nic dziwnego, że po takich przeżyciach, zdarza mu się szczekać przez sen. Gdy szczekanie robi się niepokojąco głośne, budzę go, przytulam i daję ulubioną zabawkę. Do zabawek mojego psa należą: oponka, 3 piłki, kółko, które kiedyś było zielone oraz lew. Lew w swoim krótkim życiu był…balonem. Nie takim zwykłym, ale zrobionym z grubej gumy, na której małe dzieci mogą skakać, i która podobno nie pęka… Nasz lew pękł zanim osiągnął rozmiar średniej piłki, przy pierwszym dmuchaniu. Huk był przeraźliwy, ale Rosco nie uciekł, wręcz przeciwnie: rzucił się na szczątki balona jak wariat! Na szczęście kształt lwa, chociaż w bardzo opłakanym stanie, zachował się w całości. Odtąd jego miejsce jest na psim legowisku i traktowany jest przez nowego właściciela z wielkim szacunkiem. Ten brudny kawałek gumy jeździ z nami na wszystkie wakacje… Mój pies reaguje na wiele komend. Jedną z nich jest „Ciemka!” Wpada wtedy do kuchni jak burza (czasem zderzając się z drzwiami) i obwąchuje kąty w poszukiwaniu ćmy. Rosco jest mistrzem w łapaniu ciem. Po krótkiej gonitwie zawsze je wkońcu dopada i żuje, żuje, żuje, a potem wypluwa. Ćmy umierają w męczarniach… Rosco ma swoje ulubione miejsca, takie, w których czuje się pewnie, a nawet okazuje nieposłuszeństwo. Jednym z nich jest woda: staw, jezioro a zwłaszcza morze. Jak wariat przeskakuje fale, goni mewy i próbuje dopłynąć do Szwecji. Muismy się nieźle namęczyć wywabiając go na brzeg. Zawsze wtedy rozglądam się, czy nie ma w pobliżu ludzi, bo prysznic z mokrego psa to średnia przyjemność. Oczywiście on, ku mojej rozpaczy, zaraz tarza się w piasku, z wyrazem bezgranicznego szczęścia na pysku. Starsze pokolenie może pamiętać rosyjski serial o elektronicznym psie. Pies rasy foksterier został zaprojektowany i stworzony przez swojego pana. Był wyjątkowy i trochę magiczny. Rosco też jest magiczny – potrafi być w trzech miejscach jednocześnie. Chociaż pod tym względem przypomina raczej Kota z Alicji w Krainie Czarów. Już widzę te sceptyczne uśmieszki, ale to najszczersza prawda! Gdy Rosco kładzie się w przedpokoju, jego tylne łapy i ogon są w salonie, a łeb w drugim pokoju. Można? Można! Jest też więcej podobieństw do Kota z Cheshire, na przykład uśmiech. Nikt mi nie wmówi, że psy nie potrafią się uśmiechać! Mój pies robi to bardzo często, mruży przy tym oczy i wygląda jak lis, a z takim uzębieniem mógłby z powodzeniem wystąpić w reklamie pasty do zębów. Rosco prawie nigdy nie szczeka (chyba, że przez sen). Jest najłagodniejszym psem na świecie, domową przytulanką monstrualnych rozmiarów. Przez długi czas żył w przeświadczeniu, że nadal jest szczeniakiem i próbował władować mi się na kolana. Niestety na kolanach mieści się tylko jego łeb. Gdy oswoił się z myślą, że jest duży i taki pozostanie, rozmiar stał się jego atutem. Wykorzystuje masę ciała do pokonywania różnych przeszkód, a małe szczekliwe pieski powala machnięciem ogona. Wyglądem odstrasza też namolnych pijaczków (warcząc groźnie), a w nowych miejscach robi za psiego stróża rodziny. Zresztą zawsze po spacerze sprawdza czy wszyscy są w domu, na swoich miejscach i bezpieczni. Jest też królem taktu i poprawności politycznej. Wszystko co robi, robi w taki sposób, żeby nikt nie poczuł się urażony. Na przykład podczas jedzenia, zwłaszcza ulubionego. Lubię go wtedy zaczepiać, trochę podrażnić. Przemawiam do niego słodko, a on…merda ogonem. Wiadomo, że żadna siła nie oderwie go od miski, wypada jednak zareagować, gdy Pani tak czule przemawia. Ogon idzie więc w ruch, tak dla świętego spokoju, ale morda pozostaje w misce! Rosco nigdy nie liże po twarzy (chyba, że rano czuje się samotny i postanawia kogoś obudzić). Za to przytulanie opanował do perfekcji. Najchętniej wtula się w nas, umorusanym, mokrym pyskiem. Myślę, że robi to z premedytacją (nie tylko koty bywają złośliwe). Udaje też, że zjada warzywa z miski, a potem wypluwa je ukradkiem, w drodze do posłania. Nie raz natknęłam się na ścieżkę marchewek, wypluwanych w regularnych odległościach, jakby były zasadzone na grządce. Myślicie, że pies nie myśli logicznie? To jak wytłumaczyć fakt, że do wydobycia piłki spod ławki, Rosco użył kija? Tak, tak, mój pies jest niesamowity i wyjątkowy. Nie można się przy nim nudzić, a przede wszystkim nie można go nie kochać. Pies jest pełnoprawnym członkiem rodziny i najwierniejszym przyjacielem. Chyba każdy właściciel czworonoga przyzna mi rację.