Akcje ciotki Lusi, która musi, bo się udusi

 

blee

Żaden członek rodziny nie wtrąca się do moich związków. I dobrze. Czy przyczynił się do tego mój kategoryczny sprzeciw, wyrażony raz, a dosadnie, czy fakt, że moje życie uczuciowe po prostu im, że tak powiem, zwisa? Nie wiem. I wiedzieć nie muszę.
Ale nie zawsze tak było. Była sobie ciotka Lusia. Ciotka Lusia właściwie nie jest moją ciotką, co więcej: nie jest nawet Lusią! Po prostu tak nazywałam (wszyscy tak nazywali) koleżankę mojej mamy. Moja mama, aktorka teatralna, miała dość specyficznych znajomych. Właściwie, gdy tak o tym myślę, to Lusia była chyba w miarę normalna. Miała, oczywiście, swoje wady i dziwactwa, a jednym z nich było wtrącanie się w cudze sprawy. Napisałam „cudze”? Jakie cudze! Moje sprawy, MOJE! Ciotka Lusia, nie wiedzieć czemu, bardzo chciała mnie wyswatać, chociaż ona sama twierdziła, że tylko „podsuwa mi oględnego kawalera”. Jezu. Postawiła to sobie za cel, choć do dzisiaj nie wiem, co znaczy „oględny” i czy w ogóle istnieje takie słowo. Ważne, że ciotka Lusia wiedziała.
„Nie uważa ciocia, że jestem trochę za młoda na bycie żoną?”
„A kto mówi o ślubie? Zresztą latka lecą, uroda przemija, a ty już pełnoletnia przecież.”
„Ale ja mam chłopaka…”
„Jakiego tam chłopaka! Chłystek jakiś… Nigdy tego twojego Piotra jakoś nie lubiłam.”
„Pawła” – poprawiłam odruchowo.
„No właśnie: Pawła też nie! A w ogóle to takich dziwnych masz tych znajomych… Nic, tylko motocykle i głośna muzyka. Żaden nie myśli poważnie, ani fachu w ręku, ni zawodu… No, naprawdę: nie masz ty w czym wybierać, dziewczyno, no nie masz ty w czym wybierać…”
„Przecież ciocia moich znajomych na oczy nie widziała…”
„Ja tam swoje wiem. Dno i bąbelki. A ja mam takich fajnych bratanków i siostrzeńców… Starsi trochę od ciebie, ale to dobrze. Mężczyzna musi być starszy.”
Puszczałam mimo uszu to jej ględzenie. Uśmiechałam się uprzejmie, kiwałam głową i mniej więcej w połowie wywodu, pogrążona we własnych myślach, wyłączałam się zupełnie. Nie wiem jak to się stało, że od ględzenia przeszła do czynów. Pierwsza akcja – teatralny bufet. Kończyłam kanapkę, gdy ciotka Lusia przepychała się do stolika, ciągnąc za sobą wysokiego i chudego jak patyk, blondyna.
„No, to jest właśnie Norbert” – oznajmiła.
„Aaaa” – odparłam, zastanawiając się gorączkowo co mnie ominęło. Z tonu ciotki wynikało jasno, że powinnam faceta kojarzyć… Na wszelki wypadek wsadziłam do ust pokaźny kęs kanapki, żeby zyskać nieco na czasie. Liczyłam na to, że ciotka rozgada się jak zwykle i zaraz wszystko stanie się jasne… Naprawdę na to liczyłam. Tymczasem ona zrobiła coś nieoczekiwanego, coś, co sprawiło, że kanapka utknęła mi w gardle, a do oczu napłynęły łzy.
„To ja was teraz zostawię, kochani” – stwierdziła ciotka i… wyszła. Norbert był tak samo zaskoczony jak ja. Z wyraźnym ociąganiem usiadł na przeciwko i westchnął. Ja, natomiast, patrzyłam na niego wytrzeszczonymi oczami. Wytrzeszczonymi z zaskoczenia i zadławienia. Nie wiem jak długo to trwało, w końcu jednak musiałam skończyć przeżuwanie i coś… Powiedzieć? Zrobić?
„Przepraszam” – odezwałam się wreszcie, – „ale naprawdę cię nie pamiętam.”
„Bo my się jeszcze nie znamy” – powiedział Norbert. „My mamy się poznać” – dodał.
W jednej sekundzie zrozumiałam o co chodzi i… Bóg mi świadkiem, że nie chciałam, naprawdę z całych sił próbowałam się powstrzymać, ale… Wybuchnełam śmiechem. Takim śmiechem, przy którym nie można się opanować, znacie to? Najpierw zaskoczona, a potem zdegustowana mina Norberta dolała oliwy do ognia. Mijały minuty, a ja wciąż się śmiałam, histerycznie, głupawkowo i właściwie bez powodu! Mogło wyglądać to tak, jakbym śmiała się z Norberta i było mi cholernie głupio. Niestety, nic nie mogłam poradzić, a właściwie byłam w stanie zrobić tylko jedno: położyłam głowę na stole i zaczęłam kwiczeć jak świnia. Wkrótce zabrakło mi tlenu, podniosłam więc głowę żeby złapać powietrze i… stwierdzić przy okazji, że siedzę sama. Norbert musiał mnie opuścić między kwiknięciami.
Przypuszczam, że opowiedział o wszystkim ciotce, bo miałam od niej spokój przez następny miesiąc. Ale to była tylko cisza przed akcją numer dwa.
Siedziałam z powieścią Koontza w swoim pokoju, pod kocykiem, w piżamce. Fakt: dochodziło południe i była to dziwna pora na piżamkę, ale… Do cholery! Byłam u siebie! Nikt nie uprzedził mnie, że…
„Puk, puk! Przyprowadziłam ci gościa…” ciotka Lusia bez ceregieli wparowała do pokoju. Spojrzała na me odzienie i cmoknęła z dezaprobatą. „Pewnie nie domagasz” stwierdziła głośno, a jej wzrok mówił „Lepiej, żebyś kuwa, była chora!”
„Domagam! Właśnie, że domagam… się prywatności!” Oczywiście moje słowa zostały zignorowane.
„To jest Karol, mój bratanek” – oznajmiła. „Karol studiuje prawo i ma praktyki w najlepszej kancelarii!”
„Nie!” krzyknęłam.
„Tak!” potwierdził Karol.
„…gra na skrzypcach i ma czarny pas w karate!”
„Nie!” krzyknęłam.
„Tak!” potwierdził Karol.
„…jest świetnym szachistą i chrześniakiem wojewody!”
„Nie!” krzyknęłam.
„Tak!” potwierdził Karol.
Muszę to przerwać, bo wyjdę z siebie.Oodłożyłam książkę i powoli podeszłam do Karola. Spojrzałam mu głęboko w oczy i wyszeptałam:
„Jeśli jeszcze mi powiesz, że umiesz jeździć na rowerze i zrobić balona z gumy – natychmiast popuszczę…”
Oczy Karola zrobiły się okrągłe ze zdziwienia i chyba potrzebował dłuższej chwili by zrozumieć, co zaszło. Ciotka, natomiast, w obliczu tak jawnej zniewagi, otworzyła usta i zamknęła. Otworzyła i zamknęła. W końcu poprawiła okulary, odwróciła się na pięcie i wyszła, ciągnąc za sobą, wciąż zszokowanego Karola. Od razu skojarzyła mi się scenka z „Seksmisji”: „Panie Albercie, wychodzimy!”
Nie muszę chyba dodawać, że miałam z ciotką spokój na kolejny miesiąc. Później jeszcze kilka razy próbowała mnie swatać, ale z mniejszym entuzjazmem. W końcu dała sobie spokój i – z tego, co wiem – pożeniła wszystkich swoich bratanków i siostrzeńców.
A ja piszę o tym właśnie teraz, bo spotkałam ją niedawno na ulicy. Postarzała się, wyciszyła, ale odzyskała dawny błysk w oku, gdy zapytała, czy kogoś mam:)

 

 

 

Marta Ka wychodzi za mąż

wesele

Niecierpię wesel. To znaczy tych naszych, polskich, tradycyjnych. Niektóre zwyczaje są tak beznadziejnie żenujące, że zamiast dobrej zabawy i fajnych wspomnień, pozostawiają po sobie niesmak i chęć wymazania ich z pamięci. Kaseta VHS z mojego wesela po dziś dzień wala się gdzieś na strychu, opatrzona wdzięcznym tytułem „Parodia”.
Zabawa z „przekazywaniem wałka” z ud do ud – koszmar! Zabawa w rozpoznanie żony po kolanie (nie tylko po kolanie i nie tylko żony!) – jak wyżej! Oto niektóre z głupawych weselnych „tradycji”. Nie wspominając o wódzie (lub spirytusie, bo tańszy), która obowiązkowo musi lać się strumieniami, no bo jak to? Za Młodych nie wypijesz? Wesele nie zasługuje na swe zacne miano, jeśli przynajmniej połowa gości nie padnie twarzami w talerze, na których – obowiązkowo – rosół i schabowe… Zasada jest taka, że Pan Młody pije ile wlezie (musi pokazać, że jest mężczyzną), Panna Młoda musi zachować klasę i pić niewiele (lub w ogóle, jeśli jest przy nadziei), Świadek może pić, acz z umiarem, gdyż to na nim spoczywa większość weselnych obowiązków, Świadkowa może pić ile chce, byle dała radę tańczyć z każdym, kto sobie tego życzy. Reszta gości – chlanie na umór. No i jest jeszcze orkiestra. Albo jakiś „didżej”. W obu przypadkach króluje disco polo, co jest już kompletnie nie do strawienia. Wyczytałam kiedyś w jakimś artykule, że każdy słucha disco polo, ale nie każdy się przyznaje… Otóż, kuwa NIE, NIE KAŻDY! Co tam jeszcze? Ah, no tak: sławetne „bramki” w drodzę na popijawę, przy których trzeba zapłacić za przejście, czym? No, oczywiście wódą! No i ostatnia bramka: powitanie przez teściową… Jezu. To wspominam najgorzej. Zapowiedź apokalipsy – kobieta z tacą. A na tacy bochen chleba i dwa kieliszki: jeden z wódką, drugi z wodą. Spojrzałam na nią błagalnie, licząc na… Na co właściwie liczyłam? Na jej rozsądek? Dobre serce? Wiedziała, że jestem w ciąży i nie piję alkoholu. Zresztą, nawet gdybym nie była – kieliszek wódy na raz, bez popicia??? To i tak przekraczałoby moje możliwości. I cóż uczyniła ta cudowna niewiasta? Z fałszywym uśmiechem na twarzy podsunęła mi wódkę… Chyba miała nadzieję, że się porzygam i będzie widowisko (już wcześniej nie kryła swojej niechęci do mnie). Na szczęście zorientowałam się w porę i podałam kieliszek mężowi, a sama wypiłam wodę. Potem rzucenie kieliszków za siebie w celu ich rozbicia, co ponoć przynosi szczęście. Nam, najwyraźniej nie było pisane, bo ni cholery nie chciały się rozbić. Czynność tę trzeba było powtórzyć, i jeszcze raz… Co za żenada…
Wczoraj dostałam zaproszenie na ślub i wesele, co przede wszystkim wyprowadziło mnie z błędu. Byłam pewna, że czasy wesel mam już za sobą. No, przynajmniej do czasu zamążpójścia moich córek (!) No bo tak: moi znajomi, którzy mieli się pożenić – już się pożenili, a tych, którzy nie mieli się pożenić – żadna siła przed ołtarz nie zaciągnie. A tu – proszę. Taki suprajsik. Odwiedziłam moją koleżankę Martę i właściwie już od progu czułam, że coś jest na rzeczy. Jej wiecznie skwaszona mama, tym razem cała w skowronkach, nie mogła usiedzieć w miejscu. Rozćwierkana krążyła po pokoju Marty, to otwierając jej szafę, to zamykając, to przysiadając obok córki na łóżku i ściskając ją jak imadło. Z miejsca przed oczami stanęła mi scena z filmu „Kogel-mogel”: „Łoj, córuś, moja córuś, długo ty panienką nie będziesz!!!” Mało nie parsknęłam śmiechem, zwłaszcza, że „córuś” raczej zbyt długo już panienką była – właśnie dobiegała czterdziestki. Nie dziwi więc, że dla jej matki był to powód do radości. Od razu też, wiedząc że szczęśliwego wybranka na oczy nie widziałam,  zaczęła rozpływać się nad nim w zachwytach. „A jaki on obrotny. A jaki męski. I jest lekarzem. A jaki pracowity. I jest lekarzem, LEKARZEM! Najwyraźniej ta kwestia była naistotniejsza. Uśmiechnęłam się pod nosem. Znam Martę od wielu lat. Zawsze pakowała się w nieudane związki, a po ostatnim podjęła decyzję: zostanie singlem. Forever. W swoim postanowieniu wytrwała rok… No, cóż, życzę jej dużo szczęścia, a na ślub, oczywiście, przyjdę. Na wesele też, a co! Bardzo jestem ciekawa czy coś się zmieniło. Może „wałek” podawany jest dzisiaj inną częścią ciała?