Każdy coś ma, ale ryby i zwłoki głosu nie mają

Nie wiem czy wszystkie dzieci tak mają, nie pamiętam jak to było ze starszymi córkami. W każdym razie Tamaluga odczuwa silną potrzebę przypisywania przedmiotów do ich właścicieli. Chyba od zawsze tak ma, ale ostatnio jej się pogorszyło. Gdy tylko ktoś sięgnie po „nie swoją” rzecz, natychmiast reaguje i nie spocznie póki rzecz ta nie trafi do właściciela. Książka, słuchawki, długopis, kubek… „Mama, nie. To jeśt tati”. „Tata, nie. Daj to. To jeśt Oli”. I tak stoi nad człowiekiem, i powtarza z uporem maniaka, aż człowiek dla świętego spokoju rezygnuje.

– Mama, to jeśt tati – mówi, wskazując na laptop.

– I tu się, kochana, mylisz! Laptop jest taty tylko trochę. Bardziej jest mamy. Powtórz: lap – top – ma –my. MA – MY!

Poniekąd rozumiem, że wszelką elektronikę przypisuje swojemu ojcu, OK. Nie pojmuję jednak, dlaczego oddaje mu wszystkie znalezione pieniądze. Nie tak ją wychowałam.

Gdy jakaś kasa wala się po stole, to Tamaluga zbiera ją na kupkę i zanosi Tomkowi. WTF?!

Wczoraj przyniosła mu dychę. Potem następną. Gdy dawała mu kolejną, zaczęliśmy się zastanawiać skąd je bierze. Okazało się, że to zaskórniaki z jego własnego portfela, który przetrzepała pod stołem.

– Aha! – mówię do Tomka triumfalnie. – Dzięki niej niczego już nie ukryjesz! Swoją drogą, zobacz: sprawdza męski portfel – ma zadatki na dobrą żonę!

– Żonę?! Chyba na policjanta!

Niesamowite jest to, że nigdy niczego nie przypisuje sobie. Wszystkim co ma dzieli się z nami. Gdy mówimy „To jest twoje”, bardzo się cieszy i upewnia „Moje? To jeśt Tami? Dziękuję!”

 

Nawiązując do elektroniki. Ze sprzętami w mym domostwie żyję w zgodzie i symbiozie. Poza jednym sprzętem, o którym już kilka razy pisałam: nagrywarką/ dekoderem czy jak tam to ustrojstwo się zwie. Powtarzałam wielokrotnie, ryzykując okutaniem w kaftan, że żyje on/ona/ono swoim życiem. Powtórzę i teraz, z pełną świadomością. Do wszystkich jazd jakie z nią miałam, dołączyła nowa. Otóż nagrywarka przestała nagrywać. To znaczy nie, no ogólnie nagrywa to, co mnie najbardziej interesuje. To znaczy na interesujących mnie kanałach. Jeśli jednak od czasu do czasu trafię na fajny program na jedynce albo dwójce to mogę zapomnieć o nagraniu. Muszę siedzieć i oglądać w czasie rzeczywistym podbijając im oglądalność. Przypadek?

Przypomina mi się mój dawny artykuł o Korei Północnej, w której istnieje tylko jedno jedyne słuszne radio. Przez całą dobę słuchacze raczeni są przemówieniami Wielkiego Wodza, a odbiorniki tak skonstruowane, że nie można ani zmienić stacji, ani wyłączyć, ani… wyciszyć. Odpowiednie służby co jakiś czas robią nalot na losowo wybrane domostwa i sprawdzają, czy w radiu było grzebane, czy ktoś próbował coś zepsuć, przestawić, zmienić, za co groziło w najlepszym przypadku więzienie.

Dlaczego przypominam to sobie w związku z nagrywarką? Pojęcia nie mam. Przecież to nie ma ze sobą nic wspólnego.

Tyle, że teorie spiskowe bywają zaraźliwe.

Dlaczego do tej pory nie wymieniłam starej nagrywarki na nową, lepszą i pachnącą fiołkami? No z lenistwa, przecież. Z tego samego lenistwa, przez które oglądam teraz telewizję bez dźwięku, bo nie chce mi się podejść po słuchawki. Musiałabym wstać, okrążyć stół, podejść do telewizora, wziąć słuchawki i wrócić na miejsce. No ku*wa ile to czynności! Na samą myśl robi mi się słabo.

Ale lenistwo ma też swoje dobre strony, bo coraz lepiej czytam z ruchu warg.

Tylko, że akurat trafiam na końcówkę „Zmierzchu”, gdzie główna bohaterka ma cały czas taki sam wyraz twarzy i ni cholery nie wiem, czy w danej scenie się cieszy, smuci, boi, czy potrzebuje skorzystać z toalety. Według mnie to ona w każdej scenie potrzebuje skorzystać z toalety. Szkoda mi jej. Ten reżyser to jakiś mobbing uprawia. Równie dobrze mogłaby pracować w Biedrze na kasie.

Przełączam na inny kanał. Jakiś serial kryminalny. Poznaję po zwęglonych zwłokach, (dobra jestem, nie?) Nad zwłokami debatują (w milczeniu, bo do pilota mam zdecydowanie bliżej niż do słuchawek): stary policjant z pokancerowaną twarzą i pani doktor wszech nauk z dyplomem z fizyki jądrowej. Poznaję po tym, że ma około trzydziestki, duży cyc i usta jakby użądliło ją stado pszczół. Ta pani ekspert przez minutę patrzy na te zwęglone zwłoki i wszystko już wie. Wie, że zwłoki są zwęglone. Ale nie tylko! Ona już wie, kto to był, kiedy umarł, dlaczego umarł i jak umarł.

Ja też wiem jak umarł – został zwęglony.

Ja pierdolę.

Idę spać.

Dobranoc.

 

 

Reklamy

Nic nam nie pasuje: ani romby, ani słuchawki

Tomek siedział na podłodze, wciskając kształty w odpowiednie otwory na kostce. „Ta zabawka jest do dupy” stwierdził. „Przecież tu nic nie pasuje. No, dobra: trójkącik w trójkącik – jest. Kwadracik w kwadracik – jest. Ale już, zobacz, gwiazdka, ni cholery. Trapez – ni cholery…” Ahaja (zwana w pewnych kręgach Olitorią) spojrzała z troską na Tomka, z dezaprobatą na zabawkę. Uśmiech pogodzenia z bezradnością wobec losu, zagościł na jej twarzy. Tomek się zirytował. „No chodź tu, sama zobacz, zapraszam!” Ahaja podeszła, Ahaja zobaczyła, Ahaja usiadła. Przez następne 10 minut, solidarnie, wspólnie, ramię w ramię, klęczeli zgięci w pół na środku dywanu. Po upływie tego czasu Ahaja była pewna dwóch rzeczy: gwiazdka i trapez rzeczywiście ni cholery oraz tego, że i romb niekoniecznie.

Biedna Tamaluga. Jak ona musiała się z tym męczyć. To dlatego piszczała waląc klockiem w ściankę… tego czegoś, co Ahaja nabyła w sklepie Społem za 12, 90. Nagle uderzeni jedną myślą spojrzeli na Tamalugę. Siedziała na kanapie pośród porozrzucanych banknotów i kart kredytowych. Oddała im nieprzytomne spojrzenie – była w transie. Najwyraźniej uszczęśliwiła ją myśl, że rodzice bawią się jej nieprzydatną do niczego, zabawką, a ona może w tym czasie bezkarnie buszować po torebce. Nie swojej, rzecz jasna…

W paczce przyszła świnia Pepa, którą babcia wcześniej zaanonsowała. Właściwie kupiła ją dla córki mojej kuzynki, ale kuzynka na dźwięk słowa „Pepa” wpadła w histerię. Gdy nieco ochłonęła, stwierdziła, że jej córka jest na świnio – Pepowym odwyku. Zwierzę trafiło więc do Tamalugi, która utuliwszy ją i ucałowawszy – odłożyła na bok, wpadając w zachwyt (Łaaa! Łooo!) nad pozostałą zawartością paczki. Do gustu przypadły jej: zgrzewka opakowań pitnej czekolady oraz folia bąbelkowa. Postanowiłam pokazać jej w czym rzecz i odpaliłam rzeczoną świnię na youtube. I, kochani, zdarzył się cud. Tamaluga, oparłszy się łokciem o moje kolano, w pozycji dla siebie (i dla mnie) niewygodnej, stała jak urzeczona wpatrując się w ekran. Pięć minut. PIĘĆ!  Cholera, może ta bajka faktycznie działa podprogowo? Obserwując Tamalugę, przez myśl przechodziło mi tysiące rzeczy. Przede wszystkim przestałam się dziwić reakcji kuzynki. Po drugie zastanowiłam się czy nie wykorzystać tego do własnych, podstępnych celów. (Po prostu w odpowiednim momencie, podłożyć świnię). Nie wiem, jeszcze o tym pomyślę. Póki co, skończyło się na jednym odcinku. Na więcej nie starczyło mi odwagi.

Zresztą jak na razie (od dwóch lat) nic nie przebiło Króliczka Harry’ego z kanału BabyFirst. Króliczek Harry musi być. Na pobudkę i na zaśnięcie. Kiedyś mnie irytował (za bardzo przypomina Zająca Poziomkę, który w latach 80 doprowadzał mnie do szału), dziś jest wybawieniem. Tylko, że trudno trafić w ramówkę. Przezorny Tomasz nagrał godzinny bloczek programowy, w którym Królik pojawia się aż dwukrotnie. Tamaluga o tym wie i domaga się „kulik, kulik!”. Zależy jej zwłaszcza na kołysance, którą Harry śpiewa na dobranoc.  No i siedzimy ostatnio przy odtwarzanym po raz 45 bloczku, w którym kolejność programów znam na pamięć. Jakimś cudem dla Tamalugi wciąż stanowi on zagadkę, więc czeka w napięciu, co będzie następne. Wiewiórki – informuję znudzonym głosem, po czym na ekranie pojawiają się wiewiórki. Tamaluga zerka na mnie zdziwiona i wraca do oglądania. Kwiatek – stwierdzam po chwili, i po wiewiórkach pojawia się kwiatek. Tamaluga mówi „Mama!” Zerkając na mnie zdziwiona. Teraz Królik Harry – mówię i Harry wkracza do akcji. „MAMA! Łaaa Łooo!” woła Tamaluga, patrząc na mnie z takim podziwem i szacunkiem, że wybucham śmiechem.

Przez dwa piękne tygodnie byliśmy szczęśliwymi posiadaczami nowych słuchawek do telewizora, delektując się na zmianę odzyskanym dźwiękiem. Z rozkoszą odkrywaliśmy tajemnicę wieczornych filmowych dialogów. I gdy sądziliśmy, że zawsze już będzie tak pięknie, Tamaluga dostała je w swoje ręce. Próżno szukać kto zawinił, kto z nas nie odłożył ich rano na półkę. Wystarczyło kilka sekund i słuchawki zostały odseparowane od siebie na zawsze. Lewa od prawej i prawa od lewej.

Koniec.

Kurtyna.