Turnus za długi? Nie dla Tamalugi! (wakacyjne resume)

Na podstawie wieloletnich obserwacji dokonałam pewnych obliczeń. Otóż, optymalna długość pobytu w większej, nadmorskiej miejscowości powinna wynosić 9 dni. Właściwie bez względu na pogodę. Dokładnie w 9 dni człowiek zdąży poleżeć na plaży, pozwiedzać, pospacerować, rozerwać się, sponiewierać finansowo i znudzić. Dłuższy pobyt działa na nerwy, krótszy – z całym naszym majdanem – zwyczajnie nie ma sensu. Kiedyś wszyscy zaliczali obowiązkowe 2 tygodnie, ale to były czasy PRL-u, czyli wczasów darmowych. A – wiadomo – darowanemu wypoczynkowi w turnus się nie zagląda. W ciągu tych naszych dziewięciu dni, przez nasz korytarz (4 pokoje) przewinęło się 6 rodzin! Wszyscy zaliczali „dwudniówki” i zanim człowiek zdążył się do nowych sąsiadów przyzwyczaić – znikali, a w ich miejsce pojawiali się inni… W obliczu takiej sytuacji, czuliśmy się jak wczasowi weterani, udzielający informacji „co” i „gdzie”, gaszący po wszystkich światło i rozdzielający parawany… Mina Tamalugi, gdy jednego dnia w tym samym pokoju witała się z 10 letnią dziewczynką, a następnego z 3 letnim chłopcem – bezcenna. Nie wiem jak ona to ogarniała, ale jakoś musiała to sobie w głowie poukładać…
A same wczasy? Fajne, jak to wczasy. Czy odpoczęłam? Trudno powiedzieć. Czasami miałam wrażenie, że przechodzę to samo, co w domu, tylko na level hard, bo w tak zwanych, warunkach polowych. Mój mózg też pracował na wyższych obrotach, żeby trafić ze snem Tamalugi w ciszę nocną, żeby zrobić jej mleko zanim do kuchni nadciągną inni, żeby organizować jej zabawy na tarasie zakrytym (bo odkryty miał niebezpiecznie szerokie odstępy między szczebelkami). Biegaliśmy za nią więcej niż zwykle, bo większość dnia Tamaluga spędzała na dworze. (Gdy już o tym mowa – klapki odpadały. Musieliśmy nosić obuwie wygodne do biegania.) Zbierałam w sobie ogromne pokłady cierpliwości, gdy zasuwała po plaży, sypiąc piaskiem, burząc zamki i zatrzymując się przy niemal każdym leżaku. A Tomek? Pełen luz! Dumny z córeczki, która budziła zachwyt plażowiczów. No, dobra: ja też byłam dumna. Nie da się ukryć, że Tamaluga, przy całej swojej łobuzerce jest po prostu urocza. Ludzie zatrzymywali się przy niej, mówili do niej, a ona stała i słuchała. Jeśli akurat coś jadła, a monolog wydawał się jej zbyt długi – częstowała tym, co miała w ręce, np. rozgniecionym lodem 😀 Przy każdym dźwięku muzyki (i bez) zaczynała tańczyć, budząc śmiech dookoła. Nauczyła się też 3 nowych słów (każde z innej parafii, więc nie szukam logiki): „broda”, „koti” (koty) i „tlap – tlap” (chlap chlap).
Tamaluga, bez krempacji, właziła do wszystkich pokojów. Noszkurwa do wszystkich! Nie dało się jej powstrzymać! Z jednej strony wstyd jak u chłopów za Jagnę, z drugiej – było mi to na rękę. Wszędzie witana była entuzjastycznie (podsłuchiwałam pod drzwiami), więc miałam trochę czasu dla siebie. Wątpliwości nadchodziły wraz z usłyszanym „teś!” – interweniować, czy nie? „Teś” oznaczało, oczywiście, że ktoś coś jadł, i ona „teś” chciała… Koniec końców wracała do mnie szczęśliwa i nażarta jak prosię. Zupełnie jak kot sąsiadów, po codziennym obchodzie bloku…
Niestety, w przeciwieństwie do Tamalugi – Pan Roniowy nie był szczęśliwy. Bardzo źle zniósł podróż i cały pobyt, z niestrawnością i reumatyzmem włącznie.
Opuściłam się z blogowaniem i komentarzami, bo internet tam hulał jak sołtys na stypie. Zasięg (z długimi przerwami) wykazywał się jedną kreską. Dwie kreski osiągałam, siedząc na progu balkonu, z lewą nogą wyciągniętą przed siebie, a prawą podkurczoną. Od razu przypomniał mi się Jaś Fasola i telewizor*. Po trzech dniach takich wygibasów, na lewej nodze naliczyłam 6 komarzych ukąszeń, na prawej jedno. Próbując zmienić konfigurację, przewróciłam krzesło, obudziłam Tamalugę i pół ośrodka, więc dałam sobie spokój. Postanowiłam blogowe straty nadrobić w domu, po powrocie. Jakże wielkie było me zdumienie, gdy zrozumiałam, że podczas planowania wakacyjnych wojaży nie należy zapominać o bieżących rachunkach… My „Home, sweet home” powitał mnie brakiem internetu, brakiem telewizji i propozycją skontaktowania się z operatorem i uregulowania rachunku 😀 Nic to, myślę sobie, zapłacę w poniedziałek, a tymczasem… od czego ma się sąsiada? Wklepuję więc jego klucz i wklepuję… Zmienił hasło, czy co?! Nie, okazuje się, że również nie zapłacił! Cholera by go! Jakże doceniłam wówczas jednokreskowy zasięg wczasowego internetu… Na szczęście poradziliśmy sobie z telewizorem – Tomek sklecił prowizoryczną antenę i odbieramy większość kanałów 😀
Jak zawsze, tak i teraz, moje roztargnienie dało o sobie znać. Pomimo wielokrotnego sprawdzenia – nie trafiły do domu dwie szczoteczki do zębów i pasta. Zabrałam za to dwa opakowania kawy, które nie należały do mnie. I jeden zdekompletowany resorak – w walizce Tamalugi…

* TU: https://www.youtube.com/watch?v=2jw1e–w1VQ