SS, czyli sylwestrowe spostrzeżenia

Zacznę od sąsiadów, którzy mile mnie w tym roku zaskoczyli. Sylwester u wszystkich przebiegł, o dziwo, spokojnie. Od czasu do czasu słychać było tylko pojedyncze okrzyki. I pojedyncze szczeknięcia, ale trudno powiedzieć czy psów czy sąsiadów…

Jak już kiedyś pisałam, mieszkam w jednym z bliźniaczych bloków. To znaczy mój blok jest tym bliźniakiem mniej kochanym, bo tamten jest po przeszczepach i liftingu, ale przysięgam, że coraz bardziej cieszę się z tego gorszego blokowego sortu.

Wspominałam też, że w moim bloku mieszkają psiarze, a w tamtym kociarze. Tak jakoś wyszło przez przypadek. U nas czasami coś szczeknie w nocy, za to tam… Drzwi od klatki schodowej przez większość doby stoją otworem. Gdyby ktoś się zastanawiał – dla kotów. Lokatorzy wymyślili, że biedne koty zamarzną na śmierć, więc lepiej żeby spały w klatce. Koty, oczywiście srają na spanie w klatce, i srają w klatce. To jedyne, co w niej robią. Smród jest nieziemski, to po pierwsze. Po drugie – zimno w mieszkaniach, bo wieje z dworu. Po trzecie, wszyscy płacą za ogrzewanie na klatce, tracą więc pieniądze, że o ekologicznym aspekcie marnowanej energii nie wspomnę. Tuż przy wejściu, w piwnicznym okienku stoją miski, do których sąsiedzi sukcesywnie wrzucają obiadowe resztki. Problem w tym, że nikt ich później nie sprząta, więc o widoku i zapachu nie wspomnę. Same koty zresztą są średnio zainteresowane jedzeniem w tak mało estetycznej formie. Nie gardzą nim za to lisy, kuny i łasice, które z rozbawieniem obserwuję niemal każdego wieczoru. Mój kolorowy (wytatuowany) sąsiad, jedyny psiarz w bloku kociarzy, pytał mnie ostatnio czy nie ma u nas jakiegoś wolnego mieszkania. Jest zdesperowany.

Ale wracając do Sylwestra. Nie obyło się bez drobnego incydentu – jakieś małolactwo postanowiło odpalić (race? armaty?) na skwerku przy bloku. Po chwili spieprzali w podskokach, a skwerek jarał się żywym ogniem. Kilku sąsiadów wyskoczyło żeby ugasić pożar.

Oliwia oznajmiła, że możemy sobie gdzieś wyjść, a ona zostanie z Tamalugą. Wykopaliśmy ją z domu na imprezę. Kiedy to dziewczę będzie się bawić, jeśli nie teraz?

Wiktorii nikt wykopywać nie musiał – plany na Sylwestra miała już ustalone od pół roku.

Stałam tak w progu jej pokoju, przyglądając się jak lata niczym kot z pęcherzem, bo wszyscy już od 2 godzin byli na miejscu, tylko ona, jak zwykle ostatnia. Jej pokój to było pobojowisko. To znaczy bardziej niż zwykle, dużo bardziej. Na łóżku leżało wszystko, co tylko się na nim mieściło. Na podłodze skarpetki, rajstopy, but, torebka, paragony i szczotka do włosów. Wiktoria biegała w nerwowym szale, przeskakując przez przeszkody i wyraźnie czegoś szukając. Jej telefon dzwonił bez przerwy. W środek Armagedonu weszła, równie zakręcona Żanejro.

– Co ty tak latasz? – pyta Wikę.

– …!

– Co znowu zgubiłaś?

– Szminkę!

– Poszukaj na łóżku.

– Już szukałam. Na pewno ta mała cholera mi zabrała!

– Tamaluga?

– Nie, Oliwia!

Stoimy z Żanejro ramię w ramię i przyglądamy się jak Wika w panice przeszukuje biurko, wybiega z pokoju, wbiega z powrotem…

– Wiesz co – mówi Żanejro. – Ja mam taką fajną szminkę…

– No to dawaj! – Wika przystaje na chwilę.

-… ale nie przy sobie – kończy Żanejro. (Uwielbiam ją).

Wika patrzy na nią wzrokiem mordercy. Ich wieloletnia przyjaźń właśnie zawisła na cienkim włosku. Jednak tylko cmoka z irytacją i biega dalej. Mam wrażenie, że biega już teraz zupełnie bez sensu (przyjmując, że wcześniejsze miało jakiś sens). W międzyczasie zderza się z łóżkiem. Siła uderzenia jest na tyle duża, że spod łóżka wyjeżdża okrutnie zakurzona, zapomniana przez Boga i ludzi deskorolka. Teraz czekam już tylko aż się o nią potknie.

– Wiesz, ta szminka – ciągle dalej Żanejro. – To ona jest taka fajna, że jak się nią pomalujesz to najpierw jest taka…

Wiktoria zatrzymuje się nagle, jak by ktoś odciął jej zasilanie.

– Jaka?- pyta z zainteresowaniem.

– No, taka matowa. Ale jak obliżesz usta to się robi błyszcząca.

– Na długo?

– Dopóki nie wyschnie. Wtedy znowu jest matowa.

– Aha. A jaki ma kolor?

– Czerwona.

– Nie spieszyłyście się gdzieś czasami? – pytam, starając się zachować powagę.

Obie wyrywają się z letargu, po czym jedna wyjmuje komórkę i coś tam pisze, a druga dalej biega.

Po dziesięciu minutach z ulgą zamykam za nimi drzwi.

 

***********************************************

 

Podobno jaki Sylwester, taki cały rok. Ja dokładnie o 12:00, wylewałam Tamalugowe siuśki z nocnika do sedesu. Wizja robienia tego przez cały rok wydała mi się dosyć przygnębiająca, dlatego błyskawicznie dołączyłam do  Tomka i Tamalugi i trwaliśmy na podłodze w zwartym uścisku.

O 12:03 Tamaluga umościła się na parapecie, żeby podziwiać fajerwerki, odpalane, jak zwykle z placu za Biedronką.

– Nie boisz się, Tamalugo?

– Tloche boje.

Przy okazji – Tamaluga myśli, że fajerwerki puszcza święty Mikołaj, przyczajony na Biedronkowym parkingu. Wołała go głośno, prosząc o konkretne kolory:

„Kołaju, kołaju, telaś blu, guułini, redi, jeloł” i tak dalej.

O 12:20 dziewczyny zadzwoniły z życzeniami. Oliwia wyraziła nadzieję, że my też wspaniale się bawimy. Spojrzałam na Tomka, który właśnie podłączał dwa kabelki do jakiegoś małego urządzenia. Spojrzałam na Tamalugę, która z braku chętnych sama sobie polewała Piccolo do kubka (a także na krzesło i podłogę).

„O, tak, córeczko, mamy ubaw po pachy”.

 

Reklamy

Takie czasy: górne hałasy, a wy nie wiecie o pęsecie

Najpierw było pogłośnienie muzyki. Potem wybuchy śmiechu. Potem nastąpiła regularna rozmowa, o dwa tony za wysoko i wzajemne uciszanie się. Wtedy obudziłam się ja. Ja, która z wielkim trudem zasnęła jakieś 20 minut wcześniej. Potem zaczął szczekać pies, bo ktoś uparł się że nauczy go paru sztuczek. Wtedy obudziła się Tamaluga. Gdy budzi się Tamaluga, to we mnie budzi się bestia.

Ale najpierw kulturka, żeby nie było. Dzwonię do Krzycha, ale nie odbiera. Po chwili dostaję sms „Oj, chyba za głośno jesteśmy. Oj, przepraszamy”. OK. Wracam do łóżka. Sytuacja wydaje się być opanowana. Na jakieś 3 minuty. Potem słyszę basy tak, jakby przystawiono je bezpośrednio do mojej ściany, co jest niemożliwe z uwagi na inne piętro i inny pion. Cholera, to już drugi raz w tym tygodniu. Jak zwykle w takich sytuacjach zastanawiam się dlaczego żaden z sąsiadów nie reaguje. Jak zwykle też, w takich sytuacjach marzę o domu z ogrodem w dzielnicy Wypiździew Mały, przy ulicy Wygwizdowej.

Tamaluga zasypia, co prawda, ale hałasy nie cichną, więc przewraca się z boku na bok i stęka. Dzwonię ci ja, po raz drugi. „Już, już będziemy cichutko”. Nie wiem, co inni rozumieją przez „cichutko”. Zawsze myślałam, że są pewne słowa – klucze, których znaczenie jest konkretne, stałe i niezmienne na całym świecie. Żyłam w błędzie.

Leżę jeszcze chwilę rozważając obudzenie Tomka, który po ciężkim dniu zasnął jak kamień. Obudzenie go było ostatecznością, gdyż wiem, że bez względu na jego osobisty stosunek do gospodarza – wszedłby do niego z drzwiami. Gdy tak o tym rozmyślam, Tomek ulega przebudzeniu. Otworzył jedno oko i zmarszczywszy czoło skupił je na zetknięciu sufitu ze ścianą. „Gdzie to?!” „U Krzycha”, wzdycham. No i dupa. Nie ma już odwrotu. Tomek przywdziewa spodnie dresowe, klapki i rusza na piętro. Przychodzi po minucie i jak gdyby nigdy nic, wraca do uprzednio przerwanej czynności. Właściwie do tej pory nie wiem, co tam zaszło, zapomniałam go zapytać. W każdym razie z piętra nie dochodzi już żaden dźwięk. Wiem tylko, że nie pozabijał imprezowiczów, gdyż ujrzałam wszystkich nazajutrz, przemykających do Żabki. Poznałam ich pomimo ciemnych okularów na styranych życiem fejsach. Myślę, że Krzychu przechodzi kryzys wieku średniego, który najwidoczniej u singli odbywa się w taki sposób.

Wiktoria już od jakiegoś czasu jest tzw kosmetyczną modelką, chociaż ja ją nazywam królikiem doświadczalnym. Korzysta z darmowych zabiegów u kosmetyczek, które się uczą. Na niej się uczą. Między innymi. Tym o to sposobem, zrobiła sobie na twarzy już chyba wszystko, co można sobie zrobić, poza depilacją brwi. No, co jak co, ale to chyba bym zauważyła. Zresztą nie wiem nawet czy istnieje coś takiego jak depilacja brwi, ale jeśli tak, to chyba nic mnie już nie zdziwi. Ostatnio musiała iść do dentysty, więc zapytała czy nie skorzystam za nią z darmowego liftingu rzęs z botoksem i henną. Z drugiej części zdania nie zrozumiałam wiele, za to uwaga moja skoncentrowała się na słówku „darmowego”. Weszłam, więc, że tak powiem, w ciemno.

O liftingu rzęs wiedziałam niewiele. Mniej więcej tyle, co o innych liftingach, czyli w zasadzie gówno. Wyobrażałam sobie, że usiądę w mięciusim fotelu, odchylę do tyłu główkę, wesprę nóżęta o podstawek. Może nawet w ramach „gratisu w gratisie” ktoś wymasuje mi stopy? Zawahałam się nieco, widząc stół jak do operacji, z ogromną, okrągłą lampą ustawioną prosto na gębę. U wezgłowia – dwa podręczne stoliki na kółkach, zastawione wypełnionymi po brzegi, chirurgicznymi nerkami. A przynajmniej tak mi się zdawało. Najpierw zdjęcie „Jak wyglądam przed”. Rzecz jasna z fleszem po oczach. Chyba po to, żebym osunęła się oślepiona na to łoże, gdyż obie pańcie dostrzegły moje zawahanie. Przynajmniej jedna z nich była po tym samym kursie, co kasjerki w Rossmannie, gdyż równie infantylnym głosikiem zdrabniała słowa. „No, to teraz chowamy włoski w czepeczek i zamykamy oczka”.

Pani Czarna była uczącą. Pani Blondynka – uczącą się od Czarnej. Naklejono mi coś na powieki. Górne i dolne (teraz nawet gdybym chciała otworzyć oczy – nie dałabym rady) i zaczęto dłubanie w moich rzęsach. Skojarzenie z operacją nie chciało wyjść mi z głowy. Niepokojące uczucie tak leżeć z zamkniętymi oczami, i być zdanym na obce baby. Przecież ja ich nawet nie znam! Nie wiem na co patrzą, co teraz robią… A może właśnie w tej chwili rysują mi na powiekach karne kutasy?! Markerem permanentnym, dla lepszego efektu i większej zabawy.

Cisza była niepokojąca, już wolałam gdy rozmawiały. Niepokojące były też odgłosy upuszczanych co chwilę instrumentów. No, co im mogło tak upadać? Pęseta? Grzebień? Oczywiście wyobraziłam sobie, że to skalpel. Co jakiś czas dobiegało też „ojej!”, co było już nie do zniesienia. Czułam się jak by zaszyły mnie zostawiając w środku gazik… W dodatku Pani Blondynka co jakiś czas miała czkawkę. Jej przepraszające stwierdzenie, że „to na tle nerwowym” jakoś mnie nie uspokoiło – wręcz przeciwnie. W końcu oznajmiła, że ona woli pracować w ciszy, bo rozmowa z klientką ją rozprasza, no i w ogóle, że klientki rozmawiając ruszają twarzą i coś jej się może nie udać.  To samo mogłabym rzec o jej czkawce.

Pomimo deklaracji o pracy w ciszy, usta jej się nie zamykały. Panie rozmawiały głównie o stylizacji rzęs, o stylizacji paznokci i o… światowych konkursach w stylizacji rzęs i paznokci. Przez moment ucieszyłam się, bo Blondynka weszła na temat swoich dzieci, ale trwało to tak krótko, że nie zdążyłam się nawet zorientować ile ich ma i w jakim wieku. Za to przez kolejne 10 minut dowiadywałam się o rodzajach i rozmiarach pęset, o tym, że „dzisiejsze pęsety to nie to co kiedyś”, i że „pęseta musi, no po prostu musi pasować do dłoni, bo inaczej dupa”. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Czy moja pęseta pasuje do mojej dłoni? Nie wiedziałam, że los pęset jest taki smutny i poczułam wyrzuty sumienia, że nigdy nie poświęciłam dłuższej chwili refleksji temu zagadnieniu. Nie przyszło mi do głowy, że pęsety mają rodzaje i rozmiary, a może nawet jakieś plany i marzenia… Zrobiło mi się zwyczajnie przykro i obiecałam sobie, że odtąd będę patrzeć na ten kawałek metalu z większym szacunkiem.

Dwie godziny. Dwie, bite godziny spędziłam w pozycji leżącej z zamkniętymi oczami. Gdy wreszcie je otworzyłam, pomyślałam, że chyba tak właśnie czuje się kret po przebiciu się do ogródka. Gdy myślałam, że nie można mnie oślepić jeszcze bardziej – pstryknięto mi zdjęcie „Jak wyglądam po”, po czym podano mi lusterko (też podświetlane, żeby nie było). „Ohoho, łał”, powiedziałam niepewnie, bo nie widziałam nawet swojej twarzy, tylko jasne, skaczące okręgi. Jeśli nie zorientowały się po tym, to moje przypieprzenie we framugę w poszukiwaniu drzwi – już musiało dać im do myślenia.

Dopiero w domu mogłam ocenić efekt, a ten był… żaden. Nie oczekiwałam, że będzie spektakularny  – w końcu to nie było przedłużanie (zresztą panie były zachwycone zdrowotnością moich rzęs, odgadując trafnie, że nigdy ich nie przedłużałam), no ale czegoś się spodziewałam. Czegokolwiek. Zawiedziona, wmówiłam sobie, że przynajmniej je podreperowałam, a to już coś.

W ramach P.S. muszę dopisać, że na drugi dzień wystarczyło pociągnąć delikatnie tuszem, żeby seksownie zawinęły się na górne powieki. No, to może te dwie godziny nie były tak całkiem stracone…

Okiem szalonego architekta, czyli znowu o kupie

I po co to podróżować? Po co zapuszczać się nie wiadomo gdzie? Najzabawniejsze historie dzieją się na naszym podwórku. Dosłownie.
Jak wiecie, nieustannych inspiracji do moich wpisów dostarczają mi sąsiedzi.
Zanim przejdę do rzeczy, uraczę was odrobiną geografii i architektury. Nasze dwa bloki są inne. To znaczy inne, niż inne. Inne niż reszta. Na całej długości ulicy, po prawej stronie (jadąc z centrum), ciągną się takie same, kilku-klatkowe bloki.
Blooook. Przerwa. Blooook. Przerwa. Blooook. Przerwa. Blooook. Przerwa. Nasze dwa bloki. Gdyby one chociaż były bliźniacze – miałoby to jakiś sens. Ale nie, bo chociaż rozmiarem identyczne, i oba dwu-klatkowe – na tym podobieństwa się kończą.
Nie bardzo wiem, co artysta architekt miał na myśli, również w kwestii koloru elewacji. Jeszcze do niedawna jeden z nich był niebieski, a drugi różowy (i tak to zostawię dla rozróżnienia). Ja mieszkam w różowym.

DSC_0455Chciałam wam to jakoś zobrazować, niestety rysunek nie jest najlepszej jakości, ale może jakoś się dopatrzycie:) W razie pytań – śmiało, nie krępujcie się, może nawet odpowiem.
Od kilku lat między naszymi blokami trwa cicha wojna. Kiedy i od czego się zaczęła – nie wiem. Przypuszczam, że mógł się do tego przyczynić ów nawiedzony architekt, nie tylko różnicując nas kolorami. Oni mają spadzisty dach, my – prawie płaski. Za to w naszym są balkony, których im poskąpił.
Gdy tak sięgam pamięcią do dzieciństwa, to faktycznie było coś na rzeczy. Najwięcej dzieciaków w tym samym wieku, mieszkało w bloku różowym. Tworzyliśmy zgraną bandę i rządziliśmy podwórkiem, ku zazdrości dzieciaków z niebieskiego. Byli w mniejszości, a wśród nich wielu starszych od nas o rok czy dwa, więc traktowaliśmy ich jak kosmitów. Oczywiście bawiliśmy się też z niebieskimi, ale zawsze z lekkim dystansem. No i musieli wkupić się w nasze łaski.
Mnie osobiście wojna nie dotyczy, w związku z czym nie bardzo wiem, co i jak. Jednak co jakiś czas, jakaś sąsiadka z różowego uraczy mnie garścią świeżych plotek o niebieskich, szukając u mnie aprobaty: „Ten cały blok jest nienormalny! Pamiętasz żeberka?”
Pamiętałam.
Którejś zimy niebiescy odkryli, że w mieszkaniach różowego bloku, kaloryfery mają o jedno żeberko więcej. Wystosowali pismo do zarządcy, wezwali ekipę do kontroli. Trzyosobowy skład jury, wparował nam na chatę i zaczął macać kaloryfery.
Wiedziałam, że kaloryfery w domu posiadam. Zwłaszcza kuchenny trudno przeoczyć, bo jakiś cymbał w przypływie natchnienia umieścił go pod sufitem. A, że sufity u nas niskie – mam go prawie w połowie ściany. W każdym razie kaloryfery mam, ale nigdy, przenigdy nie przyszło mi do głowy, żeby policzyć im żeberka…
A niebiescy policzyli. I odpuścić, tak jawnej niesprawiedliwości, nie zamierzali.
Jakiś czas później ocieplano nasze bloki i robiono nową elewację. Pamiętam jak się ucieszyłam, widząc dzielnych budowlańców przy pracy. Oba budynki ocieplano jednocześnie. Gdy skończyli dwie krótsze ściany w różowym, niebiescy przypomnieli sobie, że „składali się jako pierwsi” i pierwsi też chcą być skończeni. I tym sposobem niebieski blok zyskał ocieplenie i piękną elewację. Na nas zabrakło pieniędzy.
Także, kochani, wciąż straszymy wyblakłym różem z 1948, oraz, nieco świeższym, bo z czasów mojej podstawówki, napisem „Sylwka to szmata”. Jeśli kiedyś zawitacie w te strony – poznacie go bez trudu. Zapraszam…
Niebiescy zagarniają śmieci na naszą stronę. Koszą trawę na skwerku do połowy. Wszystko to dziecinne i po prostu głupie, zwłaszcza, że przecież codziennie mówimy sobie „dzień dobry”.
Ostatnio konflikt przybrał nieco łagodniejszą formę, głównie za sprawą nowych sąsiadów i ciągłej ich rotacji. Nie znaczy to, że starzy odpuścili, o nie! Przenieśli swoje frustracje na tych nowych, właśnie. I tak oto, niebieski blok jest w stanie wojny… sam ze sobą.
W niebieskim bloku mam swoich ludzi. Niektórych jeszcze z dzieciństwa (Kasieńka i Kolarz, Pepa), innych poznałam w ostatnich latach (R i jego żonę E). Rodziny Kasieńki i Kolarza są ze sobą skłócone. Za Pepą ciągnie się legenda jej babci – postrachu podwórka. R i E narazili się tym, że są stosunkowo nowi, a wszystkim naraził się Pan Karmiący Koty. Prowadzi on jawną wojnę z właścicielami psów (jedyny jakiego tolerował to Pan Roniowy, który koty miał głęboko pod ogonem).
Biegnę do klatki. Ciemno, zimno, leje jak cholera. Przywołują mnie dwie postaci, skulone pod daszkiem sąsiedniej klatki. To R z niebieskiego i sąsiad od Zuzi (kurcze, nazwijmy go jakoś, bo w kółko się w tych moich wpisach przewija. Może Zuzio?)
R: „Położyli mi gówno na wycieraczce”.
Ja: „Jak to? Kto?”
R: „Pewnie ten od kotów, bo skąd niby wziął takie gówno? Będzie mi tu zwalał na moją Fifi, jak to kocie jest, no przecież widać!” Sięgnął do kieszeni i przez chwilę przestraszyłam się, że mi przyniósł do oceny, ale nie – wyjął zapalniczkę. Zastanowiłam się jak odróżnić kupę kota od kupy jorka i nic mądrego nie przyszło mi do głowy.
„Ja wiem, że to on” ciągnął R. „Mści się, bo ostatnio zwróciłem mu uwagę, że zrobił sobie z naszej klatki dom kotów. Drzwi otwiera na oścież, na całą noc, żeby koty miały gdzie spać… Totalny popapraniec! Już nie wspomnę o smrodzie, ale przecież wszyscy płacimy za ogrzewanie na klatce… Przecież płacimy za domofon, żeby było bezpiecznie… No powiedz sama…
Ja: „No, tak”.
Zuzio: „On, on, na pewno on! Wczoraj wydarł się na moją siostrzenicę, że Zuzia mu na koty szczeka! A co ma robić, miauczeć?!”
Ja: „No, tak”.
R: „A ta z parteru nie lepsza! Ochrzaniła mnie, bo raz się zapomniałem i podpaliłem papierosa na klatce, ale zaraz wyszedłem na dwór! A jak u niej smród i hałas od miesiąca, to jest dobrze, nie?”
Ja: „No, tak”.
Popatrzyłam na jednego, popatrzyłam na drugiego, przy okazji stwierdzając, że sięgam im, co najwyżej do ramienia. Zero siły przebicia. I jeszcze ten deszcz…
R: „Dom kotów. Normalnie dom kotów w naszej bramie… A u was?”
U nas Gejowskie Zagłębie, pomyślałam. To określenie wymyślili sami zainteresowani, gdy kiedyś śmiejąc się, liczyliśmy ilu ich przypada na oba bloki.
I tak to się kręci przez lata. Niektórzy ludzie po prostu muszą prowadzić wojny. Jeśli nie z obcymi, to ze swoimi. Dla zasady, dla zabicia nudy.
A przecież mamy tego samego listonosza.
W tym samym sklepie robimy zakupy.
Ta sama leniwa sprzątaczka sprawiedliwie omija śmieci na chodniku. I u nas, i u nich.

Turnus za długi? Nie dla Tamalugi! (wakacyjne resume)

Na podstawie wieloletnich obserwacji dokonałam pewnych obliczeń. Otóż, optymalna długość pobytu w większej, nadmorskiej miejscowości powinna wynosić 9 dni. Właściwie bez względu na pogodę. Dokładnie w 9 dni człowiek zdąży poleżeć na plaży, pozwiedzać, pospacerować, rozerwać się, sponiewierać finansowo i znudzić. Dłuższy pobyt działa na nerwy, krótszy – z całym naszym majdanem – zwyczajnie nie ma sensu. Kiedyś wszyscy zaliczali obowiązkowe 2 tygodnie, ale to były czasy PRL-u, czyli wczasów darmowych. A – wiadomo – darowanemu wypoczynkowi w turnus się nie zagląda. W ciągu tych naszych dziewięciu dni, przez nasz korytarz (4 pokoje) przewinęło się 6 rodzin! Wszyscy zaliczali „dwudniówki” i zanim człowiek zdążył się do nowych sąsiadów przyzwyczaić – znikali, a w ich miejsce pojawiali się inni… W obliczu takiej sytuacji, czuliśmy się jak wczasowi weterani, udzielający informacji „co” i „gdzie”, gaszący po wszystkich światło i rozdzielający parawany… Mina Tamalugi, gdy jednego dnia w tym samym pokoju witała się z 10 letnią dziewczynką, a następnego z 3 letnim chłopcem – bezcenna. Nie wiem jak ona to ogarniała, ale jakoś musiała to sobie w głowie poukładać…
A same wczasy? Fajne, jak to wczasy. Czy odpoczęłam? Trudno powiedzieć. Czasami miałam wrażenie, że przechodzę to samo, co w domu, tylko na level hard, bo w tak zwanych, warunkach polowych. Mój mózg też pracował na wyższych obrotach, żeby trafić ze snem Tamalugi w ciszę nocną, żeby zrobić jej mleko zanim do kuchni nadciągną inni, żeby organizować jej zabawy na tarasie zakrytym (bo odkryty miał niebezpiecznie szerokie odstępy między szczebelkami). Biegaliśmy za nią więcej niż zwykle, bo większość dnia Tamaluga spędzała na dworze. (Gdy już o tym mowa – klapki odpadały. Musieliśmy nosić obuwie wygodne do biegania.) Zbierałam w sobie ogromne pokłady cierpliwości, gdy zasuwała po plaży, sypiąc piaskiem, burząc zamki i zatrzymując się przy niemal każdym leżaku. A Tomek? Pełen luz! Dumny z córeczki, która budziła zachwyt plażowiczów. No, dobra: ja też byłam dumna. Nie da się ukryć, że Tamaluga, przy całej swojej łobuzerce jest po prostu urocza. Ludzie zatrzymywali się przy niej, mówili do niej, a ona stała i słuchała. Jeśli akurat coś jadła, a monolog wydawał się jej zbyt długi – częstowała tym, co miała w ręce, np. rozgniecionym lodem 😀 Przy każdym dźwięku muzyki (i bez) zaczynała tańczyć, budząc śmiech dookoła. Nauczyła się też 3 nowych słów (każde z innej parafii, więc nie szukam logiki): „broda”, „koti” (koty) i „tlap – tlap” (chlap chlap).
Tamaluga, bez krempacji, właziła do wszystkich pokojów. Noszkurwa do wszystkich! Nie dało się jej powstrzymać! Z jednej strony wstyd jak u chłopów za Jagnę, z drugiej – było mi to na rękę. Wszędzie witana była entuzjastycznie (podsłuchiwałam pod drzwiami), więc miałam trochę czasu dla siebie. Wątpliwości nadchodziły wraz z usłyszanym „teś!” – interweniować, czy nie? „Teś” oznaczało, oczywiście, że ktoś coś jadł, i ona „teś” chciała… Koniec końców wracała do mnie szczęśliwa i nażarta jak prosię. Zupełnie jak kot sąsiadów, po codziennym obchodzie bloku…
Niestety, w przeciwieństwie do Tamalugi – Pan Roniowy nie był szczęśliwy. Bardzo źle zniósł podróż i cały pobyt, z niestrawnością i reumatyzmem włącznie.
Opuściłam się z blogowaniem i komentarzami, bo internet tam hulał jak sołtys na stypie. Zasięg (z długimi przerwami) wykazywał się jedną kreską. Dwie kreski osiągałam, siedząc na progu balkonu, z lewą nogą wyciągniętą przed siebie, a prawą podkurczoną. Od razu przypomniał mi się Jaś Fasola i telewizor*. Po trzech dniach takich wygibasów, na lewej nodze naliczyłam 6 komarzych ukąszeń, na prawej jedno. Próbując zmienić konfigurację, przewróciłam krzesło, obudziłam Tamalugę i pół ośrodka, więc dałam sobie spokój. Postanowiłam blogowe straty nadrobić w domu, po powrocie. Jakże wielkie było me zdumienie, gdy zrozumiałam, że podczas planowania wakacyjnych wojaży nie należy zapominać o bieżących rachunkach… My „Home, sweet home” powitał mnie brakiem internetu, brakiem telewizji i propozycją skontaktowania się z operatorem i uregulowania rachunku 😀 Nic to, myślę sobie, zapłacę w poniedziałek, a tymczasem… od czego ma się sąsiada? Wklepuję więc jego klucz i wklepuję… Zmienił hasło, czy co?! Nie, okazuje się, że również nie zapłacił! Cholera by go! Jakże doceniłam wówczas jednokreskowy zasięg wczasowego internetu… Na szczęście poradziliśmy sobie z telewizorem – Tomek sklecił prowizoryczną antenę i odbieramy większość kanałów 😀
Jak zawsze, tak i teraz, moje roztargnienie dało o sobie znać. Pomimo wielokrotnego sprawdzenia – nie trafiły do domu dwie szczoteczki do zębów i pasta. Zabrałam za to dwa opakowania kawy, które nie należały do mnie. I jeden zdekompletowany resorak – w walizce Tamalugi…

* TU: https://www.youtube.com/watch?v=2jw1e–w1VQ

Dziwni sąsiedzi. Każdy z nas ma przynajmniej jednego…

Moja babcia Maria, zawsze powtarzała, że z sąsiadami najlepiej poprzestać na „dzień dobry”. Ta złota rada przyświecała mi przez większość życia, zwłaszcza, że miałam ku temu powody. „Dzień dobry. Jaka pani córeczka już duża. Zaraz przesunę ten rower. Tak, mogę pożyczyć klucz od strychu”. Uprzejmie, lecz zdawkowo. Miło, lecz na dystans. Niestety, czasami to nie wystarczy. Czasami ktoś nastąpi buciorami na nasz próg. Czasami wlezie do środka. Chcemy, czy nie, ingeruje w nasze życie, podkłada przysłowiową świnię, depcze prywatność. Tymi buciorami, rzecz jasna. Najlepiej wyplątać się z tego, możliwie szybko i możliwie bezboleśnie. Najlepiej postawić jasne granice, bo może zrobić się naprawdę niebezpiecznie.

Opowieść I

Gdy miałam 17 lat, do mojego bloku, klatkę obok, tuż za ścianę, wprowadziły się dwie starsze panie. Siostry. Dewotki. Pałające nieskrywaną niechęcią do kobiet, w przedziale wiekowym 15 – 40. Ja stałam się ich najbliższym, przez co kłującym w oczy, celem. Nauczona szacunku do starszych, chociaż czasami niesforna i zbuntowana, byłam jednak grzeczna i cierpliwie znosiłam komentarze obu pań. Gdy mówiły mi wprost, jak źle się prowadzę, całując się pod klatką ze swoim chłopakiem, wzruszałam po prostu ramionami. Chociaż już wtedy się we mnie gotowało. Panie, rozochocone brakiem reakcji, posuwały się powoli dalej. Czatowały na moją zmęczoną mamę, wracającą z pracy, by uraczyć ją codzienną dawką informacji na mój temat. Gdy któregoś dnia nakazała im się odpieprzyć i pilnować własnego nosa, sięgnęły po grubszy kaliber. Owe panie miały kota. Białego persa, któremu współczułam właścicielek, i który często uciekał, czemu się akurat nie dziwiłam. Zawsze podbiegał do mnie, a ja, choć przez chwilę mogłam zanurzyć dłonie w puszystej sierści i podrapać go za uchem. Przez chwilę, dopóki któraś z nich nie wyjrzała przez okno. Wtedy sypały się na moją głowę wyzwiska i groźby. Któregoś razu, wieczorem, oglądałyśmy z mamą jakiś film, gdy usłyszałyśmy walenie do drzwi. Jedna z naszych uroczych sąsiadek, wtargnęła do mieszkania, krzycząc, że zabiłam jej kota. Byłyśmy w szoku. Okazało się, że Puszka nie ma od dwóch dni, a dzisiaj znalazły za garażami kłęby białej sierści. Sąsiadka nie dopuściła nas do głosu, twierdząc, że jestem satanistką i spaliłam ich kota na czarnej mszy… Jeśli mama coś wcześniej podejrzewała, to teraz nabrała pewności, że mamy za ścianą psychopatki. Wiele można było o mnie powiedzieć, ale nigdy tego, że skrzywdziłabym psa, czy kota. Miłość do zwierząt zaszczepioną miałam od dzieciństwa. Wtedy, w przedpokoju, po raz pierwszy widziałam moją matkę w akcji. Moją matkę – oazę spokoju, królową cierpliwości. Dosłownie wypchnęła kobietę jednym zdecydowanym szarpnięciem. Po tym wydarzeniu przez jakiś czas był spokój. Mama wyprowadziła się do Nowego Jorku, ja zostałam, wyszłam za mąż, urodziłam dwie córki. Gdy dziewczynki były małe, sąsiadki wyraźnie – jak mi się wydawało – dążyły do zgody. Nie chowałam urazy – nigdy tego nie robię. Pomyślałam: są coraz starsze, a życie za krótkie na pielęgnowanie złych emocji. Nie protestowałam więc, gdy zaczepiały moje dzieci, gdy dawały im słodycze (które wyrzucałam do śmieci). Jednak wiedziałam, że ciągle coś z nimi nie tak. Którejś nocy jedna z sąsiadek zasłabła i druga wezwała pogotowie. Gdy pod ich domem pojawiła się karetka, nie wpuściła sanitariuszy do środka. Przyszła za to do mnie (była 2 nad ranem!) i poinformowała, że oni, tak naprawdę nie byli z pogotowia, tylko z ruskiej mafii. Pośród sprzętu mieli ukryte kałasznikowy, ale ona ich przejrzała. Była sprytniejsza. Innym razem zadzwoniła do moich drzwi, a gdy otworzyłam, po prostu władowała się do środka wymachując jakimś wahadełkiem. Wlazła do pokoju, podeszła do akwarium z rybkami i nakazała je natychmiast zlikwidować, bo zaburzają pozytywne wibracje w jej mieszkaniu… Dwa lata później, obie sąsiadki wyprowadziły się, odstępując mieszkanie wnukowi. I wiecie co? Trzy miesiące temu wyglądam przez okno, i co widzę? Jedną z nich!!! Myślałam, że ten horror mam już za sobą! W pierwszej chwili miałam ochotę wybiec przed blok, i porządnie nią potrząsnąć, ale… dobrze, że tego nie zrobiłam. Gdy ochłonęłam już nieco, przyjrzałam się bliżej sytuacji… Jest stara, samotna i chora na Alzheimera. Gdy szła z opiekunką,uśmiechnęłam się do niej i pogłaskałam po ręce.

Opowieść II

Gdy moje najstarsze dziewczyny mały 7 i 5 lat, do klatki obok wprowadziła się Bożena. Próbowałam pozostać przy zdawkowym „dzień dobry”, ale nie udało się. Głównie dlatego, że też miała dwie córki, 12 letnią Nikolę i 6 letnią Jagodę. Jagoda bawiła się z moimi dziewczynkami, więc chcąc, nie chcąc, spotykałam się z Bożeną. Przeprowadzili się ze wsi, z drugiego końca Polski, by – jak dowiedziałam się dużo później – uciec od wierzycieli. Bożena wydawała się sympatyczna, ale wścibska i ciekawska. Już pierwszego dnia wprosiła się na kawę. Z kawy zrobiły się drinki, chociaż właściwie tylko dla mnie, bo ona waliła wielkie lufy z kieliszka. Okazała się przy tym, prawdziwym wampirem energetycznym, obarczającym mnie wszystkimi swoimi problemami, i szukającym u mnie ich rozwiązania. Głowa bolała mnie cały następny dzień, nie z powodu kaca – wypiłam może ze trzy drinki – ale właśnie z powodu samej Bożeny. Nie nacieszyłam się długo spokojem, bo wieczorem znowu wpadła z flaszką. Próbowałam jej wytłumaczyć, że ja piję alkohol tylko okazyjnie, ale spojrzała na mnie, jak na kosmitkę. Spędziłam więc kolejny męczący wieczór, udając że piję równo z nią, i wściekając się na samą siebie, za brak stanowczości. Trzeci dzień – powtórka z rozrywki. Czwartego dnia, po prostu zgasiłam światła i udawałam, że nie ma nas w domu… Wyobrażacie sobie? Jakby tego było mało, zaczynałam mieć serdecznie dosyć jej starszej córki, całymi dniami wiszącej na moim kuchennym parapecie. Był środek lata, więc otwierałam okno na oścież, a Nikola, górną połową ciała praktycznie przebywała w mojej kuchni, komentując wszystko, co robię. „O, gotujesz coś ciocia (!) O, piszesz coś, a co tam piszesz? O, malujesz paznokcie, pomalujesz mi też?” Wiedziałam, że muszę to jakoś załatwić, że muszę z Bożeną poważnie porozmawiać. Odwiedziłam ją w sobotę rano. Cały piątek przygotowywałam przemowę. Stałam w jej pokoju, odetchnęłam głęboko i powiedziałam, co miałam powiedzieć. Że nie pijam codziennie alkoholu. Że mam prawo do prywatności. Że, w przeciwieństwie do niej pracuję, i że czas po pracy chcę poświęcać moim córkom. „O.K.” – powiedziała Bożena. „Czy możesz Nikoli pomóc w angielskim, bo jakoś sobie nie radzi?” Kompletnie zbiła mnie z tropu. I co? A jak myślicie? Zgodziłam się, jak ta durna! Bożena w ogóle nie przejęła się tym, co powiedziałam, tylko obarczyła mnie kolejnym problemem! Już na pierwszej „lekcji” było jasne, że Nikola ma dużo większy problem, niż się spodziewałam. Tu nie chodziło o pomoc w angielskim, ale o nauczenie jej tego języka od podstaw! Czy możecie sobie wyobrazić, że nastolatka, w XXI wieku, nie wie co znaczy „yes”?! No właśnie… Po zajęciach, z których nic nie wynosiła, czułam się, jakby przejechał po mnie czołg. Naświetliłam problem Bożenie, ale – ojej, naprawdę? – miała to gdzieś. Jedyne, co od niej usłyszałam, to: „A mogłabyś też pomóc jej w innych przedmiotach?” Nożesz, kur..a! Opadły mi ręce. „Nie, nie mogłabym” – powiedziałam. „Nie mam na to czasu. Mam małe dzieci, którymi muszę się zająć, pracę i własne problemy.” A ona na to: „O.K. No to może chociaż porozmawiasz z Nikolą o dojrzewaniu? Wiesz, ona akurat jest w takim wieku…” Wyszłam. Nigdy więcej nie nawiązałam z nią kontaktu. Zapomniałam dodać, że Bożena wraz z mężem, prosili jeszcze żebym wzięła dla nich kredyt, bo „tragicznie u nich finansowo”. Nie wiem jak zdobyłam się na odwagę, ale wypaliłam, że nie mają na jedzenie, ale na wódę zawsze. I tak skończyła się nasza znajomość. Wkrótce zresztą wyprowadzili się znowu, uciekając przed kolejnymi wierzycielami.

Opowieść III

Sąsiadka, która mieszka w moim bloku, na ostatnim piętrze od… kiedy pamiętam, od zawsze. Jest czepialska i złośliwa właściwie bez powodu. Czerpie satysfakcję, gdy zamknie komuś drzwi przed nosem, gdy ochrzani właścicieli psów, biegających bez smyczy. Codziennie uprawia „jogging”, co jej się chwali, bo dobiega do siedemdziesiątki. Ma na twarzy kilogramy tapety, skrapia się tanimi perfumami (po jej przejściu trzeba wietrzyć klatkę) i twierdzi, że cała męska połowa sąsiadów chce ją zgwałcić… Mieszka sama, co daje jej pretekst do proszenia mężczyzn o „drobne przysługi”, i otwiera im drzwi w negliżu. Lubi chwalić się swoim synem, Mareczkiem, mieszkającym za granicą, że taki przystojny, a nie może sobie kobiety znaleźć, że ma fajnych kolegów w mundurach, że chodzi do modnych klubów. Wszyscy, poza nią wiedzą, że Mareczek jest gejem, ale nikt jej tego nigdy nie powiedział.

No, dobra. Rozpisałam się strasznie, jak zwykle. Jeśli teraz nie przerwę, to nigdy nie skończę, bo w miarę opowiadania, w mojej głowie pojawiają się kolejne „przypadki”. Co by jednak skończyć jakimś optymistycznym akcentem, muszę dodać, że zdecydowana większość sąsiadów to porządni ludzie. No i, jakby nie było, tak poznałam mojego Tomka: też był moim sąsiadem:)

Letnie roboty i wiosenny felieton

Od kilku tygodni trwają roboty drogowe na mojej ulicy. Tuż za oknem. W nocy. Hałas jest nie do wytrzymania, poza tym smród, brud i kurz. Przypomina mi to sytuacje, które przeżywałam kilka lat temu, i o których napisałam felieton. Zamieszczam go poniżej.

No i przyszła. Mówiłam, że przyjdzie. Co roku przychodzi. Słońce mocniej przygrzewa, dzionek dłuższy… Wraz z pierwszymi promykami słońca, ruszyły w plener pierwsze pijaczki. Na ławeczkach za blokiem, wyciszonych zimową porą, widać wyraźne ożywienie. W świergot ptasząt wplata się dźwięczny odgłos turlających się butelek po piwie. Nierzadko dochodzą też inne odgłosy: „Kur..a, polewaj Halina!”, czy „Ja pier…ę, Zdzichu, ale się zaje…m!”  Patrole „świeżutkich” policjantów ruszyły dzielnie na ulice, uparcie omijając wspomniany skwerek za blokiem. Ich uwagę bardziej zajmują źle zaparkowane auta, niż bezwstydna libacja pod gołym niebem. Wczoraj obserwowałam biesiadników przez okno. W dłoni dzierżyłam telefon komórkowy, gotowa w każdej chwili wystukać trzy cyfry. Halinę zastąpiła ruda Lidka, a towarzyszyło jej trzech panów i pies, którego nikt nie pilnował. Panowie równie dobrze mogli mieć lat 30, jak i 100 – po naznaczonych alkoholem twarzach, trudno było określić wiek. Jeden z nich uparcie walczył z kapslem od piwa, a wnioskując z uzębienia – temat nie był mu obcy. Drugi pan, klnąc siarczyście, usiłował założyć kurtkę tak, aby jakimś cudem obie ręce znalazły się w rękawach. Trzeci pan, z tępym wyrazem twarzy, w skupieniu obserwował rudą Lidkę, która po raz dziesiąty usiłowała usiąść na ławce, a nie obok. Za jedenastym razem, wydawała się nieco opanować tę sztukę. Westchnęłam i zamknęłam okno, zastanawiając się znowu dlaczego jestem jedyną, której to przeszkadza. Sąsiedzi wydają się ślepi i głusi. Albo mają stalowe nerwy. Albo stalowe rolety w oknach. Albo jedno i drugie. Party over następuje około drugiej nad ranem i zapada błoga cisza, aż do ósmej. Wtedy to na ławeczki ściągają gimnazjalni wagarowicze. Co prawda nie spożywają alkoholu, ale w mowie siarczystej dorównują tym z nocnej zmiany. Dziewczęta zazwyczaj są najgłośniejsze i mają piskliwe głosy. W dodatku czują nieodpartą potrzebę dzielenia się sekretami, jeśli nie z całym światem, to na pewno z okolicznymi blokami. Gdzieś w okolicach dziesiątej, chcąc nie chcąc wiem już, że starzy Oli to potwory, baba z Niemca to idiotka i poznaję cykl miesięczny niejakiej Kaśki. Zastanawiam się gdzie są ich rodzice i jak przebiega trasa dzielnego patrolu. Zważywszy, że mieszkam przy głównej ulicy, obok komendy policji, jestem pełna podziwu, że tak skutecznie udaje im się omijać mój blok. Przecież ci biedni policjanci muszą się nieźle nagłówkować i natrzaskać wiele kilometrów chadzając bocznymi uliczkami. Gimnazjaliści opuszczają skwerek w porze obiadowej (widocznie potworni rodzice nieźle gotują). Następuje względny spokój na jakiś czas. Nie dla mnie, niestety. Sąsiadki, wreszcie bez strachu, wyprowadzają swoje pieski na spacer. Witają się hałaśliwie, jakby dzieliły je lata rozłąki, a nie półgodzinny serial. Jakimś niepojętym trafem, zawsze dzieje się to pod moim oknem (mieszkam na parterze). I zaczyna się. Panie przekrzykują się opowieściami o dzieciach i wnukach, licytują która ma więcej chorób i lepszego lekarza. Potem wspólnie narzekają na Służbę Zdrowia, ceny jajek, podwyżkę prądu. Przez dłuższą chwilę przeżywają śmierć Ryśka z Klanu i Kowalskiego spod ósemki. W końcu rozstają się, ale zanim to nastąpi dokonują nielegalnej lustracji mojej kuchni (nie mam rolet) i krytykują szafki. Dlaczego one zawsze spotykają się pod moim oknem? Dlaczego nie pójdą na te cholerne ławki, które wreszcie są wolne?! Wszystko to sprawia, że pomimo wiosny nie mogę otwierać okna tak często, jak bym chciała. Nie mogę wpuścić słońca do domu, nie mogę słuchać śpiewu ptaków, nie mogę poczuć zapachu bzu… Pewnego dnia zrobię z tym porządek! Napuszczę policję na pijaków i Straż Miejską na sąsiadki z pieskami! Jestem pewna, że nie są zaczipowane (pieski, nie sąsiadki). Zemszczę się na tych, co odbierają mi wiosnę!