O pańci, która jeździła koleją, czyli pociąg do przygody

Na wstępie mojego listu… 😀

Zacznę od tego, że Wiktoria bardzo dziękuje za życzenia, trzymanie kciuków i tak dalej. W ogóle gdy jej o tym powiedziałam, była bardzo zaskoczona i prosiła żebym oficjalnie podziękowała w jej imieniu, co niniejszym czynię.

Skoro uprzejmości mamy już za sobą…

Ulegając namowom wielu blogowiczów, zdecydowałam się napisać o mojej przygodzie z prowadzeniem pociągu. Miałam o tym nie pisać, w dodatku nie wiem, czy powinnam. Jednak minęło już wiele lat i mam nadzieję, że po tym wpisie żaden mundurowy nie zapuka do mych drzwi. Chyba, że znowu w związku z sąsiadem.

Z wielu niesamowitych przygód mojego burzliwego życia, to właśnie ten pociąg budzi największe emocje. I nie jest to pociąg do używek. Jest to, a raczej był –  pociąg osobowy.

Noooo dobraaaaa.

Były wakacje. Razem z koleżanką (obie miałyśmy po 17 lat) spędzałyśmy tydzień pod namiotem nad pewnym zalewem. W dniu powrotu czekałyśmy na peronie na pociąg. Przyjechał, a jakże, oczywiście spóźniony. Moja koleżanka Gosia, nie oswoiła się jeszcze z bolesną prawdą, że pociągi spóźniają się zawsze i wszędzie. Przecież kilka lat temu obaliliśmy komunę i odtąd wszystko miało być lepsze. Nabuzowana negatywną energią, stwierdziła, że nawtyka maszyniście – ruszyłyśmy więc do pierwszych drzwi. Okazało się, że maszynistą był jej własny, prywatny wujek, dawno niewidziany cioteczny brat mamy. Nie dosyć, że nie płaciłyśmy za bilet, to jeszcze miałyśmy okazję podróżować przy, że tak powiem, kokpicie. Wujek Gosi był całkiem sympatyczny i ochoczo udzielił nam (na moją prośbę) instrukcji prowadzenia pociągu. Dlaczego uczynił to tak ochoczo, okazało się już wkrótce – wuj za kołnierz nie wylewał. Razem z dwoma kanarami lubili sobie golnąć po kilka maluchów, ale okazji do tego nie mieli. A tu – proszę – okazja trafiła się sama! Dwie napalone (na prowadzenie pociągu!) nastolatki. Wydało mi się to dziecinnie proste i opanowałam tę sztukę w kilka minut. Gośka ruszyła pierwsza, ale szybko jej się znudziło. Wtedy to ja przejęłam stery… Byłam zachwycona, czułam się jak w transie. Dojechałam szczęśliwie do dworca w naszym mieście i chciałam jechać dalej! Umówiłyśmy się z wujkiem na kontynuację tej fascynującej przygody przez następne dwa tygodnie.

To było niesamowite przeżycie! Dowiedziałam się ile wyciąga lokomotywa i na jakich trasach mogę to sprawdzić. Poznałam dwa pedały odpowiedzialne za „U-huuu”. To znaczy, jeden był odpowiedzialny za „U-huuu”, a drugi za „Uuuu –huuuuuuu”! Rewelacja! Dowiedziałam się, że gdy jakieś zwierzę wybiegnie na tory, mam użyć właśnie tych dźwięków, żeby je odstraszyć. W żadnym wypadku nie wolno mi hamować, bo droga hamowania pociągu jest bardzo długa. Przekonałam się o tym dość szybko.  Na tory wyskoczył jeleń i na nich stanął, wpatrzony w światła pociągu. Byłam przerażona, a jednocześnie zafascynowana. Wykorzystałam oba pedały, najpierw krótki, potem długi, ale bez rezultatu. Chociaż wiedziałam, że to nie ma sensu – zaczęłam hamować. Z późniejszej relacji wiem, że ludziom spadały na głowy walizki, ale dla mnie liczyło się tylko to, że jeleń w końcu się ogarnął i czmychnął w ostatniej chwili. Drugim moim „przewinieniem” była źle obliczona odległość do stacji. Za szybko zwolniłam, wyhamowałam i… zatrzymałam się kilka metrów przed… W sumie luzik, bo nic nikomu się nie stało. Pasażerowie po prostu poskakali sobie po torach w drodze do platformy. Trzecim grzechem było otwarcie drzwi ze złej strony, ale szybko się zreflektowałam, więc nikt nie zdążył wysiąść.

Poza tym byłam świetnym maszynistą. Aż za dobrym, niestety. Mój pociąg zawsze przybywał na czas, co wzbudziło zainteresowanie służb wyższej instancji. Wiedziałam, że mijając budkę dróżnika muszę się schować, i tak też czyniłam. Nie wiem, czy ktoś w końcu zauważył, że pociąg prowadzi nastolatka, czy natknął się na podpitego wujka, czy też przyczyniły się do tego przyjazdy o czasie. Możliwe, że wszystkie trzy rzeczy na raz. W każdym razie wujka zwolniono dyscyplinarnie i moja piękna przygoda dobiegła końca. Kurtyna.

Oczywiście myśląc o tym teraz, nie mogę uwierzyć jak skrajną nieodpowiedzialnością było powierzenie walniętej nastolatce życia niewinnych pasażerów. Czy wiedząc to wtedy, zrobiłabym to znowu? No jasne!

Lata później poznałam mojego przyszłego (byłego obecnie) męża. Zwykł on zachwalać Technikum Kolejowe, które ukończył. Zapytałam go czy kiedykolwiek prowadził pociąg osobowy. Popukał się w czoło, stwierdzając, że to niemożliwe, że do tego przecież potrzeba lat praktyki i to, i jeszcze tamto… Uświadomiłam mu, że życie nie musi być schematyczne, że wystarczy odrobina szczęścia, zbieg okoliczności, przypadek. Nie miał pojęcia o czym mówię.

Turnus za długi? Nie dla Tamalugi! (wakacyjne resume)

Na podstawie wieloletnich obserwacji dokonałam pewnych obliczeń. Otóż, optymalna długość pobytu w większej, nadmorskiej miejscowości powinna wynosić 9 dni. Właściwie bez względu na pogodę. Dokładnie w 9 dni człowiek zdąży poleżeć na plaży, pozwiedzać, pospacerować, rozerwać się, sponiewierać finansowo i znudzić. Dłuższy pobyt działa na nerwy, krótszy – z całym naszym majdanem – zwyczajnie nie ma sensu. Kiedyś wszyscy zaliczali obowiązkowe 2 tygodnie, ale to były czasy PRL-u, czyli wczasów darmowych. A – wiadomo – darowanemu wypoczynkowi w turnus się nie zagląda. W ciągu tych naszych dziewięciu dni, przez nasz korytarz (4 pokoje) przewinęło się 6 rodzin! Wszyscy zaliczali „dwudniówki” i zanim człowiek zdążył się do nowych sąsiadów przyzwyczaić – znikali, a w ich miejsce pojawiali się inni… W obliczu takiej sytuacji, czuliśmy się jak wczasowi weterani, udzielający informacji „co” i „gdzie”, gaszący po wszystkich światło i rozdzielający parawany… Mina Tamalugi, gdy jednego dnia w tym samym pokoju witała się z 10 letnią dziewczynką, a następnego z 3 letnim chłopcem – bezcenna. Nie wiem jak ona to ogarniała, ale jakoś musiała to sobie w głowie poukładać…
A same wczasy? Fajne, jak to wczasy. Czy odpoczęłam? Trudno powiedzieć. Czasami miałam wrażenie, że przechodzę to samo, co w domu, tylko na level hard, bo w tak zwanych, warunkach polowych. Mój mózg też pracował na wyższych obrotach, żeby trafić ze snem Tamalugi w ciszę nocną, żeby zrobić jej mleko zanim do kuchni nadciągną inni, żeby organizować jej zabawy na tarasie zakrytym (bo odkryty miał niebezpiecznie szerokie odstępy między szczebelkami). Biegaliśmy za nią więcej niż zwykle, bo większość dnia Tamaluga spędzała na dworze. (Gdy już o tym mowa – klapki odpadały. Musieliśmy nosić obuwie wygodne do biegania.) Zbierałam w sobie ogromne pokłady cierpliwości, gdy zasuwała po plaży, sypiąc piaskiem, burząc zamki i zatrzymując się przy niemal każdym leżaku. A Tomek? Pełen luz! Dumny z córeczki, która budziła zachwyt plażowiczów. No, dobra: ja też byłam dumna. Nie da się ukryć, że Tamaluga, przy całej swojej łobuzerce jest po prostu urocza. Ludzie zatrzymywali się przy niej, mówili do niej, a ona stała i słuchała. Jeśli akurat coś jadła, a monolog wydawał się jej zbyt długi – częstowała tym, co miała w ręce, np. rozgniecionym lodem 😀 Przy każdym dźwięku muzyki (i bez) zaczynała tańczyć, budząc śmiech dookoła. Nauczyła się też 3 nowych słów (każde z innej parafii, więc nie szukam logiki): „broda”, „koti” (koty) i „tlap – tlap” (chlap chlap).
Tamaluga, bez krempacji, właziła do wszystkich pokojów. Noszkurwa do wszystkich! Nie dało się jej powstrzymać! Z jednej strony wstyd jak u chłopów za Jagnę, z drugiej – było mi to na rękę. Wszędzie witana była entuzjastycznie (podsłuchiwałam pod drzwiami), więc miałam trochę czasu dla siebie. Wątpliwości nadchodziły wraz z usłyszanym „teś!” – interweniować, czy nie? „Teś” oznaczało, oczywiście, że ktoś coś jadł, i ona „teś” chciała… Koniec końców wracała do mnie szczęśliwa i nażarta jak prosię. Zupełnie jak kot sąsiadów, po codziennym obchodzie bloku…
Niestety, w przeciwieństwie do Tamalugi – Pan Roniowy nie był szczęśliwy. Bardzo źle zniósł podróż i cały pobyt, z niestrawnością i reumatyzmem włącznie.
Opuściłam się z blogowaniem i komentarzami, bo internet tam hulał jak sołtys na stypie. Zasięg (z długimi przerwami) wykazywał się jedną kreską. Dwie kreski osiągałam, siedząc na progu balkonu, z lewą nogą wyciągniętą przed siebie, a prawą podkurczoną. Od razu przypomniał mi się Jaś Fasola i telewizor*. Po trzech dniach takich wygibasów, na lewej nodze naliczyłam 6 komarzych ukąszeń, na prawej jedno. Próbując zmienić konfigurację, przewróciłam krzesło, obudziłam Tamalugę i pół ośrodka, więc dałam sobie spokój. Postanowiłam blogowe straty nadrobić w domu, po powrocie. Jakże wielkie było me zdumienie, gdy zrozumiałam, że podczas planowania wakacyjnych wojaży nie należy zapominać o bieżących rachunkach… My „Home, sweet home” powitał mnie brakiem internetu, brakiem telewizji i propozycją skontaktowania się z operatorem i uregulowania rachunku 😀 Nic to, myślę sobie, zapłacę w poniedziałek, a tymczasem… od czego ma się sąsiada? Wklepuję więc jego klucz i wklepuję… Zmienił hasło, czy co?! Nie, okazuje się, że również nie zapłacił! Cholera by go! Jakże doceniłam wówczas jednokreskowy zasięg wczasowego internetu… Na szczęście poradziliśmy sobie z telewizorem – Tomek sklecił prowizoryczną antenę i odbieramy większość kanałów 😀
Jak zawsze, tak i teraz, moje roztargnienie dało o sobie znać. Pomimo wielokrotnego sprawdzenia – nie trafiły do domu dwie szczoteczki do zębów i pasta. Zabrałam za to dwa opakowania kawy, które nie należały do mnie. I jeden zdekompletowany resorak – w walizce Tamalugi…

* TU: https://www.youtube.com/watch?v=2jw1e–w1VQ

Letnie wiadomo co, a kto opóźnia też wiadomo

Przypomniały mi się wakacje sprzed dwóch lat, w Świnoujściu. Tuż przed wyjazdem zepsuł nam się samochód, więc zmuszeni byliśmy odbyć drogę pociągiem. Tomek, dziewczyny, ja – wówczas ciężarna cukrzyczka, stary i przygłuchy Pan Roniowy i sterta tobołów. Prezentowaliśmy widok dosyć osobliwy. Już po przeprawie promowej okazało się, że Świnoujście jest wielkości Tokio, o czym albo zapomnieliśmy, albo tak monstrualnie rozrosło się w ciągu 5 lat. W każdym razie bez samochodu przedstawiało się to bardzo słabo. W połowie wędrówki wymiękłam. Usiadłam na walizce i w ramach protestu wyciągnęłam kanapkę. Gdy rozejrzałam się w poszukiwaniu dziewczyn, okazało się, że one wymiękły już dawno. Daleko w tyle majaczyły ich walizki, porzucone bezpańsko pod pierwszym lepszym obuwniczym. Zdrajczynie. Tomek, za to, gdyby się kto pytał, wypruł do przodu jak poparzony. Świetnie. Ciekawe, czy ktokolwiek miał przy sobie telefon, bo mój oddalał się, energicznie podrygując w torbie na ramieniu Tomka. Wreszcie, jakimś cudem (część na nogach, część taksówką, część na smyczy) dotarliśmy pod zapisany adres. Jęzory wisiały nam do kolan, a nogi odpadały z tej części ciała, z jakiej zazwyczaj odpadają. Kwatera, owszem, ładna: przybudówka, kuchnia, łazienka i dwa pokoje – w czym jeden z telewizorem. Na ten właśnie pokój rzuciły się dziewczyny, resztkami swych sił. Żadnego ustępstwa dla ciężarnej matki. Za grosz zrozumienia. Trudno – poczłapaliśmy z Tomkiem do pokoju ciszy. (Szybko okazało się, że tylko u nas odbiera internet – tym razem my pozostaliśmy niewzruszeni na zamianę 😀 ) Gdy pół godziny później, właściciel grzecznie zapukał we framugę i wszedł do środka, zastał wszystkich leżących na łóżkach pokotem. Reszta rodziny wykrzesała w sobie siły na „Dzień dobry”, z moich ust wydobył się jeno niewyraźny bełkot. Już wiedziałam, że żadna siła nie wyciągnie mnie z pokoju do jutra. Właściciel coś mówił, więc próbowałam skupić na nim uwagę, ale robił mi się coraz bardziej zamazany. Odpływając w sen zdążyłam usłyszeć, że mieszkamy „Pod Bocianem”, który przynosi parom… wiadomo co. Usłyszałam też Tomka, informującego, że „wiadomo co” już nam się przytrafiło.
Przez cały pobyt boleśnie odczuliśmy brak samochodu. Kto odczuł najboleśniej? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Oczywiście istniały jakieś autobusy na plażę, ale Pan Roniowy źle znosił podróż, a i codzienne bilety dla całej rodziny szybko wykończyłyby nas finansowo. Tak więc, każdego dnia dobrowolnie skazywaliśmy się na torturę, maszerując przez całe miasto. W tym torby, koce, parawany, ciężarna cukrzyczka i stary pies. Co najmniej dwukrotnie. Kto dodatkowo opóźniał marsze? Ciężarna cukrzyczka i stary pies. Właściwie jesteśmy pełni podziwu dla Pana Roniowego, że trzaskał takie trasy w wieku 12 lat. Biedulek…
Na plaży też żaden relaks i odprężenie, bo ciężarnej cukrzyczce co chwilę chciało się siku i ciężarna cukrzyczka zapieprzała na wymęczonych kończynach do toalety i z powrotem, pierdylion razy. Wkrótce przeszłam z babcią klozetową na „ty” i poznałam historię jej rodziny.
Odpoczywałam dopiero w domu. Nasza kwatera wychodziła prosto na ogród, w którym rosła, dosłownie na przeciwko drzwi – soczysta jabłoń. A ja miałam w ciąży jedyną zachciankę – jabłka właśnie, byłam więc w raju.

Obserwując wahania wyjazdowych trendów, zauważyłam pewną prawidłowość. Do połowy lat 90 był boom na polskie morze. Wiele nadmorskich mieścinek przekształciło się w kurorty. Trwała w nich bezustanna pieriestrojka, pokrywając asfaltem wydeptane ścieżki i zamieniając ryneczki w bulwary. Moje ukochane Międzyzdroje straciły bezpowrotnie swoje stare, skrzypiące molo, które zaczęło wyglądać tak, jak teraz wygląda. Pojawił się nowy gatunek letników – skóra, fura i komóra. Wcześniej nie przyszłoby mi do głowy, że po wąskich, sennych uliczkach można w ogóle poruszać się autem. A tu „wziiiuutt! wziuuutt! i beztłumikowe „ęęęęęęęę!”
W drugiej połowie lat 90 nastała moda na polskie góry. Góralska kultura zaczęła być na topie – w kabaretach pojawiły się góralskie skecze, na festiwalach góralskie pieśni. No i promocja w telewizji, ze śpiewającym politykiem w filmie „Girl Guide”, na czele.
Lata 2000 to otwieranie się kolejnych biur podróży i parcie na egzotyczne wakacje. Każdy, noszkuwa KAŻDY musiał choć raz zaliczyć Majorkę lub Egipt, bo jak by to wyglądało wśród znajomych! Przecież „wszyscy już byli”… Trzeba jechać, trzeba, koniecznie, chociażby na weekend, żeby pstryknąć fotę na Naszą Klasę, czy to drugie, co to później nadejszło. 😀 Pamiętam, moją reakcję – najpierw opadła mi półka, potem dostałam ataku śmiechu, gdy natrafiłam na foty znajomych z dzielnicy. Foty z Kanarów, a znajomi, na co dzień, spod monopolowego… Mam nadzieję, że odtąd przestali narzekać na niskie zasiłki w Polsce 😀
Obecnie trendy się zmieniły, a raczej wymiksowały. Ludzie (wreszcie) jeżdżą tam, gdzie chcą, a nie tam gdzie wiodą ich napompowane ambicje i presja otoczenia. Coraz więcej ludzi ma odwagę przyznać, że… nigdzie się nie wybiera. O! I to są odważne wakacje!