Historia domku dla lalek

Gdy dziewczyny były małe, dostały od babci domek dla lalek. Teraz bawi się nim Tamaluga. Domek przetrwał w bardzo dobrym stanie, a łatwo nie miał. Nie złamały go liczne wypadki, mniejsze i większe katastrofy.

Przewrócenie się na domek wyszczerbiło mu framugę okienną.

Upadek z wysokiej szafy nadłamał filar.

Jednak najgorszy kataklizm nadszedł w 2005 roku, gdy zamieszkał z nami Pan Roniowy, wówczas 3 miesięczny szczeniak.

Dziewczyny musiały się wiele nauczyć, między innymi tego, żeby nigdy, pod żadnym pozorem nie zostawiać otwartych drzwi do swojego pokoju. Ale dotarło to do nich już po…

Pan Roniowy został w domu sam przez całą godzinę. Nie wiem kiedy w jego durnowatym łbie zrodził się pomysł ataku na domek. Może planował to od początku?

Domek ma trzy poziomy, plus prawe skrzydło i lewe skrzydło – stajnię. Domek był w komplecie z małymi lalkami. Jego pierwotnymi mieszkańcami była rodzina Afroamerykanów – matka, ojciec, córka w wieku szkolnym oraz niemowlę, o nieokreślonej płci. No i koń, nie zapominajmy o koniu.

Żyli sobie spokojnie, nie wadząc nikomu. Byli zwykłą, normalną, kochającą się rodziną. Ojciec dbał o swoich bliskich, codziennie ciężko pracował. Mama sprzątała w domu, gotowała. Córka odrabiała lekcje, zajmowała się koniem. A niemowlę miało swoją huśtawkę, zaczepioną o belkę, łączącą część mieszkalną ze stajnią. Co jakiś czas ktoś podchodził i bujał to niemowlę, aż czasami dziw brał, że nigdy się nie porzygało.

W tamten poniedziałek nic nie zapowiadało tragedii. Tata, jak zwykle wyszedł do pracy, córka do szkoły. Mama właśnie wkładała niemowlę do huśtawki. Nagle do pokoju wpadł ogromny żółty potwór. Potwór tak naprawdę był biszkoptowy, ale zestresowani świadkowie zapamiętali inaczej. Rzucił się ostrymi zębami i w kilka minut dokonał prawdziwej masakry. Pożarł dwa fotele i stół. Mamie wyrwał głowę. Tatę najwidoczniej dopadł w miejscu pracy, czyli na pobliskiej szafce. Nie było z niego co zbierać – o ile pamiętam ostała się prawa ręka. Niemowlę nigdy nie zostało odnalezione, prawdopodobnie potwór połknął je w całości. Masakrę, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu, przeżyła córka. Wyobrażacie sobie, co czuła po powrocie ze szkoły?!

Aha, przetrwał też koń, nie zapominajmy o koniu.

Od tamtej pory to nie byli ci sami ludzie. Córka rzuciła szkołę i od rana do wieczora czesała konia. Aż dziw bierze, że się nie porzygał. Matce na SORze zdołali przyszyć głowę, ale jakby zapadła się w siebie. Dosłownie. Cierpiała na pourazowy syndrom braku szyi: bezpośrednio pod głową umiejscowiły się ramiona. Wyraźnie też kulała, ale i tak nie wychodziła z domu. Całe dnie spędzała na tarasie, milcząca, nieobecna patrzyła przed siebie. Zupełnie jak by wciąż czekała na swojego męża. Albo na listonosza z rentą.

 

Gdy tamtego dnia, już po wszystkim, weszłyśmy do pokoju to przez chwilę stałyśmy w absolutnym szoku. Potem dziewczyny się załamały, a ja, zanim zaczęłam je pocieszać, zamknęłam się na chwilę w toalecie, gdzie dostałam histerycznego ataku śmiechu.

Domek funkcjonował jeszcze długo, co jakiś czas zmieniając mieszkańców.

Ostatnie dziesięć lat przeleżał w piwnicy.

Od ponad pół roku należy do Tamalugi.

Tamaluga dobrze go traktuje i często się nim bawi. Obserwuję tę zabawę z radością, wzruszeniem i  lekkim niepokojem. Otóż , nieważne jak poukładam mieszkańców, kończy się zawsze tak samo: wszystkie lalki ściśnięte w stajni, a w pustym domu, w salonie, koń rozwalony na kanapie ogląda TV. Nie zadaję pytań.

Ostatnio Tamaluga zdecydowała, że jedynym mieszkańcem domku może być Mistrz Yoda, który wcześniej pilnował drzwi.

Jest taki bezproblemowy; nie przewraca się, nie robi zamieszania. Stoi tylko i filozoficznie patrzy w okno. Przygarnęła mu psa pasterskiego.

No i konia, nie zapominajmy o koniu.

Reklamy

O jeden most za daleko

„Nie bij mama!” – przypomina sobie Tamaluga, bawiąc się plastykową rurką. Na szczęście wypowiada to w domowym zaciszu. Co by było, gdyby coś takiego usłyszał postronny świadek? Policja, opieka społeczna i inne przyjazne rodzinie instytucje? Ciekawe, kto by mi uwierzył, że nie „bij mama”, to w rzeczywistości „nie bij mamy”, wypowiedziane przeze mnie, gdy Tamaluga tą samą rurką, trzy dni wcześniej walnęła mnie w głowę.

 

Ktoś, kto hardo myśli, że nic nie jest w stanie go zdziwić, albo ktoś, kto cierpi na chwilowy spadek poczucia własnej wartości – powinien obejrzeć Familiadę. (Albo ktoś, kto właśnie karmi Tamalugę, która nie jest zainteresowana jedzeniem, ale jest zainteresowana skoczną melodyjką i wyrywaniem rzepki).

Do obiadu włączam więc czasami teleturniej, charakteryzujący się wysokim poziomem – jeśli nie prowadzącego, uczestników i ankietowanych – to przynajmniej oglądalności. Nie jestem z tego dumna, ale czego się nie robi dla Tamalugi…

– Powiedzenie o moście – rzuca radośnie prowadzący, zwany dalej Karolem. (W konstrukcję tego pytania w ogóle się nie zagłębiajmy).

Nikt nie wie. Z obu drużyn. Tym razem jakoś się nie dziwię.

– Powiedzenie o moście – Karol nie z tych, co się poddają.

– Most wanted! – odpowiada Tomasz, wchodząc do pokoju.

 

W Internetach hula artykuł „Studenci w Familiadzie” i krótki filmik. Ankieta pod spodem najpełniej oddaje owych studentów oraz przewodzącego nimi Bartka:

Czy twoim zdaniem Bartosz był naćpany?

  1. Tak, na pewno coś brał
  2. Nie, on po prostu taki jest
  3. Nie mam zdania

 

Talent artystyczny Tamaluga odziedziczyła po ojcu. Przynajmniej póki co. Po wielce obiecującym „Juju” oraz „Pipie” (obecnie pipa stała się bibą, co trochę bardziej przypomina słowo właściwe, czyli rybę) uwsteczniła się nieco. Zamazawszy całą kartkę, stwierdziła, że to „mleko” i kazała ją sobie zawiesić w przedpokoju na ścianie. Drugą kartkę zamazała w niemal identyczny sposób tylko inną kredką. To też było mleko. Przyglądając się jak to samo bazgrze po trzeciej, wyraziłam zachwyt mówiąc „piękne mleko”. Tamaluga zerknęła na mnie spode łba i oznajmiła, że to banan.

 

W tak zwanym międzyczasie odwiedziłam koleżankę Janeczkę. Jej mąż akurat był na tygodniowym zwolnieniu, więc gadka z nią się nie kleiła. Nie, żebyśmy miały (ja zwłaszcza) przed nim jakieś tajemnice, ale wiecie. Tym bardziej, że ochoczo włączał się do dyskusji, jako nie mający pojęcia ekspert od wszystkiego.

To nie tak, że nie lubię mężów moich koleżanek. Niektórzy są całkiem fajni, na przykład… Na przykład…

Dobra, żaden nie przychodzi mi do głowy.

Wychodzi na to, że wszystkie moje koleżanki wyszły za mąż za dupków albo idiotów albo odmieńców. A może taka jest kolej rzeczy? Może najpierw trzeba związać się z idiotą (dupkiem albo odmieńcem) żeby potem trafić na tego właściwego?

Spoko, ja też kiedyś wyszłam za idiotę.

Tylko, że ja się rozwiodłam.

W każdym razie mąż Janeczki uważa że jego wiedza znacznie wykracza poza wiedzę zwykłych śmiertelników. W rzeczywistości i poniekąd idiotą będąc. Jednym z jego ulubionych tematów i ponadprzeciętnych „umiejętności” jest tresura psów. Męża Janeczki, w związku z tym nazywamy z Tomkiem „Cesarem”, od imienia najpopularniejszego psiego behawiorysty. Przez następne pół godziny zmuszona byłam do wysłuchania porywającego wykładu; „jak rozpoznać psią agresję po kształcie pyska(!)”

Janeczka westchnęła i nachyliła się do mnie. – Może winka? – szepnęła z rezygnacją.

– Chętnie – ucieszył się Cesar…

– To może MY DWIE wyjdziemy na taras – nie poddawała się.

Pomysł przyjęłam z ulgą, dziękując Bogu za piękną pogodę.

– Ale zabieramy Tamalugę. Nie zostawię jej tutaj z waszym psem (którego naszemu lokalnemu Cezarowi nie udało się wychować przez 10 lat, dodałam w myślach.)

– On jej nic nie zrobi – oznajmił Cesar.

Tak, tak. Tylko na nią warczy, chociaż spokojnie siedzi z boku. Cały czas na nią warczy. Gdyby, nie daj Boże, to przy mojej ogromnej miłości do psów, pacnęłabym go tak, że pysk skurczyłby mu się o dwa rozmiary. Ciekawe co wtedy wyczytałby Cezar z takiego pyska. Po zastanowieniu stwierdziłam, że dwa rozmiary nie wchodzą w rachubę – pies, mimo, że mieszaniec, był w znacznej przewadze bokserem.

Swoją drogą to trochę dziwne, bo wszystkie znane mi dotąd boksery są psami pokojowymi i tak też nastawionymi do świata.

 

Nadmierna praca przy komputerze daje mi się we znaki. Wszystko mnie rozprasza, a najbardziej wyskakujące reklamy i tytuły artykułów. Czytam ja sobie spokojnie niezwykle intrygujący poradnik o krochmaleniu firanek, aż tu nagle pojawia się u góry „Lewandowska ma kopa!” Nosz, kurde mogliby już sobie odpuścić. Jednak proces myślowy się rozpoczął: Jakiego kopa? Ćwiczy ponad miarę, czy znowu jest w ciąży i dziecko już kopie? Dobra, co tam. Klikam w tytuł „Lewandowska ma kopa” i już po pierwszych linijkach coś mi nie gra. Czytam tytuł jeszcze raz i nie brzmi już „Lewandowska ma kopa” tylko „Legowisko dla kota”. Jedyne 19, 99…

 

Na koniec BONUS:

Wybrane smaczki z Familiady.

 

– Co można zrobić z kotem?

– Powiesić.

 

– Lama to?

– Ktoś powolny.

 

– Co zużywa najwięcej energii?

– Prąd.

Piękna pipa na dużym juju

Pies sąsiadki stanął w miejscu. Stanęłam i ja, i się gapię, bo nie mogę w to uwierzyć. Ona chyba też nie, bo też stoi i się gapi. „Ona jest cała czarna”, stwierdzam bez sensu, po czym dodaję: „Wiedziała pani o tym?” Sąsiadka przygląda mi się z irytacją. „Tak, wiedziałam. Ona w domu tak nie biega…” „Koti!”, woła Tamaluga, dla której wszystkie psy mniejsze od spaniela są kotami.

To ją chyba dobiło, tę sąsiadkę, bo szarpnąwszy smycz, zaciągnęła sukę do domu.

 

Tamaluga bezustannie odkrywa swój niewątpliwy talent plastyczny. Póki co, zawężony tematycznie. Mocno zawężony. Rysuje tylko dwa obiekty.

Dwie pionowe kreski biegnące (mniej więcej) z góry do (mniej więcej) dołu.

„Co to jest?”, pytam.

„To juju (zjeżdżalnia).

Ostatnio kresek przybyło, więc przez chwilę pomyślałam, że to tęcza.

„Co to jest?”

„To duzio juju”.

No, tak.

Drugi obiekt to (poniekąd) elipsa z okiem.

„A to co, kochanie?”

„To pipa! (ryba)” odpowiada i marszczy się patrząc na mnie, bo przecież to oczywiste.

„Piękne, Tamalusiu, w życiu nie widziałam piękniejszej pipy!”

„Rzekłbym to samo”, wtrąca Tomek, „ale mogę zarobić od mamusi w łeb…”

Także…

Na razie rysuje to naprzemiennie, ale może kiedyś doczekamy się pipy osadzonej na tym juju. Mogłaby przecież ta pipa zjeżdżać na tym juju do wody…

 

Wiktoria od dwóch tygodni pracuje w Międzyzdrojach. Ciężko pracuje. Muszę przyznać, że jest ambitna i wytrwała, nie znałam jej z tej strony. Wybrała pracę w gastronomii, gdzie cały czas jest ruch, chociaż proponowaliśmy jej butik naszej znajomej. Dobrze, niech pozna co to prawdziwa harówa. Gdy skończyła liceum stwierdziła, ze potrzebuje zmiany, czyli zrobiła tatuaż i przefarbowała się na blond. Znowu, po 4 latach zniszczyła swoje piękne włosy. Patrzę na nią i nie wierzę, że to moja córeczka, której jeszcze wczoraj śpiewałam „Jadą, jadą misie”. Od kiedy jest blondynką tym bardziej nie wierzę. W dodatku nie poznajemy jej z Tomkiem nawet z bliskiej odległości. Na szczęście nigdzie nie znalazłam konkursu na rodziców roku, także luz. 😀

Opuściłam się w czytaniu. Bardzo się opuściłam. Gdy wieczorem mam chwilę – wybieram laptop i blogi. Zerkam tylko tęsknym wzrokiem na półkę z książkami. I jak to pogodzić? Laptop z książką? Rozwiązanie nadeszło samo – spieprzyła się laptopowa klapa. To znaczy matryca. Rozdwoiła się. Właściwie rozczworzyła. I wiecie co? Wygląda teraz zupełnie jak książka… Można?

Sobota, tydzień temu, godzina 22. Leniwie przeglądam Internet w poszukiwaniu inspiracji na następny dzień. Patrzę: pchli targ. Kurde, no! Zawsze o nim zapominam, chociaż organizowany jest dwa razy w miesiącu, i to dwa rzuty beretem od naszego domu.  A może by tak tym razem, wystąpić w pozycji sprzedawcy? No i mnie wzięło i pogięło. Przystawiłam krzesło do pawlacza i z latarką w zębach (nie włączyłam światła, żeby nie obudzić Tamalugi) zaczęłam pośpiesznie wertować jego zawartość. Czy wy to znacie? Wiecie, że macie pełno nieużywanych rzeczy, co chwile nieproszone wpadają wam w ręce, ale gdy potrzebujecie coś znaleźć, to nie ma… U mnie nic nie było, bo wszystko, czego nie używam od razu wysyłam potrzebującym. I wiecie, gdy tak szukacie, podnieceni wizją niedzielnego handlu, najdurniejsze pomysły przychodzą wam do głowy… Po kilku minutach już WSZYSTKO w zasadzie nadaje się na sprzedaż, łącznie z gaciami waszych partnerów…

Dobra, kilka rzeczy się znalazło. Stolik (od czego kreatywność?) zastąpiła suszarka naciągnięta kocem. Nie sprzedałam wiele, ale i tak było fajnie. Targ przylegał do placu zabaw, więc i Tamalugę dało się ogarnąć. Poza tym ciepło, ale nie gorąco – idealna pogoda na kupczenie.

KUPCZENIE. Uwielbiam to słowo. Kiedyś z moim dawnym przyjacielem, Dżekiem, siedzieliśmy w pubie. Podrywała go jakaś kobieta, a gdy po krótkiej wymianie zdań wrócił do stolika, stwierdził ze smutkiem: „Liczyłem na długi i romantyczny związek, tymczasem ta pani tylko kupczy swoim ciałem”.

Posikałam się.

   DUZIO JUJU

   PIPA

A na dodatek – Smok Szczerbatek

Nie wiem kto durny wymyślił, że „imieniny to się ma po urodzinach”. Nie wiem, kto wymyślił, ale poszło w Polskę i co jakiś czas obija mi się o uszy, doprowadzając do śmiechu. Ostatnio znowu usłyszałam: „Jak to? Masz urodziny po imieninach?! Przecież to niemożliwe, coś ci się pomyliło. Przecież najpierw się człowiek rodzi, a potem dostaje imię…” Palec do budki, komu ten argument wydaje się logiczny. Już mi się nawet nie chce tłumaczyć, co ma piernik do wiatraka, i że codziennie są czyjeś imieniny, wystarczy wybrać sobie dogodny termin. Myślałam, że to oczywiste. Nie szukając daleko – ja. Moje imieniny przypadają raz w roku. Dwa miesiące przed urodzinami.

I teraz, co? Albo nie powinnam mieć tak na imię, albo nie powinnam mieć imienin, albo nie powinnam się urodzić. A może w ogóle mnie nie ma, wszystko jest Matrixem, co potęguje jeszcze fakt, że nie posiadam konta na fejsie. Odpowiedziałam tej osobie, że ma całkowitą rację, i że właśnie dlatego z całą premedytacją, normalnie i na legalu bojkotuję ten dzień.

Obserwuję z okna moją sąsiadkę, która świńskim truchtem kilkakrotnie okrąża blok. To pies wyznacza trasę i tempo przebieżki. Sąsiadka w życiu psa nie miała, ale zachciała, bo pozazdrościła mi Pana Roniowego. I teraz ma psa, z którym nie wychodzi, bo to pies wychodzi z nią, a raczej wybiega, przeciągając ją w rączym galopie dookoła bloku. Czarna, mała, charcząca suczka. Charcząca,  bo wiecznie na smyczy. Nigdy nie widziałam jej bez smyczy. Nigdy też nie widziałam jej stojącej w miejscu. Cały czas zapiernicza, a właścicielka za nią. W biegu krzyczy nam „dzień dobry”, w biegu odbiera telefon. Może to i lepiej. Nigdy nie przepadałam za jej towarzystwem, a  teraz przynajmniej nie ma czasu na zanudzanie nas bzdurami.

Obserwuję takich ludzi z psami, codziennie na ulicy. Dlaczego tak wielu z nich decyduje się na psa, nie mając pojęcia, nie tylko o danej rasie, ale o psach w ogóle? Oczywiście dla szpanu.

A potem nieszczęście gotowe. Na przykład coraz liczniejsze przypadki pogryzienia dziecka przez psa. Przerażające.

Wiecie, że uwielbiam psy (oboje z Tomkiem mamy fioła na tym punkcie) i tą miłością zarażam Tamalugę. Jednak nigdy nie pozwalam jej głaskać obcego psa i uczę pewnych zachowań, jak podejść, z której strony i wtedy, przy obecności i zgodzie właściciela pozwalam psa pogłaskać. Prawda jest taka, że nawet to nie zawsze uchroni przed tragedią. Z jednej strony chcę żeby miała respekt do zwierząt, z drugiej – nie chcę żeby się ich bała. Osobiście nie wyobrażam sobie domu bez psa, ale też nie wyobrażam sobie, by jakikolwiek pies mógł zastąpić Pana Roniowego, którego pożegnaliśmy w zeszłym roku.

Pan Roniowy wkroczył do domu, gdy były w nim już dzieci. Zanim to nastąpiło, długo się do tego przygotowywałam. Dużo czytałam o goldenach i testowałam dziewczynki podwójnie – na serce dla psa i na alergię na psy J

„Dlaczego nie wzięłaś psa ze schroniska?!” ochrzaniła mnie ciotka. A, no dlatego, droga ciociu, że przy dwójce małych dzieci nie mogłam sobie pozwolić na ryzyko. Podziwiam i wspieram ludzi, którzy to robią, ale taki psiak po przejściach, o których nie mamy pojęcia, może nie odnaleźć się wśród dzieci. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której bałabym się zostawić dzieci z psem. I mam tu na myśli obie strony.

Pozostając przy zwierzętach. Moje dziewczyny chcą smoki. Wiktoria biało – różowego, a Oliwia czarnego, argumentując tym, że jest podobny do Szczerbatka z filmu „Jak wytresować smoka”. Wiktoria nie miała argumentów, ale mogę się tylko domyślać, że kolorystycznie pasuje jej do wystroju pokoju(!) Gadały jedna, przez drugą, więc nie potrafię wam wyjaśnić, jak to coś się nazywa, i czy jest rybą czy płazem. Zrozumiałam tylko, że akwarium ma byś wypełnione wodą. I że te… stworzenia jedzą surowe mięso. Widząc moje rosnące przerażenie, Wika stwierdziła: „Mama, nie pękaj, on duży nie urośnie”, na co ja zauważyłam, że w serialu „Stranger things” też tak mówili, a potem potwór zeżarł pół dzielnicy. „To co innego. Tamten był kosmitą.” „A skąd ty, dziecko, wiesz, że i ten nie jest?!” Pomyślałam o wezwaniu posiłków, czyli Tomka. Po, tak zwanym niewczasie, przypomniałam sobie, że on wierzy w UFO, a więc potencjalni kosmici jak najbardziej mile widziani. No i dupa. Trzy głosy przeciw jednemu. A tak się cieszyłam, gdy wyperswadowałam im gryzącego kable królika i wmówiłam, że koty mają ADHD.

W związku z tymi smokami, przypomniał mi się wierszyk z „Księgi Nonsensu”, którą zaczytywałam się w dzieciństwie. A oto jego fragment:

Takie Coś, ani to, ni sio

zjawiło się w kraju Dżolibolibo.

I raz wszystkie ssaki z wszystkich puszcz i łąk

zbiegły się do niego i stanęły w krąg(…)

(…)I rzekł Lew do lisa:

nikt tak nie wie, jak

Ty to wiesz, że jesteś

najmądrzejszy ssak!

Przeproś, oraz poproś

jak najgrzeczniej, go,

żeby nam powiedział,

kto on jest, czy co.

Skąd się wziął, dlaczego,

dobry jest, czy zły?

Owad to, czy ryba?

Ptak, czy ssak, jak my?(…)

Uchylam rąbka (tajemnicy): będzie o kupie i robaku

Na początek – zagadka. Co to za piosenka, śpiewana przez Tamalugę kilka razy dziennie:
„Lo lo lo. Olły niis, olły niis. Lo lo lo.”
Nie wiecie? Nie szkodzi. Ja też nie wiedziałam, dopóki nie zobaczyłam reklamy. To „All we need is love (Love, love, love)”, w oryginale śpiewana przez Beatlesów, a ostatnio przez wielu różnych dziwnych ludzi, w tym dziewczynę na dachu – wykorzystywana namiętnie w reklamach pewnej telefonii komórkowej. Tamaluga, jak się na coś uprze, to nie ma rózgi na kobyłkę.

„Chodź, zmienimy pieluszkę” mówię do Tamalugi.
„Kupa je?” pyta.
„Nie wiem, zaraz sprawdzę”. Odchylam rąbek pieluchy. „Nie ma kupy” informuję zainteresowaną.
„Kupa je – nie?” – bo człowiek, nawet mały, musi się upewnić.
Wiecie, że gdy gdzieś się człek zapatrzy, a zwłaszcza do góry, to inni ludzie robią to samo? Czasami podczas spaceru z Tamalugą przystaję i patrzę sobie na wierzchołek drzewa, albo na chmury i kątem oka widzę, że ludzie też przystają i gapią się w górę. Śmiesznie. A jeszcze śmieszniej, gdy się orientują, że tak naprawdę niczego ciekawego (według nich) tam nie ma…
Albo wczoraj:
Chrząszcz włazi po murze. Po budynku. Konkretnie po moim budynku, a jeszcze konkretniej po numerkach domofonu. Włazi i depcze sobie po nóżkach. To co, on nie czuje jak idzie? Nie wie gdzie stopę postawić? Stoję i patrzę, poniekąd, zafascynowana. Nawet nie wiem kiedy zebrał się za mną tłumek gapiów. W zasadzie to tylko dwóch sąsiadów, ale do tak wątpliwego emocjonalnie widowiska to już tłumek.
T: „Fajny ten żuczek, ale nie umie chodzić”.
A: „Zakład, że dojdzie do trzynastki?”
T: „Stoi. Nie dojdzie”.
A: „No, rzeczywiście chyba nie dojdzie, bo skręca. Ahaja, wlezie ci do domu. Przez okno”.
„Chyba tobie! A w ogóle, to ja go pierwsza zobaczyłam, a wy co? Nie macie nic do roboty?!”
Pokręcili się chwilę i poszli, a ja pomyślałam, że jesienią w moim bloku sąsiedzi naprawdę się nudzą.
Nadchodzi sąsiad numer trzy. Ten od suki Zuzi.
„Co tam masz? Robala? A, właśnie, widziałaś najnowszy filmik z Zuzią?” (Nawet nie zdziwiło mnie, że chrząszcz skojarzył mu się z psem. Jemu wszystko kojarzy się z psem.)
„Jak miałam widzieć? Przecież nie mam fejsbuka”.
„Wiem, ale może Wiktoria ci pokazała, bo gadałem z nią dzisiaj”.
Wyobraźnia podsunęła mi obraz mojej wiecznie spieszącej się dziewiętnastolatki, zatrzymanej w biegu przez fanatycznego właściciela czworonoga. Biedne dziecko…
„Koniecznie musisz zobaczyć! Ma tytuł „Zuzia buszuje w lesie…”
Jezu.
„Dobrze, wejdę na fejsa od Tomka i…”
„Nie, nie! Tam nie będzie. Tam są tylko filmiki z lata. Musisz wejść na stronę Zuzi i…”
„Słucham? Na stronę Zuzi?”
„No tak, zaraz dam ci adres”.
Jezu, Jezu, Jezu.

 

„Tomek, wiesz, że suka Zuzia ma swoją stronę?”
„Opowiesz mi później, lecę pod prysznic. Mam wreszcie wolną łazienkę!”
Czasami myślę, że Tomek powinien dostać jakiś medal, albo harcerską sprawność. Życie z czterema kobietami musi być dla niego hardkorem.
Ledwo powstrzymuję śmiech, widząc jak gorączkowo szuka ręcznika i rozbiera się niemal w biegu. Gdy jest już w samych gatkach, Tamaluga podchodzi do niego i uchyla rąbek:
„Tata, kupa je?”

 

Dobry zwyczaj – nie pożyczaj. Lepiej zostaw naklejkę na drzwiach

Boszszsze, jak ja nie lubię pożyczać samochodu! To znaczy, od kogoś, a konkretnie od K. Na szczęście robimy to rzadko, w przypadkach „emergency”, zazwyczaj gdy trzeba przemieścić Pana Roniowego z punktu A do punktu B. Do tego celu (niestety) potrzebujemy samochodu większego, przestronnego, potrafiącego nie tylko pomieścić psie gabaryty, ale też zapewnić mu pewien rodzaj komfortu, czyli, np. ułatwić wyciągnięcie przednich lub tylnych łap, albo wszystkich czterech na raz, bez stresu, że o coś zahaczy, porysuje fotel, zwolni ręczny itp… Wtedy pozostaje nam K, który i owszem, i chętnie, ale w praktyce to niechętnie i zdecydowanie raczej nie. Przede wszystkim, jeśli pożyczamy auto od 9 do 12, to już 12:10 musimy zapierniczać pod blok K, łamiąc wszelkie przepisy. Bo K akurat o tej godzinie potrzebuje samochód, chociaż leży w łóżku z gorączką. Zbiega wówczas na dół, choćby w szlafroku i z termometrem w paszczy i dokonuje powolnych i dokładnych oględzin swego szrota, pardon – cudeńka… Nie znalazł dotąd żadnej rysy, ale nigdy nic nie wiadomo, prawda? Druga sprawa: fakt, że auto oddajemy zatankowane jest chyba rzeczą naturalną i zrozumiałą samą przez się. Inna sprawa, że oddajemy również odkurzone i wymyte, czego już robić raczej nie musimy, zwłaszcza, że nie my brudzimy, tylko K… Nie spodziewamy się podziękowania (choć byłoby miło). Zamiast tego dostajemy zjebki. „No dobrze, dobrze, ale dlaczego moje okulary nie są w drzwiach, tylko w schowku?” Zabij mnie: nie mam na to wytłumaczenia. „A gdzie moja zapalniczka?” „Przecież są dwie” – pokazuję. „No, właśnie: dwie, a były trzy…” „Masz na myśli tę zieloną, zepsutą i bez gazu?” pytam. „Tak, dokładnie.” „W śmietniku. Ale wiem w którym. Jeśli nas podwieziesz, jest jeszcze szansa…” K nie wyczuł sarkazmu, Tomek parsknął śmiechem. „Tym razem trochę niedomyty na tej myjni…” ciągnie K niezrażony. Cóż za niedopatrzenie! Już wdziewam bikini, chwytam gąbkę i niczym w amerykańskim teledysku pierdyknę ci szoła pod oknem. Ciekawe tylko, co na to twoja żona. Tomek nie wytrzymuje: „Wiesz co, tak na dobrą sprawę nie muszę go nawet sprzątać w środku, i nie robię tego dla ciebie, ale dla mojego dziecka, żeby nie siedziało w syfie jaki po sobie zostawiasz.” Jeszcze zabawniej było, gdy K pożyczył nam samochód na dwa dni, a potem dzwonił co 3 godziny, z uprzejmym zapytaniem, czy jeszcze go potrzebujemy…
Spotkałam dzisiaj sąsiada. Tego od psa. Stwierdziłam, że jego pierdolec, na punkcie swojej Zuzi sięgnął zenitu. A raczej dna… Zamówił, bowiem, pudło naklejek z wizerunkiem Zuzi, jak je, śpi, stoi… Na ch… olerę mu to? Nie wiadomo. Pozostanie to taką samą zagadką, jak sens produkcji woskowych kredek. W każdym razie, gdy nam to oznajmił – oboje z Tomkiem zawyliśmy ze śmiechu, a mina sąsiada – bezcenna. (Za resztę zapłacisz naklejkami). Gdy później jechaliśmy samochodem, mówię do Tomka: „Ty, a choć nakleimy mu na drzwiach „Zuzia to suka”…” Dobrze, że akurat stanęliśmy na czerwonym. Muszę zapamiętać, żeby nie rozśmieszać Tomka w trakcie jazdy.
Wymienili nam domofon. Wreszcie! Ciągnęło się to ze dwa miesiące. Jakieś 3 tygodnie temu, po wielkich bólach i dziesiątkach szlugów spalonych przed klatką – wstawili nową wkładkę w drzwi, w miejsce zepsutej. No i dali nam po kluczu. Dorobiliśmy więc klucze dla całej rodziny, żeby dowiedzieć się, że… w sierpniu będzie całkiem nowy domofon. Gdzie tu sens, gdzie logika? No i teraz mamy nowy domofon, taki zagramaniczny, na szyfr! Co by było już całkowicie ściśle tajne – numery szyfru wrzucili nam do skrzynek. Wszystko zajebiście, ale „w razie pomyłki, wciśnij #” Wgapiałam się w guziczki na domofonie, aż mi oczy zaczęły łzawić, ale symbolu # nie dojrzałam. Mam prawo przypuszczać, że go tam nie ma, bo raczej trudno byłoby przeoczyć na 13 guzikowej klawiaturze… Także, tego… Aha, a drzwi i tak otwarte wszem i wobec, więc na nową (kolejną) wkładkę poczekamy następne tygodnie…

DSC_0384Stojąc na światłach samochodem, zastanawiamy się ilu kierowców sądzi, że daliśmy tak dziecku na imię… 😀

Letnie wiadomo co, a kto opóźnia też wiadomo

Przypomniały mi się wakacje sprzed dwóch lat, w Świnoujściu. Tuż przed wyjazdem zepsuł nam się samochód, więc zmuszeni byliśmy odbyć drogę pociągiem. Tomek, dziewczyny, ja – wówczas ciężarna cukrzyczka, stary i przygłuchy Pan Roniowy i sterta tobołów. Prezentowaliśmy widok dosyć osobliwy. Już po przeprawie promowej okazało się, że Świnoujście jest wielkości Tokio, o czym albo zapomnieliśmy, albo tak monstrualnie rozrosło się w ciągu 5 lat. W każdym razie bez samochodu przedstawiało się to bardzo słabo. W połowie wędrówki wymiękłam. Usiadłam na walizce i w ramach protestu wyciągnęłam kanapkę. Gdy rozejrzałam się w poszukiwaniu dziewczyn, okazało się, że one wymiękły już dawno. Daleko w tyle majaczyły ich walizki, porzucone bezpańsko pod pierwszym lepszym obuwniczym. Zdrajczynie. Tomek, za to, gdyby się kto pytał, wypruł do przodu jak poparzony. Świetnie. Ciekawe, czy ktokolwiek miał przy sobie telefon, bo mój oddalał się, energicznie podrygując w torbie na ramieniu Tomka. Wreszcie, jakimś cudem (część na nogach, część taksówką, część na smyczy) dotarliśmy pod zapisany adres. Jęzory wisiały nam do kolan, a nogi odpadały z tej części ciała, z jakiej zazwyczaj odpadają. Kwatera, owszem, ładna: przybudówka, kuchnia, łazienka i dwa pokoje – w czym jeden z telewizorem. Na ten właśnie pokój rzuciły się dziewczyny, resztkami swych sił. Żadnego ustępstwa dla ciężarnej matki. Za grosz zrozumienia. Trudno – poczłapaliśmy z Tomkiem do pokoju ciszy. (Szybko okazało się, że tylko u nas odbiera internet – tym razem my pozostaliśmy niewzruszeni na zamianę 😀 ) Gdy pół godziny później, właściciel grzecznie zapukał we framugę i wszedł do środka, zastał wszystkich leżących na łóżkach pokotem. Reszta rodziny wykrzesała w sobie siły na „Dzień dobry”, z moich ust wydobył się jeno niewyraźny bełkot. Już wiedziałam, że żadna siła nie wyciągnie mnie z pokoju do jutra. Właściciel coś mówił, więc próbowałam skupić na nim uwagę, ale robił mi się coraz bardziej zamazany. Odpływając w sen zdążyłam usłyszeć, że mieszkamy „Pod Bocianem”, który przynosi parom… wiadomo co. Usłyszałam też Tomka, informującego, że „wiadomo co” już nam się przytrafiło.
Przez cały pobyt boleśnie odczuliśmy brak samochodu. Kto odczuł najboleśniej? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Oczywiście istniały jakieś autobusy na plażę, ale Pan Roniowy źle znosił podróż, a i codzienne bilety dla całej rodziny szybko wykończyłyby nas finansowo. Tak więc, każdego dnia dobrowolnie skazywaliśmy się na torturę, maszerując przez całe miasto. W tym torby, koce, parawany, ciężarna cukrzyczka i stary pies. Co najmniej dwukrotnie. Kto dodatkowo opóźniał marsze? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Właściwie jesteśmy pełni podziwu dla Pana Roniowego, że trzaskał takie trasy w wieku 12 lat. Biedulek…
Na plaży też żaden relaks i odprężenie, bo ciężarnej cukrzyczce co chwilę chciało się siku i ciężarna cukrzyczka zapieprzała na wymęczonych kończynach do toalety i z powrotem, pierdylion razy. Wkrótce przeszłam z babcią klozetową na „ty” i poznałam historię jej rodziny.
Odpoczywałam dopiero w domu. Nasza kwatera wychodziła prosto na ogród, w którym rosła, dosłownie na przeciwko drzwi – soczysta jabłoń. A ja miałam w ciąży jedyną zachciankę – jabłka właśnie, byłam więc w raju.

Obserwując wahania wyjazdowych trendów, zauważyłam pewną prawidłowość. Do połowy lat 90 był boom na polskie morze. Wiele nadmorskich mieścinek przekształciło się w kurorty. Trwała w nich bezustanna pieriestrojka, pokrywając asfaltem wydeptane ścieżki i zamieniając ryneczki w bulwary. Moje ukochane Międzyzdroje straciły bezpowrotnie swoje stare, skrzypiące molo, które zaczęło wyglądać tak, jak teraz wygląda. Pojawił się nowy gatunek letników – skóra, fura i komóra. Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że po wąskich, sennych uliczkach można w ogóle poruszać się autem. A tu „wziiiuutt! wziuuutt! i beztłumikowe „ęęęęęęęę!”
W drugiej połowie lat 90 nastała moda na polskie góry. Góralska kultura zaczęła być na topie – w kabaretach pojawiły się góralskie skecze, na festiwalach góralskie pieśni. No i promocja w telewizji, ze śpiewającym politykiem w filmie „Girl Guide”, na czele.
Lata 2000 to otwieranie się kolejnych biur podróży i parcie na egzotyczne wakacje. Każdy, noszkuwa KAŻDY musiał choć raz zaliczyć Majorkę lub Egipt, bo jak by to wyglądało wśród znajomych! Przecież „wszyscy już byli”… Trzeba jechać, trzeba, koniecznie, chociażby na weekend, żeby pstryknąć fotę na Naszą Klasę, czy to drugie, co to później nadejszło. 😀 Pamiętam, moją reakcję – najpierw opadła mi półka, potem dostałam ataku śmiechu, gdy natrafiłam na foty znajomych z dzielnicy. Foty z Kanarów, a znajomi, na co dzień, spod monopolowego… Mam nadzieję, że odtąd przestali narzekać na niskie zasiłki w Polsce 😀
Obecnie trendy się zmieniły, a raczej wymiksowały. Ludzie (wreszcie) jeżdżą tam, gdzie chcą, a nie tam gdzie wiodą ich napompowane ambicje i presja otoczenia. Coraz więcej ludzi ma odwagę przyznać, że… nigdzie się nie wybiera. O! I to są odważne wakacje!

 

 

Wyrodna matka małej Czeszki i inne przypadki

Dowiedziałam się, że Tomek czyta moje wpisy. Szok i niedowierzanie. Na pytanie „Ale jak to?” oraz stwierdzenie „nie możesz!” odpowiedział, że blog jest ogólnie dostępny dla wszystkich. Wobec zaistniałej sytuacji pozostało mi tylko przeryć zakamarki pamięci, czy pisałam o nim coś, po czym mógłby się sfochować, ale chyba nie. Nie wiem tylko jak to, że już wiem, wpłynie na moje dalsze wpisy. Czy pozostaną tak obiektywne i bezstronne jak TVP1? 😀
Sam zainteresowany wzrusza ramionami z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Lub tajemniczym uśmieszkiem na ustach. (Właśnie poprawiłam literówkę. Okazuje się, że zamiana miejscami dwóch pierwszych liter w słowie „ustach” obrazuje zgoła odmienną część ciała). No, dobra, skoro już się dowiedział, mogłam zrobić dwie rzeczy:
1. Zlikwidować (Tomka, nie bloga) i zatrzeć ślady.
2. Zaakceptować i wtajemniczyć. Nie do końca, ale tak trochę.
Jako urodzona pacyfistka wybrałam drugą możliwość, i w ten sposób dowiedział się nieco o mojej bandzie. Banan na jego twarzy powiększał się wprost proporcjonalnie do rozwoju opowiadania. Na koniec i on stwierdził dwie rzeczy:
1. Że czytać nie przestanie.
2. Że chce koszulkę z napisem „I love Bahama Mama” (dzięki Dziubasowa! Pomijam już fakt, że od tamtej pory łazi mi ta piosenka po głowie 😀 :D)
Ale na tym nie koniec. Jak to w małych mieszkaniach bywa – trudno tam o prywatność, więc:
„Piszesz bloga, mama? Fajnie!”
„Bloga? Ja też chcę przeczytać!”
No i dupa. Na szczęście, udało mi się zmienić temat – czyli po prostu wpuściłam im Tamalugę do pokoju 😀
Apropos Tamalugi wpuszczanej do dziewczyn, to muszę wam się do czegoś przyznać. Jestem wyrodną matką i będę się smażyć w piekle, bo… zapomniałam o mojej kochanej córeczce na całe 3 minuty! Przez cały dzień jestem na „stendbaju”. Cokolwiek robię mam Tamalugę po kontrolą, nie ma szansy żebym zapomniała o niej choć na chwilę… Gdy jednak dziewczyny biorą ją do siebie – mój umysł pozwala sobie na odpoczynek. Stałam sobie w kuchni i nieśpiesznie popijałam kawkę. Wzrok mój powędrował za okno i zawisł na jabłoni sąsiada. Nie wiem jak długo to trwało, przypuszczam, że ze 3 minuty właśnie. Nagle usłyszałam Tamalugowy śmiech zza ściany i (Boże, przebacz) zastanowiłam się co to za dziecko tak się śmieje(!!!)
Tamaluga mówi po czesku. Tomek jest o tym przekonany. To sporo wyjaśnia. Często z tonu jej głosu wnioskujemy, że właśnie zadała pytanie i oczekuje na odpowiedź. Odpowiadamy zazwyczaj „Tak, kochanie”, co w niektórych przypadkach pewnie bardzo ją dziwi. Jeśli przyjmiemy, że „Adziuła aba bibi bu?” oznacza „Czy możesz przynieść mi kanapkę z łososiem?”, na co odpowiadamy „Tak, kochanie” to oczywiste jest, że Tamaluga czeka. Prośba jednak nie zostaje spełniona, a to musi być dla niej bardzo frustrujące. Jeśli, z kolei, założymy, że łatwiej zrozumie proste komunikaty (Kali jeść) – ona może zakładać to samo w stosunku do nas. I tak też czyni, co sprawia, że coraz częściej potrafi się z nami porozumieć. Używa na przykład słowa klucza, z bogatych zasobów języka polskiego, urozmaicając je dodatkowo swoim (czeskim). „Baba ko je. Podaś?”, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Mama, smoczek jest (tam, za łóżeczkiem, czyli spadł na podłogę). Podasz?” Albo „Buzi daś?” albo „Dzie tata?” „Idzie juś?” Albo na maksa naładowane emocjami „O jeeee!” – tak, można to przyrównać do „Oh yeah!” Uwielbiam ten dzidziowy słownik!
Ostatnio uciekam przed sąsiadem z góry. Nie mam już siły dłużej słuchać o jego niesamowicie niesamowitym psie. Wiecie, sama jestem zakochana w Panu Roniowym, ale nie zanudzam nikogo gadkami na ten temat. A tutaj: „Zobacz, popatrz tylko jak on majestatycznie merda ogonem”, „Byliśmy dzisiaj na zastrzyku, prawda pieseczku, prawda? I taki zły pan doktor zrobił ci ała…”, „Coś on saneczkuje(!) ostatnio… Może ma robaki?”, „Zmieniliśmy karmę, i teraz zdrowy pieseczek, aż kupka zwarta!”, „Ale ma ząbki piękniutkie! Popatrz jakie ząbki!”
Mało, że muszę z grzeczności, wgapiać się w psa jak wół w malowane wrota – potem zmuszona jestem oglądać jego nagrania w telefonie! Czasami gdy stoimy pod blokiem i widzimy naszego sąsiada, Tomek pyta „Jak myślisz? Dzisiaj będzie o luźnej kupce czy o weterynarzu?” „Myślę, że o weterynarzu, bo od tygodnia przeżywają wizytę.” Wczoraj wychodzę na dwór, a tuż pod klatką stoi sąsiad z dwoma kolegami. No i psem, rzecz jasna. Coś im opowiada (sąsiad, nie pies) i żywo gestykuluje (ciekawe o czym) a miny kolegów mówią wszystko… Zauważyli mnie – nie było sensu się chować. „O, dobrze, że jesteś. Popatrz na niego. Nie uważasz, że… jedno ucho ma jakby krótsze?” Spojrzałam posłusznie na psa, to samo uczynili wszyscy zebrani. Pies musiał czuć się głupawo. Po chwili oprzytomniałam i przerwałam tę farsę. „Z całym szacunkiem, ale mam ciekawsze rzeczy do roboty niż gapienie się na twojego psa” oznajmiłam. „Tak? A jakie?” zapytał. Przysięgam…

Na zakończenie historyjka obrazkowa pod tytułem „Tamaluga w restauracji”

IMG_1987 — kopia

Dobre żarcie tu podają…

IMG_1982

Cholera! Zapomniałam kasy!

IMG_1993

Na szczęście można tu odpracować:)

CIEMKOŁAP – NAJLEPSZY PRZYJACIEL LWA

Patrzę na tego mojego śmierdziela, i patrzę, i nie mogę się napatrzeć. Jest z nami od 12 lat. Dzielny staruszek. A oto felieton, który napisałam kilka lat temu. Pięknie, pięknie – blog (almost) parentingowy, a więcej o psie, niż o dzieciach 😀

 

– Czy wiesz, że niektóre psy są mądrzejsze od właścicieli?

 – Pewnie! Sam mam takiego psa...”

Dowcip stary jak świat, ale trafiający w sedno. Właściciele psów wiedzą o czym mówię. I ja zaliczam się do grona tych szczęśliwców, i oczywiście wierzę, że to właśnie mój pies jest najmądrzejszy na świecie.

Większość psów odwraca wzrok gdy patrzy się im w oczy. Mój Rosco to mistrz „walki na wzrok”. Przeważnie to ja pierwsza kapituluję, rozbrojona komizmem sytuacji. Walka charakterów? Próba sił: pies kontra człowiek? Szczerze wątpię. Jest to raczej patrzenie z gatunku „czego-ona-ode-mnie-chce? Mogłaby-dać-mi-ciasteczko.” Ciasteczko i owszem, ale nic za darmo. Sztuczkę „turlaj się” ma opanowaną do perfekcji. Najśmieszniejsze jest to, że robi ją sam z siebie, w najmniej odpowiednim momencie. Po prostu ładuje się do kuchni i turla na podłodze w tę i z powrotem, od ściany do zlewu i od stołu do lodówki. Czasami, gdy myśli, że nie patrzę, wykonuje tylko półobrót i wraca do poprzedniej pozycji. Napotyka wówczas mój wzrok i już wie, że z ciasteczka nici. Czasami Rosco (oprócz ciastek) spragniony jest towarzystwa. Wsadza swój wielki łeb do pokoju, ale tylko na tyle żeby poruszyć drzwi. Wsadza i cofa, wsadza i cofa, drzwi skrzypią niemiłosiernie. To mu wystarczy: został zauważony, a raczej usłyszany. Wtedy następuje cisza, to dla niego chwila pełna napięcia: pozwolę mu wejść czy nie. Rosco, jako dobrze ułożony pies, nie wchodzi do pokoju bez zaproszenia. Kiedy już go zawołam, wyszukuje sobie miejsce najbliżej okna i układa łeb do słońca. Zupełnie jak kot, a Jeśli chodzi o koty… Rosco wydaje się je zupełnie ignorować. Wystarczy jednak, że nie ma mnie w pobliżu, a w mojego siedmiolatka wstępują nowe siły witalne. Potrafi pędzić niczym szczeniak, przeganiając biedne koty pod same garaże. Kiedy na niego krzyknę, udaje, że nie rozumie o co mi chodzi, bo przecież właśnie pod tymi garażami miał ważną sprawę do załatwienia, nie mającą nic wspólnego z kotami. Co do „ważnych spraw”: nie załatwi ich, dopóki się nie odwrócę… Arystokrata pełną mordą. Kiedy idziemy na spacer, wszystkie psy z okolicznych domów ujadają jak wściekłe, miotając się przy ogrodzeniach. Rosco dumnie kroczy przy mnie, wyniośle unosząc łeb i kompletnie nie zwracając na nie uwagi. Zupełnie jak by myślał: „Szczekajcie, szczekajcie, jestem ponad to.” Rosco, jak pewnie większość psów ma swoje stałe godziny spacerów i karmienia. Z karmieniem to w ogóle śmieszna sprawa. Jeśli nie dostanie tego co lubi, tylko na przykład zwyczajne suche żarcie (w dodatku nie Chappi), bojkotuje miskę. Gdy był młodszy, ostentacyjnie przesuwał ją nosem aż pod ścianę. Po pewnym czasie zrozumiał, że miska i tak nie zniknie (jak i jej zawartość) więc poprzestał na pogardliwym fuknięciu. Psia wiara jest niezachwiana: przez cały dzień ma nadzieję, że sucha karma magicznie zamieni się w wołowinę. Na wszelki wypadek co jakiś czas sprawdza, udając że przyszedł tylko napić się wody. Nadzieja wygasa wraz z lampką nocną: Rosco już wie, że ostatni członek rodziny poszedł spać i szanse na zmianę menu spadły do zera. Z przedpokoju dobiega wówczas zrezygnowane westchnienie, potem stukot pazurów i wreszcie odgłos chrupania znienawidzonej suchej karmy. W ogóle noc dla mojego psa to wielkie przeżycie, często mało przyjemne. Przede wszystkim noc jest ciemna, a pies duży. Nie zawsze udaje nam się go wyminąć, idąc do toalety. W ten sposób raz nadepnie się na ogon, raz na łapę. Kilka razy wyłożyłam się jak długa, potknąwszy o zwaliste cielsko. Nic dziwnego, że po takich przeżyciach, zdarza mu się szczekać przez sen. Gdy szczekanie robi się niepokojąco głośne, budzę go, przytulam i daję ulubioną zabawkę. Do zabawek mojego psa należą: oponka, 3 piłki, kółko, które kiedyś było zielone oraz lew. Lew w swoim krótkim życiu był…balonem. Nie takim zwykłym, ale zrobionym z grubej gumy, na której małe dzieci mogą skakać, i która podobno nie pęka… Nasz lew pękł zanim osiągnął rozmiar średniej piłki, przy pierwszym dmuchaniu. Huk był przeraźliwy, ale Rosco nie uciekł, wręcz przeciwnie: rzucił się na szczątki balona jak wariat! Na szczęście kształt lwa, chociaż w bardzo opłakanym stanie, zachował się w całości. Odtąd jego miejsce jest na psim legowisku i traktowany jest przez nowego właściciela z wielkim szacunkiem. Ten brudny kawałek gumy jeździ z nami na wszystkie wakacje… Mój pies reaguje na wiele komend. Jedną z nich jest „Ciemka!” Wpada wtedy do kuchni jak burza (czasem zderzając się z drzwiami) i obwąchuje kąty w poszukiwaniu ćmy. Rosco jest mistrzem w łapaniu ciem. Po krótkiej gonitwie zawsze je wkońcu dopada i żuje, żuje, żuje, a potem wypluwa. Ćmy umierają w męczarniach… Rosco ma swoje ulubione miejsca, takie, w których czuje się pewnie, a nawet okazuje nieposłuszeństwo. Jednym z nich jest woda: staw, jezioro a zwłaszcza morze. Jak wariat przeskakuje fale, goni mewy i próbuje dopłynąć do Szwecji. Muismy się nieźle namęczyć wywabiając go na brzeg. Zawsze wtedy rozglądam się, czy nie ma w pobliżu ludzi, bo prysznic z mokrego psa to średnia przyjemność. Oczywiście on, ku mojej rozpaczy, zaraz tarza się w piasku, z wyrazem bezgranicznego szczęścia na pysku. Starsze pokolenie może pamiętać rosyjski serial o elektronicznym psie. Pies rasy foksterier został zaprojektowany i stworzony przez swojego pana. Był wyjątkowy i trochę magiczny. Rosco też jest magiczny – potrafi być w trzech miejscach jednocześnie. Chociaż pod tym względem przypomina raczej Kota z Alicji w Krainie Czarów. Już widzę te sceptyczne uśmieszki, ale to najszczersza prawda! Gdy Rosco kładzie się w przedpokoju, jego tylne łapy i ogon są w salonie, a łeb w drugim pokoju. Można? Można! Jest też więcej podobieństw do Kota z Cheshire, na przykład uśmiech. Nikt mi nie wmówi, że psy nie potrafią się uśmiechać! Mój pies robi to bardzo często, mruży przy tym oczy i wygląda jak lis, a z takim uzębieniem mógłby z powodzeniem wystąpić w reklamie pasty do zębów. Rosco prawie nigdy nie szczeka (chyba, że przez sen). Jest najłagodniejszym psem na świecie, domową przytulanką monstrualnych rozmiarów. Przez długi czas żył w przeświadczeniu, że nadal jest szczeniakiem i próbował władować mi się na kolana. Niestety na kolanach mieści się tylko jego łeb. Gdy oswoił się z myślą, że jest duży i taki pozostanie, rozmiar stał się jego atutem. Wykorzystuje masę ciała do pokonywania różnych przeszkód, a małe szczekliwe pieski powala machnięciem ogona. Wyglądem odstrasza też namolnych pijaczków (warcząc groźnie), a w nowych miejscach robi za psiego stróża rodziny. Zresztą zawsze po spacerze sprawdza czy wszyscy są w domu, na swoich miejscach i bezpieczni. Jest też królem taktu i poprawności politycznej. Wszystko co robi, robi w taki sposób, żeby nikt nie poczuł się urażony. Na przykład podczas jedzenia, zwłaszcza ulubionego. Lubię go wtedy zaczepiać, trochę podrażnić. Przemawiam do niego słodko, a on…merda ogonem. Wiadomo, że żadna siła nie oderwie go od miski, wypada jednak zareagować, gdy Pani tak czule przemawia. Ogon idzie więc w ruch, tak dla świętego spokoju, ale morda pozostaje w misce! Rosco nigdy nie liże po twarzy (chyba, że rano czuje się samotny i postanawia kogoś obudzić). Za to przytulanie opanował do perfekcji. Najchętniej wtula się w nas, umorusanym, mokrym pyskiem. Myślę, że robi to z premedytacją (nie tylko koty bywają złośliwe). Udaje też, że zjada warzywa z miski, a potem wypluwa je ukradkiem, w drodze do posłania. Nie raz natknęłam się na ścieżkę marchewek, wypluwanych w regularnych odległościach, jakby były zasadzone na grządce. Myślicie, że pies nie myśli logicznie? To jak wytłumaczyć fakt, że do wydobycia piłki spod ławki, Rosco użył kija? Tak, tak, mój pies jest niesamowity i wyjątkowy. Nie można się przy nim nudzić, a przede wszystkim nie można go nie kochać. Pies jest pełnoprawnym członkiem rodziny i najwierniejszym przyjacielem. Chyba każdy właściciel czworonoga przyzna mi rację.