O florze i faunie będzie

Bohater poniższej historii chciał pozostać anonimowy, w związku z czym przyjmijmy że to pan T. 😂

Zatem, pan T. ma denerwujący zwyczaj przytulania się do mnie i całowania, gdy akurat coś jem! Zawsze w tym samym miejscu i w tej samej sytuacji: gdy uwolniwszy się od Tamalugi, spożywam coś na szybko, stojąc nad kuchennym blatem. Jedyne, o czym marzę, to dokończenie posiłku we względnej ciszy i względnym spokoju. To tylko jedna kanapka, na Boga! Czy nie można tego uszanować?! No, więc, stoję, gratulując sobie w duchu sprytu, gdyż wymknęłam się niepostrzeżenie. Zatapiam zęby w pierwszym kęsie i wtedy wchodzi pan T. Nie wiem, nie pojmuję dlaczego, akurat wtedy zbiera mu się na czułości. Chyba mój widok go rozczula, widok zmęczonej matki polki, samotnie pochylającej się nad pierwszą tego dnia, zdobyczą. Tak, na pewno to go rozczula, bo patrzy na mnie tak współczująco, no tak współczująco, że mam ochotę z całej siły nadepnąć mu na stopę. Potem przytula mnie i całuje w czoło, w policzek… To urocze, ale jedyne o czym wtedy marzę, to żeby opuścił kuchnię. Nie krzyczę na niego, nic nie mówię. Kiedyś mu wyjaśniłam i zrozumiał, i przeprosił, i obiecał, że się będzie pilnował.

I rzeczywiście się stara, ale co jakiś czas się zapomni.

Stoję nad tym blatem, przeżuwając w milczeniu. Wchodzi pan T. Kątem oka widzę, że planuje mnie objąć, więc wycofuję się nad zlew. A pan T. za mną! Już nie chce mnie całować, teraz myje nóż. I nieważne, że w szufladzie jest z 10 takich samych, nie, on zapragnął właśnie użyć ten konkretny. Przesuwam się, więc, dalej, a w myślach krzyczę „Wyjdź stąd, człowieku!”

Pan T. nie wychodzi.

 

Pan T.: Podlałem rośliny tą nową odżywką.

Ja: (jeden, dwa, trzy…)

Pan T.: Widzisz jaką zieleń odzyskały?

Ja: (cztery, pięć, sześć…)

Pan T.: NO, WIDZISZ? ZOBACZ!

Ja : (zezując na donicę, siedem, osiem…)

Pan T.: (podsuwając mi roślinę pod nos): Piękne, CO?!

Ja: (sama się sobie dziwię, że jestem w stanie nie wybuchnąć, a jeszcze kiwnąć głową!)

Po sześciu wiekach pan T. opuszcza kuchnię, a ja przeżuwam ostatni kęs i cicho łkam nad zlewem.

………………..

Oliwia wróciła z Pyrkonu, zachwycona, jak w zeszłym roku. Najbardziej fascynuje ją ta niesamowita  integracja obcych sobie osób. Uwielbiam słuchać jej opowieści, o tym zbiorowisku ludzi z różnych stron, na co dzień zwyczajnych, a wariatach w sercach, z ogromnym poczuciem humoru. Oto przykład:

Oliwia, fanka anime, uderzyła do Wioski Naruto. Planowała zwiedzić też szkołę Naruto, Akademię Ninja. Szkoła była, i owszem, ale zamknięta, z wielkim napisem STRAJK.  😂

Wyjazd Oliwii pokrył się z wyjazdem Wiki , która z kolei wybrała się aż pod Lublin, na wesele. Dzwoni do mnie na drugi dzień.

Ja: Jak tam wesele?

Wika: Fajne. MAMOOO! Widziałam świnię!!!

Ja: Ciszej, dziecko, bo ktoś usłyszy i pomyśli, że nigdy nie widziałaś świni.

Wika: Bo nie widziałam…

Ja: (w myślach przebiegam jej dzieciństwo i dochodzę do szokującego wniosku, że to jednak możliwe. Nie byłam dobrą matką, nie byłam, nie byłam, nie obwiozłam jej po lokalnych wioskach i nie pokazałam zwierząt gospodarskich. Ale, zaraz, chwila! Przecież spędzałyśmy kilka wakacji na wsi…Tylko, czy tam były świnie?)

Ja: Ale… na pewno nie widziałaś?

Wika: Na pewno nie TAKĄ!

Ja: Jaką?

Wiki: Wielką!

Ja: Jak wielką?

Wiki: Jak kucyk.

W tym momencie i ja musiałam przewartościować swoją wiedzę na temat świń.

………………..

Chciałam sobie kupić buty. Przez Internet. Wpisywałam różne frazy, ale żaden efekt mnie nie zadowolił. W końcu, zrezygnowana, wpisałam „piękne buty”. I wtedy mnie zatkało. I opadły mi ręce. I zrozumiałam, jak ludzie różnie pojmują piękno.

………………..

„Już za dzień maturaaaaa”

Jak wyżej.

Oliwia, jak i jej podobni, przygotowywała się w domu.

I teraz, tak:

Jeśli pójdzie źle, to czy obwiniać nauczycieli, którzy z powodu strajku nie mogli przygotować uczniów?

A jeśli pójdzie dobrze, to czy też obwiniać nauczycieli, którzy okazali się bezużyteczni, skoro uczniowie potrafią przygotować się sami?

Dobra, wiem. Do matury uczą przez 3 lata, to prawda. Prawdą jest też to, że jak świat światem, wszyscy przysiadają w ostatnim miesiącu, czyż nie?

Martwi mnie zwłaszcza język polski, bo Oliwii, będącej umysłem raczej ścisłym, zdecydowanie trudniej się przygotować, a nauczycielka najwięcej zaplanowała właśnie na ostatnie dwa miesiące. Jeśli rozchodzi się o matmę, Oliwia stwierdziła, że nie ma żadnej różnicy, gdyż przez całe 3 lata i tak uczyła się w domu. Nauczycielka matematyki kompletnie nie umiała przekazać wiedzy, co od początku zgłaszali wszyscy zainteresowani.

Wspierałam ją duchowo, bo co jeszcze mogłam zrobić? Pewnie, że chciałam wparować do jej pokoju i spontanicznie podzielić się z nią moją, jakże rozległą i zupełnie bezużyteczną wiedzą, swoim bogatym doświadczeniem życiowym i wnioskami z jedynej, przeczytanej w szkole lektury.

Przemyślałam raz jeszcze, i dałam nam obu spokój.

Najważniejsze, chyba, jej przekazałam: że oblana matura to nie koniec świata.

 

Wanna wypełniona bzem. Można skakać na główkę.

GŁI, PIK, EKO I PUCHAR CEDROWY

Ostatnio udaje mi się jeść co trzy godziny, w dodatku o połowę mniej – bo z dziecięciem. Tomek stwierdził, że żyję z Tamalugą w symbiozie gastronomicznej.

Za to gastronomia Tamalugi żyje w symbiozie z kanapą, stołem, podłogą i samą Tamalugą. Od włosów po stopy (tiopy).

Przy okazji ogłaszam wszem i wobec, że kuła (czyli tablet) nie zawsze bywa złem wcielonym. Oczywiście wszystko zależy od treści, a te należy kontrolować. Tamaluga, poza piosenkami, które śpiewa ochoczo kilka razy dziennie, i które podśpiewuje z rezygnacją cała rodzina, poznaje na przykład kolory. Po angielsku. Trochę zajęło mi zorientowanie się, o co chodzi, i dlaczego każdy klocek nazywa inaczej.

głi – green,

pik – pink

buu – blue,

łed – red

odziś – orange

łajk – white,

blat – black.

Co dziwne, żółty zawsze występuje u niej w dwóch wersjach: jeło (yellow) i ziółti.

Zaczęła też mówić „plosię” i „ciję”, oraz „Diobe” (na zdrowie), natomiast czysto i bezbłędnie wymawia, między innymi: „dzikus”, „Tami” (co słusznie idzie w parze) oraz „ptaki”, „Majkel”, „osiem”, „woda”, „bez” i tak dalej. Jej zdania są coraz bardziej złożone, a zasób słów w ostatnich miesiącach powiększył się tak, że sama w to nie wierzę. Najbardziej rozwala mnie, gdy ciągnie na plac zabaw, wołając: „Tatiii! Tatiii! Oć cibko! Obać! Idziś? Tam juju (zjeżdżalnia) juju tam jeś! Oć!”

Moja segregacja śmieci sięga czasów, w których nie tylko nie było to w modzie, ale wręcz patrzono na mnie jak na kosmitkę. Jeździłam tramwajem do jednego z niewielu wówczas miejsc z kontenerami do segregacji. Obecnie stoją niemal na każdym podwórzu i to jest duże ułatwienie. Dlaczego tak niewielu sąsiadów z tego korzysta? Myślę, że z lenistwa, które nazwałabym ortodoksyjnym. Żeby nie było niedomówień – nie mam na tym punkcie fioła, nie przywiązuję się do drzew – nie fizycznie (chociaż myślę, że byłabym w stanie to zrobić, gdyby sytuacja tego wymagała). Nie piorę w szyszkach czy orzechach, nie używam wielorazowej szmatki do podtarcia tyłka. Staram się być ekologiczna w rozsądnych granicach. Mam obsesję na punkcie zakręcania kranu i oszczędzania papieru. Nie mam obsesji na punkcie oszczędzania światła, niestety. Czasami stosuję anty zimową terapię. Cóż począć, ja po prostu kocham światło, które zimą zastępuje mi słońce. Bardzo źle czuję się w półmroku, przeszkadza mi to nawet w pubach z wyciszoną muzyką. No tak mam, i już. Cieszę się, natomiast, że reszta rodziny też stara się być eko.

W tym miejscu, gorąco apeluję: bądźmy ekologiczni chociaż na tyle, na ile damy radę. Jeśli każdy z nas da od siebie coś, to już jest COŚ. Czy coś w tym rodzaju… Tu zacytuję moją panią od biologii: „Gdy widzę, że moje dziecko nie wylewa już tłuszczu z patelni do zlewu, to wiem, że moja praca ma sens”.

No to teraz na wesoło, pozostając przy temacie nauczycieli. Kiedyś na studiach mieliśmy zastępstwo z pewną pańcią, którą z racji zachowania, studenci oglądający „Rodzinę zastępczą” nazywali Alutką. Pańcia nie bardzo wiedziała co z nami zrobić, ale temat niejako narzucił się sam. Któraś z dziewczyn miała przy sobie powieść miłosną, więc… przez całe zajęcia wymienialiśmy najdziwniejsze określenia kobiecych narządów płciowych, z jakimi zetknęliśmy się w literaturze. Były więc: muszelka, tulipanek, kwiatek, motylek, ślimaczek, kielich, szkatułka, puchar cedrowy (WTF?!), filiżanka… Pod koniec zajęć wyliśmy ze śmiechu.

I teraz wyobraźcie sobie, że macie to na świeżo w pamięci i dochodzi do zbliżenia… Toż to życie erotyczne zanika całkowicie!

Zaczął się Pyrkon. Oliwia spakowana. Zazdroszczę jej. Nie będę się martwić (w każdym razie trochę mniej) bo jedzie z koleżanką i jej rodzicami, uffff.

W tym miejscu proszę kogoś, a konkretnie Kasię Kawiarkę, jeśli będzie miała czas i ochotę, żeby trochę o tym napisała. To znaczy o Pyrkonie, skąd pomysł, jak to się odbywa itp. Bardzo chętnie o tym poczytam i myślę, że nie tylko ja. Dlaczego Kasia?

  1. Jest rezydentką, a to zobowiązuje
  2. Wydarzenia i miejsca opisuje tak świetnie, że nie można się oderwać

Dobra, to tyle na dzisiaj.

Buziaczki!