Selfie, Snapchat, gangsta (i spoiler-gift)

Tytuł może wprawić w dziwowanie tych, którzy już mnie poznali. A to dlatego, że nie jestem szczęśliwą posiadaczką, a raczej jestem w miarę szczęśliwą nie-posiadaczką konta na żadnym portalu, stronie, aplikacji i tak dalej. Tytuł zatem przyświeca znanej zasadzie „nie znam się, to się wypowiem”.

Selfie

Ostatnio, na któregoś tam stycznia przypadał Międzynarodowy Dzień Selfie, (zwanego przez tęgie głowy i znawców tematu – Samojebką). Cóż było robić z tą wiedzą bezużyteczną, nabytą niechcący z telewizji śniadaniowej? Jak to co – upiekłam tort, zaprosiłam znajomych, ale że nie mam fejsa, wyszła ich jakaś skromna garstka. Zaprosiłam zatem jeszcze ich 672 znajomych, oraz 958 znajomych ich znajomych, a także Zenka Martyniuka i żonę Macierewicza. Bawiliśmy się przednio, może dlatego że siedzieliśmy z przodu. Przez większość czasu cmokaliśmy w swoje telefony, nawet kuzyn męża koleżanki, który miał pierwszy model Nokii (bez aparatu), więc cmokał chyba tylko po to by nie odstawać od reszty.

Snapchat

Tę aplikację (?) znałam z opowieści córek. Nie były to kwieciste opowieści, tylko krótkie i zwięzłe, jak i sam Snapchat. Kojarzył mi się z wysyłaniem kilkusekundowych filmików z życia wziętych, czyli co akurat robię, a nie robisz tego ty, więc pewnie mi zazdrościsz. Nie widziałam w tym sensu, ale nie wszystko sens musi mieć. Na dniach zostałam oświecona, ale tak oświecona, że prawie oślepłam. Otóóóóż okazuje się, że aplikacja ta pozwala na śledzenie znajomych i dokładną ich lokalizację. Dokładną. Ich. Lokalizację. Uświadomiła mnie Wika, prezentując powyższe na swoim telefonie, a ja oplułam się spożywaną właśnie kanapką, z szoku, śmiechu i niedowierzania. Bo tam żyją takie małe ludziki. I one, te ludziki są porozsypywane po mieście, kraju, świecie… Naprawdę. I te ludziki mają twarze znajomych Wiki. I widzę jak się przemieszczają, gdzie się przemieszczają i czym się przemieszczają… NIE WIEM CO O TYM SĄDZIĆ! Ciekawa jestem ile zdrad odkryto w ten sposób, gdy okazało się, że ludzik z twarzą małżonka jest zbyt blisko ludzika z twarzą koleżanki. Z drugiej strony, Wika twierdzi, że dzięki takiemu namierzaniu odnaleziono ostatnio uprowadzoną dziewczynkę. Jak powiedział Tomasz, a ja się zgadzam – ten argument przebił wszystko.

Instagram

Dla luzaków – Insta, co niezmiennie kojarzy mi się z gangsta, i niezmiennie pozostaje dla mnie jedną z największych zagadek ludzkości. Kompletnie nie rozumiem, o co w tym chodzi. Ale, jak pokazuje mi życie i partia rządząca – nie zawsze muszę wiedzieć o co chodzi. Wrzuca się zdjęcia, ale takie profesjonalne, bo zwykłych nikt nie ma czasu lubić. Profesjonalna fota profesjonalnie umalowanego fejsa, zręcznie stuningowanej figury, po pięciu obróbkach. I jest moc, a jeśli nie to zawsze można wrzucić buty na szpilkach albo talerz rosołu z fikuśną kępką kopru. I ludzie się cieszą, podziwiają, zazdroszczą, a lajki sypią się niczym świeży śnieg. W sumie rosół jest moją ulubioną zupą, więc pewnie i ja cieszyłabym się na jego widok. Prawdopodobnie nie aż tak, jak gdybym go ujrzała w moim własnym talerzu, na moim własnym stole, tuż przed spożyciem. Ale jest jak jest i pewnych rzeczy nie zmienię, więc gdy moje córki robią fotę obiadu, odbieram to jako największy komplement.

 

Jeden z prezentów świątecznych dla Oliwii nie wytrzymał ciśnienia, gdyż przebył bardzo długą drogę. Papier mu się rozerwał z boku (temu prezentu :D) a Oliwia rozwaliła nas stwierdzeniem, że dostała prezent ze spoilerem…

P.S. Ostatni weekend spędziłam nad morzem… Morze jest cudowne, nawet poza sezonem.

 

Miszczowie konwersacji

 

Zaczęło się od Oliwii studniówki. To taka impreza, która niestety, wbrew pozorom nie trwa sto dni. Impreza, na którą to córka nie chciała iść, i na którą to, oderwaliśmy naszego Nerda od książek i niemal wypchnęliśmy ku zdecydowaniu. Gdy się zdecydowała – do balu został niecały miesiąc. Zaczęły się poszukiwania sukienki, których nie będę szczegółowo opisywać, bo wyssały z nas resztki, i tak już nadwątlonej, styczniowej energii. Powiem tylko tyle, że,

Sukienka nr 1 dotarła inna niż zamówiona.

Sukienka nr 2 dotarła za duża.

Sukienka nr 3 dotarła po studniówce.

W tak zwanym, międzyczasie, dowiedziałam się, że:

Rozmiar 34 jest na Oliwię za duży, więc cały czas żyłam w błędzie, sądząc, że to najmniejszy rozmiar.

oraz że:

Jest to w istocie najmniejszy rozmiar, z ogólnodostępnych.

Kilka e-sklepów i owszem, mogło popełnić coś mniejszego, ale trzeba doliczyć jedną stówę i dwa tygodnie.

Dwa tygodnie to pozostały do studniówki.

Dziękując sobie w duchu, że nie zdążyłam odesłać sukienki numer 2, rozpoczęłam poszukiwania krawca. Sukienkę trzeba było zwęzić i skrócić, jakieś dwa centymetry, żeby była przed kolano.

W tak zwanym, międzyczasie, dowiedziałam się, że:

W mojej dzielnicy są trzy punkty krawieckie,

oraz, że:

W jednym takich rzeczy się „nie robi”, a w drugim takich rzeczy się „nie zdąży”.

W trzecim punkcie pańcia oznajmiła cmokając, że jest to bardzo trudna przeróbka, bo zwężenie popsuje fason, a skrócenie jest raczej niewykonalne, bo już na pewno popsuje fason. „No, bo, widzi? To plisy, falbanka i halka, widzi?”

Tak, widzi. Ale widziałam też, nie znając się na tym, że wystarczy podciągnąć ramiączka, żeby suknia była krótsza, bez ruszania dołu.

W każdym razie pańcia krzyknęła tyle, co za nową suknię, i kręcąc głową dała do zrozumienia, że to najcięższe ze zleceń w jej 30 letniej karierze.

I wtedy okazało się, że Tomek ma kolegę, który ma kuzynkę, która… nie jest krawcową.

Ale!

Ale coś tam potrafi.

Zabrał Tomasz Oliwię do owej kobiety. Przerobiła sukienkę w 20 minut. Za darmo (skróciła podciągając ramiączka – można?!)

Kobiecie, której na oczy nie widziałam, byłam bardzo wdzięczna, a tak już mam, że gdy ktoś robi mi przysługę, to staram się odwdzięczyć, w miarę możliwości. Kupiłam więc kawę i czekoladę, i przekazałam owej pani przez tego Tomkowego kolegę. To chyba normalna reakcja?

Minęło trochę czasu, idziemy z Tomkiem ulicą, i nagle on mówi:

– O! O, o! Tam… ta, no.

Jego elokwencja czasami wbija mnie w chodnik.

– Że słucham, mój drogi?

– O, tam! Idzie pani Gosia, ta od sukienki. Wreszcie się poznacie.

„i pogadacie od serca”, dodałam w myślach, bo aż się prosiło.

No i się poznałyśmy i pogadałyśmy od serca, to znaczy podałyśmy sobie ręce i zapadła cisza. W końcu pani Gosia powiedziała,

– Mój syn miał osiemnastkę. Trudno uwierzyć, jak te dzieci szybko dorastają. A u was co?

– U nas jest Tamaluga – palnęłam bez zastanowienia.

– Przepraszam?

– TA MA LU GA – powtórzył Tomasz uprzejmie. A ponieważ żadne z nas nie kwapiło się z wyjaśnieniem – Pani Gosia też uprzejmie się uśmiechnęła, ale nagle zaczęło jej się bardzo spieszyć.

I to tyle. Cała wymiana tych światłych myśli, trwała może ze dwie minuty. Nawet nie wiem, czy skojarzyłabym panią Gosię po raz drugi (a z moją pamięcią do twarzy – na pewno nie).

Ostatnio przyjeżdża do nas Tomka kolega i wręcza mi drogi kosmetyk z Sephory, informując, że „to od Gosi, bo bardzo cię polubiła”.

Rozumiem, że mogę robić na ludziach piorunująco zajebiste wrażenie, no ale… Sytuacja zrobiła się, co najmniej dziwna i trochę mnie zatkało. Przypomniawszy sobie tamtą rozmowę, aż smarknęłam ze śmiechu. Minę też musiałam mieć ciekawą, bo kolega Tomka przyglądał mi się z niepokojem. A że wolno kojarzy to zrobiło mi się go szkoda. Prezent przyjęłam, ale…

Czyli teraz co? Będziemy tak sobie z panią Gosią, przekazywać prezenty do emerytury?

Polubiła mnie.

Dobre.

A może to ja przesadzam?

I gdy tak nad tym dumałam, to uświadomiłam sobie, że przecież ja jestem taka sama. Uwielbiam robić ludziom prezenty, zupełnie bez powodu. Mimo, że jestem jedynaczką, a może właśnie dlatego, lubię się dzielić tym co mam i uszczęśliwiać innych.

Tylko nigdy dotąd nie przyszło mi do głowy, że ktoś też mógł czuć się skrępowany moim prezentem. Nie pomyślałam o tym. Dlaczego tak trudno jest nam uwierzyć w bezinteresowność?

……………………

Czasami problemy dnia codziennego urastają do takiej rangi…

Oglądamy Shreka. Wróżka Chrzestna lata po ekranie.

Tamaluga wpatruje się w nią intensywnie, oczy jej błyszczą. Dotąd widywała tylko latające ptaki.

T: Mama! Pani lata?!

Ja: Tak, pani lata.

T: Dlaciego?!

Ja: Bo jest wróżką. Wróżki raczej latają.

T (zrozpaczona): Ale Tami nie lata! Dlaciego?!

Ja: Bo Tami nie jest wróżką. Ludzie nie latają.

T: Tak, ludzie nie latają, ale wluźki latają!

Ja: Ale Tami nie jest…

T (wyciągając z szafy skrzydła): Tami teś jeśt wluźką! Popatś! Widziś?

Ja: …

T: Dlaciego Tami wluźka nie lata???!!!

Powiem wam: wszystkie trudne rozmowy o seksie, dojrzewaniu i tak dalej mogą się schować. Spróbuj wytłumaczyć dziecku, które przecież jest wróżką z racji skrzydeł, dlaczego nie umie latać, chociaż tak bardzo by chciało…

……………..

Miało nie być politycznie, ale strajki trwają, zatem pragnę wyrazić niepokój, jako mama maturzystki. No i wyraziłam.

Przy okazji: Mamy taką mało rozgarniętą sąsiadkę, która, gdy strajk się rozpoczął, zaczepiła nas przed bramą.

– To nauczyciele strajkują?

– Tak.

– Coś podobnego! Ktoś wie, dlaczego?

– Ja wiem! – wykrzyknęłam radośnie.

– Dlaczego???

– Ony mają za czemno w prasy.

Nie wiem, czy sąsiadka oglądała „Misia” i guzik mnie to obchodzi. Tomek za to rechotał jak opętany, aż nie mogłam go uspokoić.

 

Cieszę się, że sprzedawczynie ze sklepu Społem nie podjęły strajku, chociaż po wprowadzeniu wolnych niedziel było naprawdę blisko. Z tego miejsca chciałabym im serdecznie podziękować. Moja niedoszła maturzystka przynajmniej ma serek tostowy na śniadanie.

Zawieszenie i wyłom. I magiczna rączką Dziubasowej

Jak powiedział Hitchcock – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie rosło. Zacznę zatem z radosnym hukiem – od prezentu Dziubasowej. Super – prezentu, który sprawił mi dużą radochę i na chwilę zapomniałam o rachunku za energię, wypuszczającym nowe pędy na kuchennym parapecie.

  

Pośród niewątpliwych cudowności, jakie widzicie, jest coś co szczególnie chwyciło mnie za serce. (No, wyobraźcie sobie, że mnie też coś może chwycić za serce). To jest list, napisany poporodową, schorowaną i osłabioną rączką Dziubasowej… Mało tego; tą sfatygowaną rączką narysowała na kopercie bardzo spersonalizowane rysunki, za co jestem jej wdzięczna podwójnie i pozostaję w niemym szoku, pod dużym wrażeniem. No i zasada przesłania rękodzieła też została spełniona… Buziaczki Dziubaskowa, i jeszcze raz dzięki!

…………………………………………………………….

Internet, co by nie mówić, to jednak cenne źródło informacji. Zwłaszcza, gdy chce się poznać opinie innych przed zakupem albo skorzystaniem z usług. Tak, wiem, że wielu komentujących jest przez owych usługodawców opłacanych, nie zmienia to jednak faktu, że pozostaje wielu uczciwych, którzy swoją zakupową traumą chcą się podzielić, ku przestrodze. Tak, więc nadal uważam, że jest to cenne źródło, z zastrzeżeniem aby czerpać z niego rozsądnie. Internet jest na przykład bardzo pomocny w kwestii wyboru kierunku studiów albo szkoły średniej. Ludzie wymieniają się informacjami, czego można spodziewać się na egzaminie, na którego nauczyciela trzeba uważać, a u którego można sobie odpuścić. To samo zresztą dotyczy przyszłych pracodawców. No i fajnie.

No i w związku z powyższym, ja toże mogłabym być bohaterką na swoim blogu. Nie wiem jak wy, ale ja chciałabym wiedzieć, czego się spodziewać w zetknięciu, na ten przykład, z idiotami. Tak fejs tu fejs. A ostatnio tak mnie wszyscy wkurwiają, że… No, co firma to większe dno. Chciałam wam o tym pisać na bieżąco, ale tyle się tego nazbierało, że może powinnam utworzyć nowe strony/kategorie. Tych złych. No i tych dobrych, żeby nie było. No, ale teraz tak: jeśli jednych nazwę „Ci co mnie wkurzyli”, to jak nazwać drugich; „Ci, co mnie zadowolili”? „Ci co zrobili mi dobrze”?

Tak myślę nad tymi instytucjami (z naciskiem na dwie firmy kurierskie), do których w ostatnim czasie straciłam cierpliwość, i lista jest naprawdę imponująca. Dla odmiany, gdy myślę o tych drugich, o tych co mi zrobili dobrze, to nic nie przychodzi mi do głowy. No, NIC. A może to ze mną jest problem? W każdym razie pomysł z kategoriami wykluwa się powoli.

…………………………….

Tomek mi się zawiesza. To znaczy tak to ma wyglądać. W rzeczywistości, jak mniemam, myśli i kombinuje, co odpowiedzieć na moje pytanie i jak to zrobić żeby mnie nie urazić.

No, naprawdę!

Ile może być wersji odpowiedzi na pytanie „O której wychodzisz?”, albo „Czy kupiłeś chleb”?! Tomek wypracował już swój własny mechanizm obronny, gdyż, jak wiadomo, w prostym pytaniu może kryć się haczyk, zwany dalej pułapką (patrz: wikipedia: teorie spiskowe).

Wygląda wtedy jak wyłączony, podczas gdy w jego głowie (mam nadzieję) zachodzą jakieś tam procesy. Czasami nie odpowiada bardzo długo, licząc, że zapomnę, o co pytałam. I rzeczywiście: czasami zapominam.

Zawsze wtedy żywo wpatruje się w telewizor, żeby to wyglądało tak, że zadałam pytanie w najciekawszym momencie programu. Tymczasem jest tak, że przez moje pytanie, nagle program staje się najciekawszy na świecie.

Czasami włącza tryb obronny z automatu, chociaż o nic nie pytam. Wczoraj wieczorem, na przykład, gdy tylko otworzyłam usta, Tomek zagapił się w telewizor, chociaż leciały reklamy.

– Znowu się wyłączyłeś. Na pewno wciąż myślisz nad odpowiedzią na pytanie, które zadałam ci rano.

– Co? Jakie pytanie?

– Czy zjesz jajecznicę.

No, ale dobra, żeby nie było. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci mięsem. Ja też czasami się wyłączam. Wyłączam się (Boże, przebacz) podczas monologu Wiktorii. Nie zrozumcie mnie źle; bardzo się cieszę i doceniam, że moja dwudziestoletnia córka codziennie opowiada mi o swoim życiu, ale… Ona mówi, i mówi, i mówi, i ja już w końcu nie wiem, kto był na tej imprezie, i dlaczego Żanejro* przefarbowała włosy, i z kim ma zrobić projekt, i co powiedział wykładowca, i kiedy będzie ten koncert; w maju czy w lipcu, i skąd się wzięła nazwa zespołu, i dlaczego jutro wykłady są odwołane. I to wszystko w jednym monologu!

Ja czasami mam taki mętlik, i chodzę do tyłu, i już nie wiem, czy Święty Mikołaj istnieje. Już nie wiem.

A przecież w sobotę widziałam go w sklepie.

Telewizyjna jedynka przechodzi samą siebie. Próbuje człowiek na nią nie trafić, a ta zawsze się wciśnie między kanałami. O ile spot o Mikołajkowym Bloku uważam za jak najbardziej O.K. o tyle kampanię anty rozwodową już niekoniecznie. I teraz taka kobiecina, katoliczka, z domu z niekoniecznie trafionymi tradycjami, która żyje pod presją mamy „co-ludzie-powiedzą”, widzi taką reklamę i… I zostaje w związku z mężem tyranem, który ją poniża, albo nawet bije, i dla dobra dzieci ogółu, decyduje się dać mu osiemdziesiątą drugą szansę…

Telewizja śniadaniowa, na której znowu zahaczyłam nieprzytomne oko, i której nie wyłączyłam tylko dlatego, że jeszcze nie do końca ogarniałam rzeczywistość, znowu zaprosiła fajnego eksperta. Tym razem była to pani stomatolog, czyli jak się zapewne wszyscy domyślacie – ekspertka od… No? No? Kto zgadnie? Tak: od folii aluminiowej, tadaaam! Dowiedziałam się tak niesamowicie niesamowitych rzeczy, że aż się rozbudziłam. Na przykład tego, że folią można wyłożyć półkę w szafce lub w lodówce, i wtedy łatwiej pozbyć się okruszków! Moje życie stanie się teraz dużo łatwiejsze, bardzo się cieszę i doceniam. Pycha rada!, jak mówią do Klossa w „Misiu”.

Ostatnio uświadomiłam sobie, że w mojej rodzinie nastąpił przełom, a raczej wyłom.

No, bo u nas od pokoleń rodzą się dziewczynki, więc na koniec drzewo ze strony mamy, z historią wyłamania ze strony kuzynki:

*Jako taki pogląd na temat Żanejro (dla tych, co nie kojarzą):

https://tamaluga.wordpress.com/2017/06/09/nieco-o-nieco-dziwnych-niespodziankach-czyli-zwykly-czwartek/

Nieco o nieco dziwnych niespodziankach, czyli zwykły czwartek

Dzisiejszy dzień to jakiś koszmar, z którego wypadałoby się obudzić, a raczej zasnąć i zapomnieć. Jednak, zanim to uczynię, podzielę się nim z wami, a co!

Około południa przyszedł do mnie dwuzdaniowy sms od wychowawczyni Wiktorii. „Pani córkę zabrało pogotowie. Proszę się nie martwić.” Nosz kuwa, zuch kobieta! Całe szczęście, że dopisała to drugie zdanie, od razu poczułam się lepiej!  Z sercem w gardle i ciemnością przed oczami usiłowałam dodzwonić się do Wiki. Oczywiście bezskutecznie, co doprowadziło mnie na skraj paniki. Na szczęście zaraz dostałam wiadomość od jej przyjaciółki, na którą, z racji nazwiska, mówię „Żanejro”. Sms od Żanejro zapoczątkował całą serię smsów od Żanejro. Niektóre zdania przychodziły na raty i wyglądało to, mniej więcej tak:

„Dzień dobry, Wiktorię zabrali”

„do szpitala przed”

„chwilą.”

„Dam znać do jakiego”

„Do szpitala X”

„jedzie”

„A nie, jednak do Y”

„Proszę pani, ona jest w X”

„szpitalu.”

„Na onkologii” – w tym miejscu dostałabym zawału, gdybym nie znała Żanejro tak dobrze, jak zdążyłam ją poznać.

„A nie, jednak na ginekologii” – brzmiał następny. Ufff

„Nie, to jakiś inny oddział”

Jezu. Myślałam, że szlag mnie trafi. W dodatku nie mogłam się ruszyć, bo Tomek na drugim końcu miasta. Oczyma wyobraźni już widziałam siebie, przesiadającą się z autobusu do autobusu, z wrzeszczącą i ząbkującą dzidzią pod pachą. Nie. Musiałam cierpliwie poczekać i przede wszystkim się uspokoić. Godzinne oczekiwanie pogrążyło mnie w myślach. Nie ma się co oszukiwać: Wika to urodzona aktorka. No, ale żeby aż tak??? Pewnie chce zwrócić na siebie uwagę. Z drugiej strony, panicznie boi się lekarzy… Wczoraj coś wspominała, że jest zmęczona, mało sypia, a tu „babsko od teatralnych” każe jej siedzieć do końca warsztatów, chociaż ma je zaliczone… Czyżby wymyśliła sposób, by jednak na nich nie siedzieć? Nieee, aż tak to chyba nie…?!

„Mamo, to zwykłe zasłabnięcie” – zapewniło me dziecię słabym głosem, gdy wreszcie dotarłam do szpitala. „Czy lekarz wie, że jesteś wegetarianką?” „Nie, a po co?” Koniec końców zatrzymali ją na obserwacji do jutra.

Po południu myłam naczynia. Gdy wychodziłam z pokoju, Tamara przyjmowała pozycję „na delfina” i kręciła paluszkami smoczek, co oznacza nadejście snu w ciągu najbliższych 5 minut. Umycie naczyń zajęło mi dokładnie tyle czasu, więc przekonana, że mała śpi, weszłam cichutko do pokoju. Jeszcze przed drzwiami usłyszałam „Baba je, baba je” – aha, woła mnie. Ciekawe po co… Weszłam i stanęłam w progu jak wryta, niezdolna do żadnego ruchu. Tamara stała pośrodku łóżeczka, od głowy do stóp ufajdana kupą. Tak samo prezentowały się: kołdra, materac, koc, trzy misie, jeden królik, prześcieradło, szczebelki łóżeczka, a nawet tapeta i trochę podłogi!!! Przysięgam, że stałam tak dłuższą chwilę, usiłując ogarnąć to, co widzę. „Kupa” powiedziała Tamara, a ja powoli wzięłam bardzo głęboki oddech. Zlokalizowałam wzrokiem jej pieluchę – zwisała naderwana z Tamalugowej pupy. Aż dziw, że przy tym wszystkim oskarżycielska myśl wdarła się do mojej głowy: „To tata ostatni ją przewijał”. No i zaczęło się: wanna, Tamara, pielucha, Tamara, kosz, pralka, Tamara, mop, wanna… W sam środek tej bieganiny wszedł kurier z przesyłką, na którą zabrakło mi 2, 80!!! Uwierzycie?

Ale to jeszcze nie koniec, o nie! Na sam koniec dnia, nie udało mi się odebrać przekazu z Western Union. Powód? Zbyt często otrzymuję pieniądze. Nie, to nie żart. Western Union ma uzasadnione obawy, że mogę być terrorystką, więc muszę czekać na ich telefon, w celu potwierdzenia danych. Podobno już od jakiegoś czasu „przyglądają mi się”, co by się zgadzało, bo czasami przy odbiorze zadają mi… specyficzne pytania. „Czy ktoś z pani rodziny zajmuje wysokie stanowisko w banku?” „Czy ktoś z pani rodziny zajmuje wysokie stanowisko gdziekolwiek?” „Czy należy pani do ugrupowania politycznego?” „Czy bierze pani udział w zgromadzeniach?” i tak dalej… Nie mam już siły tłumaczyć, że taką mam formę wypłaty, że to pieniądze za zlecenia, bo tak naprawdę, co ich to kuwa obchodzi?! Gdyby to chociaż były faktycznie duże kwoty, ale 300 złotych? Śmiech na sali. Za to chyba bomby nie skonstruuję… A może? W każdym razie ten dzień wyssał ze mnie całą energię. Na szczęście starczyło mi jej na niespodziankę dla mojej jubilatki Oliwii. Obudziłam ją o 1:20, słowami: „Wstawaj kochanie! Dokładnie o tej godzinie się urodziłaś. Nie powiem, że to był najcudowniejszy moment w moim życiu, ale ty jesteś najcudowniejsza!” Złożyłam jej życzenia i dałam prezent. Nieprzytomna, zaspana, ale szczęśliwa – przytuliła mnie mocno i nie chciała puścić. Dla takiej chwili zniosę jeszcze wiele niepowodzeń.:)