Człowieku, bruździsz mi w mleku

Obejrzałabym sobie jakiś film dobry. Ostatnio rzadko oglądam filmy. A dobre, to już w ogóle. Miałam nawet nadzieję, że telewizja, jak to ma w zwyczaju, podłapie temacik, a tu nic. Taki długi strajk, a oni nie puścili ani „Pana od muzyki”, ani, „Uśmiechu Mony Lisy”, ani „Młodych gniewnych”, że o „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów”, nie wspomnę. Kazali mi się zadowolić kilkoma filmami, na które to zawsze, ale to zawsze trafiam w połowie oraz polskim gównem kinem akcji, które omijam szerokim łukiem (gdy lecą – obchodzę kanapę z drugiej strony). Oczywiście, że mogę sobie obejrzeć online, ale gdy otwieram laptop to zawsze wynajdę coś ciekawszego. Jeśli włączyłabym film, to tylko na nim musiałabym skupić uwagę, a tak – klikam sobie, a w tle (telewizorze) leci film, na który od czasu do czasu podnoszę leniwe spojrzenie.

……….

Nasz narożnik, który każdą sprężyną i dziurą wołał o pomstę do nieba, przestał wołać. Zaczął błagać o eutanazję. Ulitowawszy się nad nim, postanowiłam wreszcie zamówić nowy. Jaki to problem? Dziesiątki już rzeczy zamawiałam przez Internet, to z narożnikiem sobie nie poradzę?!

Szukałam wśród ładnych, praktycznych i tanich, pomimo przeświadczenia, że jakoś to się wzajemnie wyklucza. Pierwszy – 1300 złotych, prosty, bez udziwnień, z ładnymi podusiami. Drugi – też ładny i o stówę tańszy. Trzeci – jeszcze tańszy, w dodatku z półką z boku. Czwarty – dwie półki z boku, dodatkowe poduszki, piąty zapewne sam parzył kawę, nie pamiętam. I tak dalej, i tak dalej…

Okazało się, że:

Ten najdroższy miał dowóz gratis, więc najtańszy z dowozem dorównywał mu ceną. Półka z boku trzeciego, nie wliczała się w jego cenę. Czwarty, z kolei, nie miał funkcji spania (na ch*j mu te poduszki?!). Piąty miał za mały schowek na pościel. Szósty i siódmy nie były uniwersalne; jeden miał orientację lewą, drugi prawą, a ja, choć tolerancyjna, to jednak w tym wypadku orientacja miała dla mnie znaczenie.

Przez dwa tygodnie wybierałam narożnik, a raczej przez dwa tygodnie wisiały u góry w postaci pootwieranych okienek. Gdy tylko miałam do nich wrócić, dostawałam migawki lewego oka z drgawkami, naprzemiennie. W końcu kliknęłam na chybił trafił i, wierzcie lub nie, NIE MAM POJĘCIA który kupiłam.

……….

Pewien członek naszego gospodarstwa domowego znalazł zatrudnienie. Chciałabym powiedzieć, że to Wika, ale ta po pierwsze wciąż szuka, a po drugie, jakkolwiek to nie zabrzmi, nie należy już do naszego gospodarstwa. Tak: Tamaluga chodzi do pracy, a raczej jeździ rowerkiem na czterech kółkach. Nie wiem dokładnie, czym się para i gdzie znalazła zatrudnienie, ale podejrzewam, że w okolicach kuchni. Codziennie rano, bowiem, zakłada plecaczek, siada na rowerek i ze słowami „Papa, Tami telaś jedzie do placi” wyjeżdża z pokoju. Nie ma jej dłuższą chwilę, więc zakładam, że jakieś czynności są przez nią podejmowane. Bardzo się cieszę, oczywiście. Szkoda tylko, że nasz budżet jakoś się nie zmienia.

……….

Tomek mi ostatnio bruździ. Zaczynam już podejrzewać, że celowo.

– Znowu nabruździłeś mi w mleku, a potem się zawinąłeś.

A mina jego bezcenna.

– Co zrobiłem, a potem co zrobiłem?

– Nabruździłeś mi w mleku. I się zawinąłeś.

– Nabruździłem?

– W mleku.

– Aha.

– To trochę moja wina, bo zapominam, że lubisz bruździć i stawiam kubek w miejscach grożących brużdżeniem.

– Czyli gdzie?

– Czyli pod szafką z chlebem, a ty tak wyjmujesz chleb, że okruchy lecą do mleka i mleko jest zabrużdżone.

– Niechcący? – pyta, więc sam nie wie.

– Może i niechcący, ale potem dostrzegasz zabrużdżenie i uciekasz, zamiast się przyznać.

– To może stawiaj kubek gdzie indziej – proponuje bardzo, bardzo ostrożnie i  wycofuje się w bezpieczny obszar pozakuchenny.

……….

Dopisek: Właśnie przyjechał narożnik. Głowę dam, że zamawiałam inny… :-/

Reklamy

Edukacyjnie

Jak większość z was wie, strajk nauczycieli przypadł w czasie matury mojej średniej córki. Czy też raczej, matura wypadła w czasie strajku, jak kto woli. Muszę jednak przyznać, że poza oczywistymi niedogodnościami, szkoła stanęła na wysokości zadania. W każdym razie kilku nauczycieli stanęło. Między innymi jej wychowawca, który się przejął. Gdy zorientował się, że Oliwia wraz z trojgiem innych uczniów ma do zaliczenia dwa pokaźne, całoroczne przedmioty – przejął się jeszcze bardziej. Możliwe, że najbardziej faktem, iż oznajmił im to tak późno. Zapomniał, że niektórzy uczniowie doszli do tej szkoły w drugiej klasie, i będą musieli zaliczyć przedmioty z klasy pierwszej – psychologię i przedsiębiorczość. Także, do stresu związanego ze strajkiem, maturami i niepewnością jutra, dołączył stres związany z nauczeniem się i zaliczeniem dwóch przedmiotów, plus, oraz, też – niepewnością jutra. Obie nauczycielki, bowiem, zawinęły się jeszcze przed strajkiem i kontakt się z nimi urwał.

Na szczęście wreszcie się udało, i udało się również zaliczyć oba w formie prezentacji. Z psychologii można było wybrać sobie temat, więc podsunęłam Oliwii fobie i nerwice natręctw. Do szkoły dostała się w pełnej konspiracji – od kuchni, a jej przybycie potwierdzone zostało telefonem z dyżurki do pokoju nauczycielskiego. Dostała najwyższą ocenę, bo musicie przyznać, fobie i natręctwa to temat rzeka, a przy tym ciekawy. Po dwóch depresjach i jednej bulimii, pani z ulgą przyjęła fobie. Z ulgą i fascynacją – przypuszczam, że o wielu przypadkach usłyszała po raz pierwszy.

……………..

Postanowiłam posłać Tamalugę na nauki.

Żadna z moich córek nie była w przedszkolu. Ja byłam, ale dawno temu i zasady były inne. Nie miałam więc pojęcia, jak to wygląda teraz. Znalazłam stronę naboru i zasiadłam do wypełnienia formularza.

Na początku nakazali mi wybrać 3 przedszkola. Oczywiście, nie miałam pojęcia jakie przedszkola są w pobliżu, nie mówiąc już o tym, które są publiczne, a które prywatne, które dobre, a które niekoniecznie. Skorzystałam z listy podpowiedzi. Wybrałam tylko dwa, możliwie najbliżej domu, chociaż i tak mam do nich kilometr. Oba znajdują się w najbardziej willowej części dzielnicy. Udając się w przeciwną stronę, też mam dwa, ale te znajdują się na hałaśliwym osiedlu.

Gdy już tę kwestię miałam ustaloną, przeszłam do konkretów, czyli testu wielokrotnego wyboru.

Czy jestem samotną matką. Nie ukrywam, że czasami czuję się samotna, jak każdy, ale nie mogłam podzielić się rozterkami duszy, bo do wyboru miałam TAK. NIE. ODMAWIAM. Odmówiłam więc, najgrzeczniej jak tylko można odmówić, klikając w kwadracik.

Czy dziecko pochodzi z rodziny wielodzietnej. Ucieszyłam się, że nareszcie mogę kliknąć TAK. Potem uświadomiłam sobie, że pozostałe dzieci są już dorosłe, więc się nie liczy.

Czy pracuję na umowę o pracę. Tu zdecydowanie ODMÓWILAM. Co mi będą w życiorysie zawodowym gmerać!

Czy odprowadzam podatki. To pytanie niejako wiązało się z poprzednim, zatem ponownie kliknęłam w ODMAWIAM

Czy rodzeństwo dziecka uczęszczało do wybranego przedszkola. Tak bardzo chciałam wreszcie zaznaczyć coś pozytywnego. Zastanowiłam się nawet, czy nie posłać moich dziewczyn do tego przedszkola, chociaż na trochę. Skoro istnieją uniwersytety 3 wieku, to dlaczego nie przedszkola?

Na koniec przeczytałam formularz. Nauczona doświadczeniem pisania listów motywacyjnych, wiedziałam, że trzeba przede wszystkim zaciekawić odbiorcę, żeby dowiedział się o nas czegoś.

Przeleciałam tekst z góry na dół. No cóż. Każdego kręci co innego. Jednak w głębi duszy czułam, że „list”, w którym na 90% pytań odmówiłam odpowiedzi, chyba nikogo nie zainteresuje. A już na pewno nikt się o mnie niczego nie dowie. Z formularza wyłaniał się profil sfrustrowanej i rozchwianej emocjonalnie matki, która pewna jest tylko tego, jak się nazywa i jak nazywa się jej dziecko.

Westchnęłam i kliknęłam WYŚLIJ, bo w coś kliknąć musiałam.

Na drugi dzień, z wydrukowanym formularzem zapuściliśmy się w willowe tereny dzielnicy. Od razu pożałowałam, że nie wybraliśmy się na rekonesans zanim dokonałam 1 i 2 wyboru, bo wybrałabym na odwrót.

Przedszkole pierwszego wyboru to taki późny PRL. Budynek duży, z jeszcze większym placem zabaw, i aktualnie dobudowywanym osobnym budynkiem. Z powodu trwającego remontu, dostaliśmy się tam drewnianą kładką, lawirując między stosikami cegieł. Kilkoro drzwi z każdej strony, zawiłe korytarze, normalnie prawie się zgubiłam.

Przedszkole drugiego wyboru, na ulicy W, okazało się być dosłownie za rogiem pierwszego. Nawet ich place zabaw były połączone. Nieduża, stara willa, tylko 3 grupy. Tamaluga wparowała do środka, i zachęcana przez Panią, wbiegła do sali, i zrzucając w biegu czapkę i buty, wmieszała się między dzieci. Między chłopców, ściśle mówiąc.

– To jakieś męskie przedszkole – szepnęłam do Tomka. On jednak zdążył zajrzeć do środka i uspokoił mnie, że za drzwiami przy stole siedzą dziewczynki. Tymczasem Tamaluga wydawała polecenia i rozstawiała chłopców po kątach. Jednemu kazała bawić się z nią domkiem, drugiemu przynieść nowe lalki… (Zupełnie jak na placu zabaw, na którym angażuje wszystkich wkoło, i zanim się zorientujemy, jeden chłopak trzyma jej picie, drugi ją buja na huśtawce).

Oczywiście, kategorycznie odmówiła powrotu do domu. Gdyby nie pani, to pewnie szalałaby tam do tej pory. A pani obiecała, że Tamaluga tam wróci, a ona na nią poczeka. Czarownica jakaś.

Ale wracając.

W połowie kwietnia wchodzę na stronę naboru i jakież było moje zdziwienie – Tamaluga została zakwalifikowana. I to do przedszkola W, przedszkola drugiego wyboru! W swojej naiwności sądziłam, że jest to równoznaczne z przyjęciem do przedszkola i w myślach już otwieraliśmy z Tomkiem, Piccolo. Coś mnie tknęło. Doczytałam. Niestety. Zakwalifikować mógł się każdy, kto prawidłowo wypełnił formularz. Jak się okazuje, nawet tak pokręcony, jak mój.

Gdy zaczęłam wczytywać się głębiej, okazało się, że o przyjęciu decyduje liczba zdobytych punktów. Aaaa punkty, można uzyskać, za:

bycie samotną matką,

niepełnosprawność w rodzinie,

umowę o pracę,

odprowadzanie podatków,

wielodzietność,

pozostałe dzieci w przedszkolu.

I jeszcze – za deklarowany czas przebywania dziecka w przedszkolu powyżej 6 godzin, czyli płatny. A ja, oczywiście, nadopiekuńcza matka z panikarską sraczką, zaznaczyłam, że góra pięć…

I Tomasz, który aktualnie nie odprowadza podatków w Polsce…

Czyli, jak to mówią; gdzie się nie odwrócisz – dupa z tyłu.

Podsumowując:

Naszym formularzem, owianym tajemnicą, z uwagi na przytłaczającą ilość odpowiedzi ODMAWIAM, można było sobie coś tam podetrzeć. Ostatecznie i tak trzeba było wszystko udokumentować oświadczeniami.

Poszliśmy złożyć podanie,  bez przekonania i bez dodatkowych oświadczeń, bo żadne nas nie dotyczyło. Uroczyście oświadczyć mogliśmy tylko to, że córkę chcemy posłać do przedszkola.  No i jeszcze:

Tomasz wkroczył do sekretariatu, z dumą oświadczając od progu:

– Zdobyliśmy całe 5 punktów, bo my oboje z tego miasta, z dziada, pradziada! (Bo najważniejsze to zrobić dobre pierwsze wrażenie, zbić przeciwnika z tropu, zaskoczyć pewnością siebie).

Posmarkałam się ze śmiechu, a sekretarka patrzyła na nas, jak na obłąkanych.

– Państwo złożą podanie, miejsc więcej niż chętnych.

I tak oto Tamaluga się dostała. Już nie wiem, czy się cieszyć, czy zastanawiać, dlaczego nie było chętnych.

A co na to sama zainteresowana?

– Tamarko, ty farciaro, zostałaś przyjęta do przedszkola!

– Tiak? Siupel! Hullla! Dziękuję!

Wiem, że nie ma pojęcia, o czym mowa, ale powiedziałam to podniosłym tonem, z uśmiechem na twarzy, więc przyjęła, że to coś zajebistego, niemal jak Mikołaj, Klulik czy Hepi Belźdej tu ju.

I tego się trzymajmy.

 

Co do fobii…

Kasa gdzie? I dzień który? Bo odlatują mi kury!

Ktoś ostatnio zadał mi pytanie, czy jestem po stronie rządzących, czy po stronie nauczycieli. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że jestem po stronie uczniów. Bycie mamą, zwłaszcza tegorocznej maturzystki, właśnie postawiło mnie po trzeciej stronie barykady. Przykro mi, bo wcale tego nie chciałam. Wierzę, że nauczyciele potrzebują podwyżek i czują się poszkodowani – w przeciwnym razie pewnie by nie strajkowali. Jednak coraz mniej podoba mi się czas i forma. Patrzę na moją dyslektyczną córkę, i wiem ile pracy włożyła w to, by znaleźć się tam, gdzie jest teraz i to z tak dobrymi ocenami. Wiem ile ją to kosztowało, jak dzielnie walczyła i nigdy się nie poddała. I teraz jej matura, jej całokształt osiągnięć staje pod znakiem zapytania? Patrzę na nią i szlag mnie trafia, i czasami naprawdę czuję się tak, jak bym miała wybierać. A w przypadku: moje dziecko kontra reszta świata – wybór jest żaden. I przysięgam, że jeśli, z winy którejkolwiek ze stron, moja córka nie przystąpi do matury, to wyłącznie o mnie przeczytacie na pierwszych stronach gazet.

Uffff. To na tyle. Musiałam to z siebie wyrzucić.

………………..

Dzień mi uciekł. Powalona na łopatki przeziębieniem, zaległam, i zlało mi się wszystko w dnionoc i nocodzień. Przekonana, że oto nastał  Wielki Piątek, a ja w lesie, czyli w łóżku, wystrzeliłam z tego łóżka jak torpeda. Zorientowałam się, że jest czwartek, mniej więcej w południe. Odetchnęłam z ulgą, i chciałam podzielić się tą dobrą nowiną z klientami sklepu Społem. Stali, bowiem,  w 5 metrowej kolejce, więc pewnie też nie wiedzą, że to czwartek dopiero.

………………..

Wiecznie szukam pieniędzy. W zasadzie fajne zajęcie, i byłoby nawet motywujące, gdyby nie doprowadzało mnie do szału, bo sama je przecież schowałam. Mam tyle różnych kryjówek, za każdym razem inną, a to zakrawa już na zaburzenie obsesyjno – kompulsywne. Szukam  w miejscach, gdzie ukryłam poprzednio, ale rzadko trafiam. Czasami znajduję, czasami  nie. Czasami tak trochę tak, a tak trochę nie. Czasami po długim czasie, z niemałym zdziwieniem wydobywam z kieszeni dychę albo stówę, zależy.

Tomek to też taki dziwak. Najpierw przewraca oczami i cmoka, a potem patrzy z szacunkiem. Przewraca oczami, gdy szukam, a patrzy z szacunkiem, gdy znajduję. On zawsze wie, kiedy szukam.  Chociaż staram się wyglądać normalnie, i takoż zachowywać. Spaceruję sobie po pokoju i tak, niby od niechcenia zerkam w różne miejsca, otwieram szuflady z bielizną, wyjmuję książki na chybił trafił. I to, wiecie, nie tak natarczywie i przeciągle. Zachowuję należyte odstępy, ociągam się i niby przypadkiem znowu otwieram szuflady. Nonszalancko zaglądam w bęben pralki, pogwizduję nawet. Na totalnym luziku kładę się na podłodze i zerkam pod kanapę. Że niby coś mi upadło, albo nagle postanowiłam chwilę poćwiczyć. A on, skubany, i tak wie. I wtedy tak na mnie patrzy, że ja już wiem, że on wie, że ja szukam. I wie czego szukam, zazwyczaj.

Wzdycha ciężko. On wzdycha, a co ja mam powiedzieć?! To mi jest trudno! Nie jest łatwo żyć, gdy skleroza dyktuje warunki.

Tomasz pyta, po co w ogóle chowam. Powiem wam, że czasami mądrze gada, bo to jest bardzo, bardzo dobre pytanie. Szkoda, że nie znam odpowiedzi, ale zawsze wychodzę z założenia, że mądrych pytań nigdy za wiele. Pytajcie, zatem, nie wstydźcie się.

…………

Nieczęsto mam okazję pomalować lakierem paznokcie. W zasadzie to bardzo rzadko mam na to czas, a czynność tę lubię. Niestety, nie ma dobrego miejsca, bym mogła oddać się jej w spokoju ducha, gdy już wreszcie mogę. No, nie ma. Otwarcie zmywacza do paznokci , choćby na krótką chwilę, nigdy nie uchodzi Tomka uwadze. Nawet gdy robię to w łazience, przy zamkniętych drzwiach.

– Co tak śmierdzi?! – krzyczy, chociaż oboje wiemy, co tak śmierdzi, a raczej co on uważa, że tak śmierdzi. Nie krzyknie „Ale śmierdzi!”, tylko właśnie „Co tak śmierdzi?!”. Może myśli, że pytanie zabrzmi sympatyczniej, niż stwierdzenie. Może chce mi dać margines zadumania nad źródłem smrodu, i może tym razem odpowiedź go zaskoczy? Może doczeka się, że odkrzyknę „Płyn do kąpieli!” , a wtedy uśmiechnie się pobłażliwie i powie: „Nie wydaje mi się”.

„Co tak śmierdzi?!” i mówi to facet, który na co dzień obcuje ze smarami, farbami, olejami, lakierami, i innym piwniczno – garażowym wyziewem.

Kto ich zrozumie?

………………..

Słuchajcie, piszę te słowa, a w tle telewizor, a w telewizorze znajoma rubaszna melodyjka, czyli  – Kto wie? Kto wie? – tak: Familiada! I w tej właśnie chwili, na pytanie „Jaki ptak nie odlatuje na zimę do ciepłych krajów”, pada odpowiedź: „Kura”. A za chwilę: „Łabędź”. Nie wymaga komentarza, ale może nad tą kurą na chwilę się pochylmy. Biedna, biedna kura, gdy się tak zastanowić. Pewnie chciałaby odlecieć gdziekolwiek, nie tylko do ciepłych krajów i nie tylko na zimę.

 

Dawno nie było muzy, no to nadrabiam. Nawet pasuje do treści. Alanis Morissette uwielbiam od pierwszej płyty.

Miszczowie konwersacji

 

Zaczęło się od Oliwii studniówki. To taka impreza, która niestety, wbrew pozorom nie trwa sto dni. Impreza, na którą to córka nie chciała iść, i na którą to, oderwaliśmy naszego Nerda od książek i niemal wypchnęliśmy ku zdecydowaniu. Gdy się zdecydowała – do balu został niecały miesiąc. Zaczęły się poszukiwania sukienki, których nie będę szczegółowo opisywać, bo wyssały z nas resztki, i tak już nadwątlonej, styczniowej energii. Powiem tylko tyle, że,

Sukienka nr 1 dotarła inna niż zamówiona.

Sukienka nr 2 dotarła za duża.

Sukienka nr 3 dotarła po studniówce.

W tak zwanym, międzyczasie, dowiedziałam się, że:

Rozmiar 34 jest na Oliwię za duży, więc cały czas żyłam w błędzie, sądząc, że to najmniejszy rozmiar.

oraz że:

Jest to w istocie najmniejszy rozmiar, z ogólnodostępnych.

Kilka e-sklepów i owszem, mogło popełnić coś mniejszego, ale trzeba doliczyć jedną stówę i dwa tygodnie.

Dwa tygodnie to pozostały do studniówki.

Dziękując sobie w duchu, że nie zdążyłam odesłać sukienki numer 2, rozpoczęłam poszukiwania krawca. Sukienkę trzeba było zwęzić i skrócić, jakieś dwa centymetry, żeby była przed kolano.

W tak zwanym, międzyczasie, dowiedziałam się, że:

W mojej dzielnicy są trzy punkty krawieckie,

oraz, że:

W jednym takich rzeczy się „nie robi”, a w drugim takich rzeczy się „nie zdąży”.

W trzecim punkcie pańcia oznajmiła cmokając, że jest to bardzo trudna przeróbka, bo zwężenie popsuje fason, a skrócenie jest raczej niewykonalne, bo już na pewno popsuje fason. „No, bo, widzi? To plisy, falbanka i halka, widzi?”

Tak, widzi. Ale widziałam też, nie znając się na tym, że wystarczy podciągnąć ramiączka, żeby suknia była krótsza, bez ruszania dołu.

W każdym razie pańcia krzyknęła tyle, co za nową suknię, i kręcąc głową dała do zrozumienia, że to najcięższe ze zleceń w jej 30 letniej karierze.

I wtedy okazało się, że Tomek ma kolegę, który ma kuzynkę, która… nie jest krawcową.

Ale!

Ale coś tam potrafi.

Zabrał Tomasz Oliwię do owej kobiety. Przerobiła sukienkę w 20 minut. Za darmo (skróciła podciągając ramiączka – można?!)

Kobiecie, której na oczy nie widziałam, byłam bardzo wdzięczna, a tak już mam, że gdy ktoś robi mi przysługę, to staram się odwdzięczyć, w miarę możliwości. Kupiłam więc kawę i czekoladę, i przekazałam owej pani przez tego Tomkowego kolegę. To chyba normalna reakcja?

Minęło trochę czasu, idziemy z Tomkiem ulicą, i nagle on mówi:

– O! O, o! Tam… ta, no.

Jego elokwencja czasami wbija mnie w chodnik.

– Że słucham, mój drogi?

– O, tam! Idzie pani Gosia, ta od sukienki. Wreszcie się poznacie.

„i pogadacie od serca”, dodałam w myślach, bo aż się prosiło.

No i się poznałyśmy i pogadałyśmy od serca, to znaczy podałyśmy sobie ręce i zapadła cisza. W końcu pani Gosia powiedziała,

– Mój syn miał osiemnastkę. Trudno uwierzyć, jak te dzieci szybko dorastają. A u was co?

– U nas jest Tamaluga – palnęłam bez zastanowienia.

– Przepraszam?

– TA MA LU GA – powtórzył Tomasz uprzejmie. A ponieważ żadne z nas nie kwapiło się z wyjaśnieniem – Pani Gosia też uprzejmie się uśmiechnęła, ale nagle zaczęło jej się bardzo spieszyć.

I to tyle. Cała wymiana tych światłych myśli, trwała może ze dwie minuty. Nawet nie wiem, czy skojarzyłabym panią Gosię po raz drugi (a z moją pamięcią do twarzy – na pewno nie).

Ostatnio przyjeżdża do nas Tomka kolega i wręcza mi drogi kosmetyk z Sephory, informując, że „to od Gosi, bo bardzo cię polubiła”.

Rozumiem, że mogę robić na ludziach piorunująco zajebiste wrażenie, no ale… Sytuacja zrobiła się, co najmniej dziwna i trochę mnie zatkało. Przypomniawszy sobie tamtą rozmowę, aż smarknęłam ze śmiechu. Minę też musiałam mieć ciekawą, bo kolega Tomka przyglądał mi się z niepokojem. A że wolno kojarzy to zrobiło mi się go szkoda. Prezent przyjęłam, ale…

Czyli teraz co? Będziemy tak sobie z panią Gosią, przekazywać prezenty do emerytury?

Polubiła mnie.

Dobre.

A może to ja przesadzam?

I gdy tak nad tym dumałam, to uświadomiłam sobie, że przecież ja jestem taka sama. Uwielbiam robić ludziom prezenty, zupełnie bez powodu. Mimo, że jestem jedynaczką, a może właśnie dlatego, lubię się dzielić tym co mam i uszczęśliwiać innych.

Tylko nigdy dotąd nie przyszło mi do głowy, że ktoś też mógł czuć się skrępowany moim prezentem. Nie pomyślałam o tym. Dlaczego tak trudno jest nam uwierzyć w bezinteresowność?

……………………

Czasami problemy dnia codziennego urastają do takiej rangi…

Oglądamy Shreka. Wróżka Chrzestna lata po ekranie.

Tamaluga wpatruje się w nią intensywnie, oczy jej błyszczą. Dotąd widywała tylko latające ptaki.

T: Mama! Pani lata?!

Ja: Tak, pani lata.

T: Dlaciego?!

Ja: Bo jest wróżką. Wróżki raczej latają.

T (zrozpaczona): Ale Tami nie lata! Dlaciego?!

Ja: Bo Tami nie jest wróżką. Ludzie nie latają.

T: Tak, ludzie nie latają, ale wluźki latają!

Ja: Ale Tami nie jest…

T (wyciągając z szafy skrzydła): Tami teś jeśt wluźką! Popatś! Widziś?

Ja: …

T: Dlaciego Tami wluźka nie lata???!!!

Powiem wam: wszystkie trudne rozmowy o seksie, dojrzewaniu i tak dalej mogą się schować. Spróbuj wytłumaczyć dziecku, które przecież jest wróżką z racji skrzydeł, dlaczego nie umie latać, chociaż tak bardzo by chciało…

……………..

Miało nie być politycznie, ale strajki trwają, zatem pragnę wyrazić niepokój, jako mama maturzystki. No i wyraziłam.

Przy okazji: Mamy taką mało rozgarniętą sąsiadkę, która, gdy strajk się rozpoczął, zaczepiła nas przed bramą.

– To nauczyciele strajkują?

– Tak.

– Coś podobnego! Ktoś wie, dlaczego?

– Ja wiem! – wykrzyknęłam radośnie.

– Dlaczego???

– Ony mają za czemno w prasy.

Nie wiem, czy sąsiadka oglądała „Misia” i guzik mnie to obchodzi. Tomek za to rechotał jak opętany, aż nie mogłam go uspokoić.

 

Cieszę się, że sprzedawczynie ze sklepu Społem nie podjęły strajku, chociaż po wprowadzeniu wolnych niedziel było naprawdę blisko. Z tego miejsca chciałabym im serdecznie podziękować. Moja niedoszła maturzystka przynajmniej ma serek tostowy na śniadanie.