Zawieszenie i wyłom. I magiczna rączką Dziubasowej

Jak powiedział Hitchcock – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie będzie rosło. Zacznę zatem z radosnym hukiem – od prezentu Dziubasowej. Super – prezentu, który sprawił mi dużą radochę i na chwilę zapomniałam o rachunku za energię, wypuszczającym nowe pędy na kuchennym parapecie.

  

Pośród niewątpliwych cudowności, jakie widzicie, jest coś co szczególnie chwyciło mnie za serce. (No, wyobraźcie sobie, że mnie też coś może chwycić za serce). To jest list, napisany poporodową, schorowaną i osłabioną rączką Dziubasowej… Mało tego; tą sfatygowaną rączką narysowała na kopercie bardzo spersonalizowane rysunki, za co jestem jej wdzięczna podwójnie i pozostaję w niemym szoku, pod dużym wrażeniem. No i zasada przesłania rękodzieła też została spełniona… Buziaczki Dziubaskowa, i jeszcze raz dzięki!

…………………………………………………………….

Internet, co by nie mówić, to jednak cenne źródło informacji. Zwłaszcza, gdy chce się poznać opinie innych przed zakupem albo skorzystaniem z usług. Tak, wiem, że wielu komentujących jest przez owych usługodawców opłacanych, nie zmienia to jednak faktu, że pozostaje wielu uczciwych, którzy swoją zakupową traumą chcą się podzielić, ku przestrodze. Tak, więc nadal uważam, że jest to cenne źródło, z zastrzeżeniem aby czerpać z niego rozsądnie. Internet jest na przykład bardzo pomocny w kwestii wyboru kierunku studiów albo szkoły średniej. Ludzie wymieniają się informacjami, czego można spodziewać się na egzaminie, na którego nauczyciela trzeba uważać, a u którego można sobie odpuścić. To samo zresztą dotyczy przyszłych pracodawców. No i fajnie.

No i w związku z powyższym, ja toże mogłabym być bohaterką na swoim blogu. Nie wiem jak wy, ale ja chciałabym wiedzieć, czego się spodziewać w zetknięciu, na ten przykład, z idiotami. Tak fejs tu fejs. A ostatnio tak mnie wszyscy wkurwiają, że… No, co firma to większe dno. Chciałam wam o tym pisać na bieżąco, ale tyle się tego nazbierało, że może powinnam utworzyć nowe strony/kategorie. Tych złych. No i tych dobrych, żeby nie było. No, ale teraz tak: jeśli jednych nazwę „Ci co mnie wkurzyli”, to jak nazwać drugich; „Ci, co mnie zadowolili”? „Ci co zrobili mi dobrze”?

Tak myślę nad tymi instytucjami (z naciskiem na dwie firmy kurierskie), do których w ostatnim czasie straciłam cierpliwość, i lista jest naprawdę imponująca. Dla odmiany, gdy myślę o tych drugich, o tych co mi zrobili dobrze, to nic nie przychodzi mi do głowy. No, NIC. A może to ze mną jest problem? W każdym razie pomysł z kategoriami wykluwa się powoli.

…………………………….

Tomek mi się zawiesza. To znaczy tak to ma wyglądać. W rzeczywistości, jak mniemam, myśli i kombinuje, co odpowiedzieć na moje pytanie i jak to zrobić żeby mnie nie urazić.

No, naprawdę!

Ile może być wersji odpowiedzi na pytanie „O której wychodzisz?”, albo „Czy kupiłeś chleb”?! Tomek wypracował już swój własny mechanizm obronny, gdyż, jak wiadomo, w prostym pytaniu może kryć się haczyk, zwany dalej pułapką (patrz: wikipedia: teorie spiskowe).

Wygląda wtedy jak wyłączony, podczas gdy w jego głowie (mam nadzieję) zachodzą jakieś tam procesy. Czasami nie odpowiada bardzo długo, licząc, że zapomnę, o co pytałam. I rzeczywiście: czasami zapominam.

Zawsze wtedy żywo wpatruje się w telewizor, żeby to wyglądało tak, że zadałam pytanie w najciekawszym momencie programu. Tymczasem jest tak, że przez moje pytanie, nagle program staje się najciekawszy na świecie.

Czasami włącza tryb obronny z automatu, chociaż o nic nie pytam. Wczoraj wieczorem, na przykład, gdy tylko otworzyłam usta, Tomek zagapił się w telewizor, chociaż leciały reklamy.

– Znowu się wyłączyłeś. Na pewno wciąż myślisz nad odpowiedzią na pytanie, które zadałam ci rano.

– Co? Jakie pytanie?

– Czy zjesz jajecznicę.

No, ale dobra, żeby nie było. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci mięsem. Ja też czasami się wyłączam. Wyłączam się (Boże, przebacz) podczas monologu Wiktorii. Nie zrozumcie mnie źle; bardzo się cieszę i doceniam, że moja dwudziestoletnia córka codziennie opowiada mi o swoim życiu, ale… Ona mówi, i mówi, i mówi, i ja już w końcu nie wiem, kto był na tej imprezie, i dlaczego Żanejro* przefarbowała włosy, i z kim ma zrobić projekt, i co powiedział wykładowca, i kiedy będzie ten koncert; w maju czy w lipcu, i skąd się wzięła nazwa zespołu, i dlaczego jutro wykłady są odwołane. I to wszystko w jednym monologu!

Ja czasami mam taki mętlik, i chodzę do tyłu, i już nie wiem, czy Święty Mikołaj istnieje. Już nie wiem.

A przecież w sobotę widziałam go w sklepie.

Telewizyjna jedynka przechodzi samą siebie. Próbuje człowiek na nią nie trafić, a ta zawsze się wciśnie między kanałami. O ile spot o Mikołajkowym Bloku uważam za jak najbardziej O.K. o tyle kampanię anty rozwodową już niekoniecznie. I teraz taka kobiecina, katoliczka, z domu z niekoniecznie trafionymi tradycjami, która żyje pod presją mamy „co-ludzie-powiedzą”, widzi taką reklamę i… I zostaje w związku z mężem tyranem, który ją poniża, albo nawet bije, i dla dobra dzieci ogółu, decyduje się dać mu osiemdziesiątą drugą szansę…

Telewizja śniadaniowa, na której znowu zahaczyłam nieprzytomne oko, i której nie wyłączyłam tylko dlatego, że jeszcze nie do końca ogarniałam rzeczywistość, znowu zaprosiła fajnego eksperta. Tym razem była to pani stomatolog, czyli jak się zapewne wszyscy domyślacie – ekspertka od… No? No? Kto zgadnie? Tak: od folii aluminiowej, tadaaam! Dowiedziałam się tak niesamowicie niesamowitych rzeczy, że aż się rozbudziłam. Na przykład tego, że folią można wyłożyć półkę w szafce lub w lodówce, i wtedy łatwiej pozbyć się okruszków! Moje życie stanie się teraz dużo łatwiejsze, bardzo się cieszę i doceniam. Pycha rada!, jak mówią do Klossa w „Misiu”.

Ostatnio uświadomiłam sobie, że w mojej rodzinie nastąpił przełom, a raczej wyłom.

No, bo u nas od pokoleń rodzą się dziewczynki, więc na koniec drzewo ze strony mamy, z historią wyłamania ze strony kuzynki:

*Jako taki pogląd na temat Żanejro (dla tych, co nie kojarzą):

https://tamaluga.wordpress.com/2017/06/09/nieco-o-nieco-dziwnych-niespodziankach-czyli-zwykly-czwartek/

MUSIAŁAM ODEJŚĆ. WSPOMNIENIA ŻONY I SYNA OSAMY BIN LADENA

GROWING UP BIN LADEN. OSAMA’S WIFE AND SON TAKE US INSIDE THEIR WORLD

2011.

Bardzo lubię tzw. literaturę faktu, chociaż to dość szerokie pojęcie. Moim ulubionym gatunkiem jest kultura i religia krajów muzułmańskich, widziana oczami kobiet (które były, przeżyły i jeszcze mają siłę to opisać). Bo jak to wygląda w praktyce wie chyba każdy, więc nie będę się nad tym rozwodzić. Skupię się dzisiaj na jednej z nich, na książce pisanej przez żonę saudyjskiego terrorysty, milionera i przywódcy Al-Ka’idy.

Bin Laden. Eee… Czy jest ktoś, komu muszę przybliżać sylwetkę? Myślę, że to nazwisko, wraz z 11 września 2001 wryło się w pamięć całej ludzkości. Oczywiście, z upływem czasu wiele pytań doczekało się odpowiedzi, ale gdyby ktoś chciał dowiedzieć się czegoś więcej… Tak nie od strony Wikipedii, tylko bardziej prywatnie, „domowo”. No, bo poza tym, że znany jest szerszej publice jako „morderca”, „psychopata”, „terrorysta” to przecież skądś on się tam wywodził, nie? Miał rodzinę, przyjaciół, hobby… Szok. Czy to w ogóle możliwe, że ktoś taki spełniał się w roli syna, męża i ojca? Umiecie go sobie wyobrazić, grającego z dzieciakami w piłkę? Czy gościu miał jakieś słabości? Skąd wzięła się u niego nienawiść do Amerykanów? Skąd obsesja na punkcie polityki i wojska?

Jeśli macie ochotę dowiedzieć się czegoś na ten temat, to właśnie z tej książki. Bo ta książka to spisane przez dziennikarkę Jean Sasson, wspomnienia żony Nadżwi i syna Omara. A kto lepiej zna człowieka niż jego własna rodzina?

Poznajemy Usamę* od wczesnych lat młodości, aż po pamiętny wrzesień. Książka przybliża kulturę i religię krajów muzułmańskich, styl życia, tradycje, zwyczaje. Pokazuje niepewną sytuację polityczną w rejonach targanych wojną. Nędza na ulicach wyniszczonych miast kontrastuje z pięknem dzikiej przyrody. Poznając rodzinę Bin Ladena, poznajemy troski życia codziennego i samego Usamę. Jego wczesne poglądy, ich wpływ na życie całej rodziny, dążenie do perfekcji, relacje z dziećmi oraz metody wychowawcze. Przenosimy się do różnych miejsc ich wiecznej tułaczki. Gościmy w pałacowych salonach, by zaraz potem znaleźć się w spartańskich warunkach górskich jaskiń. Tu wszystko jest niepewne, nieprzewidywalne, zaskakujące. Poczujemy złość, irytację, ale też wzruszenie i współczucie. No i ciężar trudnych decyzji, a także siłę i odwagę członków rodziny, którzy zdecydowali się odejść.

Wydawać by się mogło, że powieść nie jest pozbawiona subiektywizmu – pisana jest przecież przez najbliższych. Jednak Usama widziany oczami oddanej mu żony i młodego syna jest już „Usamą po 11 września”, a całość (opatrzona unikatowymi zdjęciami) wydana tuż po jego śmierci.

* W licznych publikacjach występują dwie wersje imienia: Osama i Usama. Sprawdziłam z ciekawości i Usama okazuje się tą poprawniejszą. Pochodzi od klasycznego języka arabskiego, nazywanego koranicznym (w tym języku powinno się recytować Koran). „Ibn” przekształcone w wygodniejszą formę „bin” oznacza „syn”, a Laden w oryginale to Ladin. Najbardziej poprawna wersja zatem, powinna brzmieć Usama Ibn Ladin.
Dziękuję za uwagę.

 Syn Omar

 Usama

CICHE MIEJSCE

A QUIET PLACE

2018

reż. John Krasinski

Kiedyś lubiłam horrory, ale z nich wyrosłam. Przerzuciłam się na thrillery. Nawiedzone domy i wielkie obślizgłe bestie zastąpiłam psychopatycznym mordercą. Przynajmniej bardziej realne. Skusiłam się jednak na „Ciche miejsce” i pomimo wielkich, obślizgłych bestii – film jest świetny. Do tego stopnia, że nie mogłam się od niego oderwać, a gdy już się zmusiłam, to tylko po to by wyguglować sobie reżysera.

John Krasińki, poza swojsko brzmiącym nazwiskiem, nic mi nie mówił. Wcześniej reżyserował jakiś mini serial, jakiś program i tyle. Grywał raczej, aktorem również będąc, a jego filmografia wręcz imponująca, ale krążąca wokół miłosnych komedii, więc kompletnie gościa nie kojarzyłam. Tym bardziej szacun i tym bardziej ojej. Najwyraźniej narodził się geniusz.

To, co przede wszystkim uderza w filmie to połączenie kina alternatywnego, takiego z wyższej półki z typowym horrorem. Facet ryzykował porywając się na mieszankę, która mogła okazać się totalnym sukcesem albo totalną klapą. Na szczęście, według mnie, wyszło na to pierwsze.

Scenariusz nowy i oryginalny, oparty jednak na wnikliwym studiowaniu życia wielkich, obślizgłych bestii. Lub na grach video. Stawiam na to drugie, ale mogę się mylić. Wielkie, obślizgłe bestie są realne na tyle, na ile mogą być realne wielkie, obślizgłe bestie.

Ale nie bestie robią film.

To, co robi film to dźwięk i brak dźwięku. Przez półtorej godziny pada bardzo niewiele słów, a przynajmniej tych wypowiadanych głośno. Są gesty, mimika, język migowy i szept. I to wystarczy, żeby oddać cały klimat, a wręcz go spotęgować.

No i powiedzcie, czy film, w którym gra tylko czterech aktorów, pomiędzy którymi w dodatku nie ma dialogów, a który potrafi przykuć do fotela i rozdziawić gębę, nie jest mistrzostwem świata?

Doskonała gra aktorska. W główną rolę kobiecą wcieliła się Emilly Blunt, do której kiedyś miałam stosunek nijaki, a którą z filmu na film darzę coraz większym uznaniem. W roli jej męża wystąpił… jej mąż, czyli reżyser Krasiński.

Fabuła:

Dzień 89. Kolejny świetny zabieg reżysera, który nie pokazuje istotnego wydarzenia, nie prowadzi nas za rękę, nie tłumaczy co się stało, kiedy się stało, jak i dlaczego. On wrzuca nas w dzień 89, w sam środek koszmaru. No, to masz teraz i kombinuj człowieku, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Musimy na szybko poznać rodzinę, ogarnąć co się dzieje i od tej pory wtopić się w nią i przeżywać wszystko tak, jak oni przeżywają.

A oni przeżywają wszystko w ciszy. Najmniejszy odgłos zwabia wielkie, obślizgłe bestie pożerające żywcem.

Ojciec, ciężarna matka i troje dzieci. Ich dom to kompletna ruina na dole, ale górne piętro daje nam pogląd na to, jak normalnie żyli „przedtem”. Opustoszałe miasteczko obrazuje ogrom zła, jakie wtargnęło w życie mieszkańców. Metody na przetrwanie, opracowywane przez ojca rodziny pokazują desperację, ale i sprzeciw, chęć podjęcia walki.

No i ten dźwięk… Niby go nie ma, a odgrywa w filmie kluczową rolę. Widz słyszy szum wody, bicie serca, a także kawałek piosenki w słuchawkach bohaterów.

Ich życie to życie w bezustannym poczuciu zagrożenia, w napięciu, w stresie, w strachu przed wielką, obślizgłą bestią. Jednocześnie jest to przecież zwyczajna rodzina ze swoimi problemami, rozterkami, buntem nastolatków…

To jest prawdziwa sztuka, pokazać łączące ich uczucia, które muszą jakoś podtrzymywać w niewerbalny sposób… I radzą sobie doskonale…

Niesamowite.

Pomoc dla rodziny

Kochani,

Jakiś czas temu pisałam o rodzinie, której pomagam. Dodałam to jako stronę, chociaż wiem, że nie każdy na strony zagląda. Nie chciałam jednak aby tekst zaginął pośród innych wpisów, pomyślałam też, że jako strona będzie mniej „natarczywy”…

Nie będę powtarzać o co chodzi – jeśli ktoś chce to sobie przeczyta. Dzisiaj chcę tylko poinformować, że sprawy mają się coraz lepiej, bo do p. Beaty zgłosiło się kilka firm, które powoli pomagają jej w remoncie. Ona sama sukcesywnie przesyła mi zdjęcia i widzę spore zmiany. Do końca, co prawda, jeszcze daleko, ale wszystko zmierza ku lepszemu. Zbliża się, natomiast, rok szkolny i nowe potrzeby. Jeśli ktoś może pomóc – czekam na email. Przy okazji – Sylwia, jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc, w imieniu własnym i p. Beaty. Poniżej wklejam listę rzeczy pierwszej potrzeby.

kredki

plecaki

bloki

ołówki i długopisy

pióra

trampki

kapcie 36 ,37 ( wymóg w technikum)

spodenki i białe koszulki na w-f

buty sportowe 2 pary – 38 chłopięce

bluzę sportową

koszulki sportowe

spodnie roz. 36 dla dziewczynki

kurtki na jesień dla chłopca i dziewczynki

Ponadto:

kinkiety

2 żyrandole

3 materace używane by dzieci miały na czym spać

komodę lub szafki na ubrania

krzesła

farby 10 l szara,10 l zielona,10 biała

W ramach remontu zrobiono poddasze, które kompletnie nie nadawało się do użytku. Jednak strop jest zbyt słaby i jest w stanie utrzymać tylko lekkie mebelki. Tam będą spały dwie dziewczynki.

To na tyle… Jeśli ktoś, coś… Zapraszam:)

Akcje ciotki Lusi, która musi, bo się udusi

 

blee

Żaden członek rodziny nie wtrąca się do moich związków. I dobrze. Czy przyczynił się do tego mój kategoryczny sprzeciw, wyrażony raz, a dosadnie, czy fakt, że moje życie uczuciowe po prostu im, że tak powiem, zwisa? Nie wiem. I wiedzieć nie muszę.
Ale nie zawsze tak było. Była sobie ciotka Lusia. Ciotka Lusia właściwie nie jest moją ciotką, co więcej: nie jest nawet Lusią! Po prostu tak nazywałam (wszyscy tak nazywali) koleżankę mojej mamy. Moja mama, aktorka teatralna, miała dość specyficznych znajomych. Właściwie, gdy tak o tym myślę, to Lusia była chyba w miarę normalna. Miała, oczywiście, swoje wady i dziwactwa, a jednym z nich było wtrącanie się w cudze sprawy. Napisałam „cudze”? Jakie cudze! Moje sprawy, MOJE! Ciotka Lusia, nie wiedzieć czemu, bardzo chciała mnie wyswatać, chociaż ona sama twierdziła, że tylko „podsuwa mi oględnego kawalera”. Jezu. Postawiła to sobie za cel, choć do dzisiaj nie wiem, co znaczy „oględny” i czy w ogóle istnieje takie słowo. Ważne, że ciotka Lusia wiedziała.
„Nie uważa ciocia, że jestem trochę za młoda na bycie żoną?”
„A kto mówi o ślubie? Zresztą latka lecą, uroda przemija, a ty już pełnoletnia przecież.”
„Ale ja mam chłopaka…”
„Jakiego tam chłopaka! Chłystek jakiś… Nigdy tego twojego Piotra jakoś nie lubiłam.”
„Pawła” – poprawiłam odruchowo.
„No właśnie: Pawła też nie! A w ogóle to takich dziwnych masz tych znajomych… Nic, tylko motocykle i głośna muzyka. Żaden nie myśli poważnie, ani fachu w ręku, ni zawodu… No, naprawdę: nie masz ty w czym wybierać, dziewczyno, no nie masz ty w czym wybierać…”
„Przecież ciocia moich znajomych na oczy nie widziała…”
„Ja tam swoje wiem. Dno i bąbelki. A ja mam takich fajnych bratanków i siostrzeńców… Starsi trochę od ciebie, ale to dobrze. Mężczyzna musi być starszy.”
Puszczałam mimo uszu to jej ględzenie. Uśmiechałam się uprzejmie, kiwałam głową i mniej więcej w połowie wywodu, pogrążona we własnych myślach, wyłączałam się zupełnie. Nie wiem jak to się stało, że od ględzenia przeszła do czynów. Pierwsza akcja – teatralny bufet. Kończyłam kanapkę, gdy ciotka Lusia przepychała się do stolika, ciągnąc za sobą wysokiego i chudego jak patyk, blondyna.
„No, to jest właśnie Norbert” – oznajmiła.
„Aaaa” – odparłam, zastanawiając się gorączkowo co mnie ominęło. Z tonu ciotki wynikało jasno, że powinnam faceta kojarzyć… Na wszelki wypadek wsadziłam do ust pokaźny kęs kanapki, żeby zyskać nieco na czasie. Liczyłam na to, że ciotka rozgada się jak zwykle i zaraz wszystko stanie się jasne… Naprawdę na to liczyłam. Tymczasem ona zrobiła coś nieoczekiwanego, coś, co sprawiło, że kanapka utknęła mi w gardle, a do oczu napłynęły łzy.
„To ja was teraz zostawię, kochani” – stwierdziła ciotka i… wyszła. Norbert był tak samo zaskoczony jak ja. Z wyraźnym ociąganiem usiadł na przeciwko i westchnął. Ja, natomiast, patrzyłam na niego wytrzeszczonymi oczami. Wytrzeszczonymi z zaskoczenia i zadławienia. Nie wiem jak długo to trwało, w końcu jednak musiałam skończyć przeżuwanie i coś… Powiedzieć? Zrobić?
„Przepraszam” – odezwałam się wreszcie, – „ale naprawdę cię nie pamiętam.”
„Bo my się jeszcze nie znamy” – powiedział Norbert. „My mamy się poznać” – dodał.
W jednej sekundzie zrozumiałam o co chodzi i… Bóg mi świadkiem, że nie chciałam, naprawdę z całych sił próbowałam się powstrzymać, ale… Wybuchnełam śmiechem. Takim śmiechem, przy którym nie można się opanować, znacie to? Najpierw zaskoczona, a potem zdegustowana mina Norberta dolała oliwy do ognia. Mijały minuty, a ja wciąż się śmiałam, histerycznie, głupawkowo i właściwie bez powodu! Mogło wyglądać to tak, jakbym śmiała się z Norberta i było mi cholernie głupio. Niestety, nic nie mogłam poradzić, a właściwie byłam w stanie zrobić tylko jedno: położyłam głowę na stole i zaczęłam kwiczeć jak świnia. Wkrótce zabrakło mi tlenu, podniosłam więc głowę żeby złapać powietrze i… stwierdzić przy okazji, że siedzę sama. Norbert musiał mnie opuścić między kwiknięciami.
Przypuszczam, że opowiedział o wszystkim ciotce, bo miałam od niej spokój przez następny miesiąc. Ale to była tylko cisza przed akcją numer dwa.
Siedziałam z powieścią Koontza w swoim pokoju, pod kocykiem, w piżamce. Fakt: dochodziło południe i była to dziwna pora na piżamkę, ale… Do cholery! Byłam u siebie! Nikt nie uprzedził mnie, że…
„Puk, puk! Przyprowadziłam ci gościa…” ciotka Lusia bez ceregieli wparowała do pokoju. Spojrzała na me odzienie i cmoknęła z dezaprobatą. „Pewnie nie domagasz” stwierdziła głośno, a jej wzrok mówił „Lepiej, żebyś kuwa, była chora!”
„Domagam! Właśnie, że domagam… się prywatności!” Oczywiście moje słowa zostały zignorowane.
„To jest Karol, mój bratanek” – oznajmiła. „Karol studiuje prawo i ma praktyki w najlepszej kancelarii!”
„Nie!” krzyknęłam.
„Tak!” potwierdził Karol.
„…gra na skrzypcach i ma czarny pas w karate!”
„Nie!” krzyknęłam.
„Tak!” potwierdził Karol.
„…jest świetnym szachistą i chrześniakiem wojewody!”
„Nie!” krzyknęłam.
„Tak!” potwierdził Karol.
Muszę to przerwać, bo wyjdę z siebie.Oodłożyłam książkę i powoli podeszłam do Karola. Spojrzałam mu głęboko w oczy i wyszeptałam:
„Jeśli jeszcze mi powiesz, że umiesz jeździć na rowerze i zrobić balona z gumy – natychmiast popuszczę…”
Oczy Karola zrobiły się okrągłe ze zdziwienia i chyba potrzebował dłuższej chwili by zrozumieć, co zaszło. Ciotka, natomiast, w obliczu tak jawnej zniewagi, otworzyła usta i zamknęła. Otworzyła i zamknęła. W końcu poprawiła okulary, odwróciła się na pięcie i wyszła, ciągnąc za sobą, wciąż zszokowanego Karola. Od razu skojarzyła mi się scenka z „Seksmisji”: „Panie Albercie, wychodzimy!”
Nie muszę chyba dodawać, że miałam z ciotką spokój na kolejny miesiąc. Później jeszcze kilka razy próbowała mnie swatać, ale z mniejszym entuzjazmem. W końcu dała sobie spokój i – z tego, co wiem – pożeniła wszystkich swoich bratanków i siostrzeńców.
A ja piszę o tym właśnie teraz, bo spotkałam ją niedawno na ulicy. Postarzała się, wyciszyła, ale odzyskała dawny błysk w oku, gdy zapytała, czy kogoś mam:)